Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
105 osób interesuje się tą książką
Uważaj na idealnych mężczyzn – to właśnie oni zamienią twoje życie w piekło
Poukładane życie miliardera Dextera Moore’a wywraca się do góry nogami, gdy na progu jego domu pojawia się kobieta z niemowlęciem na rękach – jego córką, o której istnieniu nie miał pojęcia.
Dexter musi błyskawicznie odnaleźć się w nowej rzeczywistości, a to wcale nie jest proste. Chaos związany z pojawieniem się dziecka odbija się zarówno na jego domu, jak i na pracy. Widząc, że jego przyjaciel traci grunt pod nogami, Riccardo Marchetti poleca mu swoją zaufaną nianię.
Gdy przed drzwiami Dextera staje różowowłosa kobieta wyglądająca na nastolatkę, mężczyzna jest skonsternowany. Szybko jednak przekonuje się, że niania doskonale zna się na tym, co robi, dzięki czemu nie podejrzewa, że wpuszcza do swojej rezydencji zaprzysięgłego wroga…
Waverly Woods ma zamiar wykorzystać tę okazję, by zemścić się na człowieku, który zrujnował jej życie. Nie spodziewa się jednak, jak trudne będzie to wyzwanie.
W obecności mężczyzny, którego powinna nienawidzić, budzą się w niej nieoczekiwane emocje. Takie, które rozpalają zmysły i takie, które mogą pogrzebać jej misternie zaplanowaną wendettę…
18+
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 519
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla wszystkich, którzy pragną miłości.Nie pięknej, wyidealizowanej, lecz tej prawdziwej – nieco gwałtownej, zachłannej i niespodziewanej.Ta książka jest dla Was.
Tego dnia w Nowym Jorku nie padało. Po raz pierwszy od wielu dni zza chmur wyjrzało słońce. Zupełnie jakby chciało przekonać Waverly Woods, że świat wcale nie jest taki zły, jak sądziła.
Nie uwierzyła.
Ten poranek był tak absurdalny, że do tej pory nie miała pojęcia, jak udało jej się dotrzeć do biura. Najpierw spaliła owsiankę wraz z rękawicą, którą pozostawiła w piecu – o mały włos nie puszczając przy tym z dymem rodzinnego domu. Potem zawiesiła na zbyt długo wzrok na przystojnym mężczyźnie z auta obok i umknęło jej zmieniające się światło. Problemu ze wzrokiem niestety nie miała policja, która kilka metrów dalej zatrzymała jej samochód. Waverly otrzymała mandat i pouczenie tak ostre, że nagle poczuła się jak najgorsza kryminalistka.
Konkretnie spóźniona, w wygniecionej koszulce z logo Guns N’ Roses i z plamą na ramieniu, dotarła do biura, dysząc, jakby gonił ją seryjny morderca. Waverly, zwykle poukładana, tego dnia zmieniła się w swoje roztrzepane alter ego, które czasami przejmowało kontrolę, gdy dopadał ją cholerny stres. A dzisiaj dopadł ją nie tylko stres, ale także seria niefortunnych przypadków.
Przesunęła łokciem stos papierów, mając wrażenie, że nie rozwiązuje problemu, a tylko go spycha na coraz to bardziej piętrzącą się stertę spraw do załatwienia. Po raz kolejny przetarła zaspane oczy, przy okazji rozmazując po policzku tusz do rzęs. Jęknęła cicho, sięgając do szafki biurka po dwa waciki. Nasączyła je wodą z dna szklanki i upewniając się, że nikt nie patrzy, wytarła czarne szlaczki.
Chwyciła kubek z kawą i spojrzała na niego z nabożną czcią. Jakby kofeina była najlepszym, co ją w życiu spotkało. Przechyliła go i wlała gorący, czarny napar do ust.
Cholera jasna – zaklęła w duchu.
Kawa poparzyła ją w język, co sprawiło, że w końcu obudziła się z tego dziwnego letargu, w jaki wpadła tego ranka. Pierwszy łyk wypalił jej przełyk. Drugi upewnił ją, że to nie przypadek. Skrzywiła się, lecz mimo to ból nie przeszkodził Waverly w upiciu kolejnego łyka, a potem jeszcze jednego. Nim się zorientowała, jej ulubiony kubek był pusty. Ziewnęła sennie i spojrzała przez duże okno na panoramę Nowego Jorku. Odniosła wrażenie, że unosi się w powietrzu, a wieżowiec dosięga chmur. Nie była pewna, czy to efekt nadmiaru kofeiny, czy też jej wybujałej wyobraźni.
Firma Moore Lab, w której pracowała, zajmowała czternaście pięter biurowca One Vanderbilt, znajdującego się na rogu 42nd Street i Vanderbilt Avenue. Nie były to najwyższe piętra, a i tak widok z okien zapierał dech w piersi. Mający ponad czterysta metrów wysokości budynek uznawano za jeden z najwyższych wieżowców Wielkiego Jabłka1. Na ostatnim piętrze znajdowała się odwiedzana przez turystów panoramiczna platforma widokowa.
Waverly nie potrafiłaby zliczyć, ile razy widziała na Instagramie zdjęcia wykonane na szklanym tarasie budynku, który odwiedzała każdego dnia. Na niej samej już nie robił takiego wrażenia jak jeszcze dwa lata temu, kiedy zaczęła pracę dla Moore Lab.
Odgarnęła dłonią jasne włosy, które i tak bezwiednie opadły jej na oczy, poprawiła oprawki pudroworóżowych okularów, po czym wbiła wzrok w dwa duże ekrany przed sobą. Z trudem zmusiła się, by skupić całą uwagę na tym, co musiała zrobić. Tego ranka nic nie szło po jej myśli. Miała ochotę uderzyć pięścią w ten cholerny monitor i wyjść. Kochała swoją pracę, lecz ta dziś doprowadzała ją do szału. Zrobiła, co musiała – stworzyła backup danych na dysk zewnętrzny oraz do chmury, a potem jeszcze przetestowała przywracanie danych z kopii zapasowej. Dziś swój jakże bezcenny czas poświęcała systemowi kancelarii Stephena Rootha. Człowieka, którego nawet nie widziała na oczy.
Ziewając, powróciła wspomnieniami do poprzedniej nocy, kiedy to do trzeciej nad ranem pochylała się przy kuchennym stole nad dokumentacją od swojego prawnika, Christophera, przygotowując się do jutrzejszej rozprawy. Za każdym razem, gdy o niej pomyślała, czuła, jak panika wdziera się do jej umysłu, a palce nerwowo drgają.
Musiała wygrać.
Dla niego.
Była już tak blisko…
Nie mogła pozwolić sobie na niespodzianki. Tego dnia musiała skupić się na przygotowaniu do rozprawy, dlatego też zamiast zrobić skan podatności strony internetowej na atak hackerski, ponownie zerknęła na stos dokumentów. Sprawdziła, czy wszystko się zgadza, czy dane kontaktowe są aktualne i czy wszystkie źródła dochodu zostały wyszczególnione.
Były.
Westchnęła z ulgą. Podkreśliła kwoty brzoskwiniowym zakreślaczem, uśmiechając się lekko. Było elegancko, ale i czytelnie.
Z pewnością sędzia weźmie to pod uwagę.
Jednym słowem – panikowała. I to bardzo.
Nie mogła i nie chciała odpuścić, skoro na szali leżała przyszłość jej młodszego brata, Matthew.
Gdy ich rodzice zginęli w wypadku samochodowym trzy lata wcześniej, Waverly przysięgła przy ich grobie, że się nim zajmie. Matthew liczył na nią, a ona liczyła na to, że jeszcze w tym tygodniu będzie mogła zabrać chłopaka do ich wspólnego domu. Tak bardzo za nim tęskniła. Nie widzieli się od trzech tygodni. Był świetnym dzieciakiem i nie zasłużył, by mieszkać w domu dziecka. Nikt na to nie zasługiwał, lecz on w szczególności. Powinien od samego początku być z nią. Od miesięcy mieszkać tam, gdzie spędził całe swoje dotychczasowe życie. Z kimś, kto go kocha i kto o niego zadba.
Gdyby nie system, z którym Waverly nie miała szans, już dawno temu byliby razem.
Utknęła w gąszczu procedur prawnych. Musiała pozamykać rozgrzebane sprawy, jak ta spadkowa, i wyjaśnić z bankiem swoją sytuację finansową, bo ta zmieniła się diametralnie z dnia na dzień. Wraz ze śmiercią rodziców prócz domu Waverly odziedziczyła pokaźną hipotekę i dwa niespłacone kredyty, które zaciągnęli kilka miesięcy wcześniej.
I choć pragnęła zająć się bratem od razu, doskonale wiedziała, że nikt przy zdrowych zmysłach nie przyznałby jej nad nim opieki, a już tym bardziej żaden sąd. Jeszcze jakiś czas temu Waverly nie było na nic stać. Hipoteka, koszty życia, rata za sprzęt, a dodatkowo wydatki Matthew… Musiała udowodnić, że w ogóle posiada jakiekolwiek środki finansowe, dzięki którym mogła go utrzymać.
Na szczęście nadszedł dzień, gdy w końcu, po wielu miesiącach, po licznych wnioskach i planowaniu rozpraw, miała okazję wszystko naprawić. Wziąć na swoje barki opiekę nad rezolutnym siedemnastolatkiem, którego kochała całym sercem. I choć zdawała sobie sprawę, że będzie ciężko, pragnęła to zrobić. Z utęsknieniem, ale i pewnym stresem oczekiwała jutrzejszej rozprawy, na której sąd miał orzec, czy przekaże jej opiekę nad Matthew. Musiał to zrobić, bo Waverly nie wyobrażała sobie innej możliwości.
Westchnęła ciężko i powróciła wzrokiem do ekranu z przeskakującymi okienkami. Powieki jej drgały, a palce samowolnie błąkały się po klawiaturze, tworząc nowe, silniejsze hasła. Tego dnia nie myślała o tym, co robi. Pracowała jak na autopilocie, zajmowała się niemal tym samym co każdego dnia.
Jako inżynier do spraw bezpieczeństwa IT w Moore Lab odpowiadała za analizę zagrożeń. Sprawdzała zabezpieczenia dostępu, ochraniała stacje robocze i serwery, choć najwięcej czasu spędzała nad szyfrowaniem danych. Do jej obowiązków należało także przeprowadzanie testów penetracyjnych. I choć to właśnie tym powinna się teraz zajmować, jej myśli wędrowały wszędzie, tylko nie tam, gdzie były potrzebne.
Dwa kwadranse później westchnęła pokonana. Zesztywniały jej mięśnie, a głowa pulsowała boleśnie, zwiastując nadchodzącą migrenę.
Odepchnęła się od biurka i wstała z fotela, rozprostowując kości. Chwyciła w dłoń pusty kubek i ruszyła w kierunku niewielkiego pomieszczenia znajdującego się na końcu korytarza, w którym spotykali się wszyscy planujący choć na moment uchylić się od swoich obowiązków. Minęła grupkę roześmianych współpracowników, posyłając im coś na kształt półuśmiechu, a potem jej wzrok powędrował niżej, na brudną koszulkę. Czuła, że na nią patrzą, i wiedziała że myślą teraz o tym, jak niechlujnie tego ranka wygląda.
I co z tego?
Przewróciła ostentacyjnie oczami, ignorując wścibskie spojrzenia. Nikt z nich nie był dla niej na tyle ważny, by przejmowała się tym, co o niej sądzą.
Gwałtownie odwróciła się do zebranych plecami. Wypłukała kubek i chwyciła czysty, który podstawiła pod ekspres. Z bolesnym uczuciem rozczarowania własnym życiem nacisnęła przycisk na panelu dotykowym i zaciągnęła się wspaniałym aromatem świeżo zmielonej arabiki. Z wiszącej po prawej stronie szafki wyciągnęła paczkę ciastek Snickerdoodles, które podkradła w zeszłym tygodniu otyłej Karen z księgowości, i ułożyła dwa na małym porcelanowym talerzyku przed sobą. Kobieta nie powinna ich jeść. A ona oddała jej tylko przysługę, dbając o jej kruche zdrowie i figurę.
Postawiła na talerzyku kubek z kawą, po czym w towarzystwie dziwnych, niekoniecznie dyskretnych spojrzeń powróciła do swojego biurka.
Ponownie zerknęła na zegarek, a na usta cisnął się jej szereg pytań.
Dlaczego czas tak wolno płynie?
Dlaczego moje życie jest niekończącym się ciągiem komplikacji?
Dlaczego nie może być prościej?
Gdy w końcu wybiła tak bardzo wyczekiwana przez nią czwarta po południu, Waverly poderwała się z miejsca jak oparzona. Nie minęła nawet minuta, a ona stała już gotowa do wyjścia z plecakiem w dłoni. Zignorowała stojący na biurku brudny kubek oraz talerzyk z okruszkami ciastek, obiecując sobie, że posprząta jutro. Chociaż nie – pomyślała. Jutro miała przecież wolny dzień z uwagi na rozprawę Matthew. No nic. Wzięła naczynia i pobiegła do socjalnego, przy okazji o mało nie potknęła się o kończyny Landona Knoxa. Brunet w lnianej koszuli i czarnych garniturowych spodniach stał oparty o ścianę. Gdy się zatrzymała tuż przed nim, do jej nozdrzy dotarł ciężki, duszący zapach jego perfum wymieszany z wonią papierosów, które widocznie niedawno palił. Wzdrygnęła się, czując tę paskudną mieszankę.
Mężczyzna spojrzał na nią z ukosa, a potem zjechał wzrokiem na jej koszulkę oraz rozczochrane włosy i posłał jej pełen politowania uśmiech.
– Gdzie się tak spieszysz, Woods? – spytał lekko zachrypniętym głosem.
– A co? – prychnęła.
– Nie potrafisz odpowiedzieć na proste pytanie? – Uniósł brew.
– Od kiedy interesuje cię moje życie, Knox? – odburknęła.
– Odkąd prawie mnie staranowałaś, blondi – zakpił.
– Och. Wybacz, książę, ale się spieszę. Nie mam czasu na pogaduszki. A już w szczególności takie, które mnie nudzą – uprzedziła jego kolejne pytania. – Masz. Skoro ci się nudzi, to… włóż to do zmywarki. Ja muszę lecieć. – Wcisnęła w jego dłonie brudny kubek i talerz, po czym uciekła, zanim zdążył zaprotestować.
– Hej! Woods! Żarty sobie robisz? – wykrzyczał za nią. – Wracaj tu!
– Bądź tak dobry i przestań się drzeć, Knox – skarciła go Loren, dziewczyna pracująca w dziale analiz. Na co dzień odpowiadała za analizę złośliwego oprogramowania. Była małym rudym geniuszem potrafiącym rozłożyć każdego wirusa na części pierwsze. – Po prostu wstaw te brudne naczynia i przestań się awanturować.
– Baby.
– Jak masz jakiś problem…
– A żebyś wiedziała, że mam…
– No to słucham. Wyżal się. Śmiało… Chętnie posłucham.
Waverly nie dosłyszała dalszej rozmowy Loren i Landona, gdyż opuściła pokój socjalny, zanim zdążyli rozkręcić swoją cotygodniową kłótnię. Za każdym razem kończyła się identycznie – nie odzywali się do siebie przez kilka kolejnych dni tylko po to, by potem rozpocząć swoją odwieczną słowną przepychankę od początku.
Waverly wróciła do biurka i wyłączyła monitory. Pospiesznie chwyciła niewielki skórzany plecak i przerzuciła go przez ramię. Upewniła się tylko, że włożyła do niego kluczyki od auta i domu oraz telefon, po czym pognała w stronę korytarza.
Wbiegła do windy i zjechała na parter, a potem wypadła z budynku i skręciła w boczną uliczkę, gdzie tego dnia zaparkowała. Minęła słynny Roosevelt Hotel przy 45th East Street i przystanęła przed starym, wysłużonym autem. Wsunęła się na fotel Chryslera, przekręciła kluczyk w stacyjce i wyjechała z parkingu. Włączyła się do ruchu i popędziła w kierunku Queens, największej dzielnicy Nowego Jorku, gdzie mieszkała od urodzenia. Rodzice kupili tam dom, gdy Waverly miała zaledwie kilka miesięcy.
Zostawiła za sobą najwyższe drapacze chmur i wjechała na Most Queensboro, który łączył jej rodzinną dzielnicę z Manhattanem, gdzie pracowała.
Spojrzała na malowniczy krajobraz East River i westchnęła cicho, jakby z ulgą. Podkręciła lecącą w radiu piosenkę i nucąc, uśmiechnęła się do swojego odbicia w bocznym lusterku. Dzięki temu, że zjechała górnym poziomem wychodzącym wprost na 62nd Street, uniknęła tak zwanego korkowego za przejazd płatną strefą w godzinach szczytu, a potem skierowała się bezpośrednio do centrum Queens.
Kwadrans później parkowała już przy 82nd Street. Spojrzała zza szyby na wysłużony budynek z czerwonej cegły, a wspomnienia szczęśliwych chwil, które w nim spędziła, zalały jej umysł. Wspomnienia idealnych momentów. Jej dzieciństwa, wczesnej młodości i powrotu do domu po studiach.
Z plecakiem w dłoni zatrzasnęła poobijane drzwi starego Chryslera, którego zostawił po sobie jej ojciec. Mimo że lata świetności miał już dawno temu za sobą, Waverly nie potrafiła się go pozbyć. Stanowił dla niej wartość sentymentalną. Co chwilę naprawiała stary alternator, a i tak ani razu nie przeszła jej przez głowę myśl, by sprzedać wóz. Kochała tego szarego gruchota. Może dlatego, że czuła w nim obecność taty. Z Forda mamy, którym rodzice jechali tamtego dnia, nic nie zostało. Od razu został zezłomowany.
Waverly zjadła późny obiad, wykąpała się, a resztę wieczoru spędziła na kanapie, próbując odgonić od siebie stres. Robiła wszystko, by nie myśleć o tym, co czeka ją nazajutrz. Rozprawę sąd wyznaczył na dwunastą, zatem miała sporo czasu, by ponownie przejrzeć dokumentację i zadzwonić do prawnika.
Popijała gorącą herbatę, nucąc cicho. Christopher uspokoił ją nieco, mówiąc, że wygraną ma w garści. Sąd przychyli się do jej wniosku, bo nie było podstaw, by go odrzucić. Przynajmniej teoretycznie. Spełniała wszystkie niezbędne warunki. Posiadała dom, cieszyła się nieposzlakowaną opinią, miała dobre referencje i pracę, dzięki której zarabiała tyle, że starczało jej na opłacenie rachunków, hipoteki i zostawało jeszcze trochę na inne wydatki.
Do łóżka trafiła chwilę przed jedenastą. Nie było jej jednak dane pospać zbyt długo, gdyż raptem dwa kwadranse później obudził ją dzwonek telefonu. Odkopała w pościeli aparat, spojrzała na ekran i zamarła na kilka sekund.
Telefonował Brad Chabert, jej bezpośredni zwierzchnik.
Cholera.
To zdecydowanie nie wróżyło niczego dobrego.
– Waverly? – spytał, gdy odebrała.
– Tak.
– Śpisz?
– Próbowałam – odparła zgodnie z prawdą. – Brad, coś się stało?
– Masz pół godziny, by zjawić się w biurze – warknął do słuchawki.
– Co? Dlaczego? – Odchrząknęła.
– Czego nie zrozumiałaś? – wysyczał z irytacją.
– Ale…
– Nie interesuje mnie, jak to zrobisz, Woods – przerwał jej.
– Powiesz mi, po co mam przyjechać? Nie wiem, czy jesteś świadomy, ale jutro mam wolne… – nie dawała za wygraną.
– Dowiesz się na miejscu. To nie zabawa w przedszkole, a poważna firma. Dwa kwadranse i ani minuty więcej.
– Będę – wymamrotała pospiesznie, po czym wyskoczyła z łóżka.
Wsunęła na ciało koszulę i ciemne dżinsy. Uczesała i wymodelowała na końcówkach swoje krótkie blond włosy, a usta pociągnęła błyszczykiem. Łącznie zajęło jej to ze dwie minuty. Zanim wybiegła z domu, chwyciła leżące na starej dębowej komodzie kluczyki. Przez całą drogę zastanawiała się, co musiało się stać, że Brad zmuszony był wezwać ją do firmy o tak późnej porze, praktycznie w środku nocy. Podobna sytuacja jeszcze nigdy się nie zdarzyła, a przecież pracowała dla nich od dwóch lat.
Gdy odbiła swoją kartę dostępu i przekroczyła próg Moore Lab, dochodziła północ.
– Brad… – urwała, dostrzegając czekających mężczyzn. Spojrzeli na nią wymownie, lecz w żaden sposób nie skomentowali jej obecności. Skinęli jej tylko głowami i czekali na rozwój wydarzeń.
– Dajcie nam chwilę – poprosił Chabert.
Mężczyźni zniknęli w sali konferencyjnej.
Brad oparł się o blat jej biurka i przymknął na moment powieki. Starał się zebrać myśli i przekazać wszystko Waverly w jakiś cywilizowany sposób.
– Coś się stało? – spytała. – Wytłumacz mi…
– To chyba ty powinnaś się teraz tłumaczyć, nie ja – warknął. Zmierzwił ciemne włosy dłonią i zacisnął na nich palce. Denerwował się, co było do niego niepodobne. Waverly zdała sobie sprawę, że nigdy wcześniej nie widziała go tak niespokojnego, a to tylko oznaczało kłopoty. Stres powoli zaczynał dopadać i ją.
– Nie rozumiem. – Zmarszczyła brwi, a jej ramiona opadły. Nie miała pojęcia, o co mu chodzi. I nie planowała bawić się w zgadywanki. Była na to zbyt zdenerwowana.
– Kwadrans po osiemnastej ktoś włamał się do bazy kancelarii Stephena Rootha – odparł, po czym westchnął. Przez cały ten czas obserwował jej reakcję.
Waverly miała wrażenie, że przestała oddychać. Brała coraz to płytsze wdechy, a jej błękitne oczy zaszły mgłą.
– Co…? – wyszeptała.
– Chyba nie muszę ci tłumaczyć, w jaki sposób działa atak hackerski.
– Nie – zaprzeczyła. – Wiem, jak działa.
– Skradziono dane aktualnie prowadzonych spraw oraz wymazano foldery z aktami z 2020 i 2022 roku.
– Jak to możliwe? Przecież dziś… – urwała, przełykając nerwowo ślinę. Przecież dziś sprawdziłam wszystko – miała już na końcu języka. Niestety słowa te nie przeszły jej przez gardło. Nie było sensu kłamać. Już i tak niewiele by to zmieniło.
– Jutro rano Rooth ma rozprawę, do której przygotowywał się miesiącami. Na dysku były wszystkie dowody gromadzone przez Stephena przez ostatnie trzy lata. To dość głośna sprawa. Resztę sama sobie dopowiedz. Jesteś inteligentna.
– Chryste… – Waverly potarła oczy dłońmi. – Ja…
– Wytłumacz mi coś, bo nie rozumiem…
Milczała, czując na sobie spojrzenie zwierzchnika.
– Jakim cudem ktoś to zrobił pod twoim nosem? – spytał. – Z tego, co się orientuję, to właśnie ty odpowiadasz za sprawdzenie zapór i wszystkich zabezpieczeń. Każdego pierdolonego dnia. Przychodzisz do pracy i wszystko sprawdzasz. Dbasz, by nasi klienci mogli spokojnie spać. A może się mylę?
– Nie. Nie mylisz się. – Waverly przymknęła powieki. Z jej piersi wyrwało się jedynie ciche sapnięcie.
– Sprawdziłaś to dziś? Wykonałaś skan podatności? Nie dostaliśmy raportu z testów, który powinnaś wysłać do szesnastej – kontynuował, nie czekając na jej wyjaśnienia.
– Bo… zrobiłam je tylko częściowo – odparła zgodnie z prawdą.
– Słucham? – Zmarszczył brwi. – Jak to, kurwa, „częściowo”?
– Ale przed wyjściem przetestowałam przywracanie danych z kopii zapasowej. Wszystko działało bez zarzutu. – Palce Waverly nerwowo błądziły po krawędzi paska torebki. Usta zadrżały jej lekko, ale starała się mówić spokojnie. Przecież nawet jeśli zrobiłaby ten skan w całości, atak i tak mógłby się udać. Jeśli ten, kto za nim stał, znał się na rzeczy…
– Jak widać, to nie wystarczyło – prychnął Brad. – Atak był celowany. Zależało im na konkretnych folderach. Część pozostała nietknięta. Zniknęły tylko te najważniejsze. Według raportu uruchomiłaś eksploity w trybie active.
Słucham?
Jakim cudem?
Przecież nie ma takiej możliwości…
– Kurwa.
– No kurwa. – Westchnął, łapiąc się za nasadę nosa. – Nie usunęłaś payloadu, dzięki czemu pozostała luka, z której chętnie skorzystał nasz hacker. Już zapomniałaś sprawę Equifax z 20172?
Waverly przełknęła z trudem. Doskonale wiedziała, o czym mężczyzna mówił. Była to najgłośniejsza ze spraw, o jakich słyszała. Mimo to nie pozwoliła sobie na łzy.
– I co teraz? – spytała, choć chyba wolałaby nie wiedzieć. Poczuła, jak jej dłonie drżą, a wargi mimowolnie się rozchylają. Miała problem, by zaczerpnąć powietrza.
– Twój błąd kosztował firmę pięć milionów dolarów. – Waverly przełknęła głośno ślinę. – Minimum. Masz szczęście, że nasze ubezpieczenie pokryje całkowicie tę kwotę – kontynuował Chabert. – Musimy zapłacić karę za niewywiązanie się z powierzonej nam ochrony. Firma poniesie konsekwencje prawne i finansowe. Czeka nas prawdopodobnie wypowiedzenie umowy świadczenia usług dla kancelarii Rootha. Wątpię, by chciał nas zatrudniać po czymś takim. Ja bym nie chciał. Błąd leży po naszej stronie, co bezsprzecznie wynika z raportu. Jednym słowem, spierdoliłaś, Waverly, i osobiście poniesiesz konsekwencje – skwitował.
– Przecież ja tylko… – urwała, widząc gromy w oczach Chaberta.
Zamilkła od razu.
– Szef strasznie się wkurwił. Już dawno nie widziałem go tak zirytowanego. Specjalnie tu przyjechał, by osobiście ratować sytuację. Stephen Rooth chce pozwać firmę. Będzie niezłe szambo. Jeśli ktoś się o tym dowie, nasze akcje polecą w dół. Jeśli sądziłaś, że ci się upiecze, to…
– Jakiego typu konsekwencje mnie czekają? – przerwała mu nagle. Domyśliła się, że Moore nie pozostawi tego bez odpowiedzi. Pytanie tylko, jak dotkliwą karę otrzyma ona.
Obetnie jej pensję?
Pozbawi awansu, o który się starała?
Tak… Z pewnością nie miała już co liczyć na wyższe stanowisko…
Cholera.
– Myślę, że już to wiesz – syknął Brad.
– Co wiem? – Waverly uniosła brew, przyglądając się mężczyźnie z niezrozumieniem. Nie mógł mówić wprost, zamiast bawić się w pieprzone domysły?
– To dla ciebie. – Chabert wyjął z kieszeni białą kopertę i podał ją jej.
Powoli wysunęła ze środka kartkę i niemal zakrztusiła się śliną. Zacisnęła palce na kawałku papieru i odchrząknęła. Poczuła, jak jej serce zaczyna walić. Przez moment patrzyła na rozmywające się litery. Dopiero gdy dotarło do niej znaczenie poszczególnych słów, wpadła w złość. Gniew, jaki zawrzał w jej żyłach, nie był dobrym doradcą. Ponownie spojrzała na kartkę i zmięła ją w pięści.
Wypowiedzenie umowy o pracę ze skutkiem natychmiastowym wraz z odpowiednim wpisem do akt.
Co takiego?
Ale…
Nie.
Nie.
Nie.
Nie może…
Kurwa.
Chryste.
Zwolnił mnie.
Tak po prostu…
I to dyscyplinarnie.
Jezu…
Nie wierzę.
I co ja teraz zrobię?
Potrzebuję tej pieprzonej pracy.
Bez niej jutro…
Waverly zagryzła mocno wargę i na moment oderwała wzrok od kartki, którą trzymała w dłoni.
– Jest teraz w firmie? – spytała, zrywając się z miejsca.
– Kto? – Chabert uniósł ciemną brew.
– Szef. Dexter Moore – doprecyzowała.
– Jest, ale…
Waverly nie słuchała go już. Ruszyła wprost do gabinetu prezesa. Wpisała kod na panelu windy i wjechała na siedemdziesiąte czwarte piętro. Minęła przeszklone biura i hol, a także pokoje Chloe i Gabriela, z którymi najczęściej współpracowała w ciągu minionego roku. Wstyd się przyznać, lecz Dextera Moore’a nigdy nie poznała. Nie miała pojęcia, jak mężczyzna wygląda. Wiedziała tylko, że znajdzie go w gabinecie. Słyszała już wcześniej plotki, że gdy przyjeżdżał do firmy, zaszywał się w nim na wiele godzin. Mogła się założyć, że był już stary i zmęczony pracą, dlatego tak często działał zdalnie z domu. Do tej pory niespecjalnie ją to interesowało. Wolała skupić się na pracy niż trwonić czas na analizowanie domysłów biurowych plotkar.
– Mogę? – spytała, mijając stanowisko Sary, asystentki prezesa. Na oko czterdziestoletnia kobieta siedziała wyprostowana jak struna przy biurku, stukając czarnymi szpilkami o marmurową posadzkę. Jej długie czerwone paznokcie sunęły po klawiaturze, wzrok miała wbity w monitor.
Waverly nie zdziwiło, że i ją ściągnięto do firmy o tak nieludzkiej porze. Dawało to jednak nadzieję, że szef jeszcze nie wyszedł. Był to zdecydowanie dobry znak.
Asystentka przechyliła głowę w stronę Waverly i spojrzała na nią, mrużąc miodowe oczy.
– Spytam – oznajmiła. Zarzuciła długie czarne włosy na ramię i podniosła się z fotela. – Waverly Woods. No tak… – przeczytała widoczne na jej plakietce dane i odwróciła się. Podeszła do drzwi gabinetu i zastukała w nie.
Waverly stała nieruchomo, opierając się lekko biodrem o biurko Sary. Miała wrażenie, że czas przestał płynąć. Przez moment słyszała tylko ciche pomruki, potem asystentka zamknęła drzwi biura i podeszła do niej wolnym krokiem. W ogóle się nie spieszyła. Jak widać, jako jedyna miała tej nocy czas. Waverly dostrzegła na jej twarzy ledwo widoczny grymas. Sara rozejrzała się dookoła, upewniając się, że nikt prócz Waverly jej nie słyszy, po czym powiedziała, ściszając głos:
– Pan Moore pani nie przyjmie.
– Słucham? – Waverly zamrugała niespokojnie. Dopiero po chwili dotarło do niej, co usłyszała.
– Prezes Moore stwierdził, że nie widzi sensu rozmowy z panią. Podjął nieodwołalną decyzję i powinna pani być wdzięczna, że nie ma czasu ani ochoty na włóczenie się po sądach. W przeciwnym razie otrzymałaby pani pozew na kwotę będącą równowartością kary, jaką firma musi zapłacić za tę… hmm… rażącą niekompetencję.
– Proszę mnie wpuścić. – Waverly nie odpuszczała. Zrobiła krok do przodu, lecz wtedy poczuła delikatny uścisk na ramieniu. Miał być dla niej ostrzeżeniem. – Muszę mu wszystko wyjaśnić! Przecież…
– Dla pani dobra radzę przestać krzyczeć i wrócić do domu. – Sara wyglądała na szczerą, gdy to mówiła. – Prezes jest w takim stanie, że nie ręczę za niego. Już dawno nie widziałam go tak wściekłego. Obawiam się, że spełniłby każdą z gróźb. Może lepiej będzie przyjąć to, co zaoferował. To i tak dobroduszne z jego strony…
– Jak mam się zgodzić na dyscyplinarkę z wpisem do akt?! – grzmiała. – Chyba jest chory psychicznie, jeśli sądzi, że…
– Waverly – przerwała jej Sara i uniosła palec. Musnęła nim jej wargi, na co Waverly zadrżała. – Wracaj do domu. Jeśli wejdziesz tam bez jego zgody, będę zmuszona wezwać ochronę. Naprawdę tego chcesz? Mało ci jeszcze kłopotów? Nie dokładaj sobie ich więcej. Nie pogarszaj tej niekomfortowej dla każdej ze stron sytuacji.
Waverly zrobiła krok w tył i przyjrzała się asystentce. Dopiero teraz zaczynało do niej docierać znaczenie słów Sary. Tyle tylko, że gdy odpuści, może pożegnać się z karierą na podobnym stanowisku. Wpis do akt od samego prezesa Moore Lab był jak pieprzony wyrok śmierci. Równie dobrze mogła zacząć składać CV do firm sprzątających biurowce. Z podobną historią zatrudnienia nie zaoferują jej niczego innego.
Jestem skończona.
Przecież to był tylko jeden dzień.
Jedno niedopatrzenie, a to nawet nie błąd.
Nie mogła uwierzyć w to, co się działo. Stała nieruchomo, a jej klatka piersiowa unosiła się i opadała. Połykała nerwowo powietrze i jeszcze przez dłuższy czas wpatrywała się w drzwi gabinetu Dextera Moore’a.
Nawet do niej nie wyszedł.
Nie miał jaj, by zmierzyć się z nią osobiście.
Jeszcze nikt nie potraktował Waverly Woods w ten sposób.
Jak rzecz, która się zepsuła i której nie warto naprawiać, lecz należy od razu wyrzucić do śmietnika.
Nie chciał jej wysłuchać, umożliwić przedstawienia drugiej wersji wydarzeń. Jej wersji. Wytłumaczyłaby mu przecież, dlaczego tak się stało. Powiedziałaby, że ona również ma dobre ubezpieczenie, które pokryje wszelkie straty, że sama poniesie konsekwencje finansowe i przeprosi, a także porozmawia z Roothem i przekona go, by od nich nie odchodził. Chciała wziąć na siebie wszystko i zrobiłaby to tylko po to, by zachować stanowisko. Mogłaby nawet zgodzić się na degradację, choć i tak zajmowała jedno z niższych stanowisk w firmie.
Potrzebowała tej pracy.
Tak bardzo jej teraz potrzebowała.
Bez niej wszystko legło w gruzach.
Szef jednak postawił na niej krzyżyk, już zanim dotarła do biura. I cokolwiek by nie powiedziała, nie miało to dla niego znaczenia.
Odwróciła się i odeszła. Zostawiła na biurku identyfikator. Do koperty, którą wcześniej wcisnął w jej dłoń Brad Chabert, wsunęła zapisaną odręcznie kartkę i zakleiła. Zaadresowała i rzuciła ją ze złością na blat.
Wyszła z biura z nadzieją, że notka nie wpadnie w niepowołane ręce i Dexter Moore otrzyma ją już wkrótce.
Wybiegła z wieżowca, nie oglądając się za siebie.
Do domu wróciła godzinę później, bo jeszcze przez długi czas krążyła po pustych ulicach Queens, próbując uspokoić skołatane nerwy. Wiedziała, że z konsekwencjami przyjdzie jej się zmierzyć kolejnego dnia.
1 Historia nazywania Nowego Jorku jako The Big Apple sięga początku XX wieku. W latach 20. zaczął ją stosować John J. Fitzgerald, dziennikarz sportowy „New York Morning Telegraph”.Używał tego określenia jako metafory nagrody – najlepszego miejsca do wyścigów. Jabłko było symbolem kuszącego, atrakcyjnego, dużego i pełnego możliwości miasta, w którym spełniały się najskrytsze marzenia wielu muzyków, przedsiębiorców i artystów. Na cześć Fitzgeralda miasto Nowy Jork sfinansowało mu nowy nagrobek na cmentarzu w Queens z tabliczką, że to on jest twórcą słynnego określenia.
2 Equifax to jedna z największych firm zajmujących się oceną zdolności kredytowej (tuż obok TransUnion i Experian). W 2017 roku hackerzy wykorzystali eksploit w trybie aktywnym, po czym włamali się do systemu i ukradli dane osobowe, numery ubezpieczenia społecznego, daty urodzenia i adresy 147 milionów osób, co stanowiło połowę populacji USA. Przez 76 dni atakujący przebywali w sieci Equifax bez wykrycia. Konsekwencje finansowe opiewały na kwotę ponad 700 milionów dolarów.
12 godzin wcześniej
Odziany w czerń wysoki mężczyzna pochylił się po raz ostatni nad rozkopanym grobem. Jego stopy tonęły w morzu białych kwiatów. Spojrzał na drewnianą tabliczkę i posłał w jej stronę krzywy uśmiech. Ile by dał, by jego ojciec był tu teraz z nim. Niestety nie potrafił cofnąć czasu, a tym bardziej przywrócić mu życia. Był zdolnym człowiekiem, lecz wskrzeszanie akurat nie należało do jego umiejętności.
Dexter poprawił czarny krawat, który przekrzywił się, gdy się pochylał, i zrobił krok w tył. Poczuł obecność przyjaciół, która dodawała mu otuchy tego ponurego dnia. I choć słońce w końcu przedarło się przez warstwę chmur, a ranek był piękny, nastrój Dextera pozostawiał wiele do życzenia.
Pełnym smutku głosem podziękował bliskim za ich obecność i zaprosił na stypę. Podążał w ciszy za zgromadzonymi gośćmi. Dopiero przy aucie dostrzegł Riccarda i Bruna, którzy wspierali go w tym przykrym obowiązku, jakim było pochowanie ojca.
I choć nie łączyły ich więzy krwi, Moore wiedział, że mężczyźni skoczyliby za nim w ogień. Co zresztą udowadniali mu każdego dnia. A on odwdzięczał się tym samym. Zrobiłby dla nich wszystko. Ochroniłby ich własną piersią. Riccardo i Bruno byli jak bracia, których nigdy nie miał. Stali mu się bliżsi niż własny ojciec, który pod koniec życia nie chciał z nim zbytnio rozmawiać. Od miesięcy mijali się i żaden nie planował do drugiego nawet zadzwonić. O śmierci taty Dexter dowiedział się od znajomego komisarza, który zatelefonował do niego tego dnia. Milton Moore został odnaleziony w swojej nowojorskiej willi. Leżał w łóżku do momentu, aż któregoś ranka sprzątaczka odnalazła jego zwłoki. Wynik sekcji wykluczył udział osób trzecich. Raport wykazał, że w mózgu Miltona Moore’a rósł tętniak, który w końcu pękł, gdy ten zapadł w sen. Rozwijał się bezobjawowo przez wiele lat, aż w końcu stał się przyczyną jego śmierci.
***
Gdy dzień chylił się ku końcowi, zmęczony i rozdrażniony Dexter wpakował się za kierownicę swojego czarnego Dodge’a Chargera, który przywodził na myśl słynne filmy akcji. Poniekąd jego fascynacja rozpoczęła się właśnie od nich i Dominica Toretto, który jeździł wersją z dziewięćset siedemdziesiątego, nieco bardziej zmodyfikowaną, z charakterystycznymi felgami i sportowym tunelem. Ale Dexter tego nie potrzebował. Kupił odpowiednik prosto z salonu z imponującą mocą ponad siedmiuset koni mechanicznych w wersji SRT Hellcat.
Gdy odpalił silnik, prócz przyjemnego dla uszu mruczenia w aucie rozbrzmiały także nuty jego ulubionej składanki. Nieco mrocznej i klimatycznej, spokojnej jak on sam. Pieściły jego zmysły, częściowo odganiając ból po stracie ojca.
– Jeszcze tylko chwila szopki i będzie po wszystkim – powtarzał sobie, puszczając piosenkę w zapętleniu.
Musiał pojawić się na moment na stypie, nim w końcu będzie mógł zakończyć ten trudny etap i wrócić do swojego pustego, cichego domu.
***
Wiedział, że nie powinien pić, a mimo to umoczył usta w alkoholu. Ledwo co, a jednak. Potrzebował chociaż jakiejś imitacji jego smaku. Oparł umięśnione przedramiona o kontuar baru i zlizał pozostałość whisky z warg. Zanim kogokolwiek usłyszał, poczuł klepnięcie w ramię. Skrzywił się lekko i uniósł wzrok. Spojrzał w czarne jak węgiel oczy, uśmiechając się lekko.
– Jak się trzymasz? – Riccardo przysiadł na stołku tuż obok niego.
Jego najlepszy przyjaciel był wysoki i potężny, prawie dziesięć centymetrów wyższy od niego. Mierzył ponad dwa metry i gdziekolwiek się nie pojawiał, zawsze roztaczał dookoła aurę tajemnicy i cholernego niebezpieczeństwa. Ludzie drżeli na samą myśl o tym, że na nich spogląda.
Inaczej było z Vitalim, który przeczesał dłonią włosy w odcieniach ciemnego blondu i posłał w jego stronę ciepły, porozumiewawczy uśmiech. Przypominał raczej angielskiego lorda, chłopca z wyższych sfer niż prawą rękę szefa nowojorskiej mafii. Rozsiadł się po jego lewej stronie. W szytym na miarę grafitowym garniturze w prążki wyglądał tego wieczoru jak żywcem wyjęty z okładki modowego magazynu. Zamówił wódkę z lodem, a gdy barman podał mu szklankę, podziękował skinieniem głowy.
– Jakoś – odburknął Moore. – Nie za ciekawie, jeśli mam być szczery. Nie przepadałem za nim, ale miałem tylko jego. Teraz zostałem kompletnie sam.
– To zrozumiałe. Straciłeś ojca. To raczej nie powód do radości – zauważył Riccardo.
– Powiedzmy… Nawet nie wiem, dlaczego jest mi przykro. Nie mieliśmy zbyt dobrych kontaktów.
– Bo obaj żyliście swoimi firmami – wtrącił Bruno.
– Wszyscy go lubili – przyznał Marchetti. – Choć w sumie to nie wiem dlaczego. Był z niego kawał chuja.
– Szkoda tylko, że dzisiaj tego nie okazują. Nie ma tu żadnego z jego przyjaciół. Ciekawe dlaczego… – wysapał Dexter.
– W takich sytuacjach widać, kto był prawdziwym przyjacielem, a kto tolerował go tylko ze względu na jego pieniądze. W tym przypadku jednak wygrało to drugie.
– Zawsze tak jest – zauważył Bruno. – Kasa przyciąga przyjaźnie. Później się okazuje, że to tylko mrzonki. A w szczególności przyciąga laski. Dlatego nigdy nie pokazuj tego, ile masz kasy – polecił, wbijając w ramię Dextera palec wskazujący. – Jeśli taka dowie się, że jesteś miliarderem, masz przejebane.
– Widziałeś te babki, które na nas spoglądają? Te w rogu? – mruknął Marchetti i skrzywił się lekko. Stale kogoś obserwował, weszło mu to już w nawyk.
– Taa. – Dexter posłał mu pełen politowania uśmiech. – Szkoda gadać.
– Kto to? – spytał zaciekawiony jego reakcją Bruno.
– Ta ruda to kochanka ojca – stwierdził beznamiętnym tonem. – Madison Green. A te obok to jej siostra i kuzynka. Nie wiem, dlaczego dziś tu przyszły. To zwykła dziwka, z którą kiedyś ojciec zdradzał matkę. Pewnie liczy na spadek.
– Twój ojciec miał kochankę? – Riccardo był wyraźnie zaskoczony jego słowami. – Nigdy o niej nie wspominałeś.
– To raczej nie temat do dumy.
– Ale przynajmniej ciekawy – zakpił Vitali.
– Chociaż tyle.
– Zastanawiam się, ile jeszcze ciekawych smaczków z jego życia wyjdzie po latach.
– Pewnie całkiem sporo.
– Nie zdziwiłbym się.
– Takie życie – mruknął Bruno.
– Jego prawnik już się odzywał? – Riccardo upił łyk whisky, a potem powrócił wzrokiem do przyjaciela.
– Tak. W piątek odczytanie testamentu – jęknął Moore. – Nie mam ochoty tam być. Nawet nie wiem, po co zgodziłem się na tę szopkę. I tak dostanę wszystko, co miał…
– Skąd wiesz?
– Serio? – Bruno uniósł brew.
– Kilka miesięcy przed śmiercią wspomniał o tym podczas krótkiej rozmowy. Jeśli nic się nie zmieniło, jestem jego jedynym spadkobiercą – wyjaśnił markotnym tonem.
– To chyba dobra informacja?
– Nie cieszysz się? – spytał Vitali.
– Mam tyle swojej kasy, że nie zdołam jej wydać do śmierci. A teraz jeszcze będę musiał zająć się nieruchomościami ojca i firmą. Same kłopoty. Nie chcę ich. Wolę to, na co sam zapracowałem. Nie potrzebuję jego aktywów.
– W razie czego masz nas. Pomożemy – stwierdził Riccardo.
– Jasne. Jak coś, to zawsze mogę zaopiekować się jedną z nieruchomości – zażartował Vitali.
– Z pewnością.
– Nie powierzyłbym ci żadnych nieruchomości – wtrącił Riccardo. – Każdą jedną doprowadzisz do ruiny.
– Bardzo, kurwa, zabawne.
Dexter mruknął coś i przymknął na moment powieki. Uwielbiał ich konwersacje i przekomarzania, lecz w tym momencie pragnął zniknąć. Wsiąść do auta i wrócić do swojego domu w lesie.
– Mam ochotę stąd iść – jęknął. – Czuję się jak małpa w zoo. Wszyscy się na mnie gapią.
– Jeśli chcesz, możemy się zawinąć… Jechać gdzieś, gdzie…
Wypowiedź Bruna przerwał głośny dźwięk telefonu Moore’a. Szybko wysunął aparat z kieszeni i zerknął na ekran. Ignorując karcący wzrok pozostałych gości, odebrał połączenie. Miał gdzieś to, co sobie o nim pomyślą.
– Mamy problem – usłyszał. Brad Chabert, szef działu cyberbezpieczeństwa w jego firmie, brzmiał na zdenerwowanego.
– Nie możesz poczekać z tym do jutra? – Odchrząknął. Nie za bardzo miał ochotę w takiej chwili na dramaty związane z firmą. Przetarł dłonią oczy, czekając na wyjaśnienia swojego bezpośredniego podwładnego.
– No właśnie nie bardzo.
– Co tym razem? – warknął, czując, jak gniew powoli zaczyna rozpychać jego żyły.
– Doszło do ataku…
Nie musiał mówić nic więcej.
Brad próbował mu w skrócie wytłumaczyć, co się stało, lecz Dexter już go nie słuchał. Wystarczyło, by wspomniał o kradzieży danych jednej z największych kancelarii adwokackich w Nowym Jorku.
– Będę za chwilę – przerwał Dexter mężczyźnie i poderwał się z miejsca.
Pożegnał przyjaciół i wsiadł do auta, by kwadrans później pojawić się na rogu 42nd Street i Vanderbilt Avenue, przed przeszklonym budynkiem nowojorskiej siedziby Moore Lab. Zaparkował na swoim miejscu, poprawił poły czarnej marynarki i wszedł do budynku, kiwając głową w stronę ochrony.
Zapowiadał się ciężki wieczór.
Dexter miał tylko nadzieję, że uda mu się ogarnąć jakoś ten bajzel.
***
– Nie mogę uwierzyć, że to spieprzyliście. Podstawową, kurwa, tak dziecinną rzecz. Przecież to są jebane podstawy! Nic skomplikowanego! Więc jakim… jakim cudem zostawiliście furtkę? No, kurwa, jakim!? – grzmiał, zaciskając palce na raporcie, który przed sobą miał. Był tak bardzo zły, a jego smętny nastrój dodatkowo tylko pogłębił wybuch złości.
Brad milczał. Tak samo jak czterech pozostałych szefów działów, których do siebie wezwał. Stali i spoglądali na niego z pewną obawą o swoje stołki. I dobrze. Zasłużyli, by ich wyjebał na bruk. I ten, kto dopuścił się tak rażącego błędu, z pewnością poniesie konsekwencje. Dexter był tego pewien. Skoro już Chabert ściągnął go tu z pogrzebu ojca, zamierzał teraz zrobić porządek.
– Stephen Rooth planuje pozwać Moore Lab – poinformował zgromadzonych.
– Co?
– Ale…
A czy to tak dziwne? – pomyślał. Na jego miejscu z pewnością zrobiłby tak samo.
– Przecież…
– A w ogóle może? – spytał stojący obok Chaberta brunet.
– Oczywiście, że może. A w czym tu widzisz problem? – warknął Moore, spoglądając z rozczarowaniem na Philippa Crowneya, szefa działu Business Intelligence, zajmującego się zbieraniem i analizą danych. Był cholernie inteligentny, ale, jak widać, otaczającej ich rzeczywistości nie ogarniał.
– Wyjdźcie. Muszę zadzwonić do Rootha i ogarnąć jakoś ten bajzel – zażądał.
Mężczyźni nie dyskutowali. Oddalili się pospiesznie. Tylko Chabert pozwolił sobie na to, by pozostać w gabinecie Dextera. Podszedł do jego biurka i oparł dłonie o szklany blat.
– Który z pracowników był odpowiedzialny za sprawy bezpieczeństwa kancelarii Rootha? – spytał z irytacją Moore.
– Jedna taka młoda… Niby inżynier do spraw bezpieczeństwa, a popełnia podstawowe błędy.
– Od jak dawna tu pracuje? – spytał, choć w sumie niewiele go to interesowało. Już niebawem nie będzie to jego sprawą.
– Zaczęła od razu po studiach. Może jakieś dwa lata – odparł Chabert. – Do tej pory nie było z nią problemów.
– Na pewno?
– Tak. Była moją bezpośrednią podwładną. Młoda, zdolna, pracowita.
Moore przewrócił oczami, wyklinając pracownicę pod nosem, a potem wrócił spojrzeniem do raportu. Czym były dwa lata pracy w porównaniu z kilkunastoma latami jego doświadczenia? Sam nigdy nie popełniłby tak dziecinnego błędu. Nawet w środku nocy, wybudzony ze snu, potrafiłby to ogarnąć. Jak widać, zatrudnił kogoś, kto temu nie sprostał.
– I to właśnie jest argument za tym, by nie zatrudniać tak młodych osób – stwierdził.
Chabert w odpowiedzi mruknął coś nieskładnie, lecz Dexter już włączył telefon i zignorował swojego rozmówcę. Wystukał wiadomość do Vitaliego, który po raz kolejny pytał, czy wszystko gra. Razem z Riccardem zmartwili się, bo tak szybko opuścił stypę. Domyślili się, że to, co wydarzyło się w firmie, musiało być ważne. Cholernie ważne. W przeciwnym razie zostałby z nimi, by wspominać ojca.
Dexter zmusił się, by ponownie spojrzeć w kierunku miejsca, gdzie nadal stał Chabert.
– Wiem, że jest późno, ale poproś Sarę, by zadzwoniła do kogoś z działu kadr i przygotowała wypowiedzenie – poinstruował mężczyznę.
– A muszę teraz?
– Tak.
Chabert wywrócił oczami i mruknął znudzonym głosem:
– Standardowe?
– Za to, co odwaliła? – zakpił Moore. – Dyscyplinarkę z wpisem do akt.
– Serio? Ale…
– Nie pozwolę, by inna firma stała się ofiarą niekompetencji jakiejś gówniary – wtrącił Dexter ze złością.
Chabert przełknął głośno ślinę.
Znał Waverly i nie do końca podobało mu się, jak zakończy pracę w Moore Lab. Nawet jeśli spieprzyła ochronę serwerów Rootha, widział w niej potencjał.
– Jasne. Jeszcze dziś je otrzyma – obiecał wbrew sobie.
– Wspaniale. A teraz zejdź mi z oczu, muszę naprawić to, co spieprzyła ta małolata.
Chwilę przed południem Waverly zaparkowała Chryslera na niestrzeżonym parkingu tuż obok stacji metra Parsons Boulevard – Jamaica Center. Wysiadła i spacerem dotarła do celu.
Kiedy przystanęła na środku chodnika i spojrzała w górę, na gmach sądu rodzinnego w Queens, poczuła, jak pojedyncza łza spływa po jej bladym policzku. Zacisnęła mocno palce na czarnej aktówce i westchnęła lekko. Granatowa sukienka Waverly powiewała na wietrze, zaś serce kobiety niebezpiecznie szybko pompowało krew. W akompaniamencie stukotu szpilek popchnęła duże, masywne drzwi i wkroczyła do przestronnego, wyłożonego imitacją marmuru holu.
– Och… jesteś!
Na te słowa Waverly się spięła. Christopher Davis szedł szybko w jej kierunku.
– Gotowa? – spytał.
– Tak – przyznała niechętnie. – Chodźmy.
Po drodze nakreśliła mu sytuację, w jakiej właśnie się znalazła. Gdy skończyła mówić, mężczyzna zaklął pod nosem.
– Nie ukrywam, że będzie ciężko. Odpada nam główny argument, na którym bazowaliśmy, przygotowując się do rozprawy. W takiej sytuacji sąd może zadecydować o odroczeniu lub odrzuceniu wniosku.
– Domyślam się – przyznała. Poprawiła sukienkę i weszła za mężczyzną do środka. – Niestety nie mogę nic teraz zdziałać.
Waverly miała nadzieję na odroczenie terminu rozprawy. Błagała niemo Christophera, by zrobił wszystko i podarował jej tym samym więcej czasu. Poprzednią noc spędziła na przeglądaniu ofert pracy. Musiała coś załapać, i to szybko. Cokolwiek. Wysłała CV do kilkunastu firm i czekała na odpowiedź.
***
– Z uwagi na brak aktualnego źródła utrzymania panny Waverly Woods wniosek o ustanowienie jej opiekunem prawnym Matthew Woodsa zostaje oddalony. Powódka nie dołączyła do wniosku umowy o pracę, a także oświadczenia o dochodach, w związku z czym nie jest możliwe wykazanie przez nią możliwości utrzymania nieletniego Matthew Woodsa. Wnioskodawca nie zapewnia odpowiednich warunków bytowych lub wychowawczych, co za tym idzie nie spełnia warunków o ustanowienie opiekunem prawnym chłopca. Dziecko pozostanie w ośrodku opiekuńczym, w którym przebywa aktualnie, z zastrzeżeniem, że może opuścić go dopiero w dniu ukończenia osiemnastego roku życia, przy spełnianiu określonych kryteriów. Powódka ma prawo ubiegać się o tak zwane weekendowe odwiedziny, co musi być uprzednio zatwierdzone odpowiednim wnioskiem do sądu rodzinnego. Posiedzenie uznaję za zamknięte.
Słowa sędziego Patricka Meyera docierały do Waverly jakby z oddali. Jej błękitne oczy zawilgotniały, a klatka piersiowa unosiła się i opadała, gdy łapała płytkie, urywane wdechy. Miała wrażenie, że powietrze, które wnika do jej płuc, podtruwa ją. Z każdym kolejnym oddechem czuła się gorzej. Traciła siły i chęci do życia. Cząstka niej samej właśnie umierała. Tak samo jak nadzieja na to, że dzisiaj zabierze Matthew do ich rodzinnego domu.
Otarła łzy i spojrzała na wychodzącego z sali sądowej Christophera.
– Przykro mi.
– Liczyłam się z tym – odparła cicho.
– Zawsze jednak była jakaś nadzieja…
– Nie łudziłam się co do tego – odparła Waverly. – Gdyby nie to wypowiedzenie…
– Możemy złożyć odwołanie – zauważył. – Jak tylko zmieni się twoja sytuacja finansowa, złożymy je. Dobrze?
– Dobrze – przytaknęła i nerwowym ruchem odgarnęła włosy z czoła.
– Daj znać, gdy będę mógł je przygotować. Postaram się o wyznaczenie nowego terminu rozprawy – obiecał.
– Dziękuję. Za wszystko – odparła ze smutkiem w głosie.
– Nie ma za co, Waverly. I tak niewiele zrobiłem.
– Zrobiłeś dużo.
– To moja praca.
– Wiem…
– Za godzinę mam kolejną rozprawę, a potem muszę skoczyć do kancelarii – stwierdził adwokat.
– Jasne… To… będziemy w kontakcie – mruknęła.
– Tak. W kontakcie – powtórzył Christopher, odprowadzając ją wzrokiem.
Waverly odwróciła się w stronę dużych drzwi, popchnęła je i opuściła budynek sądu.
Tego dnia odwiedziła brata w ośrodku opiekuńczym na Brooklynie. Jak się słusznie obawiała, była to najtrudniejsza rozmowa w całym jej dotychczasowym życiu. I zdecydowanie nie czuła się na nią gotowa. Musiała wytłumaczyć wszystko Matthew i z pokorą przyjąć jego rozczarowanie, wytrzymać pełne bólu spojrzenie i łzy. Sama też płakała. Tak długo, że nawet nie wiedziała, kiedy i jak dotarła do domu.
***
Dexter spojrzał po raz ostatni na pogniecioną kartkę, a potem wsunął ją do kieszeni spodni. Uśmiechnął się kpiąco do swojego odbicia w ekranie komputera, a potem uruchomił stronę banku. Przewrócił oczami na wspomnienie prośby przyjaciela i mruknął pod nosem ciche przekleństwo. Riccardo poprosił go, by znalazł wszystko na temat kobiety, która zalazła mu za skórę. I choć nie wiedział, jaki jest tego sens, zrobił to, co chciał Marchetti.
Upił łyk zimnej już kawy i zapobiegliwie odstawił kubek jak najdalej od drogiego sprzętu. Próbował ponownie skupić się na pracy, a i tak gubił w głowie myśli. Cały czas miał przed oczami nabazgrane słowa pracownicy.
Módl się, byś nigdy więcej nie spotkał mnie na swojej drodze.
Jawna groźba?
Być może.
Była jednak najbardziej zabawną rzeczą, jaka go ostatnio spotkała.
Na samą myśl o niej szczerzył się do siebie jak nastolatek, który coś przyćpał.
Jedyne, czego żałował, to że nie było mu dane ujrzeć miny dziewczyny w chwili, w której pisała tę notkę. Ile by dał, by zobaczyć złość w jej oczach. Te migające ogniki. Z pewnością ciskałaby w niego gromami.
Zaśmiał się cicho i wrzucił zmiętą kartkę do szuflady biurka, tuż obok kopii wypowiedzenia, które wręczył zwolnionej kobiecie Brad Chabert. Poprawił kołnierzyk białej koszuli, wysunął z mankietów uwierające go spinki i podwinął rękawy. Formalny strój był jedną z przyczyn, dla których nie bywał w firmie zbyt często. Zdecydowanie wolał swój stary, znoszony T-shirt i wyciągnięte na kolanach dresowe spodnie niż to, co miał dziś na sobie.
Nacisnął przycisk na interkomie i wezwał do siebie asystentkę, Sarę. Kobieta pojawiła się w jego gabinecie kilka sekund później.
– Zanieś to do działu kadr – oznajmił, gdy Hill zatrzymała się przy jego biurku, po czym wyciągnął ku niej wypowiedzenie Waverly Woods.
– Oczywiście – odparła, chwytając pospiesznie dokument. – Coś jeszcze, panie Moore?
– Słucham? – Uniósł rozkojarzony wzrok i na nią spojrzał.
– Czy coś jeszcze mam załatwić? – ponowiła pytanie.
– Nie.
– A może…
– Zrób mi kawę. Mocną – mruknął i dał znak, by wyszła. – A, i nie łącz z nikim. Planuję to skończyć, a potem wracam do domu. Przygotuj mi dane firmy młodego Blackwooda, których będę potrzebował na jutrzejszym spotkaniu. Chabert powinien już je mieć. Potem wezwij do mnie Johansona i przygotuj zestawienie wpływów za ubiegły kwartał.
– Nie ma problemu.
Sara uśmiechnęła się uprzejmie, a intensywne spojrzenie jej miodowych oczu omiotło sylwetkę Dextera. On jednak przywdział maskę. Zignorował natarczywy wzrok kobiety i wrócił do pracy. Jego ostre rysy twarzy emanowały siłą oraz determinacją, lecz także stoickim spokojem. Sara jeszcze przez moment mu się przyglądała, jakby chciała coś dodać. Rozchyliła nawet lekko pomalowane czerwoną szminką wargi, mając na końcu języka pewne słowa. Ostatecznie jednak odwróciła się na pięcie i opuściła gabinet. Czasami musiała się pohamować, by nie powiedzieć zbyt dużo.
Pracowała dla Dextera Moore’a od pięciu lat i za każdym razem, gdy oznajmiał, że ma zamiar zniknąć w czeluściach swojego dużego domu za miastem, nachodziła ją ochota, by nim potrząsnąć. Niestety nie potrafiła do niego dotrzeć. Był introwertykiem, człowiekiem zamkniętym w sobie, puszczającym mimo uszu wszelkie komentarze i niepodatnym na próby manipulacji. Od lat gazety rozpisywały się na temat jego osiągnięć, pomijając życie prywatne. Nikt nie potrafił dokopać się do jego sekretów, nie wiedział, gdzie mieszka ani co robi w wolnych chwilach. Pozostawał wycofany i nieufny. Nie bywał na oficjalnych przyjęciach. Robił to, co musiał, a potem znikał. W zaciszu domu przestawał być statystą w swoim własnym życiu i zaczynał egzystować naprawdę. Bez kłamstw i udawania.
Gdy minął najgorszy dzień jej życia, Waverly postanowiła przestać płakać i zacząć działać.
Bo co innego jej pozostało?
Tego ranka kancelaria Stephena Rootha była niemal pusta. Waverly od kwadransa czekała, aż mężczyzna ją przyjmie, choć wcale nie powinno jej tam być. Mogłaby dać sobie spokój. Olać całą tę niedorzeczną sytuację i wymiksować się ze spraw Moore Lab, tak samo jak właściciel firmy wymiksował ją z grona pracowników niespełna dobę wcześniej.
A mimo to jakimś cudem siedziała w wyłożonej czarnym marmurem poczekalni, bo nie potrafiła odpuścić.
– Zapraszam. – Głos recepcjonistki wyrwał ją z rozmyślań na temat beznadziejności sytuacji, w jakiej się właśnie znalazła. – Pan Rooth ma zaledwie chwilę, więc proszę uwinąć się szybko.
– Jasne. Zajmie mi to moment.
– Podać pani może kawę? – spytała kobieta ciepłym głosem.
– Nie. Dziękuję. – Waverly pokręciła głową i podążyła za asystentką do elegancko urządzonego gabinetu.
Mężczyzna w sile wieku siedział w czarnym skórzanym fotelu. Jego szerokie barki opinała grafitowa marynarka zarzucona na śnieżnobiałą koszulę, zaś szyję zdobił ciemny krawat, pasujący do poszetki wystającej z małej kieszonki. Jego strój był elegancki i emanował klasą. To musiał być on – Stephen Rooth.
– Dzień dobry – rzuciła Waverly. Opadła miękko na fotel i rozejrzała się dookoła. Dopiero po chwili ponownie spojrzała na mężczyznę.
– W czym mogę pani pomóc? Panno Woods? – spytał uprzejmie, uznając ją z pewnością za kolejną klientkę, która nabije jego licznik nadgodzin. – Nie ukrywam, że pani niezapowiedziana wizyta trochę mnie zaskoczyła. Za moment będę musiał wyjść. Mam rozprawę. Proszę nakreślić główny temat, a wszystkimi szczegółami zajmiemy się na kolejnym spotkaniu.
– Przyszłam tu, bo chcę panu pomóc – wyjaśniła. Obserwowała, jak Rooth mimowolnie zmarszczył brwi.
– Mnie? – Kącik jego ust lekko drgnął, jakby z rozbawienia.
– Tak. – Skinęła głową.
– A w czym chce mi pani pomóc? – Zaśmiał się cicho.
– W odzyskaniu danych, które stracił pan wczoraj.
W gabinecie zapanowała cisza. Mężczyzna zacisnął dłonie na podłokietnikach fotela i odchylił głowę, by lepiej widzieć Waverly.
– Kto panią nasłał? – zagrzmiał w końcu.
– Nikt.
– Kłamstwo.
– Nie kłamię – odparła dosadniej.
– Wie o tym tylko kilka osób. Nie przypominam sobie, by była pani jedną z nich – zauważył. Wyczuwał kłamstwo na kilometr.
Waverly zamilkła na moment, starając się pozbierać w głowie myśli. Jak miała przekonać Rootha? Postawiła na szczerość.
– To ja byłam odpowiedzialna za pilnowanie zabezpieczeń pańskiej kancelarii. Pracowałam w Moore Lab – zdradziła w końcu.
– Już rozumiem. – Pokiwał głową. – Dexter Moore panią przysłał. Jeśli tak, może mu pani powiedzieć, że i tak złożę ten pozew. Może sobie wsadzić swoje sztuczki w…
– Nie! – Waverly poderwała się z miejsca. – Dexter Moore nie wie, że tu jestem. Proszę mu o tym nie mówić!
Rooth spojrzał na nią zza grubych czarnych oprawek.
– Nie rozumiem…
– To przeze mnie stracił pan te dane – jęknęła cicho.
– Przyznaje się pani?
– Tak. Przyznaję się. Byłam rozkojarzona i nie potrafiłam tego dnia skupić się na pracy – wyjaśniła. – Przygotowywałam się do rozprawy o ustalenie opieki nad moim młodszym bratem… Choć teraz to już nieistotne.
– I zżerają panią wyrzuty sumienia – skwitował, gdy pojął tok jej myśli.
– Można to tak nazwać – mruknęła, podchodząc do okna.
– Nie potrzebuję pomocy – zaprzeczył. – Jakoś sobie poradzę. Udało się odroczyć rozprawę. Mam dwa tygodnie, by przygotować się do następnej. Inna firma już pracuje nad odzyskaniem danych.
Waverly odwróciła się gwałtownie w jego stronę.
– Potrzebuje pan mnie, a ja nie chcę nic w zamian. Chcę tylko pomóc – zapewniła. – Naprawdę.
– Tylko że to już nie…
– I tak nie mam nic do roboty – wyjawiła.
Spuściła wzrok na swoje trampki, czując na sobie spojrzenie Rootha.
– Ten kutas panią zwolnił. – Mężczyzna szybko wysnuł prawidłowe wnioski.
– Tak.
– I sama z własnej woli przyszła mi pani pomóc, choć i tak nie zostanie przywrócona do pracy?
– Tak.
– A chociaż zna się pani na tym? – Zmrużył oczy, co uwydatniło zmarszczki na jego czole.
– Jestem najlepsza.
Rooth spojrzał na nią. Wyraźnie bił się z myślami. Po chwili poprosił ją o dane osobowe. Musiał sprawdzić, czy rzeczywiście pracowała dla Moore’a. Gdy to potwierdził, uśmiechnął się do niej nieco szerzej. Poprawił guzik grafitowej marynarki i ponownie usiadł w fotelu.
– Czego pani potrzebuje? – spytał po chwili ciszy.
– Dostępu do komputerów w kancelarii – odparła natychmiast. – Muszę podpiąć się pod sieć. Potrzebuję też wszystkich haseł logowania. Mogłabym je złamać, ale i mnie, i panu zależy na czasie…
– Dobrze – rzucił, zaskakując ją chęcią współpracy, w odpowiedzi na co Waverly zamrugała z niedowierzaniem. – Jednak ze względów bezpieczeństwa nie zostawię tu pani samej. Sama pani rozumie. Moje zaufanie zostało nadszarpnięte. Jeden z moich wspólników będzie miał panią na oku, gdy ja będę poza kancelarią. Madelaine da pani wszystko, czego tylko będzie pani potrzebowała. I zrobi kawę. Może pani spędzić w gabinecie tyle czasu, ile będzie trzeba. Uprzedzę ją o pani obecności. – Ostre rysy jego twarzy kontrastowały z miłym usposobieniem oraz ciepłem w głosie.
– Dziękuję. Bardzo panu dziękuję. – Waverly się rozpromieniła. Po raz pierwszy od wielu dni na jej ustach pojawił się uśmiech.
– Za godzinę mam rozprawę. Muszę wyjść. – Zgarnął dokumenty do teczki i przeniósł na nią wzrok. – Za moment przyślę tu kogoś, by nadzorował pani poczynania.
Kwadrans później Waverly rozsiadła się wygodnie w jego fotelu, zerkając na parującą czarną kawę, którą przyniosła jej przed chwilą Madelaine. Kobieta wyjątkowo ciepło zareagowała na wiadomość, że Waverly spędzi w gabinecie Rootha kilka godzin. Obiecała, że zamówi jej lunch, tak jak pozostałym pracownikom, na co Waverly podziękowała uprzejmym skinieniem.
Spojrzała na siedzącego na fotelu obok młodego informatyka od Rootha i uśmiechnęła się lekko. Mężczyzna próbował nadążyć wzrokiem za tym, co się działo na monitorze, a mimo to i tak nie bardzo wiedział, co robiła, gdy przeskakiwała między oknami na dużym ekranie i wpisywała komendy. Bacznie się jej przyglądał i wciąż ją pilnował, tak jak zresztą obiecał swojemu szefowi. Co kilka minut zadawał jej różne pytania, a ona odpowiadała na nie, wyjaśniając mu wszystko dość szczegółowo. Bawiło ją to odrobinkę. To, że nie miał za dużego pojęcia o cyberbezpieczeństwie, a i tak próbował za nią nadążyć.
Nie zorientowała się, gdy minęła godzina. A potem druga i trzecia. Po lunchu wróciła do odzyskiwania danych, bo w końcu udało jej się namierzyć IP komputera, na który zostały pobrane.
– To niemożliwe – wymamrotała, gdy doszła do tego, do kogo należał ten sprzęt. I kto prawdopodobnie zlecił celowany atak na kancelarię Rootha.
Nie wiedziała tylko, czy atak był skierowany na kancelarię, czy na nią.
Jeśli jednak miała rację, ten, kto to zrobił, nadal pracuje w Moore Lab i siedzi teraz za biurkiem w tej brzydkiej lnianej koszuli, ciesząc się swoim małym sukcesem.
Wściekłość nie wezbrała w jej żyłach od razu.
Na początku była cisza.
Raniąca nawet bardziej niż krzyk.
I chłód.
Ten cholerny chłód, który zaatakował jej ciało.
Wystarczył jeden wieczór, żeby ten tchórz wyciął ją z życia zawodowego. Zniszczył jedną akcją coś, na co latami pracowała…
Wiedziała, dlaczego to zrobił.
Nietrudno było się domyślić. Konkurowali o to samo stanowisko. Na jesieni miała zawalczyć o awans i z pewnością by go otrzymała.
– Coś się stało? – spytał siedzący obok mężczyzna.
Ona tylko pokręciła nieznacznie głową i się zaśmiała.
– Nie. Wszystko w porządku – zaprzeczyła szybko. Zbyt szybko.
***
– Mam praktycznie wszystko – oznajmiła, gdy Rooth pojawił się w progu swojego gabinetu chwilę przed drugą. – Zgrałam na zewnętrzny dysk. Jest dobrze zabezpieczony.
– Możesz już iść. – Rooth skinął na informatyka, a ten westchnął jakby z ulgą i bez słów opuścił gabinet. Jak się z łatwością domyślił, niańczenie Waverly nie było mu na rękę. – A więc… Udało się? – spytał, gdy zostali już sami.
– Tak. Wszystkie dane są na dysku. Trochę mi to zajęło, ale było warto.
– Dziękuję.
– To ja dziękuję, że pozwolił mi pan to naprawić – wyjawiła cicho.
– A teraz powiedz… Ile jestem ci winien za twoją pracę? – Szybkim ruchem nadgarstka sięgnął po książeczkę czekową.
– Nie chcę pieniędzy. Mówiłam już – pokreśliła ponownie.
– A więc… czego chcesz? – Rooth spojrzał na nią.
– Niczego.
– Zbyt długo w tym siedzę, by wiedzieć, że nic nie jest bezinteresowne…
Waverly westchnęła.
– Jeśli już pragnie pan coś dla mnie zrobić, to… chcę tylko, by wycofał pan pozew przeciwko Moore Lab.
– Słucham?
– Proszę…
– Pozwól, że to przemyślę. Niczego nie obiecuję.
– Oczywiście.
Mężczyzna skinął głową, posyłając jej lekki, zachowawczy uśmiech. Odprowadził ją do windy, a potem odszedł, gdy zniknęła za metalowymi drzwiami.
***
Waverly tego dnia wróciła do pustego domu, ale nie wypadła z gry.
O nie.
Czekała cierpliwie na moment, w którym mistrz manipulacji, rozsiadający się na miejscu, które zajął jej kosztem, popełni błąd. Błąd niemal tak wielki, jaki popełnił Dexter Moore, który wydał na nią wyrok, choć nawet nie zbadał sprawy Rootha. A jeśli jakimś cudem myliła się i jednak doszedł do tego, kto to zrobił…
Tym bardziej był skreślony w jej oczach.
Waverly nie zamierzała konfrontować się z tym obłudnym człowiekiem. Na nic by się to zdało. Znając swoje destrukcyjne zapędy, mogłaby wyrządzić mu niemałą krzywdę, a do pełni szczęścia prócz bezrobocia brakowało jej tylko wyroku za uszkodzenie ciała, gdyż na kulturalnej rozmowie by się nie skończyło – co do tego miała pewność.
Faktem było, że oczywiście mogła wysłać te wszystkie dane do siedziby Moore Lab i tym samym udowodnić temu staremu nadętemu pajacowi, że zwolnił ją bezpodstawnie. Zapewne przywróciłby ją do pracy, cofnął wpis do akt, ale… musiałaby wtedy pracować dla człowieka, którego nie szanuje. Patrzeć na niego i udawać, że nie czuje obrzydzenia z powodu tego, co zrobił. Nie miała pewności, czy po czymś takim w ogóle potrafiłaby wrócić do biura. Najpierw jednak czekałaby ją walka o odzyskanie posady, a co najgorsze – to i tak nie cofnęłoby czasu. Dla niej i Matthew było już za późno. Termin najbliższej rozprawy o ponowne rozpatrzenie wniosku o przyznanie opieki był tak odległy, że Waverly obawiała się, iż Matthew szybciej ukończy osiemnaście lat i sam opuści dom dziecka.
***
Pół roku później
Do uszu Waverly nie docierały już żadne dźwięki. Wielkomiejski zgiełk zagłuszały głośne myśli. Zignorowała trąbiące gdzieś w oddali taksówki i dalej wpatrywała się w to, co trzymała w dłoniach.
– Nie. Nie. Nie – wyszeptała. Zacisnęła palce na dokumencie o pięknym tytule windykacja nieruchomości,który dostarczył jej tego poranka listonosz. Miała wrażenie, że ktoś ukradł jej powietrze, że nie potrafi oddychać.
Stała na ganku, a łzy płynęły ciurkiem po jej bladych policzkach, mieszając się z kroplami deszczu. Waverly jęknęła głośno, niemal boleśnie, a potem zacisnęła powieki, jakby mogło ją to powstrzymać przed uronieniem kolejnej łzy. Niestety na próżno.
Spojrzała na oddalającego się listonosza, który schował twarz za czarnym parasolem, i z niedowierzaniem pokręciła głową. Parsknęła. Bo co innego jej pozostało?
Straciła pracę, szansę na opiekę nad Matthew, a teraz jeszcze rodzinny dom. Jedyną rzecz, jaka została im po rodzicach. Na samą myśl o tym żółć podchodziła jej do gardła.
Wpadła do domu, zrzuciła z siebie mokre ubranie i włożyła je do pralki. Chwyciła leżącą na wannie koszulkę i wsunęła ją przez głowę. Wysuszyła włosy, a potem przeszła do kuchni, gdzie nalała sobie taniego wina. Z kieliszkiem przeszła do salonu. Usiadła na kanapie, nakryła stopy puszystym butelkowozielonym kocem i odchyliła głowę do tyłu. Pozwoliła, by łzy ponownie spłynęły po jej policzkach.
Dała upust temu, co czuła, co kumulowało się w niej od wielu tygodni. Od czasu, kiedy nie była w stanie znaleźć zatrudnienia w swoim fachu. Całe dotychczasowe życie poświęciła branży IT i chciała to robić jeszcze przez wiele lat. Już jako dziesięciolatka potrafiła włamać się do bazy danych szkoły i zmienić swoje oceny w elektronicznym dzienniku. Potem tylko rozwijała umiejętności, które teraz były już więcej niż imponujące. I choć w firmie Moore’a dopiero raczkowała, Waverly znała swoją wartość. Nie było rzeczy, której nie potrafiłaby wykonać, jeśli w grę wchodziły komputery. Była młoda, ale i pojętna, a przy tym bardzo pracowita. Gdy inni chodzili na imprezy i randki, ona tworzyła kody i projektowała oprogramowania. Zupełnie się temu poświęciła.
Tak to wyglądało do dnia, w którym jeden błąd przekreślił całą jej tak dobrze zapowiadającą się karierę. Straciła widoki na świetlaną przyszłość, przysłoniły je mrok, ból i bieda, z którą musiała się teraz zmierzyć całkiem sama. Małe zlecenia, które udało się jej złapać, zasiliły konto kwotami, które wystarczyły tylko na zakup jedzenia i drobne wydatki. Zalegała z ratami za dom i kilkoma za sprzęt, a także z bieżącymi rachunkami. Nie była w stanie samodzielnie poradzić sobie z finansami. Każdego dnia drżała o to, czy nie odłączą jej gazu lub prądu. I to nie tak, że nie zdawała sobie sprawy, w jak fatalnej sytuacji się znajduje. Wiedziała doskonale, a mimo to miała nadzieję, że to tylko stan przejściowy. Liczyła, że zdobędzie pracę i się odkuje, zaoszczędzi trochę pieniędzy, a może z czasem jej twarz ponownie przyozdobi uśmiech.
Straciła nadzieję tego deszczowego ranka, stojąc na ganku rodzinnego domu w Queens. Uświadomiła sobie, w jakim była błędzie. Ze skruchą spojrzała prawdzie w oczy.
Miała zaledwie siedem dni, by spakować wszystko, co posiadali wraz z Matthew, i się wyprowadzić.
Zaledwie sto sześćdziesiąt osiem godzin.
Już nie widziała swojej przyszłości. Nie miała pojęcia, dokąd zmierza. Czuła się tak, jakby los przysłonił jej oczy ciemną przepaską i kazał iść. Nieważne gdzie. Na oślep.
Okryła się szczelniej kocem i ułożyła na sofie. Już wiedziała, że gdy przymknie powieki, problemy nie znikną.
Tego dnia Waverly Woods zdała sobie sprawę, że tylko jednego w życiu jest pewna.
Tego, jak bardzo nienawidzi mężczyzny, przez którego straciła wszystko.
I Bóg jej świadkiem, że gdy jeszcze kiedyś spotka go na swojej drodze, zrobi wszystko, by zamienić jego życie w piekło.
Tak jak on zrobił to jej.
Może nieświadomie, ale jednak.
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Niania z piekła rodem
isbn: 978-83-8423-502-7
