Najważniejszy - Magdalena Majcher - ebook

Najważniejszy ebook

Magdalena Majcher

4,3

Opis

Poruszająca opowieść o rodzicielstwie, niespełnionej miłości i sile rodzinnych więzów.

 

Martyna jest młoda, samotna mama czteroletniej dziewczynki. Jej kolejne związki z mężczyznami kończą się porażka. Kobieta nie potrafi zrozumieć, dlaczego tak się dzieje.

Nie potrafi, a może nie chce? 

Jest ktoś, kto bardzo chciałby zbliżyć się do Martyny i wytłumaczyć, dlaczego w przeszłości ją opuścił, ale Martyna ma w sobie za dużo żalu i nie umie wybaczyć. Powoli jednak zaczyna dopuszczać do siebie myśl, ze może to właśnie w skomplikowanych relacjach z najważniejszym w jej życiu mężczyzna tkwi zródło wszystkich problemów i niepowodzeń.

Co wyniknie ze spotkania zagubionej kobiety, czteroletniego dziecka i mężczyzny, który wciąż nie potrafi zapomnieć o nieszczęśliwej miłości sprzed lat?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 328

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (418 ocen)
204
141
54
14
5
Sortuj według:
PrzyKominkuZKawa

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo mi się podobała. Wciągnęła mnie od pierwszej strony. Cudowna historia. Mam nadzieję, że będzie kontynuacja.
00

Popularność




Au­tor: Mag­da­le­na Maj­cher

Re­dak­cja: Zu­zan­na Wie­rus

Ko­rek­ta: Ka­ta­rzy­na Zio­ła-Ze­mczak

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Ka­ta­rzy­na Bor­kow­ska

Skład: Ma­riusz Kur­kow­ski

Zdję­cia na okład­ce: Shut­ter­stock/Ko­ma­ro­va Ju­lia, Cre­ati­ve Tra­vel Pro­jects; We­ro­ni­ka Smie­szek (zdję­cie Au­tor­ki)

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Agniesz­ka Gó­rec­ka

© Co­py­ri­ght by Mag­da­le­na Maj­cher

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Pas­cal

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, za wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2020

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­[email protected]­cal.pl

www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-706-8

Przy­go­to­wa­nie e-Bo­oka: Ma­riusz Kur­kow­ski

Rozdział 1

–Chyba po­win­naś już iść.

Jego sło­wa wy­rwa­ły mnie z pół­snu. By­łam zmę­czo­na, moje po­wie­ki opa­da­ły, jak­by ścią­ga­ła je w dół ja­kaś nie­wi­dzial­na siła. Za okna­mi wciąż było ciem­no, ale wie­dzia­łam, że za­raz na­dej­dzie świt. Pró­bo­wa­łam otwo­rzyć oczy, jed­nak ta­jem­na moc oka­za­ła się sil­niej­sza ode mnie. Pod­da­łam się jej, gdy na­gle po­czu­łam szarp­nię­cie za pra­we przed­ra­mię.

– Mar­ty­na, mó­wię se­rio. Idź już. Nie chcę, żeby zo­ba­czy­ła cię moja mama. Pew­nie za­raz wsta­nie – oznaj­mił obo­jęt­nym to­nem.

Ja­kaś część mnie chcia­ła za­py­tać, dla­cze­go wła­ści­wie jego mama nie może mnie zo­ba­czyć, ale zre­zy­gno­wa­łam. Za bar­dzo ba­łam się tego, co mo­gła­bym usły­szeć. Wo­la­łam jesz­cze przez chwi­lę żyć na­dzie­ją, choć i ona za­czę­ła się ulat­niać, kie­dy spoj­rza­łam na Łu­ka­sza i do­strze­głam na jego twa­rzy gry­mas nie­za­do­wo­le­nia. To spra­wi­ło, że sku­li­łam się w so­bie. Po­czu­łam się jak wy­mię­ta, rzu­co­na w kąt ścier­ka, z któ­rej cały brud spły­nął do wia­dra wraz z wodą. Nie tego ocze­ki­wa­ła­bym po wspól­nie spę­dzo­nej nocy. Nocy. To chy­ba za dużo po­wie­dzia­ne.

Po­ko­na­łam zmę­cze­nie i zmu­si­łam się, aby pod­nieść gło­wę z po­dusz­ki. Dość szyb­ko na­mie­rzy­łam su­kien­kę i biu­sto­nosz, ale ni­g­dzie nie mo­głam zna­leźć maj­tek i raj­stop. W koń­cu mi się uda­ło: le­ża­ły splą­ta­ne pod łóż­kiem. Ro­zej­rza­łam się za ła­zien­ką. By­łam w miesz­ka­niu Łu­ka­sza po raz pierw­szy, co nie ozna­cza­ło, że ni­g­dy wcze­śniej ze sobą nie spa­li­śmy. Upra­wia­li­śmy seks w róż­nych dziw­nych miej­scach. Tro­chę wstyd opo­wia­dać, więc może po­mi­nę szcze­gó­ły. My­śla­łam, że te­raz, kie­dy w koń­cu za­pro­sił mnie do sie­bie, przej­dzie­my na inny po­ziom re­la­cji, ale po­wo­li że­gna­łam się ze złu­dze­nia­mi. Wy­rzu­cał mnie z domu dzie­sięć mi­nut po tym, jak do­szedł, wbi­ja­jąc mi bo­le­śnie pal­ce w bio­dra i wgnia­ta­jąc je w ma­te­rac cię­ża­rem swo­je­go cia­ła.

– Szyb­ciej – po­spie­szył mnie Łu­kasz.

Cała sy­tu­acja była na tyle że­nu­ją­ca, że mia­łam ocho­tę się roz­pła­kać. Przy­gry­złam bo­le­śnie dol­ną war­gę i, sto­jąc ty­łem do Łu­ka­sza, pró­bo­wa­łam za­piąć biu­sto­nosz. Wie­dzia­łam, że mnie ob­ser­wu­je, ale ba­łam się na nie­go spoj­rzeć. Co zo­ba­czy­ła­bym w jego oczach? Po­żą­da­nie czy obrzy­dze­nie?

Za­klę­łam, kie­dy zo­rien­to­wa­łam się, że raj­sto­py są dziu­ra­we. Noc była zim­na. Chwy­cił przy­mro­zek, a mała czar­na nie chro­ni­ła przed chło­dem. Za­chwia­łam się, za­kła­da­jąc majt­ki. Po­czu­łam się jesz­cze bar­dziej ża­ło­sna. Wy­pi­łam sta­now­czo za dużo, ale nie mo­głam tłu­ma­czyć swo­jej obec­no­ści w miesz­ka­niu Łu­ka­sza licz­bą za­mó­wio­nych drin­ków. Przy­szła­bym, na­wet gdy­bym nie przy­swo­iła ani jed­ne­go. Taka już je­stem. Nie, nie cho­dzi o seks. Praw­dę mó­wiąc, rzad­ko mie­wam z nie­go przy­jem­ność. Na pal­cach jed­nej ręki zli­czy­ła­bym, ile razy od­czu­wa­łam po sto­sun­ku peł­ną sa­tys­fak­cję. My­ślę, że to dla­te­go, iż nie po­tra­fię roz­ma­wiać o tym, co spra­wia mi przy­jem­ność. Ni­g­dy nie po­wie­dzia­łam żad­ne­mu męż­czyź­nie: „zrób tak”, albo: „to mi się nie po­do­ba”. Dla­cze­go? Nie wiem. Może po pro­stu wie­dzia­łam, że tak na­praw­dę ich to nie ob­cho­dzi?

Wcią­gnę­łam su­kien­kę przez gło­wę i wy­gła­dzi­łam na cie­le ma­te­riał. Nie uda­ło mi się za­kryć dziu­ry w raj­sto­pach na udzie. Na szczę­ście tego wie­czo­ru wło­ży­łam dłu­gi płaszcz. Po­wi­nien choć czę­ścio­wo ochro­nić mnie przed zim­nem.

Wy­czu­łam za sobą ja­kiś ruch. Od­wró­ci­łam się i ką­tem oka do­strze­głam, że Łu­kasz też się ubie­ra. W mil­cze­niu cze­ka­łam na ko­lej­ny ruch. W koń­cu za­ło­żył ko­szul­kę i kiw­nął gło­wą w stro­nę drzwi wyj­ścio­wych.

Łu­kasz zaj­mu­je pię­tro w dwu­kon­dy­gna­cyj­nym domu ro­dzin­nym. Na par­te­rze miesz­ka­ją jego ro­dzi­ce. Kie­dy wy­szli­śmy na klat­kę scho­do­wą, po­ło­żył pa­lec wska­zu­ją­cy na ustach, na­ka­zu­jąc mi tym sa­mym, że­bym za­cho­wy­wa­ła się ci­cho. Na­cią­gnę­łam na nogi ko­za­ki, wło­ży­łam czar­ny płaszcz i bez­sze­lest­nie ze­szłam po scho­dach. Mia­łam ocho­tę gło­śno tu­pać no­ga­mi, ale oczy­wi­ście tego nie zro­bi­łam. Mi­ja­jąc drzwi pro­wa­dzą­ce do miesz­ka­nia ro­dzi­ców Łu­ka­sza, za­trzy­ma­łam na nich spoj­rze­nie, ale Łu­kasz mnie po­spie­szył i po chwi­li by­łam już na ze­wnątrz. On nie wy­szedł. Stał w drzwiach z obo­jęt­nym wy­ra­zem twa­rzy. Na­wet nie pró­bo­wał uda­wać za­kło­po­ta­ne­go.

– Po­ra­dzisz so­bie, praw­da?

To na­wet nie było py­ta­nie. Wy­po­wia­da­jąc te sło­wa, Łu­kasz praw­do­po­dob­nie usi­ło­wał prze­ko­nać sam sie­bie, że nie jest skur­wie­lem i po­tra­fi za­dbać o ko­bie­tę, któ­rą przed kwa­dran­sem miał na wszyst­kie moż­li­we spo­so­by.

Praw­dę mó­wiąc, jego za­cho­wa­nie nie zro­bi­ło na mnie więk­sze­go wra­że­nia. Nie on pierw­szy, nie ostat­ni. Spo­ty­ka­łam tyl­ko ta­kich męż­czyzn. By­łam prze­ko­na­na, że inni po pro­stu nie ist­nie­ją. Bo to nie­moż­li­we ze sta­ty­stycz­ne­go punk­tu wi­dze­nia. Gdy­by gdzieś na świe­cie żyli ja­cyś przy­zwo­ici fa­ce­ci, w koń­cu mu­sia­ła­bym spo­tkać cho­ciaż jed­ne­go z nich, praw­da? Kil­ku ich już prze­ro­bi­łam. Ko­niec koń­ców, każ­dy z nich oka­zu­je się taki sam. Róż­nią się tyl­ko imio­na­mi i dłu­go­ścią pe­ni­sów.

Nie od­po­wie­dzia­łam. To wy­raz mo­je­go ma­łe­go bun­tu. Wie­dzia­łam, że na­wet się nie za­sta­no­wi, czy do­tar­łam bez­piecz­nie do domu, a po prze­bu­dze­niu o mo­jej obec­no­ści bę­dzie mu przy­po­mi­nać wy­łącz­nie mój za­pach na po­dusz­ce. Po­trze­bo­wa­łam jed­nak krót­kiej chwi­li trium­fu.

Sto­jąc przed jego do­mem, wy­cią­gnę­łam z to­reb­ki te­le­fon. Za­mie­rza­łam za­mó­wić ube­ra, ale apli­ka­cja się za­wie­si­ła i mu­sia­łam po­cze­kać. Przez cały ten czas Łu­kasz stał w pro­gu i mnie ob­ser­wo­wał. Wy­da­wał się co­raz bar­dziej znie­cier­pli­wio­ny. Pew­nie wście­kał się, że na­dal wy­sta­ję przed drzwia­mi jego domu. Nie chciał do­pu­ścić do mo­jej kon­fron­ta­cji z jego mat­ką.

– Po­ra­dzisz so­bie? – po­wtó­rzył py­ta­nie, a ja prze­nio­słam znu­dzo­ny wzrok z wy­świe­tla­cza te­le­fo­nu na jego twarz.

– A czy kie­dy­kol­wiek so­bie nie po­ra­dzi­łam? – Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

Łu­kasz ro­zej­rzał się nie­pew­nie i po chwi­li wa­ha­nia pod­jął de­cy­zję. Za­mknął za sobą drzwi i wy­szedł na ze­wnątrz. W sza­rych spodniach od dre­su, ko­szul­ce z krót­kim rę­ka­wem i klap­kach mu­sia­ło mu być zim­no, ale spra­wiał wra­że­nie nie­znisz­czal­ne­go.

– Było miło – po­wie­dział, choć chy­ba sam wła­ści­wie nie wie­dział po co. – Jak za­wsze.

– Tak – bąk­nę­łam pod no­sem.

Za­wzię­cie kli­ka­łam w ekran smart­fo­na. Choć jesz­cze przed kil­ko­ma mi­nu­ta­mi chcia­łam zo­stać, te­raz ma­rzy­łam tyl­ko o tym, żeby jak naj­szyb­ciej za­koń­czyć tę że­nu­ją­cą sce­nę i od­je­chać w swo­ją stro­nę. Apli­ka­cja za­py­ta­ła mnie, do­kąd je­dzie­my. Za­wa­ha­łam się. Nie chcia­łam być te­raz sama. Mia­łam ogrom­ną ocho­tę wtu­lić się w mięk­kie ciał­ko Amel­ki, za­cią­gnąć się za­pa­chem jej wło­sów umy­tych szam­po­nem dla dzie­ci i ją uca­ło­wać, ale była u ojca. Trud­no. Prze­mek bę­dzie z pew­no­ścią nie­co zdzi­wio­ny moją wi­zy­tą o pią­tej pięć­dzie­siąt, ale wie­dzia­łam, że po­zwo­li mi zo­stać. Co­fam to, co po­wie­dzia­łam o męż­czy­znach. Znam jed­ne­go przy­zwo­ite­go. Ojca mo­jej cór­ki.

Wpi­sa­łam w apli­ka­cję ad­res domu, w któ­rym sama nie­gdyś miesz­ka­łam. Sa­mo­chód miał przy­je­chać za osiem mi­nut. Scho­wa­łam smart­fon do kie­sze­ni płasz­cza i wy­pu­ści­łam po­wie­trze z płuc. Wo­kół mo­ich ust utwo­rzył się kłę­bek pary, a Łu­kasz wciąż dziel­nie tkwił na mro­zie w cien­kiej ko­szul­ce i bez skar­pe­tek. Nie wiem. Może to ja­kiś nowy prze­jaw współ­cze­sne­go dżen­tel­meń­stwa.

– Nie wy­ga­niał­bym cię, gdy­bym miesz­kał sam. Moja mat­ka jest na­praw­dę… – Spoj­rzał za sie­bie, jak­by chciał się upew­nić, że nikt go nie sły­szy. – Od razu za­czę­ła­by mnie wy­py­ty­wać o cie­bie, opo­wie­dzia­ła­by o to­bie ca­łej ro­dzi­nie, a ja nie mam na to sił.

Wciąż nie mia­łam nic prze­ciw­ko temu, żeby po­znać mamę Łu­ka­sza, ale wi­dzia­łam, że dla nie­go to ogrom­ny pro­blem. Za­sta­na­wia­łam się, z cze­go to wy­ni­ka. Wy­da­wa­ło mi się, że dla Łu­ka­sza pro­ble­mem jest Amel­ka. Nie chciał się ze mną wią­zać na sta­łe, bo mam dziec­ko. I w pew­nym stop­niu go ro­zu­mia­łam. Mie­li­śmy po dwa­dzie­ścia trzy lata. Gdy­bym to ja była na jego miej­scu i spo­tka­ła męż­czy­znę z zo­bo­wią­za­nia­mi w po­sta­ci dziec­ka, po­waż­nie za­sta­no­wi­ła­bym się nad wej­ściem w tę re­la­cję. Praw­do­po­dob­nie bym się wy­co­fa­ła. Umów­my się. W wie­ku dwu­dzie­stu trzech lat nie my­śli się o tym, żeby wziąć so­bie na gło­wę taki obo­wią­zek. A jed­nak mu­siał coś do mnie czuć, sko­ro kon­se­kwent­nie wra­ca­li­śmy do punk­tu wyj­ścia, praw­da?

– Ro­zu­miem – za­pew­ni­łam Łu­ka­sza, choć tak na­praw­dę nie ro­zu­mia­łam.

Dla mnie ży­cie jest zero-je­dyn­ko­we. Albo mi na kimś za­le­ży i chcę z nim być, albo nie. Nie­ste­ty, wy­da­je mi się, że je­stem w tym my­śle­niu zu­peł­nie sama.

– Zim­no – ode­zwał się Łu­kasz, po­cie­ra­jąc dłoń­mi ra­mio­na.

– Wra­caj do domu. Po­ra­dzę so­bie – od­par­łam, nie pa­trząc mu w oczy.

Utkwi­łam wzrok w jed­nym punk­cie. Spo­glą­da­łam na uli­cę, uda­jąc, że wy­pa­tru­ję ube­ra, ale tak na­praw­dę ro­bi­łam wszyst­ko, żeby się nie roz­pła­kać. Łzy by­ły­by naj­bar­dziej upo­ka­rza­ją­cym za­koń­cze­niem tego wie­czo­ru, któ­ry prze­cią­gnął się do rana.

Amel­ka spę­dza­ła week­end u ojca. Mia­łam ocho­tę się ro­ze­rwać, dla­te­go umó­wi­łam się ze zna­jo­my­mi i po­szłam na mia­sto. Nie dzwo­ni­łam do Łu­ka­sza, ale skła­ma­ła­bym, mó­wiąc, że nie mia­łam po­ję­cia, iż i on się zja­wi. Ob­ra­ca­li­śmy się w jed­nej gru­pie zna­jo­mych. Wia­do­mo, ja po zaj­ściu w cią­żę i na­ro­dzi­nach Mel­ki mia­łam inne spra­wy na gło­wie, a cza­su na spo­tka­nia to­wa­rzy­skie bra­ko­wa­ło, ale nie­kie­dy uda­wa­ło mi się wy­rwać. Po roz­sta­niu z Prze­mkiem na­wet czę­ściej niż cza­sem. Mel­ka spę­dza­ła u taty co dru­gi week­end, a ja wo­la­łam się spo­ty­kać z ludź­mi, niż pa­trzeć w su­fit i za­sta­na­wiać się, dla­cze­go wła­ści­wie nam się nie uda­ło.

Kie­dy więc Łu­kasz po­ja­wił się w ba­rze, na­wet nie pró­bo­wa­łam uda­wać zdzi­wio­nej. Wciąż mia­łam na­dzie­ję, że tym ra­zem bę­dzie ina­czej, ale od po­cząt­ku dość otwar­cie mnie lek­ce­wa­żył. Przy­kle­ił się do mnie do­pie­ro, kie­dy już wy­pił kil­ka drin­ków. Wła­ści­wie ten sce­na­riusz był mi do­sko­na­le zna­ny. Łu­kasz, do­pó­ki był trzeź­wy, utrzy­my­wał po­zo­ry. Uda­wał, że nie łą­czy nas nic poza re­la­cja­mi czy­sto ko­le­żeń­ski­mi, po czym upi­jał się i wy­cho­dził ze mną z im­pre­zy. Na pew­no każ­dy w to­wa­rzy­stwie wie­dział, że ze sobą sy­pia­my, choć nikt ni­g­dy nie dał mi tego od­czuć.

Wy­da­wa­ło mi się, że w koń­cu po­szli­śmy o krok da­lej. Za­pro­sił mnie do sie­bie. Po­my­śla­łam so­bie na­wet, że wpusz­cza mnie do swo­je­go świa­ta. Nie ocze­ki­wa­łam kon­kret­nych de­kla­ra­cji, a choć­by nie­wiel­kie­go po­stę­pu.

– To na ra­zie – po­że­gnał się ze mną zwy­czaj­nie.

Zu­peł­nie jak­by przed kwa­dran­sem na­sze cia­ła nie były jed­no­ścią.

Jak­bym była jed­ną z wie­lu.

Bo może by­łam?

Agniesz­ka, moja przy­ja­ciół­ka, była zda­nia, że do każ­dej no­wej zna­jo­mo­ści pod­cho­dzę zbyt po­waż­nie. Naj­chęt­niej od razu za­ło­ży­ła­bym fa­ce­to­wi ob­rącz­kę na pa­lec, za­mknę­ła w domu i wio­dła dłu­gie i szczę­śli­we ży­cie. Po­dob­no wła­śnie przez to tak mar­nie koń­czy­łam. Ale czy mo­głam mieć so­bie za złe, że dążę do sta­bi­li­za­cji? Mia­łam czte­ro­let­nią cór­kę. Mel­ka po­trze­bo­wa­ła nor­mal­ne­go domu, a nie za­gu­bio­nej mat­ki i ko­lej­nych wuj­ków. Zresz­tą, z tego po­wo­du już daw­no prze­sta­łam przy­pro­wa­dzać fa­ce­tów do sie­bie. Nie chcia­łam mie­szać dziec­ku w gło­wie. Obie­ca­łam so­bie, że przed­sta­wię jej ko­goś do­pie­ro wte­dy, kie­dy będę go ab­so­lut­nie pew­na. Ale czy to w ogó­le na­stą­pi?

Agniesz­ka mia­ła jesz­cze jed­ną teo­rię. Uwa­ża­ła, że chcę za bar­dzo, ale z tym też nie mo­głam się zgo­dzić. Wy­da­wa­ło mi się, że po­trze­ba ko­cha­nia i by­cia ko­cha­nym jest za­ko­rze­nio­na w każ­dym czło­wie­ku. Nie słu­cha­łam więc Agniesz­ki, kie­dy su­ge­ro­wa­ła, że w moim przy­pad­ku ta po­trze­ba jest wręcz pa­to­lo­gicz­na i unie­moż­li­wia mi trzeź­wy osąd sy­tu­acji.

– Cześć – po­wie­dzia­łam, od­pro­wa­dza­jąc Łu­ka­sza wzro­kiem.

Na­wet się nie obej­rzał. Wszedł do domu i za­mknął za sobą drzwi. Wy­obra­ża­łam so­bie, że ode­tchnął z ulgą. Za­cho­wy­wał się, jak­by się po­zbył pro­ble­mu, a prze­cież sam mnie tu­taj przy­pro­wa­dził. Ro­zej­rza­łam się. Chłód prze­ni­kał moje cia­ło. Cien­kie, dziu­ra­we raj­sto­py nie chro­ni­ły mnie przed zim­nem. Prze­stą­pi­łam z nogi na nogę, w du­chu za­kli­na­jąc kie­row­cę ube­ra, żeby się po­spie­szył. Wy­ję­łam te­le­fon z kie­sze­ni płasz­cza. Mój trans­port po­wi­nien za­raz być. I rze­czy­wi­ście, po chwi­li zza za­krę­tu wy­ło­ni­ła się czar­na sko­da. Szczę­ka­jąc zę­ba­mi z zim­na, otwo­rzy­łam drzwi i usia­dłam na tyl­nej ka­na­pie. Męż­czy­zna za kie­row­ni­cą od­wró­cił się i za­trzy­mał wzrok na mo­ich no­gach. W pierw­szej chwi­li się go prze­stra­szy­łam, ale szyb­ko ode­rwał ode mnie spoj­rze­nie i za­jął się swo­ją pra­cą. Ob­ser­wo­wa­łam go przez chwi­lę. Miał na imię Wi­ta­lij, o czym po­in­for­mo­wa­ła mnie apli­ka­cja. Po­dej­rze­wa­łam, że jest z Ukra­iny, jak po­ło­wa kie­row­ców ube­ra w Ka­to­wi­cach. Część z nich pró­bo­wa­ła za­ba­wiać klien­ta roz­mo­wą, inni całą tra­sę po­ko­ny­wa­li w mil­cze­niu. Wi­ta­lij na­le­żał do tej dru­giej gru­py. Zła­pa­łam się na za­sta­na­wia­niu się nad tym, dla­cze­go po­rzu­cił swo­je ży­cie i za­czął od nowa w Pol­sce. Mu­siał ucie­kać? Chciał dla sie­bie i swo­ich bli­skich lep­szej przy­szło­ści? Ma ko­goś? Żonę, dzie­ci? A je­śli tak, to gdzie oni te­raz są? Na Ukra­inie czy ra­zem z nim? Mia­łam to py­ta­nie na koń­cu ję­zy­ka, ale od­wró­ci­łam wzrok i wyj­rza­łam za okno. Aku­rat za­trzy­ma­li­śmy się na świa­tłach. Roz­glą­da­łam się nie­pew­nie, pró­bu­jąc usta­lić, gdzie je­stem. W Ka­to­wi­cach miesz­kam od uro­dze­nia, ale rzad­ko by­wam w po­łu­dnio­wych dziel­ni­cach. Mam wra­że­nie, że zna­ją je tyl­ko ich miesz­kań­cy. Do­tych­czas nie wi­dzia­łam żad­ne­go po­wo­du, żeby za­pusz­czać się na Ko­stuch­nę. Ko­niec świa­ta.

Z każ­dym prze­by­tym ki­lo­me­trem wra­ca­li­śmy do cy­wi­li­za­cji. Z od­da­li ma­ja­czy­ły po­je­dyn­cze świa­tła w oknach blo­ków na osie­dlu Gwiazd. Opar­łam gło­wę o szy­bę i na se­kun­dę po­zwo­li­łam po­wie­kom opaść. Do­słow­nie po chwi­li po­czu­łam de­li­kat­ne kle­pa­nie po dło­ni.

– Halo, pro­szę pani! – Wi­ta­lij mó­wił ze wschod­nim, śpiew­nym ak­cen­tem. – Je­ste­śmy na miej­scu!

Za­trzy­ma­łam smut­ne spoj­rze­nie na jego twa­rzy. Wy­glą­dał na za­kło­po­ta­ne­go całą sy­tu­acją. Obie­ca­łam so­bie w my­ślach, że zle­cę w apli­ka­cji po­bra­nie z mo­je­go kon­ta na­piw­ku dla kie­row­cy, uśmiech­nę­łam się do nie­go i po­ło­ży­łam dłoń na klam­ce.

– Dzię­ku­ję, do­bra­noc – po­wie­dzia­łam, choć chy­ba po­win­nam była po­że­gnać się sło­wa­mi „do wi­dze­nia”.

Noc ustę­po­wa­ła miej­sca dniu. Wy­sia­dłam z sa­mo­cho­du i ro­zej­rza­łam się po do­sko­na­le zna­nej mi oko­li­cy. Wła­ści­wie od za­wsze miesz­ka­łam na Ko­szut­ce. Naj­pierw w blo­ku przy Okrzei, któ­ry pier­wot­nie miał być ho­te­lem, ale to już inna hi­sto­ria, po­tem przy So­kol­skiej, kil­ka­set me­trów da­lej. Póź­niej tam, przy Klo­no­wej, w domu na­le­żą­cym do ro­dzi­ców Prze­mka. Wy­go­spo­da­ro­wa­li dla nas pię­tro. Lu­bi­łam to miej­sce. Chy­ba na­dal lu­bię. Tam czu­łam się bez­piecz­nie. Po­tem prze­pro­wa­dzi­łam się z Mel­ką do ni­skie­go blo­ku przy Wy­szyń­skie­go. Dość spo­koj­na oko­li­ca, choć kil­ka­dzie­siąt me­trów da­lej prze­bie­ga głów­na uli­ca, ale­ja Kor­fan­te­go. Wy­na­ję­łam to miesz­ka­nie, bo do przed­szko­la mamy dwie mi­nu­ty dro­gi. No i Prze­mek miesz­ka bli­sko, co nie po­zo­sta­je bez zna­cze­nia.

Za­sta­no­wi­łam się, co ja wła­ści­wie chcę zro­bić. Nie mo­głam prze­cież za­dzwo­nić do­mo­fo­nem. Po­sta­wi­ła­bym na nogi cały dom. Nie tyl­ko Prze­mka, ale też jego ro­dzi­ców i Mel­kę. Wy­ję­łam te­le­fon z kie­sze­ni płasz­cza, mo­dląc się w du­chu o to, żeby Prze­mek wciąż nie wy­ci­szał te­le­fo­nu na noc. Kie­dyś bar­dzo mnie to iry­to­wa­ło. Mel­ka jako nie­mow­lę czę­sto bu­dzi­ła się w nocy. Ła­pa­łam chwi­le snu po­mię­dzy jej drzem­ka­mi. A że nasi zna­jo­mi w tam­tym cza­sie wciąż pro­wa­dzi­li bar­dzo roz­ryw­ko­wy tryb ży­cia, przy­po­mi­na­li so­bie o nas póź­ny­mi wie­czo­ra­mi i po­tra­fi­li za­dzwo­nić do Prze­mka o dwu­dzie­stej czwar­tej z py­ta­niem, czy nie wy­rwie się z nimi na piwo. Przy­zna­ję, bo­la­ło mnie to. Zo­sta­li­śmy ro­dzi­ca­mi, kie­dy oby­dwo­je mie­li­śmy po dzie­więt­na­ście lat. Tak, tak. Wiem. To nie jest wiek na ro­dze­nie dzie­ci, a jed­nak przy­tra­fi­ło nam się i obo­je wsko­czy­li­by­śmy za Mel­ką w ogień. Tyl­ko że to ja za­pła­ci­łam za przed­wcze­sne ro­dzi­ciel­stwo znacz­nie wyż­szą cenę. Na­gle sta­łam się trans­pa­rent­na dla więk­szo­ści na­szych przy­ja­ciół. Wia­do­mo, sie­dzia­łam z dziec­kiem w domu, kar­mi­łam pier­sią, nie wy­sy­pia­łam się. Nie mia­łam cza­su i moż­li­wo­ści, żeby pod­trzy­my­wać ży­cie to­wa­rzy­skie. Wy­ma­ga­łam od Prze­mka, żeby sie­dział w tym ze mną. Ale za­rów­no on, jak i nasi zna­jo­mi nie wi­dzie­li więk­sze­go pro­ble­mu, kie­dy wy­cho­dził z nimi na mia­sto.

Wy­bra­łam nu­mer Prze­mka i od­cze­ka­łam sześć sy­gna­łów. Już mia­łam się roz­łą­czyć i po pro­stu wró­cić do domu – da­le­ko nie mia­łam – kie­dy usły­sza­łam za­spa­ny głos Prze­mka.

– Co jest? – za­py­tał, a ja ocza­mi wy­obraź­ni zo­ba­czy­łam, jak prze­cią­ga się w łóż­ku.

Cza­sem wciąż za nim tę­sk­ni­łam. Wła­śnie tak. Cza­sem. Nie cy­klicz­nie, sta­le, cią­gle. Ta tę­sk­no­ta zda­rza­ła mi się przy­pad­kiem, jak wte­dy, kie­dy usły­sza­łam jego głos i wy­obra­zi­łam so­bie, jak się prze­cią­ga. Kie­dyś bu­dził się przy mnie. Na­praw­dę my­śla­łam, że tak bę­dzie już za­wsze.

– Sto­ję przed bra­mą. Otwo­rzysz mi?

Kil­ka se­kund wa­ha­nia. Mu­sia­łam go za­sko­czyć. Nie spo­dzie­wał się mnie o… wła­ści­wie, któ­ra była go­dzi­na? Spoj­rza­łam na ze­ga­rek, któ­ry no­si­łam na le­wym nad­garst­ku. Szó­sta dwa­dzie­ścia sześć. Rze­czy­wi­ście, wie­czór nie­bez­piecz­nie się prze­cią­gnął.

– Cze­kaj, za­raz zej­dę – rzu­cił do te­le­fo­nu i się roz­łą­czył.

Wci­snę­łam dło­nie do kie­sze­ni płasz­cza. Po­ża­ło­wa­łam, że nie za­bra­łam z domu rę­ka­wi­czek. Za­wsze pierw­sze mar­z­ły mi dło­nie. Na­wet w naj­więk­sze mro­zy cho­dzi­łam bez czap­ki, bo nie była mi po­trzeb­na, ale rę­ka­wicz­ki czę­sto ra­to­wa­ły mi ży­cie.

Kie­dy zo­ba­czy­łam Prze­mka w drzwiach, mia­łam ocho­tę rzu­cić mu się w ra­mio­na i wy­pła­kać wszyst­kie swo­je żale. Zmu­si­łam się jed­nak do nie­szcze­re­go uśmie­chu i bez sło­wa we­szłam do domu. Od­wie­si­łam płaszcz na wie­szak, rów­no usta­wi­łam ko­za­ki na pół­ce na buty i spoj­rza­łam na Prze­mka. Jego wzrok za­trzy­mał się na ogrom­nej dziu­rze w mo­ich raj­sto­pach. Po­czu­łam, jak na mo­jej twa­rzy wy­kwi­ta­ją ru­mień­ce. Cza­sem prze­ra­ża­ła mnie świa­do­mość, jak wie­le Prze­mek o mnie wie.

– Nie chcia­łam wra­cać do sie­bie – wy­zna­łam z roz­bra­ja­ją­cą szcze­ro­ścią. – Mel­ka jesz­cze śpi? – za­py­ta­łam, choć od­po­wiedź na to py­ta­nie była oczy­wi­sta.

Po pierw­sze, gdy­by zdą­ży­ła wstać do tej pory, już ska­ka­ła­by wo­kół mnie, cie­sząc się, że przy­szłam. Po dru­gie, Mel­ka to nie­ty­po­wa czte­ro­lat­ka. Nie wsta­je sko­ro świt. Lubi so­bie po­spać.

– Śpi – po­twier­dził Prze­mek.

– Chcia­łam się z nią po­ło­żyć.

Prze­mek wzru­szył ra­mio­na­mi, co mia­ło słu­żyć za całą od­po­wiedź.

– W ła­zien­ce po­win­naś zna­leźć nie­uży­wa­ną szczo­tecz­kę. Umyj zęby, za­nim do niej pój­dziesz – po­wie­dział, po­sy­ła­jąc mi po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie.

Szczy­ci­łam się tym, że uda­ło nam się roz­stać w cy­wi­li­zo­wa­ny spo­sób, cho­ciaż, oczy­wi­ście, wo­la­ła­bym ni­g­dy nie zna­leźć się w ta­kiej sy­tu­acji. W grun­cie rze­czy mu­sia­łam przy­znać, że Prze­mek oka­zał się wy­jąt­ko­wo doj­rza­ły jak na tych dwa­dzie­ścia parę lat i sta­nął na wy­so­ko­ści za­da­nia. Od po­cząt­ku był do­brym oj­cem, ale ba­łam się, że po na­szym roz­sta­niu jego wię­zi z Mel­ką się roz­luź­nią. Tym­cza­sem mia­łam wra­że­nie, że on jesz­cze bar­dziej się do niej zbli­żył. Był lep­szym oj­cem na od­le­głość, niż kie­dy miesz­ka­li­śmy ra­zem. I w za­sa­dzie nie po­win­nam się temu dzi­wić. Wte­dy tra­cił wie­le cza­su i ener­gii na kłót­nie ze mną, któ­rych zresz­tą Mel­ka była świad­kiem. Dziec­ko ni­g­dy nie po­win­no ob­ser­wo­wać ta­kich scen.

We­szłam do ła­zien­ki i otwo­rzy­łam szaf­kę, w któ­rej, jak mi się wy­da­wa­ło, znaj­dę szczo­tecz­kę. Bin­go. Wy­ję­łam ją z opa­ko­wa­nia, na­ło­ży­łam pa­stę i de­li­kat­nie szarp­nę­łam kran do góry. Za­trzy­ma­łam spoj­rze­nie na swo­im lu­strza­nym od­bi­ciu. Po­krę­ci­łam z dez­apro­ba­tą gło­wą. Gdy­bym żyła w in­nej epo­ce, by­ła­bym wzor­co­wym przy­kła­dem ko­bie­ty upa­dłej. Na szczę­ście w dwu­dzie­stym pierw­szym wie­ku taki wi­dok ni­ko­go nie dzi­wił. Ide­ały roz­trza­ska­ły się o bruk.

Szyb­ko umy­łam zęby i zdję­łam po­tar­ga­ne raj­sto­py. Po­ło­ży­łam szczo­tecz­kę na umy­wal­ce, zwi­nę­łam raj­tu­zy w kul­kę i boso wy­szłam z ła­zien­ki. Nogi same po­nio­sły mnie do kuch­ni, któ­ra była je­dy­nym oświe­tlo­nym po­miesz­cze­niem w domu. Po­trze­bo­wa­łam ko­sza. We­szłam do kuch­ni i, ku swo­je­mu zdu­mie­niu, zo­ba­czy­łam Prze­mka opie­ra­ją­ce­go się o blat. Spo­dzie­wa­łam się, że wró­ci do łóż­ka. Wy­rzu­ci­łam raj­sto­py i pod­nio­słam na nie­go wzrok.

– Dla­cze­go nie śpisz? – za­py­ta­łam ta­kim to­nem, jak­by to, co wy­da­rzy­ło się w cią­gu ostat­nich lat, nie mia­ło miej­sca, a my na­dal by­li­śmy szczę­śli­wą parą wy­cho­wu­ją­cą ra­zem dziec­ko.

– Nie za­snę już – od­po­wie­dział, krzy­żu­jąc ręce na wy­so­ko­ści klat­ki pier­sio­wej.

Za­trzy­mał wzrok na mo­jej nie­co zbyt krót­kiej su­kien­ce. Do­pie­ro kie­dy tak na mnie pa­trzył, uświa­do­mi­łam so­bie, że rze­czy­wi­ście mo­gła­by być o kil­ka cen­ty­me­trów dłuż­sza. Czu­ła­bym się pew­niej.

– Prze­pra­szam, że cię obu­dzi­łam. – Po­de­szłam bli­żej nie­go.

Sama nie wie­dzia­łam, dla­cze­go wła­ści­wie to ro­bię.

Prze­mek spoj­rzał na moje usta. A może tyl­ko mi się tak wy­da­wa­ło? Sama już nie wiem. Na wszel­ki wy­pa­dek od­po­wie­dzia­łam na tę pro­wo­ka­cję, na­wet je­śli mia­ło­by jej nie być. Wy­su­nę­łam ko­niu­szek ję­zy­ka i zwil­ży­łam de­li­kat­nie war­gi. Po­ru­szył się nie­spo­koj­nie, co dało mi pew­ne­go ro­dza­ju sa­tys­fak­cję. Po tym, jak po­trak­to­wał mnie Łu­kasz, po­trze­bo­wa­łam po­twier­dze­nia, że na­dal mogę być chcia­na, po­żą­da­na i ko­cha­na. Tak, ko­cha­na. Ta ostat­nia po­trze­ba była naj­sil­niej­sza.

– Mar­ty­na… – Prze­mek chciał coś po­wie­dzieć, ale głos ugrzązł mu w gar­dle.

Wspię­łam się na pal­ce i zło­ży­łam nie­pew­ny po­ca­łu­nek na jego ustach. Nie mia­łam po­ję­cia, czy Prze­mek w ogó­le na nie­go od­po­wie, ale moje wąt­pli­wo­ści roz­wia­ły się, kie­dy po­czu­łam siłę, z jaką jego war­gi przy­lgnę­ły do mo­ich. Jego ję­zyk prze­śli­zgnął się po mo­ich zę­bach, a ręce za­czę­ły błą­dzić po po­ślad­kach. Na­wet się nie zo­rien­to­wa­łam, kie­dy sie­dzia­łam na bla­cie, a pal­ce Prze­mka śli­zga­ły się po ma­te­ria­le mo­ich maj­tek. Ob­ję­łam go no­ga­mi, a on przy­lgnął do mnie. Jęk­nę­łam. Chy­ba wła­śnie to jęk­nię­cie było czymś, co otrzeź­wi­ło Prze­mka, bo ode­rwał się ode mnie i spoj­rzał z obłę­dem w oczach.

– Nie po­win­ni­śmy! To dro­ga do­ni­kąd, a poza tym ty… ty je­steś pi­ja­na – do­dał słab­szym gło­sem.

Od­no­to­wa­łam, nie bez sa­tys­fak­cji, że nie wspo­mniał o tej ca­łej Ani­cie, z któ­rą spo­ty­kał się od ja­kie­goś cza­su. Wła­ści­wie sama nie wiem, dla­cze­go by­łam o nią za­zdro­sna. Nie wy­szło mi z Prze­mkiem. Zda­wa­łam so­bie spra­wę, że nie ma po­wro­tu do tego, co było, a mimo to nie chcia­łam, żeby uło­żył so­bie ży­cie.

– Prze­cież tego chcesz – po­wie­dzia­łam, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od jego twa­rzy, choć Prze­mek uni­kał mo­je­go spoj­rze­nia.

– Idź spać. Mel­ka nie­dłu­go wsta­nie i bę­dziesz kom­plet­nie nie­przy­tom­na. – Wy­mi­nął mnie i wy­szedł z kuch­ni.

Od­cze­ka­łam jesz­cze chwi­lę, na­słu­chu­jąc od­gło­sów domu, po czym na­la­łam so­bie wody i ze szklan­ką w dło­ni po­szłam do po­ko­ju, któ­ry od ja­kichś czte­rech lat był na­zy­wa­ny po­ko­jem Mel­ki. Jesz­cze kie­dy by­łam w cią­ży, wy­po­sa­ży­li­śmy go, ku­pu­jąc do nie­go łó­żecz­ko, prze­wi­jak, bu­jak i wszyst­kie nie­zbęd­ne me­ble. Ale Mel­ka mia­ła swo­je zda­nie na te­mat tego, gdzie bę­dzie spać. Z po­ko­ju za­czę­ła ko­rzy­stać do­pie­ro, kie­dy skoń­czy­ła trzy lata, a dziad­ko­wie znie­śli do piw­ni­cy wszyst­kie nie­uży­wa­ne me­ble i ku­pi­li nowe. Mel­ka ko­cha­ła ten po­kój. Praw­do­po­dob­nie dla­te­go, że jej wła­sny, w wy­naj­mo­wa­nym prze­ze mnie miesz­ka­niu, był sza­ro-bury, bo wciąż bra­ko­wa­ło mi pie­nię­dzy i cza­su na za­go­spo­da­ro­wa­nie go, a ten u dziad­ków i taty był przy­go­to­wa­ny spe­cjal­nie z my­ślą o ma­łej fan­ce Elsy. Ze skrzy­ni na za­baw­ki uśmie­chał się Olaf, a na łóż­ku znaj­do­wa­ły się wi­ze­run­ki dwóch sióstr z Kra­iny lodu. Na ścia­nie ro­dzi­ce Prze­mka umie­ści­li na­wet fo­to­ta­pe­tę z Fro­zen.

Po­sta­wi­łam szklan­kę na pa­ra­pe­cie. Wie­dzia­łam, że kie­dy się obu­dzę, bę­dzie chcia­ło mi się pić, i wo­la­łam być przy­go­to­wa­na. Łóż­ko było nie­wiel­kie, ale ja ni­g­dy nie grze­szy­łam wzro­stem, więc to aku­rat nie sta­no­wi­ło dla mnie pro­ble­mu. De­li­kat­nie prze­su­nę­łam Mel­kę, któ­ra tra­dy­cyj­nie spa­ła w po­przek, i po­ło­ży­łam się obok niej. Wtu­li­łam się w drob­ne ciał­ko mo­jej có­recz­ki i po­czu­łam za­le­wa­ją­cą mnie falę en­dor­fin. Kie­dy przy­tu­la­łam do pier­si moje dziec­ko, by­łam naj­szczę­śliw­szą ko­bie­tą na świe­cie. Nic nie mia­ło dla mnie zna­cze­nia. Naj­waż­niej­sza była ta mała isto­ta, cał­ko­wi­cie za­leż­na ode mnie, i jej bez­pie­czeń­stwo.

Wszy­scy moi bli­scy i zna­jo­mi, łącz­nie z Przem­kiem, my­ślą, że po­ja­wie­nie się Mel­ki na tym świe­cie było dzie­łem przy­pad­ku. Tyl­ko ja wiem, jaka jest praw­da. Chcia­łam mieć ko­goś, kto bę­dzie mnie ko­chać i kogo będę ko­chać ja. Ma­rzy­łam o wiel­kiej, nie­skoń­czo­nej mi­ło­ści. I choć kie­dy za­szłam w cią­żę, mia­łam nie­wie­le po­nad osiem­na­ście lat i ni­kłą wie­dzę o świe­cie i ży­ciu, ro­zu­mia­łam już, że tyl­ko jed­na mi­łość trwa nie­zmien­nie i nie ma kre­su – mi­łość mat­ki do dziec­ka i dziec­ka do mat­ki. By­łam mło­da, ale czu­łam sil­ny in­stynkt ma­cie­rzyń­ski. Pod­ję­łam więc de­cy­zję za sie­bie i Prze­mka, choć ni­g­dy nie przy­zna­ła­bym się do tego gło­śno. To ta­jem­ni­ca, któ­rą za­bio­rę ze sobą do gro­bu.

– Mamo? – Moja có­recz­ka otwo­rzy­ła oczy i zdzi­wi­ła się, wi­dząc mnie obok.

– Ci­chut­ko, ko­cha­nie, śpij. – Uca­ło­wa­łam Mel­kę w głów­kę.

– Ale co ty tu ro­bisz?

– Przy­szłam, bo bar­dzo za tobą tę­sk­ni­łam. A te­raz śpij.

Mia­łam na­dzie­ję, że Amel­ka usłu­cha i za­śnie, bo nie wy­obra­ża­łam so­bie, że po nie­prze­spa­nej nocy tak na­gle mia­ła­bym za­cząć dzień. I rze­czy­wi­ście, po krót­kiej chwi­li usły­sza­łam, jak od­dy­cha głę­bo­ko, i od­pły­nę­łam do kra­iny nie­spo­koj­ne­go snu.

Rozdział 2

Wcale nie czu­łam się wy­po­czę­ta, ale od­gło­sy do­bie­ga­ją­ce z wnę­trza domu skło­ni­ły mnie do tego, aby w koń­cu otwo­rzyć oczy. Ro­zej­rza­łam się, prze­ko­na­na, że zo­ba­czę Mel­kę ba­wią­cą się na dy­wa­nie zam­kiem Elsy, któ­ry do­sta­ła od ro­dzi­ców Prze­mka na uro­dzi­ny. Swo­ją dro­gą, tro­chę za bar­dzo ją roz­piesz­cza­ją. Ro­zu­miem, że ro­dzi­ce są od wy­cho­wy­wa­nia, a dziad­ko­wie od speł­nia­nia za­chcia­nek, ale bez prze­sa­dy. Mel­ka wier­ci­ła mi dziu­rę w brzu­chu o ten za­mek od mie­się­cy. Z cie­ka­wo­ści spraw­dzi­łam, ile kosz­tu­je. Czte­ry stó­wy. W ży­ciu nie wy­da­ła­bym tyle pie­nię­dzy na za­baw­kę, któ­rą dziec­ko po­ba­wi się przez chwi­lę i rzu­ci w kąt. Po­wie­dzia­łam to ro­dzi­com Prze­mka, ale Mela, jak­by na złość swo­jej mat­ce, nie znu­dzi­ła się zam­kiem i nie wy­glą­da­ło na to, by za­mie­rza­ła.

Mel­ki nie było w po­ko­ju, co tyl­ko utwier­dzi­ło mnie w prze­ko­na­niu, że po­win­nam już wstać. Wpraw­dzie był to week­end Prze­mka, ale kiep­sko się czu­łam ze świa­do­mo­ścią, że moja cór­ka roz­ra­bia przy ojcu i dziad­kach, a ja się wy­le­gu­ję. Po praw­dzie w ogó­le nie po­win­no mnie tam być, ale sko­ro już pod­ję­łam taką de­cy­zję, po­win­nam wyjść z po­ko­ju i za­jąć się swo­im dziec­kiem.

Wsta­łam po­wo­li, wal­cząc z po­tęż­nym ka­cem. Wie­dzia­łam, że tak się to skoń­czy, a mimo to po­przed­nie­go wie­czo­ru nie mia­łam umia­ru. Po­de­szłam do okna i wzię­łam szklan­kę z pa­ra­pe­tu. To był do­bry po­mysł. Przy­ssa­łam się do niej łap­czy­wie i jed­nym hau­stem wy­pi­łam całą wodę. Już mia­łam wy­cho­dzić z po­ko­ju, kie­dy na­gle przy­po­mnia­łam so­bie wy­da­rze­nia sprzed kil­ku go­dzin i aż usia­dłam na dy­wa­nie. Scho­wa­łam twarz w dło­niach. Na­praw­dę po­ca­ło­wa­łam Prze­mka i dą­ży­łam do cze­goś wię­cej? Mia­łam ocho­tę za­paść się pod zie­mię. Czu­łam, że z dnia na dzień po­grą­żam się co­raz bar­dziej, ośmie­szam w oczach swo­ich i świa­ta.

Kie­dy tak sie­dzia­łam na dy­wa­nie, du­ma­jąc nad swo­im ży­ciem, drzwi się otwo­rzy­ły i sta­nął w nich Prze­mek. Za­marł, wi­dząc mnie na pod­ło­dze.

– Eeee… – bąk­nął. – My­śla­łem, że jesz­cze śpisz.

– Przed chwi­lą wsta­łam – po­wie­dzia­łam, zry­wa­jąc się na rów­ne nogi.

Zda­wa­łam so­bie spra­wę, że roz­pacz­li­wie po­trze­bu­ję prysz­ni­ca i czy­stych ubrań. Co­raz bar­dziej ża­ło­wa­łam, że nie wró­ci­łam do domu. Nie mu­sia­ła­bym się te­raz o nic mar­twić. Prze­mek od­pro­wa­dził­by Amel­kę wie­czo­rem, a ja mo­gła­bym się wy­spać i oszczę­dzi­ła­bym so­bie wsty­du.

– Mela wy­sła­ła mnie po lal­kę. Bę­dziesz się jesz­cze kłaść czy do­łą­czysz do nas?

Po­dra­pa­łam się po gło­wie, in­ten­syw­nie za­sta­na­wia­jąc się nad od­po­wie­dzią na py­ta­nie Prze­mka.

– Nie, już wsta­łam. – Pod­ję­łam de­cy­zję. – Ale chy­ba po­win­nam wra­cać do domu.

– Mela bar­dzo się ucie­szy­ła, że przy­szłaś.

– Na­praw­dę? – Na­wet ja usły­sza­łam w swo­im gło­sie na­dzie­ję, choć do­praw­dy nie wie­dzia­łam, w co jesz­cze wie­rzę.

– Tak. My­ślę, że by­ło­by jej przy­kro, gdy­byś te­raz po­szła do sie­bie. Zo­stań. Moja mama za­pra­sza cię na obiad.

Ski­nę­łam gło­wą. Ba­łam się oka­zy­wać, jak wiel­ką przy­jem­ność spra­wi­ła mi ta pro­po­zy­cja.

– Czy­li twoi ro­dzi­ce już wie­dzą, że tu je­stem?

– Tak. Mela od razu im wy­pa­pla­ła, że kie­dy się obu­dzi­ła, spa­łaś koło niej.

Kie­dyś ta­kie week­en­do­we po­ran­ki były nor­mą. Mel­ka bie­gła do dziad­ków, któ­rzy miesz­ka­li pię­tro wy­żej, a my z Prze­mkiem wy­le­gi­wa­li­śmy się do po­łu­dnia, cie­sząc się, że mamy chwi­lę dla sie­bie. W ty­go­dniu to nie było moż­li­we. Ja zaj­mo­wa­łam się cór­ką, Prze­mek szedł do pra­cy, tak jak i jego ro­dzi­ce. By­łam na­praw­dę szczę­śli­wa. Wte­dy. W tym domu. I na­wet nie prze­szka­dza­ła mi obec­ność te­ściów za ścia­ną. Star­sze ko­le­żan­ki i sio­stra ostrze­ga­ły mnie, że miesz­ka­nie w jed­nym domu z ro­dzi­ca­mi Prze­mka wyj­dzie mi bo­kiem, ale ja na­praw­dę mia­łam z nimi do­bre re­la­cje. Szcze­gól­nie z jego mamą.

Sama stra­ci­łam mat­kę jako je­de­na­sto­let­nia dziew­czyn­ka. Ba­sia, bo mama Prze­mka po­pro­si­ła mnie, że­bym zwra­ca­ła się do niej po imie­niu, co po­cząt­ko­wo mnie krę­po­wa­ło, ale ko­niec koń­ców oka­za­ło się naj­lep­szym roz­wią­za­niem, wpro­wa­dzi­ła mnie do świa­ta za­re­zer­wo­wa­ne­go dla ko­biet. Wpraw­dzie mia­łam bab­cię, ale ona była już dość wie­ko­wa i wsty­dzi­ła się roz­ma­wiać ze mną o pew­nych spra­wach. Z Ba­sią mo­głam dys­ku­to­wać o wszyst­kim. Jej obec­ność oka­za­ła się dla mnie nie­zbęd­na w tych pierw­szych ty­go­dniach ży­cia Mel­ki, kie­dy z jed­nej stro­ny cie­szy­łam się z na­ro­dzin có­recz­ki, a z dru­giej – in­ten­syw­nie my­śla­łam o ma­mie, któ­ra nie do­cze­ka­ła tej wy­jąt­ko­wej chwi­li. Mia­łam tyle wąt­pli­wo­ści, py­tań i obaw. W ta­kiej sy­tu­acji ko­bie­ty zwy­kle zwra­ca­ją się o po­moc do wła­snej mat­ki. Wy­obra­żam so­bie, że ma­cie­rzyń­stwo cór­ki jesz­cze bar­dziej je do sie­bie zbli­ża. Sta­ją się bar­dziej otwar­te i ufne, a mat­ka czę­sto wspo­mi­na te chwi­le, kie­dy sama wcho­dzi­ła w nie­zna­ny świat mło­dych mam. Je­stem prze­ko­na­na, że tak by to wła­śnie wy­glą­da­ło, gdy­by tyl­ko moja mama żyła. Nie­ste­ty, rak za­brał mi ją zbyt szyb­ko. O tyle rze­czy nie zdą­ży­łam za­py­tać, tylu te­ma­tów nie po­ru­szy­ły­śmy, tylu kwe­stii nie wy­ja­śni­ły­śmy. Wte­dy by­łam na to za mała. A te­raz… Te­raz jest już za póź­no.

Ale mia­łam Ba­się. Kie­dy pod­ję­li­śmy z Prze­mkiem de­cy­zję o roz­sta­niu, wy­da­wa­ło mi się, że naj­bar­dziej bę­dzie mi bra­ko­wać po­ran­nych spo­tkań przy ka­wie i wie­czor­nych dys­ku­sji przy kie­lisz­ku wina z jego mamą. By­łam wście­kła na Prze­mka i sta­ra­łam się wmó­wić sa­mej so­bie, że będę tę­sk­nić za wszyst­kim i wszyst­ki­mi, tyl­ko nie za nim. Oczy­wi­ście, szyb­ko prze­ko­na­łam się, że to nie tak. Prze­mek był waż­ną czę­ścią mo­je­go ży­cia przez nie­mal czte­ry lata. Po­zna­li­śmy się w dru­giej kla­sie li­ceum. To zna­czy, spo­ty­ka­li­śmy się wcze­śniej na szkol­nym ko­ry­ta­rzu, bo Prze­mek cho­dził do rów­no­le­głe­go od­dzia­łu, ale nie roz­ma­wia­li­śmy ze sobą. Za­czę­li­śmy cho­dzić ze sobą, kie­dy mie­li­śmy po sie­dem­na­ście lat, i przez dłuż­szy czas by­li­śmy prak­tycz­nie nie­roz­łącz­ni. Cza­sem ła­pię się na tym, że za­sta­na­wiam się, czy gdy­by nie całe to za­mie­sza­nie: naj­pierw z moją cią­żą, po­tem z ma­łym dziec­kiem, mo­gło­by nam się udać. Wie­cie, gdy­by wszyst­ko po­to­czy­ło się wła­snym, spo­koj­nym ryt­mem.

A te­raz mia­łam wyjść z po­ko­ju i jak gdy­by ni­g­dy nic spoj­rzeć ro­dzi­com Prze­mka w oczy. Oczy­wi­ście od cza­su do cza­su się wi­dy­wa­li­śmy. Są prze­cież dziad­ka­mi mo­jej cór­ki. Za­wsze będą czę­ścią na­sze­go ży­cia, tak jak Prze­mek. Cza­sem na­wet by­wa­łam w ich domu. To u nich or­ga­ni­zo­wa­li­śmy uro­dzi­ny Mel­ki, bo moje wy­naj­mo­wa­ne miesz­ka­nie było na to za małe. Nie po­win­nam więc czuć się nie­swo­jo. A mimo to to­wa­rzy­szy­ło mi wra­że­nie, że moja obec­ność jest czymś nie­wła­ści­wym. Wie­dzia­łam, że ro­dzi­ce Prze­mka chcie­li­by, aby­śmy do sie­bie wró­ci­li. Nie po­win­nam im da­wać na­dziei na coś, co ni­g­dy się nie zi­ści.

– No tak. – Za­śmia­łam się ner­wo­wo. – Mel­ka ni­g­dy nie była mi­strzy­nią w do­cho­wy­wa­niu ta­jem­nic. W po­rząd­ku, idę do ła­zien­ki i za­raz do was przyj­dę.

Prze­mek ski­nął gło­wą i ob­ró­cił się na pię­cie. Już miał wy­cho­dzić, ale na­gle się za­wa­hał.

– Aha, Mar­ty­na – za­czął, a ja w mig przej­rza­łam jego za­mia­ry.

– Tak?

– To, co się wy­da­rzy­ło dzi­siaj rano…

Mach­nę­łam ręką.

– Nie przej­muj się!

– Cho­dzi mi o to, że to nie po­win­no było się stać.

– Ja­sne. Z mo­jej stro­ny to się nie po­wtó­rzy. – Uśmiech­nę­łam się, żeby roz­ła­do­wać at­mos­fe­rę, ale Prze­mek nie dał się na­brać.

Za do­brze mnie znał.

– Chcesz po­ga­dać?

– O czym?

– Nie wiem. To ty przy­szłaś do mnie w nie­dzie­lę o wpół do siód­mej, więc po­my­śla­łem, że po­trze­bu­jesz po­mo­cy albo… – Nie do­wie­dzia­łam się jed­nak, cze­go, oprócz po­mo­cy, mo­gła­bym ocze­ki­wać, bo Prze­mek urwał gwał­tow­nie.

– Ra­dzę so­bie – za­pew­ni­łam.

Bo prze­cież so­bie ra­dzi­łam, praw­da? By­łam mło­dą sa­mot­ną mat­ką z kiep­sko płat­ną pra­cą, ale nie pod­da­wa­łam się mimo prze­ciw­no­ści losu.

– Mar­ty­na… czy coś się sta­ło? Ktoś zro­bił ci krzyw­dę?

Nie wie­rzy­łam w to, co sły­szę, ale w su­mie nie po­win­nam się dzi­wić. Zja­wi­łam się u nie­go o świ­cie, w opła­ka­nym sta­nie. Jego wy­obraź­nia z pew­no­ścią za­czę­ła pra­co­wać.

– Chy­ba nie chcę roz­ma­wiać o tym aku­rat z tobą – po­wie­dzia­łam. – Je­steś ostat­nią oso­bą, któ­rej mo­gła­bym się zwie­rzyć ze swo­ich pro­ble­mów.

– Dla­cze­go? Kie­dyś by­li­śmy… – Spoj­rzał na mnie smut­no. – By­li­śmy so­bie naj­bliż­si.

– I wła­śnie dla­te­go nie będę z tobą roz­ma­wiać o mo­ich nie­po­wo­dze­niach.

– Cho­dzi o fa­ce­ta, tak?

– Prze­mek!

Po­krę­cił gło­wą, mi­nął mnie i usiadł na łóż­ku. Za­baw­ny wi­dok. Wy­so­ki, bar­czy­sty fa­cet sie­dzą­cy na łóż­ku przy­kry­tym koł­drą z Elsą i Anną. Oparł ra­mio­na o ko­la­na i pod­trzy­mał gło­wę dło­nią.

– Sta­ram się! Na­praw­dę się sta­ram ze wzglę­du na Mel­kę. Chciał­bym mieć z tobą nor­mal­ne, przy­ja­ciel­skie re­la­cje, ale ty…

– Ale ja?

Pro­wo­ko­wa­łam go. Zresz­tą nie po raz pierw­szy. Wie­dzia­łam, że nie po­win­nam była tego ro­bić. Prze­mek so­bie na to nie za­słu­żył. Mó­wi­łam już prze­cież, że to na­praw­dę uczci­wy, po­rząd­ny fa­cet. A mimo to nie po­tra­fi­łam za­prze­stać tej gry po­zo­rów, któ­rą pro­wa­dzi­łam z nim jesz­cze na dłu­go przed tym, jak wy­pro­wa­dzi­łam się z tego domu.

– Nie na­dą­żam. Zja­wiasz się tu z sa­me­go rana z roz­ma­za­nym ma­ki­ja­żem i po­tar­ga­ny­mi raj­sto­pa­mi, wy­glą­dasz jak­by… – Jego spoj­rze­nia ci­ska­ły gro­my. – Nie­waż­ne! Przy­cho­dzisz, pro­wo­ku­jesz mnie, ca­łu­jesz, a po­tem…

Za­cmo­ka­łam. Do­sko­na­le zda­wa­łam so­bie spra­wę, jak to wszyst­ko wy­glą­da z jego per­spek­ty­wy, ale nie miał ra­cji.

– Po pro­stu nie chcia­łam być sama – wy­ja­śni­łam. – Mó­wi­łam ci już, że przy­szłam ze wzglę­du na Mel­kę. Stę­sk­ni­łam się za nią.

– Nie po­win­na cię oglą­dać w ta­kim sta­nie!

– Szko­da, że cie­bie mu­sia­ła oglą­dać, kie­dy wra­ca­łeś z im­prez nad ra­nem kom­plet­nie na­wa­lo­ny! – pod­nio­słam głos, nie zwa­ża­jąc na to, że od­gło­sy na­szej kłót­ni mogą do­trzeć do ro­dzi­ców Prze­mka.

– Mela była wte­dy ma­lut­ka. Ona na­wet tego nie pa­mię­ta! Ale te­raz… okej, Mar­ty­na, nie zro­zum mnie źle. Ja cię do­sko­na­le ro­zu­miem, na­praw­dę! Nie wy­sza­la­łaś się. Wi­taj w klu­bie – prze­mó­wił do mnie ła­god­nym to­nem. – Mia­łaś wol­ny week­end. Nie­po­trzeb­nie tu­taj przy­szłaś. Nie mam nic prze­ciw­ko, ja­sne, wpa­daj, kie­dy chcesz, ale nie w ta­kim sta­nie.

Prze­łknę­łam łzy. Sło­wa Prze­mka za­kłu­ły mnie w ser­ce, choć nie da­łam tego po so­bie po­znać. By­łam kom­plet­nie za­gu­bio­na. Po raz pierw­szy po­ża­ło­wa­łam, że uro­dzi­łam Mel­kę. Nie, nie ze wzglę­du na sie­bie. Nie ja by­łam te­raz naj­waż­niej­sza. Ale Mel­ka za­słu­gi­wa­ła na lep­szą mat­kę.

– Zro­zu­mia­łam. Le­piej już pój­dę – po­wie­dzia­łam, ale nie ru­szy­łam się z miej­sca.

Przy­zna­ję, mia­łam na­dzie­ję, że Prze­mek za­cznie mnie za­trzy­my­wać.

– Nie no, mó­wi­łem prze­cież, że­byś zo­sta­ła!

Spoj­rza­łam na sie­bie kry­tycz­nie.

– Ale…

Prze­mek w mig przej­rzał moje za­mia­ry.

– Za­py­tam mamę, czy mo­gła­by ci coś po­ży­czyć.

– By­ło­by miło. Wiem, że na­ro­bi­łam już wy­star­cza­ją­co dużo kło­po­tu, ale na­praw­dę wo­la­ła­bym się prze­brać.

– Po­cze­kaj na mnie.

Nie mu­siał mi tego po­wta­rzać. Miał ra­cję. Dziec­ko nie po­win­no mnie oglą­dać w ta­kim sta­nie. Byli te­ścio­wie (no do­bra, to taki skrót my­ślo­wy, bo prze­cież ni­g­dy nie by­li­śmy z Prze­mkiem mał­żeń­stwem) tym bar­dziej. Co ja so­bie wła­ści­wie my­śla­łam?

Po­de­szłam do okna i za­trzy­ma­łam wzrok na oszro­nio­nym traw­ni­ku. Od kil­ku dni mie­li­śmy na po­łu­dniu noc­ne przy­mroz­ki. Zbli­ża­ją­ca się zima za­bie­ra­ła dla sie­bie łap­czy­wie co­raz wię­cej. Cie­szy­ło mnie to. Je­sień była naj­bar­dziej znie­na­wi­dzo­ną prze­ze mnie porą roku. Nie mo­głam znieść wi­do­ku ogo­ło­co­nych z li­ści ga­łę­zi, któ­ry ko­ja­rzył mi się z pust­ką. Zima swo­im po­ja­wie­niem się za­wsze bu­dzi­ła we mnie ra­dość. Pa­mię­tam te har­ce na śnie­gu z lat mo­je­go dzie­ciń­stwa. Wy­głu­py, rzu­ca­nie śnież­ka­mi, jaz­da na san­kach… W gim­na­zjum tyl­ko te naj­bar­dziej atrak­cyj­ne dziew­czy­ny mo­gły li­czyć na sma­ro­wa­nie śnie­giem po twa­rzy i choć sam za­bieg nie na­le­żał do naj­przy­jem­niej­szych, to w dziw­ny spo­sób wy­ra­żał sym­pa­tię spraw­cy do ofia­ry. Już jako mama uwiel­bia­łam ob­ser­wo­wać sze­ro­ki uśmiech na twa­rzy mo­jej có­recz­ki, kie­dy po prze­bu­dze­niu od­kry­wa­ła, że przez noc na­pa­da­ło spo­ro śnie­gu. Za­chwy­ca­ła się każ­dym płat­kiem, każ­dym oszro­nio­nym drze­wem i każ­dym so­plem lodu. Od­kąd w wie­ku dwóch lat obej­rza­ła baj­kę o przy­go­dach Elsy i Anny, upar­cie po­wta­rza­ła, że jej ma­rze­niem jest za­miesz­kać w kra­inie wiecz­nej zimy. Cza­sem ła­pa­łam się na tym, że chcia­ła­bym mieć w so­bie tę utra­co­ną ra­dość dziec­ka. Mel­ka po­tra­fi­ła się cie­szyć z ma­łych, po­zor­nie nie­istot­nych rze­czy.

Usły­sza­łam za sobą od­głos otwie­ra­nych drzwi, ale nie obej­rza­łam się. Po chwi­li wy­ła­pa­łam ci­chut­ki sze­lest po­pra­wia­nej koł­dry i gu­zi­ków ude­rza­ją­cych o wez­gło­wie łóż­ka. Prze­mek sta­nął obok mnie i po­dą­żył spoj­rze­niem za moim wzro­kiem.

– Mel­ka była za­chwy­co­na, kie­dy obu­dzi­ła się i zo­ba­czy­ła szron. Nie dała so­bie wy­tłu­ma­czyć, że to nie jest śnieg!

Ro­ze­śmia­łam się. Cała Mela.

– Wła­śnie o niej po­my­śla­łam, kie­dy wyj­rza­łam przez okno.

– Wiesz, że idzie­my dziś na dru­gą część Kra­iny lodu?

– Fak­tycz­nie, już jest w ki­nach!

Nie mo­głam uwie­rzyć, że o tym za­po­mnia­łam. Mela cze­ka­ła na pre­mie­rę tej baj­ki co naj­mniej od pół roku! Nie­mal co­dzien­nie py­ta­ła, ile jesz­cze zo­sta­ło dni. A mnie tak po pro­stu wy­le­cia­ło to z gło­wy! Prze­cież obie­ca­łam jej, że pój­dzie­my ra­zem. Mało tego. Da­łam sło­wo, że zor­ga­ni­zu­ję jej ko­stium Elsy.

– Chcesz iść z nami? – za­pro­po­no­wał Prze­mek.

– Ale strój… Mel­ka chcia­ła iść do kina w ko­stiu­mie Elsy!

– Za­mó­wi­łem go dwa ty­go­dnie temu na Al­le­gro.

Ro­zu­mie­cie już, dla­cze­go po­wie­dzia­łam, że Prze­mek jest jed­nym zna­nym mi po­rząd­nym męż­czy­zną? On za­wsze pa­mię­tał, za­wsze do­trzy­my­wał da­ne­go sło­wa i za­wsze był obok, kie­dy jego cór­ka tego po­trze­bo­wa­ła. Co jak co, ale ojca dla mo­je­go dziec­ka wy­bra­łam ide­al­nie.

– Je­steś anio­łem, wiesz o tym, praw­da? Na­praw­dę mogę z wami pójść? Obie­ca­łam Mel­ce, że obej­rzy­my tę baj­kę ra­zem.

– Ja­sne. Se­an­se są co go­dzi­nę. Na któ­rą ku­pić bi­le­ty?

– Może na pięt­na­stą? – za­pro­po­no­wa­łam, bo była to pierw­sza myśl, któ­ra przy­szła mi do gło­wy.

– W po­rząd­ku. Tu­taj – wska­zał na wez­gło­wie łóż­ka – masz ge­try i swe­ter. Moja mama mówi, że po­win­ny pa­so­wać.

– A czy two­ja nowa dziew­czy­na… – za­wa­ha­łam się – no wiesz, czy ona nie bę­dzie mieć nic prze­ciw­ko, je­śli pój­dzie­my ra­zem do kina?

Prze­mek w jed­nej chwi­li spo­waż­niał. Spoj­rzał mi w oczy. Moje cia­ło prze­szedł dreszcz. Sama już się gu­bi­łam w swo­ich uczu­ciach. Cza­sem wy­da­wa­ło mi się, że już prze­pra­co­wa­łam ten te­mat i po­szłam da­lej. In­nym ra­zem to­wa­rzy­szy­ło mi wra­że­nie, że jed­ną nogą wciąż tkwię w po­przed­nim ży­ciu. Taki roz­krok nie słu­żył ni­cze­mu do­bre­mu.

– Bę­dzie mu­sia­ła to zro­zu­mieć. Je­steś mat­ką mo­je­go dziec­ka. Za­wsze bę­dziesz obec­na w moim ży­ciu – po­wie­dział, a mnie zro­bi­ło się ja­koś tak cie­plej na ser­cu.

Praw­dę mó­wiąc, nie­wie­le ob­cho­dzi­ło mnie, jak Ani­ta za­re­agu­je na na­sze wspól­ne wyj­ście do kina. Spy­ta­łam z grzecz­no­ści, a może ze zwy­kłej cie­ka­wo­ści. Nie po­win­nam była tego ro­bić, ale cza­sem pod­py­ty­wa­łam Mel­kę o nową dziew­czy­nę ojca. Z tym że od czte­ro­lat­ki nie mo­głam się do­wie­dzieć zbyt wie­le. Tyl­ko tyle, że „jest faj­na, cho­ciaż nie lubi Elsy”.

Prze­mek wy­szedł z po­ko­ju, a ja chwy­ci­łam ubra­nia i prze­śli­zgnę­łam się do ła­zien­ki, za­nim kto­kol­wiek mógł mnie zo­ba­czyć. Zdję­łam przez gło­wę su­kien­kę. Za­trzy­ma­łam wzrok na swo­im lu­strza­nym od­bi­ciu i zro­zu­mia­łam, co Prze­mek miał na my­śli, mó­wiąc, że nie po­win­nam była zja­wiać się „w ta­kim sta­nie”. Dłu­gie, roz­pusz­czo­ne ciem­ne wło­sy po­zo­sta­wa­ły w nie­ła­dzie, a nad usta­mi za­uwa­ży­łam po­zo­sta­ło­ści szmin­ki. Reszt­ki ma­ki­ja­żu spra­wia­ły, że ro­bi­łam upior­ne wra­że­nie, ale to i tak nie było naj­gor­sze. Na oboj­czy­kach, przed­ra­mio­nach, pier­siach i udach mia­łam si­nia­ki, któ­re dość jed­no­znacz­nie sy­gna­li­zo­wa­ły, jak spę­dzi­łam noc.

Otwo­rzy­łam szaf­kę z ko­sme­ty­ka­mi. Może nie po­win­nam była, ale prze­cież kie­dyś tu miesz­ka­łam, a Ba­się trak­to­wa­łam jak brat­nią du­szę. Po­ży­czy­łam więc od niej płyn do de­ma­ki­ja­żu i kil­ka płat­ków ko­sme­tycz­nych. Roz­pra­wi­łam się z po­zo­sta­ło­ścia­mi wczo­raj­sze­go ma­ki­ja­żu, umy­łam zęby i zwią­za­łam wło­sy w cia­sną kit­kę. Wy­ci­snę­łam z bu­te­lecz­ki odro­bi­nę pod­kła­du, aby ukryć śla­dy noc­nej za­ba­wy. Prze­mek przy­niósł mi swe­ter z dłu­gim rę­ka­wem, któ­ry bez­piecz­nie wszyst­ko za­kry­wał, ale do­strze­głam jed­no za­dra­pa­nie na szyi. Na­ło­ży­łam też tro­chę pod­kła­du na twarz i do­pie­ro wte­dy do­szłam do wnio­sku, że wy­glą­dam na tyle do­brze, aby po­ka­zać się Mel­ce i ro­dzi­com Prze­mka. Odło­ży­łam wszyst­kie ko­sme­ty­ki na miej­sce i wy­szłam z ła­zien­ki. Zwi­nię­tą su­kien­kę wci­snę­łam do to­reb­ki, któ­rą zna­la­złam w przed­po­ko­ju i skie­ro­wa­łam się do sa­lo­nu, z któ­re­go do­bie­ga­ły od­gło­sy naj­lep­szej za­ba­wy. Z tego, co się zdą­ży­łam zo­rien­to­wać, dzia­dek do­stał rolę złe­go smo­ka, któ­ry strze­że księż­nicz­ki, a tata był ry­ce­rzem, któ­ry musi ją ura­to­wać. Chy­ba nie mu­szę do­da­wać, komu przy­pa­dło od­gry­wa­nie po­sta­ci księż­nicz­ki.

– Mama! – Mela po­rzu­ci­ła za­ba­wę, kie­dy tyl­ko zo­ba­czy­ła mnie w drzwiach. – W koń­cu wsta­łaś! Nie mo­głam się do­cze­kać!

Roz­ło­ży­łam ra­mio­na, bo zła­pać w nie bie­gną­cą w moją stro­nę cór­kę. Pod­nio­słam Mel­kę i moc­no przy­tu­li­łam ją do sie­bie. Da­łam jej ca­łu­sa i po­gła­ska­łam po lśnią­cych, je­dwa­bi­ście gład­kich wło­sach. Ona ro­ze­śmia­ła się gło­śno, jak za­wsze, kie­dy od­ry­wa­łam ją od zie­mi, i za­plo­tła ręce wo­kół mo­jej szyi. Ode­rwa­łam od niej wzrok i za­trzy­ma­łam spoj­rze­nie na Basi, któ­ra krzą­ta­ła się w od­dzie­lo­nym od sa­lo­nu bla­tem anek­sie ku­chen­nym. W domu wy­czu­wal­na była zde­cy­do­wa­na woń pyr­ka­ją­ce­go na ma­łym ogniu ro­so­łu. Idyl­la, ra­cja? Szko­da, że już nie by­łam czę­ścią tego świa­ta.

– Tata po­wie­dział mi, że pój­dziesz z nami do kina. To praw­da? – upew­ni­ła się Mel­ka, a kie­dy po­twier­dzi­łam ski­nie­niem gło­wy, pi­snę­ła z ra­do­ści. – Ale faj­nie! Może prze­bie­rzesz się za Annę? Ja mam strój Elsy, gdy­byś ty mia­ła ko­stium Anny, to…

– Ko­cha­nie, oba­wiam się, że nie zdo­bę­dę dziś ko­stiu­mu Anny – we­szłam jej w sło­wo.

Po­sta­wi­łam cór­kę na zie­mi. Ga­ba­ry­ty odzie­dzi­czy­ła zde­cy­do­wa­nie nie po mnie, a po ojcu. Nie była gru­bą, a po pro­stu dużą dziew­czyn­ką. Prze­wyż­sza­ła nie­mal o gło­wę wszyst­kich ko­le­gów i ko­le­żan­ki z przed­szkol­nej gru­py. Cza­sy, kie­dy mo­głam ją dłu­go no­sić na rę­kach, ode­szły w nie­pa­mięć.

– No trud­no. – Mel­ka wy­raź­nie się za­smu­ci­ła, ale już po se­kun­dzie jej hu­mor się po­pra­wił. – Ale ku­pi­my po­pcorn?

– Ku­pi­my, oczy­wi­ście, że ku­pi­my – po­wie­dzia­łam dla świę­te­go spo­ko­ju.

Mela po­tra­fi­ła być upar­ta. Mo­głam mieć tyl­ko na­dzie­ję, że mi­nie jej to z wie­kiem, bo jej za­wzię­tość czę­sto utrud­nia­ła co­dzien­ne ży­cie. Nie da­lej niż dwa dni wcze­śniej spóź­ni­łam się do pra­cy, bo mu­sia­łam su­szyć su­szar­ką jej ulu­bio­ną bluz­kę, któ­rą wy­pra­łam po­przed­nie­go wie­czo­ru, a któ­ra nie zdą­ży­ła przez noc wy­schnąć.

Nie by­łam sfik­so­wa­na na punk­cie zdro­we­go ży­wie­nia. Moja cór­ka do­sko­na­le wie­dzia­ła, co to glu­ten czy cu­kier, ale sta­ra­łam się za­cho­wy­wać umiar. Na­wet nie chcia­łam so­bie wy­obra­żać, ile soli i tłusz­czu znaj­du­je się w jed­nej por­cji po­pcor­nu.

Po­de­szłam do Basi i cmok­nę­łam ją w lewy po­li­czek. Zlu­stro­wa­łam całe po­miesz­cze­nie. Prze­mek sie­dział na ka­na­pie przed te­le­wi­zo­rem i prze­łą­czał ka­na­ły. Nie za­uwa­ży­łam ni­g­dzie jego ojca. Mela usia­dła obok swo­je­go taty i wtu­li­ła się w nie­go. Na ten wi­dok po­czu­łam, jak nie­wi­dzial­na pę­tla za­ci­ska mi się na szyi.

– Co u cie­bie sły­chać? – za­py­ta­łam, prze­no­sząc wzrok z po­wro­tem na byłą te­ścio­wą.

– Bez zmian. Wiesz, że u mnie ra­czej nie­wie­le się dzie­je. Go­tu­ję ro­sół. Zje­cie przed wyj­ściem do kina, praw­da? – upew­ni­ła się. Nie cze­ka­jąc na moją od­po­wiedź, cią­gnę­ła da­lej: – No, ale ty pew­nie je­steś głod­na już te­raz! Może zro­bię ci ja­jecz­ni­cę?

Jak na za­wo­ła­nie za­bur­cza­ło mi w brzu­chu.

– Spo­koj­nie, po­cze­kam na obiad – po­wie­dzia­łam, choć or­ga­nizm sam mnie zdra­dził.

– Sia­daj przy sto­le. Za­raz przy­go­tu­ję śnia­da­nie – po­sta­no­wi­ła Ba­sia, nic so­bie nie ro­biąc z mo­ich pro­te­stów.

Wy­ko­na­łam jej po­le­ce­nie. Od­ru­cho­wo za­ję­łam miej­sce, na któ­rym za­wsze sia­da­łam, kie­dy jesz­cze miesz­ka­łam w tym domu.

– A gdzie… – za­wa­ha­łam się.

Po roz­sta­niu z Prze­mkiem mia­łam zde­cy­do­wa­nie lep­sze re­la­cje z jego mamą niż z tatą. Zresz­tą, tak było wła­ści­wie od za­wsze. Ba­sia oka­zy­wa­ła mi sym­pa­tię, Grze­gorz po­zo­sta­wał wy­co­fa­ny. Od­po­wia­dał na moje „dzień do­bry”, ale ni­g­dy nie na­wią­zał ze mną dłuż­szej kon­wer­sa­cji. To się zmie­ni­ło tyl­ko na chwi­lę, kie­dy za­szłam w cią­żę. Mat­ka Prze­mka była wście­kła. Nie moż­na jej się dzi­wić. Oby­dwo­je by­li­śmy przed ma­tu­rą. Dla mat­ki cią­ża dziew­czy­ny syna bę­dą­ce­go w ostat­niej kla­sie li­ceum mo­gła ozna­czać tyl­ko jed­no – zmar­no­wa­ne ży­cie. Tata Prze­mka nie roz­pa­czał jak ona. Nie­mal od razu za­pre­zen­to­wał po­sta­wę pod ty­tu­łem „zda­rzy­ło się, trud­no, żyje się da­lej”. Basi prze­cho­dzi­ło stop­nio­wo, ale tak na­praw­dę wy­ba­czy­ła nam do­pie­ro, kie­dy Mel­ka po­ja­wi­ła się na świe­cie.

Oj­ciec Prze­mka, w prze­ci­wień­stwie do jego mat­ki, ni­g­dy nie za­pro­po­no­wał mi, aby­śmy prze­szli na ty. Nie wy­obra­ża­łam so­bie też, że­bym mia­ła do nie­go mó­wić „tato”. To sło­wo nie prze­szło­by mi przez gar­dło. Po­cząt­ko­wo był więc pa­nem, po­tem, kie­dy uro­dzi­ła się Mela, stał się dziad­kiem. Ale te­raz nie mia­łam po­ję­cia, jak po­win­nam do nie­go i o nim mó­wić.

– Grze­gorz? – Ba­sia w mig zro­zu­mia­ła, kogo mam na my­śli. – Jest na gó­rze. Za­czę­li­śmy re­mont pię­tra i spę­dza tam każ­dą wol­ną chwi­lę. Wi­dzisz, na­wet w nie­dzie­lę tam zni­ka!

– Ro­bi­cie re­mont? – po­cią­gnę­łam te­mat, bar­dziej z grzecz­no­ści niż z rze­czy­wi­ste­go za­in­te­re­so­wa­nia.

Ba­sia roz­bi­ła jajo no­ży­kiem i wrzu­ci­ła za­war­tość sko­rup­ki na pa­tel­nię.

– W su­mie nic wiel­kie­go. Od­świe­ża­my po­ko­je. Znu­dzi­ła mi się po­przed­nia ko­lo­ry­sty­ka.

Za­pa­dła ci­sza, prze­ry­wa­na od­gło­sa­mi do­bie­ga­ją­cy­mi z te­le­wi­zo­ra. Prze­mek oglą­dał ja­kiś pro­gram mo­to­ry­za­cyj­ny i wy­glą­da­ło na to, że i Melę za­in­te­re­so­wał ten te­mat.

– A jak na stu­diach? – za­py­ta­ła Ba­sia.

Mia­łam wra­że­nie, że roz­mo­wa to­czy się wo­kół spraw zu­peł­nie nie­istot­nych, bo w ten spo­sób mo­gły­śmy so­bie za­pew­nić złud­ne po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Nie wcho­dzi­ły­śmy na nie­sta­bil­ny grunt, nie gro­zi­ło nam więc ugrzęź­nię­cie.

To Ba­sia na­mó­wi­ła mnie, że­bym nie re­zy­gno­wa­ła z pla­nów i ma­rzeń, któ­re mia­łam, za­nim po­ja­wi­ła się Mel­ka. Uro­dzi­łam cór­kę dwa mie­sią­ce po ma­tu­rze, mia­łam więc małe szan­se na to, aby kon­ty­nu­ować na­ukę bez prze­rwy. Nie po­rzu­ci­łam swo­ich aspi­ra­cji. One po pro­stu ze­szły na dal­szy plan. W pew­nym mo­men­cie po­czu­łam, że się po­gu­bi­łam. Chcia­łam jed­no­cze­śnie być kimś, kim ni­g­dy wcze­śniej nie by­łam, i zo­stać tam­tą dziew­czy­ną, któ­ra znik­nę­ła wraz z uro­dze­niem Meli. Pra­gnę­łam spę­dzać z cór­ką każ­dą mi­nu­tę jej ży­cia, być na każ­de jej za­wo­ła­nie, ale za­mie­rza­łam też pójść na stu­dia i zdo­być wy­kształ­ce­nie. Fru­stra­cja na­ra­sta­ła we mnie z dnia na dzień. Ba­sia wi­dzia­ła, jak się mio­tam, i pew­ne­go dnia wy­sła­ła Prze­mka na spa­cer z Amel­ką, że­by­śmy mo­gły w spo­ko­ju po­roz­ma­wiać, po­sa­dzi­ła mnie na ka­na­pie, sta­nę­ła nade mną i po­wie­dzia­ła:

– Słu­chaj, nie ma ide­al­nych ma­tek. Ktoś taki w ogó­le nie ist­nie­je! Mela po­trze­bu­je szczę­śli­wej, speł­nio­nej mamy! Idź na te stu­dia. Damy so­bie radę!

Chy­ba wła­śnie tego po­trze­bo­wa­łam – żeby ktoś pod­jął tę de­cy­zję za mnie. I te­raz, z per­spek­ty­wy cza­su, je­stem wdzięcz­na Basi, że moc­no mną wte­dy po­trzą­snę­ła. Mela mia­ła do­pie­ro czte­ry lata, a już za­czy­na­ła wy­pra­co­wy­wać so­bie prze­strzeń tyl­ko dla sie­bie. Ko­le­żan­ki z przed­szko­la, se­kre­ty z bab­cią, czas spę­dzo­ny z oj­cem. Wie­dzia­łam, że ten ob­szar z roku na rok bę­dzie się po­więk­szał. Za pięt­na­ście, dwa­dzie­ścia lat zo­sta­ła­bym bez per­spek­tyw, bez wy­kształ­ce­nia, bez za­wo­du, sama, bo prze­cież Mel­ka kie­dyś wy­fru­nie z ro­dzin­ne­go gniaz­da. Taka ko­lej rze­czy, a je­śli cze­goś na­uczy­łam się przez te dwa­dzie­ścia trzy lata, to wła­śnie tego, że wszy­scy od­cho­dzą.

W paź­dzier­ni­ku za­czę­łam trze­ci rok za­ocz­nych stu­diów na kie­run­ku pe­da­go­gi­ka wcze­snosz­kol­na i przed­szkol­na. Od za­wsze chcia­łam pra­co­wać z dzieć­mi. Bar­dziej z tymi młod­szy­mi niż star­szy­mi, więc wy­bór stu­diów wy­dał się oczy­wi­sty. Ale za­czy­na­łam ża­ło­wać, że po­sta­wi­łam na ten kie­ru­nek. Na­praw­dę chcia­łam pra­co­wać za mar­ne gro­sze w jed­nym z naj­bar­dziej znie­na­wi­dzo­nych przez Po­la­ków za­wo­dzie? Było już jed­nak za póź­no na zmia­nę. Mo­głam tyl­ko mieć na­dzie­ję, że mój za­pał nie mi­nie, kie­dy zmie­rzę się z rze­czy­wi­sto­ścią, a ide­ały po­zwo­lą mi prze­trwać od pierw­sze­go do pierw­sze­go.

Zresz­tą, w tym ostat­nim mia­łam spo­re do­świad­cze­nie. Od dwóch lat pra­co­wa­łam w kwia­ciar­ni. Szu­ka­łam ja­kiej­kol­wiek pra­cy i dla­te­go zgo­dzi­łam się przy­jąć ten etat. Po­cząt­ko­wo pod­cho­dzi­łam do no­we­go za­ję­cia z dużą dozą nie­pew­no­ści i nie­chę­ci. Aż na­gle od­kry­łam, że two­rze­nie fi­ne­zyj­nych bu­kie­tów, po­szu­ki­wa­nie nie­ty­po­wych roz­wią­zań i re­ali­zo­wa­nie ocze­ki­wań klien­tów spra­wia mi praw­dzi­wą przy­jem­ność. Zda­wa­łam so­bie spra­wę z tego, że nie jest to pra­ca od­po­wia­da­ją­ca wy­obra­że­niom spo­łe­czeń­stwa o sze­ro­ko po­ję­tej am­bi­cji, ale czy na­praw­dę wszy­scy mu­szą ro­bić ka­rie­ry w pre­sti­żo­wych bran­żach i brać udział w wy­ści­gu szczu­rów? Kwia­ciar­ki też są po­trzeb­ne, ot, choć­by po to, aby spra­wiać ko­muś ra­dość. Nie wie­dzia­łam więc, co będę ro­bić po stu­diach, ale po­sta­no­wi­łam je skoń­czyć, bo do­brze jest mieć wy­bór.

– W po­rząd­ku – od­po­wie­dzia­łam na py­ta­nie Basi. – W tym se­me­strze mamy mniej zjaz­dów. Po­wo­li przy­go­to­wu­ję się do na­pi­sa­nia pra­cy li­cen­cjac­kiej.

– Wy­bra­łaś już te­mat?

– Tak. Edu­ka­cja pla­stycz­na dzie­ci w kla­sach I–III. Może mało am­bit­nie, ale…

– Dla­cze­go mało am­bit­nie? – Ba­sia po­sta­wi­ła przede mną ta­lerz z ja­jecz­ni­cą ze szczy­pior­kiem i dwie­ma krom­ka­mi chle­ba gru­bo po­sma­ro­wa­ny­mi ma­słem. – Sko­ro wy­bra­łaś so­bie taki te­mat, musi cię in­te­re­so­wać.

Nie od­po­wie­dzia­łam, bo za­ję­łam się ape­tycz­nie wy­glą­da­ją­cą i tak samo sma­ku­ją­cą ja­jecz­ni­cą. W mię­dzy­cza­sie Mel­ka zdą­ży­ła znie­chę­cić się do oglą­da­ne­go pro­gra­mu i za­czę­ła ję­czeć Prze­mko­wi, że jej się nu­dzi. Stan­dar­do­wo. Mela nie po­tra­fi się ni­czym za­jąć na czas dłuż­szy niż pięć mi­nut.

– Może po­ry­su­je­my? – ska­pi­tu­lo­wał Prze­mek i wy­łą­czył te­le­wi­zor.

Mel­ka ocho­czo przy­sta­ła na jego pro­po­zy­cję i po chwi­li oby­dwo­je znik­nę­li w dzie­cię­cym po­ko­ju, a ja zo­sta­łam sama z Ba­sią. Dziw­nie się czu­łam. Nie roz­ma­wia­ły­śmy na osob­no­ści od… od daw­na. Od cza­su, kie­dy wy­pro­wa­dzi­łam się z tego domu. Od tam­tej pory wszyst­kie na­sze roz­mo­wy przy­po­mi­na­ły służ­bo­wą wy­mia­nę in­for­ma­cji. Łą­czą­ca nas nie­gdyś bli­skość znik­nę­ła. Wia­do­mo, sta­nę­ły­śmy po prze­ciw­nych stro­nach ba­ry­ka­dy. I choć ni­g­dy wcze­śniej Ba­sia się nie wtrą­ca­ła i na­wet nie ko­men­to­wa­ła wy­bu­cha­ją­cych co­raz czę­ściej mię­dzy mną a Prze­mkiem kłót­ni, w ob­li­czu na­sze­go roz­sta­nia mu­sia­ła sta­nąć po stro­nie syna. Z per­spek­ty­wy cza­su ża­ło­wa­łam, że w ogó­le były ja­kieś stro­ny.

Ba­sia usia­dła na­prze­ciw­ko mnie. Przez chwi­lę przy­glą­da­ła mi się w ci­szy, czym mnie za­wsty­dzi­ła. Mó­wi­łam już prze­cież, że cza­sy za­ży­ło­ści mia­ły­śmy już daw­no za sobą.

– Cie­szę się, że je­steś – ode­zwa­ła się ni stąd, ni zo­wąd.

Prze­łknę­łam kęs chle­ba. Po­czu­łam się w obo­wiąz­ku wy­tłu­ma­czyć jej, że moja obec­ność wła­ści­wie ni­cze­go nie zmie­nia.

– To nie tak. Ja tyl­ko…

– Wiem. Prze­mek już mi to wy­tłu­ma­czył. Nie po­wiem, że nie ża­łu­ję, bo strasz­nie mi przy­kro, ale i tak do­brze cię wi­dzieć! My­ślę, że to waż­ne też dla Meli. Wiesz, jak się ucie­szy­ła, kie­dy Prze­mek jej po­wie­dział, że pój­dzie­cie do kina ra­zem, wszy­scy tro­je?

Przy­pusz­czam, że jej sło­wa mia­ły mi po­pra­wić hu­mor, ale sta­ło się zu­peł­nie od­wrot­nie. Po­czu­łam wście­kłość na samą sie­bie. Mia­ło być ina­czej. Mel­ka mia­ła mieć peł­ną ro­dzi­nę. I co? Nie ode­zwa­łam się ani sło­wem, bo nie wie­dzia­łam, co mo­gła­bym do­dać w tej sy­tu­acji. Spu­ści­łam wzrok. Ja­jecz­ni­ca na­gle prze­sta­ła mi sma­ko­wać.

– Na­praw­dę nic nie da się zro­bić? – za­py­ta­ła Ba­sia, a ja po­czu­łam, jak po moim po­licz­ku spły­wa sa­mot­na łza.

Świet­nie. Jesz­cze tego bra­ko­wa­ło, że­bym się roz­kle­iła przy mat­ce Prze­mka.

– Ja…

– Prze­pra­szam. Obie­ca­łam so­bie, że nie będę się wtrą­cać, ale mu­sia­łam cię o to za­py­tać. Praw­dę mó­wiąc, mia­łam na­dzie­ję, że się do­ga­da­cie, że to tyl­ko przej­ścio­we pro­ble­my. Ale mi­nę­ło już tyle cza­su, a te­raz do Prze­mka za­czę­ła przy­cho­dzić ta… ta cała Ani­ta. – Nie trud­no było zgad­nąć, ja­kie uczu­cia żywi Ba­sia do no­wej dziew­czy­ny syna. – Co się sta­ło? By­li­ście taką do­bra­ną parą!

Po­krę­ci­łam zde­cy­do­wa­nie gło­wą. Nie, nie, nie i jesz­cze raz nie. Nie za­mie­rza­łam cią­gnąć tego te­ma­tu. Nie wte­dy, nie z nią, nie w domu peł­nym pięk­nych, ale i bo­le­snych wspo­mnień.

– My­ślę, że po­win­naś po­roz­ma­wiać z Prze­mkiem.

– Pró­bo­wa­łam, ale on jak­by się za­ciął.

– Po pro­stu… chy­ba nie doj­rze­li­śmy jesz­cze do za­ło­że­nia ro­dzi­ny.

– I tyl­ko tyle? – Ba­sia nie chcia­ła uwie­rzyć w moje la­ko­nicz­ne tłu­ma­cze­nie.

– Nie ten czas, nie to miej­sce – pod­su­mo­wa­łam fi­lo­zo­ficz­nie i wsta­łam od sto­łu.

Po­sprzą­ta­łam po so­bie i wy­mi­nę­łam Ba­się. Wło­ży­łam ta­lerz i wi­de­lec do zmy­war­ki.

– Pój­dę do Mel­ki i Prze­mka – po­wie­dzia­łam, nie pa­trząc na nią.

Rozdział 3

Śnieg, któ­ry spadł w nocy, daw­no już zdą­żył stop­nieć. Cią­gnę­łam za sobą san­ki, któ­re grzę­zły w sza­rej brei, ale wie­dzia­łam, że ła­twiej pój­dzie mi po­ko­na­nie w ten spo­sób tych kil­ku­set me­trów, któ­re dzie­li­ły przed­szko­le od miesz­ka­nia, niż wy­tłu­ma­cze­nie Mel­ce, że nie wró­ci­my na san­kach do domu, bo le­żą­cy jesz­cze rano na chod­ni­kach śnieg za­mie­nił się w bło­to. Mela sie­dzia­ła opar­ta wy­god­nie o me­ta­lo­wy ste­laż i po­wta­rza­ła dia­lo­gi z Kra­iny lodu. Od­kąd Prze­mek po­przed­nie­go dnia po ki­nie od­wiózł nas do domu, nie mó­wi­ła o ni­czym in­nym. I choć ja uwa­ża­łam, że dru­ga część baj­ki była zbyt skom­pli­ko­wa­na jak na moż­li­wo­ści czte­ro­lat­ki, Mel­ka nic nie ro­bi­ła so­bie z tego, że po­ło­wy fil­mu po pro­stu nie zro­zu­mia­ła. Już dzie­sięć razy zdą­ży­ła zmie­nić zda­nie na te­mat bo­żo­na­ro­dze­nio­we­go pre­zen­tu. Po pro­jek­cji była zde­cy­do­wa­na na ma­gicz­ne­go ko­nia Elsy, Nok­ka, ale po­tem obej­rza­ły­śmy w sie­ci ga­dże­ty i za­baw­ki z baj­ki. Nie wie­dzieć cze­mu Melę za­fa­scy­no­wa­ły per­fu­my z Elsą. Tłu­ma­czy­łam jej, że jest jesz­cze za mała, aby ich uży­wać, ale ona się upar­ła, a ja w du­chu prze­kli­na­łam czło­wie­ka, któ­ry po­sta­no­wił za­ro­bić pie­nią­dze na, li­to­ści!, per­fu­mach z Elsą. W naj­bliż­szej przy­szło­ści na skle­po­wych pół­kach spo­dzie­wa­łam się pa­pie­ru to­a­le­to­we­go z li­cen­cją z Kra­iny lodu.

Mu­sia­łam przy­znać, że nie­dziel­ne po­po­łu­dnie było za­ska­ku­ją­co miłe. Wła­ści­wie wy­szli­śmy we trój­kę pierw­szy raz od cza­su, kie­dy roz­sta­łam się z Przem­kiem. Ow­szem, ze wzglę­du na Melę spę­dza­li­śmy ra­zem czas – spo­ra­dycz­nie Prze­mek za­miast za­bie­rać na­szą cór­kę do sie­bie, od­wie­dzał ją, a wte­dy ba­wi­li­śmy się ra­zem czy gra­li­śmy w plan­szów­ki – ale nie wy­cho­dzi­li­śmy z domu. Atrak­cje w sty­lu kina, zoo czy wy­ciecz­ki mia­ła dzie­lo­ne po­mię­dzy dwo­je ro­dzi­ców.

– Tak so­bie po­my­śla­łem – za­czął Prze­mek, kie­dy zjeż­dża­li­śmy win­dą na par­king pod­ziem­ny – że może mo­gli­by­śmy to kie­dyś po­wtó­rzyć?

– Może mo­gli­by­śmy. – Uśmiech­nę­łam się do nie­go, na co Mela aż pod­sko­czy­ła z ra­do­ści.

– Tak, chodź­my jesz­cze raz na Kra­inę lodu!

Wła­ści­wie wszyst­ko prze­bie­gło­by ide­al­nie, gdy­by w dro­dze po­wrot­nej Prze­mek nie ode­brał te­le­fo­nu od Ani­ty. Sie­dzia­łam obok nie­go, a w sa­mo­cho­dzie pa­no­wa­ła ide­al­na ci­sza, siłą rze­czy sły­sza­łam więc te wszyst­kie wrza­ski. Gro­zi­ła roz­sta­niem, je­śli Prze­mek jesz­cze raz wy­łą­czy te­le­fon, kie­dy bę­dzie ze mną. Pró­bo­wał jej tłu­ma­czyć, że był w ki­nie, więc mu­siał to zro­bić, ale nie tra­fia­ło do niej żad­ne tłu­ma­cze­nie.

– Jest za­zdro­sna – po­wie­dzia­łam, kie­dy wzbu­rzo­ny Prze­mek za­koń­czył roz­mo­wę i ci­snął te­le­fon na de­skę roz­dziel­czą.

– Prze­sa­dza. Wie­le razy tłu­ma­czy­łem jej, że ty i Mela za­wsze bę­dzie­cie czę­ścią mo­je­go ży­cia, ale wi­dać nie po­tra­fi tego zro­zu­mieć.

Od­wró­ci­łam się, aby zer­k­nąć na Mel­kę. Spa­ła w naj­lep­sze w fo­te­li­ku. Po­dróż sa­mo­cho­dem od za­wsze dzia­ła­ła na nią usy­pia­ją­co.

– Może ma szó­sty zmysł i wy­czu­ła, co wy­da­rzy­ło się dzi­siej­sze­go po­ran­ka?

Sama nie wiem, dla­cze­go do tego na­wią­za­łam. Ob­ser­wo­wa­nie, jak Prze­mek wije się i krę­ci, nie spra­wia­ło mi przy­jem­no­ści. Chy­ba pod­świa­do­mie dą­ży­łam do tego, aby po­twier­dził, że to, do cze­go mię­dzy nami do­szło, było waż­ne. Nie, taka de­kla­ra­cja ni­cze­go nie zmie­ni­ła­by mię­dzy nami. Dla mnie i Prze­mka było już za póź­no. Wy­da­je mi się, że kie­ro­wa­łam się próż­no­ścią. Po pro­stu chcia­łam po­czuć się le­piej.

– Nic się nie wy­da­rzy­ło. – Prze­mek za­ci­snął szczę­ki. – By­łaś pi­ja­na.

– Ja – tak, ale ty…

– Mie­li­śmy już do tego nie wra­cać!

– Prze­pra­szam – wy­mam­ro­ta­łam i od­wró­ci­łam wzrok.

Nie po­dej­mo­wa­łam już tego te­ma­tu, ale kie­dy Prze­mek za­trzy­mał się przed klat­ką scho­do­wą blo­ku, w któ­rym miesz­ka­ły­śmy z Melą, po­wie­dział coś dziw­ne­go. Coś, co za­pa­dło mi w pa­mięć i spra­wi­ło, że na­stęp­ne­go dnia nie mo­głam prze­stać o tym my­śleć.

– Ona po pro­stu wie, że ni­g­dy nie bę­dzie tobą.

Nie mu­siał do­da­wać, kim jest owa „ona”. Prze­kaz był ja­sny, przy­naj­mniej w tam­tym mo­men­cie.

Ale kie­dy wie­czo­rem po­ło­ży­łam Melę spać, za­czę­łam się za­sta­na­wiać, co wła­ści­wie Prze­mek miał na my­śli. Czy cho­dzi­ło mu tyl­ko o to, że je­stem mamą jego cór­ki, co z au­to­ma­tu sta­wia mnie na od­mien­nej po­zy­cji niż każ­dą inną ko­bie­tę w jego ży­ciu? A może miał na my­śli, że to, co się mię­dzy nami wy­da­rzy­ło, było nie­po­wta­rzal­ne i już ni­g­dy z ni­kim tego nie prze­ży­je­my?

Du­ma­łam nad tym rów­nież w dro­dze po­wrot­nej z przed­szko­la do domu. To, co mó­wi­ła Mel­ka, do­cie­ra­ło do mnie pią­te przez dzie­sią­te, ale ja­kimś cu­dem uda­wa­ło mi się zga­dy­wać, któ­re po­sta­cie z baj­ki cy­tu­je, i tyl­ko raz się po­my­li­łam.

Po­ko­na­nie dro­gi, któ­rej przej­ście zwy­kle zaj­mo­wa­ło dwie mi­nu­ty, tym ra­zem za­bra­ło nam kwa­drans. Za­trzy­ma­łam się przed klat­ką scho­do­wą zzia­ja­na. Tyl­ko ro­dzic czte­ro­lat­ka wie, jak trud­ne jest prze­cią­gnię­cie sa­nek z dziec­kiem przez chod­nik po­kry­ty bło­tem. Mel­ka ze­szła z sa­nek, a ja oce­ni­łam ich stan. Pło­zy były całe zdar­te.

– A wiesz, że żad­na z dziew­czy­nek nie była jesz­cze na Kra­inie lodu? – za­gad­nę­ła Mela.

– Czy­li by­łaś pierw­sza – sko­men­to­wa­łam, bo wie­dzia­łam, jak bar­dzo moja cór­ka lubi być pierw­sza.

Wbi­łam kod do do­mo­fo­nu i po chwi­li roz­le­gło się cha­rak­te­ry­stycz­ne trza­śnię­cie, in­for­mu­ją­ce o tym, że wpro­wa­dzi­łam pra­wi­dło­wą se­kwen­cję cyfr. Przy­trzy­ma­łam drzwi, żeby Mel­ka mo­gła wejść do środ­ka, po czym wta­ra­ba­ni­łam się za nią z san­ka­mi. Miesz­ka­my na pierw­szym pię­trze, więc nie mu­sia­łam dłu­go ich dźwi­gać. Po­sta­wi­łam san­ki przed drzwia­mi, po­sta­no­wiw­szy, że wnio­sę je do miesz­ka­nia, kie­dy wy­schną. Wsu­nę­łam klucz do zam­ka i otwo­rzy­łam drzwi.

Lu­bi­łam to miesz­ka­nie, choć mia­łam świa­do­mość, że jest tyl­ko tym­cza­so­we. Wła­śnie w tym wi­dzia­łam naj­więk­szy mi­nus wcze­sne­go ma­cie­rzyń­stwa – moja cór­ka od po­cząt­ku przy­zwy­cza­ja­ła się do tej przej­ścio­wo­ści, któ­ra w na­szym ży­ciu była już wła­ści­wie sta­nem per­ma­nent­nym. A ja nade wszyst­ko chcia­łam dla niej cze­goś sta­łe­go. Dla niej i dla sie­bie, bo poza tym cza­sem, kie­dy żyła moja mama, i tymi dwo­ma la­ta­mi, przez któ­re miesz­ka­łam z Prze­mkiem w domu jego ro­dzi­ców, nie zna­łam po­ję­cia sta­ło­ści.

Kie­dy już się ro­ze­bra­ły­śmy i umy­ły­śmy ręce, Mel­ka za­ży­czy­ła so­bie ba­na­na. Oczy­wi­ście, mia­łam w domu wszyst­kie owo­ce – jabł­ka, man­da­ryn­ki, po­ma­rań­cze, kiwi i cze­go tyl­ko du­sza za­pra­gnie – ale bra­ko­wa­ło aku­rat ba­na­nów. Ryk. Moje tłu­ma­cze­nie. Płacz. Bo ona chce ba­na­na, i ko­niec.

– Kur­wa mać – szep­nę­łam na tyle ci­cho, że by­łam pew­na, iż Mel­ka nie mo­gła mnie usły­szeć, ale po­zba­wi­ła mat­kę resz­tek złu­dzeń, oznaj­mia­jąc try­um­fal­nie:

– Sły­sza­łam!

W koń­cu uda­ło mi się za­pa­no­wać nad sy­tu­acją. Za­dzwo­ni­łam do sio­stry, pro­sząc, aby po dro­dze do mnie ku­pi­ła ba­na­ny, bo bez nich dziec­ko mi się za­pła­cze, i za­ję­łam Melę ko­lo­ro­wan­ką. Mia­łam dla sie­bie ja­kieś pięć mi­nut.

– Ko­cha­nie, mu­szę szyb­ko po­sprzą­tać miesz­ka­nie, bo nie­dłu­go bę­dzie u nas cio­cia Mał­go­sia. Pa­mię­tasz, mó­wi­łam ci, że ma do nas przy­je­chać? Przy­wie­zie ci ba­na­ny.

Mela wręcz uwiel­bia­ła moją sio­strę. Z wza­jem­no­ścią. Mał­go­sia ob­ra­zi­ła się na mnie na śmierć i ży­cie, kie­dy do­wie­dzia­ła się, że w wie­ku osiem­na­stu lat za­szłam w cią­żę, ale – po­dob­nie jak mat­ka Prze­mka – osza­la­ła na punk­cie Mel­ki, kie­dy tyl­ko ją zo­ba­czy­ła. Wszyst­kie moje winy po­szły w nie­pa­mięć. Za­wdzię­cza­łam cór­ce tę dys­pen­sę, choć Mał­go­si wciąż zda­rza­ło się przy­po­mi­nać mi, jak mo­gło­by wy­glą­dać moje ży­cie, gdy­bym była bar­dziej od­po­wie­dzial­na. Wpusz­cza­łam te uwa­gi jed­nym uchem, a dru­gim wy­pusz­cza­łam. Taka już była rola star­szej sio­stry: sta­rać się chro­nić tę młod­szą przed błę­da­mi.

Był taki czas, kie­dy od­da­li­ły­śmy się z Mał­go­sią od sie­bie, dla­te­go cie­szy­ło mnie to, że po­now­nie uda­ło nam się zna­leźć do sie­bie dro­gę. Dzie­li­ło nas coś wię­cej niż tyl­ko róż­ni­ca wie­ku. Przez tych kil­ka naj­trud­niej­szych lat w ogó­le nie utrzy­my­wa­ły­śmy ze sobą kon­tak­tu. Ja by­łam jesz­cze za mło­da, aby sta­no­wić o so­bie, a ona… Sama nie wiem. Może po pro­stu po­trze­bo­wa­ła cza­su, może i ona się bun­to­wa­ła prze­ciw­ko temu, co nas spo­tka­ło?

Kie­dy ode­zwa­ła się po la­tach, by­łam na nią wście­kła. Wy­da­wa­ło mi się, że już ni­g­dy nie od­bu­du­je­my tej sio­strza­nej re­la­cji. Mał­go­sia była dla mnie obcą oso­bą. A jed­nak wię­zy krwi oka­za­ły się sil­niej­sze: nie­dłu­go póź­niej mo­głam już po­wie­dzieć, że sio­stra jest moją naj­lep­szą przy­ja­ciół­ką. Mama na pew­no pa­trzy­ła na nas z góry i uśmie­cha­ła się, wi­dząc, jak bli­skie się so­bie sta­ły­śmy. Spo­ty­ka­ły­śmy się re­gu­lar­nie. Na­sze cór­ki do­ra­sta­ły ra­zem. Mię­dzy Melą a Jul­ką i Zuzą – bliź­niacz­ka­mi – były tyl­ko dwa lata róż­ni­cy. W week­en­dy zjaz­do­we czę­sto za­wo­zi­łam cór­kę do Mał­go­si. Ja też cza­sem zo­sta­wa­łam z bliź­niacz­ka­mi, kie­dy moja sio­stra z mę­żem chcie­li spę­dzić czas tyl­ko we dwo­je. Było tak, jak w każ­dej in­nej ro­dzi­nie. Ale my mia­ły­śmy jesz­cze swo­ją małą tra­dy­cję.

Choć­by ska­ły się wa­li­ły, a mury pę­ka­ły, mu­sia­ły­śmy się spo­tkać dru­gie­go grud­nia, w rocz­ni­cę uro­dzin na­szej mamy. Tak, uro­dzin, nie śmier­ci. Od sze­ściu lat spę­dza­ły­śmy ją w taki sam spo­sób – oglą­da­jąc zdję­cia, wspo­mi­na­jąc mamę, śmie­jąc się, pła­cząc, pi­jąc wino i wy­obra­ża­jąc so­bie, jak wy­glą­dał­by ten dzień, gdy­by ona była z nami. Nie tyl­ko zresz­tą ten je­den dzień. Lu­bi­ły­śmy dys­ku­to­wać o tym, jak wy­glą­da­ło­by całe na­sze ży­cie. Z pew­no­ścią zu­peł­nie ina­czej. Bo od śmier­ci mamy wła­ści­wie wszyst­ko się za­czę­ło, choć może po­win­nam ra­czej po­wie­dzieć: skoń­czy­ło.

***

Mał­go­sia przy­nio­sła bu­tel­kę bia­łe­go pół­słod­kie­go wina, któ­re mu­sia­ło po­cze­kać, aż Mel­ka pój­dzie spać. Ro­bert, mój szwa­gier, zo­stał z dziew­czyn­ka­mi, nie mu­sia­ły­śmy się więc spie­szyć. Mia­ły­śmy przed sobą całą noc. Wpraw­dzie o dzie­wią­tej otwie­ra­łam kwia­ciar­nię, a wcze­śniej mu­sia­łam za­pro­wa­dzić Melę do przed­szko­la, ale nie po­trze­bo­wa­łam dużo snu. Per­spek­ty­wa wie­czo­ru spę­dzo­ne­go z sio­strą na­praw­dę mnie cie­szy­ła i kie­dy tyl­ko parę mi­nut po dwu­dzie­stej Mel­ka za­mknę­ła oczy, po­pę­dzi­ły­śmy do kuch­ni po kie­lisz­ki i kor­ko­ciąg.

– Otwórz. – Wy­ję­łam z lo­dów­ki schło­dzo­ną bu­tel­kę i po­da­łam ją Mał­go­si. – Czyń ho­no­ry star­szej sio­stry!

– Mo­gła­byś się na­uczyć otwie­rać wino! – Moja sio­stra prze­wró­ci­ła ocza­mi.

To praw­da. Uwie­rzy­cie, że nie po­tra­fię uży­wać kor­ko­cią­gu? Po­dob­no to nic skom­pli­ko­wa­ne­go, ale mnie ta czyn­ność prze­ra­sta. Kie­dyś pró­bo­wa­łam i po­ra­ni­łam so­bie szkłem dłoń, dla­te­go już wię­cej nie zdo­by­łam się na od­wa­gę.

Z kuch­ni prze­nio­sły­śmy się na ka­na­pę do du­że­go po­ko­ju. Mał­go­sia roz­la­ła wino do lam­pek, a ja zna­la­złam ja­kąś ko­me­dię ro­man­tycz­ną na Net­flik­sie. Wie­dzia­łam, że i tak jej nie obej­rzy­my, ale lu­bię, kie­dy coś leci w tle. Sio­stra po­da­ła mi kie­li­szek i roz­sia­dła się wy­god­nie obok mnie.

– To co, zdro­wie? – Ostroż­nie pod­nio­sła wy­peł­nio­ną aż po brze­gi lamp­kę.

W swo­im to­wa­rzy­stwie mo­gły­śmy zre­zy­gno­wać z za­sad sa­vo­ir-vi­vre'u i na­peł­nić cały kie­li­szek.

– Za mamę!

– Za mamę!

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej.

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20