Mroczny rycerz - Karina Majsterek - ebook
NOWOŚĆ

Mroczny rycerz ebook

Majsterek Karina

5,0

111 osób interesuje się tą książką

Opis

O Pięknej, która nauczyła się żyć w mroku razem z Bestią

 

Wybuch w kasynie pochłonął jego imperium i niemal odebrał mu życie. Giorgio Marchetti, brat Diabła z Palermo, przetrwał… ale nie jest już tym samym człowiekiem.

Przez ponad pięć lat żył w cieniu – unikał ludzi i własnej rodziny, a wokół siebie wzniósł mur bólu i samotności. Aż pewnej burzliwej nocy stał się świadkiem brutalnej napaści. Wtedy uśpiona bestia w jego wnętrzu ponownie dała o sobie znać.

Giulia Fererro, córka prezydenta Sycylii, ma swoje własne demony. Przyjechała do kasyna, aby zmierzyć się z mężczyzną, który ją skrzywdził – nie przewidziała jednak, że sama stanie się celem. Gdy wszystko wymyka się spod kontroli, z pomocą przychodzi jej Giorgio, ale w jego świecie nawet ratunek ma swoją cenę.

Marchetti proponuje jej układ, który może odmienić życie ich obojga. Giulia godzi się na warunki, choć nie zdaje sobie sprawy, jak szybko wpadnie w uzależniający wir tajemnic, ryzyka i namiętności. Od tej pory musi mieć oczy dookoła głowy.

Bo kto układa się z diabłami, ten ryzykuje, że pochłonie go piekło…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 490

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (4 oceny)
4
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
andasrsl

Nie oderwiesz się od lektury

-Kolejny brat, kolejna poruszająca historia - Są takie serie, które zajmują szczególne miejsce w sercu, a ta zdecydowanie do nich należy. Wyczekiwałam tej premiery z niecierpliwością i ani przez moment się nie zawiodłam! Tym razem poznajemy historię „Bestii” – mężczyzny, który po dramatycznym wypadku zamknął się w sobie i odgrodził od świata murem nie do przebicia. Gdy na jego drodze staje Ona – kobieta mocno skrzywdzona przez los – coś zaczyna pękać. Ale to nie jest typowy romans. Prawdziwe emocje zaczynają się w momencie, gdy On, zamiast ją odtrącić, proponuje jej małżeństwo. Nie z wielkiej miłości, ale po to, by dać ochronę jej i jej dziecku. Dlaczego warto przeczytać? • Niezwykły początek relacji: To, że historia właściwie zaczyna się od propozycji małżeństwa i deklaracji ochrony dziecka, nadaje całości niesamowitego napięcia. • Męski bohater, który chce dbać: Uwielbiam patrzeć, jak kolejny z braci znajduje „tą jedyną” i mimo swojego mroku, decyduje się wziąć za kogoś pełną odpow...
30
egrambor

Nie oderwiesz się od lektury

Kocham Braci Marchetti całym serduszkiem. Żałuję, że się kończy ich historia. Tak cudownie zaborczy, zachłanni i zazdrośni.
30
FascynacjaKsiazkami

Nie oderwiesz się od lektury

Historia,którą pokochałam całym sercem ♥️Cudowni bohaterowie,którym kibicuje się od samego początku 🔥♥️Polecam🖤
30
malazaczytana91

Nie oderwiesz się od lektury

Wciągająca książka ! Mega polecam ! 🖤
20



Karina Majsterek

Mroczny rycerz

Ona ostrzegła go, by nie dał się zwieść pozorom,

bo prawdziwe piękno kryje się wewnątrz.

Jeanne-Marie Leprince de Beaumont

Kilka słów od Autorki

Mroczny rycerz jest książką dla starszego grona odbiorców (18+). Sięgając po nią, musisz mieć na uwadze, że spotkasz w niej motywy dla dorosłych (m.in. opisy ostrego seksu, brutalnej napaści i morderstw).

Pamiętaj, że wszystko, co w niej przeczytasz, to fikcja.

Mroczny rycerz jest trzecim tomem trylogii Bracia Marchetti.

Kolejność tomów:

1. Służąca Diabła (historia Giny i Salvatore)

2. Piękna i egzekutor (historia Marissy i Lotaria)

3. Mroczny rycerz (historia Giulii i Giorgia)

Playlista

Avril Lavigne – Head Above Water

Avril Lavigne – When You're Gone

Calum Scott, Leona Lewis – You Are The Reason

Dead By Sunrise – Into You

Dead By Sunrise – In the Darkness

Ed Sheeran – Thinking Out Loud

Ellie Goulding – How Long WillILove You

Ellie Goulding – Love Me Like You Do

Imagine Dragons ft. Sia – Love in the Silence

Jessie Ware – Say You Love Me

Linkin Park – Numb

Meghan Trainor – Still Don't Care

Michael Bublé – Everything

Miley Cyrus – The Climb

Passenger – Let Her Go (Feat. Ed Sheeran)

Pink – Just Like Fire

Skylar Grey – Stand By Me

Sobel "NIECH BOLI"

Sobel – Wyglądasz tak Pięknie

Taylor Swift – Love Story

Taylor Swift – Wildest Dreams

Dla wszystkich, którzy przeszli przez piekło,

a potem otrzepali się z popiołów, stając się silniejszymi.

Pamiętajcie, że blizny są elementem człowieczeństwa,

nawet jeśli pokrywają nie ciało, a Waszą duszę.

Rozdział 1

Na pozór idealny, w środku zaś zgniły

Ból i paląca wnętrze gorycz.

Od pewnego czasu tylko te dwa uczucia stawiał na piedestale jego umysł.

Mógłby się okłamywać – tak jak i wszystkich dookoła, unikając za wszelką cenę przyznania się, że to, co stało się pięć lat temu, nie odcisnęło na nim trwałego piętna. Mógłby łgać nałogowo, gdyby tylko zaszła taka potrzeba. Mógłby skutecznie wypierać z podświadomości wszystkie szczegóły tamtej zimowej nocy.

Mógłby.

I Bóg mu świadkiem, że robił to niemal każdego dnia.

Przenikliwy wzrok Giorgia opadł na zmienioną tkankę na jego masywnych udach, a silna dłoń przesunęła się po wypukłościach blizn. Mimo wielokrotnych prób nie potrafił go wymazać – tego pierdolonego uczucia, które towarzyszyło mu niemal każdego dnia. W każdej naznaczonej cierpieniem minucie, gdy się przebierał lub brał prysznic. W każdej sekundzie, w której jego ciemne oczy zmuszone były patrzeć na to, co stało się z jego ciałem.

Pięć lat.

Szmat czasu.

Podświadomie wiedział, że powinien odpuścić i ruszyć dalej. Wszyscy powtarzali mu to jak mantrę, której nienawidził.

Którą tak bardzo gardził.

Dopóki ich od siebie nie odseparował.

Czuł, że powinien odbudować swoje życie – podobnie jak kasyno, które stworzył niemal od podstaw. Powinien żyć, a nie tylko otaczać się codziennością.

Lecz mimo prób nie potrafił.

Nie.

Jeszcze nie teraz.

Przymknął powieki, czując, jak niepokój zaczyna otumaniać jego zmysły. Jak wnika do krwioobiegu, podtruwając wszystkie tkanki. Nienawidził tego pierdolonego uczucia.

Wypuścił powietrze z ust, opierając czoło o szkło kabiny prysznicowej. Unosząca się nad jego głową gorąca para tworzyła mgiełkę osiadającą na lustrze i szybie. Przycisnął do niej twarz. Czasami miał ochotę uderzyć w nią pięścią, dając upust frustracji i złości, które napierały na jego umysł, sprawiając, że dusił się emocjami. Minęło pięć lat, a on nadal nie potrafił wrócić do tego, co było kiedyś. Miał wrażenie, że osoba, której obraz odbija się teraz w szybie – szydzi z niego i tego, kim się stał.

Cieniem człowieka.

Giorgio wiedział, że tamtej zimowej nocy umarł, mimo iż bezsprzecznie nadal żył. Lecz co to było za życie, skoro nie potrafił spojrzeć na siebie bez złości i żalu?

Nie potrafił zaakceptować tego, kim się stał, a po powrocie ze szpitala do domu skutecznie zaczął odgradzać się od rodziny i znajomych. Dokładając każdego dnia dodatkową cegiełkę, powoli zbudował dookoła siebie mur. Po kilku tygodniach już żaden z członków rodziny nie potrafił do niego dotrzeć. Mimo to bracia, mimo iż wyraźnie sobie zażyczył, by pozostawili go samemu sobie – trwali przy nim każdego dnia.

Chcąc odgonić od siebie natrętne myśli, namydlił ciało. Wzdrygał się za każdym razem, gdy dotykał gąbką zmienione okolice – górną partię ud i dół brzucha. Przystojna twarz Giorgia nie ucierpiała w wybuchu. Kilka pojedynczych zadrapań zagoiło się szybciej, niż by tego oczekiwał. Niżej, pod warstwą ubrań, krył swoje demony. Ciało, które wołało: „jesteś pierdolonym potworem”.

Z obrzydzeniem spoglądał na swój brzuch, na pokrywające wyrzeźbiony sześciopak ślady oparzeń. Zacisnął wargi w wąską kreskę, a z jego ust uleciało jedynie westchnienie. Przepełnione bólem i dezorientacją. Osuszył ciało ręcznikiem, nie mając odwagi spojrzeć ponownie w dół. W garderobie narzucił na siebie nowy, idealnie wyprasowany garnitur, po czym zerknął przelotnie na tarczę połyskującego na lewym nadgarstku złotego Rolexa. Przeczesał palcami zmierzwione ciemne włosy, układając je lekko na bok. W lustrzanym odbiciu dostrzegł postać, która przyglądała mu się z konsternacją. Na zewnątrz piękny – pod garniturem krył paskudztwo. Odbicie posłało mu krzywy uśmiech, kiedy przepędził na chwilę wspomnienia i wsunął do kieszeni spodni kluczyk od auta.

Nowy dom, nowe samochody – to wszystko miało poprawić mu nastrój oraz chwilowo odgonić przykre myśli. Na próżno. Gdy po roku Giorgio w końcu zdał sobie sprawę, że zakup tego wszystkiego nie miał sensu – zaprzestał trwonienia swojej pokaźnej fortuny.

Wcisnął kombinację numeryczną na elektronicznym panelu przy drzwiach i opuścił dom z wrażeniem, że dzisiejsze wyjście i tak kompletnie niczego, kurwa, nie zmieni. Każdy dzień był taki sam. Pozbawiony sensu i celu. Nie miał do kogo wracać, z kim spędzać czasu ani o kim myśleć. Był sam ze swoimi żalami i wątpliwościami.

W drodze do kasyna jak zawsze w myślach wznosił do Boga prośbę o spokojny, pozbawiony komplikacji wieczór, choć zwyczajowo trafiał na noc przepełnioną zachłannością, oszustwami i wyłudzeniami. Wszelkim możliwym grzechem. Gracze prześcigali się w coraz to nowych pomysłach na szachrajstwa i kłamstwa. Zmowy między nimi, oznaczanie i liczenie kart, próby przemytu mikrokomputerów i kamer były dość częste. Dopiero zakaz przekraczania progu kasyna i wpisanie na czarną listę przy choćby najmniejszej nawet próbie oszustwa skutecznie zmniejszały liczbę podobnych występków. A on jako właściciel lokalu stał na straży ustalonych zasad. Musiał dbać o dobre imię kasyna oraz swój majątek.

Każde negatywne zdarzenie, w szczególności te niekontrolowane, wyzwalało w Giorgiu skrywane dotąd głęboko pokłady złości i niepokoju. Bywały momenty, kiedy nie potrafił zapanować nad wybuchami gniewu, a potem wyciszał się, jak gdyby nigdy nic, i chował w swojej emocjonalnej bańce – stawał się na powrót wycofany.

Oparty przedramionami o blat biurka zerkał na podgląd z kamer. Krył się w samotni, skąd doglądał interesu. Nie zaszczycał gości kasyna swoją obecnością, Stronił od ludzi.

Przetarł zmęczone oczy i utkwił ponownie wzrok w pokaźnych rozmiarów ekranie. Obserwował graczy podczas rozgrywki pokera, skupiając się na nowych twarzach. Uwielbiał dźwięk odbijających się od stołu żetonów i to oczekiwanie przed wyłożeniem kart, powodujące nutkę ekscytacji. Nawet się nie zorientował, kiedy minęły kolejne godziny.

Chwilę niezmąconego spokoju przerwało ciche pukanie. Ktoś ośmielił się przerwać chwilę jego zadumy nad ekranami.

– Wejść – warknął, choć podświadomie chciał udać, że wcale go tutaj nie ma.

Rozległo się lekkie skrzypnięcie drzwi. Śliczna szatynka spojrzała na Giorgia z ukosa. Jej symetryczną, niemal anielską twarz zdobił leniwy uśmiech. Rosa Caruso była piękną kobietą – to akurat niezaprzeczalny fakt.

Opinająca jej szczupłe ciało czarna sukienka podwinęła się lekko na udach, gdy Rosa podeszła wolnym krokiem do biurka Giorgia.

– Co tu robisz? – spytał markotnym głosem, przenosząc na nią wzrok.

Zawahała się.

– Pomyślałam sobie… – zaczęła. – Że może potrzebujesz towarzystwa – wyszeptała. Uśmiechnęła się zalotnie, układając dłonie na piersiach.

– Niekoniecznie – odburknął i posłał jej znudzone spojrzenie.

Mimo jego jawnej niechęci Rosa, kręcąc subtelnie biodrami, podeszła jeszcze bliżej. Oparła pośladki o blat biurka, nachylając się tak, by musnąć oddechem policzek Giorgia.

– Może jednak zmienisz zdanie? – wymruczała wprost w jego skórę. – Potrafię sprawić, że poczujesz się cholernie dobrze – przekonywała, przenosząc wzrok na rozporek jego spodni.

Marchetti odsunął się odruchowo, zwiększając dystans między nimi.

– Wracaj do pracy – rzucił. Nie było trudno się domyślić, do czego kobieta zmierza. Jej sugestie pozostawały aż nadto wymowne. Nie mógł uwierzyć, że po raz kolejny robi to samo.

– Nie rozumiem – wtrąciła ponownie. – Dlaczego taki jesteś?

– Rosa… – warknął ostrzegawczo.

– Kręci cię, gdy proszę? No dobrze. Mogę nawet błagać – wyjęczała pełnym determinacji głosem. – A wiesz, że potrafię pięknie błagać – dodała i bez przyzwolenia usiadła na jego kolanach.

Giorgio się wzdrygnął, gdy satynowy materiał czarnej sukienki otarł się o jego uda. Skóra zapiekła. Zupełnie jakby ktoś wylał mu na nogi żrący kwas. Jego twarz wykrzywił grymas. Pełen odrazy i niechęci, złości i obrzydzenia. Strącił Rosę z kolan, posyłając jej przy tym pełne oburzenia spojrzenie.

– Powiedziałem, że nie! Czego, kurwa, nie rozumiesz, nachalna kobieto?! – wykrzyczał, a dziewczyna odruchowo przymknęła powieki i skuliła się ze strachu.

Nigdy wcześniej nie był dla niej tak niemiły. W jego głosie słychać było jedynie pogardę. Rosa nie potrafiła zaakceptować zmiany, jaka w nim zaszła. Pragnęła, by wrócił dawny Giorgio. Ten, który poświęcał jej czas, był dla niej serdeczny i sprawiał, że czuła dziwne motyle w podbrzuszu. Nadal tam latały, teraz jednak przeganiała je jego silna dłoń.

– Jeśli tak właśnie chcesz…

– Chcę, i to bardzo – rzucił od razu.

– Już pójdę…

– Nie wchodź do mojego gabinetu, jeśli nie jest to absolutnie konieczne – ostrzegł, gdy Rosa odwróciła się do niego plecami. – Mam dość twojego bezczelnego zachowania. Jeszcze raz to zrobisz, a każę ci wypierdalać z kasyna i nigdy więcej tu nie wracać. Zastanów się, czy warto, bo jesteś całkiem niezłą managerką – wysyczał. – Nie chce mi się szukać nowej.

Liczył, że dotrze do niej to, co mówił, lecz wtedy odezwała się ponownie:

– Gdy byliśmy razem, jakoś ci to nie przeszkadzało. Wręcz uwielbiałeś, gdy do ciebie przychodziłam – wypomniała mu drżącym głosem.

Giorgio westchnął.

– Nie mam ani ochoty, ani siły na wspominki dawnych czasów, Rosa. Zapomnij o tym, co było kiedyś. Dobrze ci radzę. Teraz jest teraz, a ja nie mam chęci na twoje chore zaloty. A to, że kilka lat temu uprawialiśmy regularnie seks, nie czyniło z nas pierdolonej pary. Mylisz, kurwa, pojęcia.

– Nie rozumiem…

– Wypierdalaj! – warknął, zaciskając pod biurkiem dłonie w pięści.

Czuł, że już tylko sekundy dzielą go od ponownego wybuchu, i nie miał pewności, co zrobi Rosa, gdy jego wkurw osiągnie apogeum.

Kobieta poczuła, że będzie lepiej, jeśli się oddali. Zgodnie z jego prośbą, choć raczej powinna rzec „żądaniem”, odeszła. Giorgio westchnął zrezygnowany i oparł głowę o zagłówek fotela. Wypuścił z płuc wstrzymywane powietrze i ułożył przedramiona na miękkich podłokietnikach. Odchylił się lekko, a jego wzrok powędrował na biały sufit. Potrzebował chwili, by zebrać myśli. Odgonić od siebie lęk i unormować szalone bicie serca. Pochylił się i sięgnął do szuflady. Wysunął ją i wyciągnął fiolkę z lekiem. Ułożył tabletkę na języku i popił niewielką ilością wody. Skupił się na pracy dopiero, gdy się upewnił, że zadziałała.

Dwie godziny później wrócił do mieszczącego się w najbogatszej części Palermo domu. Dzielnica Belgrano, obfitująca w najbardziej okazałe rezydencje, skąpana była w półmroku. Jedynie latarnie rozganiały mgłę, która okalała miękką bielą budynki. Giorgio zaparkował swoją czarną Teslę na podjeździe, nie kłopocząc się wjazdem do garażu. W holu zdjął niewygodne buty i cisnął je w kąt pomieszczenia. Wszedł po schodach na drugie piętro. Ogromna, niemal całkowicie przeszklona sypialnia wydawała się zbyt duża jak na singla. Giorgio przyzwyczaił się do samotności. Nie ciążyła mu już tak jak kiedyś, opadając na jego ramiona niczym niewygodny płaszcz.

Pozbywając się w progu sypialni ubrań, starał się za wszelką cenę nie myśleć o tym, co kryje się pod nimi.

Atakujące umysł wspomnienia wydawały się jednak silniejsze. Pojawiły się nagle – przepędzając złudne wrażenie chwilowego relaksu. Giorgio przysiadł miękko na skraju szerokiego łóżka i pierwszy raz od dawna pomyślał o tym, co przyniesie mu przyszłość. I mimo starań na nic sensownego nie potrafił wpaść. Nie widział swojej przyszłości. Nie wiedział nawet, jak chciałby, by wyglądała. Skarcił się za te rozmyślania i przywołał do porządku.

Jest dobrze tak, jak jest teraz – tłumaczył sobie zaciekle.

Westchnął.

Nie.

Kurwa.

Wcale nie jest dobrze.

Nic nie jest takie, jakie powinno być.

Zrozumiał to dopiero, gdy dał dojść do głosu zwątpieniu.

Rozdział 2

Urodziny diabelskich bliźniąt

– Wujek!

– Mamo! Zobacz, kto przyjechał! – Giorgio najpierw usłyszał, a dopiero potem ujrzał pędzącego w jego kierunku Morte, bratanka. Tuż za nim z prędkością światła biegł jego brat bliźniak Demone.

Chłopiec zatrzymał się tuż przed nim, obserwując Giorgia.

– Cześć, chłopaki!

– Tata mówił, że nie przyjedziesz – stwierdził.

– No widzicie, a jednak jestem – odparł, a na jego ustach pojawił się szczery, choć niemal niezauważalny uśmiech. – Udało mi się wyrwać z pracy.

– Co dla nas masz? – zagadywał zaciekawiony Demone.

– Chyba ktoś ma dziś urodziny – stwierdził z przekąsem Giorgio. Pochylił się i wręczył im wielkie pudła z czerwono-białym logo.

– Lego! – wykrzyczał podekscytowany Demone. – Wow!

– Takie chcieliście? – dopytał. Pozbył się niepewności, dopiero gdy Morte pokiwał głową.

– Tak! Ekstra! Dokładnie takie miały być! Skąd wiedziałeś?

– Mam swoje źródła. – Waszą mamę. Uśmiechnął się kpiąco. – Cieszę się, że trafiłem. Wszystkiego najlepszego, chłopaki. Ile to już lat? – spytał zaczepnie.

– Sześć! – wymamrotali jednocześnie.

– A nie pięć? – Uniósł brew.

– Nie! Sześć.

– Kiedy to zleciało? Pamiętam, jak jeszcze niedawno byliście słodkimi niemowlętami. Tacy mali i niewinni. Nie to co teraz… Gdzie mama i tata? – spytał, czochrając ciemne włoski bliźniaków niosących pod pachą ogromne zestawy nowych klocków.

– Z wujkiem Lotariem i ciocią Marissą. O tam. – Wskazali ogród, w którym odbywało się przyjęcie urodzinowe. – Przyjechała też ciocia Sofia i wujek Dazio.

Otoczenie rezydencji skąpane było w popołudniowym sierpniowym słońcu. Dostrzegając machającego Lotaria, Giorgio ruszył niechętnie w stronę brata. Czując na sobie przepełnione troską i współczuciem spojrzenia członków rodziny, podszedł do stołu, przy którym zajadali się tradycyjnymi sycylijskimi przysmakami, prowadząc rozmowy.

Dzieciaki biegały dookoła, piszcząc radośnie. Cały ogród przyozdabiały balony w trzech odcieniach niebieskiego, a zapach pieczonego mięsa pieścił zmysły, budząc do życia żołądek. Giorgio nawet nie sądził, że jest tak głodny.

Przechylił głowę, skupiając wzrok na podekscytowanych bliźniętach otwierających ogromne pudła z klockami. Przekrzykiwali się nawzajem, kłócąc się, kto pierwszy ułoży swój zestaw. Po chwili dołączył do nich ich pięcioletni kuzyn – Narciso, pierwszy syn Lotara i Marissy. Na ogromnym, pełnym zabawek kocu, niedaleko stołu rodziców, bawiły się najmłodsze, bo zaledwie dwuletnie maluchy. Roześmiany syn Lotaria, Elio, z wtórującą mu drugą córką Sofii i Rizziego – Fiorellą.

Siedząca na kolanach Salvatore pięcioletnia Sabrina była oczkiem w głowie dona sycylijskiej Cosa Nostry. Choć z wyglądu przypominała ojca, charakter w całości odziedziczyła po matce. Odważna, waleczna dziewczynka stroniła od wszelkiego rodzaju dziewczęcych zabaw. Wolała spędzać czas na siłowni z matką lub bawić się z chłopcami w udawane bójki, niż trwonić go na doglądanie lalek.

Czarne jak noc długie włosy okalały jej bladą twarzyczkę, a błyszcząca kremowa sukienka powiewała na letnim wietrze. Srebrna kokarda zbierała włosy w koński ogon. Sabrina wyglądała dziewczęco, ale miała też w sobie coś, co dodawało jej powagi. Być może chodziło o spojrzenie, od którego włos jeżył się na głowie,

Zielone oczy Sabriny, identyczne jak u Giny, spojrzały na Giorgia pytająco.

– Cześć, wujku – przywitała się, zsuwając się z ud ojca, by usadowić się wygodnie na kolanach siadającego obok Giorgia.

Przymknął powieki, czując, jak poparzona skóra zaczyna go palić w kontakcie z dziecięcymi nóżkami.

Kurwa.

Próbował wyrównać oddech, nie dać po sobie poznać, jak wpłynęła na niego obecność małej. Jak wielki ból odczuwał, gdy nieświadoma niczego Sabrina majtała nóżkami, muskając jego uda. Nie miała pojęcia, co się dzieje w jego głowie. Jaką walkę prowadził sam ze sobą. Jak bardzo pragnął się pozbyć jej małego ciałka ze swoich kolan. Oddałby teraz wszystko, by Salvatore ją zabrał. By po prostu zeszła.

Błagam – powtarzał w myślach, zaciskając palce na materiale swojej marynarki.

Sabrina, jakby wyczuwając jego myśli, skutecznie odwróciła uwagę Giorgia od bolesnych wspomnień – po prostu przez moment wtulała się w zagłębienie jego szyi i przyciskała rączki do jego torsu. Wczepiła palce w jego ramiona i szybko cmoknęła go w policzek.

– Stęskniłam się za tobą, wujku – wymamrotała. – Ostatnio rzadko do nas przyjeżdżasz. – Wbiła w niego przeszywający wzrok. – Dlaczego?

Mała czarownica – pomyślał.

Nauczyła się tego triku od matki. Gdy tak robiła, ciarki przechodziły mu wzdłuż kręgosłupa. Miała talent. Wywoływała strach w ludziach już w tak młodym wieku. Potrafiła manipulować wszystkimi dookoła, a w szczególności swoimi nieświadomymi tego faktu rodzicami. I choć Salvatore zarzekał się, że potrafi zapanować nad własnymi dziećmi, Giorgio głęboko w to wątpił. Sabrina to mała manipulatorka stworzona z krwi jego oraz Giny, dawnego bossa Camorry. Ich połączone geny tworzyły niezwykle fascynującą mieszankę. Silną i niebezpieczną.

– Tak wyszło. Mam dużo pracy, słonko.

– Rodzice też, a jakoś codziennie są w domu. – Założyła ręce na piersiach.

Chryste.

I co ja mam jej odpowiedzieć?

– Postaram się wpadać częściej. – Westchnął pokonany.

– Wspaniale! – Jej rączki podrapały go po karku.

– Co tam? – usłyszał pytanie Salvatore, które uratowało go od konwersacji z bratanicą. – Dawno się nie widzieliśmy, bracie.

– Nic nowego – odburknął, nie mając pojęcia, co wypadałoby powiedzieć. – Praca i dom. Dużo pracy – dodał, zerkając na Sabrinę. Dziewczynka zsunęła się z jego kolan i podreptała w kierunku bliźniaków.

Giorgio podziękował za to Bogu w myślach. Był cholernie wdzięczny, że ten nie przedłużał jego tortur.

Salvatore dosunął fotel bliżej.

A więc przesłuchanie czas zacząć.

– Jak kasyno? – dopytywał.

Ostatnio tylko ten temat u nich istniał. Giorgio niechętnie rozmawiał o czymś innym. Sprawy Famigli i kasyna były jedynymi, które go interesowały. Prócz pracy w jego życiu nie działo się nic istotnego. Nudna i bezsensowna codzienność. Próba zapanowania nad pierdolonym chaosem w głowie. Walka z samym sobą i konieczność przetrwania.

– W porządku. Generuje coraz większe zyski. Jestem zadowolony – przyznał z dumą.

– Wspaniale – mruknął Salvatore.

– A co w biznesie? Jak sprawy Famigli? Słyszałem o wczorajszej akcji. Sporo towaru, co? – zagadnął.

– A weź mi, kurwa, nawet nie przypominaj. Jak o tym usłyszałem, miałem ochotę rozjebać ścianę – warknął Salvatore, ale ściszył głos, by przypadkiem dzieci nie usłyszały przekleństw. – Jak można nie sprawdzić stanu technicznego statku przed wypłynięciem? Leniwi kretyni. Już ja się za nich wezmę. Muszę wszystkiego pilnować osobiście.

– Wiadomo coś więcej? – Uniósł brew.

– Wieczorem ma być ekspertyza – dodał siedzący obok Salvatore Rizzi.

– I polecą głowy – wtrącił Lotario.

– To jest akurat pewne – dodał wkurzony don.

Giorgio wrócił wspomnieniami do wczorajszego poranka, kiedy usłyszał o zatonięciu statku transportującego skrzynki z bronią Famigli. Cała załoga zginęła, a towar poszedł na dno razem z wrakiem.

– Liczyliście straty?

– Kilka milionów – prychnął Salvatore. Mimowolnie zacisnął pod stołem pięści.

– Cóż, zdarza się – mruknęła Gina. – Poradzimy sobie. Mauro obiecał wesprzeć nas nieco i dosłać trochę broni śmigłowcem z Katanii. Musi wystarczyć do czasu kolejnej dostawy, która ma być za tydzień.

– Nie mam pojęcia, po co wam tyle Glocków. – Giorgio wrócił do krojenia swojego świeżo wysmażonego steka.

– To nie tylko Glocki – oburzyła się Gina. Wyglądała, jakby stwierdzenie szwagra ją obraziło. – Na statku były też karabiny Barrett M82A1, a do tego te nowe M110 Semi-Automatic Sniper System, na których najbardziej mi zależało.

– Nadal nie rozumiem, po co wam tyle nowej broni.

– Gina rozpoczęła w piątek szkolenie naszych żołnierzy – wyjaśnił Salvatore. – Po pięciu latach spędzonych z dziećmi chce odetchnąć, więc dwa razy w tygodniu mamma będzie do nich przyjeżdżać, a my pojedziemy postrzelać. Za miesiąc skończą prace nad nowym centrum szkoleniowym, które powstaje kawałek za miastem. Wpadnij kiedyś, to Gina cię oprowadzi. Jest jak wesołe miasteczko, tylko dla dorosłych.

– O tak! Koniecznie przyjedź! Postrzelamy sobie i pokażę ci tę nową broń. Jest fantastyczna – rzuciła Gina. Posłała w kierunku Giorgia szczery uśmiech. – A teraz jedzcie, bo wszystko stygnie. Zaraz zawołam dzieciaki.

– A co u was? – spytał Giorgio, zerkając na popijającą drinka Sofię. Dzisiaj miała na sobie krótki kombinezon w odcieniach fioletu. Długie jasne włosy spięła w koński ogon. Wyglądała jak zwykle elegancko, ale i kobieco. Jak nikt inny potrafiła ubrać się z klasą, i bez znaczenia, czy wybierała się na wystawne przyjęcie, czy urodziny w ogrodzie brata.

– Wspaniale – odparła rozpromieniona. – W końcu wracam do pracy – rzuciła na wydechu, zerkając nerwowo w stronę Dazia.

– Taa – odburknął, wyraźnie niezadowolony. – Uparła się cholera jedna. W ogóle nie wiem, po co chcesz tam wrócić – dodał, spoglądając na żonę. – Firma pozostaje w dobrych rękach, a ty jesteś potrzebna w domu. Mnie i dzieciom.

– Chyba głównie tobie, bo dzieci mają opiekunkę na czas mojej nieobecności – odbiła piłeczkę.

– Ta, opiekunka… Nie mam do niej zaufania. Nie chcę, żeby ktoś inny niż moja żona zajmował się dziewczynkami. Są jeszcze malutkie. Chcesz oddać nasze córki jakiejś obcej babie pod opiekę.

– Znowu próbujesz wzbudzać we mnie poczucie winy – skarciła go.

– Wcale nie. Wiesz, że nie o to mi chodzi – dodał Dazio, przytulając żonę.

– Ależ o to. Chcesz, żebym zrezygnowała – fuknęła.

– No może chcę.

– Mówiłam. Jesteś przewidywalny. Już o tym rozmawialiśmy, Rizzi.

Dazio westchnął pokonany. Wiedział, że jeśli teraz zmieni zdanie, Sofia mu tego nie wybaczy.

– Jeśli już jesteśmy w temacie powrotów… – wtrąciła Marissa. – Wracam do firmy razem z Sofią.

– Zgodziłeś się na to? – Rizzi rzucił oskarżenie w stronę Lotaria. Ten tyle razy mu zarzucał, że uległ jego siostrze i pozwolił jej wrócić do McNEXT… Nie mógł uwierzyć, że okazał się takim hipokrytą.

– Pierwsze słyszę! – Lotario się oburzył. – Ciekawe, dlaczego w domu nie poruszyłaś tego tematu – wychrypiał, zerkając na żonę.

– Bo liczyłam, że gdy powiem ci o tym przy ludziach, nie wpadniesz w furię – wyszeptała Marissa, wbijając wzrok w stojącą przed nią porcję sałatki. – Przy braciach zachowujesz się w miarę normalnie. Gdy jesteśmy sami, zamieniasz się w zaborczego neandertalczyka.

– Porozmawiamy sobie o tym w domu, gwiazdeczko – warknął. – I nie licz na to, że się zgodzę. Umawialiśmy się na coś innego. Już zapomniałaś?

– Jakże bym mogła zapomnieć – prychnęła i tupnęła nogą pod stołem.

– Zawsze mogę odświeżyć ci pamięć.

– A co? Przywiążesz mnie liną do Shibari do łóżka? – zakpiła.

– Rozważę ten pomysł. – Jego usta wykrzywił przepełniony arogancją uśmiech. – Jest niezwykle kuszący.

– Lotario, przestań. To dobrze, że wracają do firmy – wtrąciła Gina. – Taki reset jest ważny dla zdrowia psychicznego po tylu latach spędzonych w domu z dziećmi. Będą szczęśliwsze. – Upiła łyk whisky ze szklanki męża. – A szczęśliwa żona to szczęśliwy mąż. Zapamiętajcie to sobie, panowie – dodała, unosząc wymownie brwi.

– Jestem wystarczająco szczęśliwy w tej kwestii – prychnął Lotario. – Zdecydowanie przestanę, gdy Mar wróci do firmy.

Marissa mimowolnie przewróciła oczami. Przeczuwała, że właśnie tak będzie. Lotario nie odpuści.

– Mamo! Mamo! – nagle usłyszeli donośny krzyk Narcisa, chłopiec biegł w ich kierunku.

– Tak, skarbie? – spytała zaniepokojona Marissa, gdy pięciolatek opadł na jej kolana. – Coś się stało, synku?

– Czy to prawda, że jak będziesz niegrzeczna, to tata przywiąże cię do łóżka i ukarze? – spytał zaciekawiony.

W reakcji na jego słowa Lotario wypluł whisky, opryskując białą koszulę drogim alkoholem.

– Skąd taki pomysł, Narciso? – spytała, nie kryjąc zdziwienia.

– Bo… – zaczął chłopiec, pocierając nerwowo dłonie. Następnie przeniósł wzrok na Ginę.

– Tak? – ponagliła go Marissa.

Gdy już Giorgio myślał, że zabawniej być nie może, Narciso odparł:

– Bo Demone mówił, że jak ciocia Gina jest niegrzeczna, to potem wujek Salvatore przywiązuje ją do łóżka i ona tak bardzo krzyczy.

– Cholera – wydukała Sofia, po czym przeniosła wzrok na najstarszego z braci.

Salvatore spojrzał na chłopca, próbując zamaskować rozbawienie. Rizzi z kolei nie powstrzymywał się – parsknął śmiechem, widząc nienaturalnie wykrzywioną twarz swojego szwagra. Wtedy Giorgio po raz pierwszy od dawna poczuł, jak cień uśmiechu wypływa na jego usta. Uwielbiał chłopców. Przypominali mu jego samego i braci, gdy byli w ich wieku.

– No! No… powiedz coś! – rzuciła Marissa w kierunku męża, a na jej policzkach wykwitł intensywny czerwony rumieniec.

– Nie, Narciso – odezwał się w końcu Lotario. – Tata ma nieco inne sposoby na to, by mama była grzeczna – dodał, szczerząc się głupio. Od razu pomyślał o linie, o której przed kilkoma chwilami wspomniała jego żona. Oczami wyobraźni widział jej oplecione nadgarstki i wijące się pod nim ciało. Najlepiej okryte skrawkami czarnej koronkowej bielizny, którą dostrzegł w torbie z logo Victoria’s Secret w zeszłym tygodniu. Minęło już tyle dni, a on nadal nie potrafił wyrzucić z głowy jej widoku. Czuł pod palcami delikatną koronkę, którą muskał opuszkami przez prawie kwadrans, wizualizując sobie w niej żonę.

Kurwa.

Poczuł jak jego kutas pęcznieje.

Nie teraz.

Nie w takim miejscu.

Nie, gdy jego syn stał obok i oczekiwał odpowiedzi.

Wymienił porozumiewawcze spojrzenia z Daziem i Salvatore, którzy nie potrafili ukryć rozbawienia.

– A wujek robi brzydko. Nie wolno nikogo wiązać – dodała Sofia, karcąc najstarszego z braci wzrokiem.

– Nawet jeśli ciocia Gina to lubi? – dopytywał uparcie Narciso.

– A skąd wiesz, że lubi? – Rozbawiony Lotario uniósł brwi i wbijając wzrok w syna, wyczekiwał odpowiedzi.

– Bo Demone i Morte słyszeli…

– Co takiego słyszeli, Narciso? – ponagliła go matka.

– Jak ciocia prosiła wujka… Mówiła, że chce mocniej.

Cichy chichot Sofii i parsknięcie Rizziego przecięły ciszę.

– Matko Przenajświętsza! – Gina ukryła twarz w zagłębieniu szyi męża. – Jaki wstyd.

– Wytłumaczcie mu to teraz. – Lotario zrzucił odpowiedzialność na Ginę i Salvatore. – To wasza wina. A wasze dzieciaki są bezwstydnymi podglądaczami.

– Nimi zajmę się później – oznajmił Salvatore, kręcąc z niedowierzaniem głową. – Dziś mają urodziny, ale jutro z pewnością nie ominie ich wizyta w moim gabinecie.

– Więc jak? – ponaglił go malec.

– To taka zabawa dla dorosłych – opowiedział, siląc się na neutralny ton, choć w środku wszystko się w nim trzęsło ze śmiechu – To nie było naprawdę. Ciocia czasami lubi się bawić z wujkiem w porwania. Coś jak wersja waszych policjantów i złodziei, tylko dla dorosłych. Byłem dobrym policjantem i złapałem złodzieja. Nie miałem tylko kajdanek, więc przywiązałem ciocię swoim krawatem. Dorośli także lubią zabawę, nawet jeśli nie potrafią się do tego przyznać. I zazwyczaj bawią się dopiero późno w nocy, gdy dzieci śpią.

– Aaa – mruknął zadowolony z jego odpowiedzi Narciso. – Fajnie.

– Nawet bardzo – mruknął Salvatore.

– Wracaj do zabawy – ponagliła chłopca Marissa. – Kuzyni na ciebie czekają – dodała i wskazała dłonią stojące przy domku na drzewie bliźnięta.

Po tym, jak Narciso dołączył do Demone i Morte, Lotario z Daziem zaczęli niemal dusić się ze śmiechu.

– Przechodzisz samego siebie, Sal. Kreatywność na najwyższym poziomie.

– „Policjantów i złodziei”? Nie mogłeś wymyślić czegoś lepszego?

– Sam mogłeś, kurwa, wymyślić – odburknął Salvatore i skradł Ginie całusa. – Następnym razem musimy zamykać drzwi na klucz, a ty, skarbie, musisz być ciszej – dodał, muskając oddechem szyję żony. – Nie sądziłem, że mamy widownię.

– Są po prostu ciekawi – wyszeptała Gina.

– Dobrze wiedzieć – mruknął Dazio. – Elissa pewnie też już usłyszała, co odwalili chłopcy. Oby nie wpadła na pomysł nasłuchiwania pod naszymi drzwiami, bo, kurwa, oszaleję – zwrócił się do Sofii.

– Cholera – wymamrotała. – Są zupełnie jak wy w ich wieku – skwitowała.

– Są gorsi – wtrącił Giorgio. – Znacznie gorsi.

Czując, że ma już dość rodzinnej dramy, mimo uczucia ciepła, które chwilowo wypełniło jego zimne serce, wstał z zamiarem powrotu do domu. Do miejsca, które było jego azylem i pewnego rodzaju samotnią. Uznał, że przez jego umysł jak na jeden dzień przetoczyło się zbyt dużo bodźców.

– Będę się zbierał. Dzięki za zaproszenie – rzucił od niechcenia, wstając.

Wiedział, że chęć opuszczenia przyjęcia zrodziła się podświadomie z zazdrości. Z tęsknoty za czymś, czego nie miał i czego mieć nie będzie. Bo jak mógłby oczekiwać dzieci, nie dopuszczając do siebie nawet cienia myśli o bliskości z jakąkolwiek kobietą? Wiedział, że jego marzenia nigdy nie będą szły w parze z rzeczywistością. I czując, że nie wytrzyma dłużej tego napięcia, które rozrywało jego zamrożone pięć lat temu serce, oddalił się, nie zaszczycając rodziny nawet spojrzeniem.

Po tym, jak już pożegnał się z dzieciakami, zbiegł po kamiennych schodach. Niepokój wdzierał się w jego myśli, choć próbował stwarzać pozory luzu.

Przed bramą poczuł lekkie szarpnięcie i już czekał na pełen dezaprobaty głos brata. Gdy odwrócił się niechętnie, ujrzał przed sobą czterech mężczyzn, którzy wbijali w niego rozgniewany wzrok.

– Co ty odpierdalasz? – warknął Salvatore.

– A o co ci, kurwa, teraz chodzi?

– Znowu znikasz. Kiedy cię teraz zobaczymy? Za rok, dwa? Gdy łaskawie odbierzesz od nas telefon? – wypomniał mu. – Co się z tobą dzieje?

– Podobno siedzisz w kasynie każdego dnia, a nie wychodzisz do gości. Znowu zamykasz się w swojej bańce – wtrącił Lotario.

– Andreas mówił, że od czasu wypadku nie widział cię z żadną kobietą. Co jest grane? Przecież wcześniej miałeś ich na pęczki. A co z tą twoją managerką, Rosą? – spytał Dazio.

– Nic. Jest nachalna i tylko mnie wkurwia – odburknął, mając już dość tłumaczeń. – A co to? Pierdolona rodzinna interwencja?

– Nazywaj to sobie, jak tylko chcesz – odparł Salvatore.

– Martwimy się o ciebie – rzucił Lotario. – Nie jesteś sobą. Zachowujesz się, jakbyś miał pierdoloną depresję, Gio.

Bo może mam.

A może i nie mam.

Jestem sobą. Tylko nieco odmienioną wersją. Bardziej rozgoryczoną i samotną.

– Potrzebujesz pomocy – stwierdził Dazio, na co Giorgio wywrócił oczami. – Jak nie naszej, to może jakiegoś specjalisty. Znajdziemy kogoś dobrego. Pogadacie, dobierze ci leki, przepracujecie traumy i wrócisz do nas jako dawny ty. To nic złego, że potrzebujesz wsparcia.

Giorgio posłał mu pełne powątpiewania spojrzenie i zaśmiał się gorzko.

– Rizzi ma rację. Musisz wziąć się w garść.

– Pomożemy ci, młody.

Słysząc to, westchnął zrezygnowany i skrył w mankietach drogiej marynarki zaciśnięte dłonie. Poczuł, jak paznokcie wbijają mu się w skórę, zostawiając na niej krwawe ślady.

Miał dość.

Pragnął stamtąd zniknąć.

Odjechać.

Wrócić do domu.

Zatopić myśli w alkoholu i rozdzierającej serce samotności.

– On już nie żyje – wychrypiał w końcu, a potem odważnie uniósł wzrok i przeniósł go kolejno na każdego z nich. Na moment zatrzymał się na najstarszym z braci. Dostrzegł w jego oczach brak zrozumienia.

Nic nowego.

– Co takiego? – Pytanie Salvatore nieprzyjemnie zadźwięczało mu w uszach. Było jak igiełki wbijające się w głowę. Cholernie wkurwiające.

Giorgio próbował odejść bez słowa, lecz wtedy brat zagrodził mu drogę. Dotyk silnej dłoni na ramieniu był jak punkt zapalny. Zdetonował ładunek, który mógł zniszczyć ich braterską relację.

– On, kurwa, nie żyje! – wybuchnął. – Stary Giorgio nie wróci. Zrozumcie to w końcu! On umarł. Tamtego jebanego dnia! – wykrzyczał. – Cokolwiek zrobicie, on już, kurwa, nie wróci. Więc z łaski swojej dajcie mi pierdolony spokój – zażądał. – Tego teraz potrzebuję. Nie specjalistów, terapii ani waszych interwencji. Spokoju. I samotności.

– Daj spokój.

– Nie mówisz poważnie.

– Nie możesz być teraz sam.

Mogę.

Udowodnić wam to?

Zignorował pomruki niezadowolenia i gwałtownie się odwrócił. Ruszył przed siebie, a jego kroki były pewne. Do uszu docierały stłumione głosy, fuknięcia i przekleństwa. Przewrócił tylko oczami, a potem otworzył samochód pilotem. Wsiadł do środka i ścisnął kierownicę z całych sił – do momentu, aż poczuł piekące, krwawe ślady na skórze. Warknął, karcąc się w myślach za to, co przed momentem zrobił.

Stracił kontrolę.

Pozwolił im ujrzeć to, co od tak dawna ukrywał.

Wiedział, że cena utraty panowania nad sobą będzie dotkliwa.

Przyjdzie mu zmierzyć się z próbami ingerencji w jego życie, od czego zawzięcie uciekał.

Kurwa mać.

Z piskiem opon odjechał spod rezydencji brata. Wbiwszy wzrok we wsteczne lusterko, dostrzegł stojących na podjeździe Salvatore, Dazia, Lotaria i Lucę.

Miał to gdzieś.

Pierdolę te wasze interwencje.

Wrócił do pustego, pogrążonego w ciszy domu, zastanawiając się nad ich słowami. Gdyby tylko wiedzieli…

Wysunął z szafki nocnej fiolkę z lekami i łyknął jedną z tabletek. Popił nieznaczną ilością wody, a potem odpłynął. Pogrążył się we śnie, na moment zapominając o czekającej na niego kolejnego dnia rzeczywistości.

***

– Hej – mruknął, a potem przyjrzał się wchodzącemu na ring bratu. 

– Nie sądziłem, że po tym, jak ci wczoraj odjebało, jeszcze się do któregoś z nas odezwiesz w tym stuleciu – zażartował Lotario, wsuwając na owinięte dłonie czarne rękawice bokserskie.

– Potrzebowałem partnera do sparingu. Nie dopisuj sobie więcej faktów do tej historii, bracie – ostrzegł Giorgio gniewnie. – Nadal jestem na was wściekły. Z buciorami wpierdalacie się do mojego życia.

– Ej! Po prostu się martwimy.

– Nie potrzebuję waszej troski – odburknął. – Nie jestem dzieckiem.

– Po to jest rodzina. Po to jest Famiglia, Gio… Aby się nawzajem o siebie, kurwa, troszczyć – przypomniał mu Lotario. – Jeśli tego nie pamiętasz, spójrz na swój tatuaż na piersi. A teraz pozwól, że skopię ci dupę, dzieciaku.

– Już ci mówiłem, że nie jestem…

– Jesteś – przerwał mu. – Jesteś najmłodszy, a to zapewnia ci rolę dzieciaka do końca życia. Podnoś to dupsko, żebym mógł je skopać. Koniec użalania się nad sobą.

– To ja zamierzam je skopać tobie – prychnął Giorgio.

Godzinę później leżący na ringu Lotario szturchnął brata w ramię rękawicą. Zakrwawione kąciki ust Giorgia lekko zadrżały. Przechylił głowę i zerknął na Lotaria, którego dolna warga była rozcięta, a pod okiem tworzył się fioletowy siniak.

Marissa go zabije. Jak nic – pomyślał.

– Jak się czujesz? – usłyszał.

– Jak zwycięzca. – Giorgio przymknął na moment powieki. – Kurewsko zmęczony zwycięzca.

– Fartem wygrałeś – burknął Lotario.

– Jasne – prychnął. – Starzejesz się, Lotario. Przyznaj to i przestań się w końcu okłamywać. Kup sobie jakiś krem przeciwzmarszczkowy i niebieskie tabletki. Po prostu zaakceptuj ten fakt. Takie jest życie.

– Chciałbyś, gówniarzu. Następnym razem to ja skopię ci dupsko.

– Pomarzyć sobie możesz – zakpił.

Giorgio uniósł się na łokciach, a następnie wstał. Obrócił się do Lotaria i podał mu dłoń, uśmiechając się kpiąco. Jeśli jego brat łudził się, że następnym razem z nim wygra, był naiwnym idiotą. I choć Lotario lepiej strzelał, a także posługiwał się wszelkimi dostępnymi rodzajami broni, na ringu nie miał z nim szans. Tak samo Rizzi. Giorgio już przestał liczyć, ile razy z rzędu go pokonał. Co innego Luca czy Salvatore. Oni potrafili znokautować go w pierwszej rundzie. Tych dwóch nie miało sobie równych.

Samotne treningi były poniekąd dla Giorgia formą terapii. Od ponad dwóch lat każdego dnia męczył swoje ciało, chcąc zaznać choć przez chwilę ulgi. Czasami pomagało. Często jednak czuł się jeszcze gorzej. Zmęczony i obolały, a do tego sfrustrowany. A podobno aktywność fizyczna redukuje stres. Gówno prawda. Mimo to następnego dnia wracał i katował się treningami z niemal maniakalną nieustępliwością. Nie potrafił przestać. Tylko one były stałą w jego życiu. One i kasyno, do którego codziennie chodził. Potrzebował ich, by przetrwać. By nie zatracić się w swoim bólu i braku nadziei.

Z żałosnym wyrazem twarzy wcisnął się na siedzenie błękitnego Range Rovera, po czym wrócił do swojego domu, gdzie zastał krzątającą się po kuchni kobietę. Już chciał zignorować jej obecność i po szerokich schodach wejść na górę, gdy usłyszał głos Mariny.

– Panie Marchetti!

Westchnął głośno, nie kryjąc poirytowania.

Zaczyna się.

– Tak, Marino? – wymamrotał, wchodząc do przestronnej kuchni.

Kobieta przechyliła głowę i spojrzała na niego. Posłała mu pełen ciepła uśmiech, po czym powróciła do obierania warzyw.

– Chciałam tylko uzgodnić menu na nadchodzący tydzień – oznajmiła, gdy w końcu poświęcił jej całą swoją uwagę. – Pańska matka przywiozła mi dziś swoje rodowe przepisy, oczekując, że coś z nich ugotuję, by sprawić panu radość. Może to i dobry pomysł…

– Moja mamma tu była? – wychrypiał niemal bezgłośnie, kręcąc przy tym z niedowierzaniem głową.

– Tak. Przecież mówię! – prychnęła. – Była rano, gdy wyszedł pan na trening.

– Mówiła coś jeszcze?

– Zapraszała na sobotnią kolację.

Giorgio, ignorując ostatnią odpowiedź Mariny, otworzył lodówkę. Nachylił się i wyciągnął butelkę z wodą. Nalał sobie pełną szklankę i ze szkłem w dłoni skierował się do wyjścia.

– A co z tym menu? – przypomniała kobieta.

Jęknął teatralnie, na co Marina Gallo posłała mu pełne dezaprobaty spojrzenie. Czasami zachowywała się jak jego matka. Wiedziała, że go to irytuje, a mimo to pozwalała sobie na niewybredne komentarze.

– Ugotuj, co chcesz. Byle nie ociekało tłuszczem. Jeśli będzie w miarę zdrowe, zjem wszystko, co zaproponujesz – oznajmił, przywdziewając na twarz maskę obojętności.

Upił łyk wody, mając ochotę wylać zawartość szklanki sobie na twarz, zamiast do gardła. Podświadomie czuł, że powinien zrobić jakiś krok w kierunku zmiany życia, lecz nie potrafił wykonać tego jednego jebanego kroku, o którym mówił jego psychiatra, doktor Rusito.

Chwilę później w sypialni zrzucił mokre od potu ubranie na podłogę, po czym skierował się do łazienki. Przymykając powieki, pozwolił, by woda zmyła z niego uczucie otępienia. Spojrzał w dół, przepełniony niechęcią do samego siebie. Zimne krople smagały jego plecy, gdy uniósł dłonie i kolistymi ruchami nałożył szampon na włosy. Korzenny zapach unosił się w powietrzu, wnikając do jego nozdrzy. Dłonią przejechał po penisie. Koncentrując swoją uwagę na lekkich muśnięciach palców, poczuł, jak zaczyna pęcznieć pod jego dotykiem.

Robił to raz na jakiś czas, by się upewnić, że jeszcze cokolwiek czuje. Potrzebował zapewnienia, że nie jest całkowicie bezużyteczny, a jego kutas mógłby sprawić rozkosz, gdyby tylko chciał.

Nie.

Nie chciał.

Zamknął dłoń dookoła fiuta i przesunął nią kilkukrotnie w górę i dół. Wtedy właśnie poczuł, jak pod naciskiem palców podryguje, budząc się do życia. Oddychał coraz szybciej i płycej. Przyspieszył ruchy nadgarstka i pieprzył się bezwstydnie dłonią do momentu, aż z jego ust uleciał nieoczekiwany jęk. Doszedł chwilę później, mażąc strużką ciepłej spermy kabinę.

A więc nadal…

Po tym, jak spuścił się bez jakiejkolwiek emocji, bez przyjemności i choćby namiastki samozadowolenia, okryty ręcznikiem przeszedł do garderoby, gdzie narzucił na wilgotne ciało koszulkę i bokserki. Przepełniała go ulga. Ulga, że jeszcze coś czuje. Że nie jest tak do końca zepsuty.

Z mokrymi, lekko rozczochranymi włosami i w lepiącej się do ciała koszulce opadł na łóżko i przycisnął policzek do miękkiej poduszki. Nim się zorientował, zapadł w sen. Co prawda krótki, bo brutalnie przerwany dzwonkiem telefonu. Jednak pozwolił mu on na chwilową regenerację.

– Słucham – rzucił z wymuszoną uprzejmością, choć miał ochotę cisnąć komórką w ścianę, a najlepiej w łeb dzwoniącego.

– Musi szef przyjechać. Mamy problem – usłyszał podniesiony głos Andreasa Brasilia, swojej prawej ręki w kasynie, człowieka, który doglądał wszystkiego pod jego nieobecność.

Tego dnia Giorgio miał mieć wolne. Po raz pierwszy od wielu długich miesięcy. W sumie to nie wiedział, po co w ogóle je wziął. Chciał chyba coś zmienić, sprawdzić, czy popsucie codziennej rutyny wpłynie na jego psychikę.

Jak widać, Bóg miał nieco inne plany. Gdy dotarło do niego, co oznaczają słowa Brasilia, na jego twarzy pojawił się grymas rozczarowania. Gdyby wcześniej wiedział, że właśnie w ten sposób zakończy się jego wieczór, odpuściłby sobie drzemkę i od razu pojawił się w kasynie.

– Co się dzieje? – dopytał. Skupił całą uwagę na rozmowie.

– Mamy problem z jednym z naszych żołnierzy – odparł Andreas.

Giorgio potarł trzydniowy zarost, próbując zrozumieć coś z jego słów. Niestety nie wiedział, o kim mężczyzna mówił.

– Konkrety.

– Ten idiota Donati przegrał dwie bańki, zastawił dom, a teraz jeszcze gra w ruletkę z Contim, proponując mu jako główną nagrodę swoją córkę.

– Z Hugo Contim?

– Tak.

– Ja pierdolę. – Giorgio wiedział, że obecność Contiego w kasynie nie wróżyła niczego dobrego. A gdy w grę wchodziły takie wygrane, było tylko o krok od katastrofy. Nie chciał się nawet zastanawiać, co ten skurwiel zrobiłby z młodą Donati. Był zdolny do wszystkiego i znany ze swojego okrucieństwa. Kolejny z popierdoleńców, ale niestety był wierny Famigli, więc Salvatore nie mógł mu nic zrobić. Wielokrotnie udowodnił, że mimo swojej chorej psychiki potrafi postawić Famiglię na pierwszym miejscu. Dopóki nie dopuści się niczego haniebnie rażącego, był chroniony.

– Kurwa. Zgarnijcie go na dół i zadzwoń po Salvatore. Będę za kwadrans – oznajmił, wyskakując pospiesznie z łóżka.

Wkrótce odziany w elegancką czerń i ze standardowym, obojętnym wyrazem twarzy zaparkował błękitnego Range Rovera na swoim miejscu przed tylnym wejściem do kasyna. Zamykając za sobą drzwi auta, poczuł przyjemny podmuch wiatru. W upalny wieczór był jak zbawienie.

Marchetti minął ochronę, kiwając porozumiewawczo do mężczyzn. Bez słowa wszedł do pomieszczenia, w którym zwyczajowo razem z Lotariem zadawali dużo bólu. Już w progu usłyszał uparte tłumaczenia Donatiego. Kilka sekund później ujrzał swojego gościa. Mężczyzna nienaturalnie wysoko podniósł głos i gestykulował, jakby był nachlany. Alkohol krążył w jego krwioobiegu, odbierając mu zdolność racjonalnego myślenia.

– Salvatore będzie za chwilę – odparł stojący tuż obok Andreas. Uśmiechnął się krzywo i zrobił dla Giorgia miejsce.

– Dajcie mu coś zimnego do picia i ocućcie go trochę. Ma być w pełni świadomy, gdy przyjedzie mój brat. Będę u siebie. Gdy się zjawi, przyprowadźcie go do gabinetu – poprosił.

– Nikogo nie muszą przyprowadzać – usłyszał niski pomruk Salvatore wchodzącego do pomieszczenia.

Tuż za nim pojawił się ochraniający swojego szefa Luca. Po wybuchu każdy z członków Famigli otrzymał podwojoną ochronę, a Gina uparła się, by Luca towarzyszył jej mężowi niemal bez przerwy. Od tamtego momentu Giardii chodził za jego bratem jak cień.

– Szefie – wydukał Donati, gdy tylko dotarło do niego, kto przed nim stoi.

– Donati, wytłumacz mi, co ty, kurwa, człowieku, odpierdalasz? – warknął Salvatore.

– Ja… ja po prostu… Potrzebowałem zastrzyku gotówki – wymamrotał nieskładnie.

– Mało ci płacę?! – ryknął don.

– Nie o to chodzi.

– A o co, do cholery?! – Salvatore uderzył pięścią w oparcie fotela.

– Tydzień temu okazało się, że nasz dom idzie pod licytację. Po śmierci żony została mi tylko Vittoria. Ja… Ja nie… Nie mogę pozwolić, by straciła dom.

– Więc wpadłeś, kurwa, na genialny pomysł, by stracić wszystko, co miałeś, zastawić dom i jeszcze oddać córkę temu staremu chujowi, który najpewniej sprzedałby ją do jakiegoś ekskluzywnego burdelu? – rzucił i zacisnął pięści. – O ile dobrze by trafiła – dodał.

Mężczyzna wciągnął nerwowo powietrze do płuc, niemal dławiąc się słowami Salvatore. Dopiero teraz dotarło do niego, co tak naprawdę zrobił.

– Przepraszam… ja… ja myślałem, że wygram. Karta mi szła, a potem okazało się, że jednak byłem w błędzie.

– Zawsze tak jest. Hazard to nałóg. Zniszczyłby cię doszczętnie, zanim zdołałbyś się odkuć. Jesteś głupcem. – Salvatore uśmiechnął się kpiąco.

Donati wbił wzrok w dona, lecz w żaden sposób nie skomentował jego słów. Wiedział, że ma rację.

– Ile ma lat? – spytał Salvatore, spuszczając nieco z tonu.

– Słucham? – wydukał Donati.

– Twoja córka Vittoria – doprecyzował. – Ile ma lat?

– Dwadzieścia trzy.

– Opowiedz mi o niej. Jak wygląda? Czym się zajmuje?

Giorgio pomyślał, że zadawał dziwne pytania nawet jak na niego, i posłał bratu pełne powątpiewania spojrzenie.

Naprawdę go to interesuje?

– Jest przepiękna, jak jej matka… Ma długie jasne włosy i niebieskie oczy. Niedawno ukończyła studia z literatury i dostała swoją pierwszą pracę w wydawnictwie. Kocha książki jak Lea. Jak na nią patrzę, widzę swoją zmarłą żonę. Vi tak długo starała się o wymarzoną pracę. Za tydzień zaczyna. Tym bardziej nie mogę pozwolić, by straciła dach nad głową.

– Powinieneś dostać kulkę w łeb – stwierdził beznamiętnie Salvatore, przypatrując się spanikowanej gębie swojego żołnierza. – Przez lata jednak wiernie mi służyłeś. Nie miałem żadnych zastrzeżeń co do twojej służby. Zatem uznaj moją dobroduszność za objaw wdzięczności. Choć sam się sobie dziwię, pozwolę ci żyć.

– Dziękuję – wydukał Donati. – Tak bardzo dziękuję.

– Nie ciesz się jeszcze. Muszę cię ukarać – ostrzegł don. – Od jutra już dla mnie nie pracujesz. Skoro przegrałeś dom, oddasz go Contiemu. Nie interesuje mnie to, gdzie teraz będziesz, kurwa, mieszkał. Trzeba było myśleć o tym wcześniej. A co do Vittorii… – urwał i uśmiechnął się mrocznie.

– Nie! – Mężczyzna czuł, że to, co zaraz usłyszy, doszczętnie go zniszczy. – Błagam. Nie róbcie jej krzywdy. Nie zabierajcie mi jej…

– Nie zasługujesz, by być ojcem. Chciałeś sprzedać własne dziecko – wysyczał Diabeł. – Vittoria zostanie wydana za jednego z moich żołnierzy, który o nią zadba. Nie powinna cierpieć za twoją głupotę – zadecydował.

– Błagam… – wyjęczał Donati, choć Salvatore już go nie słuchał.

– Luca – zwrócił się do Giardiego i ruszył w jego kierunku.

– Tak? Jedziemy?

– Chcesz ją? – spytał z błąkającym się na ustach uśmieszkiem.

– Że co? – wydukał Luca.

– Pytam, czy chcesz ją, kurwa, dla siebie. Vittorię – wyjaśnił, przewracając oczami.

– Ty mówisz serio? – Giardii niemal zakrztusił się śliną.

– Nie. Zebrało mi się na żarty – prychnął Salvatore.

– Ale… ja nie mogę. Przecież pracuję praktycznie bez przerwy, a do tego mieszkam w rezydencji…

– Już czas, by ograniczyć nieco twoją służbę. Część obowiązków przekażesz swojemu zastępcy, a w prezencie ślubnym otrzymacie ode mnie i Giny dom. Przeprowadzicie się niedaleko nas, tak byś był dostępny od razu, gdyby zaszła taka potrzeba – przedstawił mu swój prowizorycznie nakreślony plan. – Więc? Jaka jest twoja odpowiedź, przyjacielu? – mruknął.

Giardii wlepił zszokowany wzrok w Salvatore.

– Zgadzam się – wydukał.

– Odwieź mnie do rezydencji i jedź po nią. Dziś możecie przenocować u nas. Jutro znajdziemy wam coś tymczasowego. Lucavicelli będzie potrzebował chwili, by znaleźć wam coś odpowiedniego.

– Dobra – zgodził się Luca bez wahania. – Ale… jesteś tego pewny?

Salvatore skinął nieznacznie głową.

– Jak niewielu rzeczy. Tego akurat jestem – przyznał.

Stojący w kącie pomieszczenia Giorgio spojrzał na Giardiego, a w jego żyłach z niewyjaśnionych przyczyn zawrzała zazdrość. Tliła się jak cygaro, które dzierżył w dłoni Brasilio. Spalała żywym ogniem. Wszyscy dookoła zakładali rodziny, nawet zupełnie niespodziewający się tego Luca. A on… On tego pragnął jak chyba żaden z nich.

– Luca? – zwrócił się do niego. – Gratulacje. I na ciebie przyszła w końcu pora.

– Dzięki. Cholera…

Mężczyzna zaśmiał się szczerze, gdy w końcu zaczęły docierać do niego konsekwencje podjętej na szybko decyzji. Nie zamierzał się wycofać.

Co to, to nie.

Salvatore dał Luce to, o co Giorgio sam bał się poprosić, a o czym myślał intensywnie od pewnego czasu. Po tym, jak jego brat założył rodzinę, a Gina urodziła kolejne dziecko, Lotario wziął ślub i spłodził dwóch synów, a Rizzi doczekał się córek i on, Giorgio, zapragnął rodziny.

Sądząc jednak, że Salvatore wybrał dla niego służbę, której musi się poświęcić całym sobą, odpuścił. Dziś jednak zrzucił na niego bombę, która mogłaby zmieść Palermo z powierzchni ziemi. Luca Giardii, trzydziestoczteroletni żołnierz Famiglii, miał wziąć ślub z piękną, młodszą o jedenaście lat kobietą.

I widać było, że ta perspektywa cholernie mu się podobała.

Po tym, jak Salvatore pojechał do rezydencji, wypuściwszy uprzednio skatowanego Donatiego, Giorgio upewnił się, że dawny pracownik nigdy więcej nie wróci do jego kasyna. Siedząc na fotelu, wypalił kubańskie cygaro, przepłukując jego smak wyborną whisky. Spędził przed ekranami jeszcze dwie godziny. Dopiero gdy nogi mu ścierpły, a żołądek zaczął domagać się późnej kolacji, ruszył do swojego domu.

Cichego, pustego, pogrążonego w mroku miejsca, w którym czuł coś na kształt spokoju.

Rozdział 3

Początek końca

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Nakładem wydawnictwa Novae Res ukazały się również:

Mroczny rycerz

ISBN: 978-83-8423-309-2

© Karina Majsterek i Wydawnictwo Novae Res 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Beata Kostrzewska

KOREKTA: Anna Miotke

OKŁADKA: Izabela Surdykowska-Jurek

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek