Na krańcach miasta - Marcus Sakey - ebook

Na krańcach miasta ebook

Marcus Sakey

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Goleniowie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 459

Rok wydania: 2008

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

na krańcach

miasta

 

MARCUS

SAKEY

 

na krańcach

miasta

 

Z języka angielskiego przełożyłaAleksandra Górska

 

 

Tytuł oryginału:AT THE CITY’S EDGE

 

Copyright © 2008 by Marcus Sakey

 

Copyright © 2010 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia DragaCopyright © 2010 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

 

Projekt okładki: Wydawnictwo Sonia DragaZdjęcie na okładce: Copyright © iStockphoto/Marc Fischer

 

Redakcja: Ewa Penksyk-KluczkowskaKorekta: Radosław Ragan, Iwona Wyrwisz

 

ISBN: 978-83-7508-243-2

 

Sprzedaż wysyłkowa:www.merlin.com.plwww.empik.comwww.soniadraga.pl

 

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-950 Katowicetel. (32) 782 64 77, fax (32) 253 77 28e-mail: [email protected]

 

Skład i łamanie:

DT Studio s.c., tel. 032 720 28 78, fax 032 209 82 25

 

Katowice 2010. Wydanie I

 

Drukarnia:

Łódzkie Zakłady Graficzne

 

 

Dla Matta, który dał miLatarników i wiele innych rzeczy

11 sierpnia 1992 roku

 

Jego serce pompuje ogień.

Stopy ma niewiarygodnie ciężkie, w oczach mgłę, mięśnie łydek napięte do granic możliwości, niczym zbyt mocno naciągnięte gumki recepturki. Kiedy zaczęli się ścigać, wiatr był niczym zimna woda, w którą chciał się osunąć. Ale to się działo, lekko licząc, godzinę temu, a teraz powietrze jest wilgotne i gęste, jak opary, przez które trzeba się przedzierać.

Nie przestając przebierać ramionami, Jason postanawia zaryzykować rzut oka w bok na starszego brata.

Michael to dostrzega. Twarz ma wykrzywioną z wysiłku, sterczące nad górną wargą cienkie włoski zrasza pot. Na koszuli widać ciemną plamę w kształcie litery V. Mimo to udaje mu się wygiąć kącik ust w nieprzyjemnym grymasie. „Poddajesz się?” pyta. Głosem kolesiów ze starszych klas, którzy walą w szajki ręcznikami po wuefie, śmieją się z nieowłosionego ciała Jasona, nazywają go ciotą.

Jason zaciska zęby, przyspiesza. Stopy ma odrętwiałe. Otwarte usta. Dyszy.

Nigdy nie przestanie biec. Nigdy.

1

Ponury żart

 

Kiedy mężczyzna wycelował w niego pistolet, Jason Palmer dochodził do siebie po swojej zwyczajowej pięciokilometrowej rundce i marzył o pierwszym piwie tego dnia, zroszonym kuflu Corony z limetą, które jak zdecydował, wypije pod prysznicem. Ostatnio jego prywatny bar otwierał się coraz wcześniej, ale postanowił się tym nie martwić. Udawać, że to letnie wakacje. Spędzić je, biegając nad jeziorem i taksując wzrokiem dziewczyny w bikini, które wylęgały na plażę North Avenue każdego popołudnia, jakby czynsz był pojęciem kompletnie im obcym. Odgarnął z oczu mokrą od potu grzywkę, złożył dłonie nad głową i skręcił w przejście podziemne pod autostradą Lake Shore Drive. Przejście z palącego słońca w betonowochłodny cień sprawiło, że zamrugał, ale kiedy wzrok się już przyzwyczaił, zobaczył tego gościa, który wyglądał, jakby czekał tu już od jakiegoś czasu.

Miał może dwadzieścia lat, ciemną skórę i oczy drapieżcy. Kozią bródkę w szpic, przyciętą krótko jak włosy. Chromowaną berettę z odciągniętym kurkiem. Źle ją trzymał, łokieć był odwiedziony, nadgarstek skręcony, ale sama ręka ani drgnęła.

- Joł, mamy do pogadania. - Na szyi połyskiwał łańcuch z logo Cadillaca wysadzanym diamentami.

Jason poczuł w tyle nóg mrowienie od adrenaliny. Serce, nadal jeszcze gwałtownie bijące po biegu, teraz zaczęło walić jak młotem, kiedy patrzył na czarny otwór wycelowany w swoją pierś. Usiłował przypomnieć sobie wszystko, co słyszał o zachowaniu podczas napadu, o tym, że nie powinno się patrzeć na napastnika, bo to może go sprowokować.

- Spokojnie. - Powoli rozluźnił ręce nad głową. - Nie ma sprawy. Bierz forsę.

Kozia Bródka przechylił lekko głowę, uśmiechnął się szerzej.

- Mówiłem coś o forsie?

Jason zamarł. Nigdy wcześniej nie widział tego mężczyzny, nie podejrzewał, by mieli wiele wspólnych tematów. Stał u wlotu przejścia, słońce paliło go w plecy, słyszał dochodzące z tyłu krzyki mew walczących o resztki jedzenia. Na plaży zawsze roiło się od ludzi.

Wtedy Kozia Bródka zmrużył oczy.

- Dalej niż ci się zdaje. - Położył palec na spuście. - Nie chcesz się wygłupiać.

Niechętnie Jason zrobił krok do przodu. Kozia Bródka skinieniem głowy pokazał, by szedł dalej. Nakrył pistolet bluzą od dresu. Na przedramieniu błysnął tatuaż, sześcioramienna gwiazda z jakimiś literami w środku, G, może D.

Piasek chrzęścił pod butami, kiedy Jason szedł z Kozią Bródką za plecami. Ich kroki rozbrzmiewały w zamkniętej przestrzeni, odgłos szurania mieszał się z odległym dudnieniem samochodów na górze. Koszulka zrobiła się zimna i lepka. „Zachowaj spokój”, myślał. „Zbij go z tropu”.

- A wiesz - rzucił lekko - też lubię cadillaki.
- Że co?
- Widziałem twój naszyjnik.

Nagle usłyszał jakieś głosy. Na jakąś minutę kamień spadł mu z serca. Potem z podjazdu weszło do przejścia dwoje dziewcząt o młodych głosach, pierwszy rok koledżu góra, śmiejąc się, jakby cały świat był zakrapianą piwem imprezą. Kozia Bródka zesztywniał na ich widok.

Jason poczuł mrowienie w palcach. Nie chciał takiej odpowiedzialności, co innego kiedy sam był na linii strzału. Musi dopilnować, żeby sprawy nie wymknęły się spod kontroli.

- Taa. Piękne wozy. - Suchy język z trudem formował słowa. - Mam eldorado z siedemdziesiątego drugiego. Z opuszczanym dachem.

- Kurde, taką starą landarę? Mnie to nie jara.

- To co cię jara? Escalde?

- Niby że jestem czarny, to muszę się wozić escalde’em?

- Nie wiem - powiedział Jason. Od dziewcząt dzieliły ich jakieś trzy metry. - Tylko strzelam.

- Człowieku, kupiłem se XLR.

Jason zerknął przez ramię.

- Zalewasz?

- Wypas. Skóra w środku i DVD w desce rozdzielczej.

Jason pokiwał głową, starając się nie zwracać uwagi na napięte mięśnie.

- Nieźle. - Dziewczęta właśnie ich mijały i Jason spiął się, gotów do skoku, gdyby Kozia Bródka choć spojrzał w ich kierunku. Ale blondynka i brunetka przeszły obok ze spokojnymi minami, niczego nieświadome. Odetchnął z ulgą, przeszedł jeszcze kilka metrów, aż znalazł się poza zasięgiem ich uszu i stanął. Dość.

- Słuchaj, mam przy sobie tylko dwadzieścia dolców.

- No i?

- No i weź je - Zaczął sięgać do kieszeni, ale znieruchomiał, kiedy Kozia Bródka wolno pokręcił głową.

- Synek, gdybym chciał twoich pieniędzy, myślisz, że jeszcze byś je miał?

- To czego chcesz?

- Pogadać. - Przekrzywił głowę. - O tym, co knuje twój brat.

Michael.

Jason poczuł, jak palce zaciskają mu się w pięść. W pierwszym odruchu chciał z miejsca rzucić się na kutasa. Ale skurwiel celował prosto w niego i uśmiechał się perfidnie.

- Co masz na myśli? - rzucił Jason głosem cieńszym, niż zamierzał.

Kozia Bródka odchrząknął z lepkim bulgotem i posłał kawał flegmy na ścianę.

- Ruszaj.

Posłuchał, zagryzając wargę, kończyny miał lodowato zimne od adrenaliny. Po dziesięciu krokach wyszedł z przejścia i słońce gwałtownie padło mu ramiona, parząc w kark. Pokonał betonowy podjazd na dwupoziomowy parking, gdzie roiło się od beemek, hummerów i mercedesów należących do ludzi, dla których poniedziałek był po prostu spokojniejszym dniem, w sam raz na przejażdżkę jachtem. Idący z tyłu Kozia Bródka wskazał schody.

Jason pokonywał stopnie, z głową pękającą od domysłów. Co może łączyć jego brata i tego człowieka o oczach zabójcy? Z każdym krokiem rozważał i odrzucał dziesiątki możliwości, ale nijak nie mógł poskładać tego w sensowną całość. To musi być jakaś pomyłka. Weszli na drugi poziom i ruszyli wzdłuż rzędu samochodów. Krył się w tym jakiś ponury żart. Za każdym razem kiedy jego drużyna wychodziła na miasto, ktoś mógł ich obserwować ze spoconym palcem na detonatorze radiowym, tylko czekając, aż Jason zbliży się ciut za bardzo do śmierci. Nawykł do tego uczucia bliskości niebytu, do świadomości, że może ot tak, po prostu w każdej chwili zniknąć w huraganie ognia. A kiedy wreszcie wrócił cały i zdrowy do domu, napada go koleś, który nawet nie potrafi odróżnić jednego białego od drugiego. Można by boki zrywać, gdyby tylko to nie działo się naprawdę.

„No więc, co z tym zrobisz, żołnierzu?”

Niecałe czterdzieści metrów przed nimi stał samochód dostawczy, którego kanciasty tył wystawał zza sąsiedniego auta. Jason ruszył w jego kierunku, stąpając na palcach, żeby pokonać odrętwienie od adrenaliny. Od celu dzieliło go jeszcze sześć wozów: kilka japońcow, wielka terenowa, nowy beetle, a potem jego ciężarówka. Jeden wypad i znalazłby się za nią. Kozia Bródka może by i strzelił, ale na oślep. A później wystarczy już tylko kluczyć z nosem przy ziemi, nie wychylając się. Żaden człowiek, choćby i zabójca, który trzyma broń bokiem, nie zdoła trafić do ruszającego się celu bez względu na odległość. Jeszcze tylko kilka kroków i będzie po sprawie.

Trzy samochody przed dostawczym, zza terenówki wychynął mężczyzna i wpakował Jasonowi pięść prosto w brzuch.

Z płuc uszło mu powietrze. Zgiął się wpół i wyrzucając ręce w bok w poszukiwaniu podparcia, przytrzymał się terenówki. W dole brzucha rozszedł się mu ból niczym ciepłe i żywe stworzenie. Kiedy ciało walczyło o oddech, umysł szalał, nakazując wytrzymać. Wyprostował się z wysiłkiem z jedną ręką na tylnych drzwiach samochodu, drugą uniesioną w niezdarnym geście obrony.

Mężczyzna, który go uderzył, miał niecały metr siedemdziesiąt. Łysą głowę spoczywającą bezpośrednio na umięśnionych ramionach. Nieskazitelnie czysty biały T-shirt, który sięgał prawie do kolan, i bogato zdobione złote pierścienie na każdym z palców uderzającej dłoni. Kozia Bródka stanął obok, chichocząc, z pistoletem wymierzonym prosto w serce Jasona.

Każdy oddech ciął wnętrzności jak brzytwa. Jason z wysiłkiem ściągnął ramiona i zabrał rękę z terenówki. Popatrzył na nią, odwracając się zdziwiony, potem przeniósł wzrok na Kozią Bródkę.

- Zdawało mi się - powiedział - że nie gustujesz w escalde’ach.

Mężczyzna uśmiechnął się, błyskając zębami.

- Tylko się zgrywałem.
- Bez DVD? - Starał się zachować spokój, pokazać, że nie panikuje, że nie muszą się na niego rzucać.
- O, jest DVD. Zobaczysz z tyłu.

Dreszcz przebiegł mu po brzuchu. To nie może się dziać naprawdę.

- Słuchaj, człowieku, macie niewłaściwego gościa.
- Czaję. Wskakuj, pogadamy. - Wskazał na samochód, a bysio zrobił krok, otworzył tylne drzwi i niczym szofer limuzyny stanął obok.

Jason czuł, jak krew pulsuje mu w dłoniach, tętni w karku. W środku znajdzie się w potrzasku. Te wszystkie sceny z filmów, na których ludzie wyskakiwali z jadących samochodów i zaraz otrzepywali się jak gdyby nigdy nic, to było sranie w banie. Człowiek, który wyskakuje z samochodu jadącego szybciej niż trzydzieści kilometrów na godzinę, nigdzie już nie ucieknie. Nadto tu, na publicznym parkingu, miał jeszcze jakąś szansę. Pojedynczy strzał mógłby pozostać niezauważony, ale strzelanina przyciągnęłaby uwagę. Zawahał się.

- Powiedziałem, pakuj się. - W słońcu oczy Koziej Bródki błyskały żółto.
- Dobra - Jason uniósł ręce. - Spokojnie. Wsiadam. - W całym ciele czuł prąd, gdy odwrócił się w kierunku samochodu.

I wtedy, po raz pierwszy, Kozia Bródka popełnił błąd. Nie ruszył się z miejsca.

To była jedyna szansa Jasona. Idąc do przodu, naparł na Kozią Bródkę, jakby tańczyli, prawą dłoń zacisnął mu na nadgarstku, żeby unieruchomić broń. Ale zamiast ją wyrwać, okręcił się, przyciskając plecy do klatki piersiowej napastnika, tak że pistolet wymierzony był teraz w cel gdzieś przed nimi. Bysio parsknął, uświadamiając sobie, co się dzieje. Kozia Bródka wydał pełen zdumienia okrzyk i usiłował oswobodzić rękę. Jason kontynuował obrót, przypominając sobie, że kutas mówił o jego bracie, że groził Michaelowi. Szarpnął mocniej i kiedy poczuł, że mężczyzna traci równowagę, obracał się dalej, zamieniając upadek w pchnięcie, które rzuciło napastnika na uchylone drzwi samochodu. Te otworzyły się gwałtownie i walnęły bysia, trafiając go prosto w twarz z solidnym łupnięciem. Podwójne uderzenie zaparło Koziej Bródce dech w piersiach i pistolet z brzękiem wypadł mu z ręki.

W tej samej chwili Jason rzucił się w bok. Po dwóch niezgrabnych krokach odzyskał równowagę. Serce nakazywało mu biec, ale głowa zachowała spokój. Byli wrogami. Nie chciał zostawiać ich z bronią. Pistolet był ciepły i trochę wilgotny od potu, kiedy porwał go z betonu.

Potem puścił się biegiem, świadom, że nie obezwładnił żadnego z napastników. Jego nogi pracowały jak dobrze naoliwiona maszyna. Pokonał otwartą przestrzeń do następnego rzędu samochodów, odbił się z lewej nogi i dał nura za wóz. Jakaś szyba rozbiła się z ostrym trzaskiem. Wróciła do niego cała dawna energia. Szarpnął znowu w bok, oderwał się od aut i pognał na skraj parkingu. Skoczył na betonową przyporę, odbił się jedną nogą i poleciał w dół.

W nieskończenie długiej chwili, kiedy szybował w powietrzu, uświadomił sobie, że się uśmiecha.

Wreszcie opadł na miękką ziemię parku. Zamortyzował upadek, podkuliwszy jedno ramię, a potem kręcąc nim młynka, tak jak robili kandydaci do szkoły dla komandosów. W ułamku sekundy był już z powrotem na nogach, w biegu, wiedząc, że jest już bezpieczny, ale i tak biegnąc dalej, upajając się pędem i ciężarem broni w ręku. Skręcił ku odległemu o jakieś dwadzieścia metrów zagajnikowi. Wiatr chłodził pot na twarzy i kiedy uchylał się przed gałęziami, czuł cuchnącą wilgoć ziemi, przyjemną i wyrazistą niczym zapach seksu. Po kolejnych trzydziestu metrach zaryzykował rzut oka za siebie.

Kozia Bródka sterczał na skraju parkingu z twarzą wykrzywioną wściekłym grymasem. Bysio stał, opierając się za nim. Pierś ciężko mu falowała, w jednej dłoni ściskał pistolet, drugą trzymał się za nos. Spomiędzy palców sączyła się krew.

Jason nie mógł się oprzeć. Uśmiechając się, stanął na baczność i im zasalutował. Wyraz czystej nienawiści malujący się na twarzy Koziej Bródki był jednym z najpiękniejszych widoków, jakie widział od lat.

Roześmiawszy się w głos, wsadził pistolet za pasek spodni, wyciągnął koszulkę, żeby go zasłonić i ruszył dalej delikatnym truchtem. Ot, zwykły gość trenujący w piękny dzień. Kiedy dotarł do końca murawy, przeszedł przez ulicę i wkroczył na osiedle.

Znał knajpę leżącą dwie przecznice dalej, zastanawiał się, czyby tam nie pójść i nie wezwać glin, ale uznał, że to bez sensu. Co innego gdyby miał przy sobie komórkę - w Lincoln Park, dzielnicy białych, ci dwaj rzucali się w oczy. Ale do czasu kiedy dotrze do telefonu, będą już jechać Lake Shore Drive.

Zresztą musiał zatroszczyć się o Michaela. Skręcił w prawo, szukając w kieszeniach kluczyków do cadillaca. Mniejsza o policję. Musi się dowiedzieć, czy u brata wszystko w porządku, upewnić się ot tak, na wszelki wypadek. Niemożliwe, żeby to miało coś wspólnego z Michaelem, ale co to szkodzi sprawdzić. Pewnie pośmieją się z absurdalności całej sytuacji, z tego, że jakiś kark usiłował go porwać. Choć Jason osobiście wątpił, by kiedykolwiek się dowiedział, o co naprawdę chodziło.

Mylił się.

2

Zaczyna docierać

 

Śmieszne, jak martwa rzecz może zdominować cały cholerny dzień.

Michael Palmer gapił się na aparat telefoniczny wiszący na tyłach pubu. Zwyczajny knajpiany telefon, jakich wiele w lokalach. Porysowany czarny plastik, splątany sznur, słuchawka wyszczerbiona w miejscu, gdzie uderzyła o podłogę dwa lata temu. „Dziwne, sam nie wiem, czy chcę, żeby zadzwonił, czy nie”.

- Tato?
- No?
- Co to jest... - Billy zawahał się, potem rzucił wszystko na jedną szalę: - Obersza?
- Oberża.
- Co to jest oberża?
- Podpowiem ci. Siedzisz w jednej.

Billy zerknął w dół.

- Stołek?
- Nie „na” tylko „w”.

Syn popatrzył na niego, potem dokoła i rozpromienił się jak dzień od słońca.

- Pub?
- Bingo.

Billy skinął nieznacznie głową, że niby wiedział przez cały czas, a pytał tylko, żeby sprawdzić ojca. Potem wrócił do rozłożonej na barze gazety. Ośmioletnie palce ściskały ołówek aż do nasady, gryzmoląc litery. Kiedy pochylił się i czytał następne hasło, bezgłośnie poruszał ustami. Tak samo jak jego matka. Michael często widywał Lisę w łóżku z tą czy inną powieścią, poruszającą ustami, jakby recytowała zaklęcie. Ile wieczorów stał w drzwiach i na nią patrzył, tylko patrzył, urzeczony falowaniem jej piersi, krągłością ramienia, uśmiechami i marszczeniem brwi, które wywoływał na jej twarzy ten sekretny świat?

Potrząsnął głową, żeby przegnać wspomnienie i zastanowił się, ile czasu minęło od chwili, kiedy o niej ostatnio myślał. Całkiem nieźle - pierwszy raz od wczorajszego lunchu, na który jedli masło orzechowe i banany przyrządzone jak zapiekany żółty ser: chrupiące na zewnątrz, brejowate w środku. Lisa zawsze nazywała to danie „De Elvis Especial”, wymawiając frazę z fatalnym hiszpańskim akcentem i teraz Billy też tak to wymawiał, choć Michael wątpił, by jego wspomnienie o matce wykraczało poza kasztanowe włosy i miłość.

On sam, Michael, pamiętał wszystko.

Zerknął na telefon, potem podszedł do zlewu i zaczął myć brudne kufle po piwie: woda z detergentem, czysta woda, sterta do schnięcia. Miły, łatwy rytm, stały i miarowy.

- Tato?
- Mhm?
- Jakie jest inne słowo na mający szczęście?

Michael zdrapywał kciukiem brud przyklejony do szkła.

- A co ci przychodzi do głowy?

- Eeee... - Billy patrzył na niego rozbieganymi oczyma. - Szczęśliwy?

- No, ktoś kto ma szczęście, zapewne jest szczęśliwy. Ale czy te słowa znaczą to samo?

Syn gryzł dolną wargę.

- Chyba nie. - Obracał ołówek między palcami i z powrotem zapatrzył się w przestrzeń.

Westchnął po chwili. - Możesz mi podpowiedzieć?

- Na ile liter?

Billy się zawahał, potem przebiegł palcem po krzyżówce.

- Sześć, siedem, osiem.

- Masz którąś?

- Zaczyna się na F.

- Osiem liter, pierwsza F. - Michael się wyprostował. Stopy bolały go, jakby w pięty powchodziły mu gwoździe. Choroba zawodowa. Chwycił ścierkę i wytarł ręce.

- Dobrze, jeśli wygrywam w totka, to co mam?

- Mnóstwo pieniędzy?

- Tak, ale co muszę mieć, żeby wygrać?

- Eeee... kupon?

- Kupon ma każdy, kto gra, ale żeby wygrać, trzeba jeszcze mieć...

- Fart?

Skinął głową.

- A jakie podobne słowo oznacza...

Dryń.

Dzwonek nie był głośny. W każdym razie nie głośniejszy niż zwykle. Tylko tak się zdawało.

Dryń.

Ciarki przeszły mu po karku. Jakaś ciężarówka przetoczyła się z łoskotem ulicą, od jej ciężaru zadrżały szyby frontowych okien. Ścierka była stara, zdarta do miękkości na barze i szkle, i Michael czuł to każdym nerwem swoich palców.

Dryń.

Kątem oka zarejestrował jakiś ruch. Przez chwilę stał jak sparaliżowany, podczas gdy mózg analizował obraz. Billy. Wstający, żeby odebrać telefon, w czym się lubował.

To podziałało.

W dwóch szybkich krokach Michael znalazł się w rogu pubu. Wyciągnął dłoń i chwycił słuchawkę tuż przed nosem syna.

- U Mike’a.

- Pan Palmer. - Głos był cichy i wyraźny.

Billy gapił się z otwartymi ustami, jakby ktoś sprzątnął mu sprzed nosa lody. Michael odwrócił się, sznur od telefonu owinął się mu dokoła boku, kiedy stanął twarzą do szklanej ściany butelek: burbona, szkockiej i whisky skąpanych w odbitym blasku popołudnia.

- Tak.

- Wie pan, kto mówi?

- Tak.

- Wszystko w porządku?

Pogładził dłonią nogawkę spodni.

- Jestem tylko trochę zdenerwowany.

- Czy coś się stało?

- Nie, tylko... - Michael ścisnął kciukiem i palcem środkowym grzbiet nosa. - Zaczyna do mnie docierać, rozumie pan? Co robimy. Konsekwencje.

- Jeśli będzie pan ostrożny, nie będzie żadnych konsekwencji.

- No tak, panu łatwo mówić. Nie jest pan na widelcu.

Długa chwila ciszy.

- Ma pan wątpliwości?

Alkohole stały w trzech schodkowych rzędach. Od lustra odbijało się słońce. Na kosztownych butelkach zalegał kurz. Po kiego licha kupił tę Balvenie? Kto w Crenwood może zażyczyć sobie siedemnastoletniej whisky single malt? Jego klienci pijali Jima Beama z budweiserem, i to tylko w dzień wypłaty, koneserzy tu nie zachodzili.

- Panie Palmer?

Ale z drugiej strony, do czegoś trzeba chyba aspirować?

- Jestem.

- Proszę posłuchać, wiem, że to trudne. Rozumiem pańskie zdenerwowanie. Ale jeśli tylko będzie pan postępował zgodnie z naszymi ustaleniami, nic panu nie grozi. Chyba nie zdradził się pan przed nikim, co?

- Nie - skłamał.

- Ani słowem?

- Powiedziałem, że nie.

- Proszę zrozumieć, nie chcę panu niczego narzucać. Tyle że ludzie, z którymi mamy do czynienia... jeśli pan kogoś wtajemniczy, narazi go pan na straszliwe ryzyko.

- Rozumiem.

- Dobrze. - Zapadła cisza, potem w słuchawce rozległ się szelest papierów. - Tam gdzie zwykle?

Michael popatrzył na Billy’ego, który przechylony przez bar sięgał do kurka z colą. - Jest ze mną syn.

- Tylko pół godziny.

- Koniecznie teraz?

- Michael... - Pełne godności westchnienie. - Już czas się opowiedzieć: wchodzi pan w to czy nie?

Zamknął oczy.

- Przyjadę. - Rozległo się krótkie dzyń, kiedy odłożył słuchawkę.

Billy oparł kolano o bar i wychylił się niebezpiecznie do przodu.

- Ej.

Znieruchomiał i przekrzywił głowę, żeby spojrzeć na ojca.

- Ile już tego dziś wypiłeś?

- Jedną?

Michael uniósł brew.

- Trzy. - Billy opadł z powrotem na stołek i opuścił podbródek na dłoń, potem westchnął teatralnie.

Michael się roześmiał.

- Chyba jeszcze jedna cię nie zabije. Tylko nie cola, a napój imbirowy, i na tym koniec, okay? No i jeszcze wyszorujesz zęby po powrocie do domu.

Postawił napój na barze, potem otworzył narożną szafkę. Portfel wykonany z brązowej skóry, teraz poplamionej, zaczynał się już rozłazić w szwach. Dostał go od Lisy na ostatnią Gwiazdkę, którą spędzili razem. Prawie trzy lata temu. Wsunął go do tylnej kieszeni, chwycił komórkę i kluczyki. Wyprostował się.

Poczuł w żołądku dygot, który zaraz rozszedł się na całe ciało. Znowu usłyszał te słowa: ludzie, z którymi mamy do czynienia... Jeśli pan kogoś wtajemniczy, narazi go pan na straszliwe ryzyko...

Billy pochylał się nad krzyżówką ze skupieniem naukowca studiującego starożytny manuskrypt. Wypił łyk napoju imbirowego i poruszając ustami, odcyfrowywał hasło. Michael zwalczył odruch, by porwać go z krzesła i przytulić mocno do piersi: ciepłego, całego i zdrowego.

„To jakieś szaleństwo”.

Jeszcze nie wszystko stracone. Nie zrobił nic, czego nie dałoby się cofnąć. Cholera, nawet nie trzeba było niczego cofać - sprawy nie zaszły tak daleko. Wystarczy, że powstrzyma się od następnego kroku. Zlekceważy to spotkanie, a kiedy telefon znowu zadzwoni, powie, że się rozmyślił.

- Tato?
- Hmm?
- Inaczej obowiązek, dziewięć liter?

Michael się roześmiał. Czasami tylko tyle można zrobić.

13 listopada 1995 roku

 

Aparatura nie pika tak jak w tych serialach medycznych wyświetlanych w telewizji. Przeważnie szumią tylko ciche wentylatory. Z jednej z maszyn, pomagającej matce oddychać, dochodzi slaby odgłos ssania.

Jason siedzi na drabinkach, obserwuje słońce kąpiące miasto w pożodze i myśli o dźwięku ssania. Niebo jest szkarłatno-złote, metal zimny przez dżinsy.

Od tygodni leży w Cook County i codziennie z Michaelem ją odwiedzają. Siadają po przeciwnych stronach łóżka - jej ciała - rozwaleni na niewygodnych krzesłach. Czasami rozmawiają, ale niedługo. Jest zmęczona i zasypia w połowie nonsensownych zdań. To przez leki. Ale bez nich linie szczęki się jej napinają, a oczy zachodzą łzami.

Jason siedzi na drabinkach i wyobraża sobie, jak jedzie samochodem nocą po autostradzie Kennedy’ego, z pedałem gazu wciśniętym do dechy, jak stary chevrolet grzechocze, jakby chciał się rozpaść, jak nagle pragnie, żeby tak się stało. Myśli o Terry O’Loughlin, Słodkiej T, ojej długich brązowych włosach i szczupłych udach, o zapachu jej szyi i jękach, jakie wydoje, kiedy Jason całuje ją między piersiami. Myśli o wyjących gitarach i pizzy Pequod z ostrą papryką, i o upojeniu, od którego drżą mu uda po godzinie biegu. Myśli o tym, jak wypływa daleko w jezioro, a woda robi się coraz zimniejsza z każdym wymachem rąk, aż jest pewien, że jego pierś roztrzaska się o lodowatą czarną kipiel.

Żadna myśl nie zagłusza odgłosu ssania. Nic nie pomaga zapomnieć, że powinni z Michaelem wyjść pół godziny temu, żeby nie przegapić pory odwiedzin.

Kiedy starszy brat go znajduje, słońce zdążyło opaść już nisko, choć niebo nadal płonie wieczorną zorzą. Jason patrzy, jak Michael zbliża się nieodwołalnie, podchodzi coraz bliżej. Zastanawia się, co powie brat. Zastanawia się, czy to dziś właśnie umrze matka i czy już zawsze będzie żałował, że do niej nie poszedł. Zastanawia się, czy jeszcze kiedyś będzie miał wrażenie, że znowu panuje nad własnym życiem.

Michael zatrzymuje się przed dyndającymi stopami Jasona. Wzdycha.

Potem sięga do szczebelka drabinki, podciąga się na wysokość brzucha, odwraca i opada obok Jasona, przyprawiając zimny metal o drżenie.

Razem patrzą, jak gaśnie dzień.

3

Kurewsko zamierzchłe dzieje

 

Drzwi do lokalu brata były otwarte, a na podłodze leżał stołek barowy, jakby ktoś go przewrócił.

Jason pędził, żeby się tam dostać ze słońcem wlewającym się przez okna i starym Gordonem Downiem śpiewającym, że nie ma żadnych widokówek, żadnych pamiątek, że jego ukochana go nie znała, kiedy wraca myślą do tych lat. Zawrócił gwałtownie na poboczu, gdy Lake Shore Drive się zakorkowała, i wyskoczył na autostradę Dan Ryan, uderzając dłonią w kierownicę. Jechał na południe pasami szybkiego ruchu, widząc w lusterku wstecznym linię horyzontu i ohydę korporacyjnej architektury, która zastąpiła stadion Comiskeya po prawej.

Nawet kiedy zjechał już z autostrady w duszną ruinę Crenwood, niemal nie dotykał pedału hamulca. Z piskiem opon skręcał na rogach uliczek, gdzie przed odrapanymi fasadami sklepów wystawali patrzący spode łba chłopcy w długich białych T-shirtach. Tagi gangów, sklepy monopolowe i zardzewiałe płoty migały za szybą, zlewając się w jedno w skwarze i atmosferze degrengolady. I przez cały czas Jason wmawiał sobie, że cała ta wyprawa to zawracanie głowy. Niemożliwe, żeby Michael rzeczywiście znalazł się w tarapatach.

Ale drzwi pubu stały otworem, a taboret leżał na podłodze, jakby ktoś go przewrócił.

Jason wślizgnął się w chłód wnętrza. Panująca w środku cisza nie dodawała otuchy. Podciągnąwszy T-shirt, wyjął berettę zza pasa i odbezpieczył. Zostawił drzwi otwarte i trzymając broń nisko, wszedł dalej. Zwierzęcy instynkt nakazywał mu biec. Ale nie znał sytuacji, a żołnierz nie rzuca się na oślep. Ostrożnie stawiał stopy, zadowolony, że ma na sobie buty do biegania. Na barze leżała rozłożona gazeta, przewrócony taboret spoczywał w jednej linii z nią, jakby ktoś został z niego ściągnięty podczas lektury. Rozbite szkło połyskiwało w kałuży ciemnego płynu na podłodze.

- Stój!

Serce podeszło mu do gardła. Głos dochodził z tyłu, Jason obrócił się na pięcie z sercem w gardle, uniesionym pistoletem i palcem na spuście, patrząc wzdłuż lufy...

...na swojego bratanka.

Billy stał za barem z napiętymi, wyciągniętymi do przodu rękoma w pozie Starsky’ego i palcami złożonymi na kształt broni.

- Chryste! - Jason opuścił berettę, potem odetchnął głęboko. Serce ciągle dziko tłukło mu się w piersiach, a pot spływał pod pachami.

Billy gapił się na niego szeroko otwartymi oczyma.

- Wujek Jason.

- Na śmierć mnie wystraszyłeś, dzieciaku. - Przyłożył dłoń do piersi, wolno wciągając i wypuszczając powietrze. Ciągle miał przed oczyma wspomnienie bratanka stojącego dokładnie na linii celownika. - Gdzie twój tato?

- Nie ma go. Po co ci pistolet?

- Mówił, gdzie idzie?

- Eee-ee. - Billy wpatrywał się w niego. - Nie jesteś już w wojsku, prawda?

Jason stłumił grymas, świadom, że chłopiec nie miał nic złego na myśli, mimo to czując, jak Przywra ściska mu żołądek. To uczucie paniki, od której wilgotniały mu ręce, i oślizgłego wstydu narastało w nim już od miesięcy. Dał mu imię tylko po to, by skonkretyzować obiekt swojej nienawiści.

- Nie.

- To po co ci...?

- Tata zostawił cię samego?

- Pani Lauretta była tu przez jakiś czas. Ale miała coś do załatwienia. Poza tym - Billy się wyprostował - mam już osiem lat. Nie jestem małym dzieckiem. Mogę potrzymać twój pistolet?

- Nie - warknął Jason ostrzej, niż zamierzał i zobaczył, że chłopiec się wzdrygnął. - Zrozum, to nie jest zabawka. A twój tata skopałby mi tyłek, gdybym pozwolił ci go dotknąć. - Przekrzywił głowę. - Tak naprawdę skopałby mi tyłek, gdyby wiedział, że ci go tylko pokazałem.

Billy przygryzł wargę. Wyglądało na to, że coś rozważa. Po chwili poważnie pokiwał głową.

- W porządku.

- W porządku?

- Nie powiem.

- Dzięki, stary. Doceniam. - Jason uśmiechnął się z trudem, potem schował broń. Zamknął drzwi wejściowe i schylił się, żeby podnieść stołek. Rozbite szkło leżało w kałuży czegoś, co wyglądało na colę. - Co tu się stało?

- O, przewróciłem ją, kiedy sięgałem po... eee... - Billy przestępował z nogi na nogę i gapił się na podłogę. - Przewróciła się.

Jason się roześmiał. Obszedł bar i zmierzwił chłopcu włosy, potem wyciągnął dwie półlitrowe szklanki. Do pierwszej nalał coli, do drugiej budweisera. Piwo chlusnęło czyste i chłodne jak wspomnienie jeziora, w którym pływał.

- Wiesz co - powiedział i podał Billy’emu napój - nie sypnę cię, jeśli ty nie sypniesz mnie. Stoi?

- Stoi.

Przypieczętowali zmowę stuknięciem szklanek i Jason upił długi, ogromny łyk. Pierwszy łyk pierwszego piwa był zawsze najlepszy, przynosił głęboki i satysfakcjonujący dreszcz odprężenia. Budweiser nie należał do jego ulubionych, ale zimny browar to zimny browar.

Pomógł Billy’emu posprzątać, ręką zbierając duże odłamki szklanki, potem resztę zamiatając na metalową śmietniczkę. Jego bratanek skakał dokoła jak kot z palącym się ogonem i Jason zaczął się nawet zastanawiać, czy kolejna cola była naprawdę dobrym pomysłem.

Ale myślał głównie o Koziej Bródce, jego dłoni trzymającej pewnie broń, wyrazie oczu, kiedy powiedział, że chce pogadać o Michaelu.

Szybko wychylił dwa budweisery i nalał sobie trzeciego. Zostawił na barze, żeby się ustał, i sam poszedł do magazynu. Ciemne wnętrze śmierdziało zwietrzałym piwem i wilgotnym kartonem. Właśnie odwiesił szufelkę i szczotkę na stojak, kiedy usłyszał, że otwierają się frontowe drzwi.

Wyszedł z zaplecza z rękoma w gotowości, czujny.

Michael zamarł jak więzień w świetle reflektora. Nerwowo krążył oczyma.

- Jason. Jezu. - Miał na sobie spodnie khaki i koszulę z grubej bawełny, a w ręku aktówkę z miękkiej skóry. Z roztargnieniem bębnił palcami o jej rączkę. - Napędziłeś mi stracha.
- To dzisiaj danie dnia. - Jason minął brata, zamknął drzwi na klamkę, potem przekręcił klucz. - Muszę z tobą pogadać.
- Jasne. Jasne. Niech no tylko... - Michael uniósł aktówkę, potem szybko ją opuścił. - Cześć, szkrabie. Wszystko dobrze?
- Cześć, tato. - Chłopiec pomachał, potem wrócił do rozwiązywania krzyżówki.
- Gdzie jest Lauretta?

- Miała coś do załatwienia.

- Aa, taa, racja. - Michael skrzywił się i zerknął na zegarek. - Mówiła. Chyba mi trochę zeszło. - Wszedł za bar, otworzył szafkę i włożył do środka portfel i kluczyki. Uniósł aktówkę, zaczął też ją tam wsuwać, ale się rozmyślił. Rozejrzał się, postawił walizeczkę u swoich stóp, obok chłodziarki. - Piwko?

Jason pokazał na to, które pił, potem wysunął stołek i usiadł naprzeciwko kufla.

- Gdzie byłeś?

- Miałem kilka spraw do załatwienia. Nic ciekawego. - Podsunął półlitrowy kufel pod kurek. Kiedy naczynie się napełniło, postawił je na barze, podniósł aktówkę, zmarszczył brwi, obrócił się i oparł ją o tył baru. - Zdrowie.

Stuknęli się kuflami.

- No więc, czemu zawdzięczam tę przyjemność?

Jason zerknął na Billy’ego, potem przeniósł wzrok na Michaela. Kiwnął nieznacznie głową.

Michael zrozumiał.

- Ej, krasnalu, wujek i ja mamy kilka spraw do omówienia. Mógłbyś dokończyć krzyżówkę tam?

Billy westchnął.

- Mam osiem lat.

- Zgoda, ale wiesz co? Kiedy będziesz miał dziewięć, ja nadal będę chciał czasami pogadać w cztery oczy, bez towarzystwa. - Michael się uśmiechnął, potem wskazał kciukiem na stoliki. - Jazda.

Burcząc pod nosem, chłopiec zabrał gazetę, ześlizgnął się ze stołka i usiadł przed oknem. Snop popołudniowego światła sprawił, że płachta pisma stanęła w słonecznej łunie.

- No to, brat, co jest grane?

- Właśnie miałem ciebie o to zapytać.

- Że co?

- Masz kłopoty?

- Kłopoty? - Michael pociągnął łyk piwa. - No, nie zgarnąłem jeszcze szóstki w totka, ale poza tym wszystko gra.
- Na pewno?
- Jasne. Czemu pytasz?
- Jakiś gość usiłował mnie porwać dziś rano - powiedział Jason i niespiesznie upił piwa. - Biegałem, a facet z kozią bródką i naszyjnikiem z logo cadillaca napadł na mnie w przejściu dla pieszych. Mówił, że to ma coś wspólnego z tobą.
- Naszyjnik z logo cadillaca? Na ramieniu tatuaż, z literami?

Jason poczuł, jak sztywnieją mu plecy.

- Żartujesz sobie.
- Co?
- To nie była pomyłka. Nie wziął mnie za kogoś innego. Ty go znasz.
- Znam.
- Co za jeden?

Michael wzruszył ramionami. Jason gapił się na niego z niedowierzaniem.

- W co się wpakowałeś?
- Zgrywasz Jimmy Cagneya? W co „się wpakowałeś”? Do jasnej anielki, braciszku.
- Wal się.

Michael się roześmiał. Zerknął na aktówkę, podniósł ją, potem postawił z powrotem przed nogami. Podniszczoną ścierką zaczął pucować bar.

- Słuchaj, nie ma się czym przejmować.
- Jasne, to nie w ciebie mierzono z pistoletu.

Ścierka znieruchomiała.

- Wyciągnął broń?

Jason skinął głową.

- Mówił, że chce pogadać o tym, co robisz.

Na chwilę w oczach brata błysnęło coś, co można by wziąć za strach. Zniknęło tak szybko, jak się pojawiło i Michael wrócił do wycierania baru. Ale wycierał w kółko to samo miejsce.

- Co jeszcze mówił?

- Niewiele. - Jason opadł na oparcie. - Razem ze swoim kumplem, kurduplowatym mięśniakiem, usiłowali mnie wepchnąć do swojego samochodu. - Opowiedział Michaelowi dokładnie, co zaszło, z przyjemnością, jaką kiedyś dawało mu snucie opowieści wojennych. - Żałuj, bracie, że tego nie widziałeś. Jak tam stali wściekli, jakby chcieli zamordować mnie wzrokiem. Kurdupel ma złamany nos, a Kozia Bródka wyglądał, jakby głowa miała mu zaraz eksplodować.

- Wezwałeś gliny?

- Ee-ee. Po bohaterskiej ucieczce uznałem, że rozsądniej będzie sprawdzić, czy mój brat nie potrzebuje ochrony.

Michael się uśmiechnął.

- Następnym razem, jak usłyszę tę historię, napastników będzie już czterech, co?

- Tylko jeśli publiczność będzie ładniejsza od ciebie. Może mi wreszcie powiesz, co jest grane?

Michael wzruszył ramionami.

- Znasz dzielnicę.

- Niezupełnie. Już nie. - Kiedy tata stracił pracę, przeprowadzili się z Bridgeport do Canaryville, kiedy zaczął pić od rana, z Canaryville do Crenwood. Kiedy zwiał z kelnerką z kasyna, mama wzięła trzeci etat, ale nigdy nie zarabiała tyle, by odzyskali utracony status. Dla białego chłopaka było to ciekawe doświadczenie: dorastanie w dzielnicy czarnych i Latynosów, gdzie odsetek uczniów porzucających szkołę sięgał pięćdziesięciu.

- Sytuacja zaczęła się wymykać spod kontroli - powiedział Michael. - Pamiętasz, kiedyś się to jakoś układało: gangi wyznaczały granice i z reguły ich nie przekraczały. Więcej w tym wszystkim było pozy niż zabijania. - Pokręcił głową. – Teraz jednak, jeśli ktoś zginie w poniedziałek, we wtorek jego kumple jeżdżą po okolicy, dopóki nie ubiją kogoś z drugiej strony. W środę jest na odwrót.

- No i?

- No i ja tu mieszkam, człowieku. Usiłuję tu wychowywać syna. Teraz nie mogę mu nawet pozwolić pobawić się na podwórku przed domem.

Jason jęknął.

- Kapuję.

- Co?

- Znowu to robisz, prawda?

- Niby co?

- Prowadzisz jakąś krucjatę.

- Zaangażowałem się. - Michael wzruszył ramionami. - Po śmierci Lisy.

Jason złagodził ton.

- To był wypadek. To co innego.

- Na pewno? Moją żonę zabił trzynastolatek w skradzionym samochodzie. Uciekał przed policją. Wygląda ci to na bezpieczną dzielnicę? A z dnia na dzień robi się coraz gorzej. Dlaczego zwykli ludzie mają patrzeć na to bez słowa i siedzieć z założonymi rękoma?

- Ponieważ... - Jason rozłożył ręce, ważąc między nimi wszystkie oczywiste powody. - Ci goście są niebezpieczni, na litość boską. - Usłyszał za plecami niewyraźne rytmiczne dudnienie. Odwrócił się i popatrzył nad ramieniem Billy’ego na ulicę, po której przejechał błyszczący kabriolet z czwórką pasażerów w środku i muzyką ciągnącą się za nim jak smuga smrodu. - Co dokładnie robisz?

Michael wzruszył ramionami.

- Wszystko, co mogę. Współpracuję z Washingtonem Matthewsem przy jego projekcie centrum wsparcia młodzieży wychodzącej z gangów. Rozmawiam z miejscowymi przedsiębiorcami. Organizuję straż obywatelską. Spotkałem się nawet z policją, choć to akurat nic nie dało.

- Rozmawiałeś z glinami?

- Jasne.

- Chcesz powiedzieć, że doniosłeś na któryś z gangów?

- Nie bądź taki melodramatyczny. Po prostu gadałem z policją.

Jason patrzył na brata z otwartymi ustami. Dorastając tutaj, człowiek czegoś się uczył. Policja była w porządku. Broniła prawdziwych ludzi, tych, którzy pracowali, wychowywali dzieci, dbali o domy. Kiedy jakiś Bogu ducha winny dzieciak ginął za parę butów, zwalała się ławą. Ale prędzej czy później się zabierała.

Gangi tu żyły. Były wieczne.

- Dlaczego nic mi o tym nie powiedziałeś?

- Nie wiem. - Michael sączył piwo, wyglądając przez okno. - Nie chciałem cię martwić. Wiem przecież, że masz swój własny zgryz. Przeżyłeś swoje... tam.

- Możesz to powiedzieć: w Iraku.

- Dobra, twardzielu, w Iraku. Dostałeś nieźle w kość. Poza tym - Michael wzruszył ramionami - jasno dałeś do zrozumienia, jaki masz stosunek do odpowiedzialności. - Rzucił to tonem starszego brata, zarezerwowanym dla Jasona, jakby ten był psiakiem, który mógł się zsikać na dywan.

- To znaczy?

- Nieważne.

- Nie - Jason postawił kufel. - Co chcesz powiedzieć?

Michael westchnął.

- Bracie, z nas dwóch to ty zawsze miałeś głowę na karku. Mogłeś coś osiągnąć. Zapuścić korzenie. Walczyć o coś.

- Jak ty? - Czuł, jak w piersiach wzbiera mu gniew. - Zgrywać Charlesa Bronsona?

- Ciszej - Michael wskazał głową na Billy’ego.

Jason ściszył głos.

- O, właśnie, jeszcze jedno. Nie chodzi tylko o ciebie. Jego także narażasz. Wiesz, co robisz?

Głos Michaela stwardniał.

- Staram się zapewnić mu lepsze dzieciństwo.

- Gówno prawda. - Jason potrząsnął głową. - Ja już raz usiłowałem zbawić świat, i co? To nie działa. - Przywra zamotała kolejny węzeł na żebrach. Popatrzył na swoje ręce, bruzdy żłobiące skórę między kciukiem a palcem wskazującym. Niemal widział pulsującą tam krew.

- Bracie - powiedział Michael cicho. - Wiem, że coś się stało, i wiem, że winisz za to siebie, cokolwiek to było. Ale teraz jest inaczej.

- Gówno wiesz, bracie.

Michael przebiegł językiem po wnętrzu ust, wydymając policzek. Patrzył na Jasona.

- Wiem, że mogłeś jako pierwszy w rodzinie skończyć studia, dopóki nie zaprzepaściłeś stypendium. Wiem, że twój najdłuższy związek przetrwał trzy miesiące i że zapuszkowali cię za kradzież telewizorów, kiedy miałeś dwadzieścia lat. - Michael prychnął. - Wiem, że gdyby nie Washington, kiblowałbyś jak amen w pacierzu.

- Szczeniackie wygłupy. W dodatku kurewsko zamierzchłe dzieje.

- Szczeniackie wygłupy? Nie zmieniłeś się.

- Siedem lat byłem w wojsku - syknął Jason.

Michael wzruszył ramionami.

- Jasne.

- Co masz na myśli?

- Mniejsza.

- Nie - rzucił Jason, czując pot na dłoniach. - Co to znaczy?

- Naprawdę chcesz wiedzieć? To znaczy, że masz dwadzieścia siedem lat i kwalifikacje tylko do przerzucania burgerów albo noszenia karabinu szturmowego. To znaczy, że chcesz o coś walczyć, tyle że nie dość mocno, żeby postanowić, o co albo trzymać się tego. Myślę, że zaciągnąłeś się właśnie po to, żeby cię w tym wyręczyli. A kiedy to też diabli wzięli, wróciłeś do jedynej rzeczy, w której jesteś dobry. Do picia w południe i rozglądania się, co by tu przelecieć.

Jason podniósł się, stołek zaszurał po podłodze.

- Pierdol się, człowieku.
- Sam się pierdol.

Podnieśli głos i Jason zobaczył, że Billy z otwartymi ustami patrzy na nich znad frontowego stolika. Miał wyrzuty, że bratanek widzi ich w takiej sytuacji, ale to nie była jego wina. Stara współzależność: Michael przyciska ten sam guzik co zwykle, a Jason w konsekwencji wybucha. Kręcąc głową, odsunął stołek biodrem i ruszył do frontowych drzwi. Słyszał, jak Michael wzdycha za jego plecami, i wiedział, że jeśli postałby tu trzy sekundy dłużej, brat by przeprosił, ale nie potrafił.

Zabrzęczał dzwoneczek na drzwiach i słońce uderzyło go w twarz, jakby ktoś wymierzył mu policzek. Kopnął kawałek potłuczonego szkła, aż poleciało i rozbiło się o ogrodzenie spalonego magazynu. Auto stało zaparkowane dwoma kołami na krawężniku, tak bardzo się spieszył, żeby sprawdzić, czy Michaelowi nic nie grozi.

Bracia. Cholera.

Odpalił silnik i uruchomił radio, potem wcisnął ostro gaz. Musiał wziąć prysznic. A później strzelić sobie drinka. Kilka drinków.

Michael ma go za świra? Dobrze.

Jason się dostosuje.

4

Boska single malt

 

Podczas prohibicji knajpa pełniła rolę mety. Agentka nieruchomości, która sprzedała Michaelowi pub, znała całą historię i opowiedziała mu o ukrytych zakamarkach, sejfie schowanym za grzejnikiem. Wąskie schody do piwnicy określiła mianem „marynarskich” i nazwa pasowała: strome metalowe stopnie były jak żywcem wyjęte z ciasnego okrętu wojennego. Stojąc i patrząc do góry przez wiekowy właz, Michael niemal czuł, jak piwnica kołysze się na falach.

- No, zbieraj się - zawołał. - Pora iść.
- Sekundkę - Billy zatonął w stercie kartonowych pudeł. W powietrzu unosił się zapach kurzu i czasu, woń rupieci ustawionych pod kruszejącymi ścianami: pianino z klawiszami pożółkłymi jak palce palacza, kanapa z przetartymi poduszkami, jego własne rzeczy przemieszane z pozostałościami gratów dziesiątków poprzednich właścicieli. Zamierzał któregoś dnia wszystko to przejrzeć, ustalić, co warto komuś oddać, co trzeba wyrzucić. Na razie piwnica była ulubionym pomieszczeniem Billy’ego. Co takiego mają w sobie ciemne miejsca pełne rdzewiejącego szmelcu, że tak fascynują chłopców?

- Chodź, szkrabie. - Za niecałą godzinę będzie musiał otworzyć pub. Zważywszy na zawartość aktówki, wydawało się niedorzeczne, że resztę dnia spędzi, nalewając piwo z whisky pracownikom komunalnym i robotnikom budowlanym, ale przynajmniej zadba o interes. Musi tylko jakoś dotrwać do końca dnia, a jutro będzie mógł uporać się z prawdziwą robotą. - No już.

Pojawił się rozpromieniony Billy. Trzymał coś w ręku.

- Tylko spójrz, tato! Należał do ciebie? - Uniósł pistolet laserowy.

Michael zmrużył oczy i rozpoznał transformera, zabawkowego robota, złożonego w fioletowy pistolet.

- Popatrz, popatrz. - Sięgnął po zabawkę. Plastik wydawał się dziwnie znajomy w dotyku, krzepiący, jakby podświadomie Michael od dawna pragnął znowu go poczuć. - Kiedyś go uwielbiałem. - Odwrócił zabawkę. - Zobacz, nawet wyciąłem na nim swoje imię.

- Jest przekreślone.

- Wiem. Wujek Jason wygrał go ode mnie w zakładzie.

- O co się założyliście?

Michael pamiętał doskonale, ale nie zamierzał podsuwać synowi pomysłu biegania po torach kolejki szybkobieżnej, więc tylko pokręcił głową i oddał mu zabawkę. Billy przyglądał się jej, jakby znajdowała się na niej wiadomość napisana atramentem sympatycznym.

- Tato?

- Tak?

- Co jest wujkowi Jasonowi?

Pytanie osadziło Michaela w miejscu.

- Co masz na myśli?

- Zachowuje się inaczej, niż gdy wcześniej nas odwiedzał. Jest smutny i częściej się kłócicie.

Michael otworzył usta, potem je zamknął. Prawda wyglądała tak, że nie miał pojęcia, co jest jego bratu. Pierwszy tydzień po powrocie mieszkał z nimi, śpiąc na kanapie, wypijając skrzynkę piwa niemal co dzień i niemal co wieczór sprowadzając inną dziewczynę. Kiedy Michael coś o tym napomknął, Jason zapewnił, że nic się nie dzieje. W następnym tygodniu się wyprowadził.

Michael popatrzył na czekającego na odpowiedz Billy’ego o oczach tak samo brązowych jak oczy jego matki. Najlepszym wyjściem była prawda. Nie potrafiłby skłamać tym oczom.

- Wiesz, że wujek był żołnierzem.

- Mhm.

- Cóż, zdarza się, że na wojnie żołnierze odnoszą rany. Mają obrażenia. Czasami na zewnątrz, widoczne, gdy na przykład...

- Ktoś ich postrzeli?

- Właśnie. Ale czasem to nie jest takie proste. Czasem rana jest w środku, niewidoczna. - Urwał. - Tak jakby się rozchorowali.

- I to się stało wujkowi Jasonowi?

- Tak. Rozchorował się, więc odesłano go do domu. - Wyjaśnienie może nie idealne, ale niezłe.

- Wyzdrowieje?

- Oczywiście. - Michael uśmiechnął się czule i położył dłonie na ramionach chłopca. - Oczywiście, że tak. Ale to może chwilę potrwać, a my musimy go wspierać.

Billy skinął głową w zamyśleniu.

- Okay.

- Okay. A teraz - Michael wskazał na schody - może wreszcie byśmy stąd wyszli?

- Mogę to sobie wziąć? - Billy uniósł transformera.

- Mój drogi, możesz to zatrzymać.

Wyszli z powrotem na świat. Billy natychmiast usiadł przy porysowanym biurku w „swoim” kąciku zaplecza i zaczął bawić się transformerem, sprawdzając, czy zabawka się zgina i które części się obracają, żeby przekształcić ją z powrotem w robota. Michael przyglądał się chłopcu z dobrze znanym uczuciem naporu w piersi, z sercem wezbranym krwią i dumą. „Mój syn”, przeszło mu przez głowę i ta myśl zdawała się, jak zwykle, nowa i stara zarazem, przemożna świadomość, która spływała na człowieka, w chwili gdy zaobserwował wilgotnouste przejęcie ośmioletniego chłopca.

Dziwne. Zabawka należała najpierw do Michaela, potem do Jasona, a teraz do Billy’ego. Ot, trochę plastiku i metalu, a wszystkich ich łączyła, wiązała teraźniejszość z przeszłością. Złapał się na tym, że wspomina inną wyprawę do piwnicy, lata temu, gdy razem z Jasonem porządkowali pomieszczenie, tachając po wąskich schodkach całą masę śliskich od potu gratów. Kiedy skończyli, opadli na składane krzesełka. Michael otworzył sejf i wyciągnął butelkę Black Label, którą tam zachomikował. Nadal pamiętał uśmiech na twarzy brata.

Sam też się teraz uśmiechnął, zmierzwił synowi włosy i zostawił go zajętego rozpracowywaniem zabawki. Wrócił za bar, dokończył zmywanie i sprawdził zapas Beama i Jacka. Potem jego wzrok znowu spoczął na rzędach alkoholi, w tym zakurzonej butelce Balvenie, którą zauważył już wcześniej.

Tam, do diabła... Korek odskoczył z trzaskiem. Kiedy trzymał butelkę pod nosem, miał wrażenie, że rozpływa się w rzece ciepłego karmelu. Nalał na dwa palce, wziął kolejny głęboki wdech i wypił z zamkniętymi oczyma.

Cholera. Też mi cel aspiracji.

Tej myśli towarzyszyło ukłucie winy. Znowu powiedział wszystko nie tak. Psiakrew, o mały włos nazwałby brata tchórzem. Westchnął, sięgnął po telefon. Jeśli udałoby mu się sprowadzić tu Jasona z powrotem, mógłby przeprosić przy szklaneczce boskiej single malt, spróbować jeszcze raz. Wystukał kilka pierwszych cyfr, kiedy rozbrzęczał się dzwonek na frontowych drzwiach. Światło popołudnia obramowywało sylwetkę dużego łysiejącego mężczyzny, za nim stał drugi.

- Przepraszam - rzeki Michael, odkładając słuchawkę. - Jeszcze nie otwieramy.

Mężczyźni weszli do środka i zamknęli drzwi.

- Powiedziałem, że jeszcze... - Ale kiedy drzwi zasłoniły padający z zewnątrz blask, Michael Palmer zobaczył, kto wszedł do jego pubu.

Szklaneczka whisky wyślizgnęła mu się z dłoni, wirując z błyskiem, zniknęła w cieniu i się roztrzaskała.

5

Najostrzejsze porno na świecie

 

Dziewczyna już była na nogach, krzątając się w kuchni. Jason czuł jeszcze zapach jej perfum na poduszce, owocowy i mocny. Ale ładny. Głowa bolała go trochę od resztek wczorajszego burbona i rozważał chwilę, czyby nie przekręcić się na drugi bok i nie zafundować sobie jeszcze godzinki snu.

Ale pościel była ciepła i zapocona, po pokoju latała tłusta mucha, bzycząc i uskakując między łopatami wentylatora na suficie. Mógł zapomnieć o spaniu. Dźwignął się do pozycji siedzącej, oparł o golą ścianę i patrzył, jak dziewczyna robi kawę w aneksie kuchennym.

W porannym świetle nadal wyglądała dobrze. Miała smukłe, jędrne ciało, chłopięcą fryzurę. Falisty quasi-plemienny tatuaż, który znikał pod doskonale opiętymi bladoniebieskimi figami. Otworzyła jedną szafkę, potem drugą, szukając ze spokojną efektywnością.

Miała na imię... Jackie. Tak.

- Filtry są w szufladzie. - Potarł podbródek, skórę miał lepką i obrzmiałą.
- Obudziłeś się. - Odwróciła się z uśmiechem.
- Tak. - Odrzucił kołdrę i przesunął się na brzeg łóżka. Twarde drewno było przyjemnie chłodne w dotyku. Kiedy zaczął się podnosić, poczuł ból w brzuchu. Na skórze widniał fioletowo-żółty siniak, pamiątka po pierścieniach zapaśnika. Skrzywił się, ale zaraz uśmiechnął na wspomnienie pędu powietrza, który czuł, gdy skakał z parkingu. Trzymając się jedną ręką za brzuch, drugą opierając o łóżko, wstał i wyjrzał przez okno. „Dzień dobry, świecie”.

Clark and Division. Cholernie cudaczne miejsce do mieszkania. Na północy Lincoln Park z tym całym swoim dobrobytem: tonącymi w zieleni drzew chodnikami, małymi pieskami poszczekującymi w obramowanych piaskowcem oknach, ulicami bezpiecznymi o trzeciej nad ranem. A na południe the Loop1, najeżone drapaczami chmur, w których mieszkańcy Lincoln Park zarabiali na swoją niebotyczną stopę życiową. I nagle, dokładnie między nimi, jego zakątek. Jeden kwartał getta, wykrojony na tym nieskazitelnym Złotym Wybrzeżu2 dzięki linii autobusowej 70 łączącej Red Line z Cabrini Green. Nigdy nie zasypiał. Dwadzieścia cztery godziny na dobę przy kantorze i barze kanapkowym wystawali jacyś kolesie, kłóciły się dziwki. Czasami słyszał w samym środku nocy, jak się darły tak, jak potrafią się drzeć tylko wkurzone czarne kobiety. Ale kawalerka była tania, czynsz płatny co miesiąc, bez zadatku i tylko to miało znaczenie.

Woń kawy wyrwała go z zamyślenia. Dziewczyna znalazła dwa kubki i ostrożnie nalewała napój. Jason nigdy nie wiedział, jak się zachować rano po nocy spędzonej z przypadkową panną, teraz też nie miał pojęcia, czy powinien ją przytulić i pocałować, jakby byli prawdziwą parą. Patrzyła pewnie niebieskimi oczyma, ale nie wykonała żadnego ruchu. Zdecydował się po prostu na uściśnięcie jej ramienia, kiedy brał kubek. Uśmiechnęła się w odpowiedzi, wysunęła krzesło zza stołu i usiadła.

- Wypiję jedną przed wyjściem.

- Nie spiesz się. - Kawa, mocna i gorzka, smakowała wspaniale.

Dziewczyna uśmiechnęła się ponownie i rozejrzała po kuchni, jakby szukając tematu do rozmowy. Nie było tego wiele - spiżarnia z harmonijkowymi drzwiami, kilka naczyń w zlewie, butelka Jim Beama na blacie, zegar analogowy na ścianie. Wreszcie oględziny dobiegły końca: jej wzrok zatoczył pełne koło i ponownie spoczął na jego twarzy. Zawahała się, potem powiedziała:

- Naprawdę byłeś w Iraku?

- Pierwsza Brygada, dwudziesta piąta Dywizja Piechoty.

- Mogę o coś spytać?

- Jasne - powiedział, ale westchnął w duchu.

- Jak... - urwała i popatrzyła na kubek. - Jak tam jest? - Kiedy podniosła na niego oczy, dostrzegł w nich coś na kształt żądzy. Poznał to spojrzenie, widywał je na okrągło. Gdy tylko ludzie się dowiadywali, jakby spadała zasłona. Górę brała ich ciemna strona, zmieniali się, złaknieni wiedzy, jak to jest, gdy ktoś odwala kitę, łasi na łatwą podnietę. Na straszne, smakowite historie. Najostrzejsze porno na świecie.

- Gorąco - powiedział, potem wstał i otworzył lodówkę. Jakieś niedojedzone tajskie żarcie. Kiedy je kupił? Otworzył pudełko i powąchał. Wydawało się w porządku, choć nie miał pojęcia, czym różni się zapach zepsutego curry od zdatnego do spożycia. Znalazł torbę z serwetką, pałeczkami i sosem sojowym. Oddzielił pałeczki, potarł nimi o siebie nawzajem i nabrał kęs makaronu. Smakował jadalnie.

- Tylko tyle? - spytała, odwracając się, żeby na niego spojrzeć. - Gorąco?

Wzruszył ramionami.

- Głośno.

- Nie masz ochoty o tym rozmawiać?

- Chcesz trochę? - Wyciągnął w jej stronę pudełko. Patrzyła na niego bez słowa i westchnął. - Posłuchaj, gorąco i głośno. Byłem tam, teraz jestem tutaj.
- W porządku - rzuciła.

Rozmawiali o niczym, dopijając kawę. Po jakichś dwudziestu minutach spojrzała ostentacyjnie na zegar. Uśmiechnął się, żeby zasygnalizować, że nie ma sprawy, nie spieszy mu się. Pozmywał kubki, potem oparł się o blat, żeby na nią popatrzeć. Obserwowanie ubierającej się kobiety było na ogół niemal równie podniecające, co przyglądanie się jej w odwrotnej sytuacji. Skrzywiła się, widząc oczko w pończochach, zdecydowała się obejść bez nich. Przykryła niebieskie majtki czarną spódnicą i wciągnęła dopasowaną koszulkę, która ściśle otuliła jej tułów.

- Słuchaj - powiedziała, podchodząc do niego. - Co do tego pytania...
- Nie przejmuj się.
- Byłam po prostu ciekawa. Nie chciałam dotknąć czułej struny ani w ogóle.

Pokręcił głową.

- Nic się nie stało.
- Okay. - Ujęła jeden z jego palców, bawiła się nim w roztargnieniu, ze spuszczonym wzrokiem. Przez chwilę wyglądała jak mała dziewczynka. Potem się wyprostowała i rzuciła: - No to cześć.
- Nie zostawisz swojego numeru?

Uśmiechnęła się.

- A jest po co?

Roześmiał się i przez chwilę chciał powiedzieć: „A niech to, jest”. Była seksowna, bystra i opanowana, i powinien uważać się za szczęściarza, że trafia mu się taka szansa.

Potem pomyślał, jak to się skończy. Jak to się zawsze kończyło.

Zauważyła jego wahanie, potrząsnęła głową.

- Nie ma sprawy. Miło było cię poznać. - Otworzyła drzwi i wyszła, pomachawszy mu nieznacznie palcami na do widzenia. Przez cienkie ściany słyszał stukot jej obcasów, gdy odchodziła korytarzem.
- Cholera. - Zgarnął pudełko z kluskami ze stołu i wrzucił je do kosza.

Posłał łóżko, naciągając mocno prześcieradło i podwijając rogi pościeli. Gotowe na inspekcję. Potem się przeciągnął i opadł na podłogę na codzienną porcję pompek. Zwykle robił sto z dłońmi pod tułowiem, a potem pięćdziesiąt z szeroko rozstawionymi ramionami. Ale pomyślał o Jackie, o tym jak zrejterował, i zmusił się do wykonania po pięćdziesiąt dodatkowych z każdego rodzaju, pod rząd. Kończył z urywanym oddechem, obolałymi ramionami i piersią. Gęsta grzywka, którą zapuścił od powrotu, lepiła mu się do czoła.

Wstał i jego wzrok padł na telefon komórkowy. Rozważał, czyby nie zadzwonić do brata, przeprosić, że się uniósł. Michael bywał czasami prawdziwym dupkiem, ale rodzina to rodzina.

Jednak tylko poszedł do łazienki, by zmyć pod prysznicem swój pot i zapach perfum dziewczyny.

 

Chromowana obudowa beretty błyszczała, ale mechanizm był brudny. Skoro Kozia Bródka nie wiedział, jak trzymać broń, tym bardziej nie mógł mieć pojęcia, jak utrzymać ją w dobrym stanie. Jason wyjął magazynek i położył go na stole, potem sprawdził komorę w poszukiwaniu naboi. Kiedy się upewnił, że jest pusta, zwolnił zacisk i usunął zamek, potem sprężynę powrotną i lufę. Każdą część położył na kuchennym stole, z przyjemnością poddając się dawnej rutynie. Konserwacja broni była prostym, metodycznym procesem. Czymś, co można robić, nie angażując w to myśli, w ten sam bezwiedny sposób, w jaki niektórzy malują modele albo robią swetry na drutach. Doskonałym sposobem na zrelaksowanie umysłu.

I dobrze było znowu trzymać w rękach broń. Całe lata non stop miał jakąś na wyciągnięcie ramienia, a potem, nagle jej pozbawiony, czuł się nagi. Co było głupie, bo tak naprawdę przestał potrzebować pistoletu z chwilą, gdy wyszedł z Wojskowej Komisji ds. Zwolnień.

Na tę myśl zacisnął żeby.

Dość, pomyślał i zdmuchnął drobinkę kurzu. Dobra, ten rozdział jego życia jest już zamknięty. Źle się skończył. I co z tego? Ludzie żyją dalej. Wybaczają sobie, zaczynają od nowa. Jakoś potrafią znowu być szczęśliwi. Co rusz takie rzeczy się zdarzają. Czyż nie?

Przetarł jeszcze raz ściereczką lufę, potem umieścił ją z powrotem na miejscu, docisnął sprężynę. Wsunął zamek, wsadził magazynek.

Nic dziwnego, że wyobrażał sobie swoją winę pod postacią przywry, która ostrymi jak brzytwa zębami wolno go pożerała, kawałek po kawałku. Czy kiedyś zdechnie?

A może będzie się pasła, aż nic nie zostanie?

Podniósł berettę i odwrócił. Przystawił prosto do twarzy, w miejsce między oczami. Poczuł dreszcz w udach. Tak mało by trzeba. Tylko nieznaczny ruch kciuka. Krótki taniec mięśni, wybuch ognia w mózgu i po wszystkim. Żadnej Przywry, żadnych wspomnień. Tylko ciemność chłodna jak wnętrze lufy.

Rozległo się pukanie do drzwi.

Dźwięk wyrwał go z transu. Nie przypominał sobie, żeby przez dwa miesiące, odkąd tu mieszkał, ktoś się do niego dobijał. W połowie drogi do drzwi uświadomił sobie, że nadal trzyma berettę w dłoni.

Co się z nim porobiło? Zamienia się w sfiksowanego Unabombera? Snującego się samotnie z kąta w kąt i czyszczącego broń?

Ktoś znowu zastukał.

- Chwileczkę. - Rozejrzał się w poszukiwaniu miejsca, gdzie mógłby schować pistolet, ale nie cierpiał na nadmiar mebli. Skrzywił się, zasunął bezpiecznik i wsadził berettę za spodnie niczym jakiś gangster z filmów Tarantina. Podszedł i wyjrzał przez judasz. Nic, tylko sąsiednie drzwi.

I wtedy usłyszał coś, od czego zamarło mu serce.

- Wujku Jasonie?

6

Dzień jak co dzień

 

Martwy chłopak nie chciał się zamknąć.

Póki co funkcjonariuszka Elena Cruz miała wszawy dzień i zero nadziei na jakąś poprawę. Spora część nocy upłynęła jej na próbach ignorowania dudnienia muzyki z klubu na dole. Zanim radio się włączyło, budząc ją najświeższą listą ofiar z Iraku, doniesieniem o zamachu bombowym w jakimś meczecie i monotonną prezydencką obietnicą wytrwania, złapała zaledwie trzy godzinki snu. Miętowa nicorette smakowała lepiej niż zwykła, ale nie mogła się równać z pierwszym sztachem pierwszej fajki rano.

A teraz jeszcze ten martwy chłopak.

Gadatliwi doprowadzali Cruz do szaleństwa. Na filmach ofiary wymawiały zduszonym głosem kluczową wskazówkę, wykrztuszały z trudem jakieś nazwisko. Potem jeszcze wykasływały dwie kropelki krwi i grzecznie wywracały oczy do góry.

Lata, które Cruz spędziła na ulicy, nie potwierdzały tego obrazu. Zwłaszcza gadatliwi palili się do tego, żeby dać wyraz swojej miłości do matki, bez końca ględzili o tym, jak to ją kochają. Jeszcze dwadzieścia minut temu nie usłyszałaby słowa o matce tego chłopaka. Uraczyłby ją zimnym spojrzeniem i pozą chojraka. Wzrokiem utkwionym w jej kroczu, może oblizaniem ust.

Żeby zrobił się z niego porządny obywatel i dobry syn, wystarczyło tylko go zabić.

Oczywiście nie zdawał sobie sprawy, że jest martwy. Ale Cruz wiedziała swoje. Po pięciu latach spędzonych na patrolowaniu South Side, kolejnych trzech na wyważaniu drzwi w brygadzie antyterrorystycznej i osiemnastu miesiącach w Biurze Wywiadu Kryminalnego ds. Gangów nabrała wprawy w odczytywaniu wyrazu twarzy pracowników pogotowia. Tu wezwano ich do postrzału, ale Cruz szła o zakład, że za dziesięć minut przypadek awansuje do miana właściwego zabójstwa.

- Słyszysz mnie? - Pochyliła się nad chłopcem. Sądząc po krostach, którymi była usiana jego twarz, miał góra siedemnaście lat. Powtórzyła pytanie po hiszpańsku i w jego oczach pojawił się błysk zrozumienia.

- Como te llama?

- Teo. - Głos był słaby.

Nie żaden Six-Pack, Choco ani T-Dog czy jak tam brzmiała jego uliczna ksywka. Teraz, kiedy było już po ptakach, miał na imię Teo. Zrywałaby boki, gdyby tylko było z czego.

- Teo, jestem tu, żeby pomóc. - Zabarwiła swój hiszpański silniejszym akcentem, sygnalizując, że płynie w nich ta sama krew. - Kto to zrobił?

Popatrzył na nią.

- Gdzie jest moja matka?

- Przyjedzie do ciebie do szpitala. Teraz musisz mi powiedzieć, co się stało.

Pokręcił głową i zakaszlał. Krew, o wiele więcej niż dwie krople, zbryzgała mu wargi, pozostawiając silny zapach miedzi.

- Proszę pani... - Ratownik był młody, szybko przebierał rękoma przy pasach wózka z noszami. - Musimy jechać.

Skinęła głową i odeszła na bok, przyglądając się miejscu zdarzenia.

Typowe osiedle w Crenwood. Rzędy zapadających się dwumieszkaniowych domów poprzetykanych ceglanymi pawilonami, z metalowymi prętami na drzwiach wejściowych, w charakterze zabezpieczeń przeciwwłamaniowych. Szyld podstawówki na rogu głosił „Wierz i osiągaj”. Ludzie zebrali się na werandach i gankach, ciesząc się widowiskiem. Dzień jak co dzień w Wood.

- Wiesz co myślę? Samobójstwo, jak w mordę strzelił. - Sierżant Tom Galway przeczesał palcami gładkie szpakowate włosy. - Zgaduję, że naszego chłoptasia dręczyły nierówności spowodowane rozgrywkami geopolitycznymi, i tak go to przygnębiło, że wziął i się postrzelił. W plecy. Cztery razy.

Popatrzyła na partnera, przewracając oczyma.

- Rozgrywki geopolityczne?

- Usłyszałem to rano w radio. - Popatrzył przez ramię. - Upss.

- Co? - Spojrzała, zobaczyła zbliżającego się do nich detektywa odpowiedzialnego za miejsce zbrodni. - Cholera.

- Spokojnie, partnerze. - Galway położył jej dłoń na ramieniu. - Nie zaczynaj.

- Że niby ja?

Galway posłał jej spojrzenie, mówiące „tak, ty”. Potem się wyprostował i uśmiechnął.

Śledczy był starym wygą z wielkim bebechem, nadmiarem sadła i wody po goleniu. Obszedł kałużę wodnistych wymiocin Tea, skrzyżował ramiona i popatrzył na nią zimno.

- Nie miałaś przypadkiem zajmować się jakąś bazą danych?

Postanowiła przyjąć to z humorem, udawać, że tylko żartował.

- Chciałam zaczerpnąć trochę świeżego powietrza. Co tu się stało?

Wzruszył ramionami.

- Ofiara szła ze swoją dziewczyną, zza rogu wychodzi dzieciak, otwiera ogień. Z dziewięciomilimetrówki. Dziewiętnaście łusek, mały rozrzut, cztery trafienia.

- Cztery na dziewiętnaście? - Galway pokręcił głową. - Dupa nie strzelec.

Cruz puściła to mimo uszu.

- Dziewiętnaście łusek z jednej broni? Ktoś tu wozi się z uzi.

- Albo MP-5 lub MAC-11 lub Bóg wie czym jeszcze. - Detektyw przeszukał palcem ucho. - Pamiętacie jeszcze te stare dobre czasy, kiedy dzieciaki zabijały się za pomocą noży i kijów bejsbolowych?

- Dziewczyna coś powiedziała?

- Nie.

- Sąsiedzi?

- Psy chodzą od drzwi do drzwi. Ale wiecie - pokazał środkowy palec - nikt...

- ...nic nie widział - Cruz dokończyła mantrę. Stara śpiewka. Gdyby Tea kropnięto w Lincoln Park, ze dwadzieścia pięć osób ustawiłoby się do nich w kolejce, żeby podzielić się każdym szczegółem. Ale tutaj wszystkich nękały problemy ze wzrokiem. - Mogę się rozejrzeć?

- A możesz mi obciągnąć?

Oczy jej się rozszerzyły, krew zawrzała.

- Co proszę?

- Powiedziałem - detektyw wykrzywił pogardliwie usta - żebyś wróciła do zabawy z komputerem i zostawiła dochodzeniową robotę ludziom, którzy zdobyli pracę bez rozkładania nóg.

Ogień oblał jej szyję, wbiła palce w dłoń. Nie myśląc, ruszyła do przodu, zamachnęła się ręką, gotowa przydzwonić temu opasłemu szowiniście.

Galway rzucił się szybko między nich i chwycił ją za ramiona.

- Spokojnie, Elena. Luz! - Detektyw puścił do niej oko nad ramieniem Galwaya. Usiłowała się wyrwać z rąk partnera, świadoma, że ten ma rację, ale mając to gdzieś. Jednak uścisk Galwaya był żelazny. - Już i tak po uszy siedzisz w gównie. - Odsunął ją do tyłu, spojrzał prosto w oczy. - Przywalenie mu nie jest warte utraty pracy.

Miał rację i wiedziała o tym, ale ta świadomość nie pomagała zaakceptować sytuacji. Wyswobodziła ramiona i obróciła się na pięcie. Słyszała, jak detektyw śmieje się za jej plecami, ale tylko wbiła palce w dłoń tak mocno, że drżały jej ramiona. Galway ruszył za nią.

- Sranie w banie zgrai cholernych chłopaczków - powiedziała, idąc do samochodu. - Jeden błąd, tylko jeden i całe dziesięć lat nie ma znaczenia. Jakbym była jakąś awansowaną szparką sekretarką.

Galway westchnął.

- Sama dajesz sobie popalić.
- Mniejsza. - Poklepała kieszeń w poszukiwaniu papierosów, przypomniała sobie, że rzuciła. Przeklęła, rozdarła opakowanie gumy, upuściła papierek na chodnik. - Co za kutas.
- To porównanie - rzucił Galway sucho - jest zniewagą dla kutasa.

Prychnęła i zaczęła szukać kluczyków.

- Słuchaj - powiedział - Nie przejmuj się tak. Przejdzie im.
- Łatwo ci mówić. - Popatrzyła na ulicę, gdzie jakiś odpicowany rzęch pluł basem. - To już prawie rok.

Galway wzruszył ramionami, uśmiechnął się do niej.

- Przejdzie, kiedy ktoś inny zostanie przyłapany na jakiejś głupocie.

Miał rację, jak zawsze. Wzięła głęboki oddech, pokręciła głową i zaśmiała się zdawkowo.

- Tylko zrób coś, żeby ten ktoś szybko dał ciała, dobrze?

- Masz to jak w banku, mała. Jeśli będzie trzeba, sam dam ciała. - Galway wyjął chusteczkę z kieszeni marynarki i wytarł pot z czoła. Złożył ją i popatrzył spod zmrużonych powiek na słońce. - Widziałaś dziary Tea?

Skinęła głową.

- Latin Saints. - Gang już od dawna był w stanie wojny z Gangster Disciples, trup słał się gęsto po obu stronach.
- A wiesz, kto nie widział?

Trwało to chwilkę, ale kiedy załapała, uśmiechnęła się.

- Pewien detektyw z nadwagą.
- Mhm. Trudno i darmo. Sprzątnij mu rozwiązanie tej sprawy sprzed nosa. Bardziej go to zaboli niż twój prawy sierpowy.

Uśmiechnęła się szerzej.

- Mam ochotę pogadać z Disciples. Idziesz ze mną?
- Nie, to twoja sprawa. Ja mam randkę. - Galway poklepał się po brzuchu. - Pizza Pompeii, farfalle z czosnkiem. - Ułożył prawą dłoń na kształt pistoletu i ją zastrzelił.

Służbowy ford śmierdział papierosami. Otworzyła okna i włączyła klimatyzację, gorący powiew smagnął jej twarz. Tak naprawdę powinna wrócić na posterunek i poświęcić kilka kolejnych godzin na wklepywanie danych. To była tylko zwykła strzelanina, porachunki między gangami i ewentualne rozwiązanie sprawy nie przyniesie jej wyzwolenia od gównianego przydziału. Ale zemsta jest słodka.

Ruszyła i nastawiła głośniej policyjne radio. Było coś uspokajającego w jego stałych tonach. Miała wrażenie, że to głos samego Chicago, że miasto do niej mówi. Czasami nawet zabierała je do domu i pozwalała mu grać w tle, kiedy czytała czy przygotowywała kolację.

Teraz wszystko, co Chicago miało do powiedzenia, trącało dobrze znaną śpiewką: wezwanie do domu, gdzie kobieta groziła mężowi rozbitą butelką, skarga na hałas z Oak View Terrace, wypadek u zbiegu Halsted i Sześćdziesiątej Czwartej.

Już miała je z powrotem ściszyć, kiedy pojawił się nowy meldunek. Został podany takim samym spokojnym głosem jak wszystkie pozostałe.

Ale zanim wybrzmiał, z piskiem opon zawróciła vica i wcisnęła gaz.

22 stycznia 1993

 

Eddie Murphy przyprawia go o spazmy.

Opowiada na ekranie o babciach, o tym, jak to zawsze im zimno, jak zawsze dopytują się, która godzina. To może najzabawniejsza rzecz, jaką Jason słyszał. Swoją własną babkę widział tylko raz od chwili, kiedy był na tyle duży, by zachować wspomnienie: podczas wycieczki do Spokane: dwutygodniowej niekończącej się kłótni rodziców w samochodzie. Ale wyobrażają sobie ponurą, owiniętą pledem, widzi, jak mówi mu, że jest niegrzeczny, a potem pyta, która godzina.

W brzuchu czuje mdlący ogień.

Michael go szturcha, podoje prawie pustą butelkę z czerwoną nalepką, na której widać czarne kopuły budynków gdzieś w Rosji. Jason się zastanawia, czy wódka rzeczywiście stamtąd pochodzi. Zastanawia się, czy naprawdę istnieje takie miejsce jak Rosja, czy w ogóle istnieje coś poza pierdolonym Crenwood. Crenwood i Spokane. To też wydaje mu się zabawne.

Odkręca czerwoną plastikową zakrętkę i pije. Ciecz jest ciepła i gęsta i pali go w gardło. Kwas mu się ścina w żołądku. Jason tłumi skrzywienie, wydaje odgłosy udawanego zachwytu. Odwraca się, żeby oddać butelkę bratu, czując dziwną lekkość w środku.

 

I eksploduje.

Wylewa się z niego ogień, do gardła podchodzi żółć, tryska przez nos, opluwa bluzgiem mokrego ciepła piersi i kolana Michaela. Pryska, wsiąka i ścieka. Wymiociny są krwistoczerwone od owocowego napoju, którym popijali Popowa, a kiedy Jason na nie patrzy, przypomina mu się zwrot „rzygać jak kot” i zaraz potem zapada się w ciemność.

Budzi się w łóżku w promieniach upalnego słońca.

Z początku czuje tytko wszechogarniający ból i rwanie w głowie, ale zaraz powraca wspomnienie i fala wstydu zalewa go niczym ognista woda. Brudne ubrania zniknęły, usta ma czyste. Nie śmierdzi rzygowinami.

Michael.