Nie obiecuj - Gajos Monika - ebook
NOWOŚĆ

Nie obiecuj ebook

Gajos Monika

4,3

Opis

Słowa rzucone w przestrzeń, bez zastanowienia.

Obietnice, które ciążą przez lata, pomimo ich dotrzymania.

I oni. Zagubieni między tym, co konieczne i tym, co dyktuje serce.

 

Matteo i Solene dwoje ludzi, którzy dźwigają ciężar przeszłości, próbując odnaleźć sens w świecie pełnym cierpienia i straty.

 

Matteo stara się uciec przed przeszłością, która wciąż nie pozwala mu o sobie zapomnieć. Po latach walki z uzależnieniem i zmaganiem się z żałobą po tragicznej śmierci dziewczyny, próbuje nauczyć się żyć na nowo, ale demony przeszłości nie ułatwiają mu tego zadania.

 

Solene, zamknięta w pułapce żalu po stracie matki, czuje, że grunt pod jej stopami zaczyna się coraz szybciej osuwać. Wokół niej nie ma osoby, która mogłaby ją uratować przed upadkiem. W domu czeka na nią jedynie ojciec alkoholik, a związek, w którym tkwi, przynosi więcej bólu niż miłości.

 

Gdy ich drogi się przecinają, rodzi się między nimi krucha więź.

Jednak czy okaże się wystarczająca, by pokonać przeszłość i wytrwać w walce o lepsze jutro?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 462

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (11 ocen)
6
2
3
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Wiola_loves_books1

Dobrze spędzony czas

♥️♥️ RECENZJA ♥️♥️ Monika Gajos "Nie obiecuj" Solene nie ma łatwego życia, po śmierci matki musi znosić nie tylko obelgi ale i ciosy ze strony wiecznie pijanego ojca. David to jedyna osoba w ramionach której odnajduje choć odrobinę ukojenia, lecz ta relacja też nie należy do łatwych. Matteo przez swoje uzależnienie stracił kobietę którą kochał, to go wyrwało z letargu i pchnęło do zmian. Chłopak chce zacząć wszystko na nowo lecz demony przeszłości drepczą mu po piętach. Tych dwoje połączyła praca w schronisku, miłość do zwierząt i cierpienie. Ich relacja jest dość skomplikowana, ale z czasem oboje zrozumieją, że nie bez powodu ich drogi się skrzyżowały. Kochani przed wami historia która pokazuje jak trudne bywa życie. Jak ciężko poradzić sobie ze stratą kogoś bliskiego, jak nałóg może zniszczeć życie oraz jak trudno zaufać i poprosić o pomoc. Solene to młoda, ale zniszczona zarówno fizycznie jak i psychicznie dziewczyna, która godzi się na bardzo wiele aby choć przez chwilę mieć sp...
00
AnnaDyczko

Dobrze spędzony czas

Lektura poruszyła mnie swoją emocjonalną szczerością i brakiem łatwych rozwiązań. To historia, która boli, ale właśnie przez to wydaje się prawdziwa i długo nie daje o sobie zapomnieć.
00
Szarenka

Nie oderwiesz się od lektury

„Ja nie walczę. Mógłbym umrzeć tu i teraz. Jestem z tym pogodzony. Mógłbym, lecz pieprzony anioł stróż wciąż czuwa. Niemal słyszę, jak mówi zarozumiałym tonem: „To jeszcze nie twój czas. Nie wymigasz się tak łatwo, koleś”.” Kiedy zaczynałam pisać tę recenzję, w głowie od razu zabrzmiały mi słowa Agnieszki Osieckiej: „A gdy się zejdą, raz i drugi, kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością (…)”. I pomyślałam, że trudno o trafniejsze określenie głównych bohaterów tej powieści. On — z przeszłością. Ona — po przejściach, z poczuciem własnej wartości poniżej zera. Co ich czeka, gdy los skrzyżuje ich ścieżki? Zapraszam na recenzję mojego cudownego patronatu — powieści Moniki Gajos „Nie obiecuj”. „Znam uczucie strachu. Znam aż za dobrze, ale tym razem nie ma nade mną takiej władzy, aby zamknąć mi usta.” Solene i Matteo, mimo młodego wieku, mają za sobą doświadczenia, które odciskają piętno na każdym dniu ich życia. A jednak los postanawia przeciąć ich drogi. Solene po śmierci matki mie...
00
AgiZar813

Nie oderwiesz się od lektury

Tym razem książka, przez którą zarwiecie noc - gwarantuję. Matteo ma swoje problemy, próbuje odbudować swoje życie, odciąć sie od przeszłości i pogodzić się ze śmiercią swojej dziewczyny. Solene żyje z poczuciem odpowiedzialności za ojca pijaka, który jest agresywny w stosunku do niej już od wczesnego dzieciństwa. Jej jedynym oparciem i ratunkiem jest sąsiad, David. Niestety to nie jest dobra relacja. Co się stanie, kiedy ścieżki tych dwojga skrzywdzonych ludzi się ze sobą skrzyżują? Czy będą mieć w sobie tyle odwagi, żeby nie spaść, ale razem się uratować? Autorka Monika Gajos napisała niesamowitą historię, życiową, pełną brudnej prawdy, bolesną. Bez wahania pokazuje świat, od którego odwracamy oczy. Przystępny język, szybka fabuła i świetny rys psychologiczny sprawiają, że tę książkę czyta się jednym tchem. A wydanie - jest przepiękne🥰🥰 #wspolpraca barterowa
00
laiagogo

Całkiem niezła

Nieszczęście i przemoc 🫩
00

Popularność




Mo­nika Ga­jos

Nie obie­cuj

Re­dak­cja: Do­mi­nika Ka­my­szek

Ko­rekta: Aga Ka­licka

Pro­jekt okładki: Ju­styna Sie­praw­ska

Skład DTP: Jo­anna Mrocz­kow­ska

Co­py­ri­ght © Mo­nika Ga­jos, 2025

Wszel­kie prawa za­strze­żone, za­bra­nia się ko­pio­wa­nia oraz udo­stęp­nia­nia pu­blicz­nie bez zgody au­tora pod groźbą od­po­wie­dzial­no­ści kar­nej.

Wy­da­nie I

ISBN: 978-83-977478-2-1

Nie skła­daj obiet­nic.

Ni­gdy.

One cię znisz­czą.

Roz­dział 1

So­lene

Kroki na klatce.

To mógłby być każdy. Mógłby, ale nie mam tyle szczę­ścia. Ni­gdy go nie mia­łam. Wma­wia­nie so­bie, że jest ina­czej, mija się z ce­lem. Je­stem tego świa­doma, co nie zna­czy, że cza­sami wciąż nie pró­buję.

Zer­kam dla pew­no­ści na ze­ga­rek. Czwarta po po­łu­dniu. Gdy­bym miała taką moc, chęt­nie cof­nę­ła­bym wska­zówki. Nie umiem, na­to­miast on wró­cił punk­tu­al­nie. W prze­ci­wień­stwie do mnie. Mu­sia­łam zo­stać dłu­żej w pracy, a gdy już z niej wy­szłam, au­to­bus od­je­chał mi sprzed nosa. Krzy­cza­łam, ma­cha­łam ręką jak sza­lona, lecz kie­rowca to zi­gno­ro­wał. Pech. Cza­sami lubi się mnie przy­cze­pić. Jego omija sze­ro­kim łu­kiem.

Jest co­raz bli­żej.

Ce­lowo czy nie, robi wszystko, żeby było go do­brze sły­chać. Tu­pie, gło­śno sta­wia­jąc stopy na ko­lej­nych stop­niach, a przy tym ude­rza dło­nią w po­ręcz z taką mocą, że me­ta­liczny dźwięk nie­sie się echem na wyż­sze pię­tra. Każde ude­rze­nie do­ciera do mo­ich uszu ni­czym wy­strzał ar­matni. Od­mie­rza od­le­głość i czas, które mi po­zo­stały.

Idzie po mnie.

To ko­niec.

Wrzu­cam do zlewu na­czy­nia, choć do­piero co wy­ję­łam je z szafki. Po­mimo spóź­nie­nia, za­raz po do­tar­ciu do domu, pod­ję­łam nie­równy wy­ścig z cza­sem. De­spe­racko pró­bo­wa­łam przy­go­to­wać co­kol­wiek, co by go choć w ma­łym stop­niu za­do­wo­liło i ochro­niło mnie przed jego gnie­wem.

Nie zdą­ży­łam.

Ucie­kam do swo­jego po­koju i za­my­kam drzwi. Opie­ram się o nie ple­cami do­kład­nie w mo­men­cie, gdy przy wej­ściu ktoś za­czyna szar­pać za klamkę. Nie­po­trzeb­nie. Nie jest za­mknięte. Do tej pory jesz­cze ni­gdy nie zdo­by­łam się na od­wagę, by prze­krę­cić klucz i spraw­dzić, co się wtedy sta­nie. Nie ro­bię ni­czego, co mo­głoby go zde­ner­wo­wać, lecz to nie spra­wia, że w tej chwili strach jest mniej­szy.

Roz­glą­dam się spa­ni­ko­wana do­okoła, a serce wali mi w piersi z taką mocą, jakby samo po­szu­ki­wało spo­so­bów na ewa­ku­ację. Nie je­stem pewna, ile jesz­cze bę­dzie w sta­nie wy­trzy­mać. Do­pada mnie zna­jome uczu­cie pa­niki, pie­kąca po­trzeba zna­le­zie­nia kry­jówki i prze­cze­ka­nia naj­gor­szego. Ni­czego nie chcia­ła­bym tak bar­dzo, jak móc w tej chwili znik­nąć. Kon­cen­truję wzrok na sza­fie, ale szybko od­pusz­czam i zwal­czam chęć, żeby spró­bo­wać wci­snąć się do jej wnę­trza. Głupi od­ruch. Wia­domo, że nie dam rady tam wejść. Nie je­stem dziec­kiem. Poza tym… cóż, już kie­dyś pró­bo­wa­łam.

Przy­my­kam oczy.

Na­słu­chuję.

Jest szansa, że po pro­stu pój­dzie do sy­pialni. Uśnie, wy­trzeź­wieje. Bę­dzie do­brze. Je­żeli skręci do kuchni… Wtedy to tak szybko się nie skoń­czy. Roz­wście­czy go fakt, że obiad nie jest jesz­cze zro­biony, i za­cznie bie­sia­do­wa­nie po swo­jemu. Wo­la­ła­bym tego unik­nąć.

Pro­szę…

Wstrzy­muję od­dech i od­li­czam.

Raz, dwa, trzy.

Huk. Ktoś do­staje się do miesz­ka­nia i chyba upada na pod­łogę.

A po chwili znowu.

Nie, nie, nie…

Jest go­rzej, niż my­śla­łam. Nie wró­cił dziś sam.

– So­lene, do mnie!

Na­wet nie drgam.

– Ogłu­chła je­bana szmata!

Gwał­towne ude­rze­nie w drzwi po­wo­duje, że lą­duję na ko­la­nach. Od­su­wam się na czwo­raka, peł­znę przed sie­bie jak naj­da­lej. I słusz­nie. Ko­lejny kop­niak po­syła je na ścianę, od któ­rej z hu­kiem od­ska­kują. Gdy­bym po­zo­stała na miej­scu, wła­śnie bym nimi mocno obe­rwała.

– Co to, kurwa, jest?!

Za­ci­skam zęby, żeby nie pła­kać. Zmu­szam się, żeby od­wró­cić głowę w stronę, skąd do­biega beł­ko­tliwe war­cze­nie, choć wszystko we mnie pro­te­stuje na myśl o kon­fron­ta­cji. Moje ru­chy są spo­wol­nione, sztywne. Chwilę zaj­muje mi zro­zu­mie­nie, co trzyma w dłoni.

Buty.

Tak bar­dzo się spie­szy­łam, żeby zdą­żyć z przy­go­to­wa­niem dla niego po­siłku, że zrzu­ci­łam je z nóg w biegu. Nie pa­trzy­łam, gdzie spa­dły. Nie odło­ży­łam ich na miej­sce. Naj­pew­niej to o nie się po­tknął. I to nimi ob­ry­wam tuż po tym, gdy bie­rze nie­zdarny za­mach. Choć na­wa­lony, to wciąż ce­luje bez­błęd­nie.

– Ile razy mam ci po­wta­rzać, skoń­czona idiotko, że­byś po so­bie sprzą­tała?! – wrzesz­czy. – No ile, kurwa?!

– Za­wsze to ro­bię! Sprzą­tam po so­bie i jesz­cze cały ten bur­del, który ty ro­bisz! Od­kąd mamy nie ma, to wszystko jest na mo­jej gło­wie! – opo­nuję gwał­tow­nie, co jest cho­ler­nym błę­dem, bo roz­wście­czony ru­sza ku mnie.

Je­żeli mia­łam w so­bie choć odro­binę od­wagi i chęci na bunt, to te­raz ule­ciały bez śladu. Wci­skam się w kąt mię­dzy łóż­kiem a biur­kiem. Na­iw­nie li­czę, że jego ra­miona nie są do­sta­tecz­nie dłu­gie, aby po mnie się­gnąć. Za dzie­cię­cych lat też się tak łu­dzi­łam.

Nie­po­trzeb­nie.

– To był tylko je­den raz, po pro­stu się spie­szy­łam – tłu­ma­czę ci­chutko ugo­do­wym to­nem. – Prze­pra­szam. Ni­gdy wię­cej już tego nie zro­bię.

Nie chcę, żeby znowu mnie bił, ale szanse, że go prze­ko­nam, są zni­kome. Wszystko przez bez­sen­sowne py­skówki. Ostat­nio zda­rzają mi się co­raz czę­ściej. Nie­stety, bo to tylko ozna­cza, że prze­staję mieć pa­no­wa­nie nad je­dy­nym, co do tej pory jako tako kon­tro­lo­wa­łam – nad wła­sną zło­ścią.

Oj­ciec chwyta mnie za ra­mię, a drugą rękę cią­gnie do tyłu, bio­rąc za­mach. Za­my­kam oczy, przy­tu­lam po­li­czek do ściany i na­pi­nam ciało, de­spe­racko pró­bu­jąc za­mor­ty­zo­wać nad­cho­dzący cios. Do­świad­czy­łam ich już wielu, lecz do pew­nych rze­czy zwy­czaj­nie nie da się przy­zwy­czaić. Ocze­ki­wa­nie jest z tego naj­gor­sze. Tym ra­zem trwa zbyt długo. Cho­ciaż cenne se­kundy ucie­kają, to samo ude­rze­nie, o dziwo, wciąż nie nad­cho­dzi. Otwie­ram nie­pew­nie oczy i wi­dzę, że gość sto­jący za tatą przy­trzy­muje jego pięść, nie po­zwa­la­jąc jej na zde­rze­nie z moją twa­rzą.

Nie znam go.

Na pierw­szy rzut oka nic go nie wy­róż­nia – męż­czy­zna w śred­nim wieku, ubrany w przy­bru­dzone je­ansy i szarą po­lówkę. Jego syl­wetka jest nieco przy­gar­biona. Lata fi­zycz­nej pracy wy­raź­nie od­ci­snęły na nim swoje piętno. Twarz ma su­rową, z mocno za­ry­so­waną szczęką i głę­bo­kimi bruz­dami przy ustach – wy­glą­dają one bar­dziej na ślady za­ci­śnię­tych zę­bów niż zwy­kłe zmarszczki. Krót­kie, czarne włosy są w nie­ła­dzie, jakby ści­nane były w po­śpie­chu, a za­rost kosz­mar­nie nie­równy. Jest za­nie­dbany, ale nie wy­daje się nie­bez­pieczny. Po­zor­nie, bo jed­nak coś w jego oczach wy­wo­łuje we mnie nie­po­kój. To coś spra­wia, że pierw­sza od­wra­cam wzrok i nie znaj­duję w so­bie od­wagi na ko­lejne spoj­rze­nie. Mimo że wła­śnie oca­lił mi skórę, nie czuję się przy nim kom­for­towo.

– Daj spo­kój, nie warto mar­no­wać ener­gii – rzuca obo­jęt­nym to­nem. Ma upior­nie chro­po­waty głos, jak ktoś, kto przez lata pa­lił naj­tań­sze pa­pie­rosy. – Mie­li­śmy oglą­dać mecz, a za­raz stra­cimy pierw­szą po­łowę!

Oj­ciec wciąż się waha, jakby to w jego gło­wie miał wła­śnie miej­sce ja­kiś ar­cy­ważny po­je­dy­nek. Bi­twa jest za­żarta, lecz szala zwy­cię­stwa prze­chyla się osta­tecz­nie na moją stronę. Wy­ła­puję mo­ment, w któ­rym on od­pusz­cza. Roz­luź­nia chwyt, a po chwili cał­kiem go zwal­nia i od­cho­dzi, nie po­świę­ca­jąc mi wię­cej uwagi.

Wy­cho­dzi, ale ja wciąż czu­wam. Nie opusz­czam gardy na wy­pa­dek, gdyby jed­nak po­sta­no­wił wró­cić, a na spo­koj­niej­szy od­dech po­zwa­lam so­bie do­piero wtedy, gdy obaj zni­kają mi z pola wi­dze­nia. Za­trza­skują za sobą drzwi i sły­szę, jak od­cho­dzą. Wów­czas też uczu­cie na­pię­cia, które utrzy­my­wało mnie w pio­nie, znika, przez co po­woli osu­wam się po ścia­nie na pod­łogę. Roz­ma­so­wuję obo­lałe ra­mię, wal­cząc z na­pły­wa­ją­cymi łzami. Nie chcę pła­kać. To i tak mi nie po­może. Ni­gdy nie przy­no­siło ulgi, ni­czego nie zmie­niało, a je­dy­nie za­pew­niało za­puch­nięte po­wieki i do­tkliwy ból głowy na­stęp­nego dnia. Nie za­mie­rzam sama so­bie do­kła­dać.

Nie wiem, ile czasu sie­dzę w tej sa­mej po­zy­cji, ale to na pewno kwe­stia go­dzin, nie mi­nut, bo w po­koju za­pada pół­mrok. Za ścianą sły­chać co­raz gło­śniej­sze od­głosy za­cie­kłego ki­bi­co­wa­nia, które płyn­nie prze­cho­dzą w dziką eu­fo­rię to­wa­rzy­szącą świę­to­wa­niu zwy­cię­stwa. To jesz­cze po­trwa. Znam zwy­czaje i go­ścin­ność ojca, dla­tego mo­ment, w któ­rym do­ciera do mnie dźwięk świad­czący o tym, że ktoś wła­śnie opusz­cza na­sze miesz­ka­nie, wy­czula moje zmy­sły. Uno­szę głowę i na­słu­chuję uważ­niej, pró­bu­jąc wy­do­być coś jesz­cze z pa­nu­ją­cego ha­łasu.

Nie­udol­nie, bo nie­mal pod­ska­kuję w miej­scu, gdy drzwi mo­jego po­koju po­now­nie się otwie­rają. Od­dech za­miera mi w płu­cach, kiedy za­uwa­żam, kto stoi na progu. Że nie jest to tata.

Męż­czy­zna ra­mie­niem opiera się nie­sta­bil­nie o fra­mugę, a w dłoni trzyma bu­telkę ta­niego piwa. Prze­krzy­wia ją tak bar­dzo, że na pod­łogę w rów­nych od­stę­pach ska­pują kro­ple al­ko­holu.

– He­eej, ma­aałaaa… – mówi, nie­na­tu­ral­nie prze­cią­ga­jąc ko­lejne sy­laby. Jego spoj­rze­nie jest za­mglone, po­liczki po­czer­wie­niałe od liczby pro­cen­tów we krwi, a uśmiech, choć na po­zór życz­liwy, ma w so­bie coś bar­dzo nie­po­ko­ją­cego. – Sie­dzisz so­bie tu­taj tak ci­chutko, że pra­wie o to­bie za­po­mnia­łem.

Nie pa­trzę na niego, ale jego obec­ność wy­peł­nia cały po­kój, przy­tła­cza­jąc mnie swoim cię­ża­rem.

– Gdzie tata? – py­tam nie­uf­nie, czu­jąc, jak wzrok tego fa­ceta bez­wstyd­nie prze­śli­zguje się po mo­jej syl­wetce.

Wcho­dzi głę­biej do po­koju i za­myka za sobą drzwi. Nie po­doba mi się, że na­ru­sza moją prze­strzeń. Do tej pory ża­den z go­ści ojca ni­gdy so­bie na to nie po­zwo­lił. Każdy z nich znał gra­nice. Ten typ ich nie sza­nuje.

– Bra­kło piwa, więc wy­szedł do sklepu – rzuca niby obo­jęt­nie, jed­nak za­warty w tych sło­wach prze­kaz po­wo­duje, że na­bie­ram jesz­cze więk­szej ostroż­no­ści. Nie­po­koi mnie fakt, że zo­sta­łam z nim sam na sam. – Po­win­naś się tro­chę roz­luź­nić – do­daje, a jego głos ocieka fał­szywą uprzej­mo­ścią. – Cho­ciaż wiem, że nie jest ci ła­two. Twój stary to ka­wał chama, prawda? Ale ja… ja je­stem inny. Mam na imię Ste­phen.

Nie od­po­wia­dam. Szu­kam w gło­wie planu ucieczki, lecz po­kój nie ma dru­giego wyj­ścia. Moc­niej na­pie­ram ple­cami na ścianę, ma­rząc o tym, aby się roz­stą­piła, choć to prze­cież nie­moż­liwe. Je­stem w pu­łapce.

– Nie zro­bię ci krzywdy – mówi znowu, choć tym ra­zem jego ton brzmi ina­czej, bar­dziej szorstko. Już nie pró­buje kryć iry­ta­cji, którą wy­wo­łuje w nim moje mil­cze­nie. – Je­steś ci­cha jak myszka, ale na pewno tkwi w to­bie coś wię­cej. Za­wsze na po­czątku stwa­rza­cie ta­kie po­zory. Wy­star­czy się wami od­po­wied­nio za­jąć, by wy­do­być to, co naj­lep­sze.

– Pro­szę, wyjdź… – wy­du­szam z sie­bie, choć mój głos brzmi słabo, jakby nie na­le­żał do mnie. – Tata na pewno za­raz wróci – przy­po­mi­nam, li­cząc, że ta myśl go po­wstrzyma.

Ste­phen prze­krzy­wia głowę na bok, jakby rze­czy­wi­ście roz­wa­żał speł­nie­nie tej prośby. Albo na­pa­wał się moim stra­chem. Mil­czy przez kilka se­kund, a w jego oczach na­ra­sta coś, co tylko utwier­dza mnie w prze­ko­na­niu, że nie za­mie­rza od­pusz­czać.

– Tro­chę czasu jesz­cze mi­nie – za­pew­nia. – Za­dbam o cie­bie, ale naj­pierw się na­pij, bę­dzie ci le­piej. Mo­żesz mi za­ufać…

Pod­cho­dzi bli­żej, na tyle, aż wy­czu­wam mocny za­pach al­ko­holu i pa­pie­ro­sów. Wy­ciąga ku mnie rękę, w któ­rej wciąż trzyma bu­telkę z pi­wem. Pró­buje przy­ci­snąć mi jej szyjkę do ust, lecz gwał­tow­nym ge­stem ją od sie­bie od­trą­cam, a ta wy­myka mu się z pal­ców. Szkło upada na pod­łogę, a resztki na­poju za­le­wają dy­wan i pa­nele.

Oboje spo­glą­damy na to­czącą się po pod­ło­dze bu­telkę, a po chwili Ste­phen prze­nosi wzrok na mnie.

– No i co zro­bi­łaś? Nie­ład­nie, dziew­czyno… – Cmoka, jakby miał przed sobą nie­sforne dziecko, a nie do­ro­słą ko­bietę. – To było na­prawdę do­bre piwo, a ja chcia­łem być dla cie­bie miły. Ty też po­win­naś być mi­lutka, wiesz? Szcze­gól­nie dla tych, któ­rzy nie po­zwa­lają obić tej two­jej cud­nej buźki. Na szczę­ście wciąż mo­żesz to nad­ro­bić. Chodź, po­każę ci, w jaki spo­sób…

Na­wet nie drgam, a to spra­wia, że Ste­phen traci cier­pli­wość i rzuca się w moją stronę. W jego ru­chach jest coś zwie­rzę­cego, mimo to sta­ram się go ode­pchnąć, kiedy tylko do mnie do­pada. Od­ru­chy obronne, prak­ty­ko­wane przez lata, we­szły mi w krew, dzięki czemu wy­zwa­lają się nie­mal au­to­ma­tycz­nie.

– Zo­staw! – war­czę, si­łu­jąc się z nim.

Męż­czy­zna jest nie­źle wsta­wiony, przez co jego ru­chy są nie­sko­or­dy­no­wane, lecz to nie uła­twia mi za­da­nia. Wręcz prze­ciw­nie. Jest znacz­nie więk­szy i cięż­szy, wciąż ma wię­cej siły. Na­wet te­raz. Szar­piemy się nie­zdar­nie w ci­szy. Gdyby bła­ga­nie o ra­tu­nek kie­dy­kol­wiek go fak­tycz­nie spro­wa­dziło, krzy­cza­ła­bym wła­śnie wnie­bo­głosy. Wiem jed­nak, że po­moc nie na­dej­dzie. Ni­gdy wcze­śniej nie przy­szła. Kiedy wrzesz­cza­łam, agre­sja je­dy­nie wzbie­rała, a ja sama szyb­ciej po­zba­wia­łam się tchu. Kiedy mil­cza­łam, wszystko trwało znacz­nie kró­cej. Ob­ry­wa­łam i tak, ale lżej. Z cza­sem na­uczy­łam się bier­no­ści. Te­raz jed­nak czuję, że cena za po­tul­ność bę­dzie inna, dla­tego nie umiem nie re­ago­wać.

Ste­phen sa­pie ze zło­ści. Chyba nie był na­sta­wiony na taki opór, ale mimo to nic nie wska­zuje, żeby miał za­raz od­pu­ścić. Szar­pa­nina trwa, oj­ciec nie wraca, a z każdą upły­wa­jącą chwilą co­raz do­bit­niej so­bie uświa­da­miam, że mimo wszel­kich chęci długo nie będę w sta­nie się bro­nić. Moje mię­śnie już słabną.

Jego uwa­dze też to nie umyka, bo na­gle staje się agre­syw­niej­szy, bar­dziej zde­ter­mi­no­wany. Za­nim zdążę po raz ko­lejny za­blo­ko­wać jego dłoń, chwyta mnie za nad­gar­stek i prze­rzuca na łóżko, nie da­jąc na­wet chwili na re­ak­cję. Ude­rzam głową w drew­nianą ramę, przez co mo­men­tal­nie ciem­nieje mi przed oczami. Za­mro­czona pró­buję się pod­nieść, lecz nie mam cie­nia szansy. Ste­phen jest szyb­szy. Siada na mnie okra­kiem, przy­gnia­ta­jąc moje ciało swoim.

– Nie! Pro­szę, bła­gam… – pro­te­stuję słabo.

– Nie wstrzy­muj się z tymi proś­bami, mała, gwa­ran­tuję ci, że za­raz spra­wię, że bę­dzie ich jesz­cze wię­cej – dy­szy mi do ucha.

Za­my­kam oczy i przy­gry­zam we­wnętrzną stronę po­liczka, żeby tylko nie mógł wy­du­sić ze mnie żad­nego dźwięku. Żeby nie dać mu sa­tys­fak­cji. Wciąż jed­nak nie prze­staję się sza­mo­tać. Li­czę, że roz­pro­szę go na tyle, że jesz­cze zdo­łam się ja­koś ura­to­wać. Nie do­pusz­czam do sie­bie my­śli, że to skoń­czy się w ten spo­sób. Szu­kam jego sła­bych stron i moż­li­wo­ści ucieczki. Sku­piam się na tym do tego stop­nia, że pra­wie umyka mi od­głos otwie­ra­nych drzwi. Do­piero wrzask ojca i dźwięk szkla­nych bu­te­lek ude­rza­ją­cych o pod­łogę po­wo­dują, że od­pusz­czam walkę.

– Co tu się od­pier­dala?! – wrzesz­czy, sto­jąc na progu po­koju.

Nie przy­po­mi­nam so­bie, kiedy ostat­nio po­czu­łam ra­dość na jego wi­dok. Te­raz się cie­szę.

– Twoja córka to zwy­kła mała ku­rewka! – Ste­phen ze­ska­kuje z łóżka i wska­zuje na mnie oskar­ży­ciel­sko pal­cem. – Przy­la­zła do sa­lonu, jak tylko wy­sze­dłeś, za­cią­gnęła mnie tu­taj i wła­śnie na­ma­wiała na szybki nu­me­rek. Wiesz, jak ja się po­czu­łem? Wiesz? Eli­za­beth ni­gdy by mi nie wy­ba­czyła zdrady! Jak ty ją so­bie, Jo­seph, wy­cho­wa­łeś?!

Oj­ciec nie po­trafi pro­wa­dzić roz­mów na po­zio­mie. Zwy­kle szybko za­czyna bra­ko­wać mu ar­gu­men­tów, a gdy do tego do­cho­dzi, sięga po ten osta­teczny – ar­gu­ment siły. Ni­gdy też nie mo­głam po­dzi­wiać go za cier­pli­wość czy nad­mierne opa­no­wa­nie. Po­ryw­czość to zde­cy­do­wa­nie bliż­sza mu ce­cha. Tym ra­zem też ona jako pierw­sza do­cho­dzi do głosu. Nie­mal pod­ska­kuję w miej­scu, gdy oj­cow­ska pięść ude­rza w twarz ko­legi, a ten za­ta­cza się do tyłu i wpada na sto­jący obok fo­tel. Nie, to mnie nie uspo­kaja. Je­stem prze­ko­nana, że jak tylko oj­ciec skoń­czy ze Ste­phe­nem, mnie rów­nież po­sta­nowi spró­bo­wać wy­cho­wać na nowo w po­dobny spo­sób.

Nie mam za­miaru mu tego uła­twiać.

Ko­rzy­stam z za­mie­sza­nia i biorę nogi za pas. Zry­wam się z łóżka, w biegu chwy­tam roz­rzu­cone na dy­wa­nie buty, po czym ucie­kam z miesz­ka­nia. Nie wy­cho­dzę na ze­wnątrz bu­dynku, za­miast tego idę na górę. Wiem, że kiedy już dojdą do po­ro­zu­mie­nia, na­wet nie bę­dzie chciało im się po­fa­ty­go­wać, żeby spraw­dzić, czy przy­pad­kiem nie stoję tuż za pro­giem. Bar­dziej praw­do­po­dobne, że ro­zejm przy­pie­czę­tują ko­lejną ko­lejką trun­ków. Ich zna­jo­mość jest prze­cież cen­niej­sza niż drobne nie­po­ro­zu­mie­nia.

Roz­dział 2

Mat­teo

– Czy ty je­steś po­ważny?

An­thony krąży po po­miesz­cze­niu z te­le­fo­nem przy uchu. Ści­ska go z taką mocą, aż bie­leją mu kłyk­cie. Za­cho­wuje się przy tym jak wście­kły zwierz. Nie prze­sa­dzam, przez swoje wy­miary i nad­miar owło­sie­nia na ca­łym ciele z po­wo­dze­niem mógłby uda­wać griz­zly. Roz­ju­szo­nego griz­zly. Na­wet ko­lor fu­tra się zga­dza. Gdyby ktoś sta­nął mu w tej chwili na dro­dze, naj­pew­niej zo­stałby zmie­ciony z plan­szy. Resztki in­stynktu sa­mo­za­cho­waw­czego nie po­zwa­lają mi tego spraw­dzić na wła­snej skó­rze.

– Nie in­te­re­suje mnie to, kurwa! To ty po­słu­chaj, zje­ba­łeś i nie masz żad­nego wy­tłu­ma­cze­nia, stary! Mo­żesz za­po­mnieć o wy­pła­cie za cały ty­dzień. Nara! – Tony się roz­łą­cza, a po chwili wy­ła­puje, że mu się przy­glą­dam. – Na­wet nie py­taj.

Wzru­szam ra­mio­nami i chwy­tam za ko­lejny ręcz­nik do zło­że­nia. An­thony chyba jed­nak li­czył na inną re­ak­cję, bo po­mimo braku py­tań za­raz sam kon­ty­nu­uje:

– Alex rzu­cił wła­śnie ro­botę i gówno go in­te­re­suje, że w sali czeka na niego jego grupa z kick­bo­xingu – oznaj­mia. Prze­cho­dzi za ladę, po czym opada z im­pe­tem na ob­ro­towy fo­tel, który wy­gina się i skrzypi nie­mi­ło­sier­nie pod jego cię­ża­rem. – Gdyby cho­ciaż dał znać wczo­raj, zna­la­zł­bym na szybko za­stęp­stwo albo prze­su­nął za­ję­cia na inny ter­min i sam się tym za­jął. A tak? Co ja mam, do dia­bła, niby zro­bić? Wejść tam i roz­go­nić to­wa­rzy­stwo? To dzie­ciaki. Ich ro­dzice ob­sma­rują klub w ne­cie tak, że pies z ku­lawą nogą tu nie zaj­rzy. Nie mogę so­bie na to po­zwo­lić. Biz­nes zdech­nie, za­nim się roz­kręci.

– Dzwo­ni­łeś do chło­pa­ków? – py­tam. – Może któ­ryś z nich bę­dzie mógł za niego przyjść? W końcu to awa­ryjna sy­tu­acja.

Kręci głową.

– Od­pada. Con­nor jest poza mia­stem i nie zdąży tak szybko do­je­chać, a Jake od wczo­raj sie­dzi ze swoją panną na po­ro­dówce. Pech, kurwa.

– A nie mo­żesz wziąć ich do sie­bie i po­łą­czyć grup?

To wy­daje mi się cał­kiem roz­sądne. Tony jest jed­nak in­nego zda­nia.

– My­śla­łem o tym, ale mło­dziki nie na­dążą za star­szymi, nie ten po­ziom. Je­żeli zwol­nimy, to ci dru­dzy będą stratni. Zresztą chyba za­dep­ta­liby się na jed­nej sali. – Milk­nie i za­czyna się na mnie ga­pić. In­ten­syw­nie. Znam to spoj­rze­nie i do­my­ślam się, co za­pro­po­nuje, jesz­cze za­nim ja­kie­kol­wiek słowa opusz­czają jego usta. – Może ty mógł­byś…

– Za­po­mnij. Ja tu tylko sprzą­tam i ogar­niam re­cep­cję – przy­po­mi­nam, bo chyba umknął mu za­kres mo­ich obo­wiąz­ków. – Poza tym ża­den ze mnie tre­ner.

– Wi­dzia­łem, jak so­bie ra­dzisz na ma­cie – nie daje za wy­graną. – Ostat­nio spu­ści­łeś Con­no­rowi ładne manto. Masz cał­kiem nie­złą tech­nikę.

– Ale nie na­daję się do ucze­nia in­nych! – pro­te­stuję. Nikt nie po­wi­nien mnie na­śla­do­wać. A tym bar­dziej po­peł­niać mo­ich błę­dów, my­ślę, a na głos do­daję:– Spójrz na mnie. Kogo wi­dzisz?

Staję przed nim w lek­kim roz­kroku i roz­kła­dam sze­roko ra­miona, żeby mógł so­bie po­pa­trzeć do woli. Być może na­wet doj­rzy to coś, co kryje się głę­boko we mnie, a co wciąż mu chyba umyka.

Tony po­ciera pod­bró­dek, jakby po­waż­nie za­sta­na­wiał się nad od­po­wie­dzią.

– To ja­kieś pod­chwy­tliwe? – pyta dla pew­no­ści, krę­cąc się nie­znacz­nie na krze­śle. W prawo i w lewo.

– W naj­mniej­szym stop­niu nie. Da­waj, nie mamy ca­łego dnia.

– No… cie­bie.

– Coś wię­cej? – drążę te­mat, a on sa­pie ze zło­ści. Czas gra na jego nie­ko­rzyść. Do­dat­kowo go mar­nuję, lecz nie po­tra­fię so­bie od­mó­wić.

– Wi­dzę wkur­wia­ją­cego ko­le­sia z nie­zbyt uda­nymi ry­sun­kami na ła­pach i bic­kami wy­ma­ga­ją­cymi jesz­cze do­pra­co­wa­nia.

– Och, kurwa, jaka ulga! – Wzdy­cham te­atral­nie. – Bo już my­śla­łem, że w mię­dzy­cza­sie uro­sły mi cycki, wsko­czy­łem w kieckę i zmie­ni­łem się w za­wo­dową niańkę dla dzieci.

– Mało śmieszne.

– A ocze­ki­wa­łeś, że ta­kie bę­dzie? – Uno­szę brew w wy­ra­zie zdzi­wie­nia, ale za­raz od­pusz­czam. – Tony, cho­dzi o to, że wpa­dłeś na naj­gor­szy po­mysł z moż­li­wych.

– Stary, bła­gam cię, nie wi­dzisz, że już je­stem przy­ci­śnięty do ściany i za­raz jesz­cze za­cznie mi się pa­lić grunt pod no­gami? – Jak z rę­kawa rzuca okle­pa­nymi tek­stami. – Zgódź się, a wy­na­gro­dzę ci to tak, że nie po­ża­łu­jesz! Sam mó­wi­łeś, że po­trze­bu­jesz wię­cej kasy.

Bo po­trze­buję. Nie będę ukry­wał, że ostat­nie za­wi­ro­wa­nia sku­tecz­nie wy­czy­ściły moje konto z oszczęd­no­ści. A on na­prawdę wy­gląda na zde­spe­ro­wa­nego. Nie chcę cze­kać, aż ten ol­brzym pad­nie przede mną na ko­lana i pro­sząco wtuli się w moje nogi. To by­łoby nie­kom­for­towe za­równo dla niego, jak i dla mnie.

– Za­płacę ci po­dwójną stawkę – pro­po­nuje w końcu.

Spo­glą­dam na niego uwa­ża­nie, za­sta­na­wia­jąc się, czy nie pró­buje mnie wy­ki­wać. Oferta jest ku­sząca. Tak bar­dzo ku­sząca…

– Je­den raz – ła­mię się.

Wię­cej mu do szczę­ścia nie trzeba. Ucie­szony pod­rywa się z krze­sła, zbija ze mną piątkę i wraca do swo­ich pod­opiecz­nych w ta­kim tem­pie, jakby się oba­wiał, że je­żeli na­tych­miast nie znik­nie mi z oczu, to jed­nak się roz­my­ślę. Od­pro­wa­dzam go spoj­rze­niem, by po chwili skie­ro­wać go na dru­gie drzwi. Te, za któ­rymi sam po­wi­nie­nem się jak naj­szyb­ciej zna­leźć.

– Po pro­stu za­je­bi­ście… – mam­ro­czę sam do sie­bie, ale po­słusz­nie chwy­tam za rę­ka­wice i wcho­dzę na salę, gdzie czeka już moja grupa.

Dzie­sięć par oczu wle­pia we mnie wzrok na dzień do­bry. Ma­ło­laci nie są po­ko­jowo na­sta­wieni, ale mimo to nie od­pusz­czam. To po­miesz­cze­nie, cały ten klub, to jedno z nie­wielu miejsc, gdzie czuję się do­brze i nic tego nie zmieni. Na­wet banda wo­jow­ni­czych dzie­wię­cio­lat­ków.

– A gdzie Alex? – pada py­ta­nie.

– Wła­śnie! Miał dziś po­ka­zać nam sztuczki!

– Mie­li­śmy się lać i miało być faj­nie!

Dzie­ciaki roz­ga­dują się bez opa­mię­ta­nia, prze­krzy­ku­jąc jedno przez dru­gie. Istny rój wście­kłych psz­czół. Nie mam za­miaru wda­wać się w dys­ku­sje ani usil­nie ich uci­szać czy cze­kać, aż się sami uspo­koją. To mo­głoby trwać wieki, a mnie szkoda na to czasu oraz ener­gii.

Chcą sztu­czek? Będą je mieli.

Bez słowa pod­cho­dzę do sto­ją­cego po­środku sali ma­ne­kina tre­nin­go­wego, po czym wy­mie­rzam pierw­sze kop­nię­cie. High kick ide­al­nie do­sięga celu. Tra­fiam pre­cy­zyj­nie, i to z taką siłą, że aż kurz od­rywa się od skó­rza­nej ku­kły i kłę­bem wzbija w po­wie­trze. Raz po raz. Wy­ko­nuję se­kwen­cję ob­ro­tów, ude­rzeń i kop­nięć, którą szli­fuję każ­dego ranka w sa­mot­no­ści, jesz­cze za­nim sala za­peł­nia się ludźmi. Wiem, jak je wy­pro­wa­dzić, żeby były ide­alne i nio­sły za sobą śmier­telne nie­bez­pie­czeń­stwo.

To jed­nak mi nie wy­star­cza.

Głowa prze­łą­cza się na tryb de­molki. Wi­zu­ali­zuję so­bie, że przede mną stoi on– mój naj­więk­szy wróg. Na pierw­szy rzut oka ma nie­wy­raźną, trudną do roz­po­zna­nia gębę, ale gdy do­sta­tecz­nie się na niej sku­piam, zy­skuje na ostro­ści. Wiem, kim jest. Wi­dzę go każ­dego dnia, gdy pa­trzę w lu­stro. Za­sko­cze­nie? Nie­wiel­kie. Jest, jak jest. Po­wo­dów do roz­cza­ro­wań nie trzeba szu­kać zbyt da­leko, więk­szość z nich do­star­czamy sami so­bie. Zdą­ży­łem się z tym po­go­dzić, a moż­li­wość sko­pa­nia wła­snej dupy tylko wzmac­nia za­cię­tość.

Od­daję się tej po­tyczce do tego stop­nia, że za­po­mi­nam na­wet o swo­jej wi­downi. Je­stem tylko ja i on. Ja i ja. Wy­ła­do­wuję na ma­ne­ki­nie wście­kłość, któ­rej in­ten­syw­ność za­ska­kuje na­wet mnie sa­mego. Ku­kła ob­rywa moc­niej niż za­zwy­czaj, a kiedy w końcu pada na zie­mię z gło­śnym pla­skiem, na­tych­miast się za­trzy­muję. Przez chwilę nie kon­tro­lo­wa­łem od­de­chu i te­raz od­czu­wam tego kon­se­kwen­cje. Po­chy­lam się, wspie­ra­jąc dło­nie na ko­la­nach. Ła­pię łap­czy­wie ko­lejne wde­chy i sta­ram się uspo­koić roz­sza­lałe tętno.

Kie­dyś już tak mia­łem. Raz w ży­ciu coś za­parło mi dech, ale po to, by po chwili na­uczyć od­dy­chać pełną pier­sią. Ko­rzy­sta­łem z tego bez opo­rów. Nie my­śla­łem wów­czas, że po­wi­nie­nem być roz­waż­niej­szy i ce­le­bro­wać każdy od­dech. Gdy­bym wie­dział, li­czył­bym je wszyst­kie i sta­rał się oszczę­dzać. Wtedy może wy­star­czy­łyby na dłu­żej. Nie spo­dzie­wa­łem się jed­nak, że są li­mi­to­wane i wkrótce ich za­brak­nie, a ja będę zmu­szony prze­stać od­dy­chać na dłu­żej. By­łem prze­ko­nany, że nie na­uczę się już tego na nowo. I może coś w tym jest, bo cho­ciaż dech wró­cił, to na­dal jest nie­spo­kojny. Do tej pory mam z nim pro­blemy.

Ocie­ram pot z czoła, po czym kon­cen­truję wzrok na lu­strze przede mną. Przy­po­mi­nam so­bie, gdzie wła­śnie je­stem i przed kim da­łem taki po­kaz. Prze­cho­dzi mi przez myśl, że w tym mo­men­cie wy­cho­dzę na skoń­czo­nego żół­to­dzioba, ale wi­dow­nia na szczę­ście tak nie uważa, bo za mo­imi ple­cami roz­lega się wrzawa.

– Ale czad!

– To­tal­nie pan wy­miata! Też tak chcę!

– I ja też! Ja też!

Tro­chę mi głu­pio. Od­sło­ni­łem się za bar­dzo, da­łem się po­nieść, ale to tylko dzieci. Nie czują tej nie­zręcz­no­ści, tego, że przez przy­pa­dek po­ka­za­łem im swój świat. Gdyby byli uważ­niej­szymi ob­ser­wa­to­rami, mo­gliby go doj­rzeć. Na szczę­ście nie są.

Szybko się otrzą­sam, przy­naj­mniej chcę stwa­rzać ta­kie po­zory, i za­ga­niam ma­ło­la­tów do roz­grzewki. Przez ko­lejne mi­nuty rzu­cam ko­mendy, a oni wy­ko­nują je po­słusz­nie jak małe, tre­so­wane małpki. Wpa­trują się we mnie jak w ob­ra­zek i nie kwe­stio­nują żad­nych po­le­ceń. Przy­znaję, jest w tym coś sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cego.

De­mon­struję im pod­sta­wowe tech­niki uni­ków, po­ka­zuję, jak się ru­szać, w jaki spo­sób usta­wić nogi oraz jak trzy­mać pra­wi­dłowo gardę. To coś, co Alex po­wi­nien prze­ka­zać im na pierw­szych za­ję­ciach, ale dla pew­no­ści wolę to po­wtó­rzyć i przejść ten etap po swo­jemu. Nie sły­szę żad­nego sprze­ciwu. Przy­po­mi­nam so­bie przy tym, które z udzie­la­nych mi na po­czątku mo­jej drogi in­for­ma­cji oka­zały się dla mnie przy­datne, a które je­dy­nie nie­po­trzeb­nie za­py­chały głowę. Prze­sie­wam je dla nich, na­to­miast oni spra­wiają wra­że­nie jesz­cze bar­dziej za­an­ga­żo­wa­nych.

– Te­raz wkła­damy rę­ka­wice!

Po­zwa­lam, aby prze­te­sto­wali sa­mych sie­bie w walce z cie­niem. Sam krążę mię­dzy nimi. Od czasu do czasu się za­trzy­muję i do­ko­nuję po­pra­wek w usta­wie­niach, prze­sta­wiam im ręce na wła­ściwe po­zy­cje, a przy tym wy­grze­buję resztki cier­pli­wo­ści i tłu­ma­czę wszystko od nowa i nowa, i to po kilka razy. Po­tem prze­cho­dzimy do tarcz. Usta­wiam dzie­ciaki w rzę­dzie, a one po­je­dyn­czo pod­cho­dzą do mnie i ude­rzają w tre­ner­skie ochra­nia­cze. Sam przy tym mar­kuję i spo­wal­niam ciosy, aby jed­no­cze­śnie mieli szansę w swoim tem­pie po­ćwi­czyć uniki.

– Ja chciał­bym te­raz sko­pać ty­łek Ma­xowi! – de­kla­ruje je­den z chłop­ców, a reszta się do niego przy­łą­cza, do­rzu­ca­jąc imiona po­ten­cjal­nych ry­wali.

Nie chcę po­zba­wiać ich frajdy. Za­rzą­dzam krótki spa­ring, do­bie­ra­jąc ich w pary. Biorą się do ro­boty, a ja przy­staję przy ścia­nie i ob­ser­wuję, jak cha­otycz­nie okła­dają się po gło­wach, za­po­mi­na­jąc o ja­kiej­kol­wiek tech­nice.

No cóż…pró­bo­wa­łem.

– Ale je­steś cie­nias, Max! Tylko głu­pek by się tak szybko pod­dał! – woła ini­cja­tor ca­łego po­je­dynku, a drugi z chłop­ców się ob­raża, zdej­muje rę­ka­wice i rzuca nimi o pod­łogę. Wi­dzę po nim, że jest roz­wście­czony, ale nie chce od­pusz­czać. Za­cię­tość mi­go­cze w jego oczach.

Wy­grany jest zbyt pewny sie­bie. Cie­szy się, trium­fuje, od­wraca się do prze­ciw­nika ty­łem, przez co na­wet nie ma szansy do­strzec, jak ten za­czyna się do niego skra­dać. Reszta już to wy­chwy­ciła, lecz wstrzy­mują się z in­ter­wen­cją, tylko zer­kają nie­pew­nie na mnie, ocze­ku­jąc na re­ak­cję. A ja? To może w chuj nie­wy­cho­waw­cze, ale chcę mu w tym tro­chę po­móc, dla­tego ukrad­kiem przy­kła­dam pa­lec do ust, za­le­ca­jąc po­zo­sta­łym ci­szę. Szybko ła­pią, o co cho­dzi, bo uśmie­chają się sze­roko, ale po­słusz­nie mil­czą. Sam zwra­cam się do zwy­cięzcy:

– Ej, młody!

Chło­pak prze­rywa swoje dzi­kie tańce i sku­pia się na mnie.

– Jesz­cze jedna, ale naj­waż­niej­sza lek­cja.

Pa­trzy uważ­nie, ocze­ku­jąc, że zdra­dzę mu ja­kąś ar­cy­ważną ta­jem­nicę, która uczyni z niego jesz­cze więk­szego mi­strza. Być może tak bę­dzie, ale nie­stety, nie­któ­rych rze­czy mu­simy do­świad­czyć na wła­snej skó­rze, żeby do­brze za­pa­dły nam w pa­mięci. Trzy­mam go w nie­pew­no­ści do mo­mentu, w któ­rym od tyłu rzuca się na niego upo­ko­rzony wcze­śniej blon­dy­nek i spraw­nie po­wala na zie­mię, za­kła­da­jąc godny po­dziwu chwyt. Taki, któ­rego sam bym się nie po­wsty­dził.

– Ni­gdy nie lek­ce­waż prze­ciw­nika – pod­su­mo­wuję.

Po skoń­czo­nym tre­ningu wra­cam za ladę re­cep­cji. Dzie­ciaki opusz­czają klub, szcze­rząc do mnie buźki i ma­cha­jąc, jakby zna­la­zły so­bie no­wego kum­pla. Co za ża­łość… Naj­bar­dziej szczę­śliwy jest jed­nak Tony.

– Dzie­ciaki są za­chwy­cone! – Kle­pie mnie po ple­cach. – Alex ni­gdy nie zro­bił na nich ta­kiego wra­że­nia jak ty dzi­siaj. Że­byś ty sły­szał, jak ćwier­kały za­do­wo­lone do swo­ich sta­rych. Je­stem pe­wien, że będą chciały przyjść na ko­lejne za­ję­cia z tobą! Ba! Już na­wet o nie do­py­tują…

– Nie ma opcji – uci­nam krótko te­mat. – Spa­dam na chatę, a od ju­tra wra­cam na re­cep­cję. I se­rio, le­piej za­cznij szu­kać so­bie ko­goś no­wego na miej­sce Alexa, bo ja wię­cej nie dam się w to wkrę­cić. Dziś zro­bi­łem to tylko ze względu na cie­bie. Dla­tego, że sam mi po­mo­głeś i da­łeś szansę, gdy nikt inny nie chciał. Wciąż mam u cie­bie dług, ale nie nad­uży­waj tego w ten spo­sób.

Roz­dział 3

So­lene

Wdra­puję się pię­tro wy­żej i sia­dam na schod­kach, na wprost drzwi ozna­czo­nych nu­me­rem 5. Cho­wam twarz w dło­niach. Po­woli mam już dość wszyst­kiego. Rze­czy­wi­stość każ­dego dnia prze­ra­sta mnie co­raz bar­dziej, a ja oba­wiam się mo­mentu, gdy przy­tło­czy do ta­kiego stop­nia, że pod jej na­po­rem roz­sy­pię się w drobny pył i zniknę. Już te­raz się kru­szę.

Cze­kam. Po­mimo upływu lat na­dal nie mam śmia­ło­ści, aby zwy­czaj­nie po­dejść i za­pu­kać. Po­pro­sić o… Sama nie wiem, chyba o uwagę. I przy­tu­le­nie. Nie mu­szę. Wy­star­czy, że na dole roz­po­czyna się ry­tuał tłu­cze­nia szkła i wy­wra­ca­nia me­bli, a on już jest obok.

Da­vid.

Mia­łam czter­na­ście lat, gdy sta­nął na mo­jej dro­dze. Był star­szy o po­nad dru­gie tyle, ale ro­zu­miał mnie jak nikt inny. Za­opie­ko­wał się, dał schro­nie­nie, za­pew­nił chwi­lowe po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa i wy­słu­chał. Zwłasz­cza wy­słu­chał. Tego po­trze­bo­wa­łam naj­bar­dziej. Moż­li­wo­ści wy­ga­da­nia. Zro­zu­mie­nia. Nie chcia­łam ni­czego wię­cej, ale on się nie ogra­ni­czał.Za pierw­szym ra­zem po­gła­skał mnie po gło­wie. Za dru­gim – oto­czył ra­mio­nami i trzy­mał tak długo, aż dźwięki na dole uci­chły, a ja prze­sta­łam się hi­ste­rycz­nie trząść. Przez chwilę. Po­now­nie za­czę­łam drżeć nie­długo po­tem, gdy za trze­cim ra­zem ca­łym sobą za­dbał o to, że­bym nie my­ślała. Za­brał mi nie­win­ność… albo to ja mu ją od­da­łam.

Nie pa­mię­tam.

Chwyta mnie za rękę i spra­wia, że po­słusz­nie wstaję i idę za nim do miesz­ka­nia. Po­zwa­lam po­sa­dzić się na łóżku, pod­czas gdy on zaj­muje miej­sce tuż obok. Pa­trzy przez mo­ment bez słowa, po czym po­chyla się, a jego usta opa­dają na moją szyję. Nie za­daje py­tań, nie musi. Zna sy­tu­ację, wie, jak jest. Ba­nalne słowa po­cie­sze­nia nic nie zmie­nią. Za­sy­puje mnie szyb­kimi po­ca­łun­kami, sta­ra­jąc się roz­pro­szyć podłe my­śli. Zwy­kle dzia­łało, ale nie dziś. Dzi­siaj coś się ze­psuło.

To ja się ze­psu­łam.

Kła­dzie dłoń na moim ko­la­nie, prze­suwa ją wy­żej, pró­bu­jąc do­stać się mię­dzy uda, lecz ści­skam je zbyt mocno, aby mo­gło mu się to udać.

Ga­pię się przed sie­bie pu­stym wzro­kiem.

– Wpuść mnie, ko­cha­nie – szep­cze mi do ucha ochry­płym z po­żą­da­nia to­nem. Pod­po­wiada, jak­bym była nie­do­myślna i nie wie­działa, do czego dąży.

Kręcę gwał­tow­nie głową.

– Nie chcę.

Nie po tym, co mnie przed chwilą spo­tkało. Przed czym wła­śnie le­dwo ucie­kłam. Wzdry­gam się na samo wspo­mnie­nie nie­chcia­nego do­tyku ob­cych dłoni na swoim ciele. Nie po­tra­fię jed­nak mu o tym po­wie­dzieć, wy­tłu­ma­czyć sa­mej sie­bie. To zbyt trudne.

Pod­cią­gam ko­lana do piersi i obej­muję je rę­kami.

– Po­mogę ci – kusi, obie­cuje. – Prze­cież po to tu przy­szłaś.

– Nie tym ra­zem.

Dzi­siaj pra­gnę tylko, że­byś mnie przy­tu­lił. Nic wię­cej.

– Skąd ta zmiana? Spójrz na mnie, So­lene.

Nie re­aguję. Wiem, że je­żeli to zro­bię, jego wzrok mną za­wład­nie i prze­kona do wszyst­kiego, na­wet do tego, czego bar­dzo nie chcę ro­bić.

Sły­szę, jak ciężko wzdy­cha.

– Też mia­łem trudny dzień – wy­znaje znie­nacka, a ja za­my­kam oczy, czu­jąc, że wy­rzuty su­mie­nia za­czy­nają mnie ką­sać z nową siłą. – Był wy­jąt­kowo chu­jowy. Tylko my­śli o to­bie po­mo­gły mi go prze­trwać. Przez cały ten czas ma­rzy­łem, żeby zna­leźć się bli­sko cie­bie. I w końcu tu je­steś. Chciał­bym, że­byś te­raz spra­wiła, że za­po­mnę o wszyst­kim, co złe. No da­lej, kotku, po­móżmy so­bie na­wza­jem.

– Da­vid, od­puść, bła­gam…

Li­czę na to, że po pro­stu po­słu­cha i prze­sta­nie się na­krę­cać. To mi nie po­maga. Boli mnie ta cho­lerna świa­do­mość, że nie je­stem w sta­nie speł­nić jego ocze­ki­wań i próśb, od­wza­jem­nić się za wspar­cie, któ­rego udziela mi na każ­dym kroku.

Po­woli się od­suwa.

– Ro­zu­miem.

Ja za to nie. Otwie­ram oczy i pa­trzę na niego bez­myśl­nie. Lo­do­waty ton tak mnie za­ska­kuje, że przez mo­ment za­po­mi­nam o kosz­ma­rze tego dnia.

– Po pro­stu ci już nie za­leży. – Wzru­sza ra­mio­nami i wstaje.

– O czym ty mó­wisz?

– Tyle razy po­wta­rza­łaś, że je­stem dla cie­bie ważny, za­pew­nia­łaś, że zro­bisz dla mnie wszystko. Uwie­rzy­łem ci. Ni­gdy z tego jed­nak nie ko­rzy­sta­łem, nic od cie­bie nie chcia­łem. Po­zwa­la­łem ci tylko brać bez ogra­ni­czeń. By­łem przy to­bie, gdy nikt inny nie chciał. Dziś dla od­miany to ja po­trze­buję tro­chę bli­sko­ści, a ty mi jej od­ma­wiasz. – Pa­trzy na mnie su­rowo, spra­wia­jąc, że jesz­cze bar­dziej kulę się w so­bie. Kiedy przed­sta­wia to w ten spo­sób, po­woli so­bie uświa­da­miam, jak bar­dzo go ra­nię. – O tym mó­wię. Rzu­casz słowa na wiatr, So­lene. Twoje obiet­nice są gówno warte. Mu­szę prze­my­śleć, czy na­dal chcę ich słu­chać.

Od­wraca się ple­cami, a do mnie do­ciera, że wła­śnie znowu coś tracę. Nie chcę tego, nie chcę… Grunt osuwa się mi spod nóg i sama już nie wiem, co zro­bić, żeby temu za­po­biec. Gu­bię się w gąsz­czu swo­ich od­czuć.

– Prze­cież to nie tak! – pró­buję się tłu­ma­czyć. – Pro­szę…

Ci­sza.

– Je­steś na mnie zły?

Na­dal się nie od­zywa, przez co na­ra­sta­jąca pa­nika po­zba­wia mnie tchu. Wo­la­ła­bym, żeby krzy­czał. Pal li­cho wszystko inne! Znio­sła­bym ko­lejną rundę szarp­nięć i wy­zwisk. Może na­wet bez opa­mię­ta­nia tłuc szklanki! Tylko niech w końcu za­cznie mó­wić. Po­trze­buję jego głosu. Bła­gam.

– Da­vid?

To mil­cze­nie boli mnie naj­bar­dziej. Ła­twiej znio­sła­bym fi­zycz­nie wy­mie­rzony po­li­czek niż ta­kie igno­ro­wa­nie. Naj­gor­sza kara, która tylko przy­po­mina, że je­stem ni­kim. Śmie­ciem, który nie za­słu­guje na za­uwa­że­nie.

– Prze­pra­szam – szep­czę, li­cząc, że to coś po­może, ale on na­dal nie re­aguje. Ca­łym sobą daje mi do zro­zu­mie­nia, że po­win­nam już wyjść. Nie po­tra­fię.

Huk.

Na dole wła­śnie coś się roz­bija, a ja pod­ska­kuję ze stra­chu. Ten na­gły ruch coś zmie­nia, czuję na so­bie wzrok Da­vida, ale gdy na niego zer­kam, już na mnie nie pa­trzy. Stoi w tej sa­mej po­zy­cji.

– Mo­żesz mi jed­nak po­móc? Pro­szę.

Opa­dam ple­cami na ma­te­rac, by speł­nić jego wcze­śniej­szą prośbę, i za­my­kam oczy. Li­czę, że cho­ciaż to po­skut­kuje, po­now­nie nas do sie­bie zbliży, wy­maże nie­po­ro­zu­mie­nia sprzed chwili. I wcale się nie mylę. Nie mija parę se­kund, a już sły­szę jego kroki oraz dźwięk od­pi­na­nej klamry pa­ska. Ściąga ze mnie ubra­nia, do­tyka, a ja tym ra­zem nie pro­te­stuję. Nie opie­ram się, po­zwa­lam mu ro­bić, co chce.

A on z tego ko­rzy­sta.

Gwał­tow­nie na­bie­ram po­wie­trza i za­raz za­ci­skam usta, kiedy we mnie wcho­dzi i nie­mal na­tych­miast za­czyna się po­ru­szać. Za szybko. Każdy jego ruch wy­wo­łuje dys­kom­fort, do któ­rego nie po­tra­fię się przy­zwy­czaić. Od któ­rego pra­gnę uciec.

Mi­mo­wol­nie chwy­tam go za ra­mię. Pod pal­cami wy­czu­wam na­pięte mię­śnie. Wbi­jam w nie moc­niej pa­znok­cie, ale on nie re­aguje na ten chwyt. Chcia­ła­bym, żeby cho­ciaż zwol­nił tempo i dał mi chwilę.

To na nic.

Otwie­ram oczy, pa­trzę na niego. Li­czę, że za­uważy moją bier­ność, zro­zu­mie bez słów i wy­chwyci, że coś nie gra, lecz to złudne na­dzieje. W świe­tle po­wie­szo­nej nad nami lampy na jego ły­sej skroni skrzą się kro­ple potu. Ma sku­piony wy­raz twa­rzy i roz­gnie­wane spoj­rze­nie. Szu­kam w nim choć resz­tek cie­plej­szych uczuć wo­bec mnie, ale ich tam nie ma. To moja wina. Gdy­bym go tak nie zde­ner­wo­wała, by­łoby ina­czej. Przy­jem­niej.

Za­słu­ży­łam.

Roz­luź­niam palce za­ci­śnięte kur­czowo na jego bi­cep­sie i wbi­jam pa­znok­cie w we­wnętrzną stronę wła­snej dłoni. Mocno, łu­dząc się, że nowe źró­dło bólu przy­nie­sie chwi­lową ulgę. To nie­zbyt działa, a on przy­spie­sza. Kie­ruję wzrok na su­fit. Śle­dzę ślady pęk­nięć i po pro­stu cze­kam, aż skoń­czy.

Sta­ram się nie my­śleć.

Sta­ram się nie sły­szeć dźwię­ków do­cho­dzą­cych z pię­tra ni­żej.

Sta­ram się nic nie czuć.

O ile w pew­nym stop­niu udaje mi się osią­gnąć dwa pierw­sze cele, to trzeci jest nie­wy­ko­nalny. Jego dło­nie nie­ustan­nie błą­dzą po moim ciele, za­gar­nia­jąc je dla sie­bie i trak­tu­jąc jak swoją wła­sność. Spra­wiają, że za­ni­kam. Co­raz bar­dziej i bar­dziej. Nie po­zwa­lają o so­bie za­po­mnieć na­wet na mo­ment. Są wszę­dzie, żą­da­jące, do­mi­nu­jące, a ja, za­miast się roz­luź­nić i pod­dać temu do­ty­kowi, wal­czę sama ze sobą, aby ich z sie­bie nie strzą­snąć i nie spró­bo­wać po­now­nie wy­rwać się z tego uści­sku.

Co jest ze mną nie tak?

Do­pu­ści­łam go do sie­bie do­bro­wol­nie, ale seks nie spra­wia mi dziś przy­jem­no­ści. Po­przed­nio też tego nie ro­bił. Wła­ści­wie nie pa­mię­tam, kiedy ostat­nio do­star­czał mi ja­kich­kol­wiek po­zy­tyw­nych wra­żeń. Co gor­sza, nie mogę przy­wo­łać mo­mentu, w któ­rym za­szła ta zmiana i co ją spo­wo­do­wało.

Bo nie za­wsze było tak źle.

To Da­vid na­uczył mnie czer­pać z na­szych zbli­żeń jak naj­wię­cej, lecz chyba za­po­mniał prze­ka­zać lek­cji o tym, jak utrzy­mać ten stan na dłu­żej. O ile na po­czątku to fi­zyczne wy­ży­cie było naj­lep­szym spo­so­bem ucieczki i fak­tycz­nie czę­sto sama je ini­cjo­wa­łam, to po cza­sie stra­ciło swoją moc. Te­raz to przed nim mam ochotę zwiać.

Nic nie trwa wiecz­nie.

Wy­ry­wam się z otę­pie­nia, gdy męż­czy­zna się od­suwa. Opada na ma­te­rac obok, uwal­nia­jąc mnie od przy­gnia­ta­ją­cego cię­żaru. Umknął mi mo­ment, gdy po­win­nam uda­wać speł­nie­nie, ale naj­wy­raź­niej on tego nie po­trze­bo­wał, bo kiedy na niego zer­kam, nie wy­daje się tym po­ru­szony.

– Zo­sta­niesz na noc? – pyta spo­koj­nie, jak gdyby przed chwilą nic mię­dzy nami nie za­szło.

– Chcia­ła­bym, ale… – du­kam nie­wy­raź­nie.

Prze­kręca się na bok i opiera głowę na ręce. Rzuca mi tak pa­lące spoj­rze­nie, że nie je­stem w sta­nie wy­trzy­mać jego in­ten­syw­no­ści. Ucie­kam przed nim, za­my­ka­jąc oczy.

– Daj spo­kój, prze­cież nie ma ko­niecz­no­ści, że­byś wra­cała do ojca. – Jego szept tra­fia pro­sto do mo­jego ucha, a go­rący od­dech owiewa po­li­czek. – Mo­żesz zo­stać ze mną, je­żeli nie masz co ze sobą zro­bić. Gwa­ran­tuję, że do­brze wy­ko­rzy­stamy ten czas. Bę­dziesz mo­gła mi po­ka­zać, że jesz­cze ci za­leży. Bo wiesz… po­woli za­czy­nam się bać, że to tylko ja o nas wal­czę. A prze­cież tak nie jest, prawda?

Kła­dzie dłoń na moim bio­drze i su­nie nią w dół. Po­wo­lutku, ale nie­po­ko­jąco zbliża się znów do złą­cze­nia ud.

– Prawda. Tylko jesz­cze mu­szę dzi­siaj iść do schro­ni­ska – od­po­wia­dam i wstaję, zrzu­ca­jąc z sie­bie jego dłoń. Po­zwala mi na to, choć lekki opór, który przy tym wy­czu­wam, zdra­dza, że wcale nie jest z tego po­wodu za­do­wo­lony. – Wła­ści­wie już dawno po­win­nam tam być.

Mam wra­że­nie, że prze­kro­czy­łam dziś wszyst­kie li­mity. Na­wa­li­łam na każ­dym moż­li­wym fron­cie. Je­dyny plus jest taki, że dźwięki do­bie­ga­jące z dołu uci­chły. Już po wszyst­kim. Po­win­nam wziąć przy­kład i sama się wy­ci­szyć.

Pró­buję.

– Znowu? – rzuca ta­kim to­nem, jakby roz­pa­czał nad moją głu­potą. – Wiesz do­brze, że nie lu­bię, jak tam ła­zisz. Po­tem cała cuch­niesz tymi brud­nymi zwie­rza­kami.

Nie ko­men­tuję tego. Wzru­szam ra­mio­nami i od­wra­cam się do niego ple­cami w po­szu­ki­wa­niu roz­rzu­co­nych po pod­ło­dze ubrań. Jego słowa spra­wiają mi przy­krość, ale w końcu nikt nie po­wie­dział, że za­wsze trzeba się ze sobą zga­dzać. To by­łoby wręcz nie­zdrowe. Da­vid może nie ro­zu­mie nie­któ­rych mo­ich de­cy­zji, nie dzieli ze mną pa­sji, lecz jest do­brym czło­wie­kiem i wiem, że mogę na niego li­czyć, gdy tego po­trze­buję. Na­wet kiedy sama nie za­cho­wuję się naj­le­piej.

– A może to jed­nak tylko głu­pia wy­mówka, żeby nie po­świę­cić mi wię­cej czasu? – drąży. – Jak to jest z tobą, So­lene? Do­sta­łaś, co chcia­łaś, i ucie­kasz?

Za­mie­ram z jedną dło­nią za­ci­śniętą na le­żą­cym na ziemi swe­terku.

Rze­czy­wi­ście taka je­stem?

– Da­vid, bła­gam, prze­cież wiesz, że to nie tak. Ko­cham cię, je­steś dla mnie ca­łym świa­tem. Gdyby nie inne obo­wiązki, nie zo­sta­wi­ła­bym cię na­wet na se­kundę.

– Udo­wod­nij mi to, mała. – Pod­cho­dzi od tyłu i cia­sno mnie obej­muje.

Kie­dyś to uwiel­bia­łam. To zna­czy uwiel­biam. Na­dal. To po pro­stu ja­kiś trudny czas. Mi­nie. Albo to on go jesz­cze od­mieni. Wie­rzę, że ma tyle siły. Da­vid jest po­tęż­nym męż­czy­zną, wy­so­kim i do­brze umię­śnio­nym. Przy nim czuję się jesz­cze mniej­sza, niż je­stem w rze­czy­wi­sto­ści, a kiedy za­myka mnie w ra­mio­nach, od­naj­duję w nich bez­pie­czeń­stwo, jakby wła­snym cia­łem osła­niał moje przed zra­nie­niem. Był… jest naj­lep­szą tar­czą przed ca­łym złem tego świata.

– Czu­jesz to? Czu­jesz, co ze mną wła­śnie ro­bisz? – szep­cze mi do ucha, moc­niej przy­wie­ra­jąc do mo­jego ciała. Nie­mal zgniata mnie w uści­sku. – Nie da­jesz od­po­cząć. Chciał­bym jesz­cze dziś znowu się w to­bie zna­leźć. Na pewno też tego chcesz.

– Chcę… – mam­ro­czę nie­wy­raź­nie.

Po­now­nie ca­łuje mnie w szyję, a jego dło­nie wzna­wiają wy­cieczkę wzdłuż mo­ich bio­der, wspi­na­jąc się co­raz wy­żej, za­chłan­nie chwy­tają za piersi. Pa­mię­tam, że przy na­szych pierw­szych spo­tka­niach nie wy­obra­ża­łam so­bie na­wet mo­mentu, w któ­rym mo­gła­bym się na­sy­cić tym do­ty­kiem. Te­raz chyba jed­nak na­de­szła ta chwila i na­prawdę po­trze­buję prze­rwy, bo za­miast pod­dać mu się bez słowa, stoję jak spa­ra­li­żo­wana.

– Chcę, ale na­prawdę je­stem umó­wiona – wy­du­szam i nie­zdar­nie wy­swo­ba­dzam się z jego ob­jęć, a on klnie pod no­sem.

Szybko zgar­niam ubra­nia z pod­łogi. Może szyb­ciej, niż po­win­nam, lecz pró­buję za­po­biec dal­szemu prze­ko­ny­wa­niu. Nie mam w so­bie dość aser­tyw­no­ści, by opie­rać się mu bez końca.

– Obie­ca­łam, że wie­czo­rem po­mogę z roz­ła­dun­kiem karmy. Do­stali cał­kiem sporo od ano­ni­mo­wego dar­czyńcy i te worki leżą na­dal pod pło­tem, bo mają tam tyle pracy, że pra­cow­nicy nie są w sta­nie nad wszyst­kim za­pa­no­wać… – Na­wi­jam jak na­jęta, byle tylko za­ga­dać nie­zręczny mo­ment i nie dać po so­bie po­znać, co tak na­prawdę mną kie­ruje. Że pró­buję przed nim uciec. – A z tym trzeba zro­bić po­rzą­dek, bo w końcu ktoś to roz­krad­nie albo wda się wil­goć i wszystko się zmar­nuje.

Ru­szam w stronę ła­zienki, za­nim ma szansę mnie po­now­nie za­trzy­mać. Za­cho­wuję się jak tchórz, ale na­prawdę się boję, że mo­gła­bym już dziś wię­cej nie znieść. Moje ciało się temu sprze­ci­wia.

To ono jest tu­taj głów­nym wi­no­wajcą.

– Co z tobą? – Da­vid krzy­żuje ra­miona na umię­śnio­nej kla­cie i przy­gląda mi się ze zmarsz­czo­nymi brwiami, gdy kładę już dłoń na klamce. Wy­gląda na roz­cza­ro­wa­nego, ale przy­naj­mniej się nie zbliża. – Aspi­ru­jesz do świę­to­ści? Zmar­twię cię, kotku, da­leko ci do niej.

– Po pro­stu mnie tam po­trze­bują – od­po­wia­dam ci­cho. – Poza tym lu­bię zwie­rzęta – do­daję, si­ląc się na po­godny uśmiech, lecz Da­vid go nie od­wza­jem­nia. Na jego twa­rzy wciąż go­ści ten sam su­rowy i nie­prze­jed­nany wy­raz. Nie jest ze mnie za­do­wo­lony. – Ma­rzę o tym, żeby ad­op­to­wać psa, na­wet po­lu­bi­łam bar­dzo taką znajdkę, która tra­fiła ostat­nio do schro­ni­ska, ale nie mamy wa­run­ków. Zresztą… prze­cież wiesz.

Głu­pia wy­mówka. Wa­runki to nie wszystko. W końcu schro­ni­sko to też nie jest raj dla zwie­rząt, a jed­nak ja­koś tam funk­cjo­nują. Mu­szą, by prze­trwać. Pod tym wzglę­dem zbyt do­brze je ro­zu­miem i tym bar­dziej nie mam serca, żeby wy­rwać stam­tąd ja­ką­kol­wiek żywą istotę, by spro­wa­dzić ją po­tem do tego pie­kła.

Mu­szę prze­stać się oszu­ki­wać.

Nie chcę, żeby kto­kol­wiek po­dzie­lił mój los.

Roz­dział 4

Mat­teo

– Jak skoń­czysz tu­taj, zo­staną ci jesz­cze trzy boksy w le­wym skrzy­dle, a po­tem bę­dziesz już wolny, chłop­cze.

Ni­gdy nie będę, my­ślę, ale wolę nie ko­men­to­wać tego na głos. Nie chcę wpusz­czać ni­kogo do swo­jego łba. Pa­nuje tam zbyt duży bur­del. Bywa, że nie­raz sam się w nim gu­bię, lecz upo­rząd­ko­wa­nie go wcale nie jest ta­kie pro­ste. Szcze­gól­nie po ostat­nim wy­bu­chu.

Ma­cham za to je­baną mio­tełką w prawo i w lewo, że niby tak bar­dzo się sta­ram, a ob­ser­wu­jąca mnie sta­ruszka po­syła mi wy­mu­szony uśmiech i po­ka­zuje unie­siony kciuk na znak, że „su­per, świet­nie i oby tak da­lej”. Te­atrzyk po­zo­rów. Nie chcę tu być, a ona do­brze o tym wie i być może na­wet sama by wo­lała, że­bym znaj­do­wał się gdzie in­dziej, ale oboje zda­jemy so­bie sprawę, że to tylko po­bożne ży­cze­nia. Cho­ciaż­by­śmy zła­pali się za rączki i wzno­sili żar­liwe mo­dły do nie­bios, to na­dal nie są do speł­nie­nia, i chuj. Zo­sta­li­śmy na sie­bie ska­zani. Przy­naj­mniej na naj­bliż­sze pół roku, czter­dzie­ści go­dzin w mie­siącu.

– Ach, i pra­wie za­po­mnia­łam…

Se­niorka wraca aku­rat w mo­men­cie, gdy wrzu­cam od­padki do po­jem­nika i zbie­ram się, żeby zgod­nie z pla­nem przejść w inne re­wiry. Wle­pia we mnie pro­szące spoj­rze­nie, a ja wzdy­cham w du­chu, bo już prze­czu­wam, że jed­nak nie wyjdę dziś stąd tak szybko, jak było mi to chwilę temu obie­cane.

– Mamy jesz­cze tro­chę opa­ko­wań karmy zo­sta­wio­nych przed bramą – kon­ty­nu­uje. – Trzeba je wnieść do ma­ga­zynu. Mógł­byś to zro­bić, za­nim pój­dziesz? So­lene za­de­kla­ro­wała, że się tym zaj­mie, ale to taka de­li­katna dziew­czyna, że wąt­pię, czy sama się z tym upora. Tylko jej o tym nie mów, bo się na mnie ob­razi, że w nią nie wie­rzy­łam. – Mruga po­ro­zu­mie­waw­czo.

Bez obaw, nie po­wiem.

Nie po­wie­dział­bym, na­wet gdy­bym, do cho­lery, wie­dział, o kim wła­śnie roz­ma­wiamy. Nie je­stem ka­blem. To aku­rat jedna z mo­ich, jakże licz­nych, za­let. I to tych bru­tal­nie zwe­ry­fi­ko­wa­nych przez ży­cie.

– Ja­sne – bur­czę, może tro­chę zbyt mało uprzej­mie, ale sku­tecz­nie, bo star­sza pani kiwa głową i znika mi z pola wi­dze­nia, a tylko o to mi cho­dziło.

Chcia­łem zo­stać sam. Nie lu­bię, gdy ktoś pa­trzy mi na ręce. Zwłasz­cza tu­taj. Wtedy czuję się jak nie­wol­nik ha­ru­jący pod nad­zo­rem i ba­ci­kiem swo­jego pana. Być może zniósł­bym to le­piej, gdy­bym zo­stał uka­rany za coś, za co fak­tycz­nie, kurwa, po­wi­nie­nem wziąć od­po­wie­dzial­ność. Tro­chę tych rze­czy jest, wy­bór był spory. Nie­omylnaręka spra­wie­dli­wo­ści po­cząt­kowo na­wet ce­lo­wała do­brze, ale w ostat­nim roz­ra­chunku tro­chę się omsknęła i wska­zała błęd­nie. Nikt nie słu­chał mo­ich sprze­ci­wów, na­dal się z nimi nie li­czą, a to wy­wo­łuje fru­stra­cję.

Zwłasz­cza w taki dzień jak dzi­siaj.

Nie mu­szę na­wet pa­trzeć w ka­len­darz, żeby wie­dzieć, jaka data wid­nieje na jego kar­cie. Wy­pa­liła się w moim mó­zgu ża­rzą­cymi cy­frami i bo­le­śnie o so­bie przy­po­mina. Przy­pala i po­draż­nia nerwy, wta­pia­jąc się jesz­cze głę­biej, gdy pró­buję wy­rzu­cić ją z głowy.

Nic z tym nie zro­bię.

Przez ko­lejną go­dzinę ogar­niam wy­zna­czone mi boksy, a kiedy chaty sier­ściu­chów lśnią czy­sto­ścią, od­no­szę na­rzę­dzia do schowka i kie­ruję się w stronę bramy, gdzie ma cze­kać na mnie ostat­nie za­da­nie na dzi­siaj.

I nie­jaka So­lene.

Ją do­strze­gam jako pierw­szą.

Nie ten strój, nie ten chwyt, na­wet masa mię­śniowa nie ta, a mimo to dziew­czę dziel­nie stara się dźwi­gnąć je­den z więk­szych wor­ków. Po­wo­dze­nia. To się nie skoń­czy do­brze. Nie chcę wyjść na złego pro­roka, ale w tym przy­padku nie trzeba być wy­bit­nym wróż­bitą. Nie mija chwila, a nie­zdara od­grywa na żywo scenkę, którą parę se­kund wcze­śniej stwo­rzyła moja wy­obraź­nia. Nie­stety dziew­czyna się po­spie­szyła, bo gdyby dała roz­krę­cić się jej ciut bar­dziej, mo­głoby być cie­ka­wiej. Tym­cza­sem wy­brała naj­nud­niej­szy wa­riant, bo po pro­stu robi kilka kro­ków i… po­tyka się o wła­sne nogi na pro­stej ścieżce. Leci jak długa do przodu. I jeb. Być może gdyby w worku znaj­do­wał się puch, mia­łaby cho­ciaż mięk­kie lą­do­wa­nie, a tak? Twarde zde­rze­nie z rze­czy­wi­sto­ścią.

– Na kuchni bra­kło żar­cia i po­ta­jem­nie okra­dasz schro­ni­sko, żeby ku­charz miał co wrzu­cić do gara dla go­ści? Nie żal ci zwie­rzą­tek? – za­ga­duję, a ona od­suwa z twa­rzy ciemne kłaki, które przy­sło­niły jej pole wi­dze­nia, i pa­trzy na mnie, jak­bym to ja wła­śnie ude­rzył się mocno w głowę. – Wy­glą­dasz jak kel­nerka – do­daję na wy­tłu­ma­cze­nie swo­jej po­kręt­nej lo­giki, wska­zu­jąc pal­cem na to, co ma na so­bie.

Czarna, ob­ci­sła spód­nica le­dwo się­ga­jąca ko­lan, pu­chaty swe­ter i wy­sta­jąca spod niego biała bok­serka to nie jest sty­li­za­cja, która kie­dy­kol­wiek spraw­dzi­łaby się w tych wa­run­kach. Do kom­pletu pa­so­wa­łyby jesz­cze szpilki, ale tych aku­rat brak. Na no­gach ma te­ni­sówki. Je­den punkt dla niej.

Nie­stety, chyba na­dal nie trybi. Nie do­ce­nia mo­jego kunsztu, bo nie­bie­skie oczęta ły­pią na mnie chłodno. Chłodno, ale też z dziwną, dzie­cięcą wręcz na­iw­no­ścią, przez co nie po­tra­fię trak­to­wać tej nie­mej groźby zbyt po­waż­nie.

– Kel­nerka albo… o, le­piej! Po­moc do­mowa u bo­ga­tego pań­stwa – brnę w to da­lej, bo czemu by nie.

Pry­cha jak roz­gnie­wana kotka, a jej wy­raź­nie za­ry­so­wane po­liczki, które już wcze­śniej zdą­żyły się za­ró­żo­wić, te­raz na­bie­rają in­ten­syw­niej­szego ko­loru.

– Se­rio? – wy­pala. – A ty jak ich ogrod­nik.

– I chcesz mi niby po­wie­dzieć, że to nie brzmi jak wstęp do ty­po­wego porno? – Nie po­tra­fię się po­wstrzy­mać.

– Je­żeli na­wet, to wy­jąt­kowo ta­niego – kpi. – Bę­dziemy się prze­ga­dy­wać czy jed­nak mi po­mo­żesz?

Dwa punkty dla niej.

Tu mnie ma.

Nie są­dzi­łem, że od­po­wie na za­czepkę. Żadna z za­an­ga­żo­wa­nych w dzia­łal­ność dla schro­ni­ska dziew­czyn się na to do tej pory nie po­ku­siła. Nie że­bym pró­bo­wał zbyt czę­sto. Do­bra, może i tu jest pies po­grze­bany, bo nie pró­bo­wa­łem wcale. Zra­zi­łem je już na wstę­pie, gdy na zwy­kłe „cześć” od­po­wia­da­łem ci­szą i chmur­nym spoj­rze­niem. Kilka ta­kich spo­tkań i szybko się do­sto­so­wały, przyj­mu­jąc ten zwy­czaj za na­szą co­dzien­ność. Szkoda? Nie­wielka. Wo­la­łem za­wczasu gryźć się w ję­zyk. Oba­wia­łem się, że od­czu­wany na po­czątku wkurw przy­nie­sie mi słowa, któ­rych nikt nie chciałby sły­szeć.

Na­dal mam z tym pro­blem.

Wy­cią­gam rękę ku nie­zna­jo­mej, a ona po chwili wa­ha­nia po­daje mi swoją. Wstaje po­woli, ale upa­dek był chyba bo­le­śniej­szy, niż po­cząt­kowo za­kła­da­łem, bo ję­czy przy tym i robi krzywą minę. Idę o za­kład, że wal­czy ze sobą, żeby się nie roz­pła­kać.

Dziew­czyny…

– Wszystko gra? – Mimo wszystko wolę się upew­nić. By­łem świad­kiem tego zaj­ścia, nie chcę mieć jej na su­mie­niu. Wia­domo.

Zerka na mnie, a jej oczy w mo­men­cie ro­bią się szkli­ste.

Bła­gam, nie płacz. Ja tylko żar­to­wa­łem. Śred­nio ra­dzę so­bie z łzami, tymi bab­skimi to już w ogóle…

Po­woli za­czy­nam pa­ni­ko­wać, ale na szczę­ście przy­bywa wy­bawca. Za­nim ak­cja zdąży na do­bre wy­rwać mi się spod kon­troli, ni­czym małe, pło­mienne tor­nado wpada mię­dzy nas ja­kaś ru­do­włosa istota.

– Rany, So­lene! – woła nieco zbyt hi­ste­rycz­nie i ła­pie ją za ra­miona. Po­trząsa nią, jakby dziew­czyna wła­śnie le­dwo uszła z ży­ciem z tra­gicz­nego wy­padku, a nie je­dy­nie za­li­czyła mało przy­jemną wy­wrotkę. – Mó­wi­łam, że­byś na mnie po­cze­kała, to ci po­mogę! Ni­gdy nie słu­chasz. Przy­naj­mniej do­brze się czu­jesz? Nic so­bie nie zro­bi­łaś? Nie­źle gruch­nę­łaś o zie­mię i… o nie! Jesz­cze to ko­lano! Czy ty wi­dzisz, jak to wy­gląda? Chodź, mu­simy je oczy­ścić i opa­trzyć, za­nim wda się ja­kieś za­ka­że­nie.

Nie na­dą­żam za tym po­to­kiem słów i nie je­stem je­dyny, bo So­lene rów­nież spra­wia wra­że­nie za­gu­bio­nej. Mimo to pró­buje wy­ha­mo­wać tego sza­leńca, choć zdo­bywa się tylko na słabe:

– Ale…

– Żad­nych sprze­ci­wów! – prze­rywa jej ruda sta­now­czym to­nem. Może nie jest zbyt wy­soka i nie wy­daje się wy­bit­nie silna, lecz chyba bał­bym się z nią ne­go­cjo­wać, gdy jest w ta­kim sta­nie wzbu­rze­nia. – Sy­lvia mnie udusi, a za­raz po­tem cie­bie! No kto to po­my­ślał, żeby po­ry­wać się na coś ta­kiego w po­je­dynkę?!

Dziew­czyna rzuca mi bła­galne spoj­rze­nie. Pra­wie jej się udaje zmo­ty­wo­wać mnie do tego, że­bym ze­brał się na od­wagę i jak­kol­wiek za­re­ago­wał, ale wszyst­kie moje ru­chy wy­prze­dza ru­do­włosy po­strze­le­niec. Mie­rzy mnie nie­chęt­nie od czub­ków bu­tów po ostatni ko­smyk wło­sów na łbie, po czym chwyta ła­magę pod ra­mię i już bez słowa za­ciąga do biura. Trudno. W sen­sie… do­brze. Strach po­my­śleć, na co jesz­cze mo­głaby się tu „przy­dać”.

W po­je­dynkę ogar­niam, co mu­szę, a po za­koń­cze­niu prac idę do bu­dynku dla pra­cow­ni­ków. Prze­bie­ram się w swoje co­dzienne ciu­chy i po­sta­na­wiam wró­cić do miesz­ka­nia. Przez ten czas cho­dzące nie­szczę­ście ani razu nie po­ka­zuje mi się już na oczy. Po­dej­rzane. Za­nim kie­ruję się do wyj­ścia, przez chwilę wal­czę sam ze sobą, żeby nie zaj­rzeć do biura i skon­tro­lo­wać, czy na pewno wszystko gra, ale za­raz wraca trzeź­wość umy­słu. Wy­cho­dzę. Jesz­cze tego by bra­ko­wało, że­bym za­czął za­mar­twiać się pro­ble­mami in­nych. Wy­star­czy, że tych wła­snych mam od groma. Jest ich na tyle dużo, że od­naj­dują mnie same na każ­dym kroku.

Te­raz też.

Cho­ciaż więk­szość drogi mija spo­koj­nie, to nic nie trwa wiecz­nie. Je­stem tak bli­sko miesz­ka­nia, że moje my­śli już roz­sia­dły się na cze­ka­ją­cej mnie tam ka­na­pie, po­czę­sto­wały schło­dzo­nym piw­kiem i od­pa­liły roz­sa­dza­jącą bę­benki mu­zykę. Może dla­tego po­cząt­kowo nie sły­szę albo, co bar­dziej wia­ry­godne, nie chcę sły­szeć zna­jo­mych gło­sów, a trzeba przy­znać, że są wy­jąt­kowo gło­śne.

– Ej, Mat­teo! – woła z da­leka je­den z pod­pie­ra­ją­cych ścianę męż­czyzn.

Aaron Hayes. Po­znaję bez pro­blemu, bo choć nie wi­dzie­li­śmy się już od mie­sięcy, to nie zmie­nił się ani odro­binę. Wy­mu­skany do gra­nic moż­li­wo­ści, tak, że każdy blond lo­czek na jego łe­pe­ty­nie zdaje się wręcz uło­żony w za­pla­no­wany spo­sób. Pan „kon­trola przede wszyst­kim”. Do tego wy­soki i chudy jak tyczka, przez co zu­peł­nie nie pa­suje do dwóch ni­ziut­kich klo­nów sto­ją­cych te­raz obok niego. Bra­cia Ben­nett nie­mal przy­kle­ili mu się do bo­ków.

Nie re­aguj. Po pro­stu, kurwa, nie re­aguj.

– Jak się ży­cie układa? – do­py­tuje Ben. Jest ciem­no­włosy, krępy i tęgi, na­pa­ko­wany ste­ry­dami po brzegi, po­dob­nie jak jego bliź­niak Bill. Ni­gdy nie wie­rzy­łem w na­tu­ral­ność, na którą od za­wsze się po­wo­ły­wali, prze­chwa­la­jąc umię­śnio­nymi syl­wet­kami. Cha­rak­te­ry­styczne wy­pry­ski na gę­bach nieco ich zdra­dzają. – Do­sta­łeś po­wi­talny wpier­dol od no­wych ko­le­gów z celi?

– Ja­kiej celi, stary? – wtrąca Aaron. – Prze­cież jego na­wet w pier­dlu nie chcieli. Jest tak po­je­bany, że prze­rzu­cali go z miej­sca na miej­sce, aż w końcu wy­lą­do­wał w przy­tułku dla pchla­rzy.

– Se­rio? – re­cho­cze głup­ko­wato Bill. – Ja pier­dolę, ja­kie jaja! Kun­del wy­lą­do­wał z kun­dlami!

– Po­dobno przy­jęli go tam jak swego – przy­ta­kuje mu Aaron.

– Co za że­nada…

Mi­jam to iście zje­bane grono z nie­wzru­szoną miną i wzro­kiem wle­pio­nym w ma­ja­czące w od­dali przej­ście mię­dzy bu­dyn­kami, do któ­rego mu­szę do­trzeć, żeby zna­leźć się na ziemi ni­czy­jej, ale oni wtedy za­czy­nają gwiz­dać i uja­dać jak stado wście­kłych psów. Bła­zny.

– Do nogi, Mat­teo! – wrzesz­czy Bill, a kiedy się za­trzy­muję, na­tych­miast pod­biega i do­daje nad wy­raz ucie­szo­nym to­nem: – Do­bry pie­sek! Ład­nie cię tam wy­szko­lili. Wi­dzisz? Może gdy­byś tra­fił tam wcze­śniej, to An­gie…

Ude­rzam go pro­sto w zęby, za­nim ma szansę do­koń­czyć. Wiem, co zro­bi­łem. Nikt nie musi mi o tym przy­po­mi­nać. Ko­rzy­stam z umie­jęt­no­ści wy­nie­sio­nych z klubu, choć Tony nie byłby za­do­wo­lony z po­wodu, dla któ­rego to ro­bię. Za­chwy­cona nie by­łaby też sę­dzia, która ze względu na moją trudną i jakże przy­krą prze­szłość zła­go­dziła wy­rok do gra­nic ab­surdu, da­jąc mi szansę na tak zwaną re­so­cja­li­za­cję. Cóż, nie je­stem tak samo wspa­nia­ło­myślny i wy­cho­dzi na to, że bra­kuje mi rów­nież wdzięcz­no­ści, bo nie wy­ko­rzy­stuję otrzy­ma­nych moż­li­wo­ści naj­le­piej, jak się da. Ra­czej je mar­no­tra­wię, a ży­cie mam za nic, bo nie da się ina­czej wy­tłu­ma­czyć tego, że star­tuję w po­tyczce, która z góry ska­zana jest na po­rażkę. Trzech na jed­nego. To nie skoń­czy się do­brze, choć ele­ment za­sko­cze­nia daje mi chwi­lową prze­wagę, a mie­siące tre­nin­gów sta­wiają po­ziom wy­żej nad każ­dym z nich. Z osobna. Ze­brani ra­zem są pie­kiel­nie trud­nym prze­ciw­ni­kiem. Mimo to ata­kuję. Cios w brzuch, szczękę, czoło. Gdzie­kol­wiek, byle tra­fić.

Szybko mija im szok.

– No co za zjeb! – sy­czy Bill.

– Złap go w końcu, kurwa, i trzy­maj mocno! – do­pin­guje go jego brat.

Walę na oślep, ko­pię, ale w efek­cie sam ob­ry­wam co­raz moc­niej i moc­niej. Uru­cho­mili się już wszy­scy i nie dają mi fo­rów. Je­den z bliź­nia­ków, już sam nie wiem który, chwyta mnie od tyłu, za­my­ka­jąc w sta­lo­wym uści­sku, a jego brat wpra­wia pię­ści w ruch. Nie mam szansy się obro­nić. Dy­szę ciężko i czuję, jak krew spływa mi po czole strużką, a ko­lana ugi­nają się pode mną. Gdyby nie chwyt, w któ­rym się zna­la­złem, le­żał­bym już na gle­bie.

– Co wy tu od­kur­wia­cie? Och…

Och. No wła­śnie. Znam ten głos le­piej niż po­zo­stałe.

Wszy­scy za­mie­rają, gdy przez ulicę bie­gnie ku nam jesz­cze je­den męż­czy­zna. Vin­cent Rossi. Kie­dyś by­li­śmy kum­plami. Kie­dyś. Mam wra­że­nie, że było to w in­nym wcie­le­niu. Zmie­rza w na­szą stronę i wy­gląda na wście­kłego. Choć „wście­kły” to małe nie­do­po­wie­dze­nie. Obec­nie mnie nie­na­wi­dzi. Nie­na­wi­dzi, i to, kurwa, jak. Ma w tym dużo ra­cji. W końcu znisz­czy­łem mu ży­cie. Nie tylko jemu.

– Puść go – rzuca ko­mendę, a obej­mu­jące mnie ra­miona na­tych­miast zni­kają, przez co upa­dam na zie­mię.

Vin­cent staje nade mną jak kat. Spo­glą­dam na niego z dołu i ob­ry­wam po­gar­dli­wym spoj­rze­niem.

– Wy­glą­dasz jak gówno. Sto­czy­łeś się, stary, ale nie po­wiem, że mnie to nie cie­szy. – Kuca obok i na­chyla się, by wy­szep­tać mi do ucha: – Źle, że na sie­bie wpa­damy. Nie­fart, ko­lego. Pa­mię­tasz, co ci obie­cy­wa­łem, je­żeli jesz­cze raz sta­niesz na mo­jej dro­dze?

Pa­mię­tam.

Wy­krzy­czał to nad gro­bem swo­jej sio­stry. Wszy­scy się wtedy na nas ga­pili i wła­śnie ich po­tę­pia­jące spoj­rze­nia prze­pę­dziły mnie stam­tąd sku­tecz­niej niż ja­kie­kol­wiek groźby czy obiet­nice szyb­kiej śmierci, które pa­dły od niego. Ale po­tem… cóż, na­stał czas, kiedy jed­nak wzią­łem je so­bie do serca, a na­wet pró­bo­wa­łem go w tym wy­rę­czyć. Cza­sami na­dal na­cho­dzą mnie ta­kie my­śli, ale za­raz za nimi nad­ciąga re­flek­sja, że to by­łaby droga na skróty. Zbyt pro­sta, a za­słu­ży­łem na to, żeby się mę­czyć sam ze sobą, póki nie do­pad­nie mnie spra­wie­dli­wość.

Być może wła­śnie do­pa­dła.

Vin­cent za­ci­ska pięść na mo­ich wło­sach i wstaje, tym sa­mym zmu­sza­jąc, że­bym też to zro­bił. Po­py­cha mnie na ścianę, a ja na­wet nie pro­te­stuję. Wcale nie dla­tego, że nie po­tra­fię. Mógł­bym mu się prze­ciw­sta­wić. Pod tym wzglę­dem za­wsze by­li­śmy so­bie równi. Na­sze klu­bowe spa­ringi za każ­dym ra­zem do­star­czały ob­ser­wu­ją­cym wielu emo­cji, zwłasz­cza że wy­nik ni­gdy nie był prze­wi­dy­walny. Te­raz też w po­je­dynku je­den na je­den miał­bym może na­wet szansę to wy­grać, lecz dziś nie mam za­miaru się bro­nić. W swoim ży­ciu wy­ko­na­łem już wy­star­cza­jąco dużo uni­ków. Je­stem tym zmę­czony. Pa­trzę mu pro­sto w twarz, niby rzu­ca­jąc wy­zwa­nie, a tak na­prawdę pro­wo­ku­jąc do tego, aby rze­czy­wi­ście to zro­bił. Wiem, że po­trafi. Zdaję so­bie sprawę, do czego jest zdolny. Znam go od lat, choć plotki o nim do­cie­rały do mnie jesz­cze wcze­śniej. Sława za­wsze go wy­prze­dzała.

Na­sze spoj­rze­nia się krzy­żują, a ja czuję, jakby to już się stało, jakby wła­śnie strze­lił mi w łeb. Od po­czątku na­szej zna­jo­mo­ści nie za­uwa­ży­łem, jak bar­dzo przy­po­mina swoją sio­strę. Ma ta­kie same po­cią­głe rysy twa­rzy. Do tego jest wy­soki i szczu­pły jak ona, ale z wło­sami ścię­tymi na zero. An­gie miała ciem­no­blond pu­kle, dłu­gie, się­ga­jące nie­mal po­ślad­ków. On wo­lał ozdo­bić łeb czar­nymi ta­tu­ażami. Nie sku­piam się na tym, co przed­sta­wiają. Pa­ra­li­żuje mnie za to jego spoj­rze­nie. Te oczy! On ma jej oczy. Do­kład­nie ten sam od­cień naj­czyst­szej zie­leni, iden­tyczny kształt. Gdy­bym sku­pił się tylko na nich, mógł­bym na­wet uwie­rzyć, że znowu mam ją przed sobą.

A na nią… na nią ni­gdy nie pod­niósł­bym ręki.

Zgubne po­rów­na­nie, zwłasz­cza że Vin­cent nie ma wzglę­dem mnie ta­kich opo­rów. Wy­mie­rza mocny sier­powy, a za­raz po­pra­wia go ude­rze­niem w brzuch. Nie po­prze­staje na tym. Gdy chwieję się i zgi­nam się wpół, chwyta mój kark i przy­trzy­muje w dole, jed­no­cze­śnie wy­pro­wa­dza­jąc cios ko­la­nem. W jed­nym mo­men­cie fala go­rąca roz­lewa się po mo­jej twa­rzy, sy­gna­li­zu­jąc trafny strzał. Osu­wam się na zie­mię i nie wstaję. Nie chcę. Na­wet ko­lejny so­lidny kop­niak, który mo­ment póź­niej spada na mój brzuch, wcale mnie do tego nie mo­ty­wuje. Na­stępne też nie. Prze­wra­cam się na bok i kulę, choć to bar­dziej od­ru­chowa re­ak­cja or­ga­ni­zmu na grad ude­rzeń i kop­nięć niż fak­tyczna chęć obrony. Ja nie wal­czę. Mógł­bym umrzeć tu i te­raz. Je­stem z tym po­go­dzony.