Nikt nie może się dowiedzieć - Anna Kurzaj - ebook
NOWOŚĆ

Nikt nie może się dowiedzieć ebook

Anna Kurzaj

0,0

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Najtrudniej uciec od pragnień, które rodzą się w sekrecie

Maciek, student drugiego roku, próbuje pozbierać się po rozstaniu z Gosią. Zagubiony, zaczyna zaniedbywać naukę – właśnie wtedy nawiązuje znajomość z tajemniczą koleżanką z uczelni.

O tej dziewczynie tak naprawdę nikt nic nie wie. To jednak nie przeszkadza Maćkowi, by zacząć się z nią potajemnie spotykać. Niewinna ucieczka od problemów szybko zmienia się w grę pełną namiętności, sekretów i kłamstw.

Tymczasem Gosia postanawia wrócić do Maćka. Ten staje na rozdrożu, rozdarty między przeszłością a tym, co pochłania go coraz bardziej…

„Nikt nie może się dowiedzieć” to słodko-gorzka opowieść o dojrzewaniu, skomplikowanych uczuciach i studenckich frustracjach. O niepewności, która towarzyszy wchodzeniu w dorosłość, i sekretach, jakich nie potrafimy wyznać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 231

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Anna Kurzaj

Nikt nie może się dowiedzieć

Playlista

Rozdział 1

Nie wiem, dlaczego aż tak bardzo zależało jej na dyskrecji. W ogóle cały czas można było odnieść wrażenie, że chciała wymazać wszelkie ślady swojego istnienia. Cicha, chowająca się w cieniu. A mimo to zaskakująco wiele osób ją kojarzyło. I wszyscy zgodnie przyznawali, że roztaczała wokół siebie aurę tajemniczości, i to taką najgorszego sortu, bo intrygującą i pociągającą. Była trochę jak romantyczny upiór nad brzegiem jeziora.

Nie przypominam sobie dokładnie momentu, w którym zobaczyłem ją po raz pierwszy, ale tak to już bywa ze wszystkimi osobami, które spotyka się regularnie w określonych miejscach. Zupełnie jak pani sprzedawczyni w Biedrze, która przez pół roku niezauważalnie kasuje twoje zakupy. Aż tu nagle pewnego razu widzisz ją na przystanku na drugim końcu miasta i na wpół sparaliżowany tym spotkaniem mówisz jej „dzień dobry”. I od tej pory wasze wzajemne stosunki w sklepie są dużo serdeczniejsze. Może to porównanie nie wygląda tak dobrze na papierze jak w mojej głowie, w każdym razie początek naszej znajomości pozostaje dla mnie bardzo mglisty. Mijaliśmy się na korytarzach, w tramwajach i Bóg wie, gdzie jeszcze, aż pewnego razu zauważyłem ją siedzącą pod oknem, kilka rzędów przede mną, na ćwiczeniach, kiedy to zajęcia dziwnym trafem były łączone jeszcze z dwoma grupami. I uświadomiłem sobie nagle, że już widziałem to znamię na szyi. Widziałem je już przecież na korytarzach, w tramwajach i Bóg wie, gdzie jeszcze. Zupełnie wybiła mnie z rytmu robienia notatek swoją obecnością.

– Znasz ją? – Szturchnąłem Dawida, mojego wykładowego towarzysza niedoli, a tym samym wybudziłem go z przyjemnego letargu. Zauważyłem to jednak dopiero mikrosekundę później. Nie chciało mi się już go przepraszać. Przez moment nie mógł się wystarczająco skupić, żeby spojrzeć tam, gdzie wskazywałem. Kręcił się teatralnie, jakby był w stanie wskazującym.

– Widzisz ją czy nie? – Starałem się tonem głosu nie okazywać poirytowania, ale chyba kiepsko mi to wychodziło, bo kilka osób się odwróciło, patrząc na nas oceniającym wzrokiem.

– A… ta – szepnął nieco otrzeźwiały. – Nie za bardzo ją kojarzę. Chyba normalnie chodzi do innych grup.

Zawsze pomocny, a jakże. Cała sytuacja mogła być nic nieznaczącym epizodem, ale ja zachowałem ją w pamięci już wtedy. Sam nie wiem dlaczego. Pewnie ja też nie byłem skupiony na zajęciach i jedynie szukałem pretekstu, żeby odfrunąć gdzieś myślami.

Jej szyja była łabędzio smukła. Odnosiłem wrażenie, że można ją złamać lekkim dotykiem. Szyja jak z Disneya. Szyja jak u baletnicy. Szyja zmieniająca się w giętki kręgosłup. Przyglądałem się jeszcze chwilę, dopóki nie obróciła nieznacznie głowy, tak że mogła mnie widzieć kątem oka. I wtedy zdałem sobie sprawę, że patrzyłem na nią niepokojąco długo, a nie chciałem przecież wyjść na kolejnego Stinga z Every Breath You Take. Modliłem się, żeby patrzyła na coś innego, nie na mnie. Na szczęście nie przeszło jej przez myśl, aby się odwrócić jeszcze bardziej, tablica i wykład za bardzo ją zaangażowały.

Długo po tym zdarzeniu nie działo się absolutnie nic. W każdym razie nic, co miałoby jakikolwiek związek z nią, bo w tym czasie w moim życiu działo się całkiem sporo. Spotykałem się wtedy z jedną dziewczyną, z Gosią. Razem studiowaliśmy i generalnie wszyscy na roku wiedzieli, że jesteśmy parą. Wiem, że podobno nie bierze się dupy ze swojej grupy, ale jakoś nigdy nie traktowałem takich powiedzeń poważnie. Do każdego takiego przysłowia można znaleźć inne, które mówi dokładnie coś odwrotnego.

Gosia była całkiem miłą osobą. Rozmowna i zabawna, i obiektywnie ładna. Spędzanie z nią czasu było czystą przyjemnością. Zawsze pachnąca, zawsze rozpromieniona. Nigdy smutna, nigdy ciemna i niejasna. Przy niej nie musiałem się zastanawiać, co powiedzieć i jak się zachować. Wszystko przychodziło naturalnie, bez jakiegokolwiek wymuszenia.

– Wiesz, Maćku – powiedziała pewnego styczniowego popołudnia, kiedy siedzieliśmy w kawiarni. – Zastanawiam się czasem, kim w ogóle jesteś. Właściwie prawie cię nie znam.

Chciałem niezręcznie poprawić się na krześle, ale ograniczyłem się do szelmowskiego uśmiechu. Studiowaliśmy razem, spędzaliśmy ze sobą każdą wolną chwilę. O co jej, do cholery jasnej, chodzi?

– Pozwól, że się przedstawię – zacząłem pewny siebie. – Mam na imię Maciek i poznaliśmy się na studiach, bo przydzielili nas razem do grupy. Mam dwadzieścia trzy lata, a mój ulubiony kolor to…

– Nie musisz się zgrywać. – Spojrzała na mnie spode łba. – Wiesz, o co mi chodzi. Spotykamy się już pół roku, a ty nawet nie powiedziałeś, skąd jesteś. Tego, że masz młodszą siostrę, dowiedziałam się z urywanej rozmowy przez telefon… Dlaczego nie chcesz mi nic powiedzieć?

– Podsłuchiwałaś, jak rozmawiam przez telefon?

– Nie robiłam tego specjalnie przecież. Po prostu słyszałam, co mówiłeś. – Odchyliła się na krześle, nieco kurcząc ramiona.

Spojrzała posmutniała na swój spodek od filiżanki. Patrzyła tak już dłuższą chwilę, a na jej twarzy coraz wyraźniej malował się beznadziejny smutek. I wtedy zdałem sobie sprawę, jaki punkt kulminacyjny będzie miała ta rozmowa. Zawsze inaczej wyobrażałem sobie rozwój tej historii. Przecież spędziliśmy razem tyle radosnych chwil, wspólne wyjazdy, nocne powroty do domu, tańce do białego rana. Wyciągnąłem rękę, starając się złapać jej dłoń, jednak ona szybko uniknęła niechybnego dotyku.

– Mówiłam ci o każdej pierdole, która mi się przytrafiła, poznałeś moje wszystkie przyjaciółki z liceum, a ty nadal odgraniczasz się ode mnie jakąś ścianą. – Spojrzała przez okno i całe szczęście, że akurat zbierały się szaro-sine chmury, bo przejrzyste niebo wyglądałoby fatalnie w tej sytuacji. – Dlaczego mi nie ufasz?

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Chciałem ją przytulić, pogładzić jej włosy – nie wiem, cokolwiek, co by ją uspokoiło. Wiedziałem jednak, że w tej chwili Gosia nie życzy sobie takich gestów. Co więcej, miała trochę racji – nigdy nie mówiłem o sobie w takich szczegółach i dotąd zawsze czułem się z tym jak najbardziej naturalnie. Po prostu nie odczuwałem potrzeby, żeby prawić o sobie elaboraty. Wolałem cieszyć się tym, co dzieje się w danej chwili, niż opowiadać, co u mnie, skąd przybywam i dokąd zmierzam.

– Przepraszam, nigdy nie chciałem, żebyś tak się czuła – wydusiłem w końcu.

– Nie musisz mnie przepraszać. Chciałam tylko, żebyś czasem powiedział coś od siebie.

W duchu odetchnąłem z ulgą. Skończyło się tylko na reprymendzie.

– Będę – zapewniłem szybko.

Jednak Gosia równie szybko rozpoczęła dalszą część swego przemówienia. Pewnie nawet nie zauważyła, że coś odpowiedziałem w trakcie. A więc nie powinienem się jednak cieszyć na zapas.

– Myślę, że powinniśmy zrobić sobie przerwę. Musimy oboje przemyśleć, czego w ogóle chcemy.

Poczułem nagłe elektryczne drętwienie od ramion aż po opuszki palców. Sam nie do końca wiedziałem dlaczego.

– Przerwa? – powtórzyłem zdziwiony.

– To dobrze zrobi nam obojgu – dodała już nieco spokojniej, rozglądając się po kawiarni, a przede wszystkim oglądając górne półki z dekoracyjnymi słojami. Pozostawała w takim stanie jeszcze parę sekund, aż w końcu powiedziała: – Muszę już iść. Właściwie to umówiłam się jeszcze z koleżanką.

– Okej – odparłem opanowany, podnosząc się nieco z krzesła. – Odprowadzić cię na przystanek?

– Nie, nie trzeba. To niedaleko stąd.

Szybko wstała i założyła na siebie kurtkę. Nie starała się nawet na mnie poczekać – wyszła i tyle. Uznałem więc, że wszelkie przejawy wymuszonej kurtuazji są tutaj zbędne. Dokończyłem kawę, analizując ze szczegółami każdą randkę z osobna. Przypomniała mi się sytuacja, kiedy pytała o kolegów z technikum, a ja odparłem zmieszany, że nie utrzymujemy kontaktów i tak powinno zostać. Albo gdy opowiadała o tym, co będzie robić po studiach, i zagadała, jakie ja mam plany na przyszłość, a ja odpowiedziałem, że pewnie wrócę do rodzinnej firmy. Chyba o coś jeszcze dopytywała. Nie mam już pojęcia o co. Chyba faktycznie zawaliłem. Chociaż w sumie to jeszcze nie wszystko stracone. Ja mogę się zmienić, ona może zmienić zdanie. Nigdy nie jest tak źle, żeby nie można było tego naprawić. Tak przynajmniej wtedy myślałem.

Następne dni mijały mi dosyć refleksyjnie i trochę automatycznie: budziłem się, jechałem na uczelnię, zajmowałem się tym, co akurat miałem do roboty (a zbliżał się koniec semestru, więc do roboty było całkiem sporo), i spałem, ale tak naprawdę nie byłem skupiony na żadnej z tych rzeczy. Z tego okresu pamiętam tylko, jak siedziałem w kurtce na balkonie i wypalałem kolejne paczki papierosów. Czasem z kłębów tego dymu tytoniowego wyłaniają się jakieś drinki rozlewające się nad notatkami i zlewające słowa w bezładne plamy.

Pewnego dnia, kiedy znów w tym rutynowym amoku jechałem autobusem na uczelnię, nagle poczułem, że ktoś mnie obserwuje. Ogarnęło mnie to dziwne poczucie niepokoju, które zapewne towarzyszyłoby bohaterom horrorów. Rozejrzałem się po pasażerach, ale nie rzuciło mi się w oczy nic podejrzanego: starsze panie z torbami, kilkoro mężczyzn z firmowymi plecakami i paru studentów z notatkami. Obróciłem się jeszcze raz – wszystko w porządku. Może po prostu to był początek jakiejś paranoi albo innej manii prześladowczej. Starałem się uspokoić, ale poczucie bycia obserwowanym znikło dopiero, gdy wysiadłem z autobusu.

Boże, co ja w ogóle robię – pomyślałem sobie nagle – tak bardzo nie chce mi się tam jechać. Tak bardzo nie chce mi się nic robić. Patrzyłem przez okno przesiadkowego tramwaju. Wyobrażałem sobie, że jestem tym facetem czekającym akurat na zielone światło na skrzyżowaniu i idę dokładnie w przeciwnym kierunku, a moje obowiązki mają jakikolwiek sens.

Wchodziłem już do budynku uczelni. Liczba osób, które znałem, na metr sześcienny była tutaj zaskakująco duża, a nie chciałem przy nich smęcić kryzysem egzystencjalnym i psuć im krwi. Nie zasługiwali na to. W sumie na myśl o nich robiło mi się trochę lżej na sercu. Byli takim swojskim elementem w tym studenckim łagrze. Zawsze można było się z nimi pośmiać czy po prostu pogadać. Chyba jednak lubiłem to miejsce. Wszedłem więc po schodach nieco szybciej, niż szedłem z przystanku. Byłem już na piętrze, na którym znajdowała się moja pseudoupragniona sala. Tego dnia zaczynaliśmy wykładem i mimo że z reguły nie chodziłem na nieobowiązkowe zajęcia, to akurat wtedy chciałem zapytać prowadzącego o pracę zaliczeniową, więc wypadało się pojawić. Im bardziej zbliżałem się do sali, tym lepiej mogłem słyszeć podejrzany rumor zwiastujący chmarę studentów czekających w popłochu. To nie był dobry znak. Skręciłem w docelowy korytarz, kiedy moim oczom ukazali się właśnie owi studenci. Rozmawiali o czymś rozemocjonowani, a co gorsza, większości z tych ludzi nie kojarzyłem nawet z widzenia.

Powinienem był już wtedy się domyślić, co mnie za chwilę czeka, ale pech/przypadek/własne roztargnienie sprawiły, że wolałem nie analizować tego, co mnie otacza. Nie miałem także ochoty przedzierać się przez tłum studentów, który okupywał korytarz na całej jego szerokości. Na razie jeszcze bezkrwawo. Zająłem się przeglądaniem wiadomości w telefonie, nie chcąc brać udziału w tym cyrku.

Stałem tak chyba dwie minuty wgapiony w ekran telefonu, gdy zza rogu na drugim końcu korytarza wyłonił się kochany pan wykładowca. Szedł szybko, ale nieco niepewnie, przez co miało się wrażenie, że za chwilę się potknie o własną nogę. Przyciskał do piersi tajemniczą teczkę, a gdy poprawił swe okulary na nosie, w końcu zauważył mnie. Widok ten musiał być dla niego zaskakujący, bo mimowolnie uniósł brwi. Spojrzałem na niego nieco spode łba.

– Dzień dobry – powiedziałem.

– Dzień dobry – odparł i nagle przerwał ten krótki kontakt wzrokowy, wchodząc w tłum studentów, który rozstąpił się przed nim niczym Morze Czerwone.

Otworzył drzwi sali i wszedł do środka, a za nim wlała się fala studentów. Wszyscy zaczęli się pchać na siebie i pewnie nie zważaliby, czy ktoś chodzi o kulach, czy akurat wiąże sznurówki. Po prostu wpadali jeden na drugiego, jakby w środku sprzedawali przeceniony cukier. Ja natomiast stałem zdziwiony z boku i zastanawiałem się, co jest powodem tego szaleństwa.

W takim chaosie nietrudno było o popchnięcie, co oczywiście się zdarzyło. Jedna z dziewczyn dostała z bara, czym skutecznie wytrącono jej z rąk wszystkie notatki, które upadły niedbale na podłogę, cudem unikając kopyt galopujących studentów. I chyba poczułem wtedy nagły przypływ niewytłumaczalnego altruizmu, bo postanowiłem, że pomogę tej biednej istocie w pozbieraniu rozgardiaszu notatek. A była to właśnie ONA.

– Dzięki – szepnęła nieco zmieszana, kiedy skończyliśmy. Wtedy zorientowaliśmy się, że jesteśmy sami na korytarzu. – Chyba zajęli już najlepsze miejsca do ściągania – dodała.

Koło! Cholerne koło na bezsensownym wykładzie! To tłumaczyło tłumy przed salą. Ale jeszcze nie wszystko stracone – jeszcze nie wszedłem do środka. I już miałem odwrócić się na pięcie, ratując swoją godność i licząc na łaskę w drugim terminie, ale wtedy ona ponownie przemówiła:

– Nie wchodzisz?

Spojrzała na mnie tymi swoimi wielkimi oczami, niby zachęcająco, niby oceniająco. Trochę mnie zamurowało.

To jest chyba ten typ, który doniósłby o akcie dezercji. Mógłbym wtedy pożegnać się z szansą na drugi termin – pomyślałem.

– Jasne, że wchodzę – powiedziałem w końcu.

Weszliśmy razem do auli. Rozejrzawszy się, znalazłem wolne miejsce tuż przy środkowym przejściu. Niezbyt strategiczne, ale raczej nie miałem już wyjścia. Praktycznie wszędzie było zajęte. Ona natomiast, zanim się dobrze zorientowałem w sytuacji, pobiegła na górę, na koniec sali, gdzie wyżydziła jeszcze wolne krzesło, o mało nie spychając jakiejś prymuski w okularach.

Usiadłem w końcu na wybranym miejscu i spojrzałem dookoła po kamratach. Panował jeszcze ogólny chaos, czyli zbyt wiele mnie nie ominęło (oprócz w miarę swobodnego wyboru miejsca, rzecz jasna). Ale przede wszystkim rzuciło mi się w oczy, jak modna w tym sezonie była krata. Niebieskie, szkockie, jasnohawajskie – różnego typu. Rozpoznałem jedną z tych krat. Siedziała po drugiej stronie przejścia, ławkę przede mną, i należała do mojego kolegi z grupy – Rafała.

– Hej – szepnąłem kilka razy do niego w nadziei, że w końcu się odwróci.

– O, siema. – Nadzieja najwyraźniej potrafi działać cuda. Rafałowi jednak chyba zrzedła trochę mina, gdy mnie zobaczył.

– Co to ma być? Koło na wykładzie?!

– Jakieś nowe wytyczne przy wystawianiu ocen z wykładu.

– I nic mi nie powiedziałeś?

Rafał już otwierał usta, żeby jakoś zareagować, ale wtedy ktoś siedzący obok niego zapytał o coś, co wyraźnie zaaferowało kumpla bardziej niż rozmowa ze mną. Musiałem szybko skupić uwagę na czymś innym, aby zapomnieć o zdenerwowaniu. Zacząłem liczyć horyzontalne pasy na koszuli osoby siedzącej przede mną. To wtedy szanowny pan doktor postanowił się łaskawie ogarnąć życiowo na swojej katedrze. Omiótł wzrokiem salę, a widząc, że studenci jeszcze nie usadowili się na swoich miejscach, patrzył spokojnie na każdego z nas po kolei. Być może przy okazji nas liczył.

Gdy sytuacja na sali już się nieco uspokoiła, powiedział uroczyście:

– Bardzo mi miło widzieć państwa w końcu w komplecie. – Nie miałem pojęcia, dlaczego spojrzał w tym momencie na mnie. – Mają państwo okazję się wszyscy poznać.

Wyciągnął ze swojej tajemniczej teczki stos arkuszy i podał osobom w pierwszych ławkach, by one rozdystrybuowały papiery reszcie.

– Test nie jest trudny – dodał. – Jeżeli ktoś uważnie słuchał na wykładach lub zdobył dobre notatki – znowu spojrzenie na mnie – nie powinien mieć problemu z zaliczeniem.

Nienawidzę takich pseudośmiesznych komentarzy. Niech założy kabaret zamiast wykładać na uczelni. Oczywiście, że nie zdobyłem dobrych notatek. Jak miałbym je zdobyć, skoro nawet nie wiedziałem o cholernym kolokwium/egzaminie/czymkolwiek-to-dziadostwo-było.

W końcu kartka z pytaniami dotarła i do mnie. Zacząłem je czytać i powoli wpadać w wewnętrzną rozpacz. Nie miałem zielonego pojęcia o większości rzeczy, które były tam napisane. Znowu dopadł mnie kryzys egzystencjalny. Co ja tu w ogóle robię? Tak bardzo nienawidzę całej tej uczelni. Powinienem pójść do zety, zająć się czymś pożytecznym, a nie za studia się brać. W imię czego? Złudnej szansy na ciekawszą pracę i kilka lat dobrej zabawy? Dobre sobie! Nigdy ich nie chciałem. Boże, przyjście tutaj było największym błędem mojego życia.

Rozejrzałem się jeszcze raz bezradnie po sali. Sam nie wiem, czego w tej chwili szukałem. Pocieszenia? Inspiracji? A może odrobiny sensu? Wiem tylko, że jedyne, co znalazłem, to pochylone w skupieniu sylwetki studentów, nad którymi górował szanowny pan doktor. Nie byłem pewny, czy spał z założonymi rękami, czy patrzył na nas z bardzo zmrużonymi oczami, chcąc wyostrzyć wzrok. Chyba jednak to drugie, bo przekręcił głowę w moją stronę – prawdopodobnie budziłem podejrzenia swoim podziwianiem wystroju wnętrza. Ta niewerbalna uwaga obudziła we mnie wewnętrznego wojownika-improwizatora. Nie mogłem jeszcze wyjść z sali. Nie chciałem dać mu tej satysfakcji, oddając pustką kartkę. Przystąpiłem do rzeźbiarstwa stosowanego.

Po zastanowieniu stwierdziłem, że niektóre rzeczy kojarzę nawet z ćwiczeń. Musiałem tylko za pomocą logicznego myślenia zrozumieć, o co chodzi w pytaniach, i ubrać w ładne słowa możliwie ogólną odpowiedź, którą można by zinterpretować na tyle różnych sposobów, żeby można było ją uznać za prawidłową.

Byłem już przy siódmym (ostatnim) pytaniu. Czytałem je czternasty raz, ale nadal nie miałem pojęcia, o co w nim chodzi. Przy pozostałych pytaniach napisałem już odpowiedzi. Czasem dłuższe, zdecydowanie częściej krótsze, żadne z nich nie były treściwe. W tym momencie jednak mnie to nie przerażało. Atak paniki z początku testu poszedł w niepamięć, bo myśl, że będę miał szansę i święte prawo przyjść na poprawę, bardzo mnie uspokoiła. Spojrzałem na zegarek – minęło pół godziny. Jeszcze trochę za wcześnie, żeby wychodzić. Zwłaszcza że nikt nie oddał swoich wypocin. Zerknąłem po sali jeszcze raz. Skupienie mieszało się z udręką, a ten widok wyraźnie sprawiał wykładowcy przyjemność. Kąciki jego ust lekko się uniosły. Opierał się też już znacznie pewniej na swoim krześle. Musiał mieć coś w sobie z psychopaty. Widziałem to w jego mocno zarysowanej szczęce i nieco krzaczastych brwiach. Kurze łapki również wskazywały na lata zaciekłych walk ze studentami na ironiczne spojrzenia. Ludzie marnują życie na takie rzeczy. Co ja tutaj robię?

Może jednak już wyjść? I tak nic mądrego nie wymyślę… Nie, na pewno nie wyjdę jako pierwszy. Postanowiłem jeszcze raz przeczytać swoje odpowiedzi. Wybitne to nie było, ale w mojej głowie zdawało się mieć sens. Dopisałem jeszcze dwa zdania, dzięki czemu kartka nieco się zapełniła i tym samym przynajmniej wyglądała odrobinę mądrzej.

Minęło pięćdziesiąt minut od rozpoczęcia, kiedy z ostatniej ławki rozległ się wiele mówiący rumor – ktoś skończył swoje wypociny. Później szedł miarowym krokiem środkowym przejściem, a kiedy przechodził koło mnie, wydarzyło się coś bardzo dziwnego. Kolejna rzecz tego dnia, której nie potrafię wytłumaczyć. Otóż ten ktoś nieznacznie się potknął, a raczej potknęła, bo okazało się, że to była właśnie ONA. Właściwie to nie było zwykłe potknięcie, gdzie niezdarność wywołuje meksykańską falę uśmiechów. Była w tym swoista gracja, która nie pozwalała mi myśleć, że był to przypadek. Nawet nie wiem, czy „potknięcie” jest tutaj odpowiednim słowem. Raczej pasowałoby sformułowanie „zachwianie kroku”. Ten moment zresztą nie trwał zbyt długo. Ledwie zdążyła się oprzeć o moją ławkę, ledwie zdążyłem się wzdrygnąć, a ona szła już dalej, całkiem normalnie. Oddała kartkę wykładowcy i zgrabnie wyszła z sali, cichutko zamykając za sobą drzwi.

Wtedy na swoich kolanach znalazłem dwie malutkie karteczki. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, jak się tam znalazły, i poniekąd zaimponował mi ten pomysł na kanał przemytniczy. Nie mogłem jednak wyrazić w jakikolwiek sposób ekscytacji tym znaleziskiem. Ktoś (a przede wszystkim pan doktor) mógł przecież zauważyć cały incydent i przerwać mój test. Nie mogłem na to pozwolić. Nie teraz. Rozejrzałem się więc najpierw ostrożnie, udając, że szukam weny po ścianach. Nie zauważyłem niczego nadzwyczajnego. Wszyscy nadal siedzieli w skupieniu, a szanowny pan wykładowca zajął się szczęśliwie swoimi notatkami. Mogłem więc przystąpić do sprawdzenia zawartości jednej z karteczek. Ściąga. Matko jedyna. To naprawdę ściąga. Zapisana starannym, mikroskopijnym pismem. Pospiesznie, ale też z zachowaniem wszelkiej ostrożności, zacząłem ją czytać, a następnie przystąpiłem do korygowania moich kreatywnych bazgrołów. O dziwo, na jedno pytanie odpowiedziałem nawet dobrze. Aż byłem zaskoczony swoimi intelektualnymi możliwościami. A więc to moja dawna nauczycielka miała na myśli, mówiąc: „zdolny, ale leniwy”. Niemniej jednak ściąga pomogła mi poprawić kilka błędów.

Uzupełniłem już prawie wszystko, zostawiając kilka niedopowiedzeń dla niepoznaki. Pozostało mi do sprawdzenia jeszcze jedno pytanie, a wiadomości z pierwszej karteczki już się wyczerpały. Nie pozostało więc nic innego niż przejrzenie zawartości drugiego rulonika. Jednak gdy go rozwinąłem, odkryłem, że nie ma tam odpowiedzi na pytania, lecz było tylko jedno zdanie, które raczej nie miało nic wspólnego z kolokwium: „Czekam pod salą”.

Jeszcze tego brakowało – pomyślałem sobie – teraz będę się jej musiał odwdzięczyć. Zacząłem żałować, że w ogóle zajrzałem do ściągi. Przecież plan był prosty – miałem nie zdać za pierwszym razem i grzecznie nauczyć się na poprawę. Znowu cholerna duma mi nie pozwoliła. Musiałem udowodnić, że umiem więcej, niż umiem.

Jednak po chwili pomyślałem sobie, że może napisała to tylko z grzeczności. Że po prostu chciała być miła i pogadać na spokojnie, więc i ja też powinienem być w tej sytuacji miły.

Zerknąłem jeszcze raz na mój test. Być może nawet zdam. I chyba dobrze, bo pewnie na poprawę też bym się nie nauczył. Wstałem, oddałem grzecznie kartkę i wyszedłem. Ona siedziała na ławce nieco oddalonej od drzwi. Zauważyła mnie. Zdążyłem ledwie do niej podejść, kiedy raptownie wstała i z zapałem mnie pocałowała. Nawet się nie zorientowałem, jak jej język znalazł się w moim gardle. Coś kazało mi wtedy poddać się chwili i odwzajemnić ten pocałunek. Kiedy to wyczuła, spojrzała mi głęboko w oczy.

– Nikt nie może się o tym dowiedzieć – powiedziała i zaciągnęła mnie do męskiej łazienki.

Rozdział 2

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Nikt nie może się dowiedzieć

ISBN: 978-83-8423-149-4

© Anna Kurzaj i Wydawnictwo Novae Res 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Julia Ryczyńska

KOREKTA: Paulina Górska

OKŁADKA: Agnieszka Wrycz-Szybowska

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek