Naucz mnie wygrywać - Tessa Bailey - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Naucz mnie wygrywać ebook i audiobook

Tessa Bailey

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Wells Whitaker był kiedyś gwiazdą golfa. Teraz się pogubił. Jego pewność siebie wyparowała. A kariera zawisła na włosku. Do tego jest zbyt uparty i dumny, by przyznać, jak bardzo potrzebuje pomocy. Ma jednak szczęście, bo pewna rudowłosa dziewczyna wciąż w niego wierzy i nigdy nie przestała mu kibicować.

Josephine Doyle, bezczelnie szczera, ale lojalna fanka. I ostatnia nadzieja.

Oboje nie mają nic do stracenia.

Zawierają układ: ona pomoże mu wrócić na szczyt, on podzieli się wygraną. Bez emocji. Bez komplikacji. Bez zobowiązań.

Ale wspólne podróże, długie dni na polu golfowym i noce, które kończą się zbyt blisko siebie, szybko zmieniają zasady gry…

Bo co, jeśli za gniewem i sarkazmem kryje się ktoś, kto potrafi kochać naprawdę? I widzi w Tobie więcej, niż Ty sam jesteś w stanie dostrzec.

Oczywiście, można się przed tym bronić, tyko po co?

Czasem jedna osoba wystarczy, by wszystko zmienić.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 406

Data ważności licencji: 11/14/2030

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 49 min

Lektor: Dobromir Kapusta

Data ważności licencji: 11/14/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Fangirl Down

Projekt okładki: Karolina Żelazińska-Sobiech

Redaktorka inicjująca: Katarzyna Lipnicka-Kołtuniak

Redaktorka prowadząca: Magdalena Zabrocka

Redakcja: Maria Śleszyńska

Redakcja techniczna: Grzegorz Włodek

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Katarzyna Szajowska, Anna Brzezińska

FANGIRL DOWN © 2024 by Tessa Bailey

All rights reserved.

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2026

© for the Polish translation by Emilia Skowrońska

ISBN 978-83-287-4192-8

MUZA SA

Wydanie I 

Warszawa 2026

–fragment–

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz

Dla Mac

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Jestem największą fanką Wellsa Whitakera.

Co prawda, etatowy bad boy golfa swoje najlepsze lata ma już za sobą, ale na tym właśnie polega bycie kibicką.

Albo nią jesteś już do końca, albo nic tu po tobie, koleżanko.

Aby jako fanka zrobić wrażenie, trzeba posiadać trzy cechy.

Po pierwsze: entuzjazm. Niech wiedzą, że tu jesteś, złotko. W przeciwnym razie zlejesz się z tłumem koszulek polo i spodni khaki jak cała reszta.

Po drugie: wytrwałość. Odpuszczanie przystanków turnieju w twoim rodzinnym stanie nie wchodzi w grę. Kibicki się zjawiają i robią show.

Po trzecie: zabieraj ze sobą przekąski. Jedzenie na polach golfowych kosztuje krocie, a po wydaniu czternastu dolarów na byle hot doga ciężko tryskać entuzjazmem.

Prawdę mówiąc, w dzisiejszych czasach boli wydanie choćby pięciu dolarów na lunch, ale w tamtej chwili Josephine Doyle o tym nie myślała, bo na tee1 dziewiątego dołka zmierzał właśnie Wells Whitaker. I, och, był dziś w kapitalnej formie: nabzdyczony, nieogolony i ignorujący wyciągnięte dłonie widzów, liczących na zbicie piątki z obiecującym niegdyś golfistą. Przeciągnął dłonią po przystojnej twarzy, potrząsnął wytatuowanym przedramieniem i wyciągnął kij z torby takim ruchem, jakby strzepywał z niej paproch.

Czysty majestat.

Josephine włożyła AirPoda i włączyła transmisję turnieju, a wtedy jej ucho zalały żartobliwe głosy komentatorów, Skipa i Connie.

Skip: Mamy piękny dzień w Palm Beach Gardens na Florydzie. No chyba że jesteś Wellsem Whitakerem. W takim wypadku światło słoneczne pewnie tylko potęguje twojego kaca.

Connie: Tegoroczny sezon okazał się sporym wyzwaniem dla golfisty, który w wieku dwudziestu dziewięciu lat najlepsze czasy ma już za sobą. Pięć lat temu wpadał na zawody jak kula wyburzeniowa i wygrywał trzy turnieje Wielkiego Szlema. A teraz? Powinien być zadowolony, gdy uda mu się przejść rundę otwarcia.

Skip: Dzisiaj… cóż, powiedzmy to wprost, nie ma najmniejszej szansy, by Wells przeszedł do jutrzejszej rundy. I szczerze mówiąc, Connie, nie sądzę, żeby go to obchodziło.

Connie: To prawda, Skip, jego nocne aktywności na to nie wskazują. Wystarczy zajrzeć do internetu, by się przekonać, że golf jest ostatnią rzeczą, jaką Whitaker ma teraz w głowie. Zaledwie sześć godzin temu policja przesłuchiwała go po bójce w barze w Miami…

Josephine wyjęła AirPoda z ucha i wepchnęła go do kieszeni swoich spodni marki Wells Whitaker. Jeszcze nie tak dawno temu Skip i Connie wielbili Wellsa. W branży nazywa się takich ludzi kibicami sukcesu. Trwają przy zawodniku tylko w jego najlepszych dniach, kiedy okno na sukces jest nieskazitelnie czyste.

Nic nie szkodzi. Josephine nadrobi za tych wszystkich judaszy z nawiązką.

A dzisiaj?

Dzisiaj wreszcie będzie miała okazję powiedzieć Wellsowi, że ona go nie skreśliła. Czy idzie mu gorzej? Owszem. Ale nigdy nie będzie skończony. Josephine spojrzy prosto w te przekrwione oczy i przypomni mu, że jego wielkość nie mogła tak sobie zniknąć. Po prostu ukryła się pod warstwą zwątpienia i alkoholu oraz za marsową miną, na której widok nawet kaczka mogłaby ze strachu pogubić wszystkie pióra.

Josephine wciąż nie dowierzała, że wygrała konkurs.

Mimo że zgłosiła się do niego sześćdziesiąt jeden razy.

Lunch i lekcja z Wellsem Whitakerem. Jeden szczęśliwy kibic zje posiłek z niegdyś wielkim i wkrótce znów wielkim Wellsem, a potem weźmie lekcję puttowania2. Technicznie rzecz biorąc, Josephine nie potrzebowała takiej lekcji, jako że dorastała na polu golfowym, pracowała w sklepie ze sprzętem golfowym i całe dnie spędzała na uczeniu klientów prawidłowej techniki.

Golf to jej życie. O wiele bardziej ekscytowała ją szansa na przemówienie do rozsądku pokonanemu sportowcowi. Nikt inny nie wydawał się skłonny podjąć się tego zadania. A już na pewno nie jego caddie3, który wyglądał, jakby właśnie odpalił sobie na telefonie Vanderpump Rules.

Tak naprawdę nieliczna grupa widzów, która podążyła za Wellsem na ten dołek, sprawiała wrażenie gotowej zmyć się wcześniej albo poszukać sobie popularniejszego zawodnika do oglądania. Kilka osób odłączyło się od reszty i ruszyło w stronę klubowego budynku, zanim Wells w ogóle wykonał uderzenie. Jeśli Josephine kiedykolwiek widziała bandę kibiców sukcesu, to właśnie byli oni.

Niestety wyglądało na to, że Wells też rozważa wycofanie się z turnieju. Z jednej strony oznaczałoby to, że Josephine szybciej dostanie lunch. Jej spadający poziom cukru we krwi zdecydowanie domagał się podniesienia.

Z drugiej strony wolałaby zobaczyć, jak Wells kończy dzień z dobrym wynikiem.

Czas zrobić wrażenie.

Josephine nabrała powietrza w płuca i wypuściła w świat swój fanowski okrzyk, płosząc przy okazji kilku mężczyzn w spodniach khaki.

– Dalej, Wells! Wpakuj ją do dołka!

Golfista obejrzał się na nią przez szerokie, muskularne ramię, zapewniając jej widok na swe jasnobrązowe oczy i kwadratową szczękę. Potem z kamienną twarzą stwierdził:

– O, proszę. To ty. Znowu.

Posłała mu zwycięski uśmiech i uniosła swój transparent z napisem „Belle Wellsa”.

– Nie ma za co.

Na jego nieogolonym policzku pojawiła się zmarszczka.

– Dasz radę – powiedziała bezgłośnie. A potem, nie mogąc się powstrzymać, dodała: – Cieszę się na nasz dzisiejszy lunch. Bo pamiętasz, że to ja wygrałam konkurs, prawda?

Westchnął z takim impetem, że jego oddech z pewnością mógłby przewrócić małe dziecko.

– Próbowałem o tym zapomnieć, ale oznaczyłaś mnie w relacji na Instagramie. Osiem razy.

Osiem razy? Mogłaby przysiąc, że ograniczyła się do sześciu.

– Wiesz, że ważne rzeczy zawsze giną w tej aplikacji.

– Cóż. Ta nie zginęła. – Dotknął wargi, która wyglądała podejrzanie: jakby była rozcięta. – Czy teraz mogę już skupić się na uderzeniu? Czy może chcesz omówić dzisiejsze menu?

– Mnie to pasuje. Naprawdę, wszystkobrzmiświetnie. – Josephine zacisnęła usta, by powstrzymać uśmiech, który aż rwał się jej na twarz, i z nową determinacją uniosła transparent. Wszyscy w tłumie się na nią gapili. Kiedyś znosiła to o wiele łatwiej, bo miała kompankę. Jej najlepsza przyjaciółka Tallulah zwykle towarzyszyła Josephine podczas tych kibicowskich wypraw jako wsparcie moralne, ale teraz była na zagranicznym wyjeździe badawczym, przez co Josephine na linii bocznej została sama. To jej jednak nie przeszkadzało. Bardzo się cieszyła, że przyjaciółka dostała tę jedyną w życiu szansę. Co oczywiście nie znaczyło, że okropnie za nią nie tęskniła.

Josephine przełknęła gulę w gardle i ignorując mężczyznę, który wściekle wymachiwał w jej stronę tabliczką z napisem „Prosimy o ciszę”, krzyknęła:

– Trzymaj ją na fairwayu4, Wells, ty absolutna legendo!

– Proszę pani – warknął mężczyzna z tabliczką.

Josephine puściła do niego oko.

– Już skończyłam.

– I dobrze.

– Na razie.

Wells obserwował tę wymianę zdań, kręcąc głową, po czym znów się odwrócił, przyjął pozycję do uderzenia i… cóż, nie dało się nie zauważyć paliwa w baku tego faceta. Siła pośladków daje golfiście moc przy uderzeniu z tee, a tyłek Wellsa był jedyną częścią jego kariery, która wciąż pozostawała mistrzowska. Odbić od niego ćwierćdolarówkę? To mało – spokojnie można by spróbować ze srebrną dwudolarówką. Odbiłaby się od jego idealnie zaokrąglonego tyłka i znokautowała fankę. Która padłaby na ziemię z uśmiechem na twarzy.

– Dawniej Whitaker zrobiłby tu birdie5 z zamkniętymi oczami – wyszeptał stojący za Josephine mężczyzna do swojego syna. – Szkoda, że tak wszystko zmarnował. Powinni odebrać mu kartę touru, zanim skompromituje się jeszcze bardziej.

Josephine obejrzała się przez ramię i posłała widzowi najbardziej pogardliwe spojrzenie, na jakie było ją stać.

– On jest o krok od wielkiego powrotu. Szkoda, że pan tego nie widzi.

Mężczyzna i jego syn parsknęli jednocześnie.

– Musiałbym mieć mikroskop, kochanie.

– Cóż, jak się ma niewprawne oko… – prychnęła. – Założę się, że płacicie czternaście dolarów za hot dogi.

– Proszę pani – błagał mężczyzna z tabliczką. – Proszę.

– Przepraszam.

Wells zacisnął dłonie na kiju, zmrużył oczy, spojrzał w stronę fairwaya i się zamachnął, ale jego słynny niegdyś drive6 nie miał już dawnej finezji.

Piłka poleciała prosto w drzewa.

Rozczarowanie sięgnęło aż palców stóp Josephine. Nie dlatego, że sama nie zobaczyła czegoś wielkiego, lecz ze względu na Wellsa. Widziała, jak napinają się jego ramiona, a głowa opada do przodu. Stłumione pomruki tłumu zabrzmiały jak huk talerzy perkusji. Ostatni widzowie zaczęli się rozchodzić, ruszając ku pastwiskom, które nie wymagały tyle podlewania.

Ale Josephine została.

Bo tak postępuje prawdziwa fanka.

ROZDZIAŁ DRUGI

Jak to szło?

Najsurowszy jesteś dla tych, którzy kochają cię najmocniej?

Najwyraźniej to prawda. Bo Wells miał już tylko jedną fankę – tę jedną jedyną, nadgorliwą i irytująco uroczą – i w pierwszym odruchu właśnie na nią chciał zrzucić winę za spartaczone uderzenie. To nie byłoby sprawiedliwe; ostatnio spieprzył mnóstwo uderzeń, nawet gdy ona nie stała przy linie. Może w końcu dotarł do granicy obrzydzenia wobec samego siebie. A może po prostu był takim dupkiem, za jakiego wielu przyjaciół i wielbicieli zdążyło go uznać podczas jego trwającego już dwa lata upadku.

Bez względu na powód fakt, że ona wciąż tam stała – nawet teraz, niewzruszona i zachęcająco uśmiechnięta po tym, jak posłał piłkę prosto, kurwa, w drzewa – był dla Wellsa nie do zniesienia. Powinna odejść jak wszyscy inni. Zniknąć. Ta rudowłosa wojowniczka stojąca przy linie, ubrana w jego promocyjne ciuchy, była jedynym powodem, dla którego zwlókł się dziś rano z łóżka – bo zawsze pojawiała się podczas turniejów na Florydzie. Zawsze. Bez wyjątku. Czy ona nie wie, że w zeszłym roku wycofano jego linię ubrań? Nike też się z nim rozstało. Na tym etapie powinien się cieszyć, jeśli zechciałaby go sponsorować choćby marka szamponu przeciwłupieżowego.

Jego mentor, legendarny Buck Lee, przestał już nawet odpisywać na jego wiadomości.

Świat dawno go skreślił.

A jednak ona wciąż tam stała, trzymając ten swój transparent.

Belle Wellsa.

Jezu Chryste. Musi zakończyć jej cierpienie.

Jedynym sposobem jest najpierw zakończyć własne. W przeciwnym razie pojawi się znowu w przyszłym tygodniu, w przyszłym miesiącu i w przyszłym roku. Świeża, niezawodna i niezmiennie wspierająca, bez względu na to, jak nisko on skończy w tabeli. Wciąż wraca.

I dlatego Wells także wciąż wracał – bo nie chciał jej zawieść.

Jego ostatnia fanka. Jego ostatnie… cokolwiek.

Josephine.

Ale on nie chciał już tego robić. Nie chciał się pojawiać i bezsensownie próbować odzyskać dawną chwałę. Stracił swoją magię i nigdy jej nie odnajdzie. Leży gdzieś tam pomiędzy drzewami razem z piłką. Kibicka musi odejść, żeby on mógł w końcu wyciągnąć wtyczkę. Żeby mógł przestać budzić się każdego ranka i próbować odnaleźć utracony optymizm. Mógłby wreszcie w spokoju zapić się na śmierć i już nigdy w życiu nie zobaczyć żadnego greena.

A nic z tego się nie wydarzy, jeśli doprowadzi do końca ten absurdalny konkurs.

– Idź. – Odwrócił się na pięcie, ściągnął rękawiczkę i machnął nią w stronę fanów zmierzających do klubowego budynku. Patrzenie jej w oczy było trudne i niedorzeczne, bo nawet jej nieznał. Nie osobiście. I nigdy jej nie pozna. Wymienili wiele krótkich zdań na polu, ale wszystkie rozmowy dotyczyły golfa. Działo się to szybko, a jednak… miało znaczenie. I było czymś więcej niż zwykłą wymianą zdań z widzem. Nie mógł się nad tym zastanawiać. To już koniec. – Idź. Wycofuję się. – Wreszcie zdobył się na odwagę, by pochylić się nad liną i spojrzeć w jej szeroko otwarte zielone oczy. – To koniec, Belle. Jedź do domu.

– Nie.

Roześmiał się smutno i cisnął rękawiczkę wzdłuż fairwaya. Gdyby tylko potrafił tak prosto uderzać piłkę.

– No cóż, w takim razie będziesz kibicować duchowi, bo ja już skończyłem.

Powoli opuściła transparent.

Na ten widok poczuł szarpnięcie w piersi, ale na zewnątrz nawet nie drgnął.

– Jesteś w dołku, ale jeszcze nie odpadłeś, Wellsie Whitaker.

– Posłuchaj. Odpadłem. Rezygnuję z touru. Nie masz już żadnego powodu, by tu przychodzić, Josephine.

Nagle jej uśmiech się rozjaśnił i – Boże dopomóż – z uroczej stała się olśniewająca. Co oczywiście nie mogło mieć żadnego znaczenia, bo kończyli tę znajomość tu i teraz.

– Nazwałeś mnie po imieniu. Nigdy wcześniej tego nie zrobiłeś.

Doskonale o tym wiedział, prawda? Powstrzymywał się przed nazywaniem jej inaczej niż wybranym przez nią pseudonimem, bo wszystko inne wydawało się zbyt osobiste. A tu nie było nic osobistego. On był sportowcem, a ona jego fanką numer jeden – i musieli z tym skończyć. Koniec. Musiał przeciąć tę ostatnią nić łączącą go z golfem, inaczej nigdy nie ruszy dalej ze swoim żałosnym życiem byłej gwiazdy. W wieku dwudziestu dziewięciu lat.

Niech szlag trafi ten sport.

I niech ją też szlag trafi za to, że to przez nią chciał pojawiać się na kolejnych polach i wciąż próbować.

Co było kompletnie niedorzeczne, biorąc pod uwagę, że właśnie po raz pierwszy wypowiedział jej imię, mimo że kibicowała mu podczas turniejów już od pięciu lat.

– A co z konkursem? – powiedziała, składając transparent i przyciskając go do piersi. – Lunch i lekcja z Wellsem Whitakerem. Wygrałam.

Skinął głową w stronę drzew.

– To chyba oczywiste, że nie nadaję się do udzielania ci jakichkolwiek lekcji.

Przez chwilę patrzyła w dół fairwaya. Potem powiedziała:

– Sama jestem trenerką. Może to ja mogłabym udzielić lekcji tobie.

Zamrugał z niedowierzaniem.

– Słucham?

– Powiedziałam, że może to ja mogłabym cię czegoś nauczyć. – Skrzywiła się, jakby dopiero teraz przepuściła tę zuchwałą sugestię przez jakiś filtr. – Moja rodzina prowadzi niedaleko mały sklepik z akcesoriami golfowymi i wiem o tym sporcie wszystko, co tylko się da. Moja pierwsza para bucików dla niemowlaka miała kolce na podeszwach. – Zdjęła daszek i teraz… jej oczy wydawały się jeszcze większe. Bardziej przyciągające. Wells nie miał pojęcia dlaczego, ale myśl, że zawiedzie tę lojalną dziewczynę, wcale nie była przyjemna. – Już nie kochasz tego sportu. Może pomogę ci pokochać go na nowo. To miałam na myśli, mówiąc o lekcji…

– Josephine, posłuchaj. Ja już niechcę go kochać. Oddałem temu sportowi swoją duszę i nie dostałem nic w zamian.

Westchnęła gwałtownie.

– Nic oprócz trzech zwycięstw w turniejach wielkoszlemowych.

– Nie rozumiesz. Tytuły przestają mieć znaczenie, kiedy nie jesteś w stanie zdobyć ich po raz drugi. – Zamknął oczy i pozwolił, by prawda tych słów do niego dotarła. Po raz pierwszy wypowiedział je na głos: – Najlepsze, co możesz dla mnie zrobić, to odejść. Wybierz sobie jakiegoś innego golfistę do nękania, dobrze?

Jego ostatnia kibicka próbowała zachować kamienny wyraz twarzy, ale tą sugestią sprawił jej wyraźny ból. Idź dalej. Skończ to. Nawet jeśli sama myśl o tym, że będzie kibicować innemu zawodnikowi, sprawiała, że miał ochotę nadziać się na własny kij.

Mocno przygryzł język, żeby nie cofnąć tych słów.

– Masz zły dzień. Otrząśniesz się i jutro znowu wyjdziesz na pole. – Zaśmiała się z niedowierzaniem. – Nie możesz tak po prostu rzucić golfa.

On też się roześmiał, po czym się odwrócił i ruszył w stronę swojej torby, stawiając długie kroki. Nigdzie nie widział swojego caddiego.

– To golf rzucił mnie. Wracaj do domu, Belle.

Między kijami tkwiła karteczka. Zmarszczył czoło i chwycił ją dwoma palcami. Okazało się, że to rezygnacja na piśmie od jego caddiego. O ile bazgroły na barowej serwetce w ogóle można nazwać rezygnacją na piśmie. Zamiast złości Wells poczuł jedynie ulgę.

Doskonałe wyczucie czasu.

Przynajmniej nie musi sam zwalniać tego sukinsyna.

– Wells, poczekaj.

Mięśnie na jego plecach napięły się, gdy zobaczył Josephine. Przeszła pod liną i podbiegła w jego stronę, a rudy kucyk kołysał się jej na boki. Taki ruch był kompletnie niezgodny z zasadami, ale nikogo to już nie obchodziło. Wells opuści klub i nikt nawet tego nie zauważy, prawda? Nikt oprócz niej.

– Niektórzy wciąż w ciebie wierzą – powiedziała.

– Naprawdę? A kto taki? – Zarzucił torbę na ramię. – Bo ja tu widzę tylko ciebie.

Znów dostrzegł w jej spojrzeniu cień bólu i zignorował impuls, by rzucić torbę na ziemię i wszystko jej powiedzieć. O tym, jak mentor odwrócił się od niego po jednym kiepskim sezonie i jak Wells wtedy zrozumiał, że całe jego zaplecze i wsparcie były tylko iluzją. Ostatecznie i tak został sam, tak jak był sam od dwunastego roku życia. Teraz wszystkich obchodziło tylko to, jak dobrze uderza w tę małą, białą piłkę, i Boże, jak on tego nienawidził. Nienawidził gry i wszystkiego, co się z nią wiązało.

– Zostanę, dopóki wszyscy nie wrócą – oświadczyła.

Frustracja przejechała po jego wnętrzu jak paznokcie po tablicy. Chciał tylko rzucić ręcznik na ring, ale była jedna jedyna osoba, która mu to uniemożliwiała. Ona.

Resztkami sił oparł się pokusie odłożenia torby i sięgnięcia po kolejny kij – dla tej jednej osoby, która tak nierozsądnie nadal w niego wierzyła. Zamiast tego chwycił jej transparent i rozdarł go idealnie na pół, dziesięć razy wyzywając się w duchu od drani. Rzucił obie części na trawę i zmusił się, by spojrzeć jej w oczy, bo nie mógł być jednocześnie draniem i tchórzem.

– Po raz ostatni mówię: nie chcę cię tutaj.

I wtedy wreszcie się to stało.

Przestała patrzeć na niego tak, jakby był bohaterem.

A to było milion razy gorsze niż posłanie piłki w drzewa.

– Przepraszam za lunch – rzucił ochrypłym głosem, omijając ją. – I za wszystko.

– A co z twoją zieloną marynarką?

Wells zatrzymał się w pół kroku, ale się nie odwrócił. Nie mógł pozwolić, by ktokolwiek zobaczył, co robią z nim te dwa słowa – zielona marynarka. Zwłaszcza ta dziewczyna. Turniej rozgrywany co roku w Georgii powszechnie uznawano za ten, który wynosi gracza na szczyt. Wygrywasz Masters Tournament? Automatycznie stajesz się ikoną. Zwycięzca tradycyjnie otrzymywał charakterystyczną zieloną marynarkę i górował nad każdym, kto jej nie miał. Innymi słowy – ta marynarka to spełnienie marzeń.

– Co?

– Kiedyś powiedziałeś, że twoja kariera nie będzie kompletna, dopóki nie wygrasz zielonej marynarki w Auguście. Jeszcze tego nie zrobiłeś.

Odłamek lodu wbił mu się w brzuch.

– Tak, jestem tego świadomy, Josephine. Dziękuję.

– Cele nie przestają być celami – rzekła stanowczo. – Nie możesz tak po prostu przestać czegoś pragnąć po tym, jak tyle na to pracowałeś.

– Mogę. I już to zrobiłem.

– Pieprzysz bzdury, Wellsie Whitaker.

– Gadaj sobie, co chcesz. Ja nie będę tego słuchał.

Po tych słowach po raz ostatni opuścił pole – i miał rację: nikt tego nie zauważył.

Nikt oprócz Josephine. Ostatniej osoby na całej planecie, która mu kibicowała. Bardzo możliwe, że już nigdy więcej jej nie zobaczy. Nigdy więcej nie usłyszy, jak broni go w tłumie, nie zobaczy ani jej transparentów pojawiających się pokrzepiająco pośród baseballowych czapek, ani włosów o niezwykłym kolorze, idealnie kontrastujących z otaczającą ją zielenią.

Uświadomienie sobie tego było znacznie trudniejsze, niż się spodziewał, ale szedł dalej. W połowie drogi na parking zrzucił torbę golfową i pozwolił, by kije wysypały się na ziemię. Miał gdzieś, co się z nimi stanie. Jeśli zrzuci ten ciężar, może zrobi mu się lżej.

W końcu przyjdzie poczucie wolności. Prawda?

Już za chwilę.

Ale kiedy obejrzał się na pole i zobaczył Josephine, która wciąż stała w tym samym miejscu, odwrócona do niego plecami, ciężar nagle stał się jeszcze większy i kroki Wellsa na moment straciły rytm. Mimo to zmusił się, by usiąść za kierownicą swojego Ferrari. Pokazał środkowy palec porośniętemu bluszczem klubowi i z piskiem opon wyjechał z parkingu.

Wells Whitaker skończył z golfem i ze wszystkim, co się z nim wiąże.

Łącznie z zielonookimi optymistkami, dla których znów chciał wygrywać.

ROZDZIAŁ TRZECI

Trzy tygodnie po wycofaniu się z turnieju Wells otworzył jedno piekące oko, nie mając pojęcia, jaki jest dzień. Równie dobrze mógł być czerwiec albo grudzień. A czas mógł się cofnąć. Odkąd opuścił tamto pole golfowe w Palm Beach Gardens i wrócił do swojego apartamentu w Miami, stracił kontakt z rzeczywistością. Picie. Jezu Chryste, wypił tyle, że płuca i wnętrzności miał jakby oblepione świeżą smołą.

Choć w tej chwili zła macocha wszystkich bólów głowy miażdżyła mu czaszkę czubkiem buta… kończyny Wellsa były dziwnie niespokojne. Jakieś niewyraźne wspomnienie dźgało go w kark niczym kościsty palec. Powinien wstać z łóżka i coś zrobić. Tylko co? Nie było godziny startu, rundy treningowej ani konferencji prasowej. Nie zostało mu do roboty nic poza ponownym zalaniem się w trupa.

Huragan Jake.

– Kurwa.

Jego ręka wystrzeliła po pilota, a ciało skręciło się w pościeli, gdy usiadł. W nocy był huragan. W swoim apartamencie na wysokim piętrze w zasadzie nie odczuł jego skutków – poza silnym wiatrem i smagającym deszczem. Ostatnie, co pamiętał, to że żywioł przechodził przez Palm Beach i, do cholery, pomyślał wtedy o niej. O Josephine. Bo tam mieszkała, prawda? „Moja rodzina prowadzi niedaleko mały sklepik z akcesoriami do golfa”. Przypomniał sobie, że tak powiedziała. Więc jeśli nie w samym Palm Beach, to gdzieś niedaleko. Wystarczająco blisko, żeby oberwać.

I musiał być absurdalnie pijany, skoro przemknęła mu przez głowę irracjonalna obawa, że ona wciąż stoi na tamtym polu golfowym i patrzy za nim, kiedy nadciąga huragan. Niedorzeczna myśl, która w świetle dnia wcale nie stała się mniej niepokojąca.

Nie miał wobec niej żadnych zobowiązań.

To nie tak, że oficjalnie zaprosił ją do roli swojej fanki numer jeden.

Swojej jedynej fanki.

Na tym etapie pewnie już kibicowała komuś innemu. I dobrze.

Z żołądkiem bulgoczącym od kwasu Wells włączył siedemdziesięciocalowy telewizor znajdujący się naprzeciwko łóżka i przełączył na wiadomości, a serce opadło mu jak kotwica na widok pokazywanych zniszczeń. Wybrzeże zostało zmiecione przez wiatr o prędkości blisko dwustu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę i spłukane potokami deszczu. Braki prądu i powodzie. Poprzewracane samochody. Ściany budynków zerwane do gołych szkieletów.

Czy ją to dotknęło?

Wells wyciszył telewizor i opadł na zagłówek, nerwowo stukając palcem w pilota. To nie jego problem. Istnieją specjalne służby ratunkowe, które pomagają ludziom po kataklizmach. Poza tym on nie jest w stanie pomóc komukolwiek.

Bo to on potrzebuje pomocy.

Ostrożnie obrócił ciężką głowę i rozejrzał się po pokoju. Porozrzucane ubrania, butelki, walające się szklanki i talerze z resztkami jedzenia. Kompletnie się zapuścił, porzucił dietę białkową i treningową rutynę. Tak samo jak golenie, prysznice i jakąkolwiek produktywność. Kilka nocy temu zmusił się do wyjścia na zewnątrz, ale skończyło się to kolejną bójką w barze z jakimś kretynem, który stracił pieniądze na fantasy sports przez kiepski wynik Wellsa. Prawe oko miał więc sine i opuchnięte. Tamten wyglądał gorzej, ale to marna pociecha.

Niespodziewany cios zabolał jak diabli, lecz sama bójka przyniosła mu ulgę. Dorastał wśród walk. W szkole częściej siedział w gabinecie dyrektora niż sam dyrektor. Był wściekłym dzieciakiem – rozgoryczonym porzuceniem przez rodziców. Burzliwym i porywczym.

A potem zajął się nim Buck Lee.

Latem roku, w którym Wells skończył szesnaście lat, dostał pracę przy zbieraniu piłek na lokalnym polu golfowym, w której najbardziej cieszyła go możliwość cichego nabijania się z bogatych dzieciaków, podczas gdy sam mógł zarobić parę dolarów. Gdzie byłby teraz, gdyby nigdy nie chwycił za drivera i nie posłał piłki na blisko trzysta metrów, kiedy Buck obserwował go z klubowego budynku?

Pewnie nie siedziałby w apartamencie wartym pięć milionów dolców.

Nie zamartwiałby się dziewczyną, którą ledwo znał.

Belle Wellsa.

Nagłe poczucie odpowiedzialności sprawiło, że warknął i sięgnął po telefon. Menedżer zostawił go kilka tygodni temu i nie mieli ze sobą żadnego kontaktu, ale by zdobyć informacje, był gotów zacisnąć zęby. Inaczej już zawsze będzie się zastanawiał, czy nic jej się nie stało w czasie, gdy był za nią odpowiedzialny…

Gdy był za nią odpowiedzialny?

– Przestań zachowywać się, jakby była twoją dziewczyną. To fanka.

Wielkie, pełne optymizmu zielone oczy patrzyły na niego z dołu.

Zostanę tu, dopóki wszyscy nie wrócą.

– Cholera. – Czy w głowie pulsuje mu tak przez kaca, czy przez coś innego? Wells nie wiedział i nie zamierzał dociekać, skąd bierze się to poczucie odpowiedzialności wobec pewnej rudowłosej. Po prostu wybrał numer.

Jego były menedżer Nate odebrał po trzecim sygnale. Miał zaspany głos.

– Lepiej żebyś nie dzwonił tylko po to, żebym wyciągał cię z kłopotów.

– Nie dzwonię. – Na ekranie telewizora pokazywano schronisko pełne ludzi, którzy wskutek kataklizmu stracili domy, i Wells gorączkowo skanował ich twarze w poszukiwaniu tej jednej, pełnej nadziei i uśmiechu. – Słuchaj, pamiętasz ten konkurs? Ludzie zgłaszali się, żeby zjeść ze mną lunch i mieć lekcję puttowania.

– Ten, do którego zgłosiło się osiemdziesiąt jeden osób?

Wells się skrzywił.

– Nie musiałeś podawać tej liczby.

Wyobraził sobie, jak jego były menedżer wzrusza ramionami.

– Czemu nagle interesuje cię ten konkurs? Zadzwonili do mnie z klubowej restauracji z informacją, że nie pojawiłeś się o zarezerwowanej godzinie. Mówię ci, byłem w szoku.

– A nie powinieneś. Mają kijowe żarcie. – Wyobraził sobie, jak siedzi naprzeciw Josephine w jasno oświetlonej restauracji klubowej, i poczuł, że jego głupie serce zaczyna bić trochę szybciej. – Jezu. Mogłem wybrać jakieś lepsze miejsce.

– Stary, jakość ich sałatki nicejskiej nie ma znaczenia, bo nie wywiązałeś się z umowy.

– Nie musisz mi o tym przypominać – warknął Wells i poczuł gwałtowny ból za okiem.

Czy Josephine była bardzo rozczarowana, że nie zabrał jej na lunch?

Oczywiście, że tak. Przez wszystkie te lata robił tylko jedno – zawodził ją.

– Po prostu daj mi numer zwyciężczyni, a ja dam ci spokój – wychrypiał.

– Co? – Nate się roześmiał. – Nie mogę. Słyszałeś kiedyś o ochronie danych osobowych?

Panika, która nagle ścisnęła pierś Wellsa, wcale mu nie służyła.

– Zabieram ją na cholerny lunch, jasne? Nie lubię niedomkniętych spraw.

– Ona nie chce lunchu. Niczego od ciebie nie chce.

Dłoń Wellsa zacisnęła się na pilocie, a głos telewizyjnego reportera stał się stłumiony.

– Co to ma, do cholery, znaczyć?

– To znaczy… – Nate jęknął, po czym w tle zaskrzypiały sprężyny łóżka. – Ja też nie lubię niedomkniętych spraw. Kiedy dowiedziałem się, że nie pojawiłeś się w umówionym terminie, zadzwoniłem do zwyciężczyni i zaproponowałem jej to samo: lunch i lekcję z innym, mniej zrzędliwym golfistą.

– Co zrobiłeś? – Kac jakby wyciekł mu uszami, a on nagle stał się boleśnie trzeźwy i opanowany, aż poczuł dezorientację. – To moja fanka.

– Już nie. Zaproponowałem, że wyślę jej trochę gadżetów Wellsa Whitakera, ale też odmówiła. Twoje osłonki na piwo nic tu nie zdziałają.

Wells był już na nogach i chodził po pokoju, choć nie pamiętał, kiedy wstał. Czy podłoga się przechyla, czy wciąż był pijany?

– Mam gdzieś ochronę danych. Daj mi jej numer.

– Nie ma mowy. Udało mi się przetrwać współpracę z tobą bez pozwu i teraz nie zamierzam narażać się na konsekwencje prawne, zwłaszcza że już nie jestem na twojej liście płac.

– To jakieś szaleństwo! – krzyknął do telefonu Wells. – Próbuję zrobić to, co powinienem.

– Za późno, stary – odparł Nate, również podnosząc głos. – Przez dwa lata ignorowałeś zobowiązania i zachowywałeś się jak totalny dupek. Byłeś nim zawsze, ale teraz, kiedy nie masz wyników na polu, nikt nie musi tego znosić. A już na pewno nie ja. Nara, Wells.

W słuchawce zapadła cisza.

Boże, musi się napić. Natychmiast.

A jednak nie był w stanie ruszyć się do kuchni po nową butelkę szkockiej. Wszystko, co powiedział Nate, to prawda – przez całą karierę zachowywał się jak dupek. Zamiast zaprzyjaźniać się z innymi zawodnikami, rzucał im uszczypliwe komentarze. Fanów traktował obojętnie. Prasę albo całkowicie olewał, albo odpowiadał reporterom tak, że nie dało się tego puścić w telewizji.

Najbardziej na świecie chciał pokazać wszystkim środkowy palec i wrócić do łóżka. Nikt niczego od niego nie oczekiwał. Nie miał rodziny, którą mógłby zawieść. Żadnych prawdziwych przyjaciół do wkurzenia. Żadnego mentora do rozczarowania.

Chęć zapadnięcia się w odrętwienie głośno do niego przemawiała, ale krystalicznie wyraźne wspomnienie tej dziewczyny było głośniejsze.

Boże, jakie to irytujące.

– Zjemy razem lunch, Josephine! – krzyknął Wells, idąc pod prysznic. – Do cholery, zjemyrazemlunch.

koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Przypisy

1Tee (ang.) – miejsce, z którego rozpoczyna się grę na danym dołku; także niewielka podstawka, na której ustawia się piłkę przy pierwszym uderzeniu (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).[wróć]

2Putt (ang.) – lekkie, precyzyjne uderzenie mające skierować piłkę do dołka.[wróć]

3Caddie (ang.) – osoba towarzysząca golfiście podczas gry, która nosi jego kije i pomaga mu w podejmowaniu decyzji na polu.[wróć]

4Fairway (ang.) – główny, krótko przystrzyżony pas trawy między tee a greenem (tj. końcową, jeszcze krócej przystrzyżoną częścią z dołkiem i flagą).[wróć]

5Birdie (ang.) – ukończenie dołka o jedno uderzenie poniżej normy.[wróć]

6Drive (ang.) – mocne, dalekie uderzenie.[wróć]