Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Kwidzynie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 219
Rok wydania: 1977
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Peter Daniel Wolfkind
NOC
KSIĘŻYCOWA
Peter Daniel Wolfkind
NOC
KSIĘŻYCOWA
Opowiadania
Wybór, autoryzowany przekład
i posłowie Henryka Voglera
Wyboru dokonano z następujących książek:
Peter Daniel Wolfkind, Mondnacht. Erzdhlungen. Europa-Verlag Wien — Munchen — Zurich.
Peter Daniel Wolfkind, Die Boteti des Fruhlings. Erzdhlungen.
(G)l975, Europa Verlags-AG Wien
Ta sobota karnawałowa skończyła się wcześniej. Była dopiero dziesiąta wieczór i leżałem już w łóżku. Nie mogłem zasnąć. W małym pokoju wiejskiego domku, który Alda Blauberg miała dla mnie zawsze w pogotowiu, robiło się raz jasno, raz ciemno. Burza pędziła liczne małe chmurki w kierunku księżyca. Pokój był mi dobrze znajomy. Nawet w ciemności rozpoznawałem wszystkie przedmioty. Naprzeciwko mnie wysoka toaleta w dawnym niemieckim stylu, z lustrem, stojąca przed wąskimi, wytapetowanymi drzwiami. Po lewej stronie mego łóżka komoda, na której znajdował się portret oficera w malowniczym mundurze, jednego z byłych kochanków Aldy, księcia czy też barona. Straciwszy przy końcu pierwszej wojny światowej swoje dobra na Morawach, sprzedał on całą biżuterię żony. Za uzyskaną sumę wybudował dla Aldy Blauberg (jak mi o tym sama wielokrotnie opowiadała) ten dom. Podobno wkrótce po wojnie zastrzelił swoją żonę, a potem popełnił samobójstwo. Kiedy księżyc oświetlał jasno pokój, widziałem ciemną plamę na żółto połyskującej ramce jego fotografii. Obok niej leżały kunsztownie cyzelowane pieczątki, przyciski do listów z różanego kwarcu, bursztynu i ołowiowego szkła, srebrny ołówek do wykręcania, tabakierka oraz inne bezużyteczne przedmioty. Bezsensowne podarunki, którymi ongiś obsypywano Aldę jako uwielbianą śpiewaczkę. Ścianę nad komodą pokrywały wieńce laurowe, afisze, listy, wśród nich list byłej najjaśniejszej pani Zyty, ostatniej cesarzowej Austrii. A nad moim łóżkiem wisiał oprawiony w masywne drewniane ramy dyplom szlachecki Aldy Blauberg. W szufladach szerokiej komody — obok niezliczonych zdjęć przedstawiających Aldę jako Toscę, Aidę, Sieglindę oraz bohaterkę jeszcze wielu innych sopranowych partii — leżało wiele pękatych tomów, w których pani domu zbierała krytyki prasowe, jakie ukazywały się o niej w Wiedniu, Mediolanie, Paryżu i Nowym Jorku. Szczególnie jej Tosca wzbudzała zawsze podziw. Właśnie po galowym przedstawieniu Toski sześćdziesięcioletnia i wciąż jeszcze hucznie oklaskiwana Alda pożegnała się ze sceną. Od 25 lat, odsunięta od świata, żyła w swoim wiejskim domu.
Kroki w sieni i rżenie konia nie pozwalały mi zasnąć. Od czasu do czasu słyszałem daleką muzykę. Urywała się ona nagle. Myśli moje wciąż były zajęte niezwykłymi przeżyciami tego dnia.
Podróż do Aldy przebiegała tym razem niezwyczajnie. Im wyżej się wznosiłem, tym stawało się cieplej. Musiałem wyłączyć ogrzewanie wozu. Koła pojazdu zapadały się w śnieg rozmiękły na skutek odwilżowej zawiei. Wydawało się, jak gdyby wąska droga chciała mi przeszkodzić w dotarciu do domu Aldy. Tam, gdzie wysokie świerki i modrzewie stanowiły ochronę przed wiatrem i słońcem, droga była zlodowaciała. Tylne koła samochodu wpadały w poślizg. Musiałem wysiadać i zakładać na nic łańcuchy. Gdy po drugiej stronie doliny ujrzałem rozbłyskujące okna odległych gospodarstw, nie potrafiłem się zorientować, czy odbija się w nich zachodzące lutowe słońce, czy też zapalono już tam światła. Przypomniałem sobie moje przeczucia: że obecny pobyt u Aldy będzie przebiegał inaczej niż zwykle. Rzeczywiście brak było wszystkiego, z czym zdołałem się już oswoić w czasie poprzednich wizyt. Przed domem bednarza nie płonął ogień. Zwykle zbijał on przy nim beczki. Kiedy przejeżdżałem tamtędy, zawsze przyjaźnie mnie pozdrawiał. Tym razem ujrzałem tylko na topniejącym śniegu czarne, wypalone ognisko. Nie spotkałem również Józi Heidinger. Była to upośledzona umysłowo córka chłopa, którego zagroda leżała po drodze. Bez względu na pogodę dziewczynka stała oparta o spękaną, zwróconą w stronę ulicy północną ścianę domu i śpiewała przy dźwiękach tranzystorowego odbiornika radiowego, który zawsze nosiła z sobą. Czasami zatrzymywałem się przy niej i pytałem, co ładnego śpiewa. Wtedy szczerzyła zęby w uśmiechu i powtarzała tylko: „Blauberg, Blauberg!” Alda Blauberg śmiała się zawsze, kiedy opowiadałem jej o Józi. Wyprzedziłem moim wozem kilku chłopów. Szli spiesznie poprzez zwały śniegu. Pomyślałem, że są w drodze do jakiejś gospody. Była to wszak zapustna sobota.
Krokwie dachu trzeszczały wskutek burzy. Znowu usłyszałem rżenie konia. Przypomniałem sobie furmankę, którą napotkałem. Zobaczyłem ją nagle na zakręcie przed sobą. Nie mogłem jej wyprzedzić, droga była zbyt wąska, musiałem zwolnić. Wreszcie mój wóz utknął w głębokim śniegu. Woźnica nie zauważył mnie. Trzeba było wysiąść i biec za furmanką. Wołałem głośno. W końcu woźnica odwrócił się. Miał na sobie płaszcz z zielonego lodenu i nauszniki. Był to bednarz. Do wozu zaprzężony był jego kary koń. Na wozie leżała długa czarna skrzynia. Skinął mi przyjaźnie głową: „Czy także do pani Blauberg?” — zapytał. Potem zatrzymał konia. Z wysiłkiem dopchaliśmy mój samochód do jego furmanki i przyczepiliśmy go do niej. W ten sposób pozwoliłem się jakiś czas holować czekając, aż droga się poszerzy. Kiedy to nastąpiło, wyjechałem do przodu. „Zobaczymy się!” — zawołał za mną bednarz.
Znów usłyszałem rżenie. „Może to ów kary bednarza” — pomyślałem. Tymczasem mógł już łatwo przebyć złą drogę.
Moja jazda do wiejskiej posiadłości Aldy Blauberg trwała bardzo długo. Miejsce, które Alda kazała zawsze uprzątnąć dla mojego wozu, było zajęte. Stał tam mały samochód. Ja z moim wpadłem tuż obok domu w zaspę. Mam nadzieję, że ciepły wiatr stopi w nocy śnieg.
Znów usłyszałem głośną muzykę.
Słyszałem ją także, kiedy późnym popołudniem przestąpiłem próg domu. Dobiegała z tranzystora Józi. Okoliczni chłopi zebrali się w sieni. Lekarz wyszedł mi naprzeciw. Do niego właśnie należał samochód stojący na moim miejscu. „Dobrze że pan się zjawił — powiedział. — Zdaje się, że zbliża się koniec naszej wielkiej śpiewaczki”. Żona bednarza i jakiś mężczyzna, którego nie znałem, próbowali podsłuchiwać moją rozmowę z lekarzem. Cofnęliśmy się do łazienki. Szeroka wanna z białymi kafelkami i złoconymi ozdobami była do połowy pełna. Po wodzie pływały róże, gerbery, irysy, chryzantemy, bez. Zapytałem lekarza, dlaczego w wannie pływają kwiaty. „Na wszelki wypadek — odpowiedział lekarz. — Z jej sercem jest od kilku dni źle. A teraz jeszcze ten wiatr. Obawiam się, że to stanie się dzisiejszej nocy.” Kiedy wyszliśmy z łazienki, Józia płakała. Ojciec odebrał jej radio. Potem oddano jej aparat z powrotem. Ale gromadzący się dokoła chłopi wyłączali je z niechętnym pomrukiem, jak tylko słyszeli muzykę. Od czasu do czasu dochodziły mnie powstrzymywane siłą protesty Józi.
Przypomniałem sobie Aldę. Przenikliwe, przeszywające spojrzenie, które mnie uderzyło, kiedy wszedłem do jej pokoju. Tak nie patrzy umierająca. Spodziewałem się, że ujrzę osobę spokojnie drzemiącą, lecz Alda była całkowicie rozbudzona. Siedziała w łóżku wyprostowana, wsparta na wielu poduszkach. „Mój kochany — odezwała się do mnie władczym głosem — dobrze, że przyszedłeś.” Zapytałem o stan jej zdrowia. „Ach, wiesz — usłyszałem jej głos i poczułem na sobie bystre spojrzenie — ten wiatr sprawia mi zawsze kłopot. Ale za parę dni wszystko przejdzie.” Obok jej łoża stało krzesło, na którym wisiała wojskowa marynarka. Był to mundur z czasów monarchii. Bogato haftowany zlotem. „Drogi stary przyjaciel przebywa z wizytą u mnie” — powiedziała Alda, gdy zauważyła, że spoglądam wciąż na osobliwą część garderoby przy jej łożu. Chętnie poznałbym owego gościa. Alda oświadczyła mi, że on bardzo źle widzi i udał się już na spoczynek. Powinienem mieć cierpliwość do jutra.
Koń przed domem zarżał. Niespokojnie szarpał dyszlem wozu, zgrzytały łańcuchy. Przymknąłem powieki. Za każdym razem gdy przymykałem oczy, widziałem przenikliwy wzrok Aldy. Był on u niej czymś niezwyczajnym. Poza tym wyglądała już bardzo źle. Kiedy księżyc rozświetlał mój pokój, wydawało mi się, że z wysokiego lustra toalety w starym niemieckim stylu spogląda na mnie Alda. Wstałem z łóżka i zakryłem lustro swoim szlafrokiem. Fotografię arystokraty w mundurze włożyłem w górną szufladę komody. Ostro zabrzmiało kilka taktów muzyki, a potem rozległy się skargi Józi gwałtownie uciszanej przez czekających na śmierć Aldy sąsiadów.
Położyłem się z powrotem. Na próżno usiłowałem zasnąć. W końcu postanowiłem wyjść na powietrze.
Kiedy zszedłem po schodach do sieni, znajdowali się w niej wszyscy sąsiedzi. Odmawiali szeptem różaniec. Ujrzałem, że zjawił się także bednarz. Kiedy zauważył mnie, ukłonił się nieznacznie. Pozostali nie zmienili postawy. Józia siedziała cicho na trzcinowym krześle obok drzwi wejściowych, trzymając na kolanach swoje radio. Przechodząc obok niej przytknąłem kilkakrotnie wskazujący palec do warg, dając jej w ten sposób do zrozumienia, że powinna zachowywać się spokojnie. Przytaknęła energicznie skinieniem głowy.
Wyszedłem z domu w burzliwą, wietrzną noc. Koń bednarza był niespokojny. Pogładziłem w przejściu jego szyję. Parskał i grzebał kopytem ziemię. Przekopał już głęboko cały mokry śnieg. Miejsce postoju okazało się puste. Lekarz odjechał. Zastanawiałem się, czy powinienem spróbować postawić swój wóz na zwykłe miejsce. Ale śnieg przy drodze był jeszcze głęboki. Zboczyłem z wąskiej ulicy na polną drogę prowadzącą w kierunku doliny. Tu i ówdzie trzeszczała gałąź w konarach drzew. Księżyc przedzierał się szybko poprzez liczne małe chmury. Jego światło odbijało się srebrzyście w strumieniu, który przecinał mi kilkakrotnie drogę. Pod wąskimi kładkami widniały jeszcze resztki kry. Noc była bardzo jasna. W dużej odległości ujrzałem jakąś postać. Czyżby to któryś z chłopów wędrował podczas owej zapustnej nocy?
Chód tego człowieka wydawał mi się dziwny. Może był pijany? Zataczał się z jednej strony drogi na drugą, pochylał nieustannie i zdawał się szukać czegoś w suchej trawie przy pomocy połyskującej, lejcko zakrzywionej laski. Grzebał to na prawym brzegu drogi, to na lewym. Potem znowu się pochylał, jakby pragnął bardzo dokładnie obejrzeć wydobyte laską źdźbło trawy. Czasami także zdawał się podnosić coś z ziemi i jak krótkowidz przysuwać sobie zupełnie blisko do oczu. Szedł naprzód bardzo wolno. Zbliżyłem się do tej obcej postaci, tak że mogłem ją dokładnie obejrzeć. Był to szczupły mężczyzna. Z daleka można było określić jego sylwetkę jako wytworną. Tylko ubranie wywoływało zdumiewające wrażenie. Na głowie miał coś w rodzaju kapelusza. A może była to czapka? Nie mogłem tego z całą pewnością stwierdzić, gdyż właśnie długa chmura przesłoniła księżyc. Zawahałem się. Czy powinienem podejść bliżej do obcego? Zauważyłby mnie wtedy i przerwałby swoje czynności. Miał na sobie niebieskie spodnie. Odniosłem wrażenie, że widać na nich było ciemne pasy, od bioder aż do ziemi. Czy były to spodnie smokingowe? Nie, to nie był smoking. Materiał był na to zbyt jasny. Mężczyzna nie nosił także marynarki, tylko pulower przylegający ciasno do jego szczupłego korpusu. Nieustannie grzebał lśniącą laską w ziemi, pochylał się, coś podnosił, znów przybliżał do oczu i znowu posuwał się parę kroków naprzód lub też kierował w inną stronę drogi, wykonując wciąż te same ruchy. Zbliżał się coraz bardziej. Ukryłem się za świerkiem. Księżyc wysunął się spoza chmury i przeglądał się w strumieniu. Laska w dłoni obcego rozbłysnęła teraz jasno. A ponieważ mężczyzna zbliżył się już do mnie na bardzo małą odległość, mogłem zobaczyć, że nie jest to laska, lecz szabla. Także nakrycie głowy mężczyzny połyskiwało. Nieznajomy nosił hełm. A spodnie z lampasem nie były spodniami smokingowymi, tylko od munduru wojskowego. Teraz również ujrzałem jego twarz, widziałem ją już kiedyś. Zacząłem się zastanawiać. Musiałem zachowywać ostrożność, aby nieznajomy mnie nie dostrzegł. Kiedy przykucnął tuż obok mnie, opuściłem swoje miejsce i ukryłem się za pobliskimi krzakami. Obcy usłyszał mnie. Przestraszony, rozglądnął się dokoła. Widziałem jego połyskujący hełm, wąską twarz, smukłą sylwetkę. I nagle zrozumiałem, skąd znam tę postać. Stojący naprzeciwko mnie mężczyzna był sobowtórem nieszczęsnego oficera arystokraty, który wybudował wiejską posiadłość Aldy Blauberg i którego fotografię usunąłem właśnie z komody mego pokoju. Również hełm był taki sam jak ów na zdjęciu. To mnie zaniepokoiło. Od Aldy wiedziałem przecież, że ów hrabia, baron czy książę popełnił samobójstwo już wiele lat temu. Może to jakiś pijany chłop wracał do domu z zabawy kostiumowej. Co prawda było nie do pomyślenia, aby ktoś taki miał sobie wybrać akurat kostium i maskę dawnego kochanka Aldy. A gdzie była jego marynarka? Czy to nie ona właśnie wisiała obok łóżka Aldy? Przypomniałem sobie, że Alda, na której zgon całe sąsiedztwo oczekiwało teraz w sieni domu, opowiadała mi, że przebywa u niej ktoś z wizytą. Po jakimś czasie obcy zaczął znowu dłubać w ziemi szablą. Czego szukał? Stałem bez ruchu za krzakiem. Zastanawiałem się. Lękałem się zetknięcia z owym nieznajomym. Czy powinienem pozwolić mu przejść naprzód? Wykorzystałem potężny podmuch wichru, opuściłem swoją kryjówkę i pobiegłem o kilka drzew dalej. Człowiek w mundurze nie zauważył mnie. Byłem zmęczony. Chciałem już znaleźć się w domu. Opodal droga skręcała. Uniknąwszy zetknięcia się z nieznajomym, powróciłem do domu Aldy.
W sieni paliło się światło. Otwarłem drzwi wejściowe. Chłopi stali wciąż jeszcze razem i modlili się. Nagle przestali. Dały się słyszeć kroki. Czyżby to był gość Aldy schodzący w dół po skrzypiących schodach? Józia otwarła szeroko usta. Ukazała się Alda. Ostrym spojrzeniem obrzuciła po kolei każdego z gromady zaskoczonych żałobników.
Milczeliśmy. Wreszcie bednarz zebrał się na odwagę i powiedział: — Wielmożna pani, słyszeliśmy, że pani źle się czuje. Dlatego chcieliśmy panią odwiedzić.
Podniósł się wielogłosowy szmer. Każdy z obecnych chłopów przed wyjściem oddawał ukłon i pomrukiwał niezbyt zrozumiałe życzenia zdrowia. Alda stała nieporuszona na ostatnim stopniu schodów i obserwowała, jak dom pustoszeje. Chętnie wycofałbym się do swojego pokoju, ale bałem się przejść obok Aldy. Lękałem się jej bliskości, dlatego czekałem, aż zejdzie do sieni. Chciałem wynieść się tak szybko, jak tylko to będzie możliwe. Usłyszałem jej głośny śmiech. — Piotrze! — zawołała. Stała w łazience przed wanną do połowy pełną wody, w której pływały kwiaty. — Spójrz, oni chcieli mnie już pochować.
Kiedy przestąpiłem próg swego pokoju, przeraziłem się szlafroka wiszącego na lustrze. W świetle księżyca przypominał on człowieka czepiającego się ostatkiem sił drzwiczek komody. Ponieważ Alda znów mogła się o własnych siłach poruszać, mogłem spodziewać się, że nazajutrz zajdzie do mego pokoju. Wyjąłem więc z powrotem z szuflady fotografię jej wielkodusznego kochanka, aby postawić ją na dawne miejsce. Przypomniałem sobie osobnika spotkanego przed chwilą i podszedłem do okna. Chciałem obejrzeć fotografię skrupulatnie w świetle księżyca. Osoba na zdjęciu była łudząco podobna do owego nieznajomego. Tylko w oczach dostrzegłem pewną różnicę. Spojrzenie wojskowego napotkanego na drodze było puste. Wydawał się niedowidzieć. Natomiast oczy mężczyzny na fotografii były przenikliwe i przeszywające. Przypominały niemiły wzrok Aldy, jaki owego wieczoru spostrzegłem u niej po raz pierwszy.
Wyjrzałem z okna. Bednarz odwiązywał konia od płotu i z głośnym nawoływaniem zawracał furmankę. Potem kilku chłopów wdrapało się na wóz siadając na czarnej skrzyni. Niezwykły pojazd ruszył ciężko z miejsca i minął powoli mój samochód, kierując się w stronę doliny. Józia biegła za nim. Obiema rękami przyciskała do siebie malutkie radio. Głośna muzyka taneczna rozbrzmiewała poprzez zapustną noc. Furmanka była coraz dalej. Muzyka Józki zmieszała się z poszumem drzew. Wkrótce wszystko umilkło.
Zamknąłem okno, ustawiłem portret tajemniczego arystokraty z powrotem na komodzie i położyłem się do łóżka. Tu i ówdzie słyszałem głosy. Z początku sądziłem, że to burza, jej niesamowite akordy pędziły wokół ścian domu. Głosy stawały się bardziej wyraziste. To Alda była w ogrodzie. Przez zamknięte drzwi słyszałem jej słowa. Wydawała się niezwykle wzburzona.
— Potrafisz! — krzyczała nieustannie. — Weź się w garść! Wiesz przecież doskonale, jak bardzo mi na tym zależy. — Potem następowało kilka niezrozumiałych zdań. Z kolei usłyszałem głos mężczyzny. — Po raz ostatni, po raz ostatni — powtarzał wciąż. Jego słowa były dla mnie bardzo niewyraźne.
Znów wstałem z łóżka. Chciałem się dowiedzieć, z kim tak żywo dyskutuje Alda, z której zgonem — wedle słów lekarza — należało się liczyć w ciągu kilku godzin.
Podszedłem do okna i otworzyłem je. Alda sztywno wyprostowana stała pośród kwiatów, które przed chwilą wyrzuciła do ogrodu. Przez jej prawe ramię przewieszona była wojskowa marynarka. Ta sama, którą wieczorem widziałem obok jej łóżka. Guziki marynarki błyszczały w blasku księżyca. Przed Aldą klęczał mężczyzna, którego wcześniej spotkałem. Gołymi dłońmi drapał ziemię.
Ta uderzyła go w twarz marynarką.
Alda wyglądała na podnieconą w najwyższym stopniu: — Guziki, tak, guziki, masz je jeszcze! — Głos jej drżał. — A może ich już także nie masz? — Jeszcze raz uderzyła go marynarką w twarz. — Czujesz te guziki? Czemu mi ich nie dajesz, skoro już niczego nie możesz znaleźć? Jednym szarpnięciem oderwała guzik od marynarki i włożyła go do ust. Usłyszałem zgrzyt metalu między jej zębami.
Mężczyzna jęczał żałośnie:
Ale Alda nie zwracała na niego uwagi.
Bez słowa odrywała jeden guzik po drugim. Kiedy połknęła ostatni, cisnęła marynarkę w twarz mężczyźnie, który po kilku daremnych wezwaniach osunął się bez sił na ziemię. Potem weszła z powrotem do domu. Zakłopotany zamknąłem okno i zastanawiałem się, czy nie powinienem jeszcze tej nocy opuścić tego domu. Bałem się. Słyszałem śpiew Aldy rozlegający się na klatce schodowej. Nie był to głos chorej staruszki. Nie chciałem już spotkać Aldy tej nocy i zdecydowałem się więcej nie wychodzić. Zamknąłem drzwi swego pokoju i położyłem się. Alda wciąż śpiewała.
Spałem już, gdy nagle zbudziło mnie pukanie. Klamka opadła, a potem znów się podniosła.
Leżałem w łóżku bez ruchu. Nie ośmieliłem się poruszyć. Tylko nie wydawać żadnego głosu, myślałem, tylko żadnego głosu. Niech sądzi, że śpię. Wielokrotnie jeszcze słyszałem szept Aldy. Potem się oddaliła. Nie poruszałem się. Wszystko, co widziałem teraz dokoła — toaletka, komoda, wieńce laurowe — napełniło mnie naraz strachem.
Co się stało z Aldą? Czy człowiek w ogrodzie był istotnie tym z szuflady komody? W jaki sposób może ktoś zjadać złote guziki? Dręczyły mnie te pytania. Czego w końcu chciała ode mnie Alda? Czemu dobijała się do drzwi? Czy zamordowała owego mężczyznę i teraz pragnęła mojej pomocy? Nie mogłem sobie wytłumaczyć wydarzeń, których by łan świadkiem tej nocy.
Znów usłyszałem szmery. Tym razem nie przy drzwiach, lecz za toaletką. Ktoś otworzył drzwi w ścianie. Dał się dostrzec słaby promień światła pod kredensem. Drzwi stanęły otworem. Znowu usłyszałem głos Aldy: „Piotrze, Piotrze, czy mnie słyszysz?” Udawałem w dalszym ciągu śpiącego. Alda wciąż wzywała mnie po imieniu. W końcu usłyszałem, jak odsuwa toaletkę. Szlafrok, który zawiesiłem na lustrze, upadł na ziemię. Nie miało już sensu udawać śpiącego. Dźwignąłem się z łóżka i przerażony wpatrywałem się w pojawiającą się postać. Przede mną stała nie osiemdziesięciopięcioletnia Alda, ale piękna młoda kobieta. „Ależ, Piotrze — powiedziała — czy tak bardzo boisz się swojej starej Aldy?” Usiadła na moim łóżku. Taką Aldę, która teraz ujęła pieszczotliwie moją dłoń, znałem tylko z portretów w szufladzie komody.
„Mój mały książę!” — szepnęła mi kilkakrotnie do ucha, a potem objęła mnie. Kiedy o świcie wstała i opuściła pokój, na próżno próbowałem ją zatrzymać.
„Śpij teraz dobrze, mój mały książę” — powiedziała do mnie jeszcze, nim otwarła drzwi, które przedtem zamknąłem, i zniknęła.
Kiedy obudziłem się, słońce w pokoju świeciło niezwykle mocno. Dochodziło południe. Na kamiennej posadzce leżała złamana chryzantema. Alda stała w kuchni, taka jak zawsze. „Dobrze spałeś?” — zapytała. Podziękowałem grzecznie. „Mam jedną prośbę — powiedziała następnie. — Człowiek, który mnie odwiedził, opowiadałam ci o nim wczoraj wieczorem, zmarł niespodziewanie tej nocy. Czy będziesz tak dobry i wyjeżdżając zawiadomisz o tym bednarza? On już załatwi wszystko, co konieczne.”
Zaprowadziła mnie do zwłok. Obcy leżał w pokoju Aldy. Jego marynarka była cała pokryta kwiatami.
Alda chciała, abym towarzyszył jej jeszcze przy posiłku. Ale ja opuściłem dom, jak mogłem najszybciej, usprawiedliwiając się, że będę musiał natychmiast zawiadomić bednarza o zgonie. „Przyjedź wkrótce znowu!” — zawołała za mną.
Ciepły wiatr, który nie ustawał, roztopił niemal całkowicie zaspy, w których utknął mój wóz. Bez trudu wydostałem się na drogę, zawróciłem i ruszyłem w kierunku doliny. Kiedy przejeżdżałem obok domu Heidingera, Józia pomachała ku mnie dłonią. Przed domem bednarza płonął ogień. Była niedziela. Bednarz siedział w kuchni. Zawiadomiłem go o śmierci gościa Aldy.
— Ten w mundurze? — zapytał. Po czym dodał: — No, tak, a więc zaprzęgajmy z powrotem.
Im głębiej wjeżdżałem w dolinę, tym zimniej się stawało. Ziemia była jeszcze zlodowaciała. W kilku miejscach musiałem uważać, aby nie wpaść w poślizg.
Kiedy jedzie się z Feldbach w kierunku Fehring, wkrótce po minięciu koszar widać, jak szosa państwowa rozgałęzia się po prawej ręce i przechodzi w wąską drogę. Jest ona nieco szersza niż polna ścieżka, ale bardzo zaniedbana i pełna wybojów. Niektóre z nich są tak głębokie, jak gdyby pochodziły od wybuchów bomb czy granatów.
Droga ta jest rzadko używana. Tak, jeszcze kilka lat temu można tu było spotkać wojskowe jeepy albo wytworne pojazdy złotej młodzieży ze wschodniej Styrii. Zmierzały ku ekspresowemu barowi „Happy”. Ale interes ten szedł coraz gorzej i dziś przypomina o nim tylko spróchniały pień drzewa przy rozgałęzieniu szosy państwowej. Tablicę z napisem „Ekspresso Happy 500 m” zerwali już dawno podochoceni poborowi z pobliskich koszar.
Jeszcze tylko jesienią ożywia się ta droga, gdy traktory zwożą z pól kukurydzę i rzepę, a pod koniec tygodnia pojawiają się przechodzące grupy myśliwych. Polują śrutem na bażanty i przepiórki, gnieżdżące się na polach, z których sprzątnięto kukurydzę, albo wypatrują kaczek w sitowiu pobliskich stawów.
Wtedy może się zdarzyć, że na złość myśliwemu trafiony ptak spada nie na pole czy łąkę, lecz na ogrodzony płotem dom, w którym niegdyś mieścił się bar. Wówczas psy zatrzymując się przed ogrodzeniem z siatki szczekają głupkowato i wybałuszają ślepia na martwą zwierzynę, którą powinny aportować.
Wtedy to najzręczniejszy z niedzielnych, skądinąd już niezbyt ruchliwych, łowców przechodzi przez płot do opustoszałego parku. Z zewnątrz widzi się jeszcze tylko kilka inspektów z rozbitym szkłem, mały staw, drzewa owocowe i płaczące wierzby. A z tyłu dom, którego architektura harmonizuje w zupełnie niezwykły sposób z owymi płaczącymi wierzbami. Chociaż tynk fasad wykruszył się już bardzo mocno, jednak wciąż jeszcze można rozpoznać dawny jasnozielony kolor, który ledwie różni się od gałęzi wierzb. I tak jak owe gałęzie chylą się łukowato ku ziemi, tak samo łukowate są framugi okien i drzwi dwupiętrowej budowli. Jej szczyt opada w dół zaokrągloną melancholijną linią, jak gałęzie wierzb.
Bezpośrednio obok budynku stoi szopa, której dach wsparty jest z jednej strony na dwóch mocnych palach wierzbowych, a z drugiej na murze domostwa. Pod nim, pośród wielu doniczek i flakonów ze zwiędłymi kwiatami, rdzewieje stary jeep.
Należy on do doktora Terenischwili, dawnego lekarza okręgowego z Feldbach, który obecnie mieszka wraz z żoną w Niemczech. Nikt nie wie, jak to się stało, że zrezygnował z praktyki i naprzód wydzierżawił posiadłość, znaną uprzednio szeroko z rzadkich kwiatów i krzewów, a potem dopuścił do jej zupełnego zaniedbania.
Niegdyś bowiem doktor Terenischwili cały wolny czas poświęcał ogrodowi. W swoich szklarniach i inspektach dokonywał prawdziwych botanicznych cudów. I niemal każdego tygodnia stawał na małym dworcu kolejowym w Feldbach, czekając na pociąg z Grazu. Z wagonu pocztowego wyładowywano dla niego rzadkie holenderskie cebulki tulipanów, pędy strelicji z Teneryfy czy też rozmaite rośliny z wysp mórz południowych.
Doktor Terenischwili posiadał jeszcze jedno hobby. Polowanie. Uprawiał je na własny sposób. Zarówno jemu jak i jego żonie (która również dla botanicznych upodobań męża wykazywała wiele zrozumienia) wystarczyła obserwacja zwierzyny wczesnym rankiem lub o zapadającym zmierzchu. Zabijanie wydawało się obojgu zbyt okrutne.
Tylko jesienią, kiedy wiele ptaków leciało do ciepłych krajów, tam gdzie kwiaty doktora Terenischwili rosły dziko i rozkwitały obficie bez pomocy szklarni oraz inspektów, wtedy zdarzało się, że odstrzeliwali niektóre ptaki z owych ciemnych chmar. Ze współczuciem obserwowali wtedy, jak trafione, poruszywszy parę razy niespokojnie skrzydłami, traciły równowagę i z głuchym łoskotem spadały pomiędzy kwiaty i krzewy ich ogrodu. Czasem zdarzało się także, ża martwe ptaki zawisały wśród gałęzi wierzby lub drzew owocowych i trzeba było dopiero mozolnie ściągać je stamtąd na dół przy pomocy drągów. W takich dniach strzelby oparte były zawsze o okrągłe obramowania drzwi lub o którąś z jasnozielonych ścian domu.
Stały tam także 16 października 1964 roku gotowe do strzału. Było to bardzo ciepłe i pogodne popołudnie jesienne. Z daleka dochodziły od czasu do czasu przytłumione salwy ze strzelnicy koszar. Pan doktor Terenischwili radował się fiołkami i prymulkami, które ponownie zaczęły rozkwitać, a jego żona wykopywała z grządek cebulki hiacyntów. Doktor był już właściwie gotów do wyjścia. Wdowa byłego zawiadowcy stacji w Feldbach skarżyła się na poważne trudności w oddychaniu. Gardło, którego za żadną cenę nie chciała dać operować, dawało się jej, szczególnie wczesną wiosną i jesienią, mocno we znaki.
Doktor Terenischwili miał właśnie wsiąść do swego jeepa. Akurat wtedy nad parkiem przelatywał wielki złocisty bażant. Niespokojnie trzepotały na wietrze pióra jego ogona. „Szybko, szybko, Mario!” — krzyknął doktor. Ale na próżno. Grządka hiacyntów znajdowała się zbyt daleko od ściany, o którą opierały się strzelby. Oboje nie zdążyli jeszcze wyrazić żalu, że umknął im tak piękny ptak, kiedy usłyszeli odgłos helikoptera. Przelatywał nad parkiem z ogromną szybkością. Najwidoczniej ścigał bażanta, którego żółte pióra lśniły w jesiennym słońcu. Żołnierze z koszar polowali na swój sposób.
Padł strzał. Doktor Terenischwili i jego żona oczekiwali, że bażant spadnie. Ale on leciał dalej.
Tylko silnik helikoptera zaharczał i zaczął się nagle zacinać. W parę chwil później helikopter z gwizdem runął w dół. Wprost na środek grządki, przy której dopiero co pracowała żona doktora. „Padnij na ziemię!” — krzyknął do niej doktor Terenischwili. W parę sekund później zbiornik benzyny eksplodował. Helikopter spłonął. Obie siedzące w nim osoby nie zdołały się uratować.
Kiedy płomienie zaczęły wygasać i doktor Terenischwili chciał się podnieść, całą okolicę przeszył głośny akord, jakby kontrabasy zaintonowały przerażającą muzykę żałobną. Przestraszone tymi dźwiękami wrony, kaczki, przepiórki i bażanty krążyły niespokojnie i bezładnie po błękitnym jesiennym niebie.
Powoli akord ucichał. Doktor Terenischwili podszedł do wraku.
Widok był taki, jakiego można się było spodziewać. Szczątki i zwęglone zwłoki dwóch młodych żołnierzy. Dało się jeszcze rozpoznać broń, z której strzelali do bażanta. Na żarzącym się szkielecie spadłego helikoptera leżały gałęzie kwitnącego drzewa migdałowego. Doktor nie umiał sobie wytłumaczyć, jakim sposobem mogły się one tam znaleźć. Podniósł je i włożył do flakonu, który stał blisko drzwi wejściowych domu.
Było to w Słowenii. Na trasie między Rohitsch-Sauerbrunn a Windisch-Feistritz. Albo między Rogaszką-Slatiną a Słoweńską Bystrzycą, jak dziś nazywają się obie te miejscowości, na owej starej drodze, uczęszczanej głównie przez chorych na wątrobę i żółć Austriaków, obfitującej w liczne zakręty, złej i poprzecinanej wieloma rampami kolejowymi, przeważnie zamkniętymi. Jeżdżę tą trasą bardzo często i znam ją naprawdę dobrze. Pagórki łagodnie wznoszące się i opadające, wszystkie złośliwe zakręty szosy, wynikające z uporu graniczącego z nią chłopstwa, wiejskie chaty z licznymi kolbami kukurydzy pod dachami krytymi słomą lub gontem. I zmurszałe drogowskazy z niedokładnie oznaczonymi w kilometrach odległościami.
Pewnego pogodnego dnia w grudniu, tuż przed Bożym Narodzeniem, znalazłem się znowu na owej trasie. Tym razem się zdumiałem. Krajobraz wydał mi się odmieniony. Znałem tę okolicę na wiosnę, kiedy łąki żółcieją od pierwiosnków, a także później, kiedy śliwy pokrywają się drobnym, śnieżnobiałym kwieciem. Jest to uciążliwa pora roku dla uprawiających winorośl rolników, którzy kopią wówczas na stokach winnic. Równie mozolne jest lato z rzadkimi deszczami i częstym plewieniem ziemniaków oraz rzepy. Znałem tutaj także jesień — barwne drzewa i winnice, które z daleka wyglądają jak stojąca na baczność armia przystrojonych w wesołe i kolorowe mundury krasnoludków. Jeździłem tą trasą również w zimie. Drogi były przeważnie źle oczyszczone. W śniegu gubiły się zajęcze ślady.
Ale tym razem nie było jeszcze śniegu. Płoty, dachy, przewody elektryczne, drzewa, krzewy pokryte były grubą warstwą szronu. Nigdy nie przypuszczałem, że szron potrafi tak odmienić świat. Wszystko było tam żywe i wszystko martwe zarazem. Można by sądzić, że słupy telegraficzne i domy rosły tak samo i tak samo posiadały pod ziemią korzenie jak drzewa na polach.
Drzewa stały tutaj okryte gęstym futrem szronu, tak białe i tak bogate, jakby miały zakwitnąć. Pojedyncze jabłka, o których zapomniano podczas jesiennego owocobrania, jak również niektóre śliwki pozostałe jeszcze na gałęziach wydawały się z daleka niby ogromne róże lub tulipany z ogrodów dalekiego, nieznanego świata. Podejrzewałem, że w tym lub owym drzewie, obok którego przejeżdżałem, ukrywa się Dafne. Być może w ten sposób właśnie, nie tracąc wdzięku, przeobraziła się uciekając przed Apollem. Wszystkie pokryte szronem kształty byty poza wszelkim cierpieniem, poza jakąkolwiek namiętnością. Tu i ówdzie pary drzew, które mijałem, zdawały mi się być jak Dante i Beatrycze, jak Tristan i Izolda, którzy odnaleźli siebie nawzajem dla wiecznego, niczym nie zakłóconego szczęścia, tak mocno, tak czule, tak niewinnie splatały się z sobą ich kwitnące szronem gałęzie. Światło stojącego wysoko na niebie południowego słońca było też nierealne i chłodne, pozostawiało kształtom ich piękno, i nawet kiedy szron tu i ówdzie odpadał, to spływał jednak miękko na ziemię lub zawisał na jakiejś innej gałęzi, na zapomnianym źdźble czy na występie muru.
Nic nie zakłócało harmonii tego dnia. Czekanie pod zamkniętymi rampami kolejowymi nie wydawało mi się tym razem uciążliwe. Pociąg towarowy przetoczył się, sapiąc, już dawno, kiedy rampa zaczęła się podnosić. Nie zatrzymało mnie już nic, nawet gdy okazało się, że droga jest zamknięta. Na długim drągu umocowanym na dwóch słupach w poprzek drogi wisiała tabliczka ze strzałką wskazującą wąską ścieżkę.
