Niewidzialne rany - Anna Więzik - ebook

Niewidzialne rany ebook

Anna Więzik

3,0

Opis

Niewidzialne rany to poruszająca powieść obyczajowo-psychologiczna o Emmie, która po trudnym, naznaczonym przemocą i alkoholem dzieciństwie próbuje ułożyć sobie życie na nowo. Przerażona wizją biedy i samotności, robi wszystko, by zapewnić małemu synkowi bezpieczny dom – wliczając w to podwójne życie jako tancerka w nocnym klubie oraz małżeństwo z rozsądku. Choć udaje jej się uciec przed losem rodziców i zdobyć materialną stabilizację, wkrótce odkrywa, że trafiła do „złotej klatki” – relacji wypranej z uczuć i prawdziwego ciepła. To przejmująca historia o cenie, jaką płacimy za pozory normalności, walce o własną godność i trudnej ucieczce przed międzypokoleniową traumą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 144

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,0 (1 ocena)
0
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
MamaAdama2906

Całkiem niezła

Mam mieszane uczucia. Spodziewalam sie mocnej emocjonalnej histori, a mam wrazenie ze przeczytalam prosta bezosobowa biografie jakies nieznanej osoby.
00



An­na Wię­zik

Nie­wi­dzial­ne ra­ny

DWIE STRO­NY, WIE­LE TA­JEM­NIC,KTÓ­RE MO­GĄ ZA­BIĆ

Co­py­ri­ght © An­na Wię­zik

Wy­da­nie I

Biel­sko-Bia­ła 2026

ISBN (druk): 978-83-983310-0-5

ISBN (e-bo­ok): 978-83-983310-1-2

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne.

Au­tor­ka ze­zwa­la na udo­stęp­nia­nie okład­ki książ­ki w in­ter­ne­cie.

Pro­jekt okład­ki: An­na Wię­zik

Ko­rek­ta: An­na Wię­zik

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny, skład i ła­ma­nie: Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk

Kon­wer­sja do epub: Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk

Dro­gi Czy­tel­ni­ku

od­da­ję w Two­je rę­ce hi­sto­rię, któ­ra na­ro­dzi­ła się z ob­ser­wa­cji cie­ni wpi­sa­nych w ludz­kie ży­cie – bo­le­snych pęk­nięć, trud­nych wy­bo­rów i praw­dy, przed któ­rą tak czę­sto pró­bu­je­my ucie­kać. To opo­wieść o roz­pacz­li­wym po­szu­ki­wa­niu mi­ło­ści, pra­gnie­niu bez­piecz­ne­go do­mu oraz o ce­nie, ja­ką pła­ci­my za ży­wie­nie ilu­zji. 

Pi­sa­nie to sa­mot­ne za­ję­cie, ale stwo­rze­nie tej książ­ki by­ło dro­gą, któ­rą prze­szłam oto­czo­na nie­zwy­kłym cie­płem. Wszyst­ko za­czę­ło się od na­mo­wy bra­ta i przy­ja­cie­la – to Wy za­sia­li­ście w mo­jej gło­wie ziar­no, z któ­re­go wy­ro­sła ta po­wieść. Dzię­ku­ję, że zo­ba­czy­li­ście we mnie pi­sar­kę wcze­śniej, niż ja sa­ma od­wa­ży­łam się nią po­czuć.

Szcze­gól­ne miej­sce w tej po­dró­ży zaj­mu­je mój 9-let­ni syn. Two­je dzie­cię­ce za­cie­ka­wie­nie, py­tań bez li­ku o licz­bę roz­dzia­łów, ty­tuł i okład­kę by­ły dla mnie naj­pięk­niej­szą

przy­po­mi­naj­ką, by nie od­kła­dać pi­sa­nia. Two­ja du­ma do­da­wa­ła mi skrzy­deł każ­de­go dnia.

Rów­nież szcze­gól­nie dzię­ku­ję mo­je­mu mę­żo­wi za wspar­cie i bli­skość w cza­sie pi­sa­nia tej książ­ki, sio­strze i sio­strze­ni­cy. Je­ste­ście mo­im pierw­szy­mi czy­tel­ni­ka­mi i naj­bez­piecz­niej­szą przy­sta­nią. Dzię­ku­ję za cier­pli­wość do mo­ich pierw­szych tek­ści­ków, za zno­sze­nie mo­ich huś­ta­wek na­stro­jów – od pa­ra­li­żu­ją­cych ner­wów po na­głe wy­bu­chy eks­cy­ta­cji – oraz za to, że za­wsze mie­li­ście dla mnie do­bre sło­wo.

Dzię­ku­ję Wam wszyst­kim. Bez Was ta książ­ka po­zo­sta­ła­by tyl­ko mil­czą­cym ma­rze­niem.

Roz­dział I

Za­pach Ciem­no­ści

Dom przy uli­cy Ko­ściel­nej nie pach­niał cie­płym obia­dem ani świe­żo pra­ną po­ście­lą. Pach­niał wil­go­cią, sta­rym dy­mem z ta­nich pa­pie­ro­sów – ostrym, słod­ka­wo-kwa­śnym odo­rem prze­tra­wio­ne­go al­ko­ho­lu, któ­ry prze­ni­kał ścia­ny, me­ble i ubra­nia wszyst­kich do­mow­ni­ków.

Dla dzie­się­cio­let­niej Em­my ten za­pach był pierw­szą za­po­wie­dzią nad­cho­dzą­ce­go sztor­mu. Sie­dzia­ła sku­lo­na na wą­skiej, twar­dej wer­sal­ce w naj­ciem­niej­szym ką­cie po­ko­ju, któ­ry dzie­li­ła z resz­tą ro­dzeń­stwa. W tym cia­snym po­miesz­cze­niu gnio­tła się ich ca­ła sió­dem­ka – dwie dziew­czyn­ki i pię­ciu chłop­ców. Obok Em­my pod wy­tar­tym ko­cem drżał jej młod­szy brat, Kac­per.

Em­ma moc­no ob­ję­ła go ra­mie­niem, ści­ska­jąc jed­no­cze­śnie dłoń swo­jej sio­stry, choć sa­ma czu­ła, jak jej wła­sne cia­ło sztyw­nie­je z prze­ra­że­nia. W po­ko­ju pa­no­wa­ła ab­so­lut­na, mar­twa ci­sza. Żad­ne z dzie­ci nie po­wa­ży­ło się ode­zwać, gło­śniej ode­tchnąć ani prze­krę­cić na dru­gi bok. Prze­ży­wa­ły ten sam ry­tu­ał każ­de­go wie­czo­ru: stać się nie­wi­dzial­ny­mi, zlać się z cie­niem ścia­ny, znik­nąć.

Z do­łu, z klat­ki scho­do­wej, do­bie­gły cięż­kie, chwiej­ne kro­ki. Każ­dy ton ude­rze­nia bu­ta o be­to­no­wy sto­pień był jak od­li­cza­nie ze­ga­ra. Raz, dwa, trzy… Po­tknię­cie na pół­pię­trze, cię­te prze­kleń­stwo rzu­co­ne w prze­strzeń i po­now­ne ude­rze­nie – Wra­ca… – wy­szep­tał Kac­per, a z je­go oczu po­pły­nę­ły ci­che, go­rą­ce łzy.

– Ciii… Bądź ci­cho, Kac­per­ku. Przy­tul się do mnie i za­mknij oczy – od­po­wie­dzia­ła szyb­kim, drżą­cym szep­tem Em­ma, na­tych­miast przy­ci­ska­jąc dłoń do je­go ust.

Nic nie mo­gło wy­dać dźwię­ku. Na­wet płacz był groź­ny.

Drzwi wej­ścio­we nie zo­sta­ły otwar­te – zo­sta­ły pchnię­te z ca­łą si­łą, aż sklej­ka za­trzesz­cza­ła w fu­try­nie, ude­rza­jąc o ścia­nę przed­po­ko­ju. Do miesz­ka­nia wdarł się zim­ny po­wiew no­cy.

– Dag­ma­ra! – huk­nął głos, któ­ry spra­wił, że ser­ce Em­my po­de­szło do sa­me­go gar­dła.

Był to głos głę­bo­ki, char­czą­cy, znie­kształ­co­ny przez li­try ta­niej wód­ki, ale nio­są­cy w so­bie obiet­ni­cę czy­stej prze­mo­cy.

– Gdzie je­steś, do cho­le­ry?!

Mat­ka zja­wi­ła się nie­mal na­tych­miast. Em­ma wi­dzia­ła przez uchy­lo­ne nie­znacz­nie drzwi jej zgar­bio­ną syl­wet­kę. Dag­ma­ra by­ła mło­da, ale wy­glą­da­ła dziś na wy­koń­czo­ną ży­ciem ko­bie­tę o za­pad­nię­tych po­licz­kach i zga­szo­nym spoj­rze­niu, choć na co dzień sta­ra­ła się być ele­ganc­ka, za­dba­na i uśmiech­nię­ta.

– Je­stem, Krzysz­tof… – wy­mam­ro­ta­ła trzę­są­cy­mi się rę­ka­mi, pró­bu­jąc za­brać od nie­go cięż­ką, brud­ną kurt­kę. – ci­cho bądź, dzie­ci już śpią…

– Co ty mi tu mó­wisz?! Co to za syf?! Za­mknij się!

Oj­ciec za­mach­nął się, od­py­cha­jąc ją z fu­rią. Mat­ka po­tknę­ła się i ude­rzy­ła ple­ca­mi o szaf­kę na bu­ty, utrzy­mu­jąc w gar­dle jęk bo­le­sne­go za­sko­cze­nia. Wie­dzia­ła, że ja­ki­kol­wiek opór tyl­ko go pod­sy­ci.

W kuch­ni roz­legł się brzęk tłu­czo­ne­go szkła. Oj­ciec szu­kał je­dze­nia, szu­kał pre­tek­stu, szu­kał cze­go­kol­wiek, na czym mógł­by wy­ła­do­wać na­gro­ma­dzo­ną w nim wście­kłość.

– Gdzie jest obiad?! Zno­wu nic nie ro­bisz ca­ły­mi dnia­mi! – do­no­śny głos oj­ca roz­niósł się po ścia­nach.

 – Go­to­wa­łam, Krzysz­tof, wszyst­ko jest w garn­ku na pie­cu… – ode­zwa­ła się mat­ka bła­gal­nym gło­sem. – pro­szę cię, zjedz i po­łóż się… Nie bę­dę żreć tych po­myj!

Zno­wu nie do­sta­li wy­pła­ty. Zno­wu ktoś go skry­ty­ko­wał w pra­cy al­bo po pro­stu świat nie wy­glą­dał tak, jak chciał. A w tym do­mu on był Bo­giem i ka­tem.

– Em­ma za­mknę­ła oczy, za­ci­snę­ła po­wie­ki i swo­je ma­łe zę­by tak moc­no, że aż ją za­bo­la­ły. Wy­obra­ża­ła so­bie, że le­ży na zie­lo­nej łą­ce, da­le­ko od za­pa­chu wód­ki i krzy­ków. Tam świe­ci­ło słoń­ce, a wiatr był cie­pły i pach­niał kwia­ta­mi. Ale fik­cyj­ny świat roz­sy­py­wał się za każ­dym ra­zem, gdy z kuch­ni do­bie­gał głu­chy od­głos ude­rze­nia i ci­chy, zdu­szo­ny szloch mat­ki.

Dla­cze­go ma­ma nic z tym nie ro­bi? – wy­szep­ta­ła w du­chu Em­ma, czu­jąc w ustach gorz­ki smak bez­sil­no­ści. – dla­cze­go nas nie za­bie­rze?

Ale wie­dzia­ła, że ma­ma się boi. By­li uwię­zie­ni w tej klat­ce rów­nie moc­no jak oni. Jej bier­ność nie wy­ni­ka­ła z bra­ku mi­ło­ści, ale z cał­ko­wi­te­go zła­ma­nia du­cha. Po­wo­li, dzień po dniu, oj­ciec wy­ry­wał z niej ja­ką­kol­wiek sa­mo­sta­no­wią­cą myśl, aż zo­sta­ła tyl­ko pu­sta sko­ru­pa wy­ko­nu­ją­ca po­le­ce­nia.

Awan­tu­ra trwa­ła kil­ka chwil, któ­re dla dzie­ci w są­sied­nim po­ko­ju cią­gnę­ły się jak wiecz­ność. Oj­ciec cho­dził po miesz­ka­niu, za­czął kląć, na czym świat stoi, rzu­ca­jąc przed­mio­ta­mi i krzy­cząc. Kil­ka ra­zy je­go cięż­kie kro­ki zbli­ży­ły się do drzwi ich po­ko­ju. Wte­dy Em­ma prze­sta­wa­ła od­dy­chać. Wy­stę­po­wał w niej lo­do­wa­ty pa­ra­liż. Zna­ła ten sce­na­riusz – gdy­by wszedł, szu­kał­by ja­kie­go­kol­wiek po­wo­du: źle po­ukła­da­nych za­ba­wek, nie­po­ście­lo­ne­go łóż­ka, krzy­we­go spoj­rze­nia.

W koń­cu w miesz­ka­niu za­pa­dła ci­sza – gę­sta, cięż­ka ci­sza. Sły­chać by­ło tyl­ko gło­śne, char­czą­ce chra­pa­nie oj­ca, któ­ry za­snął ubra­ny na ka­na­pie w du­żym po­ko­ju. Awan­tu­ra do­bie­gła koń­ca. Dzi­siej­sza noc by­ła wy­gra­na – prze­trwa­li.

Em­ma od­cze­ka­ła jesz­cze dłu­gą chwi­lę, po czym ostroż­nie wy­śli­zgnę­ła się spo­mię­dzy ra­mion bra­ta. Bo­so, stą­pa­jąc po naj­mniej skrzy­pią­cych de­skach pod­ło­gi, po­de­szła do drzwi i uchy­li­ła je ci­cho.

W kuch­ni, przy zga­szo­nym świe­tle, na pod­ło­dze sie­dzia­ła mat­ka. Zbie­ra­ła reszt­ki roz­bi­te­go ta­le­rza. Dło­nie trzę­sły jej się tak bar­dzo, że ka­wał­ki ce­ra­mi­ki ci­cho brzę­cza­ły w pal­cach. Jed­na z kra­wę­dzi roz­cię­ła jej skó­rę, ale ko­bie­ta na­wet nie zwró­ci­ła uwa­gi na ka­pią­cą krew. Em­ma po­de­szła krok bli­żej.

– Ma­mo…? – wy­szep­ta­ła ci­chut­ko.

Wzdry­gnę­ła się i pod­nio­sła wzrok. W pół­mro­ku jej spoj­rze­nie by­ło pu­ste, cał­ko­wi­cie po­zba­wio­ne na­dziei.

– Wra­caj do łóż­ka, Em­mo. Już do­brze… Idź spać – od­po­wie­dzia­ła bez­dź­więcz­nym, zła­ma­nym gło­sem i krót­ko po­krę­ci­ła gło­wą, wska­zu­jąc pal­cem na po­kój. Em­ma wró­ci­ła do po­ko­ju i po­ło­ży­ła się z po­wro­tem na łóż­ku. Wpa­tru­jąc się w po­pę­ka­ny su­fit, zło­ży­ła w swo­im ma­łym dzie­cię­cym ser­cu ci­chą obiet­ni­cę. Nie wie­dzia­ła jesz­cze jak ani kie­dy, ale wie­dzia­ła jed­no – pew­ne­go dnia uciek­nie z te­go do­mu i ni­g­dy, prze­nig­dy nie po­zwo­li, by kto­kol­wiek za­dał jej ta­ki ból.

Roz­dział II

Cie­nie na pię­trze

Dom nie przy­po­mi­nał pa­ła­cu, ale był so­lid­ny i za­dba­ny. Stał dum­ny przy głów­nej dro­dze: dwu­pię­tro­wy bu­dy­nek z ja­sną ele­wa­cją, spa­dzi­stym da­chem, pięk­nym du­żym bal­ko­nem i pod­da­szem do ad­ap­ta­cji. Na pierw­szy rzut oka spra­wiał wra­że­nie cie­płe­go, ro­dzin­ne­go gniazd­ka.

Rze­czy­wi­stość by­ła jed­nak po­dzie­lo­na na dwa zu­peł­nie in­ne świa­ty, od­dzie­lo­ne zim­ny­mi, be­to­no­wy­mi scho­da­mi.

Na do­le pa­no­wał względ­ny spo­kój. Miesz­kał tam dzia­dek, któ­ry zro­bił u sie­bie po­kój dla Em­my, a sam prze­niósł się do kuch­ni z na­dzie­ją, że cho­ciaż Em­mę uda mu się uchro­nić od tych dra­ma­tów roz­gry­wa­ją­cych się na gó­rze. Nie­ste­ty, nie od nie­go za­le­ża­ło, kie­dy Em­ma mo­że do nie­go zejść, kie­dy mo­że u nie­go spać. Chciał ją chro­nić przed każ­dym złem, bo wie­dział, że jest to bar­dzo do­bre i kru­che dziec­ko. Na do­le miesz­kał rów­nież naj­star­szy brat Em­my, An­tek.

Ro­dzi­na mia­ła do dys­po­zy­cji dwa nie­za­leż­ne miesz­ka­nia: osob­ne po­ko­je oraz osob­ne, pach­ną­ce obia­dem kuch­nie. Łą­czy­ła je wspól­na ła­zien­ka.

Gó­ra na­le­ża­ła do nich – do Krzysz­to­fa, Dag­ma­ry i ich szóst­ki dzie­ci. Na pię­trze po­wo­li za­czy­na­ło bra­ko­wać miej­sca, a po­wie­trze z każ­dym dniem sta­wa­ło się co­raz gęst­sze od na­pię­cia.

– Nie idź te­raz na dół – szep­tem ostrze­gła Em­mę star­sza sio­stra, gdy ta pró­bo­wa­ła uchy­lić drzwi od ich prze­peł­nio­ne­go po­ko­ju. – Dzia­dek roz­ma­wia w sie­ni z wuj­kiem. Jak usły­szą oj­ca, za­raz za­cznie się kłót­nia.

Em­ma cof­nę­ła dłoń od klam­ki. Dzia­dek pró­bo­wał utrzy­mać dom w ła­dzie, ale nie miał si­ły na co­dzien­ne ba­ta­lie z Krzysz­to­fem. Uda­wał, że nie wi­dzi si­nych śla­dów na twa­rzy swo­jej cór­ki. W koń­cu o to go pro­si­ła – by uda­wał śle­pe­go na dra­mat, któ­ry roz­gry­wał się nad je­go gło­wą. Na gło­śne awan­tu­ry re­ago­wał za­zwy­czaj głę­bo­kim mil­cze­niem i za­trza­ski­wał drzwi swo­je­go miesz­ka­nia. Dzia­dek był je­dy­nym bez­piecz­nym por­tem dla Em­my. Ten cie­pły, cier­pli­wy czło­wiek był to­tal­nym prze­ci­wień­stwem te­go, co Em­ma po­zna­wa­ła od lu­dzi na gó­rze. To on ją uczył czy­tać pierw­sze książ­ki, gła­dził ją po gło­wie, gdy świat wy­da­wał się zbyt okrut­ny, i to u nie­go cza­sa­mi znaj­do­wa­ła schro­nie­nie, gdy oj­ciec wpa­dał w szał. Był jej je­dy­nym au­to­ry­te­tem, opo­ką i do­wo­dem na to, że do­ro­sły czło­wiek mo­że nieść do­bro.

– Ma­mo, dla­cze­go nie mo­że­my zejść do dziad­ka? – za­py­tał ma­ły Kac­per, po­cią­ga­jąc Dag­ma­rę za skraj spód­ni­cy.

Dag­ma­ra, któ­ra wła­śnie pró­bo­wa­ła roz­ło­żyć na ma­łej prze­strze­ni po­sła­nie dla naj­młod­szych dzie­ci, za­trzy­ma­ła się na mo­ment. Spoj­rza­ła na sy­na z mie­szan­ką ża­lu i zre­zy­gno­wa­nia.

– Dzia­dek ma swo­je spra­wy, Kac­per­ku – od­par­ła ci­cho, uni­ka­jąc wzro­ku dzie­ci. – Zo­stań­cie na gó­rze. Tu­taj jest wa­sze miej­sce.

Em­ma pa­trzy­ła na mat­kę i czu­ła ści­ska­ją­cy w doł­ku cię­żar. Na gó­rze nie by­ło bez­piecz­nie, ale na dół nie mo­gli pójść, bo roz­wście­czy­li­by tym oj­ca. Z do­łu by­ło czuć za­pach świe­że­go obia­du i spo­ko­ju. Dzia­dek był je­dy­nym do­brem i cie­płem w tym do­mu.

Kie­dy na scho­dach roz­le­gły się cięż­kie kro­ki oj­ca wra­ca­ją­ce­go z ła­zien­ki, w ca­łym po­ko­ju na pię­trze zno­wu za­mar­ło ży­cie.

– Dag­ma­ra! Zrób tu wresz­cie po­rzą­dek! – krzyk­nął Krzysz­tof, idąc ko­ry­ta­rzem i ude­rza­jąc rę­ką w ścia­nę. – Dzie­cia­ki zno­wu zo­sta­wi­ły bu­ty na środ­ku!

Dag­ma­ra na­tych­miast ze­rwa­ła się z miej­sca, aby za­po­biec wy­bu­cho­wi. Em­ma przy­tu­li­ła Kac­pra, wpa­tru­jąc się w drzwi i po raz ko­lej­ny li­cząc se­kun­dy w mil­cze­niu. Ży­cie na pię­trze by­ło nie­ustan­ną grą o prze­trwa­nie.

Kie­dy Em­ma mia­ła 13 lat, dzia­dek zmarł. Wraz z je­go odej­ściem pę­kła ostat­nia tar­cza chro­nią­ca ją przed mro­kiem. Od tam­tej po­ry jej ży­cie prze­sta­ło być po pro­stu trud­nym dzie­ciń­stwem – zmie­ni­ło się w nie­mal do­ro­sły, bez­względ­ny kosz­mar.

W szko­le pod­sta­wo­wej ra­dzi­ła so­bie śred­nio, by­naj­mniej nie bra­ko­wa­ło jej in­te­li­gen­cji – po pro­stu w cia­snym, prze­peł­nio­nym krzy­kiem do­mu nie mia­ła skraw­ka prze­strze­ni, by sku­pić się na na­uce. By­ła skry­ta, wy­co­fa­na i wsty­dli­wa. Trzy­ma­ła się z bo­ku, ma­jąc przy so­bie tyl­ko jed­ną przy­ja­ciół­kę.

Jed­nak, gdy w wie­ku 14 lat do­szło do tra­ge­dii pod wła­snym da­chem, gdy jej star­szy brat bez­pow­rot­nie zgwał­cił jej po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa i god­no­ści, w Em­mie coś pę­kło na za­wsze.

W gim­na­zjum z daw­nej, ci­chej dziew­czyn­ki nie zo­sta­ło już nie­mal nic. Że­by prze­trwać i ukryć tra­wią­cy ją od środ­ka ból oraz per­ma­nent­ny strach, Em­ma przy­wdzia­ła pan­cerz. Za­czę­ła kre­ować się na oso­bę groź­ną, nie­do­stęp­ną i au­to­ry­tar­ną. Po­sta­wi­ła wo­kół sie­bie mur z chło­du i cy­ni­zmu, zmu­sza­jąc oto­cze­nie do ule­gło­ści, za­nim kto­kol­wiek zdo­łał­by ją skrzyw­dzić. Ma­ska, któ­rą przy­bra­ła, sta­ła się jej pan­ce­rzem ochron­nym. We­szła w to­wa­rzy­stwo, w któ­rym li­czy­ła się uciecz­ka od rze­czy­wi­sto­ści. Za­czę­ły się gło­śne im­pre­zy, al­ko­hol i szu­ka­nie ja­kiej­kol­wiek ak­cep­ta­cji w nie­wła­ści­wych miej­scach. Ma­jąc 16 lat, mia­ła chło­pa­ka, z któ­rym my­śla­ła, że bę­dzie bez­piecz­na. Był od niej spo­ro star­szy. Ufa­ła swo­je­mu chło­pa­ko­wi, szu­ka­ła w nim opar­cia, któ­re­go ni­g­dy nie do­sta­ła w do­mu. Osta­tecz­ny cios za­da­ła jej jed­nak wła­sna mat­ka. Gdy Em­ma chcia­ła za­dzwo­nić z te­le­fo­nu swo­je­go chło­pa­ka, od­kry­ła wia­do­mo­ści z jej mat­ką, z któ­rych oka­za­ło się, że prze­spa­li się ze so­bą, a mat­ka Em­my się w nim za­ko­cha­ła. Za­ufa­nie do świa­ta roz­sy­pa­ło się w drob­ny pył. Naj­bliż­sza oso­ba po­no­wi­ła zdra­dę w naj­bar­dziej obrzy­dli­wy spo­sób.

Kon­flik­ty z pra­wem i opusz­cza­nie za­jęć do­pro­wa­dzi­ły w koń­cu do za­wie­sze­nia Em­my w pra­wach ucznia, a stąd już ma­lut­ki krok do są­du… De­cy­zją są­du tra­fi­ła do ośrod­ka opie­kuń­czo-wy­cho­waw­cze­go, od­da­lo­ne­go o nie­mal 700 km od jej do­mu. Pla­ców­ka mia­ła być dla niej re­so­cja­li­za­cją, ale dla Em­my by­ła po pro­stu ko­lej­ny­mi kra­ta­mi. Prze­trwa­ła tam rok, do­sto­so­wu­jąc się do pa­nu­ją­cych za­sad tyl­ko po to, by uśpić czuj­ność wy­cho­waw­ców. Kie­dy wresz­cie wy­wal­czy­ła pierw­szą prze­pust­kę, wy­szła za bra­my ośrod­ka i już ni­g­dy do nie­go nie wró­ci­ła. Mia­ła dość de­cy­do­wa­nia o jej ży­ciu przez in­nych. Ze­szła do pod­zie­mia – ukry­wa­ła się, zmie­nia­ła miej­sca po­by­tu i ży­ła w cią­głym za­wie­sze­niu, nie­ustan­nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Trwa­ło to aż do dnia jej osiem­na­stych uro­dzin, gdy ofi­cjal­nie sta­ła się już do­ro­sła. Zy­ska­ła w koń­cu upra­gnio­ną wol­ność, ale zo­sta­ła cał­kiem sa­ma ze zglisz­cza­mi swo­jej prze­szło­ści.

Roz­dział III

Pęk­nię­ta ilu­zja

Po ukoń­cze­niu peł­no­let­no­ści mę­ski świat w oczach Em­my prze­stał być przy­sta­nią bez­piecz­nych uczuć, a stał się je­dy­nie po­li­go­nem do­świad­czal­nym. Przez jej ży­cie prze­pły­wa­li nie­mal bez­i­mien­nie – prze­lot­ne zna­jo­mo­ści, szyb­kie po­że­gna­nia, brak obiet­nic i ze­ro­we ocze­ki­wa­nia. Zbyt do­brze pa­mię­ta­ła lek­cje ze swo­je­go do­ra­sta­nia na uli­cy Ko­ściel­nej. Wy­pra­co­wa­ła w so­bie nie­za­wod­ny me­cha­nizm obron­ny: za­nim ktoś zdą­żył­by po­dejść wy­star­cza­ją­co bli­sko, by zo­ba­czyć jej pęk­nię­cia i za­dać jej ból, sa­ma bez­względ­nie koń­czy­ła re­la­cję. Po­czu­cie kon­tro­li by­ło je­dy­nym ba­stio­nem chro­nią­cym jej moc­no po­tur­bo­wa­ną du­szę.

Pierw­sza obiet­ni­ca spo­ko­ju i sta­bi­li­za­cji po­ja­wi­ła się w mo­men­cie, gdy Em­ma po­sta­no­wi­ła po­łą­czyć si­ły ze swo­ją sio­strą Ka­mi­lą i wy­na­jąć wspól­ny dom. Bu­dy­nek z ze­wnątrz był da­le­ki od ide­ału – moc­no znisz­czo­ny upły­wem lat i za­nie­dba­ny przez po­przed­nich wła­ści­cie­li, ale we­wnątrz krył w so­bie funk­cjo­nal­ny układ. Do dys­po­zy­cji mia­ły dwie osob­ne kuch­nie, dwa ob­szer­ne po­ko­je, wspól­ną ła­zien­kę oraz du­ży przed­po­kój.

Naj­więk­szym skar­bem oka­zał się jed­nak roz­le­gły ogród z ty­łu po­se­sji. Dla dwóch ma­lu­chów Ka­mi­li – sze­ścio­let­niej Vi­vien i pię­cio­let­nie­go Be­nia – ten ka­wa­łek tra­wy był ni­czym raj na zie­mi i bez­piecz­na prze­strzeń do za­ba­wy, a sio­stry zy­ski­wa­ły dzię­ki nie­mu chwi­le wy­tchnie­nia od co­dzien­nych trosk.

W ich co­dzien­no­ści re­gu­lar­nie po­ja­wiał się rów­nież part­ner Ka­mi­li, Mar­cin – oj­ciec ma­łe­go Be­nia. Mar­cin z na­tu­ry nie był złym czło­wie­kiem. Nie miał w so­bie te­go cy­nicz­ne­go okru­cień­stwa, któ­re Em­ma pa­mię­ta­ła z wła­sne­go do­mu ro­dzin­ne­go. Był jed­nak po­twor­nie nie­doj­rza­ły, nie­od­po­wie­dzial­ny i głu­pi w swo­ich ży­cio­wych wy­bo­rach. Co gor­sza, re­gu­lar­nie się­gał po al­ko­hol, co cał­ko­wi­cie wy­klu­cza­ło go ja­ko sta­bil­ne­go part­ne­ra do stwo­rze­nia ro­dzi­ny czy do­bre­go wzor­ca dla do­ra­sta­ją­cych dzie­ci.

Mi­mo tych trud­no­ści i zgrzy­tów, sio­strom ży­ło się pod jed­nym da­chem za­ska­ku­ją­co do­brze. Spę­dzi­ły w tym do­mu nie­mal dwa wspól­ne la­ta, wspie­ra­jąc się na­wza­jem w wy­cho­wa­niu dzie­ci i co­dzien­nych wy­dat­kach.

Pew­ne­go let­nie­go po­po­łu­dnia, gdy dzie­ci ba­wi­ły się w ogro­dzie, Ka­mi­la we­szła do kuch­ni Em­my, trzy­ma­jąc w rę­ku ku­bek z za­pa­rzo­ną me­li­są. Spoj­rza­ła na sio­strę, któ­ra z za­wzię­tą mi­ną pa­ko­wa­ła do kar­to­nu swo­je książ­ki.

– Em­ma, pro­szę cię, prze­myśl to jesz­cze raz… – ode­zwa­ła się ci­cho Ka­mi­la, opie­ra­jąc się o fra­mu­gę. – Ma­my tu swój rytm, ra­dzi­my so­bie. Po co chcesz zno­wu wszyst­ko wy­wra­cać do gó­ry no­ga­mi i je­chać do Ostro­wa?

Em­ma zwi­nę­ła ta­śmę kle­ją­cą i spoj­rza­ła na sio­strę z de­ter­mi­na­cją w oczach.

– Mu­szę, Ka­mi­la. Ja tu du­szę się od te­go sa­me­go po­wie­trza – od­par­ła, a w jej gło­sie sły­chać by­ło drże­nie. – Zno­wu czu­ję ten sam nie­po­kój. Lęk, że za­raz sta­nie się coś złe­go, że Mar­cin zno­wu przyj­dzie pi­ja­ny… Prze­szłość wciąż za mną idzie. Nasz brat tam jest, ma uło­żo­ne ży­cie z na­rze­czo­ną. Po­trze­bu­ję czy­stej kar­ty. Chcę po pro­stu za­cząć żyć jak nor­mal­ny czło­wiek.

– Bo­ję się o cie­bie. Ty za­wsze ucie­kasz, jak tyl­ko ro­bi się spo­koj­nie.

– Tym ra­zem nie ucie­kam – wy­szep­ta­ła Em­ma, cho­wa­jąc twarz w dło­niach. – Ja po pro­stu szu­kam miej­sca, gdzie wresz­cie prze­sta­nę się bać.

***

W Ostro­wie Wiel­ko­pol­skim ży­cio­wy re­set wy­da­wał się na wy­cią­gnię­cie rę­ki. Em­ma dość szyb­ko po­zna­ła męż­czy­znę. Nie wy­róż­niał się uro­dą, był ab­so­lut­nie prze­cięt­ny, ale w oczach Em­my miał jed­ną, klu­czo­wą za­le­tę – spra­wiał wra­że­nie zde­cy­do­wa­ne­go abs­ty­nen­ta. Po jej trud­nych do­świad­cze­niach z męż­czy­zna­mi to wy­star­czy­ło, by uśpić jej czuj­ność.

Zwią­zek na­brał eks­pre­so­we­go tem­pa. Bar­dzo szyb­ko ze so­bą za­miesz­ka­li, we­szli w ru­ty­nę wspól­nych dni. Em­ma pod­ję­ła pra­cę w po­bli­skim ke­ba­bie, a on pra­co­wał na bu­do­wie. Z cza­sem za­czę­ły po­ja­wiać się od­waż­ne pla­ny przy­szło­ścio­we – za­rę­czy­li się.

Ilu­zja ta roz­pa­dła się na drob­ne ka­wał­ki w dniu je­go imie­nin. Męż­czy­zna, któ­ry ucho­dził za nie­pi­ją­ce­go, pod­dał się na­mo­wom ko­le­gów i się­gnął po al­ko­hol. Ra­zem z pierw­szy­mi kie­lisz­ka­mi z je­go twa­rzy spa­dła do­tych­cza­so­wa ma­ska. Zo­stał cał­ko­wi­cie spa­ra­li­żo­wa­ny bru­tal­ną pa­ra­no­ją i uro­je­nia­mi. Za­czął bez­pod­staw­nie oskar­żać Em­mę o zdra­dę.

Gdy wró­ci­ła po zmro­ku do miesz­ka­nia, w sa­lo­nie za­sta­ła po­bi­te szkło i na­rze­czo­ne­go sto­ją­ce­go na środ­ku po­ko­ju z za­czer­wie­nio­ną twa­rzą i szkla­nym spoj­rze­niem.

– Gdzie by­łaś?! Z kim się pusz­cza­łaś po go­dzi­nach?! – huk­nął od pro­gu, za­ta­cza­jąc się lek­ko i wska­zu­jąc na nią pal­cem.

Em­ma ze­sztyw­nia­ła w pro­gu, a w jej gło­wie na­tych­miast ode­zwa­ły się sy­re­ny alar­mo­we z dzie­ciń­stwa.

– Co ty pier­do­lisz?! – wy­krzyk­nę­ła, pró­bu­jąc za­cho­wać zim­ną krew, choć ser­ce wa­li­ło jej jak sza­lo­ne. – By­łam w pra­cy! Do­pie­ro co skoń­czy­łam zmia­nę! Na­praw­dę na­pi­łeś się i te­raz wy­ga­du­jesz ta­kie bzdu­ry?!

– Nie rób ze mnie idio­ty! Wi­dzia­łem, jak pa­trzysz na in­nych! Je­steś ta­ka sa­ma jak wszyst­kie! – wrza­snął, pod­bie­ga­jąc do sza­fy i wy­rzu­ca­jąc jej ubra­nia pro­sto na brud­ny ko­ry­tarz. – Wy­pier­da­laj! Nie chcę cię tu wi­dzieć!

Zra­nio­na i po raz ko­lej­ny oszu­ka­na, Em­ma zło­ży­ła swo­je ży­cie w wa­liz­kę i wró­ci­ła do ro­dzin­ne­go mia­sta.

***

Mu­sząc od­zy­skać grunt pod no­ga­mi i nie­za­leż­ność fi­nan­so­wą, Em­ma pod­ję­ła pra­cę w lo­kal­nej piz­ze­rii. Mi­mo stre­su i trau­ma­tycz­nych prze­żyć, szyb­ko od­na­la­zła się w no­wym ze­spo­le. Na zmia­nach to­wa­rzy­szy­ło jej dwóch mło­dych, wy­jąt­ko­wo sym­pa­tycz­nych chło­pa­ków.

Z Ma­te­uszem za­przy­jaź­ni­ła się nie­mal od pierw­sze­go dnia. Był cie­pły, wy­ro­zu­mia­ły i ser­decz­ny, choć go­łym okiem wi­dać by­ło, że po­ta­jem­nie za­pa­łał do niej głęb­szym uczu­ciem. Em­ma sza­no­wa­ła go, ale nie po­tra­fi­ła od­wza­jem­nić te­go uczu­cia. Jej wzrok i my­śli nie­ustan­nie krą­ży­ły wo­kół dru­gie­go z pra­cow­ni­ków – Mi­cha­ła.

Mi­chał był nie­zwy­kle przy­stoj­ny, miał w so­bie ma­gne­tycz­ną cha­ry­zmę i cie­szył się re­pu­ta­cją męż­czy­zny cał­ko­wi­cie nie­osią­gal­ne­go dla dziew­cząt. Ko­le­żan­ki z pra­cy otwar­cie wzdy­cha­ły do nie­go, co tyl­ko pod­sy­ca­ło im­pul­syw­ną na­tu­rę Em­my. Przy­zwy­cza­jo­na do na­rzu­ca­nia wła­snych za­sad w re­la­cjach z męż­czy­zna­mi, po­sta­no­wi­ła zdo­być je­go nu­mer i na­pi­sać pierw­szą, od­waż­ną wia­do­mość. Zro­bi­ła to bez za­sta­no­wie­nia, trak­tu­jąc to nie­mal jak grę.

Pew­ne­go wie­czo­ru, gdy ruch w lo­ka­lu opadł, Em­ma skła­da­ła kar­to­ny na za­ple­czu. Mi­chał wszedł do po­miesz­cze­nia, opie­ra­jąc się swo­bod­nie o blat i przy­glą­da­jąc jej się z cy­nicz­nym uśmiesz­kiem.

– Sły­sza­łem, że py­ta­łaś o mnie u dziew­czyn na kuch­ni – ode­zwał się Mi­chał, mru­żąc swo­je nie­bie­skie oczy. – Na­praw­dę my­ślisz, że do­sta­niesz mój nu­mer tak po pro­stu?

Em­ma od­wró­ci­ła się po­wo­li, rzu­ca­jąc zło­żo­ny kar­ton na stos. Spoj­rza­ła na nie­go z gó­ry, mi­mo że był od niej wyż­szy. Wy­ćwi­czo­na gra ak­tor­ska za­dzia­ła­ła na­tych­miast.

– A kto po­wie­dział, że mu­szę py­tać? – od­par­ła z zu­chwa­łym uśmie­chem, pod­cho­dząc do nie­go o krok bli­żej. – Już go mam, Mi­chał. I za­sta­na­wiam się tyl­ko, czy masz od­wa­gę od­pi­sać, jak już do cie­bie na­pi­szę.

Mi­chał za­śmiał się ci­cho, za­sko­czo­ny jej pew­no­ścią sie­bie.

– Je­steś nie­bez­piecz­na, ma­ła. Ale lu­bię wy­zwa­nia. Zo­ba­czy­my, na ile ci star­czy za­pa­łu.

Mię­dzy ni­mi bły­ska­wicz­nie za­iskrzy­ło. Flirt na za­ple­czu piz­ze­rii szyb­ko prze­niósł się na grunt pry­wat­ny. Za­zdrość ko­le­ża­nek wzra­sta­ła z każ­dym dniem, gdy wi­dzia­ły, jak nie­osią­gal­ny do­tąd Mi­chał z pa­sją za­bie­ga o wzglę­dy Em­my. Uma­wia­li się na ko­lej­ne rand­ki, spę­dza­jąc ra­zem każ­dą wol­ną chwi­lę.

Plan Em­my od po­cząt­ku był pro­sty i do­sko­na­le jej zna­ny z prze­szło­ści: roz­ko­chać go w so­bie, za­ba­wić się je­go emo­cja­mi, udo­wod­nić so­bie wła­sną kon­tro­lę, a po­tem bez ża­lu po­rzu­cić – za­nim on lub to uczu­cie zdo­ła jak­kol­wiek ją zra­nić.

Nie mia­ła jed­nak po­ję­cia, że gra, któ­rą roz­po­czę­ła dla wła­snej roz­ryw­ki, tym ra­zem zmie­ni za­sa­dy. Po raz pierw­szy w ży­ciu tra­fi­ła na ko­goś, kto po­wo­li usu­wał grunt spod jej nóg, a spryt­nie bu­do­wa­ny przez la­ta mur obron­ny za­czy­nał pę­kać od środ­ka.

Roz­dział IV

Wę­zeł z cier­ni