Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Niewidzialne rany to poruszająca powieść obyczajowo-psychologiczna o Emmie, która po trudnym, naznaczonym przemocą i alkoholem dzieciństwie próbuje ułożyć sobie życie na nowo. Przerażona wizją biedy i samotności, robi wszystko, by zapewnić małemu synkowi bezpieczny dom – wliczając w to podwójne życie jako tancerka w nocnym klubie oraz małżeństwo z rozsądku. Choć udaje jej się uciec przed losem rodziców i zdobyć materialną stabilizację, wkrótce odkrywa, że trafiła do „złotej klatki” – relacji wypranej z uczuć i prawdziwego ciepła. To przejmująca historia o cenie, jaką płacimy za pozory normalności, walce o własną godność i trudnej ucieczce przed międzypokoleniową traumą.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 144
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Anna Więzik
Niewidzialne rany
DWIE STRONY, WIELE TAJEMNIC,KTÓRE MOGĄ ZABIĆ
Copyright © Anna Więzik
Wydanie I
Bielsko-Biała 2026
ISBN (druk): 978-83-983310-0-5
ISBN (e-book): 978-83-983310-1-2
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Autorka zezwala na udostępnianie okładki książki w internecie.
Projekt okładki: Anna Więzik
Korekta: Anna Więzik
Projekt typograficzny, skład i łamanie: Katarzyna Seredin-Kolarczyk
Konwersja do epub: Katarzyna Seredin-Kolarczyk
Drogi Czytelniku
oddaję w Twoje ręce historię, która narodziła się z obserwacji cieni wpisanych w ludzkie życie – bolesnych pęknięć, trudnych wyborów i prawdy, przed którą tak często próbujemy uciekać. To opowieść o rozpaczliwym poszukiwaniu miłości, pragnieniu bezpiecznego domu oraz o cenie, jaką płacimy za żywienie iluzji.
Pisanie to samotne zajęcie, ale stworzenie tej książki było drogą, którą przeszłam otoczona niezwykłym ciepłem. Wszystko zaczęło się od namowy brata i przyjaciela – to Wy zasialiście w mojej głowie ziarno, z którego wyrosła ta powieść. Dziękuję, że zobaczyliście we mnie pisarkę wcześniej, niż ja sama odważyłam się nią poczuć.
Szczególne miejsce w tej podróży zajmuje mój 9-letni syn. Twoje dziecięce zaciekawienie, pytań bez liku o liczbę rozdziałów, tytuł i okładkę były dla mnie najpiękniejszą
przypominajką, by nie odkładać pisania. Twoja duma dodawała mi skrzydeł każdego dnia.
Również szczególnie dziękuję mojemu mężowi za wsparcie i bliskość w czasie pisania tej książki, siostrze i siostrzenicy. Jesteście moim pierwszymi czytelnikami i najbezpieczniejszą przystanią. Dziękuję za cierpliwość do moich pierwszych tekścików, za znoszenie moich huśtawek nastrojów – od paraliżujących nerwów po nagłe wybuchy ekscytacji – oraz za to, że zawsze mieliście dla mnie dobre słowo.
Dziękuję Wam wszystkim. Bez Was ta książka pozostałaby tylko milczącym marzeniem.
Rozdział I
Zapach Ciemności
Dom przy ulicy Kościelnej nie pachniał ciepłym obiadem ani świeżo praną pościelą. Pachniał wilgocią, starym dymem z tanich papierosów – ostrym, słodkawo-kwaśnym odorem przetrawionego alkoholu, który przenikał ściany, meble i ubrania wszystkich domowników.
Dla dziesięcioletniej Emmy ten zapach był pierwszą zapowiedzią nadchodzącego sztormu. Siedziała skulona na wąskiej, twardej wersalce w najciemniejszym kącie pokoju, który dzieliła z resztą rodzeństwa. W tym ciasnym pomieszczeniu gniotła się ich cała siódemka – dwie dziewczynki i pięciu chłopców. Obok Emmy pod wytartym kocem drżał jej młodszy brat, Kacper.
Emma mocno objęła go ramieniem, ściskając jednocześnie dłoń swojej siostry, choć sama czuła, jak jej własne ciało sztywnieje z przerażenia. W pokoju panowała absolutna, martwa cisza. Żadne z dzieci nie poważyło się odezwać, głośniej odetchnąć ani przekręcić na drugi bok. Przeżywały ten sam rytuał każdego wieczoru: stać się niewidzialnymi, zlać się z cieniem ściany, zniknąć.
Z dołu, z klatki schodowej, dobiegły ciężkie, chwiejne kroki. Każdy ton uderzenia buta o betonowy stopień był jak odliczanie zegara. Raz, dwa, trzy… Potknięcie na półpiętrze, cięte przekleństwo rzucone w przestrzeń i ponowne uderzenie – Wraca… – wyszeptał Kacper, a z jego oczu popłynęły ciche, gorące łzy.
– Ciii… Bądź cicho, Kacperku. Przytul się do mnie i zamknij oczy – odpowiedziała szybkim, drżącym szeptem Emma, natychmiast przyciskając dłoń do jego ust.
Nic nie mogło wydać dźwięku. Nawet płacz był groźny.
Drzwi wejściowe nie zostały otwarte – zostały pchnięte z całą siłą, aż sklejka zatrzeszczała w futrynie, uderzając o ścianę przedpokoju. Do mieszkania wdarł się zimny powiew nocy.
– Dagmara! – huknął głos, który sprawił, że serce Emmy podeszło do samego gardła.
Był to głos głęboki, charczący, zniekształcony przez litry taniej wódki, ale niosący w sobie obietnicę czystej przemocy.
– Gdzie jesteś, do cholery?!
Matka zjawiła się niemal natychmiast. Emma widziała przez uchylone nieznacznie drzwi jej zgarbioną sylwetkę. Dagmara była młoda, ale wyglądała dziś na wykończoną życiem kobietę o zapadniętych policzkach i zgaszonym spojrzeniu, choć na co dzień starała się być elegancka, zadbana i uśmiechnięta.
– Jestem, Krzysztof… – wymamrotała trzęsącymi się rękami, próbując zabrać od niego ciężką, brudną kurtkę. – cicho bądź, dzieci już śpią…
– Co ty mi tu mówisz?! Co to za syf?! Zamknij się!
Ojciec zamachnął się, odpychając ją z furią. Matka potknęła się i uderzyła plecami o szafkę na buty, utrzymując w gardle jęk bolesnego zaskoczenia. Wiedziała, że jakikolwiek opór tylko go podsyci.
W kuchni rozległ się brzęk tłuczonego szkła. Ojciec szukał jedzenia, szukał pretekstu, szukał czegokolwiek, na czym mógłby wyładować nagromadzoną w nim wściekłość.
– Gdzie jest obiad?! Znowu nic nie robisz całymi dniami! – donośny głos ojca rozniósł się po ścianach.
– Gotowałam, Krzysztof, wszystko jest w garnku na piecu… – odezwała się matka błagalnym głosem. – proszę cię, zjedz i połóż się… Nie będę żreć tych pomyj!
Znowu nie dostali wypłaty. Znowu ktoś go skrytykował w pracy albo po prostu świat nie wyglądał tak, jak chciał. A w tym domu on był Bogiem i katem.
– Emma zamknęła oczy, zacisnęła powieki i swoje małe zęby tak mocno, że aż ją zabolały. Wyobrażała sobie, że leży na zielonej łące, daleko od zapachu wódki i krzyków. Tam świeciło słońce, a wiatr był ciepły i pachniał kwiatami. Ale fikcyjny świat rozsypywał się za każdym razem, gdy z kuchni dobiegał głuchy odgłos uderzenia i cichy, zduszony szloch matki.
Dlaczego mama nic z tym nie robi? – wyszeptała w duchu Emma, czując w ustach gorzki smak bezsilności. – dlaczego nas nie zabierze?
Ale wiedziała, że mama się boi. Byli uwięzieni w tej klatce równie mocno jak oni. Jej bierność nie wynikała z braku miłości, ale z całkowitego złamania ducha. Powoli, dzień po dniu, ojciec wyrywał z niej jakąkolwiek samostanowiącą myśl, aż została tylko pusta skorupa wykonująca polecenia.
Awantura trwała kilka chwil, które dla dzieci w sąsiednim pokoju ciągnęły się jak wieczność. Ojciec chodził po mieszkaniu, zaczął kląć, na czym świat stoi, rzucając przedmiotami i krzycząc. Kilka razy jego ciężkie kroki zbliżyły się do drzwi ich pokoju. Wtedy Emma przestawała oddychać. Występował w niej lodowaty paraliż. Znała ten scenariusz – gdyby wszedł, szukałby jakiegokolwiek powodu: źle poukładanych zabawek, niepościelonego łóżka, krzywego spojrzenia.
W końcu w mieszkaniu zapadła cisza – gęsta, ciężka cisza. Słychać było tylko głośne, charczące chrapanie ojca, który zasnął ubrany na kanapie w dużym pokoju. Awantura dobiegła końca. Dzisiejsza noc była wygrana – przetrwali.
Emma odczekała jeszcze długą chwilę, po czym ostrożnie wyślizgnęła się spomiędzy ramion brata. Boso, stąpając po najmniej skrzypiących deskach podłogi, podeszła do drzwi i uchyliła je cicho.
W kuchni, przy zgaszonym świetle, na podłodze siedziała matka. Zbierała resztki rozbitego talerza. Dłonie trzęsły jej się tak bardzo, że kawałki ceramiki cicho brzęczały w palcach. Jedna z krawędzi rozcięła jej skórę, ale kobieta nawet nie zwróciła uwagi na kapiącą krew. Emma podeszła krok bliżej.
– Mamo…? – wyszeptała cichutko.
Wzdrygnęła się i podniosła wzrok. W półmroku jej spojrzenie było puste, całkowicie pozbawione nadziei.
– Wracaj do łóżka, Emmo. Już dobrze… Idź spać – odpowiedziała bezdźwięcznym, złamanym głosem i krótko pokręciła głową, wskazując palcem na pokój. Emma wróciła do pokoju i położyła się z powrotem na łóżku. Wpatrując się w popękany sufit, złożyła w swoim małym dziecięcym sercu cichą obietnicę. Nie wiedziała jeszcze jak ani kiedy, ale wiedziała jedno – pewnego dnia ucieknie z tego domu i nigdy, przenigdy nie pozwoli, by ktokolwiek zadał jej taki ból.
Rozdział II
Cienie na piętrze
Dom nie przypominał pałacu, ale był solidny i zadbany. Stał dumny przy głównej drodze: dwupiętrowy budynek z jasną elewacją, spadzistym dachem, pięknym dużym balkonem i poddaszem do adaptacji. Na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie ciepłego, rodzinnego gniazdka.
Rzeczywistość była jednak podzielona na dwa zupełnie inne światy, oddzielone zimnymi, betonowymi schodami.
Na dole panował względny spokój. Mieszkał tam dziadek, który zrobił u siebie pokój dla Emmy, a sam przeniósł się do kuchni z nadzieją, że chociaż Emmę uda mu się uchronić od tych dramatów rozgrywających się na górze. Niestety, nie od niego zależało, kiedy Emma może do niego zejść, kiedy może u niego spać. Chciał ją chronić przed każdym złem, bo wiedział, że jest to bardzo dobre i kruche dziecko. Na dole mieszkał również najstarszy brat Emmy, Antek.
Rodzina miała do dyspozycji dwa niezależne mieszkania: osobne pokoje oraz osobne, pachnące obiadem kuchnie. Łączyła je wspólna łazienka.
Góra należała do nich – do Krzysztofa, Dagmary i ich szóstki dzieci. Na piętrze powoli zaczynało brakować miejsca, a powietrze z każdym dniem stawało się coraz gęstsze od napięcia.
– Nie idź teraz na dół – szeptem ostrzegła Emmę starsza siostra, gdy ta próbowała uchylić drzwi od ich przepełnionego pokoju. – Dziadek rozmawia w sieni z wujkiem. Jak usłyszą ojca, zaraz zacznie się kłótnia.
Emma cofnęła dłoń od klamki. Dziadek próbował utrzymać dom w ładzie, ale nie miał siły na codzienne batalie z Krzysztofem. Udawał, że nie widzi sinych śladów na twarzy swojej córki. W końcu o to go prosiła – by udawał ślepego na dramat, który rozgrywał się nad jego głową. Na głośne awantury reagował zazwyczaj głębokim milczeniem i zatrzaskiwał drzwi swojego mieszkania. Dziadek był jedynym bezpiecznym portem dla Emmy. Ten ciepły, cierpliwy człowiek był totalnym przeciwieństwem tego, co Emma poznawała od ludzi na górze. To on ją uczył czytać pierwsze książki, gładził ją po głowie, gdy świat wydawał się zbyt okrutny, i to u niego czasami znajdowała schronienie, gdy ojciec wpadał w szał. Był jej jedynym autorytetem, opoką i dowodem na to, że dorosły człowiek może nieść dobro.
– Mamo, dlaczego nie możemy zejść do dziadka? – zapytał mały Kacper, pociągając Dagmarę za skraj spódnicy.
Dagmara, która właśnie próbowała rozłożyć na małej przestrzeni posłanie dla najmłodszych dzieci, zatrzymała się na moment. Spojrzała na syna z mieszanką żalu i zrezygnowania.
– Dziadek ma swoje sprawy, Kacperku – odparła cicho, unikając wzroku dzieci. – Zostańcie na górze. Tutaj jest wasze miejsce.
Emma patrzyła na matkę i czuła ściskający w dołku ciężar. Na górze nie było bezpiecznie, ale na dół nie mogli pójść, bo rozwścieczyliby tym ojca. Z dołu było czuć zapach świeżego obiadu i spokoju. Dziadek był jedynym dobrem i ciepłem w tym domu.
Kiedy na schodach rozległy się ciężkie kroki ojca wracającego z łazienki, w całym pokoju na piętrze znowu zamarło życie.
– Dagmara! Zrób tu wreszcie porządek! – krzyknął Krzysztof, idąc korytarzem i uderzając ręką w ścianę. – Dzieciaki znowu zostawiły buty na środku!
Dagmara natychmiast zerwała się z miejsca, aby zapobiec wybuchowi. Emma przytuliła Kacpra, wpatrując się w drzwi i po raz kolejny licząc sekundy w milczeniu. Życie na piętrze było nieustanną grą o przetrwanie.
Kiedy Emma miała 13 lat, dziadek zmarł. Wraz z jego odejściem pękła ostatnia tarcza chroniąca ją przed mrokiem. Od tamtej pory jej życie przestało być po prostu trudnym dzieciństwem – zmieniło się w niemal dorosły, bezwzględny koszmar.
W szkole podstawowej radziła sobie średnio, bynajmniej nie brakowało jej inteligencji – po prostu w ciasnym, przepełnionym krzykiem domu nie miała skrawka przestrzeni, by skupić się na nauce. Była skryta, wycofana i wstydliwa. Trzymała się z boku, mając przy sobie tylko jedną przyjaciółkę.
Jednak, gdy w wieku 14 lat doszło do tragedii pod własnym dachem, gdy jej starszy brat bezpowrotnie zgwałcił jej poczucie bezpieczeństwa i godności, w Emmie coś pękło na zawsze.
W gimnazjum z dawnej, cichej dziewczynki nie zostało już niemal nic. Żeby przetrwać i ukryć trawiący ją od środka ból oraz permanentny strach, Emma przywdziała pancerz. Zaczęła kreować się na osobę groźną, niedostępną i autorytarną. Postawiła wokół siebie mur z chłodu i cynizmu, zmuszając otoczenie do uległości, zanim ktokolwiek zdołałby ją skrzywdzić. Maska, którą przybrała, stała się jej pancerzem ochronnym. Weszła w towarzystwo, w którym liczyła się ucieczka od rzeczywistości. Zaczęły się głośne imprezy, alkohol i szukanie jakiejkolwiek akceptacji w niewłaściwych miejscach. Mając 16 lat, miała chłopaka, z którym myślała, że będzie bezpieczna. Był od niej sporo starszy. Ufała swojemu chłopakowi, szukała w nim oparcia, którego nigdy nie dostała w domu. Ostateczny cios zadała jej jednak własna matka. Gdy Emma chciała zadzwonić z telefonu swojego chłopaka, odkryła wiadomości z jej matką, z których okazało się, że przespali się ze sobą, a matka Emmy się w nim zakochała. Zaufanie do świata rozsypało się w drobny pył. Najbliższa osoba ponowiła zdradę w najbardziej obrzydliwy sposób.
Konflikty z prawem i opuszczanie zajęć doprowadziły w końcu do zawieszenia Emmy w prawach ucznia, a stąd już malutki krok do sądu… Decyzją sądu trafiła do ośrodka opiekuńczo-wychowawczego, oddalonego o niemal 700 km od jej domu. Placówka miała być dla niej resocjalizacją, ale dla Emmy była po prostu kolejnymi kratami. Przetrwała tam rok, dostosowując się do panujących zasad tylko po to, by uśpić czujność wychowawców. Kiedy wreszcie wywalczyła pierwszą przepustkę, wyszła za bramy ośrodka i już nigdy do niego nie wróciła. Miała dość decydowania o jej życiu przez innych. Zeszła do podziemia – ukrywała się, zmieniała miejsca pobytu i żyła w ciągłym zawieszeniu, nieustannie oglądając się za siebie. Trwało to aż do dnia jej osiemnastych urodzin, gdy oficjalnie stała się już dorosła. Zyskała w końcu upragnioną wolność, ale została całkiem sama ze zgliszczami swojej przeszłości.
Rozdział III
Pęknięta iluzja
Po ukończeniu pełnoletności męski świat w oczach Emmy przestał być przystanią bezpiecznych uczuć, a stał się jedynie poligonem doświadczalnym. Przez jej życie przepływali niemal bezimiennie – przelotne znajomości, szybkie pożegnania, brak obietnic i zerowe oczekiwania. Zbyt dobrze pamiętała lekcje ze swojego dorastania na ulicy Kościelnej. Wypracowała w sobie niezawodny mechanizm obronny: zanim ktoś zdążyłby podejść wystarczająco blisko, by zobaczyć jej pęknięcia i zadać jej ból, sama bezwzględnie kończyła relację. Poczucie kontroli było jedynym bastionem chroniącym jej mocno poturbowaną duszę.
Pierwsza obietnica spokoju i stabilizacji pojawiła się w momencie, gdy Emma postanowiła połączyć siły ze swoją siostrą Kamilą i wynająć wspólny dom. Budynek z zewnątrz był daleki od ideału – mocno zniszczony upływem lat i zaniedbany przez poprzednich właścicieli, ale wewnątrz krył w sobie funkcjonalny układ. Do dyspozycji miały dwie osobne kuchnie, dwa obszerne pokoje, wspólną łazienkę oraz duży przedpokój.
Największym skarbem okazał się jednak rozległy ogród z tyłu posesji. Dla dwóch maluchów Kamili – sześcioletniej Vivien i pięcioletniego Benia – ten kawałek trawy był niczym raj na ziemi i bezpieczna przestrzeń do zabawy, a siostry zyskiwały dzięki niemu chwile wytchnienia od codziennych trosk.
W ich codzienności regularnie pojawiał się również partner Kamili, Marcin – ojciec małego Benia. Marcin z natury nie był złym człowiekiem. Nie miał w sobie tego cynicznego okrucieństwa, które Emma pamiętała z własnego domu rodzinnego. Był jednak potwornie niedojrzały, nieodpowiedzialny i głupi w swoich życiowych wyborach. Co gorsza, regularnie sięgał po alkohol, co całkowicie wykluczało go jako stabilnego partnera do stworzenia rodziny czy dobrego wzorca dla dorastających dzieci.
Mimo tych trudności i zgrzytów, siostrom żyło się pod jednym dachem zaskakująco dobrze. Spędziły w tym domu niemal dwa wspólne lata, wspierając się nawzajem w wychowaniu dzieci i codziennych wydatkach.
Pewnego letniego popołudnia, gdy dzieci bawiły się w ogrodzie, Kamila weszła do kuchni Emmy, trzymając w ręku kubek z zaparzoną melisą. Spojrzała na siostrę, która z zawziętą miną pakowała do kartonu swoje książki.
– Emma, proszę cię, przemyśl to jeszcze raz… – odezwała się cicho Kamila, opierając się o framugę. – Mamy tu swój rytm, radzimy sobie. Po co chcesz znowu wszystko wywracać do góry nogami i jechać do Ostrowa?
Emma zwinęła taśmę klejącą i spojrzała na siostrę z determinacją w oczach.
– Muszę, Kamila. Ja tu duszę się od tego samego powietrza – odparła, a w jej głosie słychać było drżenie. – Znowu czuję ten sam niepokój. Lęk, że zaraz stanie się coś złego, że Marcin znowu przyjdzie pijany… Przeszłość wciąż za mną idzie. Nasz brat tam jest, ma ułożone życie z narzeczoną. Potrzebuję czystej karty. Chcę po prostu zacząć żyć jak normalny człowiek.
– Boję się o ciebie. Ty zawsze uciekasz, jak tylko robi się spokojnie.
– Tym razem nie uciekam – wyszeptała Emma, chowając twarz w dłoniach. – Ja po prostu szukam miejsca, gdzie wreszcie przestanę się bać.
***
W Ostrowie Wielkopolskim życiowy reset wydawał się na wyciągnięcie ręki. Emma dość szybko poznała mężczyznę. Nie wyróżniał się urodą, był absolutnie przeciętny, ale w oczach Emmy miał jedną, kluczową zaletę – sprawiał wrażenie zdecydowanego abstynenta. Po jej trudnych doświadczeniach z mężczyznami to wystarczyło, by uśpić jej czujność.
Związek nabrał ekspresowego tempa. Bardzo szybko ze sobą zamieszkali, weszli w rutynę wspólnych dni. Emma podjęła pracę w pobliskim kebabie, a on pracował na budowie. Z czasem zaczęły pojawiać się odważne plany przyszłościowe – zaręczyli się.
Iluzja ta rozpadła się na drobne kawałki w dniu jego imienin. Mężczyzna, który uchodził za niepijącego, poddał się namowom kolegów i sięgnął po alkohol. Razem z pierwszymi kieliszkami z jego twarzy spadła dotychczasowa maska. Został całkowicie sparaliżowany brutalną paranoją i urojeniami. Zaczął bezpodstawnie oskarżać Emmę o zdradę.
Gdy wróciła po zmroku do mieszkania, w salonie zastała pobite szkło i narzeczonego stojącego na środku pokoju z zaczerwienioną twarzą i szklanym spojrzeniem.
– Gdzie byłaś?! Z kim się puszczałaś po godzinach?! – huknął od progu, zataczając się lekko i wskazując na nią palcem.
Emma zesztywniała w progu, a w jej głowie natychmiast odezwały się syreny alarmowe z dzieciństwa.
– Co ty pierdolisz?! – wykrzyknęła, próbując zachować zimną krew, choć serce waliło jej jak szalone. – Byłam w pracy! Dopiero co skończyłam zmianę! Naprawdę napiłeś się i teraz wygadujesz takie bzdury?!
– Nie rób ze mnie idioty! Widziałem, jak patrzysz na innych! Jesteś taka sama jak wszystkie! – wrzasnął, podbiegając do szafy i wyrzucając jej ubrania prosto na brudny korytarz. – Wypierdalaj! Nie chcę cię tu widzieć!
Zraniona i po raz kolejny oszukana, Emma złożyła swoje życie w walizkę i wróciła do rodzinnego miasta.
***
Musząc odzyskać grunt pod nogami i niezależność finansową, Emma podjęła pracę w lokalnej pizzerii. Mimo stresu i traumatycznych przeżyć, szybko odnalazła się w nowym zespole. Na zmianach towarzyszyło jej dwóch młodych, wyjątkowo sympatycznych chłopaków.
Z Mateuszem zaprzyjaźniła się niemal od pierwszego dnia. Był ciepły, wyrozumiały i serdeczny, choć gołym okiem widać było, że potajemnie zapałał do niej głębszym uczuciem. Emma szanowała go, ale nie potrafiła odwzajemnić tego uczucia. Jej wzrok i myśli nieustannie krążyły wokół drugiego z pracowników – Michała.
Michał był niezwykle przystojny, miał w sobie magnetyczną charyzmę i cieszył się reputacją mężczyzny całkowicie nieosiągalnego dla dziewcząt. Koleżanki z pracy otwarcie wzdychały do niego, co tylko podsycało impulsywną naturę Emmy. Przyzwyczajona do narzucania własnych zasad w relacjach z mężczyznami, postanowiła zdobyć jego numer i napisać pierwszą, odważną wiadomość. Zrobiła to bez zastanowienia, traktując to niemal jak grę.
Pewnego wieczoru, gdy ruch w lokalu opadł, Emma składała kartony na zapleczu. Michał wszedł do pomieszczenia, opierając się swobodnie o blat i przyglądając jej się z cynicznym uśmieszkiem.
– Słyszałem, że pytałaś o mnie u dziewczyn na kuchni – odezwał się Michał, mrużąc swoje niebieskie oczy. – Naprawdę myślisz, że dostaniesz mój numer tak po prostu?
Emma odwróciła się powoli, rzucając złożony karton na stos. Spojrzała na niego z góry, mimo że był od niej wyższy. Wyćwiczona gra aktorska zadziałała natychmiast.
– A kto powiedział, że muszę pytać? – odparła z zuchwałym uśmiechem, podchodząc do niego o krok bliżej. – Już go mam, Michał. I zastanawiam się tylko, czy masz odwagę odpisać, jak już do ciebie napiszę.
Michał zaśmiał się cicho, zaskoczony jej pewnością siebie.
– Jesteś niebezpieczna, mała. Ale lubię wyzwania. Zobaczymy, na ile ci starczy zapału.
Między nimi błyskawicznie zaiskrzyło. Flirt na zapleczu pizzerii szybko przeniósł się na grunt prywatny. Zazdrość koleżanek wzrastała z każdym dniem, gdy widziały, jak nieosiągalny dotąd Michał z pasją zabiega o względy Emmy. Umawiali się na kolejne randki, spędzając razem każdą wolną chwilę.
Plan Emmy od początku był prosty i doskonale jej znany z przeszłości: rozkochać go w sobie, zabawić się jego emocjami, udowodnić sobie własną kontrolę, a potem bez żalu porzucić – zanim on lub to uczucie zdoła jakkolwiek ją zranić.
Nie miała jednak pojęcia, że gra, którą rozpoczęła dla własnej rozrywki, tym razem zmieni zasady. Po raz pierwszy w życiu trafiła na kogoś, kto powoli usuwał grunt spod jej nóg, a sprytnie budowany przez lata mur obronny zaczynał pękać od środka.
Rozdział IV
Węzeł z cierni
