10 osób interesuje się tą książką

Opis

Własnością młodego małżeństwa staje się stara, zagadkowa szafa. Barbara, której przeszłość też skrywa wiele tajemnic, pragnie odkryć, kim byli pierwsi właściciele antyku. Trafia do Sławkowa, miejscowości leżącej w Zagłębiu Dąbrowskim, tam dowiaduje się, że mebel należał do rodziny żydowskiej. Dalsze poszukiwania doprowadzają Barbarę do Mikołaja, pasjonata historii i opiekuna żydowskiego cmentarza. Z płyt nagrobnych i starych dokumentów powoli odsłania się historia Sary, żydówki zakochanej w goju – synu miejscowego szklarza. Czy ta zakazana miłość zdołała przetrwać wojnę i holocaust?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 319

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Zapraszamy na www.publicat.pl
Projekt okładki ANNA SLOTORSZ/ARTNOVO.PL
Fotografie na okładce„Sławków Rynek” - Wydawnictwo Kart Ilustrowanych R. Brandys w Strzemieszycach w 1919 r. Pocztówka ze zbiorów Działu Kultury Dawnej Miejskiego Ośrodka Kultury w Sławkowie © faestock/adobe stock © ThomasLENNE/adobe stock asafeliason/adobe stock
Koordynacja projektuALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC
RedakcjaADRIANNA MICHALEWSKA
KorektaMARIA SOŁTYS
SkładLOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN
Polish edition © Sabina Waszut, Publicat S.A. MMXIX (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
All rights reserved
ISBN 978-83-271-5970-0
Konwersja: eLitera s.c.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: [email protected]

CZĘŚĆ PIERWSZA

.

ESTERA

Gdy byłam nastolatką, lubiłam udawać aktorkę. Codzienne sytuacje, najzwyczajniejsze momenty życia były sceną, a ja odgrywałam wyuczoną rolę. Ta zabawa potrafiła mnie całkowicie pochłonąć. Wszystko znajdowało się w scenariuszu. Ledwie dostrzegalny uśmiech, delikatne pochylenie głowy, wyciągnięcie ręki na przywitanie. Należało mówić wyraźnie, jeść ładnie, płakać tak, aby nie puchły oczy. Czasem konieczne były duble. Zabawa nie należała do łatwych, ale miała jedną zaletę: wszystko zostało z góry ustalone. Każde ujęcie zaplanowane. Wystarczyło tylko dobrze odegrać rolę i przejść do kolejnego zadania.

Z czasem zgubiłam gdzieś moją aktorską pasję. Wyrosłam z niej, tak jak wyrasta się z butów i sukienek. Pewnie została wyniesiona na strych wraz z innymi zabawkami. Dusi się w którymś z pudeł w domu rodziców.

I właśnie teraz, zupełnie niespodziewanie, pojawiła się w głowie myśl, że scena, którą odgrywam, jest jedną z najczęstszych i najbanalniejszych w historii kina. Ile razy już to widziałam? Ile filmów właśnie tak się zaczyna? Młode małżeństwo stoi przed domem, tuż obok tabliczki z napisem „Sprzedane”. Pogoda jest nieistotna. Może zacinać deszcz, może sypać śnieg, ona i tak promienieje szczęściem. Uśmiechając się od ucha do ucha, pyta, czy na pewno stać ich na taki wydatek, a on, zamiast odpowiedzieć, bierze ją na ręce i przenosi przez próg.

– I co my teraz z tym zrobimy? – odzywa się Marcin, a ja całą sobą chcę mu powiedzieć, że musi mówić głośniej, bo inaczej trzeba będzie powtarzać scenę w nieskończoność.

– Basia! Halo, tu Ziemia, gdzie ty jesteś?

– Czy aby na pewno nas na to stać? – wypowiadam kwestię, nie potrafię wyjść z roli.

– Baśka?

Zamykam oczy. Zaciskam powieki. Wyuczone raz, dwa, trzy. Już!

Znika plan filmowy i para aktorów.

– Zamyśliłam się – mówię i posyłam Marcinowi uśmiech, już całkiem przytomnie, zupełnie po swojemu.

Marcin przygląda mi się uważnie, ale widocznie nie dostrzega niczego, czym powinien się martwić.

– Jak to zapełnimy? – pyta, a ja wiem, że chodzi mu o sto czterdzieści metrów kwadratowych pustej powierzchni szeregowca, który dziś, po godzinie spędzonej u notariusza, stał się naszą własnością.

– Antykwariaty? Giełdy używanych mebli? Strychy? – podpowiadam.

– A może po prostu Ikea? – Marcin sugeruje najłatwiejszą z możliwości.

Choć nie chciałabym mieć mieszkania umeblowanego jak z katalogu, wiem, że pewnie na tym się skończy. Trudno poszukiwać oryginalnych rzeczy, gdy jest się kompletnie spłukanym. Nie wszystkie marzenia spełnia się od razu. A stojąc we własnym domku, wypełnionym jeszcze zapachami farb i klejów do tapet, tak łatwo iść na wszelkie ustępstwa. Tak łatwo przyzwyczaić się do myśli, że na przedwojenny kredens i robione na szydełku firanki przyjdzie jeszcze czas.

– Martwisz się czymś? – pyta mnie mąż, gdy oparci o ścianę, w miejscu, gdzie będzie stał nasz stół, dojadamy wprost z pudełka ostatnie kawałki pizzy. Wiem, że nawiązuje do tego, co stało się chwilę temu. Do mojego „zamyślenia się”.

– Wszystko jest dobrze – odpowiadam zgodnie z prawdą, bo przecież nic złego się nie dzieje, nic przykrego nie zaprząta moich myśli. – Może tylko ostatnio trochę za dużo wrażeń. W końcu nie co dzień kupuje się dom – przyznaję, ponieważ wiem, że takie słowa uspokoją Marcina. Oboje mamy prawo do zmęczenia i zdenerwowania. – Wciąż tyle emocji.

Dwadzieścia cztery miesiące temu, w pierwszą sobotę października, wyprowadziłam się z rodzinnego domu. Spod klosza, pod którym wychowywali mnie rodzice, z kozetek psychologów trafiłam w chaos życia z Marcinem, w pasmo niekończących się wyjazdów i powrotów. I – wbrew obawom – ten skok do wzburzonej wody posłużył mi lepiej niż flauta wszystkich poprzednich lat. Oderwałam się. Uwolniłam.

Marcin jest automatykiem. Pisze programy dla linii produkcyjnych dużych fabryk. Wyjeżdża w najodleglejsze zakątki świata. Wiele razy mu towarzyszyłam. Jako świeżo upieczona farmaceutka, jeszcze bez pracy, mogłam szukanie zatrudnienia odłożyć na kilka lat. W końcu nic nie kształci bardziej niż podróże.

W Japonii wynajmowaliśmy maleńkie mieszkanko – z podłogą wyłożoną tatami, na które pod żadnym pozorem nie można było wejść w butach. Szybko przyzwyczaiłam się do siedzenia po turecku przy jedzeniu rozkładanych na niziutkim stoliczku posiłków i do sypiania na futonie, który w dzień zwijało się i układało w kącie mieszkania.

W Korei mieszkaliśmy w jednym z seulskich blokowisk, w mieszkaniach tak do siebie podobnych, że można je było wynajmować właściwie bez wcześniejszego oglądania. Tam nie czułam się dobrze. Męczył mnie brak różnorodności

W Indiach dzieliliśmy z inną rodziną domek na przedmieściach Bengaluru. Na górze my, na dole gospodarze – małżeństwo z czwórką małych dzieci. Było wesoło. Padma przesiadywała u mnie przez większość dnia. Wciąż gadała, nie zważając na to, że prawie jej nie rozumiałam. Dopiero ona nauczyła mnie robić herbatę.

Bywało różnie, czasem ekstremalnie. Wszędzie jednak po prostu dobrze się bawiliśmy. Żyliśmy. Ja w końcu oddychałam. Marcin uważał, abym się nie zachłysnęła powietrzem. W międzyczasie wzięliśmy cichy ślub. A potem zmarła matka Marcina. Nie było nas wtedy obok niej. Chyba właśnie to sprawiło, że nagle mój mąż zwolnił tempo życia. Zaczął mówić o domu, o dziecku. Moi rodzice odetchnęli z ulgą. Wciąż jednak nie wiem, czy potrafię znów się zatrzymać. Czy powrót tutaj wyjdzie mi na dobre. To, że przeszłość zasnęła, nie oznacza przecież, że umarła. Wciąż jest we mnie obecna, wciąż nie mam odwagi, aby spojrzeć jej w oczy.

I nie wiem, czy ta krótka chwila, czy dzisiejszy powrót do dziecięcej zabawy nie powinien być dla mnie znakiem ostrzegawczym.

Na razie go zignoruję.

Gdy Marcin jedzie do firmy, spaceruję po pustym mieszkaniu i ustawiam nieistniejące meble. Mam przed oczyma wszystkie miejsca, w których przez te ostatnie lata spędzaliśmy noce. Mogę przebierać w koncepcjach i stylach. Mam wyobraźnię, więc bez trudu ustalam, gdzie będzie stał kuchenny kredens i w którą stronę muszą się otwierać drzwi lodówki, aby wygodnie nam było wyjmować jedzenie. W sypialni materac położymy blisko okna, by rano budzić się w słońcu. Na najdłuższej ścianie – szafa. Musi być duża, głęboka. W kawalerce wszędzie potykaliśmy się o porozrzucane ubrania, których nie mieliśmy gdzie schować. Tutaj będzie inaczej.

Bez entuzjazmu przeglądam strony sklepów meblowych. Niby wszystko jest. Na większość mebli nawet nie trzeba czekać. Za tydzień, dwa mieszkanie będzie gotowe. Powinniśmy się zająć tym wcześniej, meble mogłyby już stać, teraz układałabym książki na półkach. Powinniśmy, ale chyba dopiero dziś do nas dotarło, że mamy dom, że nasze życie się zmieni.

– Basiu, dzwoniła do mnie pani Szaflarska, pamiętasz ją? Byliśmy u niej przed ślubem. Ma jakieś książki, które należały do mamy, koniecznie chce, abyśmy po nie przyjechali.

– To się jakoś umów... Może w sobotę? – odpowiadam pośpiesznie, bo właśnie manewruję kierownicą, wyjeżdżając z podziemnego parkingu Ikei.

– Ale ona chce, żebyśmy dziś to załatwili, jutro wyjeżdża do sanatorium.

– To odwiedzimy ją, gdy wróci. – Zaczynam się denerwować, nie lubię rozmawiać przez telefon, kiedy prowadzę samochód.

– Basia, wiesz jacy są starsi ludzie. Dziś to dziś. Mogłabyś? Ja nie wyrwę się stąd przed dwudziestą.

Natychmiast chcę odmówić, ale do głowy nie przychodzi mi żadna rozsądna wymówka, mimo że usilnie jej szukam.

– Ale ja jej prawie nie znam, poza tym staram się znaleźć jakieś meble. Dla nas. – Ostatnie słowa wypowiadam głośniej.

– Ile ci to zajmie? W progu da ci te książki i pojedziesz dalej. Gdzie jesteś? W Katowicach? Przecież to jest po drodze do domu.

Zagryzam wargi. Marcin pamięta, że nie lubię rozmawiać z obcymi, a tę kobietę widziałam raz w życiu, przez kilkanaście minut. Mój mąż wie również, że to nie skończy się na krótkiej rozmowie w drzwiach. Pani Szaflarska na pewno zaprosi mnie na herbatę. Będzie chciała rozmawiać, wspominać, może zacznie wypytywać. Nie mam pojęcia, ile o mnie słyszała.

– Basiu? Jesteś tam? – W słuchawce znów rozbrzmiewa głos Marcina. – To starsza pani, najbliższa przyjaciółka mamy, nie chcę jej odmawiać. Przecież to drobiazg.

– Dobrze, pojadę – mówię i kończę połączenie.

To tylko moje wariactwa, muszę z nimi walczyć.

Kamienica, w której mieszka przyjaciółka mojej zmarłej teściowej, stoi w samym centrum Katowic. Mimo to nie została odrestaurowana. Z jakiegoś powodu pominięta, tkwi w cieniu tych, których kolej już nadeszła.

Klatka schodowa też wymaga remontu. Czerwone niegdyś schody, teraz wytarte milionami kroków, skrzypią złowrogo. Pani Stefania Szaflarska mieszka na pierwszym piętrze. Robię głęboki wdech, nie znajdując dzwonka, pukam. Drzwi otwierają się natychmiast, jakby były przygotowane na przybycie gościa.

– Proszę, proszę, niech pani wejdzie – mówi niska kobiecinka, ubrana w kwiecistą sukienkę, a ja tracę resztki nadziei, że wizyta będzie krótka.

– Marcin powiedział, że ma pani książki jego mamy. – Z jakiegoś powodu czuję konieczność wyjaśnienia powodu wizyty.

– Tak, tak. Już je przygotowałam. Leżą na stole. Ciągle zapominałam oddać, a potem... – Szaflarska wzdycha. – Elżbieta zmarła tak nagle.

Przytakuję. Nie tylko my nie przygotowaliśmy się na tę śmierć. Każdemu się wydaje, że ma czas, że nawet jeśli zachoruje, jeśli diagnoza będzie niepomyślna, pozostaną mu tygodnie, miesiące, aby się pożegnać z bliskimi, aby jeszcze razem pobyć z innymi. Nie chcemy myśleć, że czasem między śniadaniem a kolacją można na zawsze stracić kogoś, kogo się kocha. Tętniak zabiera właśnie w taki sposób. Bomba zegarowa w głowie. Bez żadnych objawów. Bum – i po wszystkim. Pocieszeniem dla bliskich jest tylko to, że nikt nie mógł nic zrobić, że nie było możliwości przewidzenia i zduszenia pożaru w zarodku. Dla mnie takiego pocieszenia nie ma.

– Proszę, niech pani usiądzie – mówi Szaflarska, gdy wchodzimy do jednego z pokoi. – Zrobię herbatę i już do pani wracam.

Posłusznie siadam na wskazanym krześle. Okrągły stół nakryty jest lekko pożółkłym obrusem. Na środku stoi wazonik ze świeżymi kwiatami, obok talerz z sernikiem i złożone jeden na drugim talerzyki. Na skraju – stosik książek.

Rozglądam się wokół. Kiedy byłam tu po raz pierwszy z zaproszeniem na nasz ślub, nie zwróciłam uwagi na stojące w saloniku piękne stare meble, na kanapę obitą zielonym flauszem i lampę z koronkowym abażurem. Właściwe sama mogłabym tak mieszkać. Tego będzie mi brakowało w naszym domku z Ikei – duszy, którą ma każdy ze zgromadzonych tu przedmiotów. Wstaję i podchodzę do niskiej komody. Stoją na niej zdjęcia. Kolorowe i czarno-białe, w wielobarwnych ramkach. Niektóre z fotografii muszą być bardzo stare, inne wyglądają na zrobione dosłownie przed chwilą. Dopiero teraz zauważam, że zdjęcia wiszą również na ścianach. Jest ich mnóstwo. Wypełniają pokój twarzami.

– To moje wnuki – wyjaśnia Stefania, stając obok. W rękach trzyma tacę z czajniczkiem i filiżankami. – Mam ich pięcioro. A tam – wskazuje zdjęcia na ścianie – moje rodzeństwo. Też jest nas pięcioro. Same chłopaki i ja jedna. Do dziś mam ich przy sobie. Wszyscy wciąż żyjemy i mieszkamy blisko siebie.

Szaflarska się śmieje, a ja czuję, jak cierpną mi policzki, jak pocą się dłonie. W domu moich rodziców nie było zdjęć, nikt nie wspominał przeszłości. W naszym domu też ich nie będzie.

– Marcin mówił, że wyjeżdża pani do sanatorium. Nad morze czy w góry? – pytam, gdy starsza pani kończy snucie opowieści o braciach i wnukach.

Znam teraz dokładny życiorys każdego z nich, ale muszę przyznać, że Szaflarska ma dar opowiadania. Czas przy herbacie minął nadzwyczaj przyjemnie. Teraz się boję, że zacznie pytać o moją rodzinę, a ja, w przeciwieństwie do niej, nie chcę snuć wspomnień.

– Jadę na trzy tygodnie do Ustronia. Co roku jeżdżę i jakoś stawiają mnie na nogi. – Uśmiecha się kokieteryjnie. – A teraz zdrowie mi się przyda. Ta przeprowadzka nie będzie łatwa.

– Zmienia pani mieszkanie? – pytam zdziwiona. Podobno starych drzew się nie przesadza. A pani Szaflarska sprawia wrażenie zżytej z każdym kątem tego miejsca.

– Co tu dużo mówić. – Wzdycha i po raz pierwszy tego popołudnia zamyśla się na dłuższą chwilę.

Czekam cierpliwie.

– Jakiś czas temu urząd miasta poinformował nas – lokatorów kamienicy – że znalazł się prawowity właściciel, a raczej spadkobierca właściciela. Sprawa trafiła do sądu. Miasto nie chce łatwo oddać tego, co dawno temu uznało za swoje, a tamten człowiek nie ma zamiaru się poddać w walce o ojcowiznę.

– I kazali się wam wyprowadzić?

– Ależ skąd. – Szaflarska macha ręką. – Na razie nic się nie zmieniło, a córka mi mówi, że taki proces może jeszcze trwać lata.

– Więc dlaczego? – Nadal nie rozumiem decyzji o przeprowadzce.

– Wie pani, nagle przestałam się tu dobrze czuć.

Staruszka powoli podnosi się z krzesła. Podchodzi do okna i przez chwilę stoi do mnie tyłem, patrząc na gwarne miasto za szybą.

– Gdy sobie pomyślę, że kiedyś ktoś musiał to wszystko zostawić i w pośpiechu wyjechać, albo gdy przypomnę sobie podobne awantury, o których czasem mówią w telewizji, zauważam, że obie strony mają swoje racje. Obie ucierpiały albo ucierpią.

Odwraca się do mnie.

– Po prostu nie chcę brać w tym udziału. A Kazio, mój najmłodszy brat, który jak pani mówiłam, niedawno owdowiał, bardzo chce, abym z nim zamieszkała. W dwójkę będzie nam weselej... I łatwiej – kończy i znów się do mnie uśmiecha.

Jeszcze przez chwilę rozmawiamy, ale wreszcie zaczynam się zbierać do wyjścia. Wbrew obawom to była miła wizyta.

Od momentu, w którym Szaflarska powiedziała mi o wyprowadzce, po głowie chodzi mi jedno pytanie. Zwlekam, bo jakoś niezręcznie jest mi je zadać. W końcu, gdy właściwie chwytam już za klamkę drzwi wejściowych, zbieram się na odwagę.

– A meble? Tyle tu pięknych rzeczy... Co się z nimi stanie?

Staruszka natychmiast odczytuje moje intencje. Widzę to w jej spojrzeniu.

– Nie wszystkie meble stanowią dla mnie jakąś wartość. Te cenne, z którymi wiążą się nasze wspomnienia, zabieram ze sobą. Kazik ma sporo miejsca. Coś niecoś chce też zabrać córka.

Kiwam głową lekko zawiedziona. Cień nadziei, że może mogłabym część tych rzeczy kupić i zabrać do nas, zniknął.

– Dziękuję za książki i herbatę – mówię i otwieram drzwi.

– Niech pani poczeka. – Szaflarska łapie mnie za ramię.

Odwracam się ponownie.

– Chodźmy na strych. Chcę pani coś pokazać.

Przez krótką chwilę mam ochotę się wykręcić. Powiedzieć, że się spieszę. Ale ciekawość każe mi podążyć za starszą kobietą, która noga za nogą, klapek za klapkiem, wspina się po skrzypiących schodach aż pod sam dach.

Strych pachnie drewnem i kurzem. Pełno tu dziwnych i starych rzeczy. Zaczarowany pokój życzeń albo cmentarz niepotrzebnych przedmiotów. Niemodne już meble, zabawki, z których wyrosły dzieci, pralki i lodówki – zastąpione nowymi egzemplarzami. Wśród nich gdzieniegdzie sznury z suszącym się praniem. Nie wiedziałam, że są jeszcze kobiety, które z miskami wędrują na strych. Tak robiła moja babcia. Myślałam, że po niej już nikt nie rozwiesza mokrych rzeczy na sznurkach na poddaszu.

Szaflarska przeprowadza mnie przez ten tor przeszkód. Ciekawe, czy dzieci bawią się na strychu w chowanego. Tyle tu miejsc, gdzie można byłoby zostać niezauważonym. Zatrzymujemy się przy niewielkim okienku. Jest uchylone, do wnętrza wpada szum ulicy, odgłosy jakby z innego świata. Obok stoi coś dużego, jakiś mebel przykryty folią malarską. Kobieta powoli ją zsuwa. Kurz unosi się w powietrze. Wiruje i drapie w gardle. Kaszlę, a potem przecieram załzawione oczy i przez dłuższą chwilę bez słowa przyglądam się starej szafie. Jest bardzo duża, trzydrzwiowa. Na frontach po lewej i prawej stronie wykonano geometryczne zdobienia, środkową część wypełnia lustro. Na dole rząd szuflad, góra z ozdobnym gzymsem. Wszystko jest tu dopracowane. Kute zawiasy i ciężkie uchwyty. Z zamków wystają czarne główki kluczy.

– Piękna – odzywam się w końcu. – Prawie niezniszczona.

– Jeszcze przedwojenna. – Szaflarska podchodzi bliżej i otwiera środkowe drzwi. Widzę rząd półek. Chwilę później przekonuję się, że drążki na wieszaki znajdują się po prawej i lewej stronie. Szafa jest głęboka. W panującym na strychu półmroku nie mogę dostrzec tylnej ściany. Ciemność może skrywać wszystko.

– Nie należała do naszej rodziny. – Głos Szaflarskiej, ciepły i cichy, jeszcze bardziej potęguje niezwykłą magię chwili. – Mój mąż dostał ją od kolegi z pracy. Wyjeżdżał z kraju i pozbywał się tego, czego nie mógł zabrać. Pamiętam, jak trudno było ją wnieść po schodach do mieszkania. A potem okazało się... – Moja towarzyszka zaczyna się śmiać. – Okazało się, że mąż źle zmierzył szafę i nie zmieściła się w sypialni. Nie można było otworzyć drzwi, łóżko przeszkadzało. W innych pokojach też nie znalazłam dla niej miejsca. Dużo było nas jeszcze wtedy w rodzinie. Syn studiował, a córka z mężem i wnukiem wciąż czekali na przydział własnego mieszkania. Szafa trafiła na strych i tak tu stoi. Więc jeśli chce pani mieć w domu coś naprawdę starego, jest do zabrania.

Mimo że spodziewałam się takiej propozycji i wręcz na nią czekałam, teraz nie wiem, co odpowiedzieć. Czy Marcin nie będzie zły, że podejmuję decyzję bez niego? Czy nie uzna, że ogromny mebel zagraci naszą sypialnię? Wiem, że lubi minimalizm, prostotę.

Wyciągam rękę i dotykam lakierowanych drzwi. Dreszcz przebiega mi przez kręgosłup. Sunę opuszkami palców wzdłuż gładkiej krawędzi, łapię za klucz i delikatnie przekręcam. Wszystko działa. Jakby przed chwilą ktoś naoliwił wnętrze starego mechanizmu.

Im dłużej dotykam szafy, tym większe czuję podekscytowanie. Serce nie biło mi tak szybko chyba nawet wówczas, gdy pierwszy raz stanęłam w naszym nowym domu. Moja reakcja nie pasuje do okoliczności.

– Proszę zadzwonić, kiedy pani wróci. Przyjedziemy po nią – mówię, nie dając dojść do głosu rozsądkowi.

Szaflarska jest wyraźnie zadowolona z mojej decyzji, mam wrażenie, że poczuła ulgę. Widocznie los mebla leży jej na sercu.

– Ten mężczyzna, od którego mąż dostał szafę, nazywał się Jakub Zawada. Mieszkał w Strzemieszycach.

Nie wiem, do czego miałyby mi się przydać informacje o właścicielu szafy. To nie kamienica, nikt nie będzie przecież chciał jej odzyskać. Stanie u mnie mebel z tajemnicą, śpiewam w duchu, ciesząc się jak dziecko. Żegnam się z Szaflarską po raz drugi. Ponownie dziękuję i schodzę ze strychu wprost na ulicę. Zaskakuje mnie mrok. To niemożliwe, że spędziłam u starszej pani aż tyle czasu.

Trzy tygodnie później znów staję przed szafą. Tym razem w towarzystwie Marcina, Judyty – córki pani Szaflarskiej – i dwóch mężczyzn, którzy mają przewieźć mebel. Mąż nie jest zadowolony, a ja zupełnie nie wiem, co powiedzieć na swoje usprawiedliwienie. Nie dowierzam temu, co widzę. Prawie nie rozpoznaję mebla, który podczas ostatniej wizyty na strychu wydawał mi się pięknym antykiem, zupełnie nienadgryzionym zębem czasu. Teraz stoi przede mną zniszczona szafa z łuszczącą się farbą i setkami zrobionych przez korniki dziurek.

– Co ci się w niej aż tak podobało?

Pytanie Marcina podszyte jest irytacją, której się nie dziwię. Nie mam pojęcia, co powinnam mu odpowiedzieć. Dziś w szafie nie podoba mi się nic.

– To na pewno ta? – dopytuje mąż.

Choć bardzo chciałabym zaprzeczyć, nie mogę. To na tę szafę patrzyłam z Szaflarską, ta mnie tak zauroczyła, że bez zastanowienia zdecydowałam o zabraniu jej do naszego domu.

– Wyglądała jakoś inaczej – próbuję tłumaczyć. – Wtedy na dworze robiło się już ciemno, może dlatego nie zauważyłam zniszczeń.

Marcin wzdycha.

– I co teraz robimy?

Wiem, że jesteśmy w kłopotliwej sytuacji. Nie tylko dlatego, że pracownicy firmy transportowej, którzy stoją za naszymi plecami, są już wyraźnie zniecierpliwieni. Naszym głównym zmartwieniem jest nieobecność pani Szaflarskiej. Kilka dni temu zadzwoniła do mnie i słabym głosem powiedziała, że na razie nie wraca do Katowic. Podczas pobytu w sanatorium rozchorowała się na tyle poważnie, że trafiła do szpitala. Jest w trakcie leczenia i nie wiadomo, jak długo jeszcze będzie musiała tam zostać. Próbowałam tłumaczyć, że ma się zupełnie mną nie przejmować, że szafa może poczekać do jej powrotu, przecież się nam nie spieszy. Ale starsza pani uparła się i nie dała przekonać. Wymyśliła, że poprosi córkę, aby w umówionym terminie przyjechała i otworzyła nam strych.

A więc teraz, oprócz pracowników, na naszą decyzję czeka pani Judyta, która przyjechała tu specjalnie z Gliwic, i choć próbuje nie dać nam odczuć, że prośba matki nie była jej na rękę, wyraźnie gdzieś się śpieszy.

Zmartwiona, podchodzę bliżej szafy. Zdrapuję paznokciem odrobinę farby.

– Może wystarczy przemalować? – pytam, choć sama nie dowierzam, że odnowienie będzie łatwe i tanie.

– I wypędzić korniki, bo jeśli jeszcze w niej siedzą, to będziesz je miała w całym domu.

Wzdrygam się z obrzydzeniem.

– To bierzecie państwo szafę czy nie? Naprawdę muszę już wracać do pracy – rozbrzmiewa za naszymi plecami głos pani Judyty. Jest zniecierpliwiona. Chyba nawet trochę zła.

Zerkam na nią w lustrze zastępującym środkowe drzwi. Zupełnie nie jest podobna do matki. Przez chwilę przyglądam się także swojemu odbiciu, lustro musi być wypaczone, bo widzę dziwnie wykrzywioną twarz i oczy, które są większe niż moje. Znam je dobrze. Cofam się wystraszona.

– Bierzemy – oznajmiam, nie dowierzając wypowiedzianym słowom, bo przecież pomyślałam coś zupełnie przeciwnego.

Słyszę, jak Marcin cmoka niezadowolony, a potem dochodzą do mnie już tylko sapania i stękania tragarzy mocujących się ze starym meblem.

Nie ja odnawiałam szafę, choć taki scenariusz idealnie pasowałby do filmu, w którym nie chcę grać. Codziennie walczę ze sobą, aby nie zamieniać dni na kolejne sceny i aby Marcin nie odkrył, że z jakiegoś powodu nieoczekiwanie wróciło to, o czym prawie zapomniałam. Dba o mnie, czasem przygląda mi się uważniej. Wiem, że mama wiele mu opowiadała. Również o tym, jak zabawa stała się obsesją. O całych dniach, tygodniach, podczas których nie potrafiłam wyjść z roli. Psycholog nazywał mnie uciekinierem. Mamie tłumaczył, że to mój mechanizm obronny, że tak radzę sobie z tym, co się wydarzyło. Wiele miesięcy minęło, zanim pozbyłam się scenariuszy. Nie wiem, dlaczego właśnie teraz ponownie chcę je pisać.

Szafa trafiła do renowacji. Okazało się, że wcale nie jest trudno znaleźć sprawne dłonie i oczy, które widzą więcej niż moje. Pracownia Konserwatorska Janiny i Bazylego Skowron łączy ze sobą doświadczenie i miłość do starych mebli – tak brzmiało ogłoszenie, któremu zaufałam. Czuły dotyk ręki pani Janki i wyobraźnia jej męża sprawiły, że szafa wypiękniała i pozbyła się dzikich lokatorów. Czekałam na nią z niecierpliwością, codziennie przeglądając nadsyłane przez renowatorów zdjęcia. Dziś w końcu stanęła w naszej sypialni. Jest piękna, tajemnicza, a co najważniejsze – idealnie tu pasuje. Tak jakby pusta ściana pokoju czekała właśnie na nią.

Zanim Marcin wyszedł do pracy, pomógł mi przeciągnąć nierozpakowane jeszcze kartony z ubraniami, pościelą i ręcznikami. Wszystko to znajdzie miejsce w mojej szafie i przesiąknie zapachem stuletniego drewna, z którego została wykonana. Zapełniam powoli półki, wciąż się zastanawiając, czyją codzienność już na sobie nosiły, co ich dotykało.

W szkole podstawowej lubiłam historię, chciałam ją studiować. Pociągały mnie przedmioty, w których zapisane były czyjeś wspomnienia. Lubiłam słuchać o czasach, do których nie można już wrócić, aby coś zmienić. Zepsuć bądź naprawić. Fascynowała mnie niezmienność tego, co już za nami. Jakiś czas później właśnie ta niemożność zmiany stała się moim koszmarem.

Farmacja była najprostszym rozwiązaniem, po prostu bez zastanowienia poszłam w ślady rodziców. Wtedy nie chciałam myśleć, nie chciałam podejmować żadnych decyzji. Fakt, że w ogóle dostałam się na studia, można nazwać cudem lub – co bardziej prawdopodobne – protekcją mamy bądź ojca.

Ale zamiłowanie do historii we mnie zostało i odrodziło się podczas podróży z Marcinem. Dotykaliśmy tego, o czym czytałam w podręcznikach, podziwialiśmy budynki, o których opowiadała nauczycielka. Wszystko sobie przypominałam.

Teraz, wieszając sukienki, z łatwością mogę się przenieść sto lat wstecz. Nie wiem co prawda, jak wyglądały Strzemieszyce przed wojną, ale potrafię sobie wyobrazić, jak urządzony był pokój. Masywne łóżko, toaletka, na której stały biała miska i emaliowany dzbanek na wodę. Okrągły stół i oczywiście szafa. Ogromna trzydrzwiowa szafa. Taki mebel nie mógł należeć do biednej rodziny, zamożniejszy chłop też raczej nie zamówiłby sobie tylu zdobień. A więc w czyim domu stała? Może sołtysa, może bogatego właściciela sklepu. Kim był Jakub Zawada? Zaskakuję samą siebie, że zapamiętałam nazwisko, które usłyszałam tylko raz. Znów zaczynam grać.

– Uważaj, żeby się nie pogniotła, wiesz, jaki to drogi materiał. – Jestem teraz żoną Zawady i wraz z córką wieszam sukienki do nowej szafy. – Zobacz, ta jest chyba najładniejsza. Rękawki z delikatnej koronki, wyszywane. Pójdziesz w niej na mszę w święta.

Śmieję się, gdy wymyślona córka przykłada sukienkę do szczuplutkich ramion i kręci się, trzymając ją przed sobą, jakby tańczyła.

– Uważaj, nie zahacz o łóżko – napominam, ale wcale nie jestem zła. Pozwalam jej na chwilę zabawy.

Dziewczynka i dębowe łóżko z wysokim zagłówkiem rozpływają się tak szybko, jak się pojawiły. Znów stoję w mojej sypialni wśród niewypakowanych kartonów. Zapominam o rodzinie Zawady, sporo pracy jeszcze przede mną. Chcę się z nią uporać, zanim wróci Marcin. Może wieczorem uda nam się poskładać łóżko?

Marcin wraca wcześnie, ale jedynie po to, aby wrzucić do torby bieliznę na zmianę i szczoteczkę do zębów.

– Wysyłają mnie do Niepołomic – informuje, gdy staje w drzwiach sypialni. – Jakaś awaria linii montażowej. Mam nadzieję, że jutro wrócę.

Nie jestem zła. Przecież od początku naszej znajomości było jasne, że częste wyjazdy Marcina staną się naszą codziennością. Żal mi tylko trochę tego nieposkładanego łóżka. Przede mną kolejna noc spędzona na materacu.

Gdy wieczorem wrzucam do garażu puste kartony, jestem z siebie zadowolona. Kolejny krok bliżej do zadomowienia się tutaj. Czuję zmęczenie, więc wkrótce znów zaglądam do wnętrza szafy, aby wyciągnąć z niej piżamę i ręcznik.

Biorę prysznic. Stojąc pod strumieniem gorącej wody, czekam, aż zmyje ze mnie dzień. Całkiem dobry dzień. Gdy owijam się w ręcznik, zaczynam czuć dziwną słodką woń. Przyjemną, ale zupełnie mi obcą. Wącham włosy, skórę, ale to nie jest zapach szamponu ani mydła. Z zaskoczeniem uzmysławiam sobie, że to, co czuję, przypomina mi świeże mleko i drożdżowe ciasto. Moja mama nie robiła nigdy takich wypieków, a ja nie mogę pić mleka, jestem na nie uczulona. A jednak te obce zapachy kojarzą mi się z domem.

Ściągam z siebie ręcznik i przykładam go do twarzy. Woda z mokrych włosów spływa strużkami po plecach. To nic. Robię głęboki wdech. Tak, to ręcznik tak pachnie. Przyjemnie i ciepło, aż chce mi się w niego wtulać. Tak samo pachnie piżama. Skąd to się wzięło? Nie zmieniałam proszku, nie używam nowych płynów.

Kładę się do łóżka i nagle ogarnia mnie taka senność, że już nie chce mi się zastanawiać, skąd pochodzi przedziwna woń. Ważne, że jest przyjemna. Układam się na boku i wsuwam rękę pod głowę, tak aby nosem dotykać rękawa piżamy. Zasypiam, oddychając zapachem miejsca, w którym nigdy nie byłam.

Śni mi się dziewczynka tańcząca w sukience z koronkowymi rękawami, chwilę później dziecko zmienia się w nastolatkę, siedzącą na schodkach prowadzących do niewielkiego domu o bielonych ścianach. Dziewczyna ma oczy czarne jak węgiel. Równie ciemne warkocze opadają jej na ramiona. Nie widzę, na co patrzy, ale musi to być coś miłego, bo uśmiecha się leciutko, jakby nieco zawstydzona. Otula mnie znajomy już zapach. Tak intensywny, że aż łaskocze w nosie.

Budzę się wyspana jak nigdy, wciąż mając przed oczami postać nieznajomej ze snu. Jestem przekonana, że to wczorajsze rozmyślania o właścicielach szafy były przyczyną tych marzeń. Ale dom za plecami dziewczyny nie mógł należeć do Zawadów. Był zbyt mały, zbyt skromny, aby pomieścić piękny mebel. W snach wszystko się miesza.

Postanawiam, że dziś nie będzie bujania w obłokach, koniec z fantazjowaniem. Dzisiaj przede mną trudne zadanie. Muszę znaleźć pracę!

Dzień przed ekranem laptopa. Poszukiwania pochłaniają mnie bez reszty. Przeglądam strony z ogłoszeniami, piszę listy motywacyjne. Boję się, że dwa lata, które minęły od zakończenia nauki, mogą zmniejszyć moje szanse. Z drugiej strony jestem przekonana, że nigdy wcześniej nie nauczyłam się o ludziach tyle, ile przez ostatnie miesiące.

Oczywiście nie musiałabym teraz szukać zajęcia. Marcin dał mi wolną rękę. Mogę wciąż z nim podróżować. Wciąż zwiedzać świat u jego boku. Za kilka tygodni wyjeżdża do Bangkoku. Jeśli do tego czasu znajdę pracę, zostanę. Trochę żal, ale w końcu muszę stanąć na nogi. Nauczyć się chodzić bez asekurujących mnie dłoni tuż obok.

– Czujesz, jak dziwnie pachną ubrania? – pytam, gdy późnym popołudniem zamykam laptop i razem z Marcinem zaczynamy przygotowywać kolację. – Tak słodko.

Marcin podciąga koszulkę pod nos.

– Tak jak zawsze. Ładnie – stwierdza i znów zabiera się za krojenie boczku do spaghetti.

– Naprawdę nie czujesz? – Jestem szczerze zaskoczona. – Przecież wszystko pachnie mlekiem.

Marcin podnosi głowę znad deski do krojenia. Przygląda mi się przez chwilę.

– Może jesteś w ciąży? – wypala, niby to się śmiejąc, ale ja wiem, że niecierpliwie czeka na moją reakcję.

– Nic mi o tym nie wiadomo – odpowiadam i dolewam wina do kieliszka, aby niczego nie podejrzewał.

O potomku rozmawialiśmy już wiele razy. I wcale nie jest tak, że nie chcę, że nie lubię dzieci. Kiedyś na pewno będziemy je mieli, ale jeszcze nie teraz. Jeszcze jest za wcześnie. Marcin wie, powinien wiedzieć, że dla mnie to byłoby jeszcze nie do udźwignięcia.

– Wyobraź sobie, że dostałam już odpowiedź na jedno z wysłanych CV – zmieniam temat. – To mała osiedlowa apteka, całkiem blisko. W przyszłym tygodniu mam przyjść na rozmowę.

– Świetnie. – Marcin unosi w górę swój kieliszek. – Mówiłem, że szybko pójdzie. Choć tak naprawdę nadal nie rozumiem, dlaczego nie chcesz pracować w aptece rodziców. Przecież mama wiele razy ci mówiła, że miejsce zawsze będzie na ciebie czekało.

Bo przy mamie jest jeszcze gorzej, chciałabym odpowiedzieć, ale to przecież nie ma sensu. Nie potrafię wytłumaczyć mojemu mężowi, jak można jednocześnie kogoś kochać i czuć się przy nim źle. A tak właśnie jest ze mną i mamą. Z nią też nie potrafię o tym rozmawiać.

W nocy znów śni mi się siedząca na schodkach przed domem dziewczyna. Ma sukienkę w innym kolorze, na włosach chustkę dodającą jej uroku. Dziś widzę więcej. Domek stoi w sąsiedztwie innych, podobnych. Bielony, zbudowany z drewna, o spadzistych dachach i maleńkich oknach. Ulica, przy której stoją budyneczki, to tylko udeptana ziemia, która pewnie podczas deszczowej pogody zamienia się w błotnistą breję. Teraz jest tu jednak sucho i słonecznie, po ulicy chodzą kury, przy oknach domu widzę bańki na mleko. Dziewczyna znów się uśmiecha. Widzę, na co patrzy. Za niskimi domami stoją wyższe, być może murowane. Między nimi – wieża kościoła. To tam błądzi jej wzrok, to tam odwraca się głowa. Dziewczyna z białego domku czeka na kogoś, kto właśnie stamtąd ma przyjść.

Budzę się nagle. Jest mi zimno. Na twarzy czuję powiew chłodnego powietrza. Wstaję, nie zapalając światła, podchodzę do okna. Jest zamknięte i na pewno szczelne. Przez chwilę czekam, aż kolejny podmuch zaprowadzi mnie do odpowiedniego miejsca. Może to z łazienki tak wieje, może z wentylacji w kuchni. Nie potrafię się zorientować. Nie chcę budzić Marcina, przecież w nocy i tak nic nie zrobi. Otwieram szafę, aby wyciągnąć z niej cieplejszą bluzę.

Stoję przed otwartymi drzwiami i patrzę w ciemność w mojej głowie; jest tak niedorzeczna, że nie chcę się do niej przyznać sama przed sobą. Lecz nie mam wyboru, słowa krzyczą we mnie coraz głośniej.

Walczę z nieodpartym pragnieniem, aby wejść przez te drzwi, wsunąć się na jedną z półek, na których poukładane są teraz moje swetry, i prześlizgnąć na drugą stronę. Co bym tam znalazła?

Narnia, szepczę w duchu. Sny? Zapachy? Z jakiego świata do mnie przychodzicie?

Znów czuję na włosach powiew powietrza. Oddycham czymś obcym i odległym. Stary mebel jest jak książka, jak zapisane wspomnienia. Powinnam je odczytać. Przesuwam dłonią po świeżej farbie, którą szafa została pomalowana podczas renowacji. Co jest pod nią? Co mogłyby opowiedzieć surowe deski, z których powstała?

Nie wiem, jak długo stoję w zupełnej ciszy, w końcu się zmuszam, aby odejść od szafy i znów się położyć, choć wiem, że już nie zasnę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki