Nadzieja - Joanna Dudzik - ebook

Nadzieja ebook

Joanna Dudzik

4,7

Opis

Codziennie umiera kawałek jej duszy. Ale nikt nie może jej pomóc.

Nadzieja – imię będące gorzkim żartem losu. Bo ta kobieta nigdy nie zaznała ani miłości, ani bezpieczeństwa, przez co straciła wiarę w lepsze jutro. Od dziecka otaczały ją przemoc, strach i alkohol, a kiedy dorosła, zaczęła powielać znane schematy.

Weszła w toksyczny związek ze zmagającym się z uzależnieniem mężczyzną. Urodziła córkę, od której z czasem zaczęła się oddalać.

Dziś jej umysł zatruwają lęki i myśli tak mroczne, że trudno wypowiedzieć je na głos. Chociaż Nadzieja próbuje.
Stara się walczyć z depresją, uczęszcza na terapię, ale każdy krok naprzód kończy się bolesnym upadkiem. Nie potrafi kochać tak, jak „powinna”, ani zaufać, że życie ma sens. Tym bardziej, że podobne demony dręczą także jej córkę…

„Nadzieja” to brutalnie szczera opowieść o chorobie, która powoli zabija duszę. O toksycznych relacjach rodzinnych i problemach, jakie dziedziczy się niczym klątwę. Oraz o ludziach, którym – jak na ironię – najbardziej w życiu brakuje nadziei.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 427

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (7 ocen)
6
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Zaczytana1994

Nie oderwiesz się od lektury

Są imiona, które niosą światło. I są historie, które to światło gaszą. Nadzieja. Imię, które powinno być obietnicą , a okazało się ironią losu. Bo życie tej kobiety od początku było wszystkim, tylko nie tym czym być powinno. W tej historii poznałam Nadzieję. Kobietę, która od najmłodszych lat zna głównie strach. Wychowana w świecie przemocy i alkoholu, nie dostała szansy na beztroskie dzieciństwo. Choć później bardzo chciała żyć inaczej to powielała schematy, które znała najlepiej, przez co weszła w kolejną toksyczną relację. Zostaje matką i tutaj zaczyna się ciche pękanie. Szczelina po szczelinie, aż z czasem zostają tylko pęknięte fundamenty duszy. Autorka w bardzo dosadny sposób ukazuje nam jak trauma potrafi przechodzić z pokolenia na pokolenie i jak depresja niszczy nie tylko daną osobę, ale całe relacje wokół niej. To wyniszczająca choroba, która odbiera siły, odbiera sens, odbiera zdolność dostrzegania tego, co najważniejsze. Ona nie krzyczy, ona zabiera po kawałku o...
10
pelaaaaak

Nie oderwiesz się od lektury

Cóż za pełna ciepła, nadziei i bólu lektura... Smutek i lęk jest tak namacalny, że aż sam utożsamiłem się z bohaterami. Dr Elżbieto/Asiu!!! Napisałaś świetną książkę! Gratulacje i czekam na kolejne.
00

Popularność




Joanna Dudzik

Nadzieja

Dla mojej cudownej kotki Luci.

To dzięki Tobie jestem tutaj.

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać o to, by sam nie stał się potworem. Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również w nas.

Fryderyk Nietzsche

Brodzik prysznica pokryty jest szkarłatem. Krew powoli znika w rdzawym odpływie. Znam jej twarz tak dobrze, ale teraz wydaje się obca. Jakby za nią nikogo już nie było. Jakby do nikogo nie należała. Jakby była niczym poza pustym naczyniem, pozbawionym najważniejszego pierwiastka – osobowości – tego, co tworzy nasz magnetyczny umysł. Odeszła, pozostała po niej tylko cielesna forma. Zimna i blada. Znajoma, a jednocześnie taka obca. Przerażająca.

Leży w brodziku. Ciemne plamy krwi odznaczają się na szarych dresach. Na zewnątrz wystaje martwa stopa ubrana w różową skarpetkę w kotki. Jej głowa oparta jest o ścianę, a na bladej twarzy maluje się ulga. Widok tajemniczego uśmiechu Mony Lisy na martwym obliczu bliskiej osoby przeszywa mnie dreszczem do szpiku kości i budzi paraliżującą grozę.

Czy mogłam temu zapobiec? – ta myśl nie daje mi spokoju.

Krew zastyga w moich żyłach.

To niemożliwe.

To nieprawda.

Palące łzy spływają po policzkach, a gardło zaciska szok i dławiąca rozpacz. Jestem sparaliżowana.

Czy mogłam temu zapobiec?

WCZEŚNIEJ

Nadzieja

Nienawidzę matki. Nienawidzę jej dosłownie za wszystko. Za to, co mi zrobiła i powiedziała. Za każdą emocję, którą we mnie wywołała, a która odcisnęła się piętnem na całym moim marnym życiu. Za to, że nigdy nie była przy mnie, kiedy jej potrzebowałam. I że czułam się wiecznie przez nią niewidzialna.

Swoją drogą ojciec nie był lepszy. Z tym że on nie żyje już od wielu lat. Od dziecka życzyłam mu śmierci, ale za długo musiałam na nią czekać. Zbyt wiele złego się do tego czasu wydarzyło. W końcu jednak uwolniłam się od niego, od jego awantur, przemocy, od alkoholowych libacji, scen sodomii i gomory, które urządzał w moim rodzinnym domu.

A w tym wszystkim ona – matka, wiecznie niezadowolona i oschła. Wydaje mi się, że tak naprawdę nigdy mnie nie kochała. Choć czasami pojawiała się ta iskierka nadziei, że może nie byłam jej kulą u nogi, że tak naprawdę kochała mnie, ale nie potrafiła tego okazać, że po prostu nie dawała rady ze sobą, z własnym życiem i z ojcem. Bo to właśnie on był elementem, który zapoczątkował ten cały koszmar. Od niego rozpoczęło się jej smutne życie, pozbawione nadziei na jakąkolwiek zmianę. Zawsze mówiła, że jesteśmy w sytuacji bez wyjścia, że musimy wytrzymać, zagryźć zęby, że tak wygląda dorosłe życie, a ja ślepo wierzyłam jej we wszystko. Niepotrzebnie, bo tym przekonaniem do cna przesiąknęła moja dusza. Nawet jeśli próbowałam się go pozbyć, ono i tak zawsze bulgotało jak gorąca lawa u źródła wulkanu, torując sobie drogę, aby na nowo zalać mój zachwiany i niespokojny umysł.

Mama początkowo nie piła, ale ulegała ojcu na każdym kroku, a on ją wyklinał i bił. Mnie zresztą też. Nie miałam rodzeństwa. Kiedy zaczynały się awantury, zamykałam się w pokoju z kotką Laurą. Była moim ukojeniem. Jedyną miłością, jakiej doświadczyłam w dzieciństwie. Ludzie mówią, że koty są głupie, że traktuję je zbyt poważnie, ale nie wiedzą, że czasem ta mała, futrzana istotka może być całym twoim światem, twoim wybawieniem z mroku codzienności, jaki fundują ci najbliżsi; ci, którzy powinni budować w tobie poczucie bezpieczeństwa, a zamiast tego rozkładają pole minowe, ucząc, że jedyny tryb, jaki jest potrzebny do przetrwania w życiu, to: „uciekaj albo walcz”. Nic pomiędzy.

Nie wiedziałam, dlaczego ciągle do tego wracałam. Miałam trzydzieści pięć lat, ojciec nie żył od dwudziestu, a ja nadal nie mogłam się uwolnić od tych bolesnych myśli. Każdego dnia bombardowały mnie, jakbym nadal żyła w tym patologicznym domu. Wydawało mi się, że już nigdy się od tego nie uwolnię, a całe moje życie będzie jedną wielką bezsilną udręką.

Traumę w naszym domu przekazywało się z pokolenia na pokolenie. Moja matka od małego była bita przez swojego ojca dosłownie za wszystko. Za to, że zapomniała nakarmić kur, choć miała zaledwie sześć lat; za to, że wypiła odrobinę ciepłego, świeżo wydojonego mleka z kanki, którą niosła od sąsiadki, która miała krowy; za to, że zaczęła dojrzewać, a jej ciało nabierało kobiecych kształtów, co wzbudzało w nim zgorszenie. Była bita za wszystko i za nic. Ale czy to ją tłumaczy? I tak, i nie. Co nie zmienia faktu, że miałam i mam prawo czuć do niej to, co czuję. Ogromną niechęć.

Moja przyjaciółka Paula zawsze przekonywała mnie, że powinnam w siebie uwierzyć, że wszystko jeszcze się ułoży, ale nienawidziłam, kiedy tak mówiła. To nie było takie łatwe, kiedy od dziecka słyszało się, jakim jest się ciężarem, jaka jesteś głupia, nieogarnięta, że ryczysz jak beksa i nie umiesz się zachować jak grzeczna dziewczynka. No bo przecież jak jesteś dziewczynką, to musisz być chodzącym ideałem, który nie wychyla się przed szereg i pokornie skłania głowę, przepraszając, że w ogóle istnieje. Nie złość się, bo złość piękności szkodzi. Udawaj głupią przy chłopcach i śmiej się z ich żartów, nawet jeśli są żałosne, tylko po to, abyś była dla nich wystarczająco atrakcyjna. Ubieraj się tak, aby podkreślić figurę, ale jak ktoś cię skrzywdzi, to przecież twoja wina, bo prowokowałaś. Maluj się, aby uwydatnić swoje atuty, bo przecież tylko niechlujne dziewczęta się nie malują, ale jednocześnie nie oszukuj, więc trzeba cię wziąć na pierwszą randkę na basen.

Kiedy zapytasz mężczyzny, czego boi się najbardziej na pierwszej randce, odpowie, że tego, iż okażesz się gruba i brzydka, a co odpowiadają kobiety? Obawiają się, że mężczyzna okaże się seryjnym gwałcicielem albo mordercą. To wiele mówi o naszym społeczeństwie, czyż nie? Więc latami budujesz swój fałszywy obraz siebie, którego sama nienawidzisz, ale tę wersję ciebie wielbi twój wybranek. Dałaś się oszukać w procesie socjalizacji, a teraz oszukujesz innych, udając kogoś innego. Pchasz się w ten sposób w odmęty destrukcji i samonienawiści. Prowadzisz życie kreacji, jaką stworzyłaś, a która ani trochę nie przypomina autentycznej ciebie. Szkoda, bo wiele na tym tracisz.

A jak już masz tego jedynego, to pamiętaj, że teraz konieczny jest ślub z pompą i dziecko, najlepiej całą ich gromadkę. Bo przecież kobieta bez dzieci jest jak nieurodzajna jabłonka. Takie należy wycinać. Ile było we mnie złości na ten świat, na życie… Ale musiałam być silna. Dla Laury. Mojego największego skarbu. I kogoś, kto trzymał mnie przy życiu.

Zamknęłam swój dziennik z uroczym kucykiem Pony na okładce, a dokładnie z różową Pinkie Pie, i schowałam go do torebki. Pisanie pomagało mi w radzeniu sobie z emocjami i trudnościami życia codziennego. Czasami miałam ochotę go przeczytać, ale ostatecznie nigdy nie wróciłam do żadnego z moich wpisów. Bałam się ich. Bałam się, że poczuję przerażenie spowodowane tym, co się tam znajduje, że mój obraz siebie jako silnej i zaradnej pęknie bezpowrotnie, a ja zanurzę się w ziejących odmętach mojego umysłu. Nie miałam na to siły. Za dużo złego już przeżyłam i więcej nie zniosę.

Czasami zastanawiałam się, jak to możliwe, że dzieci popełniają te same błędy co rodzice. Kiedyś czytałam książkę, która mówiła o powtarzanych schematach, wyuczonych za dziecka. Mimo że wychowałaś się w patologii, która cię przerażała, w dorosłym życiu lgnęłaś do tego samego, bo wyczuwałaś jak hiena zapach padliny drugą osobę, która idealnie wypełniała pustkę po patologicznym puzzlu w znanej ci dobrze układance. Była jednocześnie straszna, ale dobrze wiedziałaś, jak się w niej poruszać.

Tym puzzlem była rzekoma druga połówka. W twoich oczach mieniła się jak diament, który wystarczy porządnie oszlifować swoją miłością. Żyć razem długo i szczęśliwie. Sranie w banie! W tę bajeczkę uwierzyło całe pokolenie dziewczynek. Teraz niszczą sobie życie z nieodpowiednimi facetami, którzy mieli być książętami na białym koniu, a okazywali się zwykłą hołotą.

Działało to też w drugą stronę. Mężczyźni również poszukiwali diamentów, ładując się w toksyczne relacje, które tylko wzmacniały ich ukryte schematy. A później wybrzmiewało dobrze nam znane „wszystkie baby są takie same”. Każdy w tej układance był poszkodowany.

Pamięć regularnie podrzucała mi moment z życia, kiedy leżałam skulona między oparciem wersalki a ścianą, drżąc na całym ciele. Mimo emocji, jakie mi towarzyszyły, nie byłam w stanie płakać. Zresztą moja matka nie akceptowała płaczu, karała mnie za niego. Dzięki niej nauczyłam się wstrzymywać oddech, aż do momentu kiedy łzy odchodziły, a ja sapiąc, próbowałam zachłysnąć się na nowo powietrzem. Wtedy czułam ulgę, bo udało mi się uniknąć jej gniewu.

Tym razem próbowałam uniknąć ekspansji złości partnera, udając że mnie nie ma, że nie istnieję. Ojciec bił mamę, a Tomek robił to samo ze mną. Mimo wszystko kochałam go i wierzyłam, że go zmienię, że przy mnie stanie się lepszy, bo przecież kto się czubi, ten się lubi. Żałosne. Zupełnie niepotrzebnie hodowałam w sobie tę nadzieję. Choć nie wiadomo, co by było, gdyby nadal żył. Gdyby był z nami. Często wracałam pamięcią do chwili, gdy w przerażeniu siedziałam za wersalką, a w brzuchu biło już serduszko mojej córeczki. Każda awantura wywoływała strach o nią, o jej zdrowie, życie… To ona teraz była na pierwszym miejscu, nie Tomek, nie mama. W moich oczach ja sama nigdy nie plasowałam się nawet na podium. Może dlatego okres ciąży był taki ciężki. Uwolniłam się od toksycznego domu, wpadając w kolejną patologię, nadal nie odnajdując siebie, a w zasadzie oddalając się od prawdy coraz bardziej.

Gdy dowiedziałam się o ciąży, byłam przerażona. Oczywiście nie planowaliśmy jej. Doskonale pamiętałam moment, kiedy na teście pojawiły się dwie kreski. Na początku ogromna rozpacz i żal, złość na siebie za brak odpowiedzialności i strach – co dalej? Ciąża była koszmarem, mój stan psychiczny znacznie się pogorszył. Okropnie schudłam. Wyglądałam jak szkielet z przyczepioną piłką lekarską do brzucha.

W końcu urodziłam córkę przez cesarskie cięcie. W ósmym miesiącu ciąży. Obawiałam się chwili, kiedy pierwszy raz ją zobaczę, co poczuję, czy stanie się magia, o której tak wiele mówili, ale nic podobnego się nie wydarzyło.

Początkowo nie potrafiłam jej pokochać, opieka nad nią była udręką, ale z czasem, kiedy zaczęła rosnąć, uśmiechać się, wypowiadać niewyraźne „mama” i spoglądać na mnie jak nikt inny wcześniej, z tą bezgraniczną miłością, coś się zmieniło, coś pękło, moje serce otworzyło się. Pokochałam ją bezwarunkowo, choć opieka nad nią nie była łatwa, a stany depresyjne zaczęły pojawiać się jeszcze częściej, z tą różnicą, że tym razem musiałam jeszcze bardziej udawać, że wszystko jest okej. Dla niej. Nie dla siebie. Bo we mnie rodziła się coraz większa pustka, która na chwilę się rozpraszała, kiedy patrzyłam w oczy tej uroczej drobnej istotki. Ale to nigdy nie było wystarczające, żeby przegonić na zawsze ciemne chmury, które od dziecka się nade mną kłębiły i uporczywie nie chciały się rozejść, przepuszczając choćby jeden promyczek nadziei.

Cóż za ironia, co nie? Moja matka dała mi na imię właśnie Nadzieja, licząc że przyniesie mi to dobre życie. Kpina. Wyobraźcie sobie, jakim byłam pośmiewiskiem. Może rzeczywiście wiele nie różniłam się od niej, dając własnemu dziecku imię po ukochanej kotce. Choć nie chciałam być jak matka, to tak bardzo ją przypominałam.

Co do Laury – na szczęście nie zaznała przemocy od swojego ojca. Była za mała, aby to pamiętać. Choć podobno nawet u tak drobnej istoty różne traumatyczne wydarzenia zapisują się w podświadomości. Oby nie. Na wiadomość o ciąży Tomek zareagował szerokim uśmiechem. Pomyślałam, że dam radę pomimo młodego wieku, a moje życie i związek w końcu będą szczęśliwe. Liczyłam jak głupia, że dziecko go zmieni, codzienność w końcu stanie się istną sielanką jak z bajek Disneya.

Niestety po narodzinach Laury on stał się jeszcze gorszy. Nie interesował się nią, a tym bardziej mną. Rzucał marne ochłapy na nasze utrzymanie. Aczkolwiek nie trwało to długo, bo kiedy córka miała dziewięć miesięcy, Tomek zginął pod kołami samochodu. Oczywiście był pijany. Co wtedy poczułam? Przyznam, że do tej pory wyrzucałam sobie te emocje, choć przecież przyszły naturalnie, jako pierwsza reakcja. Poczułam ulgę… znowu… Taką samą, kiedy umarł mój ojciec. Wracało to do mnie jak bumerang i wywoływało poczucie winy.

Choć starałam się jak mogłam, by nie popełniać błędów rodziców, nie zawsze mi się to udawało. Byłam tego świadoma. Za każdym razem, gdy wrzasnęłam na córkę, czułam, jak piekące wyrzuty sumienia zalewają moje ciało i umysł.

I ten głos w głowie: Jesteś jak ona!

Nie! Nie byłam. Przynajmniej miałam taką nadzieję.

Laura

Nie miałam ochoty wracać do domu. Włóczyłam się po pobliskim lesie i chłonęłam ostatnie promyki słońca. Uwielbiałam lato. Nadeszła końcówka wakacji, a za kilka dni miałam wrócić do szkoły. Do ósmej klasy. Na samą myśl o tym robiło mi się słabo. Nie uśmiechało mi się tam wracać, bo nie byłam szkolną gwiazdą. Wręcz przeciwnie.

Balansowałam po cienkiej linie między byciem totalnie niewidzialną albo widzialną aż za bardzo, i to w złym tego słowa znaczeniu. Zawsze byłam spokojną osobą, a jak wiadomo, ciche i spokojne to idealny cel dla tych silnych i terytorialnych. Takie jak ja stawały się łatwym łupem. Łatwo je poniżyć – nie obronią się. Zrobić głupi żart, bo będzie śmiesznie, a przecież się nie zezłoszczą. Na pewno nie publicznie. Prędzej gniew przerzucą na samą siebie w zaciszu własnego pokoju. Jeszcze będzie się głupio uśmiechać, udając, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, żeby zachować w swojej głowie złudną kontrolę ze strachu przed tym, że jeśli obnaży jej brak, to ulegnie autodestrukcji. To ciągłe wypieranie i budowanie fałszywego obrazu rzeczywistości męczyło mnie, ale nie potrafiłam inaczej. Musiałam się bronić, a tylko taka obrona mi pozostała. Taka właśnie byłam.

– Gdzie tak lecisz? – krzyknęła za mną Lena, wytrącając mnie z rozmyślań, w które tak bardzo lubiłam odpływać.

– To co się tak wleczesz? – ponagliłam ją.

– A gdzie ci się spieszy?

Nie odpowiedziałam, ale spowolniłam kroku. Przez chwilę szłyśmy bez słowa. Lena była moją jedyną przyjaciółką. Poznałyśmy się w pierwszej klasie podstawówki i od tamtej pory byłyśmy nierozłączne. To ona często stawała w mojej obronie, bo sama nie potrafiłam tego zrobić. Tak naprawdę czułam, że zasługiwałam na to złe traktowanie. Jakby rządził mną jakiś patologiczny impuls potrzeby bycia ukaraną, więc ciągle czekałam na tę karę i przyjmowałam ją z pokorą. Najwidoczniej tak miało być – tłumaczyłam to sobie. Taki był świat. Byli lepsi i gorsi. A ja należałam do tych drugich.

– Idziesz na ognisko na zakończenie wakacji? – Lena ponownie przerwała panującą ciszę.

– Nie wiem.

– Ale chcesz w ogóle iść?

– Sama nie wiem.

Wiłam się w poczuciu niezręczności. Tak naprawdę dobrze wiedziałam, ale nie byłam pewna, jak na to będzie się zapatrywać moja mama. Zawsze bardzo się o mnie bała, choć mimo wszystko dawała mi dużo luzu. Problem był w tym, że to ja tak bardzo nie chciałam jej sprawiać problemu, że zazwyczaj rezygnowałam z tego, czego pragnęłam najbardziej. Nie chciałam, żeby się o mnie martwiła. Nie chciałam jej dokładać smutków. Miała ich wystarczająco dużo.

Mama ponownie miała swój słabszy okres, choć usilnie roztaczała wokół siebie iluzję, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, ale mnie nie mogła oszukać. Nie lubiłam tych momentów, bo znowu pozostawałam zupełnie sama, niewidzialna dla jej pustych oczu. Każdego dnia rozmijałyśmy się, jakbyśmy żyły w dwóch różnych światach. Tak blisko, a jednocześnie tak daleko, jakby w innych galaktykach, które tylko czasami się przenikały, choć bardzo powierzchownie. Nawet nie próbowałam wejść do jej świata, bo po prostu mnie przerażał. Wydawał się zbyt mroczny. W tych momentach zawsze chodziła struta, smutna, szybko się złościła i wyładowywała swoją frustrację na mnie czy na swoim partnerze Adrianie. Nienawidziłam jej za to, jak mnie wtedy traktowała. Zimna i niedostępna. Zła. Ostatecznie później zawsze płakała, przepraszała mnie i przynosiła ulubione ciastka holenderskie, które razem roztapiałyśmy nad parującą herbatą. To był nasz zwyczaj i sposób na rozładowanie negatywnych emocji. Cała złość i napięcie pryskały jak mydlana bańka, zastępował je śmiech. Na początku niezręczny, później coraz bardziej swobodny, choć nadal z przeszywającą iskrą, która mogła w każdej chwili wzniecić płomień.

– To zastanów się, czy chcesz, czy nie. Ja idę – odpowiedziała, starając się ukryć złość na mnie.

Byłyśmy dwoma przeciwieństwami. Ona przebojowa i zdecydowana, a ja spokojna i totalnie niezdecydowana.

– Okej, dam znać. Pogadam z mamą – obiecałam i wyciągnęłam na wierzch uśmiech numer dwa, czyli „daj mi święty spokój”.

– No dobra, to do jutra. – Ucałowała mnie w policzek na pożegnanie.

– Do jutra.

Weszłam do domu. W drzwiach powitała mnie moja kochana kotka Mimi. Jej rude, krótkie, ale puchate futerko lśniło w promieniach zachodzącego słońca, które przebijały się przez okna salonu. Wzięłam ją na ręce i przytuliłam, chłonąc hipnotyzujący zapach świeżo wylizanej sierści. Ten aromat automatycznie wzbudzał spokój i rozluźniał ciało. To była moja mała ostoja, która jako jedyna mnie w pełni akceptowała i kochała, okazując to każdego dnia.

Zrzuciłam buty i położyłam się z nią na łóżku. Zamknęłam oczy, wsłuchując się w jej mruczenie. To również działało na mnie bardzo uspokajająco.

– Nawet się nie przywitasz?

Jak zwykle weszła bez pukania do mojego pokoju.

– Mamo, pukaj, proszę cię! – wściekłam się, choć wiedziałam, że na marne. Tyle razy ją o to prosiłam, że już straciłam nadzieję na poprawę.

– Zapomniałam. Wybacz.

Uśmiechnęła się przepraszająco, jednocześnie kładąc dłoń na grzbiecie Mimi. To była zazwyczaj nasza najbliższa forma kontaktu cielesnego – za pośrednictwem kota. Można by powiedzieć, że na kanapkę, bo między realnym dotknięciem naszych ciał znajdowało się mięciutkie rude futerko i trzecie serce.

– Mamo… – zaczęłam cicho i niepewnie.

– Tak?

– W sobotę jest ognisko na zakończenie wakacji. Będzie Lena. – Czułam, jak moje policzki zalewają się purpurą. Głos stawał się coraz słabszy.

– I chciałabyś pójść, tak? – Na jej twarzy pojawił się zadziorny uśmieszek, który usilnie próbowała ukryć.

– Noo… nie że bardzo, ale chociaż na chwilę.

– O której to ognisko?

– O dziewiętnastej. – Gromadzący się we mnie stres spowodował, że byłam już gotowa odpuścić.

– Późno… czyli o której byś była w domu?

– A do której bym mogła? – zapytałam niepewnie.

Westchnęła przeciągle i pokręciła głową.

– Do dwudziestej trzeciej maksymalnie. I masz być pod telefonem.

Na twarz wypłynął mi szeroki uśmiech, choć nadal czułam się niezręcznie. Poczułam ulgę połączoną z ogromnym napięciem. Te rozmowy kosztowały mnie mnóstwo stresu i energii, tak naprawdę czułam, że robię coś źle, że ją zawodzę.

– Chodź jeść – rzuciła i wyszła z pokoju, zostawiając mnie samą z kotką.

Mimo ulgi napięcie wyżerało moją klatkę piersiową, a ramiona usztywniły się boleśnie, przez co wyglądałam jak druciany wieszak. Głośno wypuściłam powietrze i poszłam za mamą do kuchni. Chwile niepokojącej niezręczności miały towarzyszyć nam jeszcze przez kilka najbliższych dni. Dopóki nie wrócę z ogniska, a zapewne i jeden dzień dłużej.

Nadzieja

Na stole leżały zwłoki młodej kobiety. Na oko miała dwadzieścia trzy lata, ale mogłam się mylić. Jej głowa była obrzęknięta bardziej niż reszta ciała, a do tego mocno sina. Na szyi można było dostrzec bruzdę wisielczą. Zatraciła zmysł przetrwania. Jak doskonale ją rozumiałam.

– Hej, już jestem. Co mam zrobić? – dopytałam.

– Balsamacja. Dziewczyna się powiesiła. Rodzice chcą wystawić ciało…

Ania zwiesiła głos. Dobrze wiedziałam, co miała na myśli. Rodzina chciała, aby ślady samobójstwa były niewidoczne, żeby je wymazać, ukryć prawdę o ich własnym dziecku, która była tak bolesna i niewygodna; która wyciągała na światło dzienne pytanie: „Co zrobiliśmy nie tak?”. Bardzo możliwe, że nic, ale te pytania już nigdy nie opuszczą ich umysłów.

– Dobrze, zajmę się z tym.

– Ojciec prosił, aby wyglądała, jakby zmarła śmiercią naturalną. – Rzuciła mi przeciągłe spojrzenie zza okrągłych okularów w rogowych oprawach.

Spojrzałam w kartę dziewczyny. Miała zaledwie dwadzieścia dwa lata, więc wiele się nie pomyliłam. Ponad dziesięć lat młodsza ode mnie. Czasami balsamując ciała, aby godnie przygotować je na ostatnią drogę, zastanawiałam się, jakimi byli ludźmi, co przeżyli. Na początku próbowałam znaleźć ich profile w mediach społecznościowych, co zazwyczaj kończyło się sukcesem, jakkolwiek to brzmiało w tej sytuacji. Czułam ogromny dysonans na myśl, że ta uśmiechnięta dziewczyna z Instagrama teraz leży przede mną sztywna i martwa, że już jej nie ma wśród żywych, zniknęła, a po niej została tylko cielesna powłoka. Ogarniał mnie żal.

To właśnie Ania wzięła mnie pod swoje skrzydła i nauczyła, aby nie podchodzić osobiście do pracy, którą swoją drogą kochałam. Przygotowanie ludzkiego ciała po śmierci, sprawienie, aby zmarły wyglądał spokojnie, jakby spał, było dla mnie ważnym elementem. Rodzina mogła pożegnać się z bliskim, a spokój na twarzy zmarłego przynosił im jakiś rodzaj ukojenia, dawał nadzieję, że teraz po drugiej stronie zwierciadła było mu dobrze, że już nie cierpiał. Złudna wizja, ale jakże ważna, aby przetrwać ciężki proces dłużącej się żałoby.

Zajęłam się pracą, metodycznie wykonując poszczególne ruchy, które już weszły mi dobrze w krew. Robiłam to od lat prawie każdego dnia. Oczyściłam ciało, wprowadziłam kaniulę do układu krwionośnego i rozpoczęłam wdrażanie płynu balsamacyjnego. W swoim składzie zawierał między innymi formaldehyd. Ciało zaczynało gnić od krwi, dlatego zastępując ją tym płynem, byliśmy w stanie zakonserwować zwłoki i jednocześnie spowodować, że cała skóra stawała się jasna, a zasinienia znikały. Fascynował mnie ten nagły efekt, który z przyjemnością obserwowałam. Każdy ruch wykonywałam starannie, ponieważ nawet drobny błąd można potraktować jako zbezczeszczenie. Przynajmniej ja tak uważałam. Kiedy ciało dziewczyny wypełniało się substancją wypierającą płyn fizjo-logiczny w postaci ciemnej krwi, skóra zmieniała kolor i nabierała wyglądu jak za życia. Oznaki smutku i cierpienia zastępował upragniony spokój na twarzy denatki, którego nie potrafiła zaznać za życia.

Zupełnie jak ja. Czułam ulgę, że chociaż po śmierci byłam w stanie dać jej, w jakiś pokrętny sposób, ale jednak ukojenie. To sprawiało mi satysfakcję.

Kończąc zmianę, wskoczyłam pod pracowniczy prysznic i zmyłam z siebie wszystkie zapachy, którymi przesiąknęło moje ciało i włosy. Nie chciałam, żeby ktokolwiek czuł ode mnie śmierć, która wielu tak mocno przerażała. Wskoczyłam do samochodu. Niebo przysłaniały ciemne chmury. Z oddali nadciągała ulewa. Ciepły, oczyszczający letni deszcz. Odpaliłam silnik i włączyłam się do ruchu ulicznego. W przednią szybę zaczęły uderzać pierwsze duże krople. Otworzyłam okno, próbując nasycić się deszczowym aromatem unoszącym się w powietrzu. Lato zawsze dodawało mi energii, więc starałam się chłonąć jego końcówkę całą sobą.

Myśli zaprzątała mi Laura i jutrzejsze ognisko, na które pozwoliłam jej iść. Odczuwałam lęk przed każdym wieczornym wyjściem córki. Przed jakimkolwiek wyjściem. Wiedziałam, jak niebezpieczne to może być dla tak młodej dziewczyny. Tak naprawdę nadal widziałam w niej małą, słodką dziewczynkę uwieszoną na mojej spódnicy, co swoją drogą czasami przyprawiało mnie do szału, ale z perspektywy czasu bardzo za tym tęskniłam. Już nie byłam dla niej bohaterką, ideałem. Zostałam strącona z piedestału przez jej rówieśników, którzy nagle stali się najważniejsi. Zaczęła zauważać moje wady, których nie krępowała się wytknąć palcem podczas kłótni. Swoją drogą coraz częstszych. Moje rodzicielskie ego niesamowicie cierpiało, ale wiedziałam, że musiało, bo bez tego ciężkiego etapu nigdy nie pozwoliłabym się jej od siebie oderwać, wypuścić z matczynego gniazda. Dystans, jaki się między nami rodził, odkąd zaczęła dojrzewać, sprawiał mi dyskomfort, ale nie potrafiłam tego przeskoczyć, przyzwyczaić do tej nowej rzeczywistości, w której Laura wymykała mi się z rąk. Czasami jej nawet nie poznawałam. Jakby mi ją ktoś podrzucił. Jakby to nie było moje dziecko.

Weszłam do domu i zrzuciłam buty ze spuchniętych po całym dniu stóp. Koło drzwi leżała już jedna para, która nie należała do żadnego z domowników. Damskie, proste, czarne czółenka na niskim obcasie. Typowe kaczuszki. Wytężyłam słuch, ale nie słyszałam żadnych głosów.

– Adrian? – rzuciłam niepewnie w przestrzeń.

– No chodź, czekamy tutaj na ciebie! – jego głos dochodził z kuchni.

– Czekacie?

Ruszyłam przed siebie i na moje nieszczęście w kuchni zastałam moją mamę. Opadły ze mnie wszelkie siły. Jak zawsze wpadła bez zapowiedzi, ale nie miałam już chęci tłumaczyć jej, że wolałabym, aby tego nie robiła. To się miało już nigdy nie zmienić. Oczywiście była zła, że nie przyszłam wcześniej. Zawsze znajdowała powód, aby wtłoczyć we mnie swój jad. Robiła to bardzo skutecznie.

– Godzina siedemnasta trzydzieści, a ty gdzie? Adrian bez obiadu, a ty się szwendasz, pewnie z tą latawicą Paulą… – Patrzyła na mnie z dezaprobatą.

Mama od początku nie polubiła mojej przyjaciółki. Gardziła nią za sposób zachowania, ubioru i za to, że od tamtej pory sama się zmieniłam. Już tak łatwo nie można mnie stłamsić, czasami otwarcie jej odpyskiwałam, co było nie do pomyślenia w dzieciństwie. Wtedy bym za to dostała w twarz, a teraz mój wiek hamował jej agresję wobec mnie. Przynajmniej tę fizyczną.

– Nie mów tak o niej, mamo – warknęłam.

– Mówię prawdę. Patrz, jak ona wygląda. Długie blond włosy, usta powiększone jak dwa cepeliny i cycki wiecznie na wierzchu. Odkąd ją znasz, zmieniłaś się nie do poznania!

Adrian spoglądał to na mnie, to na mamę, i o dziwo postanowił stanąć w mojej obronie. Zwykle milczał, twierdząc, że to sprawa między nami.

– Mamo, daj spokój Nadi. Dopiero wróciła po ciężkim dniu w pracy, a obiad ja ugotowałem. Przecież mam ręce, nie rób już ze mnie takiej ofiary. – W jego głosie można było dosłyszeć rozdrażnienie. Zresztą kogo nie drażniła moja matka. Nawet samą siebie doprowadzała do szału.

– Kto to widział, żeby chłop sobie sam gotował obiad?! Wstydź się, Nadzieja.

Moje imię w jej ustach brzmiało pogardliwie, choć sama je dla mnie wybrała. Starałam się być spokojna, choć w środku cała drżałam.

– Mamo, to już nie te czasy. Obudź się.

– Nie te czasy… Aaaa zresztą… szkoda gadać. – Pokręciła głową i machnęła ręką. – Przyniosłam ci miód od sąsiada, proszę. – Postawiła przede mną litrowy słoik.

Była mistrzynią zmiany tematu, co często sprawiało mi ulgę.

– Dziękuję. A co w ogóle u ciebie?

– Żyję, ale gdybym sama nie przyszła, to ty byś się nie pofatygowała do starej matki.

– Nie jesteś stara, mamo.

– Wiem.

– Jeszcze – nie mogłam powstrzymać ironii.

– Ulżyło ci?

– Tak. – Uśmiechnęłam się do niej, aby rozładować napięcie.

– Ej, ty sakrucie. Zobaczymy, czy w moim wieku będziesz taka mądra.

Miała zaledwie pięćdziesiąt pięć lat, a robiła z siebie starą kobietę. Jakby stała jedną nogą nad grobem, choć jej zdrowie było niemal idealne.

– Dałam na mszę za ojca, zbliża się dwudziesta rocznica śmierci. Przyjdziesz?

– Zobaczę.

Tak naprawdę wiedziałam, że nie przyjdę, ale nie chciało mi się już dłużej z nią przegadywać, bo to wysysało ze mnie resztki chęci do życia.

– No dobrze. Ja sobie pogadałam z Adriankiem, bo oczywiście ty nas wcześniej nie uraczyłaś swoją obecnością, więc muszę już iść. Odprowadzisz mnie do drzwi?

Zeskoczyłam z hokera i skierowałam się za nią do przedpokoju.

– Uważaj na tę Paulę, ona rzuca swoją pajęczą sieć na Adriana i nawet nie wiesz, kiedy zwinie ci go sprzed nosa – szepnęła ochrypłym tonem.

– Już nie wymyślaj.

– Żebyś się nie zdziwiła. – W jej głosie pobrzmiewała pewność siebie i satysfakcja – jak zawsze, kiedy wygłaszała swoją mądrość ze złudną wiarą, że jest wszechwiedząca.

Nie odpowiedziałam. To nie miało żadnego sensu. Mama jak zawsze wyszła w nerwach, bez których nie potrafiła już funkcjonować. To one wyznaczały jej sens życia. Nie piła od lat, ale wiele się nie zmieniła. Niestety. Wcześniej zrzucałam jej krzywdzące zachowanie na alkohol, teraz już wiedziałam, że całe zło zaklęte było w jej radioaktywnej osobowości, wytworzonej na skutek jej przeszłości.

Zamknęłam drzwi na klucz i wróciłam do Adriana.

– I jak? Pogadałyście chwilę? – zagadał.

– Powiedzmy…

Mimo że wiedziałam swoje, słowa mamy wzbudzały we mnie jakiś rodzaj niepokoju. Po jej wizytach byłam zawsze nieobecna. Zamknęłam się w swoim skołtunionym umyśle, popijając czarną herbatę z goździkami.

Przez cały czas Adrian obserwował mnie swoim czujnym spojrzeniem.

– Wszystko okej?

– Tak, tak – zapewniłam go.

Przez głowę przechodziło mi milion lękowych myśli, tworzących chore scenariusze, które nigdy nie mogły mieć racji bytu. Mimo wszystko poddawałam się im, budząc w sobie jeszcze większy, nieuzasadniony lęk.

– Jak w ogóle poznaliście się z Paulą? Nigdy mi o tym nie opowiadałeś – w końcu zagadnęłam Adriana, nerwowo gryząc skórki wokół paznokci.

– Studiowaliśmy razem, przecież wiesz.

– No ale jak wyglądał wasz pierwszy kontakt, pierwsze poznanie. Pamiętasz ten dzień? To są czasami ciekawe historie.

Adrian spojrzał na mnie podejrzliwie, lecz szybko odwrócił wzrok i otworzył lodówkę, aby się schronić za jej drzwiami.

– Nie pamiętam – rzucił, przegryzając kabanosa. Mdlący zapach uniósł się w powietrzu.

– Jak możesz nie pamiętać? – W moim umyśle ponownie zapaliła się czerwona lampka.

– Normalnie, poznaliśmy się całą paczką studencką i tyle. Czasami pożyczała ode mnie notatki, czasami gadaliśmy podczas okienek w pubie, w akademiku i tyle. To nie była jakaś wielka przyjaźń.

– Okej.

Sięgnęłam do stojącej na stole szklanki z paluszkami. Chrupanie zawsze mnie lekko uspokajało. Jakbym wychrupywała z siebie napięcie. Zaczęłam wertować w głowie różne wspomnienia związane z Paulą i Adrianem, aby samą siebie zapewnić, że nie mam czym się martwić. Na marne. Mama zatruła mój umysł wątpliwościami i zostawiła mnie z nimi zupełnie samą. Jak zawsze.

– Koniec przesłuchania? – Adrian ponownie przywrócił mnie do żywych.

– To nie przesłuchanie. Po prostu jakoś tak naszła mnie ciekawość. Zresztą zmieńmy temat. – Sięgnęłam po kolejne paluszki. – O czym gadałeś z mamą?

– O dziecku.

Zakrztusiłam się, aż w kącikach oczu pojawiły się łzy.

– Jakim dziecku? – Przeszyłam go wściekłym spojrzeniem. Dobrze wiedziałam, o co chodzi.

– Zastanawiałaś się nad tym?

– Nie… to znaczy tak.

– To tak czy nie?

– Nie chcę dzieci. Nie chcę więcej dzieci. Moje zdanie się nie zmieniło – odpowiedziałam stanowczym tonem, jednocześnie wstając od stołu.

– To po co kłamałaś na początku, że chcesz je mieć, co?

– Tylko na początku i wtedy nawet nie byliśmy razem! – krzyknęłam mu prosto w twarz. – Później powiedziałam ci prawdę. Od razu, kiedy zaczęło się między nami dziać coś więcej!

– Ale było już za późno!

– Na co?! Żeby mnie zostawić?!

Zamilkliśmy, patrząc nienawistnie w swoje oczy. Wizyta mamy nie tylko mnie wytrąciła z równowagi. Niestety w bitwie o dziecko również stawała po jego stronie.

W oczach zaczęły mi wzbierać łzy. Czułam żal do siebie, że okłamałam Adriana na samym początku naszej relacji. Kolejny punkt do listy moich działań powodowanych strachem przed odrzuceniem. To było nie fair, ale strach okazał się ode mnie silniejszy. Kiedy Paula przedstawiła mi Adriana, wpadłam jak śliwka w kompot. Zatraciłam się w nim i w miłości, która uderzyła we mnie z impetem. Nie potrafiłam sobie go odpuścić. A dlaczego? Bo dojrzał we mnie silną kobietę, którą chciałam być. Wabił mnie komplementami, których miałam tak ogromny niedobór. Patrzył na mnie jak na tę jedyną. Z perspektywy czasu wiedziałam, że brak szczerości odnośnie do macierzyństwa był błędem, a takie kwestie powinno stawiać się jasno na samym początku znajomości, ale teraz już za późno. Człowiek uczy się na błędach, powiadają. Podobno. Zresztą sama nie byłam pewna decyzji dotyczącej dziecka, nie wiedziałam, czy może mi się nie zmieni, jak to mówią. Ale nie zmieniło się, wręcz przeciwnie. Umocniłam się w swoim przekonaniu.

Adrian spojrzał na mnie wzrokiem zbitego psa.

– Nadzieja, chcę mieć z tobą dziecko. Chcę mieć naszą miniaturkę, cząstkę nas obojga. Kocham cię…

– Ja ciebie też, ale ja nie chcę dziecka. Przepraszam. – Mój ton okazał się bardziej oschły, niż planowałam.

Odwróciłam się i uciekłam do łazienki, zamykając za sobą drzwi na klucz. To było dla mnie za dużo jak na jeden dzień. Zawsze uciekałam od ciężkich emocji i tematów, a on ciągle do nich wracał przy każdej nadarzającej się sposobności. Miałam tego dość. Kochałam go, ale nie mogłam zrobić tego, czego ode mnie oczekiwał. To byłoby zbyt duże poświęcenie. Ponad moje siły i możliwości.

Drzwi do sypialni zamknęły się z łoskotem. Każde z nas zaszyło się na przeciwległych krańcach mieszkania. Oparłam się o długi, łazienkowy kaloryfer. Tutaj, w tej małej przestrzeni było mi dobrze. Mogłam na chwilę uciec od świata, który na każdym kroku czyhał i rzucał mi oczekiwania, których wcale nie miałam ochoty spełniać. Nie tak wyobrażałam sobie swoje życie. Nie tak…

Kolejny dzień w pracy minął mi niemożliwie szybko. Miałam wrażenie, że z wiekiem doba stawała się coraz krótsza. Coraz mniej byłam w stanie w niej zmieścić i coraz szybciej dni przemijały jeden za drugim, splatając się w bezkształtną masę. Więcej czasu poświęcałam na odcinanie się od emocji i problemów, które mi ciążyły, a z którymi nie miałam ochoty się konfrontować. Ich ciężar mnie przygniatał.

Z tyłu głowy ciągle kotłowała mi się wczorajsza kłótnia. Dyskomfort, jaki powodowała, uciskał klatkę piersiową, pogłębiając poczucie duszności. Napięcie manifestowało się spiętym karkiem i ściśniętym na supeł żołądkiem. Adrian należał do mężczyzn, dla których założenie rodziny było oczywistością. Od dziecka wiedział, że chce mieć żonę i swoje małe kopie, którym przekaże nazwisko. Miał nawet jasno określoną liczbę pociech i ich imiona – dziewczynka Krystyna i chłopczyk Franciszek. Szalone. Przynajmniej dla mnie.

W końcu wybiła szesnasta. Wyszłam z pracy i skierowałam się na cotygodniową terapię, na którą z przerwami uczęszczałam od ładnych paru lat. Weszłam do gabinetu. Katarzyna siedziała na swoim zielonym fotelu z notatnikiem w dłoni. Brązowe loki pięknie okalały twarz. Miała około pięćdziesięciu lat. Zmarszczki wokół ust i oczu wskazywały, że wiele w życiu się śmiała, choć tak naprawdę rzadko miałam okazję słyszeć jej śmiech. To nie ten typ relacji. Nie dla zabawy tutaj przychodziłam.

Przez okno i gęstą, gipiurową firanę wpadały sierpniowe promyki. Usiadłam na jednym z trzech foteli. Moim ulubionym. Przede mną, na brązowym stoliku stał plastikowy czarny kot w pozycji chlebka, z którego przez podłużną dziurę w plecach można było wyciągnąć chusteczkę higieniczną. Ten element spowodował, że od razu poczułam sympatię do Katarzyny. Osoba lubiąca koty z marszu miała u mnie spory plus. Takie wewnętrzne przekonanie, które kształtowało mnie już od dzieciństwa.

Spojrzenie Katarzyny było przepełnione czułością i pełną akceptacją. Czymś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyłam, póki pierwszy raz nie przekroczyłam progu jej gabinetu.

– Jak pani minął tydzień? – rzuciła standardowe pytanie, od którego zawsze zaczynała naszą psychoterapię.

– Yyyy… nooo… – Schowałam dłonie między kolanami i uciekłam spojrzeniem. – Dobrze ogólnie, ale…

– Ale?

Westchnęłam z bezsilnością w głosie.

– A bo pokłóciłam się trochę z Adrianem.

– Chce pani o tym porozmawiać? – Uśmiechnęła się, zachęcając mnie do dalszych zwierzeń.

– Poszło znowu o dziecko… zresztą wie pani… On chce, ja nie chcę. Bez zmian. Nie wiem, co robić. – Zaczęłam się nerwowo gibać w przód i w tył.

– Widzę, że wywołuje to w pani duże emocje.

– Nooo… Jestem wściekła, bo nie chcę mieć więcej dzieci, a on naciska i naciska… – Złość zacisnęła mi krtań. – Mam wrażenie, jakby chciał mnie do tego zmusić. Przecież nie urodzę mu dziecka, bo on tak chce! Przecież tyle razy mu mówiłam, a do tego mama jeszcze dokłada swoje trzy grosze. Niepotrzebnie…

– A kiedy partner naciska, to czego się pani obawia?

Zamilkłam, sparaliżowana strachem przed konfrontacją ze swoim wnętrzem. Terapia to droga przez mękę, która co jakiś czas dawała uczucie oczyszczenia i klarowności, aby za chwilę znów wrzucić cię w miejsce ogromnego dys-komfortu. To dlatego, pomimo ostatecznych pozytywnych efektów, co jakiś czas od niej uciekałam, przerywając proces terapeutyczny, i wracałam w trakcie kolejnego kryzysu.

Spojrzałam niepewnie na Katarzynę.

– Boję się, że ulegnę. Że powiem tak, a później będę żałować… Boję się, że zawiodę samą siebie, że coś w środku mnie każe mi się zgodzić.

Terapeutka podniosła wzrok znad swoich notatek i spojrzała mi głęboko w oczy.

– Rozumiem, boi się pani, że nie wytrwa przy sobie.

– Tak.

– A gdybyśmy na chwilę wróciły do dzieciństwa, bo mi się to jakoś mocno kojarzy z pani mamą. Wtedy musiała pani robić to, co mama kazała, a pani nie miała nic do powiedzenia, nawet jeśli było to dla pani raniące, więc teraz automatycznie pierwszą reakcją obronną na narzucenie cudzego zdania jest duże poczucie krzywdy i złość, a później ostateczna zgoda ze strachu przed odrzuceniem… Kiedyś przez mamę, teraz przez inną bliską pani osobę, której się pani boi stracić, czyli pani partnera. Co pani o tym sądzi? Czy to jakoś z panią rezonuje, czy nie?

– Niby tak. – Poprawiłam się na fotelu, rozluźniając napięte ciało. – Czuję się traktowana jak dziecko. Jakbym była dzieckiem w tej relacji, a nie jego partnerką.

– Co ma pani na myśli?

– To, że Adrian zawsze porównuje mnie do Laury, decyduje za mnie…

– A pani chciałaby decydować w pełni sama, tak?

– W sumie… nie… – Ponownie uciekłam spojrzeniem. – Lubię, jak ktoś decyduje za mnie. Jest wtedy łatwiej… ale nie zawsze. – Poczułam zawstydzenie na dźwięk moich słów.

Kiedy zaczęliśmy się z Adrianem spotykać, pozwalałam, aby decydował za mnie w każdej kwestii. To była taka ulga, że ktoś w końcu ściągnął ze mnie ten ciążący mi obowiązek, bo dla mnie zdecydowanie się choćby w błahej sprawie, jak smak czekolady, bywało ciężkie. Miałam uczucie, że jak wybiorę źle, to zawiodę drugą osobę, że będzie na mnie zła, choć tak naprawdę dobrze wiedziałam, którego smaku pragnę. Ale co, jeśli druga osoba miała ochotę na ten drugi? – zastanawiałam się, a lęk we mnie coraz mocniej się wzmagał. Tak bardzo nie chciałam nikogo sobą rozczarować. Wolałam się poświęcić i czuć złudną ulgę, patrząc na uśmiech drugiej strony, której pragnienie zostało właśnie zaspokojone.

Robiłam tak od dziecka, więc przyzwyczaiłam się, że byłam tą drugą w relacji, że to ja powinnam się dopasować. Przede wszystkim chciałam, żeby każdy był zadowolony. Poza mną. Wiedziałam, że zdradzałam tym zachowaniem samą siebie, ale tak było o wiele łatwiej sobie poradzić z emocjami. Ich ciężar wtedy nie powalał, nie zabijał. Nie na pierwszy rzut oka.

Katarzyna ciągnęła dalej:

– Z czym kojarzy się pani decyzja w pani systemie rodzinnym?

– Hmm… to znaczy?

– To znaczy, czy decyzja kojarzy się z tym, że stanie się coś złego, że ktoś to skrytykuje, że…

– Że ktoś będzie zły i stracę tę osobę, że mi coś zrobi, nakrzyczy, uderzy… – przerwałam Katarzynie. – Wybór był zawsze między złym a gorszym. Między kupieniem dla ojca wódki albo papierosów. Gdybym zamiast alkoholu kupiła coś dla siebie, to zapewne przez tydzień nie byłabym w stanie usiąść na tyłku! – Przepełniła mnie gorycz na wspomnienie tamtych chwil. – Nadal się boję, że moja decyzja nie spodoba się drugiej osobie. Paraliżuje mnie strach.

– A czy boi się pani, że w obliczu oceny nie wytrwa przy sobie i zmieni decyzję?

Terapeutka nie spuszczała ze mnie wzroku, a ja wręcz przeciwnie. Uciekałam nim, żeby tylko nie wić się pod naporem jej spojrzenia.

– Tak, ale nie chcę też kogoś zawieść, jeśli na przykład Adrian chce inaczej…

– Chce pani zadowolić wszystkich, jednocześnie nie rezygnując z siebie, a to jest niemożliwe – stwierdziła stanowczo Katarzyna.

Poczułam dyskomfort. To, co powiedziała terapeutka, nie było dla mnie wygodne. Zupełnie inaczej, niż kiedy sama to do siebie mówiłam. Wydźwięk tych słów usłyszanych od drugiej osoby stawał się znacznie dosadny i przytłaczający. Bardziej rzeczywisty. Ogarnęła mnie bezsilność.

– Nie wiem, czemu tak robię…

– Trudno podejmować decyzje w życiu dorosłym, jeśli w dzieciństwie było się nadodpowiedzialnym dzieckiem. W takich warunkach nie jest możliwy rozwój autonomii, tożsamości i wielu innych umiejętności. Teraz ma prawo się pani czuć pogubiona, sfrustrowana, niekompetentna. Za dużo miała pani odpowiedzialności w dzieciństwie, dlatego teraz czuje pani potrzebę, aby ktoś się panią zajął, odciążył, zaopiekował, żeby był rodzicem, którego wtedy pani brakowało. A z drugiej strony potrzebuje pani tej autonomii, ale nie potrafi po nią sięgnąć. W dodatku sfrustrowana potrzeba opieki przez ojca i takiej troski teraz przekłada się na partnera. Szuka pani w nim figury taty, którego było pani brak w dzieciństwie.

– Tyle pracy przede mną… przeraża mnie to.

Schowałam twarz w dłoniach. Próbowałam walczyć ze łzami. Wstrzymałam oddech.

– Pani Nadziejo, cały czas tutaj nad tym pracujemy. Nad zaufaniem do siebie, nad zdrową autonomią.

Wspierający ton Katarzyny dodał mi odrobiny otuchy. Bałam się, że moje decyzje zrobią komuś krzywdę, że doprowadzę do tragedii, że stanie się coś złego, a ja nie udźwignę konsekwencji. A z drugiej strony cierpiałam, bo nie potrafiłam żyć własnym życiem. Ono nie było moje, tylko stworzone przez decyzje innych, którzy podejmowali je za mnie na podstawie własnego doświadczenia, biorąc pod uwagę swoje, a nie moje potrzeby czy wartości. Nie chciałam ranić Adriana ani go stracić, ale nie chciałam też ponownie zdradzić samej siebie. Pragnęłam siebie odzyskać albo może w końcu odnaleźć. Targała mną ambiwalencja.

– Dobrze, pani Nadziejo, już musimy kończyć, ale wrócimy do tego tematu na następnej sesji.

Po każdej wizycie miałam w sobie mieszankę ulgi i zrozumienia, ale też przytłoczenia, które odkładało się ciężarem na moich kruchych ramionach. Umysł wydawał mi się zbyt skomplikowany, zbyt skrzywiony własną historią.

Zamknęłam drzwi do gabinetu i zaczerpnęłam głęboko popołudniowego, sierpniowego powietrza. Moje ciało powoli się odprężało, nabierając dystansu do całej sprawy. Mimo wszystko czułam, jak zakwita we mnie nadzieja. Po każdej sesji wypuszczała coraz głębsze korzenie w mojej podświadomości, pozwalając uwierzyć, że wszystko jakoś się ułoży, że dam radę, poradzę sobie ze wszystkim, nieważne, jak ciężko by było.

Dla siebie.

Dla Laury.

Pokój Laury był nieskazitelnie czysty. Porządek to dla mnie bardzo ważna kwestia i takie zasady starałam się wpoić również córce. Siedziałam na jej łóżku i przyglądałam się, jak przegrzebuje szafę. Jej ciało aż się trzęsło z ekscytacji na myśl o ognisku, ale twarz i ton wykazywały powściągliwość. Odkąd zaczęła dojrzewać, nasza relacja zrobiła się lekko niezręczna. Nie rozumiałam tego, ale nie potrafiłam też inaczej. Nie umiałam okazać czułości i bałam się, że to zniszczy jej poczucie własnej wartości.

– Myślę, że założę po prostu te dresy i niebieski top. – Laura wyrwała mnie z zamyślenia, machając przede mną ubraniami.

– Nie będzie ci tak zimno?

– Wezmę jeszcze bluzę, ale ma być ciepło. Zresztą od ogniska będzie grzało.

– Tym bardziej uważaj na różnice temperatur.

– Wieeem, mamo. – Laura przewróciła oczami, co delikatnie mnie rozdrażniło.

Przyjrzałam się jej zmieniającemu się ciału. Piersi miała małe jak ja. Pamiętam, jak długo był to mój ogromny kompleks. Wstydziłam się braku kobiecości. Okres też dostałam późno, jako ostatnia w klasie. Inne dziewczyny szczyciły się dojrzałością, a mnie traktowały jak dziecko. Śmieszne, ale takie są dzieciaki. Tak bardzo chcą być dorosłe, że doszukują się tej całej dorosłości nie tam, gdzie trzeba.

– Mamo…

– Hmm? – Zacisnęłam usta w cienką linię. Mimo wszystko zazdrościłam córce młodości, która ode mnie uciekała, znacząc moją twarz zmarszczkami.

– Kochałaś tatę? – Laura przeszyła mnie spojrzeniem.

Zgłupiałam. Nie spodziewałam się takiego pytania z jej ust.

– Tak, kochałam. Bardzo. A czemu pytasz?

– Tak jakoś się zastanawiałam. Szkoda, że go nie poznałam. Jaki on w ogóle był? – Spuściła głowę, aby ukryć przede mną emocje.

Nie wiedziałam, co jej powiedzieć. Miałam mieszane odczucia.

– Był kochany, zabawny, zawsze potrafił mnie czymś rozśmieszyć, choć czasem już wkurzał, zwłaszcza kiedy żartował w momentach, gdy nie było mi do śmiechu. Potrafił opowiadać historie tak samo jak babcia Janina… – zamyśliłam się na chwilę z uśmiechem na twarzy – …ale miał swoje wady. Przeżył wiele złego z rąk swojego ojca. Nie mógł sobie z tym poradzić.

Na chwilę zapadła cisza.

– Jestem do niego podobna?

– Tak. Masz jego oczy. – Spojrzałam na jej delikatną twarz. – Z wiekiem nawet robisz się coraz bardziej do niego podobna. Też umiesz opowiadać historie.

Spojrzała na mnie z zawstydzeniem i ponownie schowała się za drzwiami szafy, ucinając temat. Ja też go nie kontynuowałam. Napięcie, jakie we mnie wywołał, odznaczyło się gorącym potem pod pachami. Wstałam, otrzepałam spodnie z niewidzialnego kurzu i skierowałam się ku drzwiom.

– Załóż do tego te duże kolczyki od cioci Pauli. Wyglądasz w nich super.

Uśmiechnęłam się i wyszłam, zamykając za sobą drzwi. Potrzebowałam uwolnić się od pochłaniającego mnie napięcia.

Laura

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Nadzieja

ISBN: 978-83-8423-321-4

© Joanna Dudzik i Wydawnictwo Novae Res 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Marta Grochowska

KOREKTA: Małgorzata Giełzakowska

OKŁADKA: Paulina Radomska-Skierkowska

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek