Nie czas na tajemnice - Magdalena Majcher - ebook

Nie czas na tajemnice ebook

Magdalena Majcher

4,1

Opis

Otwórz kolejne drzwi luksusowego domu! Osiedle Pogodne –

poznaj nowe tajemnice mieszkańców.

 

Klara ma poukładane życie. Dyrektorskie stanowisko, ten sam od dwudziestu lat mąż, dorosła córka, która właśnie zaczęła studia na prestiżowej uczelni. Kiedy więc nagle w jej pracy zjawiają się policjanci i pytają o męża, Klara czuje, że traci grunt pod nogami. 

 

Zaczyna się polowanie. Dziennikarze, internauci, znajomi – oni wszyscy już wydali wyrok skazujący. Co zrobi Klara? Czy stanie po stronie męża, który jest sam przeciwko całemu światu?

Czy uwierzy w winę ukochanego mężczyzny?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 309

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Au­tor: Mag­da­le­na Maj­cher

Re­dak­cja: Zu­zan­na Wie­rus

Ko­rek­ta: Ka­ta­rzy­na Zio­ła-Ze­mczak

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Ka­ta­rzy­na Bor­kow­ska

Skład: Ja­ro­sław Ja­błoń­ski

Zdję­cia na okład­ce: Stock­sy/Ulas¸ Ke­se­bir & Me­rve Tür­kan

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Agniesz­ka Gó­rec­ka

© Co­py­ri­ght by Mag­da­le­na Maj­cher

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Pas­cal

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, za wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2020

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­[email protected]­cal.pl

www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-691-7

Przygotowanie eBooka: Mariusz Kurkowski

Roz­dział 1

Kla­ra Przy­by­sław­ska od kil­ku­na­stu mi­nut od­wle­ka­ła mo­ment, kie­dy po­że­gna się z cór­ką i ra­zem z mę­żem opu­ści miesz­ka­nie, któ­re wy­na­ję­li dla świe­żo upie­czo­nej stu­dent­ki w ka­mie­ni­cy na rogu Kar­me­lic­kiej i Raj­skiej. Ewa spra­wia­ła wra­że­nie bar­dzo za­do­wo­lo­nej z tej lo­ka­li­za­cji. Żeby do­trzeć na uczel­nię, mu­sia­ła po­ko­nać za­le­d­wie czte­ry­sta me­trów, a w po­bli­żu mie­ści­ło się dużo punk­tów ga­stro­no­micz­nych, pu­bów i klu­bów. Wia­do­mo, cen­trum Kra­ko­wa. Miesz­ka­nie było po­ło­żo­ne bez­po­śred­nio nad sie­cio­wą pie­kar­nią, w któ­rej moż­na się na­pić kawy i zjeść ciast­ko. Ewa mia­ła więc pod no­sem wszyst­ko, cze­go du­sza za­pra­gnie. I może wła­śnie to tak bar­dzo nie­po­ko­iło Kla­rę, choć po­wta­rza­ła so­bie, że prze­cież cór­ka jest roz­sąd­ną dziew­czy­ną i nie zro­bi nic głu­pie­go. A że cza­sem wy­sko­czy ze zna­jo­my­mi z gru­py na piwo czy wyj­dzie w so­bo­tę do klu­bu? Pra­wo mło­do­ści.

Kla­ra wie­dzia­ła, że prze­ży­wa to wszyst­ko – stu­dia, sa­mo­dziel­ne miesz­ka­nie, wy­jazd do Kra­ko­wa – bar­dziej niż Ewa. Cór­ka mia­ła nie­sa­mo­wi­tą zdol­ność do ad­ap­ta­cji w każ­dych wa­run­kach. Szyb­ko przy­zwy­cza­ja­ła się do zmian. Kla­ra – wręcz prze­ciw­nie. Nie była to jed­nak by­naj­mniej kwe­stia wie­ku. Od naj­młod­szych lat nie­chęt­nie przy­sta­wa­ła na na­wet naj­mniej­sze od­chy­le­nie od co­dzien­nej ru­ty­ny. Lu­bo­wa­ła się w ma­łych ry­tu­ałach i od­by­wa­ją­cych się cy­klicz­nie wy­da­rze­niach. Każ­dy psy­cho­te­ra­peu­ta pew­nie pró­bo­wał­by się do­pa­trzyć w jej ży­cio­ry­sie cze­goś, co wy­wo­ła­ło w niej taką nie­chęć do zmian – utra­ta bli­skiej oso­by, roz­sta­nie ro­dzi­ców, dłu­go­trwa­ła roz­łą­ka z mat­ką – ale nic ta­kie­go się nie wy­da­rzy­ło. Po pro­stu lu­bi­ła, kie­dy ży­cie to­czy­ło się do­brze jej zna­nym to­rem.

Od za­wsze wie­dzia­ła prze­cież, że ten dzień kie­dyś na­dej­dzie. Dzie­ci nie ro­dzi się dla sie­bie, a dla świa­ta – bab­ka po­wta­rza­ła jej to wie­lo­krot­nie, ale ja­koś nie chcia­ło jej się w to wie­rzyć. Bo prze­cież Ewa była jej. Do­ra­sta­ła dla niej. Sta­wia­ła pierw­sze kro­ki, aby ru­szyć nie­pew­nie w stro­nę Kla­ry, uczy­ła się wier­szy­ków, aby wy­gło­sić je w przed­szko­lu na uro­czy­sto­ściach z oka­zji Dnia Mat­ki, była naj­lep­szą uczen­ni­cą w kla­sie, aby mama mo­gła być z niej dum­na. Kla­rze wy­da­wa­ło się, że mi­nie mnó­stwo cza­su, za­nim cór­ka do­ro­śnie i wy­pro­wa­dzi się z ro­dzin­ne­go domu. A te­raz, kie­dy to już na­stą­pi­ło, Kla­ra nie mo­gła się po­go­dzić z my­ślą, że to już, że wła­śnie bez­pow­rot­nie stra­ci­ła swo­je je­dy­ne dziec­ko. Wie­dzia­ła, że za­cho­wu­je się jak ego­ist­ka, ale nic nie mo­gła po­ra­dzić na to, że chcia­ła mieć cór­kę tyl­ko dla sie­bie. Dla­cze­go nie zde­cy­do­wa­li się na dru­gie dziec­ko, kie­dy jesz­cze był na to czas?

– Ewu­niu, tu­taj nie ma gdzie su­szyć pra­nia – za­uwa­ży­ła Kla­ra, roz­glą­da­jąc się wo­kół. – Przy­wieź ze sobą bru­dy, jak bę­dziesz do nas je­chać w so­bo­tę. Wy­pio­rę ci.

Dziew­czy­na prze­wró­ci­ła ocza­mi. Kla­ra wie­dzia­ła, że cór­ka nie prze­pa­da za tą „Ewu­nią”. W ogó­le nie lu­bi­ła swo­je­go imie­nia. Jej ró­wie­śni­ca­mi były Wik­to­ria, Ju­lia, Na­ta­lia, We­ro­ni­ka i Oli­wia. Ewa ko­ja­rzy­ła jej się z pod­sta­rza­łą ciot­ką, sio­strą bab­ki, któ­ra naj­wy­raź­niej ni­g­dy nie sły­sza­ła o de­pi­la­cji wo­skiem, bo pod jej no­sem rósł buj­ny wą­sik.

Kie­dy dziew­czy­na wy­po­wia­da­ła swo­je imię, od­ru­cho­wo się krzy­wi­ła. Trzy gło­ski, zero zmięk­czeń, twar­de war­go­wo-zę­bo­we W. Ewa wy­da­wa­ła się taka po­spo­li­ta. Bez po­lo­tu, bez fi­ne­zji. Co ro­dzi­ców na­pa­dło, że wy­bra­li dla niej ta­kie imię?

Kla­ra na­to­miast była przy­tło­czo­na swo­ją kla­ro­wa­to­ścią. W tam­tych cza­sach jesz­cze ni­ko­mu się nie śni­ło, że pew­ne­go dnia ka­pi­tan re­pre­zen­ta­cji Pol­ski, je­den z naj­lep­szych strzel­ców na świe­cie, na­zwie swo­ją cór­kę Kla­rą i kra­jan­ki osza­le­ją na punk­cie tego ła­ciń­skie­go z po­cho­dze­nia imie­nia. To były cza­sy Grze­go­rza Laty, Ka­zi­mie­rza Dey­ny, Zbi­gnie­wa Boń­ka i An­drze­ja Szar­ma­cha. Le­wan­dow­skie­go na­wet nie było na świe­cie, po­dob­nie jak Anny Mu­chy, któ­ra w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych gra­ła Kla­rę w se­ria­lu Mat­ki, żony i ko­chan­ki. Uro­dzo­na w ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­tym szó­stym roku Kla­ra swo­im imie­niem wy­prze­dzi­ła więc epo­kę, w któ­rej żyła. Ona z ko­lei wo­la­ła­by być zwy­kłą Ka­ta­rzy­ną, Mał­go­rza­tą, Anną czy Ewą wła­śnie. Dla­te­go tak się upie­ra­ła, żeby cór­ka no­si­ła to imię, zwłasz­cza że Kla­ra mia­ła ter­min po­ro­du wy­zna­czo­ny na Wi­gi­lię. Dziew­czyn­ka się po­spie­szy­ła: przy­szła na świat dwa ty­go­dnie wcze­śniej, dzie­sią­te­go grud­nia, ale już zo­sta­ła Ewą.

– Mamo, po­ra­dzę so­bie – za­pew­ni­ła mat­kę, któ­rej na­do­pie­kuń­czość za­czy­na­ła po­wo­li cią­żyć. – Ku­pię su­szar­kę i będę su­szyć pra­nie w ma­łym po­ko­ju.

– Moż­na też roz­wie­sić sznur­ki nad wan­ną – oznaj­mi­ła Kla­ra, wcho­dząc do ła­zien­ki i lu­stru­jąc po­miesz­cze­nie. – Szko­da, że nie ma tu bal­ko­nu. – Zmarsz­czy­ła nos.

Ewa za ple­ca­mi mat­ki po­sy­ła­ła ojcu bła­gal­ne spoj­rze­nia. Ja­cek w mig zro­zu­miał in­ten­cję cór­ki. Pod­szedł do żony, po­ło­żył dło­nie na jej ra­mio­nach i prze­mó­wił ła­god­nym gło­sem:

– Ko­cha­nie, Ewa so­bie po­ra­dzi. Daj jej już spo­kój.

– Chcia­łam po­móc. – Kla­ra przy­gry­zła po­li­czek od we­wnątrz.

Dziel­nie wal­czy­ła ze łza­mi. Chcia­ła już wyjść z tego miesz­ka­nia, aby w sa­mo­cho­dzie, z dala od cór­ki, móc so­bie po­pła­kać, a jed­no­cze­śnie ocią­ga­ła się z po­wro­tem do pu­ste­go domu.

Tar­ga­ły nią sprzecz­ne emo­cje. Z jed­nej stro­ny czu­ła nie­opi­sa­ną wręcz dumę. Ewa bez naj­mniej­szych pro­ble­mów do­sta­ła się na stu­dia w Col­le­gium Me­di­cum Uni­wer­sy­te­tu Ja­giel­loń­skie­go. Zda­ła ma­tu­rę naj­le­piej z ca­łej szko­ły i zo­sta­ła przy­ję­ta w pierw­szym na­bo­rze. Drzwi pre­sti­żo­wej uczel­ni sta­ły przed nią otwo­rem. Mó­wi­ło się, że wy­dział le­kar­ski w Kra­ko­wie jest naj­lep­szy w Pol­sce. Na pew­no naj­star­szy i je­den z naj­bar­dziej sza­no­wa­nych w Eu­ro­pie Środ­ko­wej, a może i na ca­łym Sta­rym Kon­ty­nen­cie.

Z dru­giej jed­nak stro­ny Kla­ra wo­la­ła­by, żeby cór­ka wy­bra­ła uczel­nię po­ło­żo­ną bli­żej domu. Taką, do któ­rej mo­gła­by co­dzien­nie do­jeż­dżać. Ewa była bli­sko z mat­ką. I ta bli­skość wca­le nie ogra­ni­cza­ła się do roz­mów o tym, jak mi­nął dzień i co przy­go­to­wać na obiad. Spę­dza­ły ra­zem dużo cza­su. Wy­cho­dzi­ły do kina, do te­atru, na za­ku­py. Ewa czę­sto od­wie­dza­ła Kla­rę w pra­cy. Po­ma­ga­ła jej w przy­go­to­wy­wa­niu wy­staw, uczest­ni­czy­ła w spo­tka­niach, wer­ni­sa­żach i kon­cer­tach or­ga­ni­zo­wa­nych w mu­zeum. A te­raz, kie­dy wy­pro­wa­dzi­ła się do Kra­ko­wa, to wszyst­ko do­bie­gło koń­ca. Wspól­ne wyj­ścia do re­stau­ra­cji, spa­ce­ry, plot­ki, wie­czor­ne oglą­da­nie ulu­bio­nych se­ria­li wła­śnie się skoń­czy­ły.

– Mamo, prze­cież będę przy­jeż­dżać w week­en­dy! – Ewa naj­wy­raź­niej po­sia­dła umie­jęt­ność czy­ta­nia w my­ślach. – Może nie we wszyst­kie, ale na pew­no w więk­szość!

Za­czę­ło się. Może nie we wszyst­kie. Tak, Kla­ra cier­pia­ła na syn­drom pu­ste­go gniaz­da i nie po­tra­fi­ła so­bie z nim po­ra­dzić.

– Wiem, ale to nie to samo. – Mat­ka wy­cią­gnę­ła ra­mio­na w stro­nę cór­ki i wy­ko­na­ła przy­wo­łu­ją­cy gest dło­nią. – No do­bra, bę­dzie­my się zbie­rać – po­wie­dzia­ła, kie­dy Ewa się w nią wtu­li­ła. – Obie­cu­jesz, że bę­dziesz o sie­bie dbać? Nie chodź sama póź­nym wie­czo­rem po mie­ście, do­brze? I dzwoń do mnie! A w ra­zie gdy­by skoń­czy­ły ci się pie­nią­dze…

– Tak, mamo, wiem – ro­ze­śmia­ła się Ewa. – Już to usta­li­ły­śmy.

Chcia­ła zna­leźć do­ryw­czą pra­cę, ale ro­dzi­ce prze­ko­na­li ją, żeby się z tym wstrzy­ma­ła. Ja­cek po­wta­rzał, że pierw­szy rok stu­diów me­dycz­nych jest wal­ką o prze­trwa­nie. Wie­dział, o czym mówi, sam prze­cież skoń­czył me­dy­cy­nę, choć nie na Uni­wer­sy­te­cie Ja­giel­loń­skim. Jego wy­kła­dow­ca zwykł ma­wiać, że je­śli prze­trwa­ją pierw­szy rok, prze­trwa­ją wszyst­ko. Nie cho­dzi­ło mu wca­le o ilość ma­te­ria­łu do przy­swo­je­nia, choć ta była za­trwa­ża­ją­ca, a o psy­chi­kę na tyle sil­ną, aby się utrzy­mać na uczel­ni. Na dru­gim, trze­cim i każ­dym ko­lej­nym roku stu­diów me­dycz­nych jest rów­nie cięż­ko, ale stu­den­ci są już do tego przy­zwy­cza­je­ni.

Kla­ra i Ja­cek nie chcie­li, aby Ewa mu­sia­ła się mar­twić pra­cą i in­ny­mi obo­wiąz­ka­mi. Mo­gli so­bie po­zwo­lić, aby utrzy­mać cór­kę w Kra­ko­wie.

Ja­cek po­wta­rzał, że jest to win­ny cór­ce, bo to samo otrzy­mał od swo­ich ro­dzi­ców. Praw­dę mó­wiąc, Kla­ra mia­ła na­dzie­ję, że Ewa wy­ła­mie się z ro­dzin­nej tra­dy­cji i nie po­świę­ci ży­cia me­dy­cy­nie. A może ina­czej – bra­ła pod uwa­gę, że cór­ka pój­dzie tą ścież­ką, ale li­czy­ła, że je­śli po­dej­mie taką de­cy­zję, zro­bi to z wła­snej woli. Ja­cek po­nie­kąd od dziec­ka był przy­go­to­wy­wa­ny do za­wo­du le­ka­rza. Mat­ka in­ter­nist­ka, oj­ciec chi­rurg. Było więc ja­sne, że i syn pój­dzie na stu­dia me­dycz­ne. Po­zo­sta­wio­no mu tyl­ko wy­bór spe­cja­li­za­cji. Ja­cek po­sta­wił na kar­dio­lo­gię. Wcześ­niej jed­nak uzy­skał dy­plom Ślą­skiej Aka­de­mii Me­dycz­nej z wy­róż­nie­niem. Był wy­jąt­ko­wo pil­nym stu­den­tem. Raz, że me­dy­cy­na na­praw­dę go in­te­re­so­wa­ła, a dwa, że uwa­żał, iż jest to wi­nien ro­dzi­com, któ­rzy na­praw­dę spo­ro za­in­we­sto­wa­li w jego edu­ka­cję. Te­raz on za­mie­rzał umoż­li­wić cór­ce rów­nie god­ny start. Miesz­ka­nie w cen­trum Kra­ko­wa, opła­ty, książ­ki, ma­te­ria­ły do na­uki, pie­nią­dze na je­dze­nie, roz­ryw­kę, ko­sme­ty­ki, ubra­nia – za­pew­niał, że to nie sta­no­wi pro­ble­mu. Ewa mia­ła dzwo­nić, kie­dy tyl­ko zaj­dzie taka po­trze­ba. Ale Kla­ra zna­ła swo­ją cór­kę na tyle, że wie­dzia­ła, iż ta bę­dzie się krę­po­wać. W pew­nych kwe­stiach była taka sama jak ona. Przed wyj­ściem z wy­na­ję­te­go miesz­ka­nia wy­cią­gnę­ła więc z port­fe­la sie­dem bank­no­tów stu­zło­to­wych i wci­snę­ła je w dłoń za­że­no­wa­nej Ewy.

– Mamo, na­praw­dę nie trze­ba. – Dziew­czy­na się za­czer­wie­ni­ła. – Opła­ci­li­ście już miesz­ka­nie, prze­la­li­ście mi pie­nią­dze na kon­to. Wy­star­czy, na­praw­dę!

– Ko­cha­nie, na­wet nie zda­jesz so­bie spra­wy, ja­kie ży­cie jest dro­gie. Weź! – roz­ka­za­ła sta­now­czo Kla­ra. – Kup so­bie coś ład­ne­go.

– Tyl­ko nie na tyle ład­ne­go, żeby w pierw­szy dzień roz­ko­chać w so­bie pół wy­dzia­łu! – Ja­cek spoj­rzał na cór­kę z czu­ło­ścią. – Pa­mię­taj, co ci mó­wi­łem! Nie za­ko­chaj się na pierw­szym roku!

– Tak, wiem – uśmiech­nę­ła się Ewa, cho­wa­jąc pie­nią­dze do tyl­nej kie­sze­ni dżin­sów. – Bo ina­czej nie zdam eg­za­mi­nu z ana­to­mii – po­wtó­rzy­ła sło­wa ojca.

Kla­ra była już go­to­wa do wyj­ścia. Sta­ła przy drzwiach, cze­ka­jąc, aż Ja­cek wło­ży ma­ry­nar­kę i buty, i przy­pa­try­wa­ła się cór­ce. Oba­wy męża wca­le nie wy­da­wa­ły jej się bez­pod­staw­ne. Ewa przy­cią­ga­ła wzrok za­rów­no ró­wie­śni­ków, jak i star­szych od sie­bie męż­czyzn. To dru­gie nie po­do­ba­ło się Kla­rze, ale dziew­czy­na spra­wia­ła wra­że­nie kom­plet­nie nie­wzru­szo­nej mę­ską aten­cją. W li­ceum uma­wia­ła się z jed­nym chło­pa­kiem, ale to ni­g­dy nie było nic po­waż­ne­go. Uwa­ża­ła, że na rand­ki ma jesz­cze czas, i na pierw­szym miej­scu sta­wia­ła na­ukę. Kla­ra ob­ser­wo­wa­ła jej za­cho­wa­nie ze zdzi­wie­niem, bo sama w jej wie­ku była zu­peł­nie inna. Ow­szem, in­te­re­so­wa­ła się hi­sto­rią i po­świę­ca­ła swo­im za­in­te­re­so­wa­niom spo­ro cza­su, ale nie uwa­ża­ła, że szko­ła jest sen­sem jej ży­cia.

Może wła­śnie dla­te­go Ewa tak bar­dzo in­te­re­so­wa­ła męż­czyzn? Bo była dla nich nie­do­stęp­na? A przy oka­zji bar­dzo atrak­cyj­na. De­li­kat­ną uro­dę odzie­dzi­czy­ła po mat­ce. Oby­dwie mia­ły ja­sne oczy i wło­sy oraz ła­god­ną twarz, choć Kla­ra mu­sia­ła przy­znać, że wraz z wie­kiem jej ob­li­cze na­bra­ło ostro­ści i nie­co zło­wro­gie­go wy­ra­zu. Rysy Ewy były de­li­kat­ne, cza­sem wy­da­wa­ło się, że wręcz dzie­cię­ce. Kon­tur jej twa­rzy był nie­co roz­my­ty. Gdy­by Kla­ra mia­ła na­ry­so­wać cór­kę, kre­śli­ła­by łuki, a nie pro­ste li­nie. Za­okrą­glo­ny pod­bró­dek, mały, kształt­ny nos i nie­wi­docz­ne ko­ści po­licz­ko­we. Kie­dy Kla­ra oglą­da­ła swo­je zdję­cia z mło­do­ści, wi­dzia­ła na nich Ewę. Ja­cek czę­sto śmiał się, że nie może być pe­wien swo­je­go oj­co­stwa, bo Ewa nie ma z nie­go ab­so­lut­nie nic. Ale to nie była praw­da. Mie­li iden­tycz­ne sto­py. Małe, ale z wiel­ki­mi pal­ca­mi, z któ­rych naj­dłuż­szy był dru­gi.

– Có­recz­ko, dzwoń do nas! – po­wtó­rzy­ła po raz ko­lej­ny Kla­ra, trzy­ma­jąc dłoń na klam­ce. – Ko­niecz­nie daj znać po in­au­gu­ra­cji! Trzy­mam za cie­bie kciu­ki.

Otwo­rzy­ła drzwi i wy­szła na klat­kę scho­do­wą. Za­raz za nią miesz­ka­nie opu­ścił Ja­cek. Ewa za­trzy­ma­ła się w drzwiach i opar­ła jed­ną rękę o fu­try­nę. Wy­glą­da­ła na szczę­śli­wą. Cho­ciaż tyle.

– Po­ra­dzę so­bie. Dzię­ku­ję za wszyst­ko! Na­pisz­cie, jak do­je­dzie­cie do domu.

Kla­ra tyl­ko ski­nę­ła gło­wą, bo już nie była w sta­nie nic po­wie­dzieć. Wzru­sze­nie ści­snę­ło ją za gar­dło. Jej có­recz­ka, jej ma­lut­ka có­recz­ka… Jak to moż­li­we? Dla­cze­go tak szyb­ko do­ro­sła?

Za­czę­ła scho­dzić po scho­dach, uwa­ża­jąc, żeby się nie po­tknąć. Było stro­mo, jak to w sta­rym bu­dow­nic­twie. Ja­cek po­dą­żał tuż za nią. Mil­cze­li. Kie­dy Kla­ra wy­szła z klat­ki scho­do­wej, ośle­pi­ło ją słoń­ce. Ro­zej­rza­ła się, pró­bu­jąc so­bie przy­po­mnieć, gdzie za­par­ko­wa­li.

– W lewo – po­in­stru­ował ją Ja­cek, któ­ry za­trzy­mał się tuż za nią.

Kla­ra bez sło­wa ru­szy­ła we wska­za­nym przez nie­go kie­run­ku. Przez cały czas roz­my­śla­ła o cór­ce. Tak bar­dzo się o nią mar­twi­ła. W po­rząd­ku, Ewa była do­ro­sła. W grud­niu mia­ła skoń­czyć dzie­więt­na­ście lat. Ale to tyl­ko licz­ba. Od razu zo­sta­ła rzu­co­na na głę­bo­ką wodę. Wcze­śniej od cza­su do cza­su po­ma­ga­ła w po­rząd­kach, ale to co in­ne­go niż sa­mo­dziel­ne pro­wa­dze­nie domu. Jak ona so­bie po­ra­dzi? No i te stu­dia… Czy jest wy­star­cza­ją­co sil­na psy­chicz­nie? Kla­ra wciąż nie była prze­ko­na­na, czy ta me­dy­cy­na to do­bry po­mysł. Wie­dzia­ła, że za­wód le­ka­rza bar­dzo rzu­tu­je na ży­cie ro­dzin­ne, a prze­cież Ja­cek jest męż­czy­zną. Ewa bę­dzie mia­ła go­rzej. Kie­dyś wyj­dzie za mąż, uro­dzi dzie­ci i…

– Nie­po­trzeb­nie tak się o nią za­mar­twiasz – głos Jac­ka do­biegł do Kla­ry jak­by z od­da­li, choć prze­cież szedł tyl­ko kil­ka kro­ków za nią. – I nie roz­pę­dzaj się tak, bo nasz sa­mo­chód stoi tu­taj.

Rze­czy­wi­ście, ich mer­ce­des był za­par­ko­wa­ny po dru­giej stro­nie uli­cy. Za­wsze jeź­dzi­li mer­ce­de­sa­mi, bo Ja­cek ufał tej mar­ce. Na­wet je­śli zmie­niał sa­mo­chód, to tyl­ko na now­szy mo­del. Mer­ce­de­sa mia­ła też Kla­ra. I Ewa. Ma­łe­go, kla­sy A, bo ta­kim ła­twiej za­par­ko­wać. Ja­cek ku­pił go dla niej z my­ślą o Kra­ko­wie przed pię­cio­ma mie­sią­ca­mi, kie­dy zda­ła eg­za­min na pra­wo jaz­dy. Wte­dy jesz­cze nie było wia­do­mo, czy Ewa do­sta­nie się na Uni­wer­sy­tet Ja­giel­loń­ski, ale Ja­cek na­wet nie brał pod uwa­gę in­nej moż­li­wo­ści. Znał swo­ją cór­kę i wie­dział, cze­go może się po niej spo­dzie­wać. Był prze­ko­na­ny, że Ewa osią­gnie wię­cej niż on sam. I pro­szę, nie po­my­lił się. Jego nie przy­ję­li do Kra­ko­wa. Za­bra­kło mu kil­ku punk­tów, co w su­mie i tak nie prze­szko­dzi­ło w zro­bie­niu ka­rie­ry.

Kla­ra przy­sta­nę­ła na kra­wę­dzi jezd­ni i się ro­zej­rza­ła. Wpraw­dzie to nie było przej­ście dla pie­szych, ale na­stęp­ne znaj­do­wa­ło się do­brych sto me­trów da­lej i nie chcia­ło jej się nad­kła­dać dro­gi. Była zmę­czo­na. Mia­ła dość tego dnia. Pierw­sze­go dnia resz­ty jej ży­cia.

– Przy­po­mnij mi: dla­cze­go nie zde­cy­do­wa­li­śmy się na dru­gie dziec­ko? – za­py­ta­ła, kie­dy już sie­dzie­li z Jac­kiem w sa­mo­cho­dzie i mąż pró­bo­wał włą­czyć się do ru­chu.

– Ty nie chcia­łaś – stwier­dził Ja­cek.

– I dziś tego ża­łu­ję! Nie wy­obra­żam so­bie, co te­raz bę­dzie. Wró­ci­my do pu­ste­go domu i… co?

To nie tak, że Ja­cek nie prze­ży­wał wy­pro­wadz­ki cór­ki. Po pro­stu nie prze­ży­wał jej tak moc­no jak żona. Kla­ra od za­wsze mia­ła lep­szy kon­takt z Ewą. Wia­do­mo, ko­bie­ce spra­wy. Poza tym spę­dza­ły ze sobą wię­cej cza­su. Kla­ra rów­nież pra­co­wa­ła na wy­so­kim sta­no­wi­sku, ale nie prze­sia­dy­wa­ła w mu­zeum tyle, co Ja­cek w szpi­ta­lu, przy­chod­ni i pry­wat­nym ga­bi­ne­cie. Ni­g­dy gło­śno by się nie przy­znał, że po pro­stu zrzu­cił na żonę więk­szość ro­dzi­ciel­skich obo­wiąz­ków. Ofi­cjal­nie utrzy­my­wał, że w ich domu pa­nu­je rów­no­upraw­nie­nie i oby­dwo­je w rów­nym stop­niu an­ga­żu­ją się w wy­cho­wy­wa­nie dziec­ka, ale praw­da była inna. To Kla­ra jeź­dzi­ła na ze­bra­nia, od­ra­bia­ła z Ewą lek­cje, czu­wa­ła przy niej, kie­dy ta była cho­ra, i to ona zna­ła na pa­mięć cały plan ty­go­dnia cór­ki. Wszyst­kie za­ję­cia do­dat­ko­we, ba­sen, an­giel­ski, kół­ko ma­te­ma­tycz­ne – tych i wie­lu in­nych spraw pil­no­wa­ła Kla­ra. Zresz­tą mia­ła bar­dziej ela­stycz­ną pra­cę. W awa­ryj­nych sy­tu­acjach mo­gła po pro­stu wyjść i po­je­chać z dziec­kiem na wi­zy­tę do pe­dia­try czy zo­stać w domu, kie­dy się prze­zię­bi­ło. On nie zo­sta­wił­by pa­cjen­tów. I wca­le nie cho­dzi­ło o pie­nią­dze. Był le­ka­rzem z po­wo­ła­nia. Czuł na so­bie ogrom­ną od­po­wie­dzial­ność za ludz­kie ży­cie i zdro­wie.

– Jak to: i co? Mo­że­my za­mó­wić coś do­bre­go, od­pa­lić film. Zo­ba­czysz, że te­raz na­sze ży­cie bę­dzie wy­glą­dać zu­peł­nie ina­czej! Bę­dzie­my mieć wię­cej cza­su dla sie­bie i… – urwał, wi­dząc minę żony.

– Cie­bie i tak wiecz­nie nie ma w domu. Poza tym ro­bi­li­śmy to wszyst­ko już wcze­śniej, kie­dy Ewa miesz­ka­ła z nami. Od daw­na prze­cież nie ma już pię­ciu lat i nie wy­ma­ga cią­głej opie­ki. – Kla­ra za­cmo­ka­ła z nie­za­do­wo­le­niem, kie­dy mąż wy­mu­sił pierw­szeń­stwo i zo­stał otrą­bio­ny na wy­jeź­dzie ze ści­słe­go cen­trum Kra­ko­wa.

Prze­bi­cie się przez po­po­łu­dnio­we kor­ki po­szło im nad­zwy­czaj spraw­nie.

– Co ci mam po­wie­dzieć? – Ja­cek zro­bił zbo­la­łą minę. – Jak sama za­uwa­ży­łaś, Ewa nie ma pię­ciu lat. Wcze­śniej czy póź­niej to i tak by na­stą­pi­ło.

– Wca­le nie czu­ję się dzię­ki temu le­piej – bąk­nę­ła Kla­ra, za­wie­sza­jąc wzrok na kra­jo­bra­zie za oknem.

Ni­g­dy nie lu­bi­ła Kra­ko­wa. Wszy­scy jej zna­jo­mi za­chwy­ca­li się daw­ną sto­li­cą Pol­ski, roz­pły­wa­li się nad ar­chi­tek­tu­rą Ryn­ku, a ona zwra­ca­ła uwa­gę głów­nie na wszech­obec­ne go­łę­bie. Iry­to­wa­ły ją. Wła­śnie z tym ko­ja­rzył jej się Kra­ków. Z go­łę­bia­mi. A tak­że z mgła­mi, smo­giem i bru­dem. Wpraw­dzie za­byt­ko­wa część mia­sta była utrzy­ma­na w czy­sto­ści, ale wy­star­czy­ło po­je­chać ka­wa­łek za Wi­słę, aby po­znać praw­dzi­we ob­li­cze gro­du Kra­ka. Kie­dyś la­ta­li na wa­ka­cje z Kra­ko­wa, ale już kil­ka razy ich loty były od­wo­ły­wa­ne lub opóź­nio­ne wła­śnie z po­wo­du mgieł. Ba­li­ce ewi­dent­nie mia­ły z tym pro­blem. Kie­dyś opo­wia­dał jej na­wet o tym są­siad, pi­lot z kra­kow­skiej bazy. Jak moż­na za­chwy­cać się mia­stem, któ­re przez osiem mie­się­cy w roku jest po­grą­żo­ne we mgle i smo­gu? No, i te kor­ki. Po­dróż z Biel­ska-Bia­łej do Kra­ko­wa zaj­mo­wa­ła na­wet dwie go­dzi­ny, z cze­go go­dzi­nę w sa­mym mie­ście. Ewa ja­koś jej tu­taj nie pa­so­wa­ła. Świe­żo upie­czo­na stu­dent­ka każ­dą wol­ną chwi­lę spę­dza­ła prze­cież w gó­rach, uwiel­bia­ła pie­sze wy­ciecz­ki i z za­pa­łem zdo­by­wa­ła ko­lej­ne szczy­ty. Wła­śnie ze wzglę­du na cór­kę za­miesz­ka­li na osie­dlu Po­god­nym, któ­re niby znaj­do­wa­ło się w gra­ni­cach ad­mi­ni­stra­cyj­nych Biel­ska-Bia­łej, ale z dala od cen­trum i głów­nych ulic, na zbo­czu góry. Wej­ście na naj­bliż­szy szlak znaj­do­wa­ło się dzie­sięć mi­nut spa­ce­rem od ich domu. Jak Ewa wy­trzy­ma w tej miej­skiej dżun­gli? I jak ona po­ra­dzi so­bie bez cór­ki?

Ode­zwał się te­le­fon Jac­ka. Kla­ra na­wet nie ode­rwa­ła wzro­ku od okna, pod­czas gdy on tłu­ma­czył pa­cjen­to­wi, kie­dy po­wi­nien zgło­sić się do nie­go na kon­tro­lę, i za­le­cał mu po­wol­ne zmniej­sza­nie daw­ki leku. Ja­cek był do­stęp­ny dla swo­ich pa­cjen­tów przez sie­dem dni w ty­go­dniu, dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na dobę. Zda­rza­ło się, że dzwo­ni­li na­wet w świę­ta. Kla­ra nie mia­ła do nich o to żalu. Ro­zu­mia­ła ich. Jac­ka też. Ale nie była pew­na, czy wła­śnie ta­kie­go ży­cia chcia­ła­by dla swo­jej cór­ki.

Kie­dy za­czę­li z Jac­kiem roz­ma­wiać o dziec­ku, po­sta­wi­ła mu je­den wa­ru­nek: miał w ża­den spo­sób nie ukie­run­ko­wy­wać cór­ki czy syna. Chcia­ła dla niej lub dla nie­go wol­ne­go wy­bo­ru. Nie po­do­ba­ło jej się to, że w ro­dzi­nach praw­ni­czych czy le­kar­skich za­wód jest prze­ka­zy­wa­ny z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie. Uwa­ża­ła, że dzie­ci nie mają w nich więk­sze­go wy­bo­ru: po pro­stu speł­nia­ją ocze­ki­wa­nia ro­dzi­ców. Ewa była jed­nak naj­lep­szym przy­kła­dem tego, że pew­ne pre­dys­po­zy­cje prze­ka­zy­wa­ne są w ge­nach. Ni­g­dy nie usły­sza­ła, że musi zo­stać le­ka­rzem, tak jak tata, ani od mat­ki, ani od ojca. A jed­nak sama za­czę­ła o tym mó­wić. Kla­ra po­cząt­ko­wo my­śla­ła, że to tyl­ko ta­kie ga­da­nie kil­ku­let­niej dziew­czyn­ki. Ko­niec koń­ców geny Jac­ka zwy­cię­ży­ły. Ewa mo­gła być fi­zycz­nie po­dob­na do mat­ki, ale men­tal­nie była jak jej oj­ciec. Ta­kie same za­in­te­re­so­wa­nia, taki sam umysł, taki sam cha­rak­ter. Na­wet mi­mi­ka, ge­sty. Nie wy­parł­by się jej.

Mu­sia­ła przy­snąć, bo kie­dy pod­nio­sła po­wie­kę, za oknem było sza­ro. Już nie dzień, jesz­cze nie wie­czór. Prze­cią­gnę­ła się, roz­pro­sto­wu­jąc nogi, i ziew­nę­ła gło­śno.

– Na­wet nie wiem, kie­dy za­snę­łam – mruk­nę­ła, pró­bu­jąc roz­po­znać ja­kieś zna­jo­me kształ­ty. Uda­ło jej się. – O, je­ste­śmy już w Biel­sku!

– Po­trze­bu­je­my cze­goś ze skle­pu?

– Nie, jedź pro­sto do domu.

Tego po­po­łu­dnia osie­dle Po­god­ne po­god­ne było tyl­ko z na­zwy. Kie­dy wy­jeż­dża­li z Kra­ko­wa, słoń­ce świe­ci­ło ja­sno. Nie­ste­ty, nad Biel­skiem-Bia­łą prze­cho­dził front at­mos­fe­rycz­ny, któ­ry przy­niósł po­ry­wi­sty wiatr i deszcz. Ja­cek wje­chał do ga­ra­żu, cho­ciaż, jak więk­szość miesz­kań­ców osie­dla, rzad­ko z nie­go ko­rzy­stał. Sa­mo­cho­dy za­zwy­czaj sta­ły na pod­jaz­dach, bo tak było szyb­ciej i wy­god­niej. Za­trzy­mał się tuż za na­le­żą­cym do Kla­ry mer­ce­de­sem i szyb­ko za­mknął drzwi do ga­ra­żu pi­lo­tem. Ja­kiś czas temu prze­ko­na­li się, jak zgub­ne by­wa­ją ga­ra­że pod­ziem­ne. Nad Biel­skiem-Bia­łą prze­szła ule­wa i woda wdar­ła się do osie­dlo­wych ga­ra­ży. Na szczę­ście nie było więk­szych strat, ale miesz­kań­cy i tak na­je­dli się stra­chu.

– Nie wy­sia­dasz? – za­wa­hał się Ja­cek.

– Wy­sia­dam, wy­sia­dam, tyl­ko…

– Daj już spo­kój. – Żu­chwa męż­czy­zny na­pię­ła się. – To nor­mal­ne, że dzie­ci pew­ne­go dnia wy­fru­wa­ją z ro­dzin­ne­go gniaz­da! Może znaj­dziesz so­bie ja­kieś hob­by?

Hob­by.

Kla­ra moc­no szarp­nę­ła za klam­kę i wy­sia­dła z sa­mo­cho­du. Deszcz dud­nił mia­ro­wo w bla­sza­ny da­szek osła­nia­ją­cy wjazd do ga­ra­żu. Bez sło­wa ru­szy­ła w stro­nę scho­dów. We­szła do pu­ste­go domu i gło­śno wes­tchnę­ła.

Roz­dział 2

Kla­ra od dziec­ka uwiel­bia­ła sta­re zam­ki i pa­ła­ce. Im le­piej za­cho­wa­ne, tym bar­dziej ją in­te­re­so­wa­ły, ale chęt­nie eks­plo­ro­wa­ła też ru­iny. Szu­ka­ła śla­dów daw­ne­go ży­cia. Za­mek Ksią­żąt Suł­kow­skich w Biel­sku-Bia­łej był jed­nym z jej ulu­bio­nych. Ska­ka­ła ze szczę­ścia, kie­dy uda­ło jej się do­stać na staż do mie­szą­ce­go się przy uli­cy Wzgó­rze mu­zeum. Wte­dy na­wet w naj­śmiel­szych snach nie spo­dzie­wa­ła się, że pew­ne­go dnia wy­gra kon­kurs na dy­rek­tor­kę i obej­mie ste­ry na tym po­kła­dzie. Tym­cza­sem mi­ja­ła jej już dru­ga ka­den­cja. I mimo że czę­sto na­rze­ka­ła na zbęd­ną jej zda­niem pa­pie­ro­lo­gię i na­tłok obo­wiąz­ków, któ­re od­cią­ga­ły ją od tego, czym naj­bar­dziej lu­bi­ła się zaj­mo­wać – zdo­by­wa­nia no­wych eks­po­na­tów, or­ga­ni­zo­wa­nia wy­staw i uczest­nic­twa w pra­cach na­uko­wych – to i tak nie za­mie­ni­ła­by tej pra­cy na żad­ną inną.

Gra­fik był na­pię­ty. Umó­wi­ła się z Jac­kiem w domu na dwu­dzie­stą trzy­dzie­ści, a te­raz nie wie­dzia­ła, ja­kim cu­dem uda jej się do­trzeć na czas. Po­przed­nie­go dnia nie mie­li na­wet chwi­li, aby usiąść ra­zem i po­świę­to­wać. Ob­cho­dził uro­dzi­ny. Czter­dzie­ste siód­me. Za każ­dym ra­zem, kie­dy zbli­żał się do okrą­głych rocz­nic – trzy­dzie­stej, czter­dzie­stej, a te­raz pięć­dzie­sią­tej – Kla­ra w ra­mach żar­tów mu do­ku­cza­ła. Na­zy­wa­ła piesz­czo­tli­wie sta­rusz­kiem. Dzie­li­ły ich wpraw­dzie tyl­ko czte­ry lata, ale za­nim Kla­ra do­bi­ja­ła do trzy­dziest­ki, jemu już bli­żej było do trzy­dzie­stu pię­ciu, a kie­dy on prze­kra­czał czter­dziest­kę, ona wciąż była w oko­li­cach trzy­dzie­ste­go pią­te­go roku ży­cia. Te­raz stra­szy­ła go wid­mem nad­cho­dzą­cej pięć­dzie­siąt­ki. Zresz­tą Ja­cek za­wsze wy­glą­dał po­waż­nie na swój wiek, na­wet wte­dy, gdy miał dwa­dzie­ścia pięć lat i do­pie­ro się po­zna­li. Kla­ra na­dal do­brze się trzy­ma­ła, przez co jej mąż spra­wiał wra­że­nie, jak­by był star­szy nie o czte­ry, a o co naj­mniej dzie­sięć lat. Ni­g­dy jed­nak na­wet przez myśl by jej nie prze­szło, że Ja­cek nie jest atrak­cyj­nym męż­czy­zną. Był jak wino, Geo­r­ge Clo­oney czy Vig­go Mor­ten­sen. Im star­szy, tym przy­stoj­niej­szy.

Za­nim jed­nak Kla­ra mia­ła do­trzeć do domu, cze­kał ją in­ten­syw­ny dzień. Z sa­me­go rana po­je­cha­ła na ple­ba­nię, aby przej­rzeć księ­gi pa­ra­fial­ne. Chcia­ła jesz­cze coś spraw­dzić, a w urzę­dzie sta­nu cy­wil­ne­go od­bi­ja­ła się od ścia­ny. Wie­lo­krot­nie prze­ko­ny­wa­ła się o tym, że bar­dziej po­moc­ny od urzęd­ni­ków by­wał ksiądz. Księ­gi pa­ra­fial­ne były praw­dzi­wą ko­pal­nią in­for­ma­cji. Niby mo­gła wy­słać na miej­sce któ­re­goś ze swo­ich pra­cow­ni­ków, ale przy oka­zji chcia­ła wy­pić z księ­dzem kawę. Lu­bi­ła z nim dys­ku­to­wać, bo i on był żywo za­in­te­re­so­wa­ny hi­sto­rią re­gio­nu. Czę­sto roz­ma­wiał ze star­szy­mi pa­ra­fia­na­mi, a po­tem opo­wia­dał Kla­rze, cze­go się do­wie­dział. Nie wszy­scy księ­ża byli tak chęt­ni do współ­pra­cy z mu­ze­al­ni­ka­mi, ale Alek­san­der, bo tak miał na imię, an­ga­żo­wał się w po­szu­ki­wa­nia Kla­ry i chęt­nie dzie­lił się z nią swo­imi ob­ser­wa­cja­mi.

Kla­ra do­pie­ro co do­mknę­ła jed­ną wy­sta­wę o hi­sto­rii su­kien­ni­ków w Biel­sku. Jej otwar­cie było za­pla­no­wa­ne na to po­po­łu­dnie, ale my­śla­mi była już przy zu­peł­nie in­nym przed­się­wzię­ciu. Jesz­cze nie wie­dzia­ła, czy zdo­bę­dzie na tyle ma­te­ria­łów, aby stwo­rzyć z tego eks­po­zy­cję, ale od ja­kie­goś cza­su zgłę­bia­ła te­mat obo­zu w Mi­ku­szo­wi­cach. Jego hi­sto­ria była ty­leż cie­ka­wa, co dla wie­lu wciąż nie­wy­god­na. W cza­sie woj­ny funk­cjo­no­wał w nim obóz pra­cy. Wię­zio­no w nim od kil­ku­dzie­się­ciu do stu dzie­się­ciu, stu dwu­dzie­stu – róż­ne źró­dła po­wo­ły­wa­ły się na róż­ne licz­by – Po­la­ków, któ­rzy pra­co­wa­li przy re­gu­la­cji ko­ry­ta rze­ki Bia­łej i przy nie­miec­kich go­spo­dar­stwach rol­nych. Po za­ję­ciu mia­sta przez Ar­mię Czer­wo­ną NKWD utwo­rzy­ło w Mi­ku­szo­wi­cach obóz dla biel­skich Niem­ców i folks­doj­czów. Po woj­nie UB wię­zi­ło tam mię­dzy in­ny­mi człon­ków Ar­mii Kra­jo­wej. Kla­ra do­tar­ła do źró­deł, we­dług któ­rych Po­la­cy, głów­nie mło­dzi mi­li­cjan­ci, po woj­nie do­ko­ny­wa­li w obo­zie zbrod­ni jesz­cze gor­szych od tych, któ­re mia­ły miej­sce w Mi­ku­szo­wi­cach w cza­sach oku­pa­cji. Nie­któ­rzy z opraw­ców wciąż żyli, miesz­ka­li w Biel­sku-Bia­łej i oko­li­cach. Dzię­ki księ­gom pa­ra­fial­nym Kla­ra chcia­ła do­trzeć rów­nież do ro­dzin Po­la­ków wię­zio­nych w obo­zie po woj­nie. Alek­san­der też się do tego za­pa­lił. W po­szu­ki­wa­nia za­an­ga­żo­wał na­wet kil­ku zna­jo­mych księ­ży. Jed­ni wy­ka­za­li się umiar­ko­wa­nym en­tu­zja­zmem, dru­dzy to­tal­nie zi­gno­ro­wa­li spra­wę, a jesz­cze inni ra­dzi­li, żeby w ogó­le nie zaj­mo­wać się tym te­ma­tem, ale wy­glą­da­ło na to, że coś ru­szy­ło.

Po po­wro­cie z ple­ba­nii Kla­ra mu­sia­ła pil­nie spraw­dzić ar­ty­kuł hi­sto­rycz­ny pod ką­tem me­ry­to­rycz­nym. W mię­dzy­cza­sie trze­ba było prze­­jrzeć ko­re­spon­den­cję, pod­pi­sać fak­tu­ry pod­su­nię­te przez księ­go­wą, a tak­że od­być roz­mo­wę te­le­fo­nicz­ną z ko­bie­tą, któ­ra twier­dzi­ła, że jest w po­sia­da­niu cze­goś, co mo­gło­by za­in­te­re­so­wać mu­zeum. Kla­ra chcia­ła jesz­cze prze­szu­kać Al­le­gro w po­szu­ki­wa­niu sta­rych pocz­tó­wek i zdjęć, ale nie star­czy­ło jej już cza­su. Mu­sia­ła przy­go­to­wać się do otwar­cia eks­po­zy­cji o biel­skich su­kien­ni­kach. Jesz­cze raz przej­rza­ła tekst prze­mo­wy, któ­rą so­bie przy­go­to­wa­ła. Pod­par­ła gło­wę dło­nią. Od rana ćmi­ło ją w skro­niach. Nie mo­gła się sku­pić na lek­tu­rze. Jej my­śli krą­ży­ły da­le­ko: od ple­ba­nii księ­dza Alek­san­dra, przez wy­na­ję­te miesz­ka­nie na rogu Kar­me­lic­kiej i Raj­skiej, po dom, któ­ry po wy­pro­wadz­ce Ewy spra­wiał wra­że­nie pu­ste­go.

Na­gle roz­le­gło się gło­śne pu­ka­nie do drzwi. Kla­ra z ulgą odło­ży­ła tekst prze­mó­wie­nia, od­chrząk­nę­ła i za­wo­ła­ła:

– Pro­szę!

Drzwi nie­znacz­nie się uchy­li­ły i Kla­ra do­strze­gła w wą­skiej szpa­rze naj­pierw ogrom­ne oku­la­ry, a póź­niej ni­ską dziew­czy­nę z nie­pew­ną miną. Syl­wia pra­co­wa­ła w mu­zeum od ośmiu mie­się­cy. Kla­ra mu­sia­ła przy­znać, że de­cy­zja o jej za­trud­nie­niu była jed­ną z naj­lep­szych, ja­kie pod­ję­ła w swo­jej dy­rek­tor­skiej ka­rie­rze. Ta dziew­czy­na od ręki za­ła­twia­ła na­wet spra­wy nie­za­ła­twial­ne. Wy­glą­da­ła jak sie­rot­ka Ma­ry­sia i chy­ba wła­śnie dla­te­go lu­dzie ro­bi­li dla niej to, o co ich pro­si­ła. Syl­wia spra­wia­ła wra­że­nie za­lęk­nio­nej i bar­dzo nie­pew­nej sie­bie, a Kla­ra nie wie­dzia­ła już, na ile to poza, a na ile dziew­czy­na rze­czy­wi­ście była nie­śmia­ła. W każ­dym ra­zie na jej: „Och, sze­fo­wa urwie mi gło­wę”, mię­kły na­wet naj­bar­dziej za­twar­dzia­łe ser­ca urzęd­ni­ków.

– Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam… – bąk­nę­ła pod no­sem Syl­wia, a Kla­ra ostat­kiem sił po­wstrzy­ma­ła się od prze­wró­ce­nia ocza­mi.

To, że Syl­wia była do­brą pra­cow­ni­cą, nie zmie­ni­ło po­dej­ścia Kla­ry do lu­dzi, któ­rzy prze­pra­sza­ją za to, że żyją.

– Nie prze­szka­dzasz. Pro­szę, wejdź. O co cho­dzi?

– Bo wi­dzi pani… – Syl­wia prze­ci­snę­ła się przez wą­ską szpa­rę w drzwiach i za­mknę­ła je za sobą. – Przed chwi­lą dzwo­nił pan Dry­ga­ła.

– Dry­ga­ła? – Kla­ra po­trze­bo­wa­ła dłuż­szej chwi­li, aby przy­po­mnieć so­bie, kim ów Dry­ga­ła jest. – Ach. Sak­so­fo­ni­sta!

– Tak. Py­tał, czy ist­nie­je moż­li­wość, aby prze­ło­żyć kon­cert na inny dzień.

Kla­ra wes­tchnę­ła gło­śno. In­for­ma­cja o tym wy­da­rze­niu po­szła do me­diów i na fan­pa­ge mu­zeum, pla­ka­ty wi­sia­ły w ca­łym mie­ście. Mia­ła spo­tka­nia uło­żo­ne pod ten kon­cert i za­kle­pa­ny bu­dżet.

– Co mu od­po­wie­dzia­łaś?

– Że oczy­wi­ście nie ma ta­kiej moż­li­wo­ści, bo jest za póź­no, ale uparł się, że­bym po­roz­ma­wia­ła o tym z dy­rek­cją.

– Bar­dzo do­brze. Ar­ty­ści… – Kla­ra roz­ło­ży­ła bez­rad­nie ręce. – Kon­cert jest w przy­szłym ty­go­dniu, a on pyta, czy mo­że­my go prze­ło­żyć. Po­dał cho­ciaż przy­czy­nę?

– Nie, pro­szę pani.

– Po­wiedz mu, że nie mo­że­my zmie­nić ter­mi­nu. Pod­pi­sał już umo­wę.

– Oczy­wi­ście.

Syl­wia nie ob­ró­ci­ła się jed­nak na pię­cie, jak to mia­ła w zwy­cza­ju, kie­dy spra­wa zo­sta­ła już przez nią za­ła­twio­na, tyl­ko da­lej tkwi­ła w miej­scu.

– Tak? – Kla­ra wbi­ła w nią wy­cze­ku­ją­ce spoj­rze­nie.

– Ja­kaś ko­bie­ta o pa­nią py­ta­ła. Pro­si­łam, aby po­da­ła na­zwi­sko i wy­ja­śni­ła, o co cho­dzi, ale nie chcia­ła.

Ta in­for­ma­cja nie zro­bi­ła na Kla­rze więk­sze­go wra­że­nia. Co chwi­lę ktoś o nią py­tał.

– Dzwo­ni­ła?

– Nie, przy­szła do mu­zeum.

– I gdzie te­raz jest? – za­py­ta­ła Kla­ra z iry­ta­cją.

Dla­cze­go z tej dziew­czy­ny wszyst­ko trze­ba było wy­cią­gać na siłę?

– Na dole. Po­wie­dzia­ła, że bar­dzo za­le­ży jej na roz­mo­wie z pa­nią i po­cze­ka, aż…

– Do­brze, już do­brze! – prze­rwa­ła Kla­ra. – Po­pro­sisz ją do mnie?

– Oczy­wi­ście. – Syl­wia moc­niej za­ci­snę­ła pal­ce na czar­nej tecz­ce z kli­pem, któ­rą trzy­ma­ła w dło­niach – jej nie­od­łącz­nym atry­bu­cie – i wy­szła z ga­bi­ne­tu.

Kla­ra wró­ci­ła do prze­rwa­nej lek­tu­ry. Kie­dyś zna­jo­ma dy­rek­tor­ka z in­ne­go mu­zeum po­wie­dzia­ła jej, że na otwar­ciu wy­staw i spo­tka­niach zwy­kle im­pro­wi­zu­je, ale Kla­ra nie mo­gła­by so­bie na to po­zwo­lić. Była uro­dzo­ną per­fek­cjo­nist­ką. Za­wsze pi­sa­ła swo­je prze­mo­wy na kil­ka ty­go­dni przed wy­gło­sze­niem, a po­tem uczy­ła się ich na pa­mięć. Zwy­kle była z sie­bie za­do­wo­lo­na, ale te­raz wy­da­wa­ło jej się, że to pu­sto­mo­wa. Cze­goś w tym prze­mó­wie­niu bra­ko­wa­ło.

Roz­le­gło się po­now­ne pu­ka­nie do drzwi.

– Pro­szę!

Kla­ra mia­ła wra­że­nie, że gdzieś już to wi­dzia­ła. Wie­le razy. Duże, zbyt duże jak na taką drob­ną twarz oku­la­ry, prze­stra­szo­ne spoj­rze­nie, roz­chy­lo­ne usta i przy­spie­szo­ny od­dech.

– Pani dy­rek­tor, nie ma jej!

Kla­ra ski­nę­ła gło­wą na znak, że przy­ję­ła in­for­ma­cję do wia­do­mo­ści.

– Wi­docz­nie spra­wa, z któ­rą do mnie przy­szła, nie była aż tak pil­na.

– Ale… – Syl­wia się za­wa­ha­ła. – Od­nio­słam wra­że­nie, że na­praw­dę za­le­ży jej na roz­mo­wie z pa­nią. Dziw­ne.

– Nie przej­muj się tym i wra­caj do swo­ich obo­wiąz­ków. Gdy­bym mia­ła się nie­po­ko­ić z po­wo­du każ­de­go dziw­ne­go czło­wie­ka, co­dzien­nie tra­ci­ła­bym mnó­stwo cza­su, a tego chy­ba nie mamy zbyt wie­le, praw­da? Otwar­cie wy­sta­wy za dwie go­dzi­ny! Za­raz do was zej­dę, trze­ba za­cząć przy­go­to­wy­wać salę.

Kla­ra nie była jed­nym z tych dy­rek­to­rów, któ­rzy tyl­ko wy­da­ją po­le­ce­nia. Pro­wa­dzi­ła wszyst­kie im­pre­zy, an­ga­żo­wa­ła się w przy­go­to­wa­nia, zo­sta­wa­ła po spo­tka­niach, aby po­móc po­sprzą­tać, i za­wsze sta­wa­ła mu­rem za swo­imi pra­cow­ni­ka­mi. Na­wet je­śli uwa­ża­ła, że rze­czy­wi­ście na­wa­li­li, przed ob­cy­mi bro­ni­ła ich jak lwi­ca. Po­tem, oczy­wi­ście, prze­pro­wa­dza­ła z de­li­kwen­tem po­waż­ną roz­mo­wę, ale sta­ra­ła się za­po­biec nie­przy­jem­nym skut­kom jego błę­du czy za­nie­dba­nia. Była taką samą dy­rek­tor­ką, jak mat­ką. Je­śli Ewa zro­bi­ła coś głu­pie­go, była ga­nio­na przez mamę za swo­je za­cho­wa­nie, ale otrzy­my­wa­ła też nie­zbęd­ne wspar­cie i po­moc w od­krę­ce­niu ca­łe­go za­mie­sza­nia.

Po wyj­ściu Syl­wii Kla­ra na po­wrót za­czę­ła na­mięt­nie kre­ślić i po­pra­wiać tekst swo­je­go prze­mó­wie­nia. Od tego za­ję­cia ode­rwał ją dzwo­nią­cy w to­reb­ce te­le­fon. Kla­ra wy­do­by­ła go z be­żo­wej skó­rza­nej li­sto­nosz­ki i uśmiech­nę­ła się, kie­dy na ekra­nie zo­ba­czy­ła imię cór­ki.

– Cześć, ko­cha­nie – po­wie­dzia­ła do te­le­fo­nu. – My­śla­łam dziś o to­bie. Jak po in­au­gu­ra­cji?

– Faj­nie – rzu­ci­ła Ewa, a Kla­ra skrzy­wi­ła się od­ru­cho­wo. Nie lu­bi­ła tego sło­wa. „Faj­nie” tak na­praw­dę ozna­cza­ło wszyst­ko i nic. – Po­zna­łam kil­ka osób z gru­py. Trzy dziew­czy­ny: dwie z Kra­ko­wa i jed­ną z Kielc, no i chło­pa­ka ze Ska­wi­ny.

– A ta dziew­czy­na z Kielc – za­in­te­re­so­wa­ła się Kla­ra – też coś wy­naj­mu­je?

– Bę­dzie miesz­kać w aka­de­mi­ku.

Ewa wpraw­dzie też coś prze­bą­ki­wa­ła wcześ­niej o aka­de­mi­ku, ale Jac­ko­wi i Kla­rze uda­ło się ją prze­ko­nać, że to nie jest naj­lep­szy po­mysł. W miesz­ka­niu mia­ła ci­szę, spo­kój. Nie mu­sia­ła się do­pa­so­wy­wać do współ­lo­ka­to­rów.

– No, ale jacy to lu­dzie? Po­lu­bi­łaś ich?

– Chy­ba jest za wcze­śnie, żeby wy­ro­ko­wać, ale są w po­rząd­ku.

– A jak sama uczel­nia? Je­steś za­do­wo­lo­na?

– Mamo, by­łam tam do­słow­nie przez chwi­lę. Nie zdą­ży­łam się ro­zej­rzeć, po­znać lu­dzi. Cho­ciaż mu­szę przy­znać, że pa­nu­je tam spe­cy­ficz­na at­mos­fe­ra.

– Spe­cy­ficz­na? – Kla­ra bar­dzo nie lu­bi­ła w cór­ce tego, że musi ją cią­gnąć za ję­zyk.

– No wiesz…

Oczy­ma wy­obraź­ni wi­dzia­ła, jak cór­ka się uśmie­cha, a do­łecz­ki w jej po­licz­kach uwy­dat­nia­ją się.

– Nie wiem. Ja stu­dio­wa­łam hi­sto­rię, a po­tem po­dy­plo­mo­wo za­rzą­dza­nie i mu­ze­olo­gię.

– Wiem, wiem. Po pro­stu… wiesz, jaki jest tata, jacy są jego zna­jo­mi, dziad­ko­wie. Po­mnóż to razy ty­siąc, a otrzy­masz ob­raz wy­kła­dow­ców – ro­ze­śmia­ła się Ewa.

– No tak. Ale chy­ba wła­śnie tego się spo­dzie­wa­ły­śmy, praw­da?

Kie­dy Kla­ra po­zna­ła Jac­ka i do­wie­dzia­ła się, że wła­śnie uzy­skał dy­plom uczel­ni me­dycz­nej i za­czął staż po­dy­plo­mo­wy w szpi­ta­lu, nie była do koń­ca prze­ko­na­na, czy ta zna­jo­mość na pew­no jest per­spek­ty­wicz­na. O le­ka­rzach krą­ży­ło wie­le mi­tów. Że to ko­bie­cia­rze, że mają po­czu­cie wyż­szo­ści, że by­wa­ją cham­scy i nie­życz­li­wi. Ja­cek jed­nak był upar­ty. Mło­dziut­ka stu­dent­ka hi­sto­rii tak wpa­dła mu w oko, że nie po­tra­fił o niej za­po­mnieć, na­wet kie­dy dała mu ko­sza. Wy­sta­wał pod jej wy­dzia­łem, wy­sy­łał do niej li­sty, wy­dzwa­niał na te­le­fon sta­cjo­nar­ny tak czę­sto, że jej ro­dzi­ce za­czę­li się iry­to­wać i po­ra­dzi­li jej, żeby umó­wi­ła się z nim dla świę­te­go spo­ko­ju. W koń­cu Kla­ra się zgo­dzi­ła i już po pierw­szym spo­tka­niu mu­sia­ła przy­znać, że jej oba­wy były bez­pod­staw­ne. Ja­cek ani razu nie dał jej od­czuć, że jest wiel­kim ab­sol­wen­tem me­dy­cy­ny, a ona tyl­ko stu­dent­ką hi­sto­rii. Spra­wiał wra­że­nie żywo za­in­te­re­so­wa­ne­go przed­mio­tem jej stu­diów i pa­sji.

Nie­po­kój jed­nak po­wró­cił, kie­dy Ja­cek po­pro­sił ją o rękę. Ni­g­dy wcze­śniej nie roz­ma­wia­li o tym, jak bę­dzie wy­glą­dać ich ży­cie, kie­dy się po­bio­rą i za­miesz­ka­ją ra­zem, ale Kla­ra oba­wia­ła się, że na­rze­czo­ny bę­dzie pró­bo­wał ją wci­snąć w sztyw­ne ramy żony le­ka­rza. A ona chcia­ła być nie­za­leż­na. Nie za­mie­rza­ła być tyl­ko ład­nym do­dat­kiem do sza­no­wa­ne­go i po­wszech­nie po­dzi­wia­ne­go męża. Mia­ła swo­je pla­ny, ma­rze­nia i am­bi­cje. Kie­dy po­dzie­li­ła się z Jac­kiem swo­imi prze­my­śle­nia­mi, wy­buch­nął gło­śnym śmie­chem.

– Co ty zno­wu wy­my­śli­łaś? – za­py­tał, kie­dy już się uspo­ko­ił. – Moja mama jest czyn­na za­wo­do­wo od trzy­dzie­stu lat i od­no­si suk­ce­sy! To na­praw­dę sil­na ko­bie­ta, któ­ra tak jak ty ceni so­bie nie­za­leż­ność i ma spo­re am­bi­cje. Nie jest tyl­ko żoną le­ka­rza. Ni­g­dy bym tego od cie­bie nie wy­ma­gał!

Jego sło­wa ją uspo­ko­iły. Te­raz, dwa­dzie­ścia lat po ślu­bie, mu­sia­ła przy­znać, że do­trzy­mał obiet­ni­cy. Ni­g­dy na­wet nie za­su­ge­ro­wał, że jej pra­ca jest mniej waż­na od tego, czym on się zaj­mu­je. Ale zmie­nił się. Lata pra­cy w za­wo­dzie zro­bi­ły swo­je. Mu­siał się uod­por­nić, bo ina­czej by zwa­rio­wał. Kla­ra mia­ła wra­że­nie, że jego em­pa­tia zma­la­ła. Nie był już tam­tym wraż­li­wym chło­pa­kiem. Pra­ca w szpi­ta­lu da­wa­ła mu się moc­no we zna­ki. By­wa­ło, że wy­cho­dził do pra­cy rano i wra­cał po dwóch dniach. Fi­zycz­nie szyb­ko się przy­zwy­cza­ił. Go­rzej z psy­chi­ką. Na od­dzia­le kar­dio­lo­gicz­nym zgo­ny pa­cjen­tów zda­rza­ły się o wie­le czę­ściej niż na la­ryn­go­lo­gii, gi­ne­ko­lo­gii czy der­ma­to­lo­gii. Dłu­go wy­rzu­cał so­bie, że mógł zro­bić wię­cej, cho­ciaż pra­co­wał po­nad siły. Ale po­tem, Kla­ra nie po­tra­fi­ła jed­no­znacz­nie wska­zać mo­men­tu, w któ­rym to się sta­ło, coś w nim pę­kło.

Przez dłuż­szą chwi­lę w słu­chaw­ce pa­no­wa­ła ci­sza. Kla­ra wsłu­chi­wa­ła się w od­dech cór­ki, zu­peł­nie jak wte­dy, gdy była małą dziew­czyn­ką i za­glą­da­ła w nocy do jej po­ko­ju, żeby spraw­dzić, czy wszyst­ko w po­rząd­ku.

– Ju­tro mam pierw­sze za­ję­cia, więc będę mo­gła wię­cej po­wie­dzieć o lu­dziach z gru­py i wy­kła­dow­cach – stwier­dzi­ła Ewa.

– A jak so­bie ra­dzisz? Ni­cze­go nie po­trze­bu­jesz?

– Mamo, do­pie­ro co przy­wieź­li­ście mnie do Kra­ko­wa! Nie zdą­ży­łam jesz­cze zjeść wa­łów­ki, któ­rą dla mnie przy­go­to­wa­łaś! A w ra­zie gdy­by gro­zi­ła mi śmierć gło­do­wa, nie­da­le­ko miesz­ka­nia wy­pa­trzy­łam ta­nią knajp­kę z do­mo­wy­mi obia­da­mi.

– No tak. Stu­denc­kie ży­cie. – Kla­ra uśmiech­nę­ła się na wspo­mnie­nie ba­rów mlecz­nych, ko­tle­tów mie­lo­nych z bu­ra­ka­mi i ziem­nia­ka­mi i kom­po­tów tru­skaw­ko­wych. – Dbaj tam o sie­bie, ko­cha­nie.

– Mamo – mruk­nę­ła Ewa ostrze­gaw­czym to­nem. – Roz­ma­wia­ły­śmy już o tym! Le­piej po­wiedz, co sły­chać w domu. Dzwo­ni­łam do taty, ale nie od­bie­ra.

Kla­ra po­czu­ła de­li­kat­ne ukłu­cie żalu, kie­dy do­tar­ło do niej, że Ewa naj­pierw pró­bo­wa­ła się skon­tak­to­wać z oj­cem, żeby opo­wie­dzieć mu o pierw­szym dniu na uczel­ni, a do­pie­ro kie­dy jej się to nie uda­ło, wy­bra­ła jej nu­mer. Mat­ka nie po­win­na się jed­nak temu dzi­wić. To z Jac­kiem Ewę będą łą­czyć wspól­ne spra­wy za­wo­do­we.

– Pew­nie ma urwa­nie gło­wy w pra­cy. Będę się z nim wi­dzieć wie­czo­rem, to mu po­wiem, żeby od­dzwo­nił.

– Nie, spo­koj­nie, nie trze­ba. Ale u was wszyst­ko w po­rząd­ku? – upew­ni­ła się Ewa.

– Oczy­wi­ście. Dzi­siaj mam otwar­cie wy­sta­wy o tych su­kien­ni­kach.

– No wła­śnie! Szko­da, że nie ma mnie w Biel­sku, bo chęt­nie bym wpa­dła.

– Nad­ro­bi­my to – po­wie­dzia­ła Kla­ra. – Może w któ­rąś so­bo­tę do nas zaj­rzysz? To jed­na z naj­więk­szych wy­staw w ostat­nich la­tach, ale ja ja­koś nie po­tra­fię się nią cie­szyć. My­śla­mi je­stem już przy na­stęp­nym te­ma­cie…

– Cała ty! W ogó­le mnie to nie dzi­wi! A co bę­dzie moż­na zo­ba­czyć na tej wy­sta­wie?

– No wiesz. Kro­sna, ko­ło­wrot­ki, mamy też jed­no mo­to­wi­dło, a tak­że przed­mio­ty co­dzien­ne­go użyt­ku. Uda­ło się zdo­być kil­ka do­ku­men­tów, w tym ory­gi­nal­ny sta­tut ce­chu – wy­mie­nia­ła Kla­ra, pstry­ka­jąc dłu­go­pi­sem. – Wy­szła z tego na­praw­dę so­lid­na wy­sta­wa, ale oba­wiam się o fre­kwen­cję i za­in­te­re­so­wa­nie. Su­kien­ni­cy nie są te­ma­tem, któ­ry po­ru­szy tłu­my. Bar­dziej per­spek­ty­wicz­ny jest pro­jekt, któ­rym zaj­mu­ję się te­raz, choć, praw­dę mó­wiąc, nie wiem, co z tego wyj­dzie.

– A co to ma być? – za­in­te­re­so­wa­ła się Ewa.

– Zbie­ram ma­te­ria­ły na te­mat obo­zu w Mi­ku­szo­wi­cach. Chcę przed­sta­wić całą hi­sto­rię tego miej­sca ze szcze­gól­nym na­ci­skiem na cza­sy po­wo­jen­ne.

– No tak. Je­śli ci się uda, ta wy­sta­wa bę­dzie ogrom­nym suk­ce­sem. To bar­dzo wdzięcz­ny te­mat.

Kla­ra skrzy­wi­ła się, sły­sząc okre­śle­nie „wdzięcz­ny” w od­nie­sie­niu do obo­zu, w któ­rym tor­tu­ro­wa­no lu­dzi, ale Ewa mia­ła ra­cję. Je­że­li Kla­ra cze­goś się na­uczy­ła przez te wszyst­kie lata pra­cy w mu­zeum, to wła­śnie tego, że naj­wię­cej lu­dzi przy­cią­ga­ją trzy te­ma­ty: ho­lo­kaust, zbrod­nie do­ko­ny­wa­ne przez Po­la­ków na Po­la­kach i przy­mu­so­we wy­sie­dle­nia. Każ­dy z nich z zu­peł­nie in­ne­go po­wo­du. Naj­wię­cej emo­cji i kon­tro­wer­sji bu­dził jed­nak ten dru­gi te­mat.

– No wła­śnie. Je­śli mi się uda…

– Mamo, czy kie­dy­kol­wiek nie uda­ło ci się coś, co so­bie za­ło­ży­łaś?

– Nie, chy­ba nie – bąk­nę­ła z za­wsty­dze­niem Kla­ra.

Czy­ny, nie sło­wa. Wła­śnie one nas de­fi­niu­ją. Nie lu­bi­ła więc się chwa­lić swo­imi osią­gnię­cia­mi. Wo­la­ła dzia­łać.

– Więc skąd ten brak wia­ry we wła­sne umie­jęt­no­ści?

– Sama nie wiem. Lu­dzie nie chcą mó­wić o Mi­ku­szo­wi­cach. Chęt­nie roz­pra­wia­ją o tym, co dzia­ło się tam w cza­sie woj­ny, ale nie po oku­pa­cji.

– Z po­mo­cą Syl­wii po­ko­nasz ludz­ką nie­chęć – pod­su­nę­ła Ewa.

Wzmian­ka o pra­cow­ni­cy spro­wa­dzi­ła Kla­rę z po­wro­tem na zie­mię. Mu­sia­ła zejść na dół. Swo­ją dro­gą przy­go­to­wa­nie miejsc dla wi­dow­ni było za­wsze nie­co pro­ble­ma­tycz­ne. Zbyt duża licz­ba wol­nych krze­seł źle wy­glą­da­ła na zdję­ciach, któ­re po­tem pu­bli­ko­wa­li na stro­nie i fan­pa­ge’u mu­zeum. Ale je­śli było ich za mało, też nie­do­brze, bo lu­dzie nie mie­li gdzie usiąść. Już kil­ka razy albo do­kła­da­ła krze­seł, albo je cho­wa­ła.

– Mu­szę koń­czyć. O sie­dem­na­stej mamy otwar­cie.

– Ja­sne, idź. Po­wo­dze­nia! Trzy­mam kciu­ki!

– Przy­je­dziesz w so­bo­tę? – za­py­ta­ła Kla­ra, bar­dzo li­cząc na twier­dzą­cą od­po­wiedź.

Nie wi­dzia­ła cór­ki do­pie­ro od dwóch dni, a już mia­ła wra­że­nie, że upły­nę­ła cała wiecz­ność od mo­men­tu, kie­dy zo­sta­wi­li ją w miesz­ka­niu w Kra­ko­wie. Nie było mi­nu­ty, w któ­rej Kla­ra nie za­sta­na­wia­ła­by się, jak ra­dzi so­bie jej cór­ka, i nie roz­czu­la­ła­by się nad sobą. Ja­cek miał ra­cję. Cier­pia­ła na syn­drom pu­ste­go gniaz­da. Naj­chęt­niej dzwo­ni­ła­by do Ewy co pół go­dzi­ny, aby upew­nić się, że wszyst­ko u niej w po­rząd­ku, ale prze­cież nie mo­gła tego ro­bić. Jej cór­ka była do­ro­sła. Do-ro-sła, na­wet je­śli Kla­rze tak trud­no przy­cho­dzi­ło za­ak­cep­to­wa­nie tego sta­nu rze­czy.

– Tak. Nie mam żad­nych pla­nów, więc przy­ja­dę. Bez pra­nia. – Kla­ra wy­ła­pa­ła w gło­sie Ewy nut­kę roz­ba­wie­nia.

– Jak wo­lisz, ale pa­mię­taj, że moja pro­po­zy­cja jest na­dal ak­tu­al­na! Za­dzwoń ju­tro po za­ję­ciach.

– Oczy­wi­ście. Uca­łuj tatę! Pa!

Kla­ra roz­łą­czy­ła się i wrzu­ci­ła te­le­fon z po­wro­tem do to­reb­ki. Wsta­ła zza biur­ka i za­trzy­ma­ła się przed sto­ją­cym przy ogrom­nym re­ga­le z książ­ka­mi lu­strem. Nie pre­zen­to­wa­ła się naj­le­piej. Wpraw­dzie przed otwar­ciem wy­sta­wy mia­ła za­miar zmie­nić su­kien­kę i na­ło­żyć ma­ki­jaż, ale z wło­sa­mi już nic nie zro­bi. Nie wzię­ła ze sobą szczot­ki i la­kie­ru do wło­sów. Od­no­to­wa­ła w pa­mię­ci, aby za­py­tać Iwo­nę z ad­mi­ni­stra­cji, czy nie ma cze­goś ze sobą – zwy­kle była przy­go­to­wa­na na każ­dą ewen­tu­al­ność – i wy­szła z ga­bi­ne­tu. Prze­krę­ci­ła klucz, scho­wa­ła go do kie­sze­ni ma­ry­nar­ki i ru­szy­ła scho­da­mi w dół.

Była zmę­czo­na. Do­cho­dzi­ła szes­na­sta trzy­dzie­ści, a ją tego dnia cze­ka­ło jesz­cze mnó­stwo pra­cy. Hu­mor po­pra­wił jej się na­tych­miast, kie­dy uświa­do­mi­ła so­bie, że al­ter­na­ty­wą jest pu­sty dom. Jed­nak nie ma to jak w pra­cy.

Roz­dział 3

Kla­ra od pięt­na­stu mi­nut traj­ko­ta­ła jak na­ję­ta. Ko­la­cja daw­no jej wy­sty­gła, ale nie po­tra­fi­ła prze­rwać tego sło­wo­to­ku. Kie­dy przy­go­to­wy­wa­ła się do otwar­cia wy­sta­wy, zwy­kle za­my­ka­ła się w swo­im świe­cie i nie­wie­le mó­wi­ła. Zaj­mo­wa­ła się pra­cą, a wszyst­ko inne scho­dzi­ło na dal­szy plan. Kie­dy jed­nak wy­sta­wa była już od­da­na go­ściom i Kla­ra nie mo­gła w niej nic zmie­nić, tama pusz­cza­ła, emo­cje opa­da­ły, a Kla­ra znów była uśmiech­nię­ta, od­prę­żo­na i czu­ła po­trze­bę po­dzie­le­nia się z naj­bliż­szy­mi wra­że­nia­mi.

– …przy­szło na­praw­dę spo­ro osób. Je­den męż­czy­zna zo­stał po otwar­ciu i opo­wie­dział mi, że od lat zaj­mu­je się po­szu­ki­wa­niem swo­ich ko­rze­ni. Po­ka­zał mi ogrom­ne drze­wo ge­ne­alo­gicz­ne. W nie­któ­rych miej­scach są dziu­ry, sam ro­zu­miesz, to nie ta­kie pro­ste do­trzeć do da­nych swo­ich przod­ków sprzed kil­ku­set lat, ale i tak je­stem pod ogrom­nym wra­że­niem! Wy­obraź so­bie, że jego pra­pra­pra, i tak da­lej, dzia­dek na­le­żał do pierw­sze­go ce­chu tka­czy, utwo­rzo­ne­go w Biel­sku w sie­dem­na­stym wie­ku! Oczy­wi­ście za­pro­si­łam go do współ­pra­cy. Ten fa­cet to praw­dzi­wa skarb­ni­ca wie­dzy! Na­wet so­bie nie wy­obra­żasz, ja­kie po­sia­da do­ku­men­ty!

– To cie­ka­we – mruk­nął Ja­cek, nie pod­no­sząc wzro­ku znad ta­le­rza, w któ­rym grze­bał od dłuż­szej chwi­li.

Kla­ra unio­sła lewą brew. To cie­ka­we? Tyl­ko tyle miał jej do po­wie­dze­nia? ! Iry­ta­cja na­ra­sta­ła w niej z se­kun­dy na se­kun­dę. Mógł­by cho­ciaż po­uda­wać, że mu sma­ku­je. Kla­ra do­tar­ła do domu za­le­d­wie dwa­dzie­ścia mi­nut przed nim, a i tak zdą­ży­ła przy­go­to­wać ko­la­cję. Po co to zro­bi­ła? Prze­cież nie dla sie­bie. Rów­nie do­brze mo­gła­by zjeść ka­nap­kę i wy­cią­gnąć się na so­fie z książ­ką. Ewa pod­su­nę­ła jej nową po­wieść Nino Ha­ra­ti­schwi­li. Kla­ra cze­ka­ła na jej li­te­rac­ki po­wrót po fe­no­me­nal­nym Ósmym ży­ciu. Nie mo­gła się do­cze­kać, aż wró­ci do lek­tu­ry. Tym­cza­sem sie­dzia­ła z Jac­kiem, bo uwa­ża­ła, że z uwa­gi na ich – bar­dziej jego – pra­ce spę­dza­ją ze sobą za mało cza­su i na­le­ży ce­le­bro­wać każ­dą wspól­nie spę­dzo­ną chwi­lę. Nie okła­muj­my się. Byli mał­żeń­stwem od dwu­dzie­stu lat. Mo­gli się sobą znu­dzić, ale Kla­ra do­kła­da­ła wszel­kich sta­rań, aby tak się nie sta­ło. Tak wie­lu ich wspól­nych zna­jo­mych się roz­wio­dło. Nie­któ­rzy na­wet po raz dru­gi. Kla­ra ja­kiś czas temu czy­ta­ła ar­ty­kuł, z któ­re­go wy­ni­ka­ło, że ko­lej­ne mał­żeń­stwa roz­wod­ni­ków mia­ły jesz­cze mniej­sze szan­se na po­wo­dze­nie niż te za­wie­ra­ne przez oso­by, któ­re ni­g­dy wcze­śniej nie po­zo­sta­wa­ły w związ­kach mał­żeń­skich. Nie chcia­ła się o tym prze­ko­ny­wać na wła­snej skó­rze. Ro­dzi­na była dla niej ca­łym świa­tem. Ro­dzi­na i pra­ca, w po­rząd­ku. Ja­cek i Ewa, a te­raz już tyl­ko Ja­cek, choć Ewa też, tyle że na od­le­głość.

– Co się dzie­je? Dla­cze­go mnie nie słu­chasz?

– Słu­cham – skła­mał Ja­cek, na­dal nie spusz­cza­jąc oka z za­war­to­ści wciąż peł­ne­go ta­le­rza. – Mów da­lej.

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28