24 osoby interesują się tą książką

Opis

Sprawdź, co kryje się za kolejnymi drzwiami luksusowego domu!

Osiedle Pogodne – poznaj jego tajemnice

 

Dla Judyty utrzymanie pozorów jest ważniejsze od szczęścia. Udaje więc, że jej rodzina jest idealna, a swoje smutki topi w coraz głębszym kieliszku. Ale nie jest jedyną osobą w tej rodzinie, która kłamie. Dominik od lat ukrywa, że jest gejem. Ich córka udaje, że nic nie wie o rodzinnych problemach.

Czy ta rodzina już zawsze będzie żyć w kłamstwie.

Co musi się wydarzyć, żeby zaczęli mówić prawdę?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 314

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Au­tor: Mag­da­le­na Maj­cher

Re­dak­cja: Agniesz­ka Pie­trzak

Ko­rek­ta: Zu­zan­na Wie­rus

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Ka­ta­rzy­na Bor­kow­ska

Skład: Iza­be­la Kruź­lak

Zdję­cia na okład­ce: shut­ter­stock/Aris Su­wan­ma­lee; Get­ty Ima­ges/Vin­cent Be­snault; We­ro­ni­ka Smie­szek (zdję­cie Au­tor­ki)

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Agniesz­ka Gó­rec­ka

© Co­py­ri­ght by Mag­da­le­na Maj­cher

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Pas­cal

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, za wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2020

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­[email protected]­cal.pl

www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-648-1

Przygotowanie eBooka: Jarosław Jabłoński

Mał­go­rza­cie Gi­lew­skiej

Roz­dział 1

Kie­dy Ju­dy­ta wy­cho­dzi­ła za Do­mi­ni­ka, pa­dał ulew­ny deszcz. Mat­ka szep­nę­ła jej wte­dy do ucha, że naj­wy­raź­niej wszyst­kie za­ko­cha­ne w panu mło­dym ko­bie­ty go opła­ku­ją. Ona, cho­ciaż utrzy­my­wa­ła, że nie wie­rzy w za­bo­bo­ny, po­czu­ła się na­praw­dę wy­jąt­ko­wo. W koń­cu Do­mi­nik wy­brał wła­śnie ją. W pięt­na­stą rocz­ni­cę ślu­bu sło­wa mamy wciąż roz­brzmie­wa­ły w gło­wie Ju­dy­ty. Cią­gle chcia­ła w nie wie­rzyć.

Jo­lan­ta skru­pu­lat­nie pil­no­wa­ła tego, żeby cór­ka mia­ła ży­cie szczę­śliw­sze niż ona sama. Nie po­zwo­li­ła, aby ślub od­był się w maju, bo wia­do­mo, że maj i li­sto­pad to naj­gor­sze mie­sią­ce na skła­da­nie przy­się­gi mał­żeń­skiej, na­mó­wi­ła cór­kę i przy­szłe­go zię­cia, żeby po­bra­li się w ko­ście­le, w któ­rym Ju­dy­ta zo­sta­ła ochrzczo­na, bo to do­brze wró­ży na przy­szłość, i za­dba­ła o to, żeby świad­ka­mi byli pan­na i ka­wa­ler. Na ślu­bie Jo­lan­ty świad­ko­wa­ły dwie ko­bie­ty, i nic do­bre­go z tego nie wy­szło. Jo­lan­ta wpraw­dzie do­sko­na­le wie­dzia­ła, dla­cze­go jej mał­żeń­stwo się roz­pa­dło, ale uwa­ża­ła, że gdy­by po­słu­cha­ła swo­jej mat­ki i w dniu wła­sne­go ślu­bu do­pil­no­wa­ła pew­nych spraw, mia­ła­by więk­sze szan­se na po­wo­dze­nie. Wie­rzy­ła w pe­cha, fa­tum i nie­sprzy­ja­ją­ce oko­licz­no­ści.

Ju­dy­ta po­de­szła do okna i opar­ła gło­wę o szy­bę. Kie­dy pla­no­wa­li sprze­daż czte­ro­po­ko­jo­we­go miesz­ka­nia na jed­nym z biel­skich blo­ko­wisk i za­czy­na­li szu­kać domu, po­sta­wi­ła tyl­ko je­den wa­ru­nek. Kuch­nia ma być wid­na i prze­stron­na. W za­sa­dzie nic in­ne­go jej nie ob­cho­dzi­ło. To Do­mi­nik na­rze­kał na lo­ka­li­za­cję, cenę, me­traż czy do­jazd. Ona po pro­stu chcia­ła mieć kuch­nię z du­ży­mi okna­mi wy­cho­dzą­cy­mi na wschód. Uda­ło się. Od razu po­ko­cha­ła ten dom. Cza­sem jest tak, że po prze­pro­wadz­ce czło­wiek dłu­go nie może się od­na­leźć w no­wym miej­scu. Ju­dy­ta na­wet przez se­kun­dę nie czu­ła się obco w nie­zna­nych wnę­trzach. Pierw­sze­go wie­czo­ru roz­sia­dła się wy­god­nie na ka­na­pie i orze­kła, że jest u sie­bie.

Sto­jąc przy ku­chen­nym oknie i lu­stru­jąc oko­li­cę, Ju­dy­ta zła­pa­ła się na my­śli, że po­win­na czuć się speł­nio­na. Mia­ła wszyst­ko, co wy­da­je się nie­zbęd­ne do szczę­ścia. Ro­dzi­nę – tego sa­me­go męża od pięt­na­stu lat i dwo­je faj­nych dzie­cia­ków, wspie­ra­ją­cą mamę, przy­ja­ciół­kę, dom, o ja­kim wie­lu może tyl­ko po­ma­rzyć, zdro­wie, pra­cę, pie­nią­dze. Pięt­na­ście lat wcze­śniej, wy­cho­dząc za Do­mi­ni­ka, wy­obra­ża­ła so­bie, że bę­dzie do­kład­nie w tym miej­scu, w któ­rym się znaj­do­wa­ła. A jed­nak coś było nie tak.

Słoń­ce świe­ci­ło wy­so­ko. Tem­pe­ra­tu­ra do­bi­ja­ła do trzy­dzie­stej kre­ski po­wy­żej zera. Po­go­da zu­peł­nie nie przy­po­mi­na­ła tej sprzed pięt­na­stu lat. Tam­ten czer­wiec był wy­jąt­ko­wo chłod­ny. Nie była na to przy­go­to­wa­na. Za­mó­wi­ła suk­nię ślub­ną z du­żym de­kol­tem i od­kry­ty­mi ra­mio­na­mi. W koś­cie­le trzę­sła się z zim­na.

Z miej­sca, w któ­rym sta­ła, wi­dzia­ła sa­lon, któ­ry peł­nił rów­nież funk­cję ja­dal­ni. Na pięk­nie na­kry­tym sto­le sta­ły pół­mi­ski z da­nia­mi. Część przy­go­to­wa­ła sama, po­zo­sta­łe za­mó­wi­ła z ca­te­rin­gu. Praw­dę mó­wiąc, wo­la­ła­by zor­ga­ni­zo­wać przy­ję­cie w re­stau­ra­cji, ale wie­dzia­ła, że to zo­sta­ło­by źle przy­ję­te przez ro­dzi­nę męża. Jej człon­ków obej­mo­wa­ła nie­pi­sa­na za­sa­da, że ro­dzin­ne uro­czy­sto­ści od­by­wa­ją się w do­mach. Ju­dy­ta nie była en­tu­zjast­ką tego zwy­cza­ju, ale go kul­ty­wo­wa­ła, bo od­kąd tyl­ko się­ga­ła pa­mię­cią, ma­rzy­ła o tym, żeby stać się czę­ścią du­żej, wie­lo­po­ko­le­nio­wej ro­dzi­ny. Ona mia­ła tyl­ko mamę. Dziad­ko­wie zmar­li, kie­dy Ju­dy­ta była mała, a oj­ciec ni­g­dy się nią nie in­te­re­so­wał. W Wi­gi­lię sia­dy­wa­ły więc przy sto­le we dwie. Ju­dy­ta bar­dzo ko­cha­ła swo­ją mat­kę, ale na­wet naj­lep­sza mama nie mo­gła za­stą­pić dziec­ku ojca, ro­dzeń­stwa i dziad­ków. Ju­dy­ta czę­sto więc fan­ta­zjo­wa­ła. Ucie­ka­ła w świat dzie­cię­cych ma­rzeń i znaj­do­wa­ła w nim schro­nie­nie.

Kie­dy po­zna­ła Do­mi­ni­ka, a kil­ka mie­się­cy póź­niej jego ro­dzi­nę, za­chły­snę­ła się tym tra­dy­cjo­na­li­zmem, ale te­raz co­raz czę­ściej czu­ła się nim zmę­czo­na. Na­praw­dę wo­la­ła­by spę­dzić rocz­ni­cę ślu­bu tyl­ko z mę­żem, za­miast or­ga­ni­zo­wać hucz­ne przy­ję­cie dla kil­ku­na­stu osób.

Ode­rwa­ła wzrok od sa­mo­cho­du sto­ją­ce­go na pod­jeź­dzie są­sia­dów. Wy­gła­dzi­ła su­kien­kę i po­de­szła do szaf­ki. Wy­ję­ła z niej kie­li­szek. Po­sta­wi­ła go na bla­cie i wy­cią­gnę­ła z lo­dów­ki bu­tel­kę wina. Na­la­ła so­bie al­ko­ho­lu i po­cią­gnę­ła z kie­lisz­ka so­lid­ny łyk. Cierp­ki smak roz­szedł się po pod­nie­bie­niu.

– Nie pij. – Do­mi­nik na­gle zma­te­ria­li­zo­wał się przy jej boku. – Wiesz, że moja mat­ka tego nie lubi.

– To tyl­ko wino. – Ju­dy­ta wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Boli mnie gło­wa.

– To weź ta­blet­kę, za­miast pić.

Do­mi­nik wy­szedł z kuch­ni. Mi­nął się w drzwiach z Jul­ką, któ­ra zbie­gła ze scho­dów z na­bur­mu­szo­ną miną.

– Mamo, na­praw­dę mu­szę tu z wami sie­dzieć? Nie mogę pójść do Zuz­ki?

Ju­dy­ta wes­tchnę­ła osten­ta­cyj­nie i po­sła­ła cór­ce kar­cą­ce spoj­rze­nie. Jul­ka wy­ka­zy­wa­ła co­raz mniej­sze za­in­te­re­so­wa­nie ro­dzin­ny­mi spo­tka­nia­mi i w głę­bi du­szy Ju­dy­ta ją ro­zu­mia­ła. Dziew­czy­na mia­ła czter­na­ście lat. W tym wie­ku spo­tka­nia z ko­le­żan­ka­mi wy­da­ją się atrak­cyj­niej­sze od ro­dzin­nych spę­dów, ale nie mo­gła przy­znać jej ra­cji.

– Nie mam nic prze­ciw­ko two­jej zna­jo­mo­ści z Zu­zią, ale w taki dzień jak dziś po­win­naś być ze swo­ją ro­dzi­ną – po­wie­dzia­ła, od­sta­wia­jąc kie­li­szek na blat. – To na­sza rocz­ni­ca ślu­bu!

– Taka sama, jaka była rok temu, i taka sama, jak bę­dzie za rok. – Na­sto­lat­ka prze­wró­ci­ła ocza­mi. – No, mamo… Wró­cę, za­nim go­ście wyj­dą.

– W ta­kim ra­zie two­ich uro­dzin też już nie bę­dzie­my ob­cho­dzić, bo prze­cież świę­to­wa­li­śmy je rok temu i bę­dzie­my świę­to­wać za rok.

Jul­ka za­ci­snę­ła ze zło­ścią pię­ści i ob­ró­ci­ła się na pię­cie.

– Prze­bierz się! – krzyk­nę­ła za na­sto­lat­ką mat­ka.

Kie­dy Jul­ka była mała, Ju­dy­cie wy­da­wa­ło się, że gdy cór­ka pod­ro­śnie, ży­cie sta­nie się ła­twiej­sze. Nie trze­ba bę­dzie wsta­wać w nocy, zmie­niać pam­per­sów, usy­piać, kar­mić na żą­da­nie. Te­raz od­da­ła­by wszyst­ko, żeby za­wró­cić dziew­czy­nę do eta­pu nie­mow­lęc­twa i ją w nim po­zo­sta­wić. Jul­ka do­ra­sta­ła, mia­ła swo­je zda­nie, zwy­kle zgo­ła od­mien­ne od zda­nia ro­dzi­ców, upie­ra­ła się przy swo­im i wy­kłó­ca­ła. Za nic w świe­cie nie chcia­ła się do­pa­so­wać do ro­dzi­ny. Wiecz­nie mu­sia­ła iść pod prąd.

An­tek uro­dził się jak­by na osło­dę dla mat­ki zmę­czo­nej fo­cha­mi do­ra­sta­ją­cej dziew­czy­ny. Był zu­peł­nie inny niż Jul­ka. Ela­stycz­niej­szy, bar­dziej ugo­do­wy i roz­kosz­ny. Ju­dy­ta – jak zresz­tą każ­da mat­ka – ni­g­dy nie przy­znał­by się do tego gło­śno, ale mia­ła swo­je ulu­bio­ne dziec­ko. Nic nie mo­gła po­ra­dzić na to, że to wła­śnie szcze­ry uśmiech czte­ro­lat­ka roz­mięk­czał jej ser­ce.

Wło­ży­ła kie­li­szek do zmy­war­ki i po­szła do sa­lo­nu, gdzie An­tek oglą­dał baj­kę. Sta­ra­ła się ogra­ni­czać czas, któ­ry dziec­ko spę­dza­ło przed te­le­wi­zo­rem, ale tego dnia mia­ła tyle na gło­wie, że naj­lep­szym wyj­ściem wy­da­wa­ło jej się włą­cze­nie kre­sków­ki. Do­mi­nik krę­cił się ner­wo­wo po po­miesz­cze­niu, pró­bu­jąc za­wią­zać kra­wat.

– Daj to – po­wie­dzia­ła do męża.

Po­słał jej peł­ne wdzięcz­no­ści spoj­rze­nie.

– Dzię­ki. Mam czter­dzie­ści lat, a na­dal nie na­uczy­łem się wią­zać kra­wa­ta.

Ką­ci­ki ust Ju­dy­ty unio­sły się o kil­ka mi­li­me­trów.

– Po­dob­no na na­ukę ni­g­dy nie jest za póź­no! – pod­su­mo­wa­ła z uśmie­chem, po­pra­wia­jąc mę­żow­ski kra­wat. – Po­szedł­byś na górę spraw­dzić, czy Jul­ka się prze­bra­ła?

– Cza­sem wy­da­je mi się, że to ona, a nie An­tek, ma czte­ry lata. – Do­mi­nik po­krę­cił gło­wą z dez­apro­ba­tą. – Cią­gle jej trze­ba pil­no­wać!

Męż­czy­zna udał się na górę, a Ju­dy­ta zo­ba­czy­ła przez okno, że na ich pod­jeź­dzie za­trzy­mał się sa­mo­chód. Wcze­śniej uprze­dzi­ła ochro­nia­rza, że tego dnia będą mieć go­ści, i po­da­ła nu­me­ry re­je­stra­cyj­ne po­jaz­dów. Cza­sa­mi de­ner­wo­wa­ły ją te wszyst­kie środ­ki bez­pie­czeń­stwa, ale z dru­giej stro­ny dzię­ki temu mo­gła się czuć pew­nie.

Uśmiech­nę­ła się, wi­dząc przy­ja­ciół­kę po­ma­ga­ją­cą jej mat­ce wy­siąść z auta. Ju­dy­ta i Mal­wi­na po­zna­ły się w pod­sta­wów­ce. Pierw­sze­go dnia szko­ły usia­dły ra­zem w ław­ce i od tam­tej pory były nie­roz­łącz­ne. Mal­wi­na była czę­stym go­ściem w ro­dzin­nym domu ko­le­żan­ki. Jo­lan­ta bar­dzo po­lu­bi­ła przy­ja­ciół­kę cór­ki i utrzy­my­wa­ły sta­ły kon­takt. Ju­dy­ta cie­szy­ła się, że dwie tak bli­skie jej ko­bie­ty zna­la­zły wspól­ny ję­zyk i do­brze się czu­ły w swo­im to­wa­rzy­stwie. Cza­sem na­wet wy­cho­dzi­ły we trój­kę do kina czy te­atru. Mama i przy­ja­ciół­ka były dla Ju­dy­ty pod­po­rą, kie­dy stra­ci­ła dru­gą cią­żę. To one wy­cią­gnę­ły ją z doł­ka i przy­wró­ci­ły wia­rę w ży­cie. Do­mi­nik dużo wte­dy pra­co­wał. To był li­piec, szczyt se­zo­nu wa­ka­cyj­ne­go. Tu­ry­ści eks­plo­ro­wa­li naj­róż­niej­sze za­kąt­ki Sta­re­go Kon­ty­nen­tu. Ju­dy­ta ro­ni­ła cią­żę, a Do­mi­nik był nad Rzy­mem, Lon­dy­nem, a może nad Pa­ler­mo. O wszyst­kim do­wie­dział się po wy­lą­do­wa­niu, kie­dy Ju­dy­ta już wy­pła­ki­wa­ła się Jo­lan­cie i Mal­wi­nie. Przy­ja­ciół­ka po­tem po­je­cha­ła ode­brać Jul­kę ze szko­ły, a mat­ka z nią zo­sta­ła. Ju­dy­ta była tak roz­ża­lo­na nie­obec­no­ścią męża, że już tyl­ko chwi­la dzie­li­ła ją od wy­zna­nia ma­mie praw­dy. Ale tego nie zro­bi­ła. Do­pó­ki nie wy­po­wie­dzia­ła swo­ich przy­pusz­czeń na głos, mo­gła jesz­cze uda­wać, że to tyl­ko pro­jek­cja jej zmę­czo­ne­go co­dzien­ną ru­ty­ną umy­słu. Wciąż ist­niał cień szan­sy, że so­bie to wszyst­ko wy­my­śli­ła.

Szyb­kim kro­kiem po­de­szła do drzwi, aby je otwo­rzyć. Dźwięk sil­ni­ka sa­mo­cho­du ode­rwał Ant­ka od baj­ki. Chłop­czyk plą­tał się te­raz nie­cierp­li­wie przy jej no­gach, aby przy­wi­tać się z bab­cią i ulu­bio­ną cio­cią. Ja­kiś czas temu Do­mi­nik zwró­cił jej uwa­gę, że cio­cia­mi dla dzie­ci są jego sio­stry, a nie obca oso­ba, ale Ju­dy­ta uci­szy­ła go, przy­po­mi­na­jąc, że Mal­wi­na jest jej bli­ska jak sio­stra.

– Bab­cia! Cio­cia! – eks­cy­to­wa­ło się dziec­ko.

Jo­lan­ta czu­le po­gła­ska­ła wnucz­ka po po­licz­ku, po czym przy­wi­ta­ła się z cór­ką. Mal­wi­na po­tar­mo­siła wło­sy mal­ca i czu­le uści­ska­ła przy­ja­ciół­kę.

– Pięt­na­ście lat, kto by po­my­ślał! – po­wie­dzia­ła, prze­ka­zu­jąc na jej ręce pre­zent za­wi­nię­ty w srebr­ny pa­pier. – Nie mam naj­mniej­szych szans na po­bi­cie two­je­go re­kor­du!

Za­mie­sza­nie skło­ni­ło Jul­kę, któ­ra na szczę­ście się prze­bra­ła, i Do­mi­ni­ka do zej­ścia na dół. Sto­sun­ki pa­nu­ją­ce mię­dzy Mal­wi­ną a Do­mi­ni­kiem moż­na było okre­ślić jako po­praw­ne. Ni­g­dy nie za­pa­ła­li do sie­bie szcze­gól­ną sym­pa­tią, nad czym ubo­le­wa­ła Ju­dy­ta. Jul­ka na­to­miast sza­la­ła za przy­ja­ciół­ką mat­ki, co nie do koń­ca od­po­wia­da­ło Do­mi­ni­ko­wi. Wo­lał­by, żeby jego cór­ka zna­la­zła so­bie inną idol­kę. Mal­wi­na była w po­rząd­ku, ale to­tal­nie nie­prze­wi­dy­wal­na. Nie zna­ła po­ję­cia sta­ło­ści.

– Prze­cież sama mó­wi­łaś, że mał­żeń­stwo to prze­ży­tek – zwró­ci­ła Mal­wi­nie uwa­gę Jul­ka.

– Szko­da, że nie słu­chasz mo­ich in­nych wy­po­wie­dzi. – Mal­wi­na kon­spi­ra­cyj­nie mru­gnę­ła do na­sto­lat­ki. – Na przy­kład o tym, że fi­zy­ka do cze­goś ci się jed­nak przy­da w ży­ciu!

Jul­ka prze­wró­ci­ła ocza­mi i po­de­szła do bab­ci. Ju­dy­ta ob­ser­wo­wa­ła je na prze­strze­ni lat z co­raz więk­szym nie­do­wie­rza­niem. Dziew­czy­na nie mia­ła w so­bie nic z mat­ki ani ojca. Z każ­dym ro­kiem sta­wa­ła się bar­dziej po­dob­na do bab­ki. Za­rów­no Jo­lan­ta, jak i Ju­lia były ni­skie, a przy tym dość kor­pu­lent­ne, co sta­no­wi­ło przy­czy­nę kom­plek­sów na­sto­lat­ki. Ju­dy­ta uwa­ża­ła, że nie­po­trzeb­nie, bo krą­gło­ści do­da­ją jej uro­ku, ale do­ra­sta­ją­ca dziew­czy­na mia­ła pro­blem z za­ak­cep­to­wa­niem swo­jej fi­gu­ry.

– Na­sza fi­zycz­ka jest strasz­na – pod­su­mo­wa­ła Jul­ka, za­my­ka­jąc draż­li­wy dla sie­bie te­mat.

Mal­wi­na była z wy­kształ­ce­nia fi­zy­kiem. Wy­kła­da­ła na Uni­wer­sy­te­cie Ślą­skim i Uni­wer­sy­te­cie Ja­giel­loń­skim, a w tak zwa­nym mię­dzy­cza­sie an­ga­żo­wa­ła się w pro­jek­ty ba­daw­cze. Bra­ko­wa­ło jej cza­su na to, żeby po pro­stu żyć. Może dla­te­go wszyst­kie jej związ­ki spo­ty­kał ten sam los? Roz­pa­da­ły się po kil­ku­na­stu mie­sią­cach, cza­sem kil­ku la­tach. Była w trak­cie trze­cie­go roz­wo­du. Po­wta­rza­ła, że na­uka wy­ma­ga po­świę­ceń.

– Wciąż nie tra­cę na­dziei na to, że zo­sta­niesz czwar­tą w hi­sto­rii lau­re­at­ką Na­gro­dy No­bla w dzie­dzi­nie fi­zy­ki! – ro­ze­śmia­ła się Mal­wi­na.

– Chy­ba pią­tą, po to­bie – po­wie­dzia­ła Ju­dy­ta, ge­stem za­chę­ca­jąc mat­kę i przy­ja­ciół­kę, aby we­szły do sa­lo­nu.

Za­pro­po­no­wa­ła go­ściom kawę, ale spo­tka­ła się z od­mo­wą. W tak go­rą­cy dzień nikt nie miał ocho­ty na cie­płe na­po­je. Po­da­ła więc wodę i usia­dła na­prze­ciw­ko Jul­ki, któ­ra już zdą­ży­ła wy­cią­gnąć z kie­sze­ni swój smart­fon i po­grą­żyć się w wir­tu­al­nym świe­cie. Przez dłu­gi czas Ju­dy­ta sta­ra­ła się trzy­mać dzie­ci z dala od elek­tro­ni­ki, ale tech­no­lo­gia we­szła do ży­cia ich ro­dzi­ny zu­peł­nie nie­po­strze­że­nie. Na­wet ko­le­dzy Ant­ka z przed­szko­la do­sko­na­le ra­dzi­li so­bie z ob­słu­gą ta­ble­tu czy smart­fo­na. Jul­ka wier­ci­ła ro­dzi­com dziu­rę w brzu­chu o te­le­fon tak dłu­go, aż w koń­cu ska­pi­tu­lo­wa­li.

– Jul­ko, mamy go­ści – Ju­dy­ta dys­kret­nie upo­mnia­ła cór­kę, któ­ra z nie­za­do­wo­lo­ną miną scho­wa­ła smart­fon z po­wro­tem do kie­sze­ni.

Ju­dy­ta była zmę­czo­na rolą złe­go po­li­cjan­ta, któ­ra za­wsze przy­pa­da­ła jej. To ona, a nie Do­mi­nik, była od usta­la­nia za­sad i ich eg­ze­kwo­wa­nia. On po­cho­dził z tra­dy­cyj­nej ro­dzi­ny, w któ­rej to ko­bie­ta była od wy­cho­wy­wa­nia dzie­ci. Ju­dy­ta mia­ła wra­że­nie, że naj­czę­ściej wy­po­wia­da­ny­mi przez jej męża sło­wa­mi są: „Za­py­taj mamę, czy mo­żesz”. Sam był od roz­piesz­cza­nia i za­ba­wy. Ju­dy­ta uwa­ża­ła, że to nie­spra­wie­dli­we, bo przez to ona była tą złą, a on ko­cha­nym ta­tu­siem, któ­ry po­zwa­la dzie­ciom na wszyst­ko.

– Nic się nie dzie­je – za­pew­ni­ła cór­kę Jo­lan­ta. – Niech so­bie od­pi­sze.

– Pro­blem po­le­ga na tym, że ona cały czas tyl­ko od­pi­su­je – wes­tchnę­ła Ju­dy­ta.

– Nie moja wina, że nie po­zwo­li­łaś mi pójść do Zuz­ki!

– Wy­star­czy – wtrą­cił się Do­mi­nik. – Za­raz przyj­dą moi ro­dzi­ce. Jul­ko, za­cho­wuj się, do­brze?

Nie wi­dział żad­ne­go pro­ble­mu w tym, że dzie­ci roz­ra­bia­ją przy mat­ce Ju­dy­ty, ale kie­dy na ho­ry­zon­cie po­ja­wia­li się jego ro­dzi­ce, wy­ma­gał ab­so­lut­ne­go po­słu­szeń­stwa. Wszyst­ko mu­sia­ło być na tip-top: miesz­ka­nie wy­sprzą­ta­ne, stół suto za­sta­wio­ny, żona uśmiech­nię­ta, a dzie­ci po­słusz­ne i za­do­wo­lo­ne. Ju­dy­ta skry­cie współ­czu­ła tego mę­żo­wi. Jego oj­ciec był czło­wie­kiem au­to­ry­tar­nym i sta­now­czym. Wzbu­dzał re­spekt nie tyl­ko u swo­je­go syna, któ­ry zresz­tą spra­wiał wra­że­nie, jak­by się go bał. Przy­pusz­cza­ła, że właś­nie z po­wo­du trud­nych re­la­cji z oj­cem Do­mi­nik był wo­bec dzie­ci zbyt ła­god­ny. Nie chciał, aby po­wtó­rzył się sce­na­riusz zna­ny mu do­sko­na­le z ro­dzin­ne­go domu.

Ju­dy­ta na­wet się nie łu­dzi­ła, że przy ro­dzi­nie męża uda jej się swo­bod­nie po­roz­ma­wiać z mat­ką i przy­ja­ciół­ką. Te­ścio­wie, a zwłasz­cza teść, wpro­wa­dza­li dziw­ną at­mos­fe­rę. Kie­dy na ho­ry­zon­cie po­ja­wiał się Fran­ci­szek, po­wie­trze gęst­nia­ło. Dla Ju­dy­ty na­wią­za­nie z nim re­la­cji było trud­ne, bo sama wy­cho­wy­wa­ła się bez ojca, nie mia­ła więc po­ję­cia, jaka po­win­na wy­glą­dać rola męż­czy­zny w ro­dzi­nie. Na­wet ona wie­dzia­ła jed­nak, że teść jest zbyt wy­ma­ga­ją­cy i ostry.

Mat­ka Do­mi­ni­ka była to­tal­nym prze­ci­wień­stwem swo­je­go męża. Ła­god­na, współ­czu­ją­ca, za­an­ga­żo­wa­na i cie­pła. Ju­dy­ta cza­sem ła­pa­ła się na tym, że za­sta­na­wia się, jak taka ko­bie­ta jak Elż­bie­ta prze­ży­ła tyle lat z czło­wie­kiem o tak sil­nym i trud­nym cha­rak­te­rze. Może prze­ci­wień­stwa rze­czy­wi­ście się przy­cią­ga­ją?

Za­dzwo­nił dzwo­nek. Ju­dy­ta prze­pro­si­ła i wsta­ła od sto­łu, ką­tem oka ob­ser­wu­jąc, jak Do­mi­nik sztyw­nie­je. Z dwoj­ga złe­go le­piej, żeby oj­ciec był nie­obec­ny, tak jak jej tata, niż żeby do­ro­słe dzie­ci tak na nie­go re­ago­wa­ły.

Fran­ci­szek uwiel­biał spra­wo­wać kon­tro­lę, nie tyl­ko nad wła­snym ży­ciem. Ni­g­dy nie udzie­lał rad, przy­naj­mniej nie w taki spo­sób, jak więk­szość lu­dzi. Nie mó­wił: „Ja na two­im miej­scu…”, czy: „Uwa­żam, że po­wi­nie­neś zro­bić tak…”. Nie. On po pro­stu wy­da­wał po­le­ce­nia. „Tego nie rób”, „przyj­mij tę pra­cę”, „idź na stu­dia”. Ju­dy­ta przy­pusz­cza­ła, że za­pla­no­wał ży­cie swo­je­mu sy­no­wi, jesz­cze za­nim on przy­szedł na świat. Co cie­ka­we, wo­bec Emi­lii i Mi­le­ny nie był aż tak kry­tycz­ny. Ow­szem, wtrą­cał się do ich ży­cia, ale ro­bił to mniej in­wa­zyj­nie. Elż­bie­ta czę­sto żar­to­wa­ła, że gdy­by Do­mi­nik nie przy­szedł na świat jako trze­cie dziec­ko w ro­dzi­nie, praw­do­po­dob­nie pró­bo­wa­li­by aż do skut­ku, bo ma­rze­niem Fran­cisz­ka było spło­dzić syna i prze­ka­zać da­lej swo­je na­zwi­sko. Cór­ki ko­chał swo­ją dziw­ną mi­ło­ścią, ale to były tyl­ko ko­bie­ty. Nie mia­ły ta­kich moż­li­wo­ści jak męż­czy­zna. Fran­ci­szek cze­kał więc co­raz bar­dziej nie­cier­pli­wie na mę­skie­go po­tom­ka, a kie­dy w koń­cu po­ja­wił się upra­gnio­ny syn, po­sta­no­wił go ukształ­to­wać na swo­je po­do­bień­stwo.

Nie­ste­ty, Do­mi­nik był bar­dziej po­dob­ny do mat­ki, przez co jego uro­da wy­da­wa­ła się taka… ko­bie­ca. Dłu­gie rzę­sy, de­li­kat­na skó­ra, peł­ne usta i wą­skie ra­mio­na. Od ma­łe­go był cho­ro­wi­ty. Co chwi­lę ła­pał mniej i bar­dziej po­waż­ne cho­ro­by. I w ogó­le był ja­kiś taki mało mę­ski ten je­dy­ny syn Fran­cisz­ka. Oj­ciec głę­bo­ko wie­rzył w to, że Do­mi­nik pój­dzie w jego śla­dy i zo­sta­nie pro­ku­ra­to­rem, jed­nak jemu za­ma­rzy­ło się la­ta­nie. Fran­ci­szek, dla któ­re­go ca­łym świa­tem były pa­ra­gra­fy i ustę­py, nie ro­zu­miał tej fa­scy­na­cji syna. Przez cały czas pró­bo­wał prze­ko­nać go do swo­ich ra­cji, ale Do­mi­nik jak­by się za­ciął. La­ta­nie i la­ta­nie – tyl­ko to mu było w gło­wie. Po­sta­no­wił, że zo­sta­nie pi­lo­tem. Niby za­wód nie taki zły, ale co pro­ku­ra­tor, to pro­ku­ra­tor. Na ho­no­rze Fran­cisz­ka po­ja­wi­ła się ska­za, kie­dy po la­tach żona uświa­do­mi­ła mu, że syn za­ra­bia o wie­le wię­cej od nie­go, ale i tak uwa­żał, że Do­mi­nik źle wy­brał swo­ją ży­cio­wą dro­gę.

Ju­dy­ta wie­dzia­ła, jak bar­dzo mąż prze­ży­wa brak ak­cep­ta­cji ze stro­ny ojca, dla­te­go na każ­dym kro­ku pró­bo­wa­ła go do­war­to­ścio­wać. W tym czter­dzie­sto­let­nim męż­czyź­nie wciąż wi­dzia­ła ma­łe­go chłop­ca, któ­ry pró­bu­je spro­stać wy­ma­ga­niom taty. Żal jej było męża. Nie za­słu­żył so­bie na taki los, na­wet je­śli ją okła­my­wał.

Otwo­rzy­ła drzwi. Do domu wpa­ro­wa­ła naj­star­sza z ro­dzeń­stwa Mi­le­na ze swo­im mę­żem i trój­ką dzie­ci w wie­ku na­sto­let­nim. Sie­dem­na­ście, pięt­na­ście i czter­na­ście lat – syn i cór­ki szwa­gier­ki przy­szli na świat nie­mal rok po roku. Ju­dy­ta skry­cie po­dzi­wia­ła sio­strę Do­mi­ni­ka. Pa­mię­ta­ła, jak to wy­glą­da­ło, kie­dy jej dzie­ci były małe. Nie spa­ła po no­cach, mia­ła wra­że­nie, że doba jest sta­now­czo zbyt krót­ka. Nie wy­obra­ża­ła so­bie, jak po­ra­dzi­ła so­bie Mi­le­na, po­mię­dzy dzieć­mi któ­rej była tak mała róż­ni­ca wie­ku.

– Cześć, cio­ciu. Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go z oka­zji rocz­ni­cy ślu­bu – wy­rzu­ci­ła z sie­bie Ka­ro­li­na, naj­młod­sza, i już po­bie­gła do sa­lo­nu, żeby przy­wi­tać się z Ju­lią.

Ju­dy­ta li­czy­ła, że obec­ność ku­zy­no­stwa po­pra­wi cór­ce hu­mor.

– Są już ro­dzi­ce? – za­py­ta­ła Mi­le­na, rzu­ca­jąc ner­wo­we spoj­rze­nie w stro­nę po­ko­ju, w któ­rym ze­bra­li się już go­ście.

– Prze­cież na pod­jeź­dzie nie ma ich sa­mo­cho­du – po­wie­dział Ka­mil, jej mąż. – Cześć, Ju­dyt­ko! – Uca­ło­wał go­spo­dy­nię w po­li­czek. – Wszyst­kie­go do­bre­go!

Do­mi­nik nie­śmia­ło wy­chy­lił się z po­ko­ju i przy­wi­tał z sio­strą i szwa­grem. Kie­dy Ju­dy­ta po­zna­ła ro­dzi­nę swo­je­go – wte­dy jesz­cze przy­szłe­go – męża, mia­ła wra­że­nie, że oto tra­fi­ła na plan ame­ry­kań­skie­go se­ria­lu, w któ­rym wszy­scy się ko­cha­ją i są wo­bec sie­bie ser­decz­ni. Z bie­giem lat za­czę­ła jed­nak do­strze­gać po­je­dyn­cze pęk­nię­cia na tym ide­al­nym wi­ze­run­ku. Wszy­scy żyli ze sobą bli­sko, bo tego wy­ma­gał oj­ciec, ale ich kon­tak­ty były na­zna­czo­ne swe­go ro­dza­ju sztucz­no­ścią.

– No, chodź do mnie! – Mi­le­na wy­cią­gnę­ła ręce w stro­nę bra­ta, żeby go uści­skać. – Pięk­na rocz­ni­ca, gra­tu­lu­ję wam!

Dzwo­nek za­dzwo­nił po raz ko­lej­ny. Fran­ci­szek tra­dy­cyj­nie nie cze­kał na to, aż ktoś otwo­rzy mu drzwi, tyl­ko na­ci­snął klam­kę i bez par­do­nu wtar­gnął do środ­ka. Elż­bie­ta szła za nim, jak za­wsze lek­ko za­kło­po­ta­na bez­po­śred­nio­ścią męża. Ju­dy­cie przy­szło do gło­wy, że całe ży­cie te­ścio­wej spro­wa­dza się do za­cie­ra­nia wra­że­nia, któ­re spra­wiał Fran­ci­szek.

– Dzień do­bry. Mamo, tato, za­pra­sza­my do środ­ka! – Ju­dy­ta spraw­nie we­szła w wy­uczo­ną rolę. Dłu­go mia­ła pro­blem ze zwra­ca­niem się per „mamo” i „tato” do w grun­cie rze­czy ob­cych lu­dzi, ale te­raz te sło­wa już gład­ko prze­cho­dzi­ły jej przez gar­dło.

W przed­po­ko­ju zro­bi­ło się małe za­mie­sza­nie. Mi­le­na po­pchnę­ła Wojt­ka i We­ro­ni­kę, swo­je star­sze dzie­ci, w stro­nę sa­lo­nu, aby zro­bi­li miej­sce dla dziad­ków. Ju­dy­ta po mi­nie na­sto­lat­ków wnio­sko­wa­ła, że są rów­nie za­do­wo­le­ni z ko­niecz­no­ści spę­dze­nia po­po­łu­dnia w ro­dzin­nym gro­nie co Jul­ka.

An­tek wła­śnie cią­gnął dziad­ka za rę­kaw, pró­bu­jąc zwró­cić na sie­bie jego uwa­gę. Ju­dy­ta chcia­ła go od­cią­gnąć, ale Fran­ci­szek za­pro­te­sto­wał. Kie­dy Ju­dy­ta była w cią­ży, tro­chę oba­wia­ła się tego, jak teść bę­dzie trak­to­wał wnu­ka. Wpraw­dzie mia­ła już ja­kieś spo­strze­że­nia, bo An­tek miał być czwar­tym wnu­kiem Fran­cisz­ka, ale ża­den z chłop­ców nie był sy­nem Do­mi­ni­ka. A to wła­śnie Do­mi­nik był tym, któ­ry naj­bar­dziej roz­cza­ro­wy­wał ojca. Jej oba­wy oka­za­ły się bez­pod­staw­ne. An­tek z mar­szu zdo­był ser­ce dziad­ka. Go­łym okiem było wi­dać, że fa­wo­ry­zu­je naj­młod­sze z wnu­cząt. Kie­dy brał ma­łe­go na ręce albo czy­tał mu baj­kę, Do­mi­nik przy­pa­try­wał się tym sce­nom z na­pię­ciem i smut­kiem. O czym wte­dy my­ślał? Czy wła­śnie o tym, cze­go sam nie otrzy­mał od ojca?

Fran­ci­szek wziął Ant­ka na ręce i moc­no go do sie­bie przy­tu­lił.

– Dziad­ku, a po­ba­wi­my się tym ze­sta­wem żoł­nie­rzy­ków, któ­ry ostat­nio od cie­bie do­sta­łem?

– Nie dzi­siaj.

– Ale dla­cze­go? – za­py­tał za­wie­dzio­ny ma­lec.

– Bo mamy waż­ną ro­dzin­ną uro­czy­stość. Twoi ro­dzi­ce po­bra­li się do­kład­nie pięt­na­ście lat temu – wy­tłu­ma­czył cier­pli­wie Fran­ci­szek. – Pa­mię­tasz, co ci kie­dyś mó­wi­łem? Ro­dzi­na za­wsze po­win­na być na pierw­szym miej­scu, praw­da? Trze­ba spę­dzać ze sobą jak naj­wię­cej cza­su.

An­tek ze smut­ną miną po­twier­dził ski­nie­niem gło­wy.

Praw­dę mó­wiąc, Ju­dy­cie nie po­do­ba­ło się, że teść an­ga­żu­je Ant­ka w za­ba­wy w woj­nę. Kie­dy dzia­dek spre­zen­to­wał chłop­cu ze­staw żoł­nie­rzy­ków, po­sta­no­wi­ła de­li­kat­nie zwró­cić mu uwa­gę. Wy­słu­cha­ła wte­dy ca­łej ty­ra­dy na te­mat ko­rzy­ści z obo­wiąz­ko­wej służ­by woj­sko­wej, więc dała so­bie spo­kój. Nie do­strze­ga­ła naj­mniej­sze­go związ­ku mię­dzy jed­nym a dru­gim, ale na­uczy­ła się, że cza­sem le­piej od­pu­ścić.

Ju­dy­ta usa­dzi­ła go­ści przy sto­le. Każ­de­go roku wy­da­wa­ło jej się, że or­ga­ni­za­cja przy­ję­cia dla dzie­się­ciu do­ro­słych osób i sied­mior­ga dzie­ci prze­kra­cza jej moż­li­wo­ści lo­gi­stycz­ne, a jed­nak znów sta­nę­ła na wy­so­ko­ści za­da­nia. W ży­ciu by się nie przy­zna­ła, że część dań, któ­re za­mie­rza­ła za­ser­wo­wać, po­cho­dzi z ca­te­rin­gu. Rów­nie do­brze mo­gła­by wprost oznaj­mić, że so­bie nie ra­dzi. Je­dy­nie Mal­wi­na i Jo­lan­ta wie­dzia­ły, jak wiel­kim stre­sem dla Ju­dy­ty jest każ­da ro­dzin­na uro­czy­stość. I tyl­ko one zo­sta­wa­ły po przy­ję­ciu, żeby po­móc jej po­sprzą­tać. Nikt z ro­dzi­ny męża na­wet nie wpadł­by na to, że Ju­dy­ta może po­trze­bo­wać po­mo­cy. U nich każ­dy ra­dził so­bie sam, a na­wet je­śli so­bie nie ra­dził, ni­g­dy nie mó­wił o tym na głos.

– Nie ma jesz­cze Emi­lii? – Fran­ci­szek sap­nął z nie­za­do­wo­le­niem. – Oni za­wsze mu­szą się spóź­nić.

– Spo­koj­nie, jest jesz­cze czas – za­in­ter­we­nio­wa­ła Ju­dy­ta. – Mają dzie­sięć mi­nut. Kto się na­pi­je kawy albo her­ba­ty?

Ze­bra­ła za­mó­wie­nia i szyb­kim kro­kiem po­szła do kuch­ni. Do­pie­ro tam po­zwo­li­ła so­bie na gło­śne wes­tchnie­nie. Jej ser­ce wy­bi­ja­ło nie­spo­koj­ny rytm. Nie zno­si­ła, po pro­stu nie­na­wi­dzi­ła ta­kich spę­dów. To nie był jej świat. Kie­dyś ma­rzy­ła o tym, żeby stać się czę­ścią ta­kiej ro­dzi­ny. Te­raz od­da­ła­by wszyst­ko, żeby za­szyć się w dwu­po­ko­jo­wym, za­nie­dba­nym miesz­ka­niu na osie­dlu Woj­ska Pol­skie­go, zdjąć tę nie­wy­god­ną su­kien­kę, w któ­rej czu­ła się jak idiot­ka, wło­żyć kap­cie i po­ło­żyć się na ka­na­pie, któ­ra lata świet­no­ści ma już zde­cy­do­wa­nie za sobą. Po­zo­ry – czy wszyst­kie ro­dzi­ny z wyż­szych sfer wła­śnie nimi żyją?

Ob­ró­ci­ła się i dys­kret­nie zer­k­nę­ła, czy nikt jej się nie przy­pa­tru­je. Nie. Fran­ci­szek sie­dział u szczy­tu sto­łu i opo­wia­dał ja­kiś mało za­baw­ny dow­cip. W od­po­wied­nim mo­men­cie wszy­scy, na­wet Mal­wi­na i Jo­lan­ta, wy­buch­nę­li śmie­chem. Co ten męż­czy­zna miał w so­bie, że w każ­dym bu­dził re­spekt? Lu­dzie tań­czy­li, jak im za­grał. To było nie­sa­mo­wi­te. Prze­ra­ża­ją­ce, ale na swój spo­sób nie­sa­mo­wi­te.

Ju­dy­ta włą­czy­ła eks­pres do kawy i wsta­wi­ła wodę na her­ba­tę. Bez­sze­lest­nie po­de­szła do szaf­ki i wy­ję­ła z niej kie­li­szek. Za­mie­rza­ła po­sta­wić wino na sto­le, ale za­nim to zro­bi, chy­ba nic nie stoi na prze­szko­dzie, żeby po­cią­gnę­ła so­lid­ny łyk. Na­la­ła so­bie al­ko­ho­lu. W kil­ka se­kund opróż­ni­ła cały kie­li­szek. Nie mia­ła cza­su na de­lek­to­wa­nie się, go­ście cze­ka­li, mu­sia­ła wra­cać do sto­łu.

Za­mar­ła, kie­dy usły­sza­ła za sobą ja­kiś ruch. Prze­ko­na­na, że zo­sta­ła przy­ła­pa­na na go­rą­cym uczyn­ku, po­wo­li się od­wró­ci­ła, ale ku swo­jej ogrom­nej uldze zo­ba­czy­ła, że to tyl­ko Woj­tek, syn Mi­le­ny.

– Eeee, cio­ciu… – bąk­nął za­kło­po­ta­ny na­sto­la­tek. – Dzia­dek pro­sił, żeby cię za­py­tać, czy nie masz cze­goś moc­niej­sze­go.

Mia­ła. Oczy­wi­ście, że mia­ła. Mo­gła nie mieć w domu ja­jek, wę­dli­ny czy ziem­nia­ków, ale nie al­ko­ho­lu.

– Za­raz przy­nio­sę. – Uśmiech­nę­ła się do chło­pa­ka, my­śląc, że ma go już z gło­wy, ale on ani drgnął. – Coś jesz­cze? – za­py­ta­ła to­nem, któ­ry na­wet jej sa­mej wy­dał się zbyt na­pa­stli­wy.

– Nie, nic, tyl­ko…

– Tak?

– Mo­gli­by­śmy pójść z Jul­ką, Ka­ro­li­ną i We­ro­ni­ką na górę i po­grać na kon­so­li?

– Wy­klu­czo­ne! Wra­caj do sa­lo­nu, za­raz przyj­dę i przy­nio­sę dziad­ko­wi coś do pi­cia.

Woj­tek wzru­szył ra­mio­na­mi, ob­ró­cił się na pię­cie i już go nie było.

Ju­dy­ta otwo­rzy­ła szaf­kę, w któ­rej trzy­ma­ła al­ko­hol. Do wy­bo­ru, do ko­lo­ru. Wino, whi­sky, gin, ko­niak, bran­dy, wód­ka… Wy­dę­ła usta, za­sta­na­wia­jąc się, czym ura­czyć te­ścia. Prze­ko­na­ła się już wie­le razy, że co­kol­wiek mu poda, on naj­pew­niej bę­dzie nie­za­do­wo­lo­ny. Kie­dyś się tym przej­mo­wa­ła, te­raz już nie. Zła­pa­ła pierw­szą z brze­gu bu­tel­kę i za­nio­sła ją do sa­lo­nu.

– Pla­no­wa­łam po­dać wino do obia­du, a póź­niej… – za­czę­ła, sta­wia­jąc przed te­ściem bu­tel­kę bran­dy, ale nie po­zwo­lił jej do­koń­czyć.

– Lu­bię so­bie wy­pić kie­li­szek przed je­dze­niem. Nie masz ko­nia­ku?

– Mam. – Ju­dy­ta zmu­si­ła się do uśmie­chu. – Za­raz ci przy­nio­sę.

Przy­pusz­cza­ła, że gdy­by przy­nio­sła ko­niak, Fran­ci­szek po­pro­sił­by o bran­dy. Jak Elż­bie­ta z nim wy­trzy­my­wa­ła?

Za każ­dym ra­zem, kie­dy za­my­ka­ła drzwi za te­ścia­mi, od­dy­cha­ła z ulgą i za­czy­na­ła do­ce­niać swo­je­go męża. Do­mi­nik nie był wca­le taki zły. Gdy­by ze­sta­wić go z jego oj­cem, oka­za­ło­by się, że jest ide­al­ny. Czło­wiek bez ska­zy. No, może z jed­ną. Kom­plet­nie nie in­te­re­so­wał się wła­sną żoną.

Dzwo­nek za­dzwo­nił, kie­dy wy­cho­dzi­ła z kuch­ni z bu­tel­ką ko­nia­ku w ręce. Za­wa­ha­ła się, ale uzna­ła, że nic się nie sta­nie, je­śli teść jesz­cze chwi­lę po­cze­ka. Otwo­rzy­ła drzwi. Gdy Emi­lia wcho­dzi­ła do środ­ka wraz z ro­dzi­ną, w przed­po­ko­ju po­ja­wił się Do­mi­nik, aby przy­wi­tać się z sio­strą. Ju­dy­ta szyb­ko się ulot­ni­ła i wró­ci­ła do Fran­cisz­ka. Po­sta­wi­ła przed nim bu­tel­kę ko­nia­ku, nie pa­trząc mu w oczy.

– A mo­głaś ka­zać im cze­kać przed drzwia­mi! – sap­nął z obu­rze­niem teść. – Kto póź­no przy­cho­dzi, sam so­bie szko­dzi!

Ju­dy­ta za­trzy­ma­ła wzrok na te­ścio­wej, któ­ra ze wsty­dem spu­ści­ła gło­wę. Tak, to nie bę­dzie ła­twe po­po­łu­dnie.

Roz­dział 2

Jako ostat­nie z przy­ję­cia wy­szły Jo­lan­ta i Mal­wi­na, chwi­lę po Mi­le­nie i Ka­mi­lu z dzieć­mi. Po­mo­gły Ju­dy­cie uprząt­nąć roz­gar­diasz. An­tek przy­sy­piał na ka­na­pie, Jul­ka za­szy­ła się w swo­im po­ko­ju, a Ju­dy­ta nie mo­gła się do­cze­kać, aż wszy­scy pój­dą i da­dzą jej świę­ty spo­kój. Pięt­na­ście lat temu Ju­dy­ta nie spo­dzie­wa­ła się, że wła­śnie tak bę­dzie wy­glą­dać jej ży­cie. Pa­trzy­ła w przy­szłość z opty­mi­zmem. Do­mi­nik był jej pierw­szym męż­czy­zną, a ona jego pierw­szą ko­bie­tą. Tak jej przy­naj­mniej po­wie­dział. Mal­wi­na i inne ko­le­żan­ki z więk­szą lub mniej­szą sku­tecz­no­ścią uma­wia­ły się na rand­ki z róż­ny­mi fa­ce­ta­mi, a ona była szczę­śli­wa, bo od razu do­brze tra­fi­ła. Zwią­zek z Do­mi­ni­kiem za­pew­niał jej sta­bi­li­za­cję, któ­rą bar­dzo so­bie ce­ni­ła. Od po­cząt­ku mię­dzy nimi było ja­koś tak… spo­koj­nie. Żad­nych fa­jer­wer­ków, wy­bu­chów, mi­ło­snych unie­sień. Ju­dy­ta nic so­bie z tego jed­nak nie ro­bi­ła. Tłu­ma­czy­ła, że ro­man­tyzm jest do­bry w sce­na­riu­szach hol­ly­wo­odz­kich pro­duk­cji albo na kar­tach po­wie­ści. W ży­ciu waż­niej­szy był prag­ma­tyzm. Mal­wi­na wpraw­dzie su­ge­ro­wa­ła jej, że Do­mi­nik jest dziw­ny, ale Ju­dy­ta tłu­ma­czy­ła to jego ła­god­nym cha­rak­te­rem. Ow­szem, był ja­kiś taki mięk­ki, ale czy to źle?

Przy go­ściach piła nie­wie­le. Po­tra­fi­ła się po­ha­mo­wać, dla­te­go wie­rzy­ła, że nie ma pro­ble­mu. Nie chcia­ła ro­bić z sie­bie po­śmie­wi­ska. Wie­dzia­ła, jak lu­dzie pa­trzą na pi­ja­ną ko­bie­tę. Ju­dy­ta ni­g­dy nie upi­ja­ła się do nie­przy­tom­no­ści. Po pro­stu wie­czo­ra­mi wy­pi­ja­ła lamp­kę wina, cza­sem dwie. Co­dzien­nie cze­ka­ła na mo­ment, kie­dy dzie­ci w koń­cu pój­dą spać, a ona bę­dzie mo­gła się na­pić. Jej my­śli krą­ży­ły wo­kół al­ko­ho­lu od rana, ale wciąż to­wa­rzy­szy­ło jej złu­dze­nie kon­tro­li. Po­tra­fi­ła być bar­dzo cier­pli­wa w swo­im nie­pi­ciu. Nie chcia­ła da­wać sy­gna­łów ostrze­gaw­czych ani so­bie, ani oto­cze­niu. Dla­te­go do­pie­ro kie­dy za­mknę­ła drzwi za ostat­ni­mi go­ść­mi i upew­ni­ła się, że Do­mi­nik po­szedł na górę po­ło­żyć Ant­ka, na­la­ła so­bie pe­łen kie­li­szek i z ulgą od­da­ła się je­dy­nej czyn­no­ści, któ­ra ją uspo­ka­ja­ła.

Usia­dła przy bla­cie w kuch­ni i przez dłuż­szą chwi­lę wpa­try­wa­ła się tępo w kie­li­szek, ce­le­bru­jąc chwi­lę spo­ko­ju i ci­szy. Pew­nie gdy­by spoj­rza­ła na sie­bie z ze­wnątrz, do­strze­gła­by, jak ża­ło­sny był ten ob­ra­zek. Ale mo­gła być spo­koj­na. Nikt jej nie za­uwa­ży, nikt nie oce­ni. Do­mi­ni­ko­wi jej pi­cie prze­szka­dza­ło tyl­ko wte­dy, gdy w po­bli­żu była jego ro­dzi­na. Kie­dy drzwi za­my­ka­ły się za jego ro­dzi­ca­mi czy sio­stra­mi, Ju­dy­ta na po­wrót sta­wa­ła się trans­pa­rent­na. Kil­ka razy na koń­cu ję­zy­ka mia­ła py­ta­nie, po co on wła­ści­wie się z nią oże­nił. Nie za­py­ta­ła, mimo że po al­ko­ho­lu sta­wa­ła się od­waż­niej­sza, za­czep­niej­sza. Na to jed­nak ni­g­dy nie star­czy­ło jej śmia­ło­ści. Nie przy­pusz­cza­ła, że Do­mi­nik mógł­by się zdo­być na akt od­wa­gi i od­po­wie­dzieć jej szcze­rze, ale co, je­śli to zro­bi? Czy bę­dzie po­tra­fi­ła za­ak­cep­to­wać praw­dę, od­na­leźć się w rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej była tyl­ko na­rzę­dziem w grze, któ­rej re­guł nie poj­mo­wa­ła?

Dzie­ci. Musi kie­ro­wać się przede wszyst­kim ich do­brem. Z tą my­ślą na­la­ła so­bie ko­lej­ny kie­li­szek i wy­pi­ła go jed­nym hau­stem. Naj­gor­sze było to, że wino jej po pro­stu sma­ko­wa­ło. Piła je jak sok, colę czy inny bez­al­ko­ho­lo­wy na­pój. Zresz­tą już daw­no uod­por­ni­ła się na jego dzia­ła­nie. Wino prze­sta­ło za­głu­szać my­śli.

Usły­sza­ła kro­ki na scho­dach, a po chwi­li w kuch­ni po­ja­wił się Do­mi­nik. Mi­nął ją obo­jęt­nie i pod­szedł do lo­dów­ki, z któ­rej wy­cią­gnął małą bu­tel­kę wody nie­ga­zo­wa­nej. Ju­dy­ta przy­pa­try­wa­ła mu się w sku­pie­niu. Ob­ser­wo­wa­ła usta, któ­rych od tak daw­na nie do­ty­ka­ła, po­ru­sza­ją­cy się mia­ro­wo prze­łyk i to wzno­szą­cą się, to opa­da­ją­cą klat­kę pier­sio­wą. Mąż był dla niej w za­sa­dzie ob­cym czło­wie­kiem. Ni­g­dy tak na­praw­dę go nie po­zna­ła.

O czym my­ślał, cze­go pra­gnął, za czym tę­sk­nił, kogo ko­chał?

– Nie po­świę­tu­jesz ze mną? – za­py­ta­ła bar­dziej na­pa­stli­wie, niż pla­no­wa­ła.

Do­mi­nik spoj­rzał na nią ze zdzi­wie­niem, zu­peł­nie jak­by do­pie­ro te­raz do­strzegł jej obec­ność. Za­trzy­mał wzrok na opróż­nio­nej do po­ło­wy bu­tel­ce wina. Nie­od­łącz­nym atry­bu­cie jego żony.

– Wiesz, że mu­szę wstać wcze­śnie – po­wie­dział, pod­cho­dząc do niej nie­pew­nie.

Ju­dy­ta po­kle­pa­ła krze­sło obok sie­bie, za­chę­ca­jąc męża, aby z nią usiadł. Do­mi­nik za­wa­hał się, ale po­słusz­nie wy­ko­nał to nie­wy­po­wie­dzia­ne po­le­ce­nie.

– To gdzie ju­tro bę­dziesz? W Pa­ry­żu, Bar­ce­lo­nie, Am­ster­da­mie?

Do­sko­na­le zda­wa­ła so­bie z tego spra­wę, że Do­mi­nik na­wet nie po­sta­wi sto­py na fran­cu­skiej, hisz­pań­skiej czy ho­len­der­skiej zie­mi. Nie bę­dzie miał ku temu oka­zji. To już nie były te cza­sy, kie­dy za­ło­ga po wy­lą­do­wa­niu opusz­cza­ła po­kład i wra­ca­ła do kra­ju na­stęp­ne­go dnia. Te­raz li­nie lot­ni­cze, na­sta­wio­ne na zysk, dba­ły o to, żeby w jak naj­krót­szym cza­sie ob­słu­żyć jak naj­więk­szą licz­bę pa­sa­że­rów. W cią­gu jed­ne­go dnia Do­mi­nik miał dwa albo czte­ry loty. Na przy­kład z Kra­ko­wa do Rzy­mu, z Rzy­mu do Kra­ko­wa, z Kra­ko­wa do Lon­dy­nu i z Lon­dy­nu do Kra­ko­wa, jak ostat­nio. Te dni były dla pi­lo­tów szcze­gól­nie trud­ne, bo mu­sie­li przy­go­to­wać czte­ry star­ty, lą­do­wa­nia i pla­ny lo­tów pod­czas dwu­dzie­sto­pię­cio­mi­nu­to­wych tran­zy­tów.

– W Do­rt­mun­dzie – od­po­wie­dział Do­mi­nik, zgnia­ta­jąc w dło­ni pu­stą bu­tel­kę.

– Tyl­ko?

– Tak, ju­tro lecę tyl­ko do Do­rt­mun­du i wra­cam.

Ju­dy­ta za­trzy­ma­ła wzrok na jego zmę­czo­nej twa­rzy. Mia­ła ocho­tę go przy­tu­lić, ale się po­wstrzy­ma­ła. Nie wie­dzia­ła, czy to efekt wy­pi­te­go al­ko­ho­lu, czy po­trze­ba bli­sko­ści dru­gie­go czło­wie­ka. A je­śli to dru­gie, czy cho­dzi­ło jej wła­śnie o Do­mi­ni­ka, czy też mógł­by to być kto­kol­wiek? Czy jesz­cze tli­ły się w niej reszt­ki uczu­cia? Nie po­tra­fi­ła od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie. Kie­dy za nie­go wy­cho­dzi­ła, ko­cha­ła go. Była tego pew­na. Nie wie­dzia­ła jed­nak, ile z tej mi­ło­ści po­zo­sta­ło.

– Faj­nie – wy­mam­ro­ta­ła pod no­sem, bo nie wie­dzia­ła, co jesz­cze mo­gła­by po­wie­dzieć.

Za­pa­dła ci­sza. Do­mi­nik wy­glą­dał na zmie­sza­ne­go, jak­by i jego krę­po­wa­ła ta roz­mo­wa-nie­roz­mo­wa.

– A ty masz ja­kieś pla­ny na ju­tro? – za­py­tał w koń­cu.

Ju­dy­tę bo­la­ło, że nikt z ro­dzi­ny nie uwa­żał jej za­ję­cia za nor­mal­ną pra­cę. Na­wet jej mat­ka są­dzi­ła, że to tyl­ko ka­prys znu­dzo­nej pani domu. Jo­lan­ta ni­g­dy nie po­wie­dzia­ła­by tego gło­śno, ale Ju­dy­ta do­sko­na­le zda­wa­ła so­bie spra­wę z tego, że mat­ka spo­dzie­wa­ła się, iż cór­ka szyb­ko stra­ci za­pał i zre­zy­gnu­je. Ku zdu­mie­niu wszyst­kich, Ju­dy­ta zaj­mo­wa­ła się or­ga­ni­za­cją ślu­bów już od pra­wie dzie­się­ciu lat, i szło jej to cał­kiem nie­źle. Po­tra­fi­ła na jed­nej ta­kiej im­pre­zie za­ro­bić na­wet osiem ty­się­cy zło­tych, nikt jed­nak nie na­zy­wał jej za­ję­cia pra­cą, bo prze­cież nie wy­cho­dzi­ła co­dzien­nie rano do biu­ra i bra­ła zle­ce­nia, je­śli mia­ła na to ocho­tę.

– Mam spo­tka­nie z jed­ną z klien­tek. – Ju­dy­ta do­la­ła so­bie wina i ze zdzi­wie­niem od­kry­ła, że wy­pi­ła już pra­wie całą bu­tel­kę. – Ale jesz­cze nie wiem, czy po­dej­mę się tej współ­pra­cy.

– Dla­cze­go?

– Mam dziw­ne wra­że­nie, że ta dziew­czy­na wca­le nie chce ślu­bu i szu­ka nie tyle or­ga­ni­za­tor­ki we­se­la, ile ra­czej ko­goś, kto utwier­dzi ją w prze­ko­na­niu, że po­dej­mu­je słusz­ną de­cy­zję – wy­zna­ła Ju­dy­ta z roz­bra­ja­ją­cą szcze­ro­ścią.

Za­sko­czy­ły ją wła­sne sło­wa. Za­zwy­czaj za­cho­wy­wa­ła tego typu uwa­gi dla sie­bie.

– To po co się zgo­dzi­ła?

Ju­dy­ta nie była do koń­ca prze­ko­na­na, czy at­mos­fe­ra rze­czy­wi­ście zgęst­nia­ła, czy to tyl­ko pro­jek­cja jej zmę­czo­ne­go umy­słu.

– Do­bre py­ta­nie. Wiesz, to jest mło­da dziew­czy­na z bo­ga­te­go domu, spo­dzie­wa się dziec­ka…

Do­mi­nik ski­nął gło­wą na znak, że ro­zu­mie, i już wsta­wał z krze­sła, ale Ju­dy­ta go za­trzy­ma­ła.

– Kie­dy by­li­śmy gdzieś ra­zem tyl­ko we dwo­je, bez dzie­ci? Kie­dy po­szli­śmy do kina, na ko­la­cję? Mamy pięt­na­stą rocz­ni­cę, po­win­ni­śmy świę­to­wać, a nie sie­dzieć w kuch­ni przy kiep­skiej ja­ko­ści wi­nie i uda­wać, że roz­ma­wia­my.

– To ty pi­jesz kiep­skiej ja­ko­ści wino – po­pra­wił ją Do­mi­nik. – Ju­dy­to, wiesz prze­cież, że dla mnie i dla mo­jej ro­dzi­ny waż­ne jest, aby ta­kie oka­zje ob­cho­dzić w więk­szym gro­nie.

– Dla cie­bie to też jest waż­ne, czy tyl­ko dla nich? – Ju­dy­ta wy­ce­lo­wa­ła pal­cem w stro­nę drzwi, za któ­ry­mi przed kil­ku­dzie­się­cio­ma mi­nu­ta­mi znik­nę­li ostat­ni go­ście.

– Daj spo­kój, nie mamy po dwa­dzie­ścia lat, żeby roz­bi­jać się po knaj­pach.

– Czy­li uwa­żasz, że w wie­ku czter­dzie­stu lat po­win­no się już tyl­ko we­ge­to­wać? – Ju­dy­ta po­de­rwa­ła się z krze­sła i za­chwia­ła się, co ją samą za­nie­po­ko­iło.

Naj­wy­raź­niej wy­pi­ła wię­cej, niż za­mie­rza­ła.

– Nie wiem, o co ci cho­dzi. – Do­mi­nik udał, że nie za­uwa­ża, w ja­kim żona jest sta­nie. – Było miło, przy­jem­nie, a ty jak zwy­kle mu­sisz do­pa­try­wać się we wszyst­kim dru­gie­go dna.

– Miło i przy­jem­nie z two­im oj­cem? Czy ty sie­bie sły­szysz?

Kie­dy do­tarł do niej sens wy­po­wie­dzia­nych wła­śnie słów, na­tych­miast ich po­ża­ło­wa­ła, ale było już za póź­no. Te­mat trud­nych re­la­cji Do­mi­ni­ka z Fran­cisz­kiem był tabu. Znaj­do­wał się na sa­mym szczy­cie li­sty spraw, o któ­rych w tej ro­dzi­nie się po pro­stu nie roz­ma­wia­ło. Każ­dy wie­dział, jaki jest Fran­ci­szek, ale nikt tego nie ko­men­to­wał. Je­śli Ju­dy­ta cze­goś się na­uczy­ła przez tych pięt­na­ście lat mał­żeń­stwa, to tego, że cza­sem war­to uda­wać, iż nie do­strze­ga się nie­wy­god­nej praw­dy. Do­pó­ki nie uwie­ra aż tak bar­dzo, po co co­kol­wiek zmie­niać? Każ­da zmia­na to prze­cież nie­pew­ność. Ni­g­dy nie wia­do­mo, czy spra­wy przy­bio­rą lep­szy, czy gor­szy ob­rót.

– Idę spać, a ty już nie pij, sko­ro ju­tro masz spo­tka­nie z klient­ką – oznaj­mił Do­mi­nik, po czym, nie za­szczy­ciw­szy Ju­dy­ty na­wet spoj­rze­niem, wy­szedł z kuch­ni, zo­sta­wia­jąc ją oszo­ło­mio­ną wi­nem i sło­wa­mi, któ­re nie­spo­dzie­wa­nie pa­dły tego wie­czo­ru.

Czy aż tak chcia­ła zwró­cić na sie­bie uwa­gę, że mu­sia­ła po­su­wać się do naj­tań­szych za­grań? Sku­li­ła się i scho­wa­ła twarz w dło­niach. Za­pła­ka­ła ża­ło­śnie nad sobą i swo­im mał­żeń­stwem. W pięt­na­stą rocz­ni­cę ślu­bu czu­ła się doj­mu­ją­co sa­mot­na, nie­ro­zu­mia­na i, co naj­gor­sze, nie­ko­cha­na.

Roz­dział 3

Tam­te­go wie­czo­ru Do­mi­nik nie mógł za­snąć z pod­eks­cy­to­wa­nia. Kie­dy Ju­dy­ta chwiej­nym kro­kiem we­szła do sy­pial­ni, udał, że śpi, ale w rze­czy­wi­sto­ści my­ślał o nad­cho­dzą­cym dniu. Do­sko­na­le zda­wał so­bie spra­wę z tego, że wspól­na zmia­na to nie to samo co in­tym­ne spo­tka­nie stę­sk­nio­nych ko­chan­ków, ale cie­szył się z tego, że go zo­ba­czy. Po­zna­li się w pra­cy, ale rzad­ko ra­zem la­ta­li. Gra­fi­ki były ukła­da­ne w taki spo­sób, aby żad­ne ro­man­se czy przy­jaź­nie nie uśpi­ły czuj­no­ści za­ło­gi sa­mo­lo­tu. Nie mie­li więc zbyt wie­le oka­zji, żeby wi­dy­wać się na po­kła­dzie. Zresz­tą tam, na gó­rze, każ­dy był za­ję­ty swo­imi spra­wa­mi. Jed­nak sama świa­do­mość, że on bę­dzie tak bli­sko, spra­wia­ła, iż nad­cho­dzą­cy dzień wy­dał się Do­mi­ni­ko­wi mniej kosz­mar­ny od wszyst­kich po­zo­sta­łych.

Kie­dy Ju­dy­ta już spa­ła, utu­lo­na do snu od­po­wied­nią daw­ką al­ko­ho­lu, on wpa­try­wał się w ciem­ność i wy­ła­wiał z za­ka­mar­ków pa­mię­ci ob­raz jego twa­rzy. Ja­sne, sta­ran­nie uło­żo­ne wło­sy, opa­lo­na skó­ra, de­li­kat­ny za­rost i oczy, ach, te oczy, błę­kit­ne w taki prze­szy­wa­ją­cy spo­sób. Za­nim Do­mi­nik po­znał Kac­pra, ni­g­dy nie przy­pusz­czał, że moż­na mieć aż tak nie­bie­skie oczy. Mar­ny był­by z nie­go po­eta: nie na­su­wa­ły mu się żad­ne kon­kret­ne po­rów­na­nia, ale jed­no wie­dział na pew­no – te oczy były bar­dziej błę­kit­ne niż nie­bo, na­wet w zu­peł­nie bez­chmur­ny dzień. Kie­dy Kac­per lu­stro­wał go tym swo­im spoj­rze­niem, Do­mi­nik był w sta­nie obie­cać mu wszyst­ko. Nie po­tra­fił mu ni­cze­go od­mó­wić. Młod­szy ko­cha­nek za­wró­cił mu w gło­wie, spra­wił, że w Do­mi­ni­ku obu­dzi­ły się uczu­cia, o któ­rych ist­nie­niu daw­no już za­po­mniał. Wcze­śniej uda­wa­ło mu się żyć po pro­stu bie­żą­cą chwi­lą. Pły­nął z prą­dem, nie za­sta­na­wiał się, cze­go chce. Każ­de­go dnia wy­peł­niał swo­je obo­wiąz­ki, grzecz­nie od­gry­wał rolę, któ­rą pod­jął, nie po­świę­ca­jąc naj­mniej­szej uwa­gi swo­im emo­cjom i pra­gnie­niom. Włą­czył tryb au­to­ma­tycz­ny i szedł przed sie­bie, nie roz­glą­da­jąc się na boki.

Te­raz już wie­dział, że jego ży­cie moż­na by po­dzie­lić na dwa eta­py – wszyst­ko to, co było przed Kac­prem, i to, co wy­da­rzy­ło się póź­niej, kie­dy już go po­znał. Wie­le razy obie­cy­wał so­bie, że to ko­niec, że po pro­stu wró­ci do ro­dzi­ny i o nim za­po­mni, ale nie po­tra­fił. Ko­cha­nek po­wra­cał do nie­go na ja­wie i we śnie. Nie było dnia, żeby Do­mi­nik o nim nie my­ślał. Roz­są­dek, świa­do­mość, że jest od­po­wie­dzial­ny za żonę i dzie­ci, skła­da­ne sa­me­mu so­bie obiet­ni­ce – to nic nie dało. Za każ­dym ra­zem wra­cał spra­gnio­ny w ra­mio­na uko­cha­ne­go, li­cząc, że ten mu wy­ba­czy. A Kac­per przyj­mo­wał go i da­wał mu to, cze­go nie mo­gła dać mu Ju­dy­ta. Part­ner nie ukry­wał przed nim, że w mię­dzy­cza­sie miał też in­nych ko­chan­ków. Ile mógł cze­kać? Do­mi­nik zwo­dził go od tak daw­na.

Ta­kie wy­zna­nia spra­wia­ły, że Do­mi­nik sza­lał z wście­kło­ści. Chciał być je­dy­ny. Myśl, że inny męż­czy­zna do­ty­ka cia­ła jego uko­cha­ne­go, gła­dzi je, pe­ne­tru­je, była dla nie­go naj­gor­szą mę­czar­nią. Prze­cho­dził ka­tu­sze za każ­dym ra­zem, kie­dy wy­obra­żał so­bie, że to wszyst­ko, co prze­żył w nie­wiel­kiej ka­wa­ler­ce Kac­pra, było udzia­łem rów­nież in­nych męż­czyzn. Sta­rał się o tym nie my­śleć. Nie miał pra­wa być za­zdro­sny. To on miał ro­dzi­nę: dzie­ci, żonę. To on dzie­lił łóż­ko z kimś in­nym. Nie po­wi­nien więc zbyt wie­le wy­ma­gać. A jed­nak wy­ma­gał. Wy­ma­gał i ocze­ki­wał wza­jem­no­ści.

Kac­per był już do­świad­czo­nym ste­war­dem. La­tał od nie­mal de­ka­dy i wcze­śniej współ­pra­co­wał z dwie­ma in­ny­mi li­nia­mi lot­ni­czy­mi. Do­mi­nik lu­bił z nim pra­co­wać, jesz­cze za­nim zbli­ży­li się do sie­bie. Kac­per miał w so­bie coś ta­kie­go, że za­ra­żał in­nych swo­im spo­ko­jem, i na­wet je­śli po­ja­wia­ły się pro­ble­my, na po­kła­dzie nie wy­bu­cha­ła pa­ni­ka. Je­śli kto­kol­wiek był stwo­rzo­ny do tej pra­cy, to wła­śnie on. Był więc naj­wy­żej w hie­rar­chii * i peł­nił funk­cję sze­fa ka­bi­ny, któ­ry jako je­dy­ny spo­śród ste­war­des i ste­war­dów był upraw­nio­ny do wcho­dze­nia do kok­pi­tu. Do­mi­ni­ka szcze­rze cie­szył każ­dy taki kon­takt. Sta­rał się jed­nak za­cho­wać pro­fe­sjo­na­lizm, nie tyl­ko ze wzglę­du na bez­pie­czeń­stwo pa­sa­że­rów. Wo­lał unik­nąć nie­po­trzeb­nych plo­tek, zwłasz­cza że Kac­per nie krył się ze swo­ją orien­ta­cją. Do­mi­nik za­zdro­ścił mu swo­bo­dy, z jaką mó­wił o swo­ich pre­fe­ren­cjach.

*Na po­kła­dzie pod­czas lo­tów śred­nio­dy­stan­so­wych, któ­ry­mi są rej­sy po Eu­ro­pie, są obec­ni dwaj ka­pi­ta­no­wie i ste­war­dzi/ste­war­de­sy: tak zwa­ni num­ber one, num­ber two, num­ber three i num­ber four. Num­berone jest naj­bar­dziej do­świad­czo­ny i ma pod swo­ją opie­ką num­ber four, czy­li ste­war­de­sę bądź ste­war­da z naj­krót­szym sta­żem. W każ­dej ba­zie za­trud­nio­nych jest kil­ka­na­ścio­ro, kil­ka­dzie­się­cio­ro, a na­wet kil­ka­set (w za­leż­no­ści od po­trzeb) ste­war­dów i ste­war­des. Każ­dy z pra­cow­ni­ków ma przy­pi­sa­ny nu­mer w hie­rar­chii. Spo­śród pra­cow­ni­ków z przy­pi­sa­nym nu­me­rem wy­bie­ra się człon­ków za­ło­gi w taki spo­sób, aby pod­czas lotu na po­kła­dzie znaj­do­wa­li się ste­war­dzi i ste­war­de­sy przy­pi­sa­ni do każ­de­go nu­me­ru. Num­ber one i num­ber four są z przo­du, num­ber two i num­ber three z tyłu. Do kok­pi­tu wcho­dzi tyl­ko num­ber one.

Dro­gę z Biel­ska-Bia­łej do Ba­lic po­ko­nał w go­dzi­nę i dzie­sięć mi­nut. Kie­dy przyj­mo­wał się do pra­cy, su­ge­ro­wa­no mu prze­pro­wadz­kę bli­żej lot­ni­ska, bo pi­lot w dni dy­żu­ro­we musi być do dys­po­zy­cji w cią­gu go­dzi­ny. On jed­nak bro­nił się przed tym, bo nie chciał zmie­niać Jul­ce szko­ły i śro­do­wi­ska. Zda­rza­ło się już więc, że gnał z Biel­ska na zła­ma­nie kar­ku, aby zgło­sić się do bazy. Tego dnia rów­nież zna­czą­co prze­kra­czał do­zwo­lo­ną pręd­kość, nie mo­gąc się do­cze­kać ko­lej­ne­go spo­tka­nia.

Kac­per zgry­wał obo­jęt­ne­go. Do­mi­nik wie­dział, że robi to dla jego do­bra, w koń­cu sam go po­pro­sił, żeby nie ob­no­sił się z ich za­ży­ło­ścią, a jed­nak za każ­dym ra­zem, kie­dy ko­cha­nek mi­jał go bez sło­wa, czuł, że cia­sna pę­tla na jego gard­le za­ci­ska się co­raz bar­dziej. Miał wra­że­nie, że zwa­rio­wał, że do­stał roz­dwo­je­nia jaź­ni. Kie­dy był z Ju­dy­tą i dzieć­mi, uwa­żał, że wła­śnie tam jest jego miej­sce. Nie chciał roz­bi­jać ro­dzi­ny, fun­do­wać trau­my Jul­ce i Ant­ko­wi. Ale kie­dy był z Kac­prem, nic in­ne­go się nie li­czy­ło. Chciał zo­stać przy nim i czuł, na­praw­dę czuł, że jest w sta­nie zro­bić wszyst­ko, aby byli ra­zem. Nie uda­wał. Póź­niej wra­cał do domu i wszyst­ko za­czy­na­ło się od nowa. Cza­sem ła­pał się na my­śli, że do­brze by się sta­ło, gdy­by Ju­dy­ta się zo­rien­to­wa­ła. Był zmę­czo­ny ukry­wa­niem się.

– Jak leci? – za­py­tał Kac­pra, kie­dy cała za­ło­ga wcho­dzi­ła na po­kład sa­mo­lo­tu.

Sta­rał się brzmieć neu­tral­nie, a wcze­śniej prze­pro­wa­dził nie­zo­bo­wią­zu­ją­cą po­ga­węd­kę z dru­gim z pi­lo­tów, ale i tak miał wra­że­nie, że wszy­scy wie­dzą. Nie ak­cep­to­wał swo­jej praw­dzi­wej na­tu­ry, stąd ta ob­se­sja.

– W po­rząd­ku, a u cie­bie? Co u żony i dzie­cia­ków? – Kac­per od­bił pi­łecz­kę, a Do­mi­nik w mig zro­zu­miał, że ko­cha­nek wciąż gnie­wa się o to, że ostat­nio nie przy­je­chał, cho­ciaż obie­cał, że znaj­dzie czas.

– Dzię­ku­ję, wszyst­ko do­brze – od­po­wie­dział Do­mi­nik, przy­spie­sza­jąc kro­ku.

Zro­zu­miał, że w ten spo­sób ni­cze­go nie osiąg­nie. Bę­dzie mu­siał cze­kać na bar­dziej sprzy­ja­ją­ce oko­licz­no­ści do roz­mo­wy. Chciał wy­ja­śnić Kac­pro­wi, dla­cze­go nie mógł się z nim spo­tkać. Klient­ka Ju­dy­ty zmie­ni­ła ter­min spo­tka­nia, a on mu­siał ode­brać dzie­ci z przed­szko­la i szko­ły. An­tek był za­ka­ta­rzo­ny. Na­uczy­ciel­ka w przed­szko­lu spoj­rza­ła na nie­go krzy­wo, kie­dy przy­je­chał po syna, i za­su­ge­ro­wa­ła, że cho­re dzie­ci po­win­ny sie­dzieć w domu. Na nic zda­ło się tłu­ma­cze­nie, że to tyl­ko ka­tar. Wie­czo­rem chło­piec do­stał go­rącz­ki. Do­mi­nik nie mógł prze­cież zo­sta­wić prze­zię­bio­ne­go dziec­ka, żeby po­gnać do ko­chan­ka. Miał swo­je zo­bo­wią­za­nia i Kac­per mu­siał to zro­zu­mieć.

Lot był spo­koj­ny i prze­biegł bez więk­szych za­kłó­ceń. Słoń­ce świe­ci­ło wy­so­ko, kie­dy Do­mi­nik lą­do­wał w Do­rt­mun­dzie. La­ta­nie da­wa­ło mu sa­tys­fak­cję, ja­kiej ni­g­dy nie czuł na zie­mi. Pa­mię­tał swój pierw­szy lot w roli pierw­sze­go ofi­ce­ra. Le­ciał wte­dy do Gi­ro­ny. Mimo że od­był set­ki go­dzin szko­leń i wy­da­wa­ło mu się, że jest przy­go­to­wa­ny ab­so­lut­nie na wszyst­ko, kie­dy usiadł za ste­ra­mi, przy­tło­czy­ła go od­po­wie­dzial­ność za ży­cie po­nad stu osób znaj­du­ją­cych się na po­kła­dzie sa­mo­lo­tu. To chy­ba wte­dy po raz pierw­szy tak na po­waż­nie po­my­ślał, że prze­cież ci lu­dzie po­wie­rzy­li mu swój los. Czy bę­dzie po­tra­fił udźwi­gnąć tę od­po­wie­dzial­ność? A je­śli coś pój­dzie nie tak? Czy jest wła­ści­wą oso­bą na wła­ści­wym miej­scu? Nie chciał za­wieść tych wszyst­kich przy­pad­ko­wych lu­dzi, sie­bie, a przede wszyst­kim ojca. Bał się, że je­śli coś pój­dzie nie tak, Fran­ci­szek bę­dzie miał sa­tys­fak­cję, że nie po­my­lił się co do syna.

Lata prak­ty­ki i do­świad­cze­nie spra­wi­ły, że po­cząt­ko­we oba­wy się roz­my­ły, jed­nak Do­mi­nik ni­g­dy nie pod­cho­dził do swo­jej pra­cy ru­ty­no­wo. Wie­dział, że to by go zgu­bi­ło, a nie chciał spro­wa­dzać nie­bez­pie­czeń­stwa ani na sie­bie, ani na pa­sa­że­rów. Za­wsze mak­sy­mal­nie sku­pio­ny, w peł­ni za­an­ga­żo­wa­ny. Za drzwia­mi kok­pi­tu zo­sta­wiał wszyst­ko to, co li­czy­ło się na lą­dzie. Już kil­ka razy oca­li­ło mu to skó­rę, jak wte­dy, gdy je­den z sil­ni­ków prze­stał dzia­łać i Do­mi­nik mu­siał pod­jąć bły­ska­wicz­ną de­cy­zję o lą­do­wa­niu awa­ryj­nym. Na po­kła­dzie miał pra­wie sto dwa­dzie­ścia osób. Póź­niej pa­sa­że­ro­wie opo­wia­da­li dzien­ni­ka­rzom, że wy­sy­ła­li SMS-y do bli­skich, cho­ciaż na po­kła­dzie nie było za­się­gu, mo­dli­li się i pła­ka­li. Do­mi­nik zo­stał ob­wo­ła­ny bo­ha­te­rem. To była naj­po­waż­niej­sza z uste­rek i naj­trud­niej­sza w jego ży­ciu de­cy­zja. Zda­rza­ło się też, że już na pa­sie star­to­wym urzą­dze­nia po­kła­do­we wy­kry­wa­ły awa­rię albo po star­cie oka­zy­wa­ło się, że nie wsu­nę­ło się pod­wo­zie. W każ­dej z tych sy­tu­acji za­cho­wy­wał jed­nak zim­ną krew. Po wszyst­kim wy­obra­żał so­bie minę ojca, kie­dy ten do­wie się, że jego syn ura­to­wał sy­tu­ację i oca­lił lu­dziom ży­cie. Fran­ci­szek raz tyl­ko po­wie­dział mu: „Do­bra ro­bo­ta”. Niby nie­wie­le, ale Do­mi­nik do­sko­na­le zda­wał so­bie spra­wę, z ja­kim tru­dem przy­szło ojcu wy­po­wie­dze­nie tych słów. Fran­ci­szek uwa­żał, że za złe czy­ny trze­ba ka­rać, a do­bre le­piej prze­mil­czeć. Na tym wła­śnie po­le­ga­ła we­dług nie­go dys­cy­pli­na.

Trwa­ło wy­pa­ko­wy­wa­nie ba­ga­ży pa­sa­że­rów, kie­dy Do­mi­nik zo­stał sam w kok­pi­cie. Wyj­rzał na ze­wnątrz, żeby na­mie­rzyć Kac­pra, i ge­stem za­chę­cił go, żeby do nie­go przy­szedł. Nie mie­li zbyt dużo cza­su. Pierw­szy ofi­cer mógł za­raz wró­cić, a ste­war­de­sy przez cały czas krę­ci­ły się w po­bli­żu.

– Słu­chaj, wiem, że je­steś na mnie zły, ale… – za­czął Do­mi­nik, na co Kac­per par­sk­nął śmie­chem i po­krę­cił z nie­do­wie­rza­niem gło­wą.

– Nie, no co ty! Któ­ry to już raz mnie wy­sta­wi­łeś? Po­słu­chaj, je­stem zmę­czo­ny całą tą sy­tu­acją. Nie chcesz odejść od żony, w po­rząd­ku, ale mnie do tego nie mie­szaj.

– An­tek się roz­cho­ro­wał, a Ju­dy­ty nie było w domu. Nie mia­łem wyj­ścia, mu­sia­łem z nim zo­stać – wy­ja­śnił Do­mi­nik. – Pro­szę, zro­zum mnie… Mam do stra­ce­nia o wie­le wię­cej niż ty.

– Cze­go ty wła­ści­wie ode mnie ocze­ku­jesz? – Kac­per nie­znacz­nie pod­niósł głos. – Nie za­mie­rzam spę­dzić ca­łe­go ży­cia na cze­ka­niu, aż w koń­cu po­dej­miesz ja­kąś de­cy­zję!

– Ja… – Do­mi­nik po­dra­pał się z za­kło­po­ta­niem po gło­wie. – Nie wiem, na­praw­dę nie wiem, co po­wi­nie­nem zro­bić. Pro­szę cię, spo­tkaj­my się. Tym ra­zem nie na­wa­lę, obie­cu­ję.

Kac­per mil­czał przez dłuż­szą chwi­lę. Już daw­no po­wi­nien był za­koń­czyć tę zna­jo­mość, ale po­dob­nie jak Do­mi­nik, nie po­tra­fił. Za bar­dzo mu za­le­ża­ło. Za­an­ga­żo­wał się, mimo że do­tych­czas ra­czej uni­kał sta­łych związ­ków. Sta­bi­li­za­cja nie na­le­ża­ła do jego prio­ry­te­tów. Z Do­mi­ni­kiem jed­nak było ina­czej. Po raz pierw­szy czuł, że tra­fił na czło­wie­ka, przy któ­rym mógł­by za­ko­twi­czyć na dłu­żej. Jak na złość, Do­mi­nik był po uszy uwi­kła­ny w mał­żeń­stwo i ży­cie ro­dzin­ne.

– Kie­dy? – Kac­per ska­pi­tu­lo­wał.

– Dzi­siaj po pra­cy. Wy­my­ślę coś, że­bym mógł zo­stać dłu­żej. Spo­tka­my się?

Kac­per od­wró­cił wzrok. Źle się czuł ze świa­do­mo­ścią, że wra­ca do punk­tu wyj­ścia. Wie­dział, że ten zwią­zek nie ma żad­nej przy­szło­ści. Już daw­no stra­cił na­dzie­ję na to, że Do­mi­nik odej­dzie od żony.

– Do­brze. Spo­tkaj­my się u mnie.

Do­mi­nik i Kac­per ro­bi­li wszyst­ko to, co inne pary. Ra­zem go­to­wa­li, oglą­da­li te­le­wi­zję, słu­cha­li mu­zy­ki, roz­ma­wia­li, ko­cha­li się, przy­tu­la­li… z tą jed­nak róż­ni­cą, że nie byli jak inne pary, z cze­go obaj do­sko­na­le zda­wa­li so­bie spra­wę. Kil­ka spę­dzo­nych wspól­nie chwil sta­no­wi­ło tyl­ko ury­wek co­dzien­no­ści. Do­mi­ni­ko­wi do­skwie­ra­ła świa­do­mość, że nie­dłu­go bę­dzie mu­siał wra­cać do domu, a Kac­per nie po­tra­fił prze­stać my­śleć o tym, że za kil­ka go­dzin jego ko­cha­nek po­ło­ży się spać w łóż­ku, któ­re dzie­lił z żoną. Raz czy dwa razy Kac­per na­wet wi­dział Ju­dy­tę. Przy­je­cha­ła z dzieć­mi na lot­ni­sko, bo ich sy­nek chciał po­oglą­dać star­ty i lą­do­wa­nia sa­mo­lo­tów. Przy oka­zji po­zna­ła współ­pra­cow­ni­ków męża. Mia­ła twarz za­pa­da­ją­cą w pa­mięć. Ani ład­ną, ani brzyd­ką. Po pro­stu cha­rak­te­ry­stycz­ną. Kac­per, mimo swo­jej orien­ta­cji, po­tra­fił do­ce­nić ko­bie­ce pięk­no. Ju­dy­ta pla­so­wa­ła się gdzieś w po­ło­wie. Go­łym okiem było wi­dać, że po­win­na zrzu­cić kil­ka ki­lo­gra­mów, któ­re osa­dzi­ły się przede wszyst­kim w oko­li­cach brzu­cha i bio­der. Rude wło­sy zwra­ca­ły uwa­gę, ale Kac­per nie po­tra­fił oce­nić, czy są na­tu­ral­ne, czy też far­bo­wa­ne, cho­ciaż pie­gi na jej twa­rzy su­ge­ro­wa­ły ra­czej to pierw­sze. Jej oczy były kom­plet­nie bez wy­ra­zu, to­też Kac­per nie po­tra­fił przy­wo­łać w pa­mię­ci ich ko­lo­ru. Zdzi­wił się, kie­dy ją zo­ba­czył. Spo­dzie­wał się, że ta­kie­mu męż­czyź­nie jak Do­mi­nik bę­dzie to­wa­rzy­szyć po­są­go­wa pięk­ność. Wte­dy jesz­cze Kac­per nie był pe­wien orien­ta­cji ka­pi­ta­na, ale miał swo­je po­dej­rze­nia. Śmiał się, że po­sia­da fa­brycz­nie za­mon­to­wa­ny ra­dar na ge­jów. To się czu­je, kie­dy dru­gi męż­czy­zna po pro­stu trak­tu­je cię jak kum­pla, a kie­dy pró­bu­je – na­wet nie­świa­do­mie – z tobą flir­to­wać.

– Twój syn już wy­zdro­wiał? – za­py­tał Kac­per, kie­dy le­że­li zmę­cze­ni w łóż­ku.

Do­mi­nik co­raz bar­dziej ner­wo­wo zer­kał na ze­ga­rek. Ża­ło­wał, że dzień wcze­śniej po­wie­dział Ju­dy­cie o tym Do­rt­mun­dzie. Gdy­by skła­mał, że ma tego dnia za­pla­no­wa­ne czte­ry loty, miał­by wię­cej cza­su dla ko­chan­ka. Z dru­giej stro­ny, skąd mógł wie­dzieć, że Kac­per zgo­dzi się na spo­tka­nie?

– Tak, już wszyst­ko w po­rząd­ku – po­wie­dział Do­mi­nik, nie cią­gnąc te­ma­tu.

Nie lu­bił roz­ma­wiać z Kac­prem o swo­jej ro­dzi­nie. Wie­dział, że ten te­mat jest zbyt bo­le­sny dla nich obu.

– Co mu było? – Kac­per naj­wy­raź­niej wy­ka­zy­wał pew­ne skłon­no­ści ma­so­chi­stycz­ne.

– Zwy­kłe prze­zię­bie­nie, nic ta­kie­go. – Do­mi­nik wzru­szył ra­mio­na­mi.

Ro­zej­rzał się wo­kół sie­bie. Lu­bił to miesz­ka­nie. W nie­wiel­kiej ka­wa­ler­ce Kac­pra prze­żył naj­pięk­niej­sze chwi­le w swo­im ży­ciu. Tam mógł być praw­dzi­wy, nie mu­siał uda­wać. Swo­bo­da, któ­rą czuł przy ko­chan­ku, za­sko­czy­ła go. Seks wy­da­wał mu się do­tych­czas przy­krym obo­wiąz­kiem. Bli­skość bu­dzi­ła w nim lęk. Na samą myśl o tym, że ma przy­tu­lić Ju­dy­tę, po­ca­ło­wać ją czy pójść z nią do łóż­ka, sztyw­niał z prze­ra­że­nia. Z Kac­prem to wy­glą­da­ło ina­czej. Ich re­la­cja była praw­dzi­wa, a seks był tyl­ko do­dat­kiem. Przy­jem­nym, ale nie sta­no­wił isto­ty ich związ­ku, o ile w ogó­le moż­na było na­zwać to związ­kiem. Do­mi­nik za każ­dym ra­zem wy­cho­dził z miesz­ka­nia Kac­pra jed­no­cze­śnie lżej­szy i cięż­szy. Lżej­szy, bo za drzwia­mi ka­wa­ler­ki zrzu­cał swo­ją ma­skę, a uczu­cia przy­bie­ra­ły inny, peł­niej­szy wy­miar. Cięż­szy, bo miał już dość uda­wa­nia, kłamstw. Wie­dział, że rani wszyst­kich wo­kół: Ju­dy­tę, dzie­ci, Kac­pra, jed­nak za­brnął tak da­le­ko, że nie miał po­ję­cia, jak mógł­by się wy­co­fać. Nie po­tra­fił zre­zy­gno­wać ani z ro­dzi­ny, ani z Kac­pra, cho­ciaż z zu­peł­nie róż­nych przy­czyn. Był od­po­wie­dzial­ny za ro­dzi­nę, ale Kac­pra ko­chał.

Kac­per po­dą­żył za roz­bie­ga­nym spoj­rze­niem Do­mi­ni­ka.

– Roz­ma­wia­łem z wła­ści­ciel­ką miesz­ka­nia, czy nie chcia­ła­by go sprze­dać. Mam już dość wy­naj­mo­wa­nia – oznaj­mił na­gle. – Je­śli się nie zgo­dzi, po­szu­kam cze­goś in­ne­go.

– Na­praw­dę? Nic o tym nie wspo­mi­na­łeś – zdzi­wił się Do­mi­nik.

Po­czuł się dziw­nie ze świa­do­mo­ścią, że miał­by się spo­ty­kać z Kac­prem w in­nym miej­scu. W tej ka­wa­ler­ce czuł się jak u sie­bie.

– Je­stem już po trzy­dzie­st­ce, a wy­naj­mo­wa­nie jest do­bre dla stu­den­tów. Chciał­bym mieć coś wła­sne­go. Nie ukry­wam, że wo­lał­bym zo­stać tu­taj, bo po pro­stu lu­bię to miesz­ka­nie, a poza tym mam nie­da­le­ko do pra­cy, ale je­śli wła­ści­ciel­ka się nie zgo­dzi…

– No, a co ona na to wszyst­ko?

Kac­per wstał z łóż­ka, pod­szedł do okna i pod­cią­gnął ro­le­ty. Nie lu­bił, kie­dy w miesz­ka­niu było ciem­no. Opusz­czał je tyl­ko wte­dy, kie­dy ko­chał się z Do­mi­ni­kiem.

– Za­sta­na­wia się. Wiesz, ona ma dzie­ci, po­cząt­ko­wo pla­no­wa­ła zo­sta­wić tę ka­wa­ler­kę któ­re­muś z nich, ale z dru­giej stro­ny pie­nią­dze też by jej się przy­da­ły.

– Chcesz ku­pić za go­tów­kę?

– Mam tro­chę oszczęd­no­ści, ale będę mu­siał do­brać kre­dyt – przy­znał Kac­per, pod­no­sząc spodnie z pod­ło­gi.

– Może po­trze­bu­jesz po­mo­cy? – za­py­tał Do­mi­nik, ale wi­dząc minę ko­chan­ka, od razu tego po­ża­ło­wał.

– Dzię­ki, nie po­trze­bu­ję spon­so­ra.

– To nie tak – zmie­szał się Do­mi­nik. – Mógł­bym ci po­ży­czyć. Nie mu­siał­byś pła­cić od­se­tek.

– Po­ra­dzę so­bie – za­pew­nił Kac­per, wkła­da­jąc ko­szul­kę. Jego wło­sy zmierz­wi­ły się, a Do­mi­nik sam nie wie­dział już, w ja­kiej wer­sji Kac­per mu się bar­dziej po­do­ba. – Poza tym two­ja żona mog­łaby się zdzi­wić, gdy­by z kon­ta na­gle znik­nę­ło kil­ka­dzie­siąt ty­się­cy zło­tych.

Do­mi­nik przy­gryzł war­gę. Wy­da­wa­ło mu się, że Kac­per świa­do­mie i z pre­me­dy­ta­cją wspo­mi­na co chwi­lę o Ju­dy­cie i dzie­ciach.

– Mamy osob­ne kon­ta. – Do­mi­nik nie­chęt­nie pod­niósł się z wy­god­ne­go łóż­ka.

Kac­per uniósł wy­so­ko brwi.

– Ju­dy­ta nie ma do­stę­pu do two­je­go kon­ta?

– Ma, ale…

– No wi­dzisz. Ko­niec te­ma­tu! – Kac­per bar­dzo chciał rzu­cić Do­mi­ni­ko­wi obo­jęt­ne spoj­rze­nie, ale mu nie wy­szło.

Do­mi­nik do­strzegł w jego oczach ogrom­ne po­kła­dy smut­ku. Tak, on też nie zno­sił tych mo­men­tów, kie­dy mu­sie­li się roz­stać, zwłasz­cza że nie wie­dzie­li, kie­dy spo­tka­ją się po raz ko­lej­ny.

– Słu­chaj, spró­bu­ję coś wy­my­ślić w naj­bliż­szym cza­sie i za­dzwo­nię do cie­bie, do­brze? – za­py­tał Do­mi­nik, uni­ka­jąc kon­tak­tu wzro­ko­we­go.

Za­piął pa­sek od spodni i za­czął się roz­glą­dać za ko­szu­lą.

– Pod łóż­kiem – po­wie­dział Kac­per. – Nie obie­cuj, je­śli nie bę­dziesz mógł do­trzy­mać obiet­ni­cy.

Do­mi­nik ski­nął tyl­ko gło­wą i spoj­rzał ża­ło­śnie na ko­chan­ka. Chciał po­dejść do nie­go, przy­tu­lić go, do­tknąć, ale Kac­per scho­wał się już w swo­im pan­ce­rzu.

– Za­dzwo­nię – po­wtó­rzył Do­mi­nik.

– Le­piej już idź, żona za­cznie się o cie­bie mar­twić.

Do­mi­nik schy­lił się i wy­cią­gnął spod łóż­ka swo­ją ko­szu­lę. Bez sło­wa wy­szedł z po­ko­ju, obie­caw­szy so­bie, że na­stęp­nym ra­zem bę­dzie ina­czej.

Kie­dy za­mknął za sobą drzwi do miesz­ka­nia Kac­pra, już wie­dział, że nie do­trzy­ma tej obiet­ni­cy.

Roz­dział 4

Ju­dy­ta sie­dzia­ła nad ter­mi­na­rzem i roz­ło­żo­ny­mi no­tat­ka­mi ze spo­tka­nia z klient­ką. Mo­gła sko­rzy­stać z ga­bi­ne­tu na pię­trze, ale rzad­ko się na to de­cy­do­wa­ła. Wo­la­ła pra­co­wać w kuch­ni, bo uwa­ża­ła to miej­sce za ser­ce domu. Tak na­uczy­ła ją mat­ka. Wszyst­kie spo­tka­nia w ro­dzin­nym domu Ju­dy­ty od­by­wa­ły się wła­śnie w kuch­ni. To tam od­ra­bia­ła lek­cje, uczy­ła się do ma­tu­ry i eg­za­mi­nów. Całe miesz­ka­nie było nie­wiel­kie, a jej po­kój – wręcz mi­kro­sko­pij­ny. Jej sy­tu­acja lo­ka­lo­wa już ja­kiś czas temu ule­gła dia­me­tral­nej zmia­nie zmia­nie, a mimo to wciąż naj­le­piej pra­co­wa­ło jej się w kuch­ni. Poza tym mia­ła stam­tąd wi­dok na Ant­ka, któ­ry osten­ta­cyj­nie lek­ce­wa­żył ist­nie­nie wła­sne­go po­ko­ju i ba­wił się głów­nie w sa­lo­nie. Roz­ło­ży­ła więc pa­pie­ry na bla­cie i usia­dła na wy­so­kim krze­śle. Roz­bo­la­ła ją gło­wa. W pierw­szym od­ru­chu mia­ła ocho­tę na­lać so­bie kie­li­szek wina na ob­ni­że­nie ci­śnie­nia, ale zła­ma­ła­by wte­dy swo­ją za­sa­dę, że poza week­en­da­mi pije tyl­ko wie­czo­rem.

Odło­ży­ła na chwi­lę dłu­go­pis i roz­ma­so­wa­ła pal­ca­mi skro­nie. Z miej­sca, w któ­rym sie­dzia­ła, wi­dzia­ła frag­ment osie­dlo­wej dro­gi i pod­jazd przed ich do­mem. Do­mi­nik już daw­no po­wi­nien być w domu. Ja­kiś czas temu spraw­dzi­ła w sie­ci, czy nie wy­da­rzy­ła się żad­na ka­ta­stro­fa z udzia­łem sa­mo­lo­tu li­nii lot­ni­czej, w któ­rej pra­co­wał jej mąż. Ten od­ruch był bez­wa­run­ko­wy. Wy­pra­co­wa­ła go przez lata mał­żeń­stwa. Do­mi­nik się spóź­niał, pew­nie coś się sta­ło. Kie­dy jed­nak upew­nia­ła się, że mąż jest bez­piecz­ny, po­wra­ca­ły inne wąt­pli­wo­ści. Mo­gła za­dzwo­nić i spraw­dzić, dla­cze­go Do­mi­nik jesz­cze nie wró­cił, ale ni­g­dy tego nie ro­bi­ła. Nie chcia­ła być jed­ną z tych żon, któ­re kon­tro­lu­ją każ­dy ruch męża. Poza tym… bała się tego, co mo­gła­by usły­szeć. Do­mi­nik miał swo­je se­kre­ty, a ona sama nie wie­dzia­ła, czy jest go­to­wa, aby je po­znać. Nie­świa­do­mość mia­ła swo­je plu­sy.

Ju­dy­ta usły­sza­ła, jak cór­ka zbie­ga po scho­dach, a po chwi­li Jul­ka po­ja­wi­ła się w kuch­ni. Za­trzy­ma­ła wzrok na le­żą­cych przed mat­ką kart­kach, po czym po­de­szła do lo­dów­ki. Otwo­rzy­ła ją, po­dra­pa­ła się po gło­wie i za­mknę­ła.

– Jest coś do je­dze­nia? – za­py­ta­ła mat­kę.

– A nie wi­dzia­łaś? – Ju­dy­ta od­po­wie­dzia­ła py­ta­niem na py­ta­nie. – Peł­na lo­dów­ka.

Na­sto­lat­ka się za­wa­ha­ła.

– Zro­bisz mi ka­nap­ki?

– O nie, moja pan­no!

– Do­bra, nie je­stem głod­na – burk­nę­ła Jul­ka. – Taty jesz­cze nie ma?

– Nie. Naj­wy­raź­niej mu coś wy­pa­dło.

– Mogę po­oglą­dać te­le­wi­zję?

Ju­dy­ta wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– A od­ro­bi­łaś lek­cje?

– Tak, mamo. Py­ta­łaś mnie o to pięć razy.

– Wolę się upew­nić. Do­brze, włącz coś, ale bez żad­nych dra­stycz­nych scen, bo po­tem An­tek nie bę­dzie mógł spać.

Jul­ka bez sło­wa wy­szła z kuch­ni. Ju­dy­ta była pew­na, że za naj­wy­żej pięć mi­nut z sa­lo­nu roz­le­gną się od­gło­sy wal­ki, bo kie­dy An­tek zo­ba­czy, że jego sio­stra do­sta­ła po­zwo­le­nie na oglą­da­nie te­le­wi­zji, ta­jem­ni­czym zbie­giem oko­licz­no­ści zo­rien­tu­je się, że wła­śnie jest nada­wa­na jego ulu­bio­na baj­ka. Wpraw­dzie Ju­dy­ta sły­sza­ła od ko­le­ża­nek, że mię­dzy ro­dzeń­stwem co chwi­lę wy­bu­cha­ją gło­śne awan­tu­ry, ale mia­ła na­dzie­ję, że jej uda się tego unik­nąć. Mię­dzy Jul­ką a Ant­kiem było dzie­sięć lat róż­ni­cy. Ju­dy­cie wy­da­wa­ło się więc, że nie będą wcho­dzić so­bie w pa­ra­dę. Nic bar­dziej myl­ne­go.

Wró­ci­ła do stu­dio­wa­nia no­ta­tek ze spo­tka­nia. Umó­wi­ła już wi­zy­tę w sa­lo­nie su­kien ślub­nych i ob­dzwo­ni­ła spraw­dzo­ne re­stau­ra­cje, w któ­rych wcze­śniej or­ga­ni­zo­wa­ła we­se­la i mia­ła pew­ność co do wy­so­kiej ja­ko­ści ob­słu­gi. Za­sta­na­wia­ła się nad za­pro­sze­nia­mi ślub­ny­mi i kar­tecz­ka­mi na stół z na­zwi­ska­mi go­ści. Pan­na mło­da za­su­ge­ro­wa­ła, że chcia­ła­by coś za­baw­ne­go, jej mat­ka upie­ra­ła się na­to­miast przy kla­sy­ce. Co cie­ka­we, Ju­dy­ta nie wie­dzia­ła, ja­kie zda­nie ma ten te­mat przy­szły mąż, bo go nie po­zna­ła. Ży­czy­ła swo­im klient­kom jak naj­le­piej, ale po­dej­rze­wa­ła, że aku­rat to mał­żeń­stwo nie bę­dzie uda­ne, sko­ro pan mło­dy kom­plet­nie nie an­ga­żo­wał się w przy­go­to­wa­nia, a jego na­rze­czo­na sama nie wie­dzia­ła, czy w ogó­le tego ślu­bu chce.

Ju­dy­ta włą­czy­ła lap­top. Fry­zjer­ka, z któ­rą do­tych­czas współ­pra­co­wa­ła, po­szła na urlop ma­cie­rzyń­ski. Ju­dy­ta bę­dzie mu­sia­ła zna­leźć ko­goś in­ne­go. Za­mie­rza­ła prze­wer­to­wać w tym celu opi­nie za­miesz­czo­ne w sie­ci. Czy­ta­ła wła­śnie re­cen­zje jed­ne­go ze znaj­du­ją­cych się w cen­trum Biel­ska-Bia­łej stu­diów fry­zjer­skich, kie­dy na pod­jeź­dzie przed do­mem za­trzy­mał się sa­mo­chód Do­mi­ni­ka. Ju­dy­ta nie ode­rwa­ła się jed­nak od kom­pu­te­ra. Za­mie­rza­ła po­ka­zać mę­żo­wi, że nic a nic nie ob­cho­dzi jej, że wró­cił do domu tak póź­no, cho­ciaż w rze­czy­wi­sto­ści aż go­to­wa­ła się ze zło­ści.

– Cześć – rzu­cił Do­mi­nik, po czym nie cze­ka­jąc na ja­ką­kol­wiek re­ak­cję ze stro­ny żony i dzie­ci, wbiegł po scho­dach na górę.

Po chwi­li do Ju­dy­ty do­tarł szum wody spod prysz­ni­ca i po­czu­ła bo­le­sny skurcz w żo­łąd­ku. Do­mi­nik ni­g­dy nie ką­pał się od razu po po­wro­cie z pra­cy. Naj­pierw roz­ma­wiał z dzieć­mi, py­tał, jak im mi­nął dzień, co w szko­le, w przed­szko­lu. Cza­sem za­mie­nił też dwa czy trzy zda­nia z żoną. Jadł obiad, a do­pie­ro póź­niej ewen­tu­al­nie szedł pod prysz­nic. Każ­de od­chy­le­nie od nor­my sta­no­wi­ło dla Ju­dy­ty do­wód jej przy­pusz­czeń, ale wo­la­ła uda­wać, że nie do­strze­ga głup­ko­wa­te­go uśmie­chu na jego twa­rzy, że nie czu­je za­pa­chu ob­cych per­fum.

Ju­dy­ta spoj­rza­ła przez łzy na swo­je no­tat­ki. Mia­ła ocho­tę za­dzwo­nić do klient­ki i bła­gać ją, żeby tego nie ro­bi­ła. Żeby nie po­peł­nia­ła naj­więk­sze­go błę­du w swo­im ży­ciu. Ta dziew­czy­na mo­gła się wy­co­fać, póki jesz­cze nie było za póź­no. Mło­dość wią­że się ze swe­go ro­dza­ju bez­kom­pro­mi­so­wo­ścią. Po­tem jest trud­niej. Do­cho­dzą przy­zwy­cza­je­nia, kon­we­nan­se, obo­wiąz­ki. Brnie się w nie­szczę­śli­we mał­żeń­stwo, bo prze­cież dzie­ci, dom, ro­dzi­na, prze­ży­te wspól­nie lata…

Do­mi­nik zszedł z góry i bez­sze­lest­nie prze­mknął obok Ju­dy­ty. Za­trzy­mał się przed lo­dów­ką, jak przed kwa­dran­sem Jul­ka, i po­dob­nie jak ona po­dra­pał się po gło­wie i po chwi­li zre­zy­gno­wał. Jaki oj­ciec, jaka cór­ka.

– Ro­bi­łaś może coś na obiad? – za­py­tał, jak­by do­pie­ro te­raz do­strzegł Ju­dy­tę.

Nie dzi­wi­ło jej to. Za­zwy­czaj przy­po­mi­nał so­bie o niej, kie­dy był głod­ny albo kie­dy nie mógł sam od­wieźć Ant­ka do przed­szko­la.

– W lo­dów­ce jest zupa, wy­star­czy od­grzać – rzu­ci­ła lek­ko, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od no­ta­tek.

– Dzię­ku­ję.

Ju­dy­ta po raz czwar­ty czy­ta­ła to samo zda­nie, ale wciąż nie poj­mo­wa­ła jego sen­su. Zro­zu­mia­ła, że to na nic, więc ze zło­ścią za­trza­snę­ła ter­mi­narz i wy­łą­czy­ła kom­pu­ter. Za­czę­ła po­rząd­ko­wać no­tat­ki, ale nie wy­trzy­ma­ła.

– Dla­cze­go nie za­dzwo­ni­łeś? Nie po­my­śla­łeś, że mo­że­my się mar­twić? – Ob­ró­ci­ła się na pię­cie, sta­jąc z mę­żem twa­rzą w twarz.

Do­mi­nik zbladł. Ju­dy­ta czer­pa­ła ja­kąś dziw­ną przy­jem­ność z przy­pa­try­wa­nia mu się, pod­czas gdy on tak się wił i pró­bo­wał ja­koś wy­tłu­ma­czyć swo­je spóź­nie­nie.

– Wy­le­cie­li­śmy z Do­rt­mun­du z opóź­nie­niem – po­wie­dział, nie pa­trząc jej w oczy. – Nie mia­łem jak cię po­wia­do­mić, a po­tem za­po­mnia­łem włą­czyć te­le­fon.

– Chy­ba spo­re było to opóź­nie­nie – za­uwa­ży­ła Ju­dy­ta. – Sta­ło się coś?

– Nie, nie – za­prze­czył nie­szcze­rze Do­mi­nik. – Po pro­stu dłu­go cze­ka­li­śmy na po­zwo­le­nie na start. Była ko­lej­ka i… – Urwał gwał­tow­nie. – No, a po­tem był wy­pa­dek na au­to­stra­dzie i mu­sia­łem je­chać przez Za­tor. O co ci tak wła­ści­wie cho­dzi?

– Mnie? – Ju­dy­ta uda­ła za­sko­cze­nie. – O nic, zu­peł­nie o nic. Uwa­żaj, żeby zupa się nie za­go­to­wa­ła, bo do­da­łam do niej śmie­ta­ny.

Ze­bra­ła z bla­tu swo­je no­tat­ki, po czym wy­szła z kuch­ni, zo­sta­wia­jąc Do­mi­ni­ka sa­me­go z jego wy­rzu­ta­mi su­mie­nia.

Po­mysł na­ro­dził się w gło­wie Ju­dy­ty spon­ta­nicz­nie. Czu­ła, że się dusi za­mknię­ta w czte­rech ścia­nach, a poza tym do­szła do wnio­sku, że Do­mi­ni­ko­wi do­brze zro­bi, je­śli tro­chę zaj­mie się dzieć­mi. Tak daw­no ni­g­dzie nie wy­cho­dzi­ła. W li­ceum i na stu­diach była du­szą to­wa­rzy­stwa. Wpraw­dzie ni­g­dy nie za­bie­ga­ła o aten­cję ko­le­gów i ko­le­ża­nek, nie na­le­ża­ła też do naj­po­pu­lar­niej­szej pacz­ki, a mimo to lu­dzie do niej lgnę­li. Może dla­te­go, że była do­brą słu­chacz­ką? Do­sko­na­le zda­wa­ła so­bie spra­wę, że to rzad­ki dar. Więk­szość lu­dzi lubi opo­wia­dać o so­bie, a słu­cha­nie śred­nio im wy­cho­dzi. Ju­dy­ta mia­ła tę umie­jęt­ność. Ona po pro­stu lu­bi­ła lu­dzi. Po­trze­bo­wa­ła kon­tak­tu z dru­gim czło­wie­kiem jak tle­nu. Kie­dy jed­nak wy­szła za mąż, a kil­ka­na­ście mie­się­cy póź­niej uro­dzi­ła Jul­kę, od­cię­ła się od daw­ne­go to­wa­rzy­stwa i cał­ko­wi­cie po­świę­ci­ła się ży­ciu ro­dzin­ne­mu. Z daw­nych zna­jo­mych po­zo­sta­ła jej tyl­ko Mal­wi­na. Cza­sem Ju­dy­ta na­ty­ka­ła się na mie­ście na któ­rąś z ko­le­ża­nek. Pa­da­ły so­bie wów­czas w ra­mio­na, opo­wia­da­ły po­krót­ce, co się u nich zmie­ni­ło od po­przed­nie­go spo­tka­nia, so­len­nie za­pew­nia­ły, że zdzwo­nią się w naj­bliż­szym cza­sie, i na tym kon­takt się ury­wał.

Ju­dy­ta pięt­na­ście lat temu zre­zy­gno­wa­ła ze swo­je­go ży­cia cał­kiem świa­do­mie. Pra­gnę­ła tego, cze­go ni­g­dy nie mia­ła – peł­nej, du­żej ro­dzi­ny. Opie­ka naj­pierw nad Jul­ką, a po­tem Ant­kiem spra­wia­ła jej ogrom­ną przy­jem­ność. Zda­rza­ły się lep­sze i gor­sze chwi­le, ale lu­bi­ła być mat­ką. To wła­śnie dla dzie­ci po­rzu­ci­ła peł­no­eta­to­wą pra­cę. Chcia­ła spę­dzać z nimi jak naj­wię­cej cza­su. I choć An­tek na­dal był mały i po­trze­bo­wał mat­ki, to Jul­ka do­ra­sta­ła, a Ju­dy­ta co­raz czę­ściej ła­pa­ła się na my­śli, że prze­cież któ­re­goś dnia dzie­ci wy­fru­ną z gniaz­da, a ona zo­sta­nie z po­czu­ciem zmar­no­wa­ne­go ży­cia.

Za­dzwo­ni­ła do Mal­wi­ny i za­pro­po­no­wa­ła jej spo­tka­nie. Umó­wi­ły się w mod­nym pu­bie Dog’s na Ryn­ku. Mu­sia­ła w tej kwe­stii za­ufać przy­ja­ciół­ce, bo ona sama od kil­ku­na­stu lat nie mia­ła po­ję­cia, co dzie­je się w mie­ście.

Dłu­go przy­go­to­wy­wa­ła się do wyj­ścia. Nie za­mie­rza­ła z ni­kim flir­to­wać, ale chcia­ła znów choć na chwi­lę przy­cią­gnąć mę­skie spoj­rze­nia. Mia­ła ocho­tę znów po­czuć się do­brze w swo­jej skó­rze, od­na­leźć w so­bie utra­co­ną ko­bie­tę. Do­mi­nik już daw­no prze­stał pa­trzeć na nią z po­żą­da­niem. Zresz­tą, gdy­by się tak za­sta­no­wić, ni­g­dy nie do­strze­ga­ła w jego spoj­rze­niu po­dzi­wu. Od po­cząt­ku była żoną, na­wet kie­dy jesz­cze nią nie była. Ju­dy­ta mia­ła wła­sną teo­rię na te­mat tego, kim jest żona. A wła­ści­wie kim nie jest. Żona nie jest ko­chan­ką. Jej się nie uwo­dzi, nie za­bie­ga o nią. Żona ma okre­ślo­ne funk­cje. Mat­ki, po­wier­nicz­ki, pie­lę­gniar­ki, ku­char­ki, sprzą­tacz­ki, spe­cja­list­ki do spraw lo­gi­sty­ki, go­spo­dy­ni. Może być przy­ja­ciół­ką, ale nie ko­chan­ką. Ju­dy­ta wła­śnie od po­cząt­ku była taką żoną.

Do­mi­nik ni­g­dy się o nią nie sta­rał. Po­zna­li ich ze sobą wspól­ni zna­jo­mi. Byli ra­zem na kil­ku im­pre­zach, na któ­rejś z nich za­czę­li ze sobą roz­ma­wiać, po­tem Do­mi­nik od­pro­wa­dził ją do domu, ale nie po­pro­sił o nu­mer te­le­fo­nu i nie za­pro­po­no­wał ko­lej­ne­go spo­tka­nia. Znów wpa­dli na sie­bie przy­pad­kiem na czy­ichś uro­dzi­nach, Ju­dy­ta na­wet nie pa­mię­ta­ła, kto był wte­dy so­le­ni­zan­tem. Kil­ka ty­go­dni póź­niej spo­tka­li się w cen­trum, wy­pi­li ra­zem kawę i wła­ści­wie od tej kawy się za­czę­ło, ale ze stro­ny Do­mi­ni­ka nie było mowy o żad­nej ad­o­ra­cji. Spo­ty­ka­li się na sto­pie ko­le­żeń­skiej przez pół roku. Ju­dy­ta w koń­cu nie wy­trzy­ma­ła ro­sną­ce­go na­pię­cia i sama pierw­sza go po­ca­ło­wa­ła. Od tam­tej pory byli parą, ale ich zwią­zek zu­peł­nie od­bie­gał od wy­obra­żeń Ju­dy­ty. Mal­wi­na z wy­pie­ka­mi na twa­rzy opo­wia­da­ła jej o sza­lo­nych no­cach, gło­śnych awan­tu­rach i jesz­cze gło­śniej­szych po­wro­tach, na­mięt­no­ści i po­żą­da­niu. Ju­dy­ta wy­słu­chi­wa­ła tych hi­sto­rii z nie­do­wie­rza­niem, ale w koń­cu do­szła do wnio­sku, że sta­bi­li­za­cja jest dla niej waż­niej­sza. Nie mia­ła nie­ziem­skie­go sek­su, o któ­rym Mal­wi­na mó­wi­ła z ta­jem­ni­czym bły­skiem w oku, ale Do­mi­nik ją sza­no­wał i ni­g­dy się nie kłó­ci­li. To prze­wa­ży­ło. Zresz­tą spo­dzie­wa­ła się, że kie­dy już za­miesz­ka­ją ra­zem, wszyst­ko się zmie­ni. Do­mi­nik na pew­no czuł się skrę­po­wa­ny obec­no­ścią ro­dzi­ców za ścia­ną. Znaj­do­wa­ła wy­tłu­ma­cze­nie dla każ­de­go jego uni­ku. Naj­waż­niej­sze, że ją ko­chał – tak prze­cież mó­wił – i chciał za­ło­żyć z nią ro­dzi­nę. Pod­czas gdy jego ró­wie­śni­cy ba­wi­li się w mod­nych klu­bach i zmie­nia­li dziew­czy­ny jak rę­ka­wicz­ki, on chciał się oże­nić i mieć dzie­ci.

Ju­dy­ta co­raz czę­ściej była zła na tam­tą na­iw­ną dziew­czy­nę, któ­rą była pięt­na­ście lat temu. Nie po­że­gna­ła się ze złu­dze­nia­mi z dnia na dzień. Nie po­tra­fi­ła. Wciąż mia­ła na­dzie­ję na zmia­nę, choć po ślu­bie było jesz­cze go­rzej niż przed nim. Wspól­ne miesz­ka­nie nie spra­wi­ło, że Do­mi­nik zbli­żył się do Ju­dy­ty. Co­dzien­nie kładł się obok niej, ale ni­g­dy jej nie do­ty­kał, nie ca­ło­wał, nie pie­ścił. Ju­dy­ta cier­pia­ła po ci­chu. Ni­g­dy się nie skar­ży­ła. Bała się tego, co Do­mi­nik mógł­by o niej po­my­śleć. Nie wy­cho­dzi­ła z roli, któ­rą przy­pi­sa­ło jej – jako ko­bie­cie – spo­łe­czeń­stwo. Ona mia­ła być tą, któ­rą się od­da­wa­ła, kie­dy mąż miał na to ocho­tę. A że mąż ocho­ty nie mie­wał, pró­bo­wa­ła za­głu­szyć po­trze­by, wy­ci­szyć swo­ją ko­bie­cość. W dniu ślu­bu była mło­dą, dwu­dzie­sto­trzy­let­nią ko­bie­tą i mia­ła pew­ne wy­obra­że­nia, jak po­win­no wy­glą­dać jej ży­cie sek­su­al­ne. Zna­li się z Do­mi­ni­kiem od czte­rech lat, ale wciąż mo­gła okre­ślić swo­je do­świad­cze­nie jako nie­wiel­kie. W za­sa­dzie nie­wie­le się od tam­te­go cza­su zmie­ni­ło. Zbli­ża­ją­ce się czter­dzie­ste uro­dzi­ny w po­łą­cze­niu z bra­kiem za­in­te­re­so­wa­nia ze stro­ny męż­czy­zny, któ­ry prze­cież miał jej po­żą­dać, spra­wi­ły, że nie ak­cep­to­wa­ła sie­bie i swo­je­go cia­ła. Dla­te­go dba­ła o sie­bie cza­sem wręcz prze­sad­nie. Re­gu­lar­nie od­wie­dza­ła ko­sme­tycz­kę i fry­zjer­kę, ku­po­wa­ła mar­ko­we ubra­nia i do­dat­ki, a ostat­nio zde­cy­do­wa­ła się na­wet na bo­toks. Tyl­ko z fi­gu­rą nie mo­gła so­bie po­ra­dzić. Dwie cią­że spra­wi­ły, że za­okrą­gli­ła się tu i ów­dzie. Poza tym nade wszyst­ko ko­cha­ła sło­dy­cze. Osła­dza­ła so­bie ży­cie, cze­go re­zul­ta­ty były wi­docz­ne go­łym okiem.