Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Kwidzynie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 295
Rok wydania: 1983
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Primo Levi
NAJLEPSZA
JEST WODA
Tytuły oryginałów:
Storie naturali, Turyn 1971, wyd. II
Vizio di forma, Turyn 1971, wyd. II
© 1966 Giulio Einaudi editore s.p.a., Torino
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Literackie 1983
Posłowie:
Henryka Młynarska
ISBN 83-08-00834-8
OSOBY:
POETA
SEKRETARKA
PAN SIMPSON
WERSYFIKATOR
GIOVANNI
PROLOG
Drzwi otwierają się i zamykają, wchodzi Poeta.
SEKRETARKA — Dzień dobry, mistrzu.
POETA — Dzień dobry pani. Piękny dziś dzień, co? Pierwszy po całomiesięcznym deszczu. Szkoda siedzieć w biurze! Program na dzisiaj?
SEKRETARKA — Nie ma dużo: dwie pieśni biesiadne, jeden poemacik na ślub hrabianki Dimitropulos, czternaście ogłoszeń reklamowych i hymn na cześć zwycięstwa drużyny Milan w ubiegłą niedzielę.
POETA — Drobnostki: do południa skończymy wszystko. Włączyła pani Wersyfikator?
SEKRETARKA — Tak, już jest gorący (lekkie brzęczenie). Możemy zacząć nawet zaraz.
POETA — Gdybyśmy jego nie mieli... I pomyśleć, że pani nie chciała nawet słyszeć o nim! Pamięta pani tę mękę, tę orkę, przed dwoma laty?
Brzęczenie.
Na pierwszym planie słychać stukot maszyny do pisania.
POETA (do siebie, szybko i ze znudzeniem) — Uf! to się nigdy nie skończy. I co to za praca zresztą! Ani chwili wolnej na skupienie się, natchnienie. Epitalamia, poezja reklamowa, wiersze o tematyce religijnej... i tak przez cały dzień. Skończyła pani przepisywać?
SEKRETARKA (stuka ciągle) — Chwileczkę.
POETA — Niechże się pani pospieszy.
SEKRETARKA (pisze szybko przez parą sekund, po czym wyjmuje papier z maszyny) — Już. Jeszcze tylko minutkę, przeczytam.
POETA — Niech pani zostawi, ja potem przeczytam i poprawię. Teraz proszę założyć papier, dwie przebitki, dwa odstępy. Będę pani dyktował, w ten sposób prędzej się z tym uporamy: pogrzeb jest pojutrze, nie mamy czasu do stracenia. Nawet — o, wie pani! — proszę założyć ten papier z żałobnym brzegiem, który zamówiliśmy, pamięta pani, w związku ze śmiercią arcyksięcia saksońskiego. I niech pani się postara nie robić błędów, unikniemy przynajmniej przepisywania.
SEKRETARKA (wstaje, szuka w szufladzie, zakłada papier do maszyny) — Jestem gotowa. Proszę dyktować.
POETA (lirycznie, lecz ciągle z pośpiechem) — ,,Lament na śmierć przedwcześnie zgasłego markiza Zygmunta von Ellenbogen”.
(Sekretarka pisze). Aha, byłbym zapomniał. Oni sobie życzą w oktawach.
SEKRETARKA — W oktawach?
POETA (pogardliwie) —Tak, tak, oktawy, rymy i w ogóle. Niech pani przesunie margines, (pauza; szuka natchnienia). Mmmm..., dobrze, proszę pisać:
Zagasło słońce, wyschły morza wody
Po twym odejściu, markizie Zygmuncie...
(Sekretarka stuka) Nazywał się Sigmund, ale muszę nazwać go Zygmuntem, bo inaczej nie będzie rymu. Do diabła z tymi ostrogockimi imionami. Miejmy nadzieję, że nam to puszczą. Zresztą, mam tu drzewo genealogiczne, „...Sigismundus”, tak, jesteśmy w porządku, (pauza). Wody, gody... Proszę mi podać słownik rymów (przekartkowuje go). Wody: jagody, gody, urody, zgody, dochody, anody, zawody... bez brody, nie, to nie. (lirycznie). „O, ludu Francji, oblicz swe dochody!...” Nie, cóż ja plotę! „Zawody” (zamyśla się). „...bo nim następca twój pójdzie w zawody...” (Sekretarka pisze parę słów) Ależ nie, niech pani zaczeka, to tylko próba. Nawet nie próba, to idiotyzm. Jak można z trupem iść w zawody?! Proszę to wymazać. A nawet zmienić arkusz. (z naglą złością) Dosyć! Niech pani wyrzuci to wszystko. Dość już mam tego świńskiego zawodu: jestem poetą, dyplomowanym poetą, nie rzemieślnikiem. Ani trubadurem. Do diabła z markizem, trenem, hymnem, lamentem żałobnym i Zygmuntem. Nie jestem wersyfikatorem. Niech pani pisze: „Spadkobiercy markiza von Ellenbogen”, adres, data itd.: „Dziękujemy z głębi serca za zaszczytną propozycję Panów skomponowania trenu żałobnego, z tego a tego dnia. Niestety, z powodu nieoczekiwanego i pilnego zobowiązania, zmuszeni jesteśmy odmówić realizacji zlecenia...”
SEKRETARKA (przerywa) — Proszę wybaczyć, mistrzu, ale pan nie może odmówić realizacji zlecenia. W aktach jest nasze formalne potwierdzenie, kwit na wpłaconą zaliczkę... są nawet sankcje karne, nie pamięta pan?
POETA — Tak, jeszcze i sankcje karne: jesteśmy ugotowani. Poezja! Brr! to galernicza praca, (pauza, potem, z naglą decyzją) Niech pani poprosi pana Simpsona do telefonu.
SEKRETARKA (zdziwiona i niezadowolona) — Simpsona? Agenta firmy NATCA? Tego od maszyn biurowych?
POETA — (oschle) Tego właśnie. Nie ma innego.
SEKRETARKA (wykręca numer) — Poproszę pana Simpsona... Tak, czekam.
POETA — Niech mu pani powie, żeby tu zaraz przyszedł, z prospektami Wersyfikatora. A raczej nie, proszę mi dać słuchawkę: sam z nim porozmawiam.
SEKRETARKA (półgłosem, z niechęcią) — Chce pan kupić tę maszynę?
POETA (półgłosem, spokojniej) — Proszę się nie dąsać i nie uprzedzać się. (przekonująco) Nie można zostawać w tyle, pani to przecież dobrze rozumie. Trzeba dotrzymywać kroku swej epoce. Mnie się to również nie podoba, zapewniam panią, ale w pewnym momencie trzeba jednak zdecydować się. Zresztą, niech się pani nie martwi: dla pani pracy nigdy nie zabraknie. Pamięta pani, trzy lata temu, jak kupiliśmy kalkulator?
SEKRETARKA (do telefonu) — Tak, proszę pani. Zechce pani poprosić pana Simpsona? (pauza) Oczywiście, że pilne. Dziękuję.
POETA (ciągnie dalej, półgłosem) — No i co? jak się pani teraz czuje? Mogłaby się pani obejść bez niego? Prawda, że nie? To jest takie samo narzędzie pracy, jak każde inne, jak telefon, jak cyklostyl. W naszej pracy wkład ludzki będzie zawsze nieodzowny, lecz mamy konkurentów, dlatego musimy powierzyć maszynom zadania bardziej niewdzięczne, bardziej uciążliwe. Właśnie zadania mechaniczne...
SEKRETARKA (do telefonu) — Pan Simpson? Proszę zaczekać, (do Poety) Pan Simpson przy aparacie.
POETA (do telefonu) — Dzień dobry, panie Simpson. Niech pan posłucha: pamięta pan, prawda? ten kosztorys, który mi pan przedłożył... chwileczkę... z końcem ubiegłego roku?... (pauza) Tak, właśnie, Wersyfikator, ten model do użytku pozabiurowego: mówił mi pan o nim z pewnym entuzjazmem... proszę powiedzieć, czy można by powrócić do tej sprawy. (pauza) No tak, rozumiem, ale może ta historia teraz już dojrzała, (pauza) Doskonale: tak, to raczej pilne. Dziesięć minut? Pan jest bardzo miły: czekam na pana tu, w biurze. Do zobaczenia, (odwiesza słuchawkę; do Sekretarki) — To nadzwyczajny człowiek, ten Simpson: rasowy, wyjątkowy agent. Zawsze do dyspozycji klientów, o każdej porze dnia i nocy; nie wiem, jak on to robi. Szkoda, że ma za mało doświadczenia w naszej branży, gdyby nie to...
SEKRETARKA (z wahaniem, w miarą, jak mówi, coraz bardziej wzruszona) — Mistrzu... ja... ja pracuję z panem od piętnastu lat... więc, proszę się nie gniewać, ale... ja na pana miejscu nie robiłabym czegoś podobnego. Nie mówię tego ze względu na siebie, wie pan o tym, ale poeta, artysta, jak pan... jak pan może zgodzić się na wprowadzenie do siebie maszyny... choćby najnowocześniejszej, ale zawsze maszyny... jakże ona może mieć pana upodobania, pana wrażliwość... Czuliśmy się tak dobrze we dwoje, pan dyktował, a ja pisałam... i nie tylko pisałam, pisać każdy potrafi: ale opiekowałam się pana pracami, jakby własnymi, utrzymywałam je w porządku, czuwałam nad interpunkcją (z godnością, poufale), czasem poprawiłam jakiś błędzik składniowy, wie pan? Roztargnienie każdemu może się przydarzyć...
POETA — Ach, niech pani nie myśli, że pani nie rozumiem. Dla mnie również ta decyzja jest bolesna, ja również mam wątpliwości. W naszej pracy jest radość, jest szczęście głębokie i nieporównywalne z niczym, Szczęście tworzenia, wydobywania z nicości, oglądania narodzin, z wolna lub nagle, jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej, ale zawsze na naszych oczach, czegoś nowego, czegoś żywego, czego przedtem nie było... (naraz, rzeczowym tonem) Niech pani to zanotuje: „jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej, czegoś nowego, czegoś żywego, czego przedtem nie było”; to się może przydać.
SEKRETARKA (bardzo wzruszona) — Już to zrobiłam, mistrzu. Zawsze to robię, nawet kiedy mi pan nie każe. (popłakując) Znam swoje obowiązki. Zobaczymy, czy tamten, ten przyrząd, będzie umiał robić tak samo!
Dzwonek u drzwi wejściowych.
POETA — Proszę!
SIMPSON (żywy i wesoły, mówi z lekkim akcentem angielskim) — Oto jestem: w rekordowym tempie, nie? Tu jest kosztorys, tu broszurka reklamowa, a tu instrukcje użytkowania i konserwacji. Ale to nie wszystko: brak najważniejszego. (z teatralnym gestem) Chwileczkę! (ku drzwiom) Wejdź, Giovanni. Wprowadź go tutaj. Uwaga na stopień, (do Poety) Szczęście, że jesteśmy na parterze! (zbliżający się stukot wózka) Proszę, to dla pana: mój osobisty egzemplarz. Ale ja go chwilowo nie potrzebuję: musimy przede wszystkim pracować, nie?
GIOVANNI — Gdzie jest kontakt?
POETA — Tu, za biurkiem.
SIMPSON (wszystko jednym tchem) — Dwieście dwadzieścia wolt, pięćdziesiąt faz, prawda? Doskonale. Tu jest kabel. Ostrożnie, Giovanni: tak, tu, na dywanie, będzie mu bardzo dobrze, ale można go ustawić w którymkolwiek rogu; nie drga, nie przegrzewa się i nie robi więcej hałasu niż pralka, (uderza dłonią w blachą) Piękna maszyna, solidna. Nie żałowano na nią. (do Giovanniego) Dziękuję ci, Giovanni, możesz już iść. Tu masz klucze, weź auto i wracaj do biura, ja tu zostanę całe popołudnie. Gdyby mnie ktoś szukał, zadzwoń do mnie tutaj. (do Poety) Pan pozwoli, prawda?
POETA (z zakłopotaniem) — Tak, naturalnie. Dobrze... dobrze pan zrobił, przywożąc aparat: nie byłbym śmiał pana prosić, by się tak fatygował. Raczej ja bym przyszedł. Ale... nie jestem jeszcze zdecydowany na kupno: pan mnie rozumie, chciałem najpierw wyrobić sobie konkretne zdanie o maszynie, jej możliwościach, a także... przypomnieć sobie jej cenę...
SIMPSON (przerywa) — Bez zobowiązań, bez zobowiązań, do licha! Bez najmniejszych zobowiązań z pańskiej strony. Bezpłatny pokaz, na zasadzie przyjaźni, znamy się od tylu lat, nie? A poza tym nie zapomniałem o przysługach, jakie nam pan oddał, o tym sloganie dla naszego pierwszego kalkulatora, Lightning, pamięta pan?
POETA (pochlebiony) — I jak jeszcze!
Jeśli nie wymyślisz głową,
Włącz pomoc elektronową.
SIMPSON — Oo, właśnie. Ile to już lat minęło! Miał pan zupełną rację, stawiając wysoką cenę: ten koszt zwrócił się dziesięciokrotnie. Co słuszne, to słuszne: za pomysły się płaci (pauza, wzrastające brzęczenie rozgrzewającego się Wersyfikatora) ...O, już się rozgrzewa. Za kilka minut, jak się zapali lampka-judasz, można będzie zacząć. Tymczasem pozwoli pan, że powiem coś niecoś o funkcjonowaniu. — Przede wszystkim, żeby nie było nieporozumień: to nie jest poeta. Jeżeli pan poszukuje prawdziwego poety mechanicznego, będzie pan musiał zaczekać jeszcze kilka miesięcy: jest on już w daleko posuniętej fazie projektowania w naszym macierzystym zakładzie w Fort Kiddiwanee w Oklahoma. Będzie się nazywał The Troubadour, fantastyczna maszyna, mechaniczny poeta heavy-duty, umiejący tworzyć we wszystkich językach europejskich, żywych i martwych, umiejący pisać wiersze na tysiącu arkuszy nieprzerwanie, od minus stu do plus dwustu stopni, w każdym klimacie, a nawet pod wodą i w wysokiej próżni, (półgłosem) Przewidziane jest włączenie go do projektu Apolla: on pierwszy będzie opiewał pejzaż księżycowy.
POETA — Nie, nie sądzę, żeby mi to odpowiadało: jest zbyt skomplikowany, a poza tym ja rzadko pracuję w podróży. Prawie zawsze tu, u siebie.
SIMPSON — Pewnie, pewnie. Wspomniałem panu o nim tylko jako o ciekawostce. A ten, widzi pan, jest tylko Wersyfikatorem i, jako taki, dysponuje mniejszą swobodą, ma — można powiedzieć — mniej wyobraźni. Ale to jest typ potrzebny do prac szablonowych, a ponadto, przy pewnej wprawie operatora, zdolny jest do prawdziwych cudów. — To jest taśma, widzi pan? Normalnie, maszyna wy głusza swoje kompozycje i jednocześnie zapisuje je.
POETA — Jak dalekopis?
SIMPSON — Dokładnie tak samo. Ale jeśli zachodzi potrzeba, na przykład w pilnych przypadkach, głos można wyłączyć: wtedy kompozycja jest bardzo szybka. — To jest klawiatura: podobna do organowej i do klawiatury linotypów. Tu, w górze (trzask) wkłada się temat: trzy do pięciu słów zazwyczaj wystarczy. Te czarne klawisze to są rejestry: od nich zależy tonacja, styl, „genre” literacki, jak się to dawniej mówiło. I na koniec, tamte inne klawisze określają formę metryczną, (do Sekretarki) Proszę się zbliżyć, lepiej żeby i pani zobaczyła. Myślę, że to pani będzie manewrowała maszyną, prawda?
SEKRETARKA — Nigdy się nie nauczę. To zbyt trudne.
SIMPSON — Tak, wszystkie nowe maszyny sprawiają takie wrażenie. Ale to jest tylko wrażenie, przekona się pani: za miesiąc będzie pani nią tak kierowała, jak się kieruje autem, myśląc o czym innym, a nawet śpiewając.
SEKRETARKA — Ja nigdy w pracy nie śpiewam, (dzwoni telefon) Halo? Tak. (pauza) Tak, jest tutaj, oddaję mu słuchawkę. (do Simpsona) To do pana, panie Simpson.
SIMPSON — Dziękuję, (do telefonu) Tak, to ja. (pauza) A, to pan, inżynierze? (pauza) Jak? Zacina się? rozgrzewa? To naprawdę nieprzyjemne. Nigdy nie spotkałem się z czymś podobnym. Kontrolował pan tarczę wskaźnika? (pauza) Naturalnie, proszę niczego nie ruszać, ma pan zupełną rację, tylko że właśnie wszyscy monterzy są w terenie, to prawdziwy pech. Nie może pan zaczekać do jutra? (pauza) Pewnie, jest gwarancja, ale choćby jej nie było... (pauza) Wie pan co: jestem o dwa kroki od pana — parę minut, wskakuję do taksówki i jestem u pana. (odwiesza słuchawkę, do Poety, szybko i nerwowo) Przepraszam pana, muszę wyskoczyć na chwilę.
POETA — Mam nadzieję, że nic poważnego?
SIMPSON — Och, nie; nic: liczarka, drobiazg, ale pan wie: klient ma zawsze rację. (wzdycha) Nawet jeżeli jest nieznośnym pedantem i każe biegać do siebie dziesięć razy bez powodu. Proszę słuchać, tak zrobimy: zostawiam aparat do pańskiej całkowitej dyspozycji. Rzuci pan okiem na instrukcje, a potem spróbuje, niech się pan nie boi.
POETA — A jeżeli go zepsuję?
SIMPSON — Nie ma obawy. Jest bardzo silny, foolproof, jak mówi amerykański oryginał: ,,nawet w rękach wariata”... (zakłopotany, że popełnił gafę) ...to nie była żadna aluzja, rozumie pan. Jest tam też blokada samoczynna w razie nieumiejętnego ruchu. Ale zobaczy pan, zobaczy pan, jakie to łatwe. Będę tu za godzinkę, dwie, do widzenia (wychodzi). Pauza, słychać wyraźne brzęczenie Wersyfikatora.
POETA (czyta pod nosem broszurkę) — Napięcie i częstotliwość... tak, w porządku. Włożenie tematu... blokada samoczynna... wszystko jest jasne. Naoliwienie... zmiana taśmy... długi przestój... wszystko to będziemy mogli sprawdzić później. Rejestry... o, właśnie; to jest interesujące, to jest zasadnicze. Widzi pani? jest ich czterdzieści: tu jest klucz skrótów. EP, EL (to pewnie elegijny, tak, elegijny), SAT, MIT, JOC (cóż to jest JOC?, aha: jocular, wesoły) DYD...
SEKRETARKA — DYD?
POETA — Dydaktyczny, to bardzo ważne. PORN... (Sekretarka robi gwałtowny ruch) „Uruchomienie”: nikt by nie przypuścił, że to takie łatwe. Dziecko by potrafiło, (z coraz większym entuzjazmem) Niech pani spojrzy: Wystarczy włożyć tutaj „instrukcję”: wszystkiego cztery linijki. Pierwsza dotyczy tematu, druga rejestrów, trzecia formy metrycznej, czwarta (ta jest dowolna) określenia epoki. Resztę zrobi on sam: to cudowne!
SEKRETARKA (prowokacyjnie) — To czemu pan nie spróbuje?
POETA (szybko) — Pewnie, że spróbuję. O: LIR, FIL (dwa trzaski); tercyna, jedenastozgłoskowiec (trzask); wiek XVII. (trzask; przy każdym trzasku brzęczenie maszyny wzrasta i zmienia tonacją) Do dzieła!
Sygnał konika polnego: trzy krótkie, jeden długi. Wyładowania, zakłócenia, po czym maszyna wprawia się w ruch, wśród rytmicznych trzasków, podobnych do trzasków liczarek elektrycznych, gdy dokonują mnożenia.
WERSYFIKATOR (metaliczny, bardzo nieczysty glos):
Silny trzask; milczenie, tylko jednostajne brzęczenie wewnątrz.
SEKRETARKA — Efekt końcowy pierwszorzędny! Podaje tylko rymy, resztę musi pan sam zrobić. A co, nie mówiłam?
POETA — Ba, to tylko pierwsza próba. Może zrobiłem jakiś błąd. Momencik, (przekartkowuje broszurkę) Rzucę tylko okiem... Ach, oczywiście, cóż za głupiec ze mnie! Zapomniałem o najważniejszym: włożyłem wszystko, poza tematem. Zaraz to naprawimy. „Temat”., jaki by mu dać temat? „Granice rozumu ludzkiego”.
Trzask, trzy sygnały krótkie, jeden długi.
WERSYFIKATOR (metaliczny glos, nie tak nieczysty jak przedtem):
O mózgu ludzki, kłamie, kto dowodzi,
że smak nauki słodki niczym żydło
Świętalne, że nią jeno żyć się godzi.
Jak opętany, aż ci wszystko zbrzydło,
Zaźrzawszy mędrcom, dnie i noce trawisz,
Goniąc tę wietrzną próżność: wiedzy widło.
Silny trzask, cisza.
POETA — Teraz już lepiej, nie? Rzucę okiem na taśmę.
(czyta) ... „smak nauki słodki, niczym żydło” „dnie
i noce trawisz”... Całkiem nieźle, daję słowo: znam kolegów, którzy nie zrobiliby tego lepiej. Niejasny, ale nie zanadto, składnia i prozodia prawidłowe, trochę przesadne, ale nie więcej, niż przystoi przeciętnemu siedemnastowiecznemu pisarzowi.
SEKRETARKA — Nie zechce pan chyba utrzymywać, że to genialny utwór.
POETA — Genialny nie, lecz nadający się do sprzedania. Aż nadto wystarczający dla wszelkich praktycznych celów.
SEKRETARKA — Mogę i ja spojrzeć? „Kłamie, kto dowodzi”... mm... „wietrzną próżność: wiedzy widło”. Wiedzy widło. Widło? Nigdy o czymś takim nie słyszałam. Nie ma takiego słowa w naszym języku.
POETA — To licentia poetica, zamiast „widmo”. Dlaczego nie miałby pozwolić sobie na licencję? A nawet — chwileczkę. Tu jest jakaś adnotacja na odwrocie. O, niech pani słucha: „Licencje. Wersyfikator posiada pełny oficjalny leksykon języka, dla jakiego został zaprojektowany, i używa normalnego znaczenia każdego słowa. Jeżeli żąda się od maszyny, aby komponowała w rymach lub w jakiejkolwiek innej więzi formalnej...”
SEKRETARKA — Co to znaczy więź formalna?
POETA — No, na przykład asonans, aliteracja itd. „...w jakiejkolwiek innej więzi formalnej, szuka ona automatycznie wśród słów zarejestrowanych w leksykonie, wybiera przede wszystkim najodpowiedniejsze znaczeniowo i z nich buduje żądane wiersze. Jeżeli żadne z tych słów się nie nadaje, maszyna ucieka się do licencji, to znaczy deformuje słowa ogólnie przyjęte lub tworzy nowe. Stopień «licencjalności» utworu może być wyznaczony przez operatora przy pomocy czerwonej korbki, znajdującej się po lewej stronie, wewnątrz cartera”. Zobaczymy...
SEKRETARKA — O, tu jest, z tyłu, trochę schowana. I ze skalą od jednego do dziesięciu.
POETA (czyta dalej) — „Ten-że”... Co za tenże? Zgubiłem się. Aha, tak, stopień licencjalności: trochę to dziwnie brzmi w naszym języku. „Tenże normalnie mieści się w granicach dwóch-trzech stopni skali: przy największej rozpiętości otrzymuje się wybitne efekty poetyckie, ale nadające się do wykorzystania jedynie w specjalnych okolicznościach”. Fascynujące, nie uważa pani?
SEKRETARKA — Hmm... poezja złożona z samych licencji: niech pan sobie wyobrazi, do czego byśmy doszli!
POETA — Poezja złożona z samych licencji... (pod wpływem dziecinnej ciekawości) Wszystko jedno: może sobie pani myśleć, co chce, ale ja właśnie chciałbym spróbować. O to nam przecież idzie, nie? Chcemy zdać sobie sprawę z możliwości aparatu, przekonać się, jak sobie daje radę. Z łatwym tematem każdy sobie poradzi. Poszukajmy: lawina... kalina, mina, nie, to zbyt łatwe. Kowadło: imadło, zwierciadło. Apteka; kaleka, szczeka itd., nie, nie. A! już mam! (do maszyny ze złośliwą radością) — „Ropucha” (trzask), oktawa, ośmiozgłoskowiec (trzask), rodzaj... DYD, tak, zrobimy DYD.
SEKRETARKA — Ale temat... wydaje mi się trochę jałowy.
POETA — Nie tak bardzo, jak wygląda: Wiktor Hugo, na przykład, doskonale się z nim uporał. Czerwona korbka do końca... zrobione. Prosimy!
Znany sygnał: trzy krótkie, jeden długi.
WERSYFIKATOR (metaliczny, ochrypły glos, nie tak szybki jak zwykle):
Do żab należy ropucha:
Brzydki, lecz pożyteczny gad.
(pauza, zakłócenia, nieczysty glos: ,,gad, zjadł, padł, rad, mat, szmat, wariat, furiat, garb, karb, skarb...” gubiące się wśród charkotów; milczenie, po czym podejmuje z wysiłkiem):
Pod kamieniami się rucha,
Z obrzydzenia jam cały zbladł.
W brodawkach ma grzbiet i brzucha,
Ale robaki zjada rad!
(pauza, potem, z widoczną ulgą):
Widzisz, jak w szpetnej powłoce Kryją się szlachetne moce.
SEKRETARKA — No, proszę: ma pan, czego chciał. On jest po prostu wstrętny, na mdłości się zbiera. Obrzydliwość: zadowolony pan już?
POETA — Obrzydliwość, lecz pomysłowa. Jest ogromnie interesujący. Zauważyła pani, jak się odegrał w końcowym dystychu, kiedy poczuł, że trudności już są za nim? Jest po prostu ludzki. Ale wróćmy do klasycznych tematów: „licencje ograniczone”. Spróbujemy może z mitologią? Nie dla kaprysu, tylko dla skontrolowania, czy jego kultura ogólna jest rzeczywiście taka, jak ją wychwala broszurka. A swoją drogą, czemu ten Simpson nie wraca? — Zobaczymy... o! „Siedmiu z Teb” (trzask), MIT (trzask), biały wiersz (trzask), XIX wiek. W drogę!
Znany sygnał: trzy krótkie, jeden długi.
WERSYFIKATOR (głębokim głosem):
Twardy był ten kamień jak serca
Tłumu gigantów.
Sprzeczka powstała niebywała.
i pierwsi
Przerwali oczekiwanie:
Aż ziemia drży pod ich stopami,
Burzy się morze i grzmi niebo.
POETA — Co pani na to?
SEKRETARKA — Trochę zbyt ogólnikowe, nie? A te dwie dziury, które zostawił?
POETA — Przepraszam bardzo: pani zna może imiona Siedmiu z Teb? Nie, prawda? A ma pani magisterium z filologii i piętnaście lat praktyki zawodowej. Zresztą, ja także nie znam. Jest więc rzeczą całkiem normalną, że maszyna zostawiła dwie dziury. Ale zechce pani zauważyć: miejsce wystarczające dla dwóch imion po cztery sylaby albo jedno na pięć, drugie na trzy, jak przeważna ilość imion greckich. Zechce pani uprzejmie podać mi słownik mitologiczny? SEKRETARKA — Proszę.
POETA (szuka) — Radamantes, Semele, Tisbe... o, właśnie: „Teby, Siedmiu”. Chce pani wiedzieć, jakie dwa imiona tu wsadzimy? „Hippomedon i Kapaneos pierwsi”, „Hippomedon i Anfiaraos pierwsi”, „Hippomedon i Polinicees pierwsi”. I tak dalej. Wybór jest obfity.
SEKRETARKA (bez przekonania) — Tak. (pauza) Mogę pana prosić o grzeczność?
POETA — Służę pani. O co chodzi?
SEKRETARKA — Ja bym też chciała dać temat maszynie.
POETA — Ależ proszę bardzo, oczywiście. Niech pani spróbuje: zależy mi nawet na tym. O, proszę usiąść na moim miejscu, tutaj, a technikę już pani zna.
Odsuwanie krzeseł.
SEKRETARKA — „Wolny temat”.
Trzask.
POETA — Wolny temat? I żadnych innych informacji?
SEKRETARKA — Żadnych. Chcę zobaczyć, co on zrobi. Proszę!
Znany sygnał: trzy krótkie, jeden długi.
WERSYFIKATOR (dźwięcznym głosem amanta filmowego): Dziewczyna w sam raz do łóżka...
Sekretarka wydaje przenikliwy okrzyk, jakby ujrzała mysz, i porusza wyłącznikiem; silny trzask, maszyna milknie.
POETA (ze złością) — Co pani wyprawia? Proszę w tej chwili włączyć prąd! Chce mi go pani zdemolować?!
SEKRETARKA — On mnie obraził! Robi do mnie aluzję, ten... przyrząd!
POETA — Co takiego? Skąd, do diabła, przyszło to pani do głowy?
SEKRETARKA — Nie ma tu innej dziewczyny. On o mnie mówi. Jest grubiański i nieprzyzwoity.
POETA — Proszę się uspokoić i nie histeryzować. Niech mu pani pozwoli skończyć. To jest maszyna, czy pani o tym zapomniała? A maszyny, wydaje mi się, nie ma się czego lękać, przynajmniej pod tym względem. No, niechże pani będzie rozsądna: proszę zdjąć ręce z wyłącznika. Tak już dobrze szło! O, tak, ładnie.
Typowy sygnał: trzy krótkie, jeden długi.
WERSYFIKATOR (tym samym dźwięcznym głosem):
Dziewczyna w sam raz do łóżka:
Piękny biuścik, zgrabna nóżka,
Tyle o niej już słyszałem,
Że sam wypróbować chciałem.
Dla mnie nowe to przeżycie,
Ale ona cierpi skrycie:
Dotknie ręką, śrubę spotka,
Dotknie wargą, a tu szczotka,
Chce przytulić się, biedactwo,
A tu brąz, miedź i żelastwo!
Trzask — milczenie.
SEKRETARKA (wzdycha) — Biedaczek!
POETA — Widzi pani? Przyznaje pani sama: wzruszył panią. Taka świeżość, spontaniczność, że... Ja kupię tę maszynę. Nie dam jej wymknąć mi się z rąk.
SEKRETARKA (odczytuje tekst):
...cierpi skrycie:
Dotknie ręką, śrubę spotka,
Dotknie wargą, a tu szczotka...
Tak, tak, to zabawne. Dobrze udaje... dobrze udaje zachowanie ludzkie, „...a tu szczotka”: co tu robi szczotka?
POETA — Szczotka? Niech mi pani pozwoli... Tak, „szczotka”. Nie wiem. Zajrzymy do słownika: szczerba, szczodrość... Szczotka, owszem jest, ale do zamiatania, szczoteczka do zębów — nie, nie rozumiem, co on chciał powiedzieć. Dzwonek u drzwi.
SEKRETARKA (idzie otworzyć) — Witamy, panie Simpson.
POETA — Witamy.
SIMPSON — Jestem z powrotem, szybko, prawda? Jak tam z próbami? Zadowolony pan? A pani?
POETA — Owszem, owszem, doprawdy zupełnie nieźle. A propos: niech pan spojrzy na ten tekst, jest w nim dziwne słowo, którego nie możemy zrozumieć.
SIMPSON — Proszę pokazać: ,,...dla mnie to przeżycie...”
POETA — Nie, niżej; o, tu: „...a tu szczotka”. To nie ma sensu; nawet w słowniku nie znalazłem wyjaśnienia, sprawdzaliśmy: jest tylko normalna szczotka do codziennego użytku. — Rozumie pan, to nie jest krytyka z mej strony, tylko jestem ciekawy.
SIMPSON (czytając) — „Dotknie wargą, a tu szczotka, chce przytulić się, biedactwo, a tu brąz, miedź i żelastwo”. (z dobroduszną wyrozumiałością) Ach, tak, zaraz to panu wyjaśnię. To jest żargon drukarski: wie pan dobrze, że w każdej drukarni powstaje swoisty żargon. Żargon drukarni, w której się narodził. W sali montażowej firmy NATCA, włoskiej, tu, u nas, w Olgiate Comasco, „szczotką” nazywają szczotki metalowe. Ten model został zmontowany i opracowany w Olgiate i musiał podsłuchać ten termin. A raczej, kiedy się nad tym zastanawiam: on go nie podsłuchał, jego tej nazwy nauczono.
POETA — Nauczono? A po co?
SIMPSON — To taka najświeższa innowacja: widzi pan, wszystkim naszym aparatom (a także, oczywiście, i konkurencyjnym) może przydarzyć się awaria. Otóż, nasi technicy zdecydowali, że najprostszym rozwiązaniem jest nauczyć maszyny wszystkich nazw części, jakie zawierają; w ten sposób, w wypadku uszkodzenia, są one w stanie bezpośrednio domagać się zastąpienia awaryjnej części. Rzeczywiście, Wersyfikator zawiera dwie metalowe szczotki, połączone na osiach, podtrzymujących taśmę.
POETA — To naprawdę pomysłowe (śmieje się). Miejmy nadzieję, że nie będziemy potrzebowali korzystać z tej umiejętności aparatu!
SIMPSON — Powiedział pan: ,,miejmy nadzieję”?! Mam z tego wnioskować, że... że pan... słowem, że pańskie wrażenie jest pozytywne?
POETA (naraz bardzo wstrzemięźliwie) — Jeszcze się nie zdecydowałem. Pozytywne i nie. Będzie można o tym pomówić, ale tylko z kosztorysem w ręce.
SIMPSON — Pragnie pan może zrobić jeszcze jakąś próbę? Na jakiś prawdziwie poważny temat, który dałby się rozwinąć w sposób zwięzły i doskonały? Bo to są, wie pan, testy najbardziej przekonujące.
POETA — Chwileczkę, niech się zastanowię, (pauza) Na przykład... Aha, (do Sekretarki) czy pani pamięta tę ofertę... Zdaje mi się, z listopada: tę ofertę pana Capurro...
SEKRETARKA — Capurro? Momencik, zajrzę do wykazu. Tak, Kawaler Francesco Capurro, Genua. Życzył sobie sonetu Jesień w Ligurii.
POETA (surowo) — Oferta nie została załatwiona?
SEKRETARKA — Oczywiście, owszem. Odpowiedzieliśmy, prosząc o prolongatę.
POETA — A potem?
SEKRETARKA — A potem... wie pan, przed świętami mieliśmy tyle do roboty...
POETA — Tak. W ten sposób traci się klientów.
SIMPSON — Widzi pan? Tu się sprawdza przydatność Wersyfikatora. Niech pan pomyśli: dwadzieścia osiem sekund na sonet; to znaczy na oddeklamowanie go, gdyż czas, jakiego potrzebuje na kompozycję, jest niedostrzegalny, jakieś mikrosekundy.
POETA — Mówiliśmy więc... Aha: Jesień w Ligurii, dlaczego nie?
SIMPSON (z łagodną ironią) — W ten sposób połączy pan przyjemne z pożytecznym, prawda?
POETA (dotknięty) — Ależ nie! To tylko próba praktyczna: chciałbym widzieć go na moim miejscu, w konkretnym przypadku, typowo administracyjnym, z jakimi mamy do czynienia trzysta lub czterysta razy w roku.
SIMPSON — Ależ naturalnie, żartowałem. No, więc: próbuje pan?
POETA — Tak, myślę, że już umiem. Jesień w Ligurii (trzask), jedenastozgłoskowiec, sonet (trzask), EL (trzask), rok, mniej więcej, 1920. Proszę.
Znany sygnał: trzy krótkie, jeden długi.
WERSYFIKATOR (ciepłym i natchnionym głosem, potem coraz bardziej podnieconym i zdyszanym):
Lubię odwiedzać te stare zaułki:
Zniszczone bruki, lecz rozkoszne wonie
Piżma i drzew figowych; gdzie jaskółki
Kreślą sylwetki swe na nieboskłonie.
Kocham dżdżownice, koty i kukułki,
Co tu się kryją, i ja się tu chronię.
Idę przed siebie, a ucho me chłonie
Znane odgłosy, oko w próżni tonie,
Pamięć obrazy dawne wskrzesza, to nie
Do wiary: widzę wyraźnie jabłonie
W złocistych liści zmierzwionej koronie.
Jak stoją w mgiełki jesiennej zasłonie.
Dwa styki się spaliły w mym ogonie
I uwięziły mnie na rymie „onie”.
Ratuj mnie, złoty, poczciwy Sinsonie,
Lecz jak najprędzej, bo już w piętkę gonię
I jak nie zdążysz, to ducha wyzionę.
Przynieś narzędzia i zmień połączonie,
Wskazówki znajdziesz w świeżym instrukcjonie,
Dzięki serdeczne i uszanowionie.
Silne brzęczenie, hałas, gwizdy, zakłócenia, łoskot.
POETA (starając się przekrzyczeć) — Co się dzieje, do diabła?
SEKRETARKA (przerażona biega po pokoju) — Na pomoc, na pomoc, dymi się. Teraz się pali. Wybucha! Trzeba wezwać elektryka. Nie, straż pożarną. Pogotowie. Ja odchodzę! SIMPSON (również zdenerwowany) — Chwileczkę. Niech się pani uspokoi łaskawie, usiądzie w fotelu i będzie cicho, bo mi się już w głowie kręci. Może to być drobnostka, na wszelki wypadek (trzask), o właśnie! wyłączymy prąd, tak będzie bezpieczniej, (hałas ustaje) Zobaczymy... (manewruje przy maszynie), trochę się już teraz znam na tych instrumentach... (manewruje), dziewięć razy na dziesięć jest to nieznaczne uszkodzenie, które da się naprawić przyrządami z wyposażenia... (z triumfem) A co, nie mówiłem? Proszę: bezpiecznik.
POETA — Bezpiecznik? Niecałe pół godziny funkcjonował! Nie bardzo to obiecujące.
SIMPSON (jak szpilką ukłuty) — Po to są bezpieczniki, nie? Nie w tym sedno: tu brak stabilizatora napięcia, a jest niezbędny. Nie żebym o nim zapomniał, tylko po prostu zostałem bez stabilizatorów, a nie chciałem pozbawiać pana możliwości wypróbowania aparatu. Zresztą dostanę je lada dzień. Jak pan widzi, funkcjonuje on i tak doskonale, lecz jest uzależniony od skoków napięcia, których nie powinno być, ale są, specjalnie o tej porze roku i o tej godzinie, jak pan mnie pouczył. Mnie się jednak wydaje, że ten epizod powinien usunąć wszelkie pańskie wątpliwości co do zdolności poetyckich aparatu.
POETA — Nie rozumiem. O czym pan mówi?
SIMPSON (łagodniej). Może uszło to pana uwagi: słyszał pan, jak mnie nazwał? ,,Ratuj mnie, złoty, poczciwy Sinsonie”.
POETA — No to co? To była licentiapoetica: mało broszura pisze o mechanizmie licencji, stopniu „licencjalności”, itd. ?
SIMPSON — A nie, widzi pan, to jest co innego. Zmienił moje nazwisko na „Sinsona” ze szczególnych powodów. Powinienem powiedzieć raczej, że je poprawił, gdyż (z dumą) „Simpson” etymologicznie wiąże się z Samsonem, w hebrajskim brzmieniu Szimszonem. Maszyna nie mogła o tym wiedzieć naturalnie, ale w momencie paniki, czując gwałtownie wzrastające natężenie prądu, doznała potrzeby interwencji, pomocy i ustaliła związek pomiędzy „wspomożycielem” antycznym a współczesnym.
POETA (z głębokim podziwem) — Związek... poetycki!
SIMPSON — Oczywiście. Jeżeli to nie jest poezja, to co to jest?
POETA — Tak... tak, to jest przekonujące, zgadzam się. (pauza) A... (z udanym zakłopotaniem) przechodząc do spraw bardziej ziemskich, bardziej prozaicznych... może byśmy przyjrzeli się trochę temu pańskiemu kosztorysowi?
SIMPSON (rozpromieniony) — Chętnie. Ale, niestety, przyjrzenie mu się nie da wiele. Zna pan Amerykanów: z nimi nie można się targować.
POETA — Dwa tysiące dolarów, prawda, proszę pani?
SEKRETARKA — Hm... prawdę mówiąc, nie pamiętam... doprawdy nie pamiętam...
SIMPSON (śmieje się serdecznie) — Pan raczy żartować. Dwa tysiące siedemset, CIF Genua, opakowanie włączone w cenę, plus cło dwanaście procent, kompletne wyposażenie, dostawa w ciągu czterech miesięcy, abstrahując od jakiejś vis maior. Wpłata należności przy pomocy otwarcia kredytu — to konieczne — gwarancja dwanaście miesięcy.
POETA — Rabat dla starych klientów?
SIMPSON — Nie, naprawdę nie mogę, niech mi pan wierzy: straciłbym posadę. Obniżka o dwa procent kosztem połowy mej prowizji: to wszystko, co mogę zrobić dla pana.
POETA — Twardy pan jest naprawdę. Dobrze, dzisiaj nie mam siły dyskutować: proszę mi dać zamówienie, lepiej, żebym je od razu podpisał, zanim się rozmyślę.
Przerywnik muzyczny.
POETA (do publiczności) — Od dwóch lat już jestem w posiadaniu Wersyfikatora. Nie mogę powiedzieć, aby mi się już zamortyzował, lecz stał się dla mnie nieodzowny. Okazał się ogromnie wszechstronny: nie tylko że odciążył mnie w mej pracy poetyckiej, ale prowadzi mi rachunkowość i wypłaty, uprzedza o terminach płatności, nadto załatwia mi korespondencję. Nauczyłem go bowiem komponować prozą i wywiązuje się z tego znakomicie. Na przykład, tekst, którego państwo wysłuchali, to jego utwór.
Siedzieli w jeepie sztywnie i w milczeniu; od dwóch miesięcy wiedli wspólne życie, lecz nie było między nimi wielkiej zażyłości. Tego dnia przypadała na Francuza kolej prowadzenia. Przejechali przez Kurfurstendamm podskakując na nierównym bruku, skręcili w Glockenstrasse, okrążając zręcznie stos gruzów i przejechali nią do ulicy Magdalene: tutaj tarasował drogę lej bomby, pełny mulistej wody; w zanurzonym przewodzie gaz bulgotał wielkimi, lepkimi bańkami.
Dom pod numerem 26. wydawał się nietknięty, ale był prawie odosobniony. Otaczały go nieuprawne tereny, z których usunięto gruzy; porastała je już trawa, tworząc miejscami rachityczne ogródki.
Dzwonek był zepsuty: długo pukali na próżno, po czym wyważyli bramę, która ustąpiła pod pierwszym pchnięciem. Wewnątrz był kurz, pajęczyny i przenikliwy odór stęchlizny.
Na pierwszym piętrze znaleźli tabliczkę „Leeb”; zamki były dwa, a silne drzwi długo opierały się ich wysiłkom.
Gdy weszli, znaleźli się w ciemnościach. Rosjanin zapalił latarkę, potem otworzył na oścież okno: słychać było szybką ucieczkę szczurów, lecz ich samych nie było widać. Pokój był pusty: ani jednego mebla. Był tylko zwykły, ordynarny strop i dwa grube pale, biegnące równolegle i poziomo od jednej ściany do drugiej, na wysokości dwóch metrów od podłogi. Amerykanin zrobił trzy zdjęcia różnych punktów pokoju i sporządził błyskawiczny szkic.
Podłogę pokrywała warstwa brudnych łachów, makulatura, kości, pióra, łupiny z owoców i wielkie plamy czerwono-brunatne, które Amerykanin zeskrobał ostrożnie żyletką, a zeskrobany proszek zsypał do szklanej rurki. W jednym kącie kupa nieokreślonej substancji, szarobiałej i suchej, cuchnęła amoniakiem i zepsutymi jajami i roiła się od robactwa. — Herrenvolk — mruknął Rosjanin z pogardą (między sobą rozmawiali po niemiecku); Amerykanin wziął próbkę i tej substancji.
Anglik podniósł kość, zaniósł ją do okna i obejrzał dokładnie.
Zebrali wszystkie kości i zanieśli je do jeepa, dokoła którego zgromadziła się grupka gapiów, jakieś dziecko weszło do środka i szperało pod siedzeniami. Gdy zobaczyli czterech żołnierzy, wszyscy oddalili się pospiesznie. Zdołali zatrzymać tylko troje: dwóch starszych mężczyzn i dziewczynę. Zaczęli ich rozpytywać: nic nie wiedzieli. Profesor Leeb? Nikt takiego nie znał. Pani Spengler, z parteru? Zginęła podczas bombardowania.
Wsiedli do jeepa i zapuścili motor. Ale dziewczyna, która już miała odejść, wróciła i zapytała:
Posadzili ją w jeepie i zawieźli do Komendy Alianckiej.
Hilbert był rozwścieczony:
Pułkownik podniósł się ciężko.
Była to zarekwirowana piwiarnia i można w niej było dostać wszystko. Obok pułkownika siedzieli Hilbert i Smirnow, biolog. Czterej żołnierze siedzieli po dwóch długich stronach stołu, a w głębi dziennikarz i Leduc, z trybunału wojskowego.
Więc tak: w niektórych jeziorach Meksyku żyje stworzonko o niemożliwej do wymówienia nazwie, trochę podobne do salamandry. Żyje w nie zakłóconym spokoju od nie wiem ilu milionów lat, jakby nigdy nic, mimo że to ono dało początek i jest odpowiedzialne za swego rodzaju skandal biologiczny: oto rozmnaża się systemem larwowym. Jak mnie uświadomiono, jest to sprawa olbrzymiego znaczenia, herezja niebywała, zdradziecki cios, zgotowany przez naturę, na szkodę jej badaczy i prawodawców. Krótko mówiąc, wygląda to tak, że gąsienica samica parzy się z gąsienicą samcem, a po zapłodnieniu, zanim stanie się motylem, składa jajka. A z jajek, naturalnie, urodzą się inne gąsienice. Po co, w takim razie, przetwarzać się w motyla? Po co stawać się „owadem doskonałym”? Można się przecież bez tego obejść.
I rzeczywiście, aksolotl obywa się bez tego (zapomniałem wam powiedzieć, że tak się nazywa ten potworek). Obywa się prawie zawsze: jeden tylko egzemplarz, na sto lub na tysiąc, może szczególnie długowieczny, w długi czas po rozmnożeniu przetwarza się w inne stworzenie. Niech pan nie robi takich min, Smirnow, albo niech pan mówi sam. Każdy wyraża się, jak może i jak umie. — Przerwał na chwilę. — Neotenia, oto jak się nazywa ten galimatias: kiedy zwierzę rozmnaża się jako larwa.
Kolacja była skończona i przyszła kolej na fajki. Dziewięciu mężczyzn przeniosło się na taras, a Francuz rzekł:
