O objętości czasu II - Solvej Balle - ebook
NOWOŚĆ

O objętości czasu II ebook

Solvej Balle

0,0

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Czy w świecie, który zatrzymał się w miejscu, jest jeszcze przestrzeń na bliskość?

Mija pierwszy rok, odkąd Tara Selter utknęła w osiemnastym listopada. Wraca do miejsca, w którym po raz pierwszy zrozumiała, że czas wymknął się swojemu biegowi. Wciąż próbuje odkryć, dlaczego właśnie ona została uwięziona w tej osobliwej pętli, lecz kolejne dni nie przynoszą odpowiedzi. Wyrusza w podróż przez Europę, podążając za zmieniającymi się porami roku. Im bardziej oddala się od dawnego życia, tym mocniej zaciera się jej poczucie przynależności. 

Kim jest, skoro tylko ona pamięta to, co dla innych nigdy się nie wydarzyło? I czy można odnaleźć swoje miejsce w świecie, który nie zna przemijania?

 

Wyobraźnia duńskiej pisarki zapętla i zagina czas. Umieszcza w labiryncie zapętlonej daty bohaterkę, naraz Ariadnę i Minotaurkę. Gdy ta mówi: „otacza mnie echo” wiemy, że to koszt i zysk dodania światu wariantów, a czasowi – obrotów. Znane nam (choćby i z Dnia świstaka) myto wyobraźni.

Eliza Kącka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 229

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Om udregning af rumfang II

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026 Copyright © for the Polish translation by Zuzanna Zywert, 2026 Copyright © 2020 Solvej Balle Published by agreement with Copenhagen Literary Agency ApS, Copenhagen in co-operation with Booklab Literary Agency, Poland.

Redaktorka inicjująca: Paulina Surniak

Redaktorzy prowadzący: Agata Sikorska-Olszowa, Adrian Stachowski

Marketing i promocja: Agata Gać, Katarzyna Schinkel-Barbarzak

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Agnieszka Zygmunt-Bisek, Katarzyna Kusojć

Projekt typograficzny i łamanie: Grzegorz Kalisiak | Pracownia Liternictwa i Grafiki

Projekt okładki i strony tytułowe: Aleksandra Nałęcz-Jawecka | to/studio

Obraz na okładce: © Cinta Vidal. Reproduced with permission

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68952-75-9

Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 853-99-10redakcja@wydawnictwopoznanskie.plwww.wydawnictwopoznanskie.pl

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

#368

Co ja sobie wyobrażałam? Czas jako karuzelę, z której można zeskoczyć, a potem ot tak znów na nią wskoczyć? Rok jako strumień płynący pod moim osiemnastym listopada?

Siedzę przy oknie w pokoju numer szesnaście w Hôtel du Lison. Zbierałam dni. Trzysta sześćdziesiąt pięć listopadowych dni. Lecz w czym miało mi to pomóc? Tak jakby stos identycznych jesiennych dni mógł stanowić rok. W jakim celu wyczekiwałam końca tego roku i przygotowywałam się, by skoczyć? Lub zanurkować? Przez cały rok czekałam na to, by znów nastał osiemnasty listopada i aby wydostać się z powtarzalności w tym samym miejscu, w którym w nią weszłam. Czy to właśnie sobie wyobrażałam – że osiemnastego listopada pojawią się drzwi prowadzące prosto do rozpoznawalnego czasu? Może. Ale tak się nie stało.

Wciąż krążę po osiemnastym listopada. Wypatrywałam bacznie wyjścia, ale na darmo. Doszukiwałam się różnic, tych jednak nie ma. Nadal trwa ten sam dzień, a ja nie rozumiem, jak mogłam wierzyć, że pod wszystkimi tymi dniami kryje się najzwyklejszy rok z nowym osiemnastym listopada, który powoli się zbliża. Jak gdyby jakaś prawdziwsza rachuba czasu znajdowała się gdzieś w głębi, jak gdyby wszystkie powtarzające się dni były tylko powierzchnią, a prawdziwy rok przyczaił się gdzieś pod szeregiem osiemnastych listopada. Jak gdyby po upływie roku miał wyrosnąć przede mną nowy osiemnasty listopada i zabrać mnie z powrotem. Lub przemknąć obok, tak abym mogła wskoczyć do niego w ruchu, z mojego wiru powtórzeń.

Jak gdyby miało podpłynąć do mnie koło ratunkowe, nowy osiemnasty listopada, by uratować mnie z morza powtórzeń – jak dryfująca kłoda, której mogłabym się uczepić, by zabrała mnie na stały ląd i wyrzuciła na brzeg dziewiętnastego, nowego dnia ze świeżą gazetą do kawy, z nową recepcjonistką za kontuarem, z porankiem bez deszczu. Lub z ulewą, powodzią, burzą, śniegiem, czymkolwiek, byle czymś innym. Tak jakby mój dzień numer trzysta sześćdziesiąt pięć był magicznym zakończeniem, a nie tylko liczbą w nieskończonym ciągu, a trzysta sześćdziesiąt sześć – nowym początkiem, nowym osiemnastym listopada. Prowadzącym do dziewiętnastego. I dwudziestego. Jak gdyby istniało wyjście, a nie tylko dzień, który minie, ustępując miejsca kolejnemu osiemnastemu listopada, i kolejnemu w dniu numer trzysta sześćdziesiąt siedem, i trzysta sześćdziesiąt osiem, a jutro – trzysta sześćdziesiąt dziewięć.

Gdyby nic takiego się nie stało, znaczyłoby to, że ciąg jest nieskończony. Nic się nie stało, a więc ciąg jest nieskończony. Nowy, odmienny osiemnasty listopada nie przemknął obok mnie, z głębin nie przesączyła się żadna prawdziwsza rachuba czasu, nie podpłynęło do mnie koło ratunkowe, nie zostałam wyrzucona na brzeg dziewiętnastego listopada i nie nadszedł dwudziesty. Jest ten sam osiemnasty listopada i żadnej zmiany nie widać.

Wczoraj obudziłam się wcześnie. Po powrocie do hotelu od razu zasnęłam, wyczerpana dobami nerwowego oczekiwania na nowy, zmieniony listopadowy dzień. Zbudziłam się nagle i natychmiast poczułam szkatułkę z rzymskim sestercem, który dostałam od Philipa Maurela. Leżała w torebce przy mojej poduszce; przypomniałam sobie, co się stało – że spotkałam Philipa i poszłam z nim do jego sklepu. Że Philip i Marie pokazali mi swoje nowe mieszkanie. Przypomniałam sobie naszą wędrówkę pomiędzy przedmiotami należącymi do poprzednich mieszkańców. Wszystko im opowiedziałam – że czas rozpadł się na kawałki i że miałam nadzieję powrócić do jego rozpoznawalnego biegu. Wysłali mnie do domu z rzymskim sestercem w torebce.

W jednej chwili wstałam z łóżka, ubrałam się i zeszłam do recepcji. Nie wiedziałam, która była godzina, ale gazety już przyszły. Te same. Z osiemnastego. Prosto z druku, nietknięte. W sali śniadaniowej kawa kapała już z ekspresu, stoły były nakryte, a personel wykładał chleb i croissanty na tace i do koszyków. Usiadłam przy stole, mając nadzieję, że wydarzy się coś innego niż w pozostałe listopadowe dni, ale nic się nie zmieniło, a po chwili poranek miał się powtórzyć. Miałam zobaczyć znane twarze i gesty. Zobaczyć, jak kromka chleba upada na podłogę, lekko, jakby szybowała. Znów był osiemnasty listopada, jakżeby inaczej.

Cały wczorajszy dzień, od chwili, w której się obudziłam, do pójścia wieczorem spać, był dokładnie taki sam jak wszystkie inne, dzień w pełni rozpoznawalny, a gdy dziś rano otworzyłam oczy, znów był osiemnasty listopada. Nic się nie zmieniło. Swobodnie przeszłam do roku numer dwa, a dokładniej mówiąc – do osiemnastego listopada #368 w czasie bez lat i bez pór roku, bez tygodni i miesięcy, bez niczego poza jednym jedynym dniem, który w kółko się powtarza i, jak powinnam sądzić, dalej będzie się powtarzał. Niczego innego spodziewać się nie mogę. To nienaprawialny błąd. Coś chronicznego. Jedyne, co powraca, to moja doba. Przychodzi poranek, potem wieczór, potem noc i znów poranek. Ten sam dzień.

Siedzę w pokoju numer szesnaście w Hôtel du Lison. Dzisiaj nie zjadłam śniadania. Nie dotarłam dalej niż do recepcji, obrzuciłam wzrokiem gazety i zawróciłam do pokoju. Nie chcę oglądać kromek chleba szybujących ku podłodze.

#369

Dzisiaj obudziłam się długo przed świtem, bo kant pudełeczka z sestercem wbijał mi się w policzek. Wciąż znajdowało się w torebce przy mojej poduszce; musiałam położyć się na nim we śnie, lecz teraz już nie śpię; wstałam, wyszłam na zewnątrz w porannym mroku – i wciąż jest osiemnasty listopada. Nie nadszedł dziewiętnasty, nie nadszedł dwudziesty i nie nadszedł też dwudziesty pierwszy, bo dlaczego też miałyby nadejść?

Było za wcześnie, by wstawać, mimo to się ubrałam. Wciągnęłam kozaki, zapięłam guziki u płaszcza, podniosłam z podłogi torbę, a zanim wyszłam, wyjęłam pudełeczko z sestercem z torebki na łóżko, wyjęłam z niej monetę i włożyłam ją do kieszeni, a pudełko wraz z torebką odłożyłam na stół. Wzięłam ze sobą klucz, bo recepcja była pusta, a potem spacerowałam po opustoszałych, ciemnych ulicach.

Kiedy po paru godzinach wróciłam do hotelu, było jasno, kilka minut po siódmej. Poszłam do bufetu po filiżankę kawy i zabrałam ją na górę, a teraz siedzę przy stoliku w moim pokoju. Wiem, że osiemnasty listopada trwa dalej. Nie mam pojęcia, co z nim począć, ale wiem, czego mogę oczekiwać. Więcej osiemnastych listopada – oto czego mogę oczekiwać.

#374

Codziennie odwiedzam moje ulice. Przemierzam boulevard Chaminade i przechodzę przez passage du Cirque. Przecinam niewielki placyk na końcu rue Renart i idę dalej rue Almageste. Siadam w kawiarni albo na ławce w parku.

Nic się nie zmienia i nic mnie nie goni. Nie mam żadnych książek do kupienia, żadnych aukcji, w których muszę uczestniczyć, żadnych przyjaciół, którzy na mnie czekają. Nie muszę dopasowywać mojego dnia do pory z dźwiękami i pory z ciszą, nie mam żadnych planów, żadnego kalendarza. Czas mija, ale wlewa tylko kolejne dni do mojego świata, bo stoi w miejscu, nie ma przystanków ani stacji, to wyłącznie nieskończony łańcuch dni.

Mijam okoliczne antykwariaty, ale nie wchodzę do środka. Oglądam książki w oknach, lekko się waham, ale idę dalej. Zataczam coraz większe koła i znajduję nowe ulice. Na rue d’Ésope zatrzymałam się przed antykwariatem, w którym nigdy wcześniej nie byłam. Naszła mnie ochota, by wejść do środka i przyjrzeć się bliżej kilku dziełom leżącym w oknie, ale zostałam na ulicy. Nie miałam w nim czego szukać, bo wszystkie te sklepy należą do przeszłości, a ja nie jestem już T. & T. Selter.

Czasem przechodzę też obok sklepu Philipa Maurela, parę razy zatrzymałam się nawet przed szybą, by zajrzeć do środka. Robię to, kiedy Marie jest sama, nie chcę być rozpoznana; wiem, kiedy Philip wychodzi i wraca, nie chcę go spotkać.

Wciąż mam sesterc. Leży w kieszeni mojego płaszcza, a Marie wyjęła na ladę inną monetę. Kiedy wczoraj wieczorem kładłam się spać, zapomniałam wyjąć go z kieszeni i włożyć pod poduszkę, ale gdy dziś rano się obudziłam, wciąż był w moich spodniach. Czuję go, kiedy przechadzam się po ulicach. Gdybym miała psa, mogłabym powiedzieć, że wyprowadzam go na spacer. Zamiast tego spaceruję z rzymską monetą. Co za osobliwa towarzyszka.

#376

Czuć to na ulicach. Pewną pustkę. Jak gdyby coś zniknęło. Wyczuwam to w piasku na rue Desterres, a także kiedy w pośpiechu przecinam rue Almageste. Zagęszczenie, które powoli rzednie. Jest coraz mniej szczegółów. To konkretne, niemalże fizyczne uczucie, jak gdyby ruch uliczny się zmniejszył, a piesi zniknęli, tak jakby światło i dźwięki uległy zmianie, jakby domy odsunęły się od siebie, a ulice poszerzyły, choć dobrze wiem, że nic się nie zmieniło; ani ruch uliczny, ani ludzie nie zniknęli, dźwięki i światło też nie uległy zmianie. To ja nie mam już tu czego szukać. Chodzę tymi samymi ulicami, lecz niosą mnie wyłącznie rutyna i dawne nawyki. Zawsze miałam powód, by tu być, ale teraz czuję się zbyteczna. Poruszam się po mieście, za jedyny cel mając przemieszczanie się z dnia do dnia. Jestem tylko człowiekiem krążącym po ulicach, a może nawet nie człowiekiem, tylko jakiegoś rodzaju zwierzęciem, ni to polującym, ni to ściganym, ani wygłodniałym, ani najedzonym, po prostu istotą błąkającą się między domami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki