Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
266 osób interesuje się tą książką
On nie chce jej na farmie. Ona nie zamierza wyjechać.
Samotna podróż po Stanach po zdradzie partnera miała być dla Phoebe Valentine czasem na odzyskanie samej siebie. Nie spodziewała się jednak, że wyląduje w łóżku charyzmatycznego kowboja i wywróci tym własne życie do góry nogami.
Kiedy los sprawia, że ich drogi ponownie się przecinają, wszystko jeszcze się komplikuje. Rhett Wilder jest pewny siebie, gorący i niebezpieczny dla jej serca. Ado tego okazuje się jej nowym szefem.
Im bardziej się zbliżają, tym bardziej on – poraniony w przeszłości–próbuje ją od siebie odsunąć. W końcu historia jego rodziny nauczyła go, że miłość zawsze równa się ucieczce. Ona zaś chce mu udowodnić, że ta historia nie musi się powtórzyć.
Phoebe i Rhett muszą stawić czoła emocjom, które pojawiają się mimo strachu i przeszkód. Czy odważą się zaufać uczuciu, które narodziło się w najmniej oczekiwanym momencie?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 463
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redaktorka prowadząca i wydawczyni: Olga Gorczyca-Popławska Redakcja: Jarosław Byczkowski Korekta: Patrycja Klempas Projekt okładki: Łukasz Werpachowski Grafiki na okładce: © Creative_Juice_Art, © AngellozOlga / Stock.Adobe.com
Copyright © Joanna Mordak, 2026
Copyright © 2026, Niegrzeczne Książki an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie I Białystok 2026 ISBN 978-83-8417-734-1
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Plik przygotował Woblink
woblink.com
Dla tych, którzy uciekają w nieznane, i dla tych, którzy czekają, aż ktoś ich dogoni
Natasha Bedingfield Pocketful of sunshine
Shania Twain Man! I Feel Like a Woman!
Big & Rich Save A Horse (Ride A Cowboy)
Faith Hill Breathe
Johnny Cash Ring of Fire
Damiano David The First Time
Luke Bryan Country Girl (Shake It For Me)
Sabrina Carpenter Tears
RAYE WHERE IS MY HUSBAND!Damiano David Born With A Broken Heart
The Weeknd The Hills
Lady Antebellum Need You Now
Tyler Farr A Guy Walks into a Bar
Imagine Dragons Next to me
Dustin Lynch Good Girl
Rascal Flatts Life is a highway
Chciałam tylko wymienić papier w drukarce, a skończyło się na tym, że uprawiałam przygodny seks z kowbojem jakieś dwa tysiące sześćset kilometrów od domu.
No dobrze, może po drodze wydarzyło się jeszcze kilka innych rzeczy, ale teraz nie mają one żadnego znaczenia. Mogę myśleć wyłącznie o tym, że po raz pierwszy w życiu wymykam się nocą z domu zupełnie obcego faceta.
Kowboja.
Wciąż lekko kręci mi się w głowie. Nogi mam jak z waty, wzrok zamglony, a usta nabrzmiałe od nieustannego przesuwania nimi po jego mięśniach. Nawet nie wiem, jak miał na imię. Nie zdążyłam zapytać, gdy…
O Boże!
Potykam się o własne nogi i lecę do przodu. Łagodzę upadek dłońmi i syczę, gdy w skórę wbijają mi się maleńkie kamyczki. Cichy jęk bólu wypełnia przestrzeń, mieszając się z dźwiękami dzikiej przyrody. Odnoszę wrażenie, że jestem tu intruzem, który swoją obecnością zakłóca naturalny spokój.
Wstając, otrzepuję białą sukienkę, po czym upewniam się, że nie stało się nic poważniejszego. Elias miał rację, gdy stale powtarzał, jaka ze mnie niezdara.
Przymykam powieki i znowu o nim myślę.
Podróż po Stanach, na którą zdecydowałam się po odkryciu zdrady, miała przynieść mi ukojenie i pozwolić zapomnieć. Marzyłam o niej od lat i dzieliłam się ze swoim chłopakiem najbardziej szalonymi pomysłami na to, co powinniśmy zrobić w każdym z odwiedzanych przez nas miejsc.
Skoczyć na bungee z Hotelu Stratosphere w Las Vegas, przeżyć zawody jedzenia tacos na czas w Austin i zorganizować wyścig motorówkami w Miami, gdy będziemy mieć na sobie najbardziej obciachowe stroje kąpielowe. Brzmi fajnie, prawda? Niestety nie dla kogoś, kto zaszalał najmocniej, gdy nie założył krawata do pracy. I to w dniu casualowym.
Maleńka iskierka nadziei na jakąkolwiek zmianę pojawiła się w momencie, gdy odkryłam potwierdzenie dwuosobowej rezerwacji w jednym z hoteli na zachodnim wybrzeżu. Termin wyjazdu pokrywał się z moimi urodzinami, przez co oczami wyobraźni widziałam, jak świętujemy na plaży, przy muzyce i szumie fal.
Cieszyłam się tą wizją przez całe dwa dni, aż do momentu, gdy Elias poinformował mnie o delegacji. I to nie w Los Angeles, tylko w Nowym Jorku. Nawet wtedy naiwnie pragnęłam wierzyć, że próbuje zrobić mi niespodziankę. Że dzień przed wylotem usłyszę „Pakuj się, kochanie” i wszystko, czego tak bardzo się obawiałam, okaże się jedynie nieporozumieniem. Przecież tamtego dnia sam poprosił, abym wydrukowała mu jakiś pilny dokument. To przez jego nieustępliwość podejmowałam kolejne próby, gdy drukarka odmawiała posłuszeństwa, a kiedy w końcu coś w niej zaskoczyło, wśród kilkudziesięciu kopii tego samego dokumentu znalazłam tę jedną, wyróżniającą się kartkę z rezerwacją.
To nie mógł być przypadek.
Nic jednak nie wskazywało na to, by Elias uknuł tak romantyczną intrygę. W dniu wylotu z samego rana pojechał na lotnisko. Wcześniej zapewnił mnie tylko, jak bardzo żałuje, że nie spędzimy razem moich urodzin. Był tak przekonujący, że niemal mu uwierzyłam.
Wciąż wierząc w jego dobre intencje i w to, że naprawdę chciał, bym znalazła rezerwację, spakowana pojechałam za nim.
Biegłam między terminalami, trzymając w dłoni różową walizkę, i myślałam tylko o tym, jak urokliwie muszę wyglądać. Niczym jedna z bohaterek komedii romantycznych, dla której ukochany przygotował wyjątkową niespodziankę.
Biegłam, przekonana, że za chwilę na siebie wpadniemy, a ja usłyszę, że jest ze mnie dumny, bo rozwikłałam zagadkę. I że – oczywiście tak na wszelki wypadek – miał jakiś plan B, gdybym jednak się nie pojawiła.
Ale przecież tam byłam. I on również był, a wraz z nim Adeline – koleżanka z zespołu, którą często zapraszał do nas na kolacje.
Nie wyglądali, jakby znali się wyłącznie z pracy. Jej dłonie sunęły po klatce piersiowej mojego partnera, a usta muskały oba jego policzki. Uśmiechali się. Zwłaszcza wtedy, gdy tak ochoczo dotykał jej krągłych pośladków.
Nigdy nie zapomnę, co wtedy poczułam – jakby cały świat rozpadał się na kawałki. W jednej chwili z różowej bańki zamienił się w pochłaniającą wszystko czarną dziurę, odbierając mi to, co stanowiło jedyny stały punkt w moim życiu. Jedyną wartość, o której wypowiadałam się z dumą, i jedyną, która dla innych nie była dziecinadą i nieodpowiedzialnością. Bo tym właśnie był dla mnie Elias. Powodem do dumy. A tych nie miałam zbyt wielu.
A teraz zostałam sama.
Miałam dwa wyjścia – podejść do nich i pozwolić, by złość przejęła nade mną kontrolę (czego nienawidzę), albo wrócić do domu i udawać, że nic się nie stało (to było chyba jeszcze gorsze).
Dwa wyjścia, oba łamiące serce.
Może właśnie dlatego wybrałam trzecie: kupiłam bilet na pierwszy lepszy lot w nieznane i pozwoliłam, by los zdecydował o tym, co na mnie czeka.
Niewielkie miasteczko Whiskey Creek od razu skradło moje serce. Trafiłam tu przypadkiem, gdy snułam się po okolicy wypożyczonym samochodem. Od trzech dni zamiast Las Vegas i innych miejsc, o których marzyłam, zwiedzam maleńkie miejscowości, bo tylko na takie mnie stać. Nie zamierzam jednak narzekać. To wciąż znacznie przyjemniejsze niż siedzenie samej w mieszkaniu, z którego najprawdopodobniej będę musiała się wyprowadzić.
Wdech i wydech.
Nie ma co się oszukiwać – czasami życie naprawdę daje w kość. Ale to nic, będzie lepiej. Będzie tak dobrze, że zacznę podejrzewać, iż wygrałam jakieś ukryte losowanie na najlepszy zwrot akcji kończący się happy endem. Serio.
Wierzę w to.
A póki co celebruję małe przyjemności. Skupmy się na nich.
Po pierwsze: jest coś magicznego w Whiskey Creek, co przyciąga mnie do tego miejsca. Zupełnie jakby ze mną rezonowało i obiecywało, że to tutaj choć na moment wyjdzie słońce.
Po drugie: lokalny bar Boots&Banjos oferuje wszystko, o czym mogę obecnie marzyć. Całkiem niezłe drinki w jeszcze lepszej cenie, przystojnych facetów kręcących się po sali i miłego barmana, serwującego pierwszą kolejkę na koszt firmy. A to już coś.
I po trzecie: dajcie mi chwilkę, na pewno coś wymyślę…
Rozglądam się uważniej po wnętrzu, chłonąc jego charakter. Stare drewniane belki tworzą kondygnację ścian i sufitu, a ich wiekowość podkreślają przymocowane do nich powyginane tablice rejestracyjne wraz z szyldami rodem z lat siedemdziesiątych. Gdzieniegdzie dostrzegam wyblakłe plakaty (przedstawiające kobiety w kowbojskich strojach), na których ktoś umieścił parę autorskich bohomazów, oraz takie, których nie powinno się oglądać przed dwudziestą drugą.
Całość przełamują kolorowe neony zawieszone w kilku punktach – nad barem mieni się hasło nawiązujące do tequili, nieco dalej dostrzegam kształt kowbojskich butów oraz kobiety w seksownej pozie, a tuż przed wejściem do łazienki – napis Just rodeo me. Ciekawe, ile osób wzięło go sobie do serca.
Parskam śmiechem, bo wiele słyszałam o temperamencie teksańskich mężczyzn.
Jednego z nich namierzam tuż obok siebie. Ma nieco przydługie włosy i delikatny zarost, dodający twarzy surowości. Cień rzucany przez kapelusz niemal całkowicie pozbawia mnie szans dostrzeżenia czegoś więcej. Przenoszę więc wzrok na trzy kufle piwa oraz spracowaną dłoń obejmującą jeden z nich.
Facet unosi szkło i wypija połowę zawartości jednym haustem, po czym ociera usta i rozgląda się dookoła. Zanim zdążę odwrócić wzrok, już na mnie patrzy. Nie widzę jego oczu, ale czuję, jak lustruje mnie wzrokiem. Mogłabym wskazać poszczególne fragmenty ciała, po których sunie.
To jeden z tych mężczyzn, myślę.
Z tych sprawiających, że serce bije szybciej, a dusza zaczyna wirować. Mających w sobie coś nieuchwytnego, a jednocześnie magnetycznego. Przynoszących obietnicę rozkoszy, zapach spełnienia i smak tęsknoty.
Nie muszę go znać, by móc to stwierdzić z pełnym przekonaniem. A gdybym choć na ułamek sekundy zwątpiła, właśnie wszystko potwierdza jednym gestem.
Sięga dłonią do ronda kapelusza, po czym, nie odrywając ode mnie spojrzenia, zdejmuje go i odkłada na bok. Rysujący się na jego twarzy uśmiech zdaje się gwarancją przygody i zwiastunem nadchodzącego bólu dla tych, którzy wpadną w zastawione sidła.
– Jeśli zamówisz coś mocniejszego ode mnie, będę musiał uznać cię za bardziej niebezpieczną, niż zakładałem.
Rumienię się na samą myśl, że w ogóle zwrócił na mnie uwagę.
– A jeśli postawię na coś słodkiego?
– Wtedy muszę uważać, żeby nie dać się zwieść twojemu urokowi. – Chrapliwy szept wybrzmiewa tuż przy moim uchu. – Mógłbym przez to trafić do piekła.
Te słowa, brudne słowa, sprawiają, że wstyd powoli unosi mnie w przeciwną stronę – ku samemu niebu. Spalam się, jakbym miała dotknąć słońca.
Nieświadomie przygryzam dolną wargę. W chwili, w której to robię, oczy nieznajomego rozbłyskują niewielkimi iskierkami, a usta delikatnie się rozchylają. Dla mnie mój gest był zupełnie niewinny i świadczył o zdenerwowaniu, ale on doszukuje się w nim czegoś… bardziej erotycznego?
Przypatrujemy się sobie nawzajem, badając reakcje. Góruje nade mną i wykorzystuje to, by jeszcze zmniejszyć dystans. Powinnam się odsunąć, ale nic takiego nie robię.
– Teraz musisz mi coś odpowiedzieć – podsuwa, a jego ciepły oddech osiada na zgięciu mojej szyi i otula skrawki skóry, wywołując zapomniane dreszcze.
Jest blisko. Bliżej niż blisko.
– Zapytaj o cokolwiek. Na przykład, czy zawsze oceniam kobiety po tym, co piją.
– Zawsze oceniasz kobiety po tym, co piją? – powtarzam, z trudem tłumiąc drżenie w głosie
– Nie zawsze. Czasem też po innych, przyjemniejszych rzeczach.
Mogłabym przysiąc, że właśnie opuszcza wzrok na moje pośladki. Zatrzymuje się na nich, a cisza między nami staje się elektryzująca. Przeszywa nas na wskroś, niosąc za sobą nie tylko zainteresowanie, lecz także trudne do okiełznania skrępowanie.
Znam wyłącznie jeden sposób, by sobie z tym poradzić – po prostu wybucham śmiechem. Zawsze tak reaguję w stresujących sytuacjach, a ta bez wątpienia do nich należy.
Zakrywam usta dłonią, by stłumić dźwięki, ale to wciąż nic nie daje. Chichoczę, a im on wyżej unosi ciemne, gęste brwi, tym trudniej mi się opanować.
– O raju, przepraszam – wyduszam między jednym napadem a drugim.
– Czy ty się właśnie ze mnie śmiejesz?
– Nie! – Mimowolnie parskam. O Boże. – Po prostu…
– Błagam. – Unosi oczy ku niebu, jakby mógł coś tam zobaczyć. – Powiedz, że nie reagujesz podobnie za każdym razem, gdy ktoś próbuje cię poderwać.
Teraz już nie chichoczę.
Jest jeszcze gorzej. Znacznie, znacznie gorzej, bo próbuję przełknąć nerwowo ślinę i zaczynam się krztusić.
Boże, co on sobie o mnie pomyśli? Że jestem wariatką, która nie powinna wychodzić do ludzi?
– Od dawna nikt mnie nie podrywał – przyznaję po kilku sekundach, które mogłabym nazwać walką o życie.
– W to akurat nie uwierzę. – Stuka palcami o blat, zastanawiając się nad czymś. – Grasz biedną owieczkę, skrzywdzoną przez los?
– Nie. – Kręcę głową.
– I nie należysz też do tych korpolasek, które uważają się za lepsze od całego świata?
Ponownie parskam, co wywołuje mroczny błysk w jego oczach.
– Nie, zdecydowanie nie.
– W takim razie nie widzę ani jednego powodu, przez który miałbym teraz zostawić cię w spokoju.
Nie znajduje go również wtedy, gdy upijam pierwszy łyk słodkiej PinkPalomy. Ani później, kiedy kilkukrotnie wybucham śmiechem w reakcji na jego odważne komplementy.
Bo naprawdę mnie komplementuje. Ktoś taki jak on – bez wątpienia przystojny, nieco tajemniczy i uroczo bezwzględny – mógłby wejść do tego baru, usiąść obok pierwszej lepszej kobiety, wyłożyć kawę na ławę i zaciągnąć ją do sypialni. Bez tracenia czasu.
Nie ukrywam – doskonale wiem, do czego zmierzamy. Efekt będzie taki sam, z tą różnicą, że dzięki jego staraniom choć przez chwilę poczuję się wartościowa. A właśnie tego teraz potrzebuję, żeby zaleczyć zranioną dumę i złamane serce.
Kończę drugiego drinka, podczas gdy nieznajomy wciąż ma przed sobą dwa pełne kufle piwa. Odkąd zaczęliśmy rozmawiać, nie upił ani łyka.
– Nie pijesz? – Wskazuję na alkohol, odstawiając pustką szklankę.
– Nie mogę.
Marszczę czoło, bo nie do końca rozumiem. Może ja też już powinnam przestać, skoro nie potrafię połączyć faktów?
– Wiem, że chcesz o to zapytać. – Ujmuje mój policzek, a dotyk jego dłoni przypomina muśnięcie płomienia. – Nie krępuj się, miastowa.
Świat zaczyna wirować, gdy słyszę to złośliwe określenie i widzę ruch pełnych, kuszących warg. Mogłabym się teraz obrazić. Może nawet powinnam, ale całą uwagę skupiam na tym, jak opuszki spracowanych palców pieszczą moją zarumienioną skórę.
Jesteśmy swoimi przeciwieństwami. Nie ma nic, co mogłoby nas połączyć poza napięciem erotycznym, a mimo to on dotyka mnie tak, jakbym była krucha. I cenna. Szczególnie to drugie wrażenie mnie paraliżuje, gdy nieznajomy przysuwa się jeszcze bliżej, zostawiając między nami dosłownie parę centymetrów przestrzeni.
– Dlaczego? – pytam, znów przygryzając wargę.
Ją również naznacza dotykiem.
– Bo gdy tylko stąd wyjdziemy, wsiądziesz do mojego samochodu i pozwolisz, żebym zabrał cię do siebie.
– Och. – To tyle. Głośne westchnienie, szukające ujścia.
– Tak. Zdecydowanie zrobisz wtedy „och”.
– A jeśli odmówię?
– Czy jest sens rozważać coś, co nigdy nie nastąpi? – Pewnością siebie mógłby zawstydzić samego szatana.
Wręcz czuję, jak się rozpływam. Jeśli do tej pory rozsądek walczył z ekscytacją, próbując odwieść mnie od spędzenia nocy z przypadkowym mężczyzną, to teraz wywiesza białą flagę. Poddaje się, uznając wyższość uczuć i potrzeb, których wcześniej nie dopuszczałam do głosu.
Otoczenie, dotychczas zawężone do pary piwnych oczu, powoli zaczyna się rozszerzać. Widzę i słyszę znacznie więcej, choćby rechot obsługującego nas barmana.
Posyłam mu niepewne spojrzenie, licząc, że zdradzi, co mnie ominęło. Bo bez wątpienia było to coś ważnego.
– Sorry, nie przeszkadzajcie sobie.
Czyli chodzi o nas. Najwyraźniej słyszał naszą rozmowę i…
O mój… On. Naprawdę. Ją. Słyszał.
Zaraz zapadnę się pod ziemię. Będę jak ten czerwony neon nad barem – One tequila, two tequila, Tyree tequila, flooorrr. Tyle że ja pragnę znaleźć się jeszcze niżej. Tam, gdzie nikt mnie nie odszuka.
Gdy walczę z zawstydzeniem, mężczyźni prowadzą wojnę na spojrzenia. Nic sobie nie robią z obecności innych osób, jakby dogryzali sobie na co dzień. Przemyka mi przez głowę myśl, że muszą się świetnie znać. Może z tego powodu mój zamglony procentami umysł uznaje, że fantastycznie będzie skierować następne pytanie do barmana.
– W skali od jednego do dziesięciu, jak bardzo mogłabym tego żałować? – Wskazuję na mnie i siedzącego obok faceta.
Obaj wydają się zaskoczeni, a mimo to barman nie zastanawia się ani sekundy.
– Tej nocy? Zero. Ale rano… – Gwiżdże z udawaną boleścią. – Bity milion.
– Złamie mi serce?
– Jego parszywy ryj odstrasza w świetle dnia.
Śmieję się, ale po raz pierwszy tego wieczoru mój chichot nie jest podyktowany zdenerwowaniem. Uznaję to za malutki sukces w powrocie do równowagi.
– Lepiej, kurwa, zajmij się nalewaniem piwa – syczy mój towarzysz, ale barman nic sobie z tego nie robi.
– Widzisz, jaki jest milutki dla rodziny?
Sztywnieję.
– Jesteście braćmi?
– On niestety tym starszym – odpowiada, podsuwając mi trzeciego drinka. – Tym razem na koszt tego dupka. Przyda ci się. – Puszcza do mnie oczko, po czym odchodzi.
– Ignoruj go. – Nieznajomy obniża głos o kilka oktaw, a następnie dodaje tak głośno, by wszyscy usłyszeli: – Zazdrości, że mam większe powodzenie u kobiet.
Po wnętrzu roznosi się wrzawa walczących ze sobą obozów. Jeden z nich – męski – buczy, dając wyraz niezadowoleniu, a w dwóch pozostałych ścierają się zwolenniczki każdego z braci, przekrzykując się wzajemnie. Niewiele z tego rozumiem, ale determinacja w głosie niektórych budzi mój szacunek.
– Tu zawsze tak jest?
– Zawsze – potwierdza, ponownie skupiając na mnie uwagę. – To jak? Wymykamy się, zanim mnie dopadną?
Powinnam dłużej rozważać jego propozycję, ale oszukiwanie samej siebie nie należy do moich mocnych stron. Ostrożnie zeskakuję z wysokiego stołka, twardo lądując na podłodze. Na żale i zastrzeżenia przyjdzie jeszcze czas. Może jutro, gdy nieco wytrzeźwieję, a może dopiero za dziesięć lat, kiedy przypomnę sobie wieczór wypełniony czystym szaleństwem.
– Prowadź, kowboju.
Naprawdę dostanę prywatny pokaz rodeo.
Przekraczam próg obcego domu, a dźwięk zamykających się drzwi rozbrzmiewa głośnym echem.
Jesteśmy tu sami – dwoje nieznajomych i całe morze erotycznego napięcia, któremu ledwo stawiam opór. Nie poznaję samej siebie, nie wiem, co się ze mną dzieje, ale ogarniające mnie uczucie jest zbyt przyjemne, bym chciała je ukrócić.
Traktuję to więc niczym prezent urodzinowy. Moment zapomnienia. Chwilę rozkoszy, bez zbędnych oczekiwań i obietnic.
Zmrużone oczy powoli przyzwyczajają się do panującej wszędzie ciemności, a uszy wyłapują najmniejszy szelest. Słyszę nawet bicie własnego serca, niknące gdzieś pod stukotem męskich kroków.
Zbliża się do mnie. Unosi prawą rękę, dotyka mojego ramienia, a następnie sunie w górę. Opuszkami palców muska obojczyk, prześlizguje się po ścięgnie, aż w końcu zaplata palce wokół gardła, co sprawia, że mimowolnie wydaję z siebie ciche westchnienie.
– Nie jestem dżentelmenem. – Zacieśnia uścisk. – Nie zaproponuję ci romantycznej kolacji z czerwonym winem, ale mogę wsunąć dłonie pod twój kształtny tyłek i zanieść cię prosto do sypialni, gdzie się przekonasz, jak czczę kobiece ciała.
Przełykam ślinę, oszołomiona tym spektaklem. Nigdy bym nie pomyślała, że zagram w nim główną rolę.
– Poproszę – szepczę, czując, jakbym oddawała mu władzę nad sobą.
Przygląda mi się głęboko osadzonymi oczami i nawet jeśli jest zaskoczony, nie daje tego po sobie poznać. Wręcz przeciwnie – wygina usta w rozkosznym uśmiechu, gdy nachyla się tuż nad moimi wargami.
– Naprawdę jesteś grzeczną dziewczynką.
Sterowana jego dłońmi, wykonuję kilka kroków do przodu, aż nagle czuję, jak zaczynam unosić się nad ziemią.
Nie kłamał – objął moje pośladki, wbijając w nie palce, po czym poderwał mnie do góry, nie zważając na piski.
Nie wiem, ile mija czasu, gdy w końcu wchodzimy do pokoju na piętrze. Wciąż nie zapaliliśmy światła, pozwalając, by ciemność wyostrzyła zmysły inne niż wzrok.
Dotykam stopami podłogi, a męskie dłonie przesuwają się wzdłuż mojego ciała. Ugniatają je i podszczypują, badając, na ile mogą sobie pozwolić.
Stoję bez ruchu, chłonąc to, co dostaję. Nie mogę jednak wyzbyć się myśli, że ja dla niego jestem jedną z wielu, a on dla mnie – pierwszym. Pierwszym, któremu pozwalam się dotykać w taki sposób, choć nic o nim nie wiem. Nie znam nawet jego imienia.
Zawarliśmy jednak niemy pakt. Bez słów uzgodniliśmy, że chcemy zatracić się we wzajemnych tajemnicach i niedopowiedzeniach. Przecież już nigdy więcej się nie spotkamy. Będziemy stanowić dla siebie wyłącznie wspomnienie – dla niego coraz bledsze, a dla mnie nieustannie żywe.
– W sypialni obowiązuje pewna niepisana zasada.
– Jaka?
– Nie śmiejesz się, gdy biorę cię do łóżka.
Jak na zawołanie kąciki moich ust się unoszą. Nie panuję nad tym, naprawdę. To dzieje się wbrew mojej woli.
Z pewnością to zauważa, bo przykłada ciepłą dłoń wprost do moich rozchylonych warg. Nakrywa je w taki sposób, że aby zaczerpnąć tchu, muszę ostrożnie muskać jego chropowatą skórę, pokrytą bliznami.
– Jeśli znowu poczujesz, że chce ci się śmiać, po prostu powiedz. Znajdę lepsze zastosowanie dla tych uroczych ust.
Potakuję posłusznie, a elektryczny impuls rodzi się wprost między moimi nogami.
– A teraz się rozbierz – prosi, choć bardziej przypomina to rozkaz.
Jest władczy, wymaga uległości, mimo to nie budzi we mnie strachu.
Wsuwam dłonie pod rąbek sukienki, a następnie unoszę ją i zdejmuję przez głowę. Czekam na to, co zrobi, gdy zobaczy mnie w samej bieliźnie. Jest wszystkim, co dotąd było dla mnie niedostępne i zakazane. Zbyt dzikie. Nieokrzesane.
Mimo że mógłby teraz zrobić mnóstwo niemoralnych rzeczy, on po prostu się uśmiecha. Nieznacznie, prawie niezauważalnie, ale wciąż na tyle wyraźnie, by dodać mi tym otuchy i pewności siebie.
Odwzajemniam gest, pozwalając, by przyjemne uczucie rozprzestrzeniło się po całym ciele. Czując przypływ odwagi, sięgam do haftki biustonosza, ale on zakrywa zgięcie łokcia swoimi palcami. To wyraźny znak, bym opuściła ręce i pozwoliła mu zrobić coś, na co najwyraźniej ma ochotę.
Drżę z podniecenia w oczekiwaniu na to, co zaraz nastąpi. Całe ciało staje się wrażliwe, pokrywa się gęsią skórką, gdy palce nieznajomego suną po nim to w górę, to w dół, jakby sam nie wiedział, gdzie bardziej pragnie mnie dotykać.
W końcu nachyla się nade mną i zahacza o materiał stringów. Pragnę jednocześnie westchnąć i zaciągnąć się jego zapachem – intensywną wonią skóry połączoną z dymem z ogniska.
On również zdaje się rozdarty. Pieści moje pośladki i sunie nosem wzdłuż obojczyków, wydychając głośno powietrze. Kolejny dreszcz podniecenia rozchodzi się po wszystkich zakończeniach moich nerwów, kilka z nich zamieniając w popiół.
W końcu oczekiwanie przybiera kształt delikatnych wibracji. Odczuwam je wszędzie – wewnątrz siebie, w ruchach mężczyzny, w otaczającej nas rzeczywistości, a nawet w drżeniu podłogi i niespodziewanie zbliżających się do nas ścianach. Jest tak, jakby cały wszechświat wyczekiwał tego, co może się między nami wydarzyć.
Gdy czuję, jak kolejny oddech rozbija się o twardą brodawkę, nie wytrzymuję i wypuszczam z gardła przeciągły jęk. Jest znacznie głośniejszy niż niejedno wypowiedziane dzisiaj słowo.
– Jeśli drżysz od samego oddechu, to jak poradzisz sobie z językiem?
Nie daje mi czasu na zastanowienie. Ujmuje ustami sutek ukryty pod koronkowym stanikiem i go zasysa. Język drażni wrażliwy koniec, aż nie pozostaje mi nic innego, jak wpleść palce w długie kosmyki włosów nieznajomego i przyciągnąć go bliżej siebie.
Wciąż wierzę, że zdoła zaspokoić moją rozpaczliwą potrzebę spełnienia.
Próbuję pozbyć się resztek oddzielających nas od siebie materiałów, ale zdaje się to niemożliwe. Usta nieznajomego zbyt intensywnie przywarły do mojej skóry. Całują ją i pieszczą na tak wiele sposobów, że do tej pory nawet nie wiedziałam, że w ogóle tak można. A przecież to tylko usta. Co będzie, gdy pójdziemy dalej?
Przekonuję się o tym całe lata świetlne później, zamieniona w drobinki pyłu, rozluźniające się i napinające w równowadze z rytmem ziemi. N., bo tak go nazwałam w myślach, stał się niczym nieskrępowanym żywiołem. Bez żadnych granic, bez hamulców, niosącym za sobą całkowite zniszczenie.
W chwili, w której dotyka mojej kobiecości, czuję się zarówno silna, jak i bezbronna. Złakniona wszystkiego, co może mi zaoferować.
– Odwróć się i złap ramę łóżka – chrypi, ledwo nad sobą panując.
Zamieram w bezruchu. Nie chcę tracić go z oczu i pozbywać się możliwości oglądania przystojnej twarzy wykrzywiającej się podczas orgazmu. Pragnę się tym delektować. Pierwszym razem. Całą otoczką, przez którą wyginam plecy w łuk, gdy N. zaciska palce na moich fałdkach.
– Nie zmuszaj mnie, żebym związał ci ręce.
Nie udaje mi się ukryć dreszczu podniecenia. Mogłabym się założyć, że był widoczny nawet z kosmosu.
– Kurwa mać – przeklina po raz pierwszy. – Podoba ci się ta wizja.
Zanim się zorientuję, ląduję na kolanach, tyłem do niego. Niespokojnymi dłońmi sunie wzdłuż mojego kręgosłupa, zatrzymując się na biodrach, po czym ustawia mnie tak, by lada moment zapewnić nam obezwładniającą przyjemność.
– Chciałabyś, abym sięgnął po lasso? – Silnym ruchem odwraca mi twarz w stronę liny przerzuconej przez krzesło. – I przewiązał ci nim nadgarstki?
Nie odpowiadam. Nie potrafię. Ktoś porwał wszystkie znane mi do tej pory słowa i umieścił je w szczelnie zamkniętym słoju.
– To naprawdę ryzykowne, miastowa. Jesteś tu sama, z obcym facetem… – Przysuwa mnie na tyle blisko, że czuję jego ukrytą w spodniach erekcję. – Nie boisz się, że zrobię ci krzywdę? – Ostatnie zdanie szepcze wprost do mojego ucha.
– Nie – wysapuję ostatkiem sił, wyrzucając biodra do tyłu i kusząc go swoją zachłannością, za co nagradza mnie mocniejszym naciskiem pobudzonego penisa.
– Aż tak ufasz nieznajomym poznanym w barze gdzieś na końcu świata?
– Gdy wychodziliśmy… – przerywam, bo dotyka mojej cipki – pocałowałeś w policzek tamtą kobietę. – Była młoda i ładna, ale zdecydowanie nic ich nie łączyło. – Nie zrobiłbyś tego, gdybyś później chciał mnie skrzywdzić. To było zbyt… dobre. Miłe.
Śmieje się chrapliwie z tego, co powiedziałam, ale nie ma w tym dźwięku za grosz wesołości.
Zdominowała go czysta żądza.
– Trafiła mi się pieprzona pani psycholog. Sprawdźmy, jakie jeszcze dźwięki wyjdą spomiędzy tych diabelsko intrygujących warg.
Jednocześnie wsuwa we mnie palec i wymierza siarczystego klapsa w pośladek. Krzyczę, zaskoczona nagłym bólem połączonym z przyjemnością – mieszanką uczuć, których nigdy wcześniej nie zaznałam.
– O Boże. – Przyciskam czoło do zaścielonego łóżka, biorąc między zęby materiał poszewki.
Wszystko staje się zbyt intensywne, bym umiała sobie z tym poradzić.
Nim zdążę dojść do siebie, gwałtowny ruch odciąga mnie do tyłu, wyginając szyję i głowę, aż tracę jedyną możliwość zapanowania nad wzbierającymi we mnie emocjami. Rozchylam wargi, by zaczerpnąć tchu, ale na niewiele się to zdaje.
– Chcę się przekonać, jak głośno potrafisz jęczeć.
Drugie, równie intensywne uderzenie jest wymierzone dokładnie w to samo miejsce. Syczę z bólu, choć równocześnie mam ochotę błagać, by to powtórzył. By sprawdził, gdzie leży moja granica. Nie znam jej. Nigdy nie chciałam poznać. Albo raczej nigdy nie miałam takiej możliwości.
Aż do tego momentu.
Wszystko zdaje się takie wyzwalające. Niepodobne do mnie.
Seks z Eliasem był bezpieczny, przewidywalny, czasem nudny… Ale seks z N.? Nie ma w sobie nic z tych cech, do których przez lata przywykłam.
– Lubię, gdy kobiety mnie błagają – mówi, jakby potrafił czytać w myślach. – Pragną, abym wziął je w konkretny sposób i pozwolił im dojść. Ale ty tego nie zrobisz, wiem to. Jesteś na to zbyt niewinna.
Brudne, niegrzeczne słowa kontrastują z niespodziewaną czułością. Przyciska swoje usta do piekącej skóry na pośladku, po czym powoli, bardzo ostrożnie, zaczyna scałowywać zadany ból. Jego pocałunki są gorące, a muśnięcia języka delikatne – zupełnie inne niż stanowcza, silna dłoń.
– A może się mylę? Może właśnie układasz w tej swojej ślicznej główce plan, jak poprosić mnie, bym dał ci orgazm?
Odnajduję w tym mężczyźnie, nawet podczas całkowicie wyuzdanego zbliżenia, tysiące najróżniejszych skrajności. Fascynuje mnie, nie tylko z czysto fizycznej strony, ale nie pozwalam sobie dłużej tego rozważać. Mieszanie jakichkolwiek uczuć z łóżkiem takiego faceta jak on to przepis na katastrofę, a skalę potencjalnych zniszczeń można porównać do znalezienia się w środku burzy z piorunami, ale z nadzieją, że żaden grzmot nas nie dosięgnie.
Ale dopóki trwa łagodna mżawka, niemająca szans skończyć się złamanym sercem, pragnę całkowicie się w niej zatracić.
Odwracam głowę, by na niego spojrzeć. Oczy ma odrobinę zmrużone, usta – zaciśnięte, a policzki, choć nie mogę być tego do końca pewna, zdają się zaczerwienione. Patrzy na mnie z taką intensywnością, że gdybym już nie odczuwała całego roju motyli w brzuchu, to właśnie poderwałyby się do lotu.
– Poproszę – szepczę.
Sama nie wierzę, że to powiedziałam. Przez większość życia nie wychodziłam ze strefy komfortu, tymczasem dziś przekroczyłam ją tysiąckrotnie.
– Powtórz, nie słyszałem. – Drażni się ze mną.
Mieszanka lęku i ekscytacji sprawia, że wyginam usta w delikatnym uśmiechu, pragnąc, by odwzajemnił ten gest.
– Poproszę.
– O co?
– O… – Wstydzę się wypowiedzieć pewne myśli na głos. – Chcę dojść.
Zdaje się, że tylko na to czekał. Kąciki jego ust szybują ku górze, zatrzymując się na granicy między flirciarskim a diabolicznym uśmiechem.
Wszystko dzieje się zbyt szybko – dłonie opuszczające moje biodra, dźwięk rozrywanej paczki prezerwatyw, odgłos łączących się ze sobą ciał. Zatracam się w tych dźwiękach, pozwalając, by całkowicie mnie pochłonęły. Przestaję się zastanawiać, przestaję rozważać. Po prostu czuję to, co N. pragnie mi dać. Co mi zapewnia jednostajnymi ruchami, mocnym naciskiem dłoni i szerokim uśmiechem za każdym razem, gdy dochodzę.
A robię to czterokrotnie. Raz, gdy oddaję mu się od tyłu, drugi, gdy oplatam go nogami w pasie, i dwa razy, gdy prosi:
– Pokaż facetowi z rancza, na co stać miastową dziewczynę, i zacznij mnie ujeżdżać.
Robię to. Robię wszystko, czego oczekuje ode mnie tej nocy, podobnie jak on daje mi to, czego nie miałam odwagi powiedzieć na głos. Działamy w przedziwnej, galopującej harmonii, przez co na chwilę tracę rezon, pozwalając sobie na ukłucie żalu.
Szkoda, że mamy tylko tę jedną noc.
Ale umowa to umowa, prawda?
Dostałam pracę!
Cholerka, naprawdę dostałam pracę. I to na dodatek w miasteczku, do którego miałam już nigdy nie wrócić.
Minęło siedem dni, odkąd opuściłam je z piskiem opon. No dobra, może raczej toczyłam się po wertepach, ale kto by tam o tym wspominał.
A teraz wracam. I mam zamiar zostać przynajmniej do końca wakacji.
Kiedy odstawiałam samochód do wypożyczalni w pobliskim mieście, lekko panikowałam. Zdanie auta, podpisanie dokumentów i odebranie kaucji sprawiło, że decyzje podjęte pod wpływem emocji nagle stały się bardziej realne. I zdecydowanie bardziej przerażające.
No bo hej – od zeszłego roku, kiedy nagle zostałam wyrzucona z firmy, właściwie nigdzie nie pracowałam. Przez cały ten czas, aż do rozstania z Eliasem, próbowałam rozkręcić biznes marzeń, chociaż, szczerze mówiąc, nigdy oficjalnie go nie założyłam. Ale przecież się starałam! Sprzedałam osiem ręcznie robionych haftów i choć każdy z nich był wyjątkowy, to niecałe czterysta dolarów, które za nie zgarnęłam, okazało się niewystarczające, by wyżyć w jakimkolwiek zakątku świata.
Muszę więc coś ze sobą zrobić. Cokolwiek, byle nie stać w miejscu i nie załamywać rąk. Jeśli więc przypadkowo znaleziona oferta pracy na jednym z forów internetowych ma mi w tym pomóc, to czemu nie? Przecież Whiskey Creek z pewnością nie jest na tyle małe, bym codziennie wpadała na tajemniczego N. Co więcej – jestem przekonana, że uda mi się go skutecznie unikać. Los nie może być aż tak okrutny, by znowu stawiać go na mojej drodze, prawda? Nawet jeśli przeżyłam z nim spektakularne cztery orgazmy.
Wychodząc z taksówki na gorące, duszne powietrze, mocniej zaciskam powieki. Próbuję się uspokoić.
To normalna reakcja, powtarzam.
Skinieniem głowy żegnam się z uprzejmym taksówkarzem, po czym ruszam przed siebie. Różowa walizka na kółkach nieustannie blokuje się na piasku, a torba z trzema parami kowbojek ciąży mi na ramieniu. Rozglądam się dookoła w poszukiwaniu jakiegoś ratunku, ale widzę wyłącznie psa leżącego przy stajni.
Idę dalej, walcząc z podłożem. Mijam zagrodę, w której powinny stać konie, i zaglądam do wnętrza drewnianego budynku.
Pusto.
Gdzieś tu musi kręcić się mój nowy szef, ale nikogo nie dostrzegam. Wycofuję się więc, próbując ignorować nieprzyjemny zapach wydobywający się ze środka, i wkraczam na trawę spaloną słońcem. Nieznacznie szeleści pod nogami, pełna kurzu niesionego przez wiatr. Gdybym nie była tak zestresowana, może bardziej doceniłabym to miejsce. Tymczasem odnoszę wrażenie, jakbym ze stresu miała zwymiotować.
Albo się roześmiać.
Obracam się wokół własnej osi, aż w końcu nieruchomieję, gdy zauważam zbliżającą się sylwetkę. Mężczyzna idzie prosto, żwawym krokiem, jakby stąpał po ziemi z pełnym przekonaniem, że to ona musi dostosować się do niego. Nawet z tej odległości widzę, jaki jest wysoki i piekielnie umięśniony, w dobrym tego słowa znaczeniu. Dłonie luźno spoczywają na biodrach ukrytych pod materiałem spranych jeansów, a włosy schowały się w cieniu ciemnego, zniszczonego kapelusza, łudząco przypominającego…
O nie. O nie, nie, nie. Już go kiedyś widziałam.
To nie może być on…
O mój Boże, to jest on!
Natychmiast się odwracam. Co tu robi? Dlaczego idzie w moją stronę? Powinnam zacząć uciekać, ale nogi jakby przykleiły się do podłoża i…
– Hej! – krzyczy, ale całkowicie go ignoruję. Jeśli wmówię sobie, że jestem niewidzialna, może i on odpuści. – Phoebe? – Gdy pada moje imię, budzą się uśpione wspomnienia i pragnienia.
To pierwszy raz, gdy je wypowiada. Brzmi w jego ustach ostro, wyraźnie i na tyle silnie, bym poczuła się zarówno mała, jak i niezwykle istotna.
Sparaliżowana wciąż stoję bez ruchu. Nawet się nie odwracam, ale wiem, że jest tuż za mną. Słyszę jego kroki, niemalże czuję ciepło ciała…
– Nie słyszysz mnie? – Nim zdążę odpowiedzieć, prawie na mnie wpada.
Świetnie. Jestem spalona. Dosłownie i w przenośni, bo czuję, jak policzki rumienią mi się tak bardzo, że mogłyby przypominać dojrzałe maliny.
– Phoebe, mam rację? – pyta, a ja boję się odpowiedzieć.
Daję sobie mentalnego kopniaka w tyłek i w końcu staję twarzą twarz z mężczyzną, który miał być wyłącznie jednorazową przygodą. Oczywiście, że z moim szczęściem najprawdopodobniej jest też facetem, który mnie zatrudnił.
W końcu nasze spojrzenia się krzyżują. Na widok jego ciemnych oczu niemal wszystko we mnie cichnie. Tylko ta zdradziecka chmara motyli nadal trzepocze skrzydełkami.
– To ty – mówi twardo, a ja w końcu mogę mu się przyjrzeć w świetle dnia.
Twarz ma surową, jakby rzeźbioną wiatrem i słońcem. Pokryta delikatnym zarostem przypomina korę starego drzewa – chropowatą, z paroma widocznymi bliznami. W żaden sposób nie ujmują mu one jednak atrakcyjności, a w głęboko osadzonych oczach pobłyskują iskierki godne szaleńczych burz nawiedzających Teksas. Bez wątpienia tajemniczy N. jest uosobieniem natury w najczystszej, najdzikszej postaci.
– Co tutaj robisz? – Nie czeka, aż odpowiem. – Po co przyjechałaś? Czego chcesz? – Atakuje mnie pytaniami z prędkością karabinu maszynowego, aż w końcu zdejmuje z głowy kapelusz i gniecie jego rondo w pięści. – Tylko mi nie mów, że…
Wyraźnie się czegoś obawia.
Niedobrze. Bardzo niedobrze, bo wiem, o czym właśnie pomyślał.
– Nie – wyduszam. Sama wizja, że ja i on… że ja bym mogła… Nie. Po prostu nie. – Przyjechałam, bo byliśmy umówieni. To znaczy: pracuję tutaj.
– Pracujesz?
– Phoebe – mówię, jakby imię, które noszę, stanowiło tajemny klucz. – Koordynatorka zajęć rekreacyjnych. – W panice wskazuję na siebie ręką.
Rany, czy ja naprawdę to zrobiłam? Nie można jakoś cofnąć czasu, żebym nie wyszła przy nim na kretynkę?
Nie? Wielka szkoda.
Przypatruje mi się uważnie, coraz bardziej niecierpliwy. Chyba nie spodobał mu się ten maleńki pokaz.
– Pisaliśmy ze sobą od środy – brnę dalej, choć zupełnie niepotrzebnie. – Miałam dziś przyjechać, a w poniedziałek zacząć pracę i…
– Zwalniam cię.
– Słucham?
– Zwalniam cię. Możesz zabrać swoje rzeczy i wrócić do miasta.
– Ale…
Ignoruje mnie, odwracając się na pięcie i odchodząc. Idę jego śladem, szarpiąc walizkę, której kółka znowu się zaklinowały. Porzucam ją więc i przyspieszam kroku bez bagażu.
– Nie możesz mnie zwolnić – wołam, aż w końcu przystaje.
Uśmiecha się jednym kącikiem ust, ale z pewnością nie jest to przyjazny gest.
– Nie? No to patrz: zwalniam cię.
To zdecydowanie najgorszy scenariusz ze wszystkich. Tak fatalny, że mogłabym go porównać wyłącznie do decyzji podejmowanych po pijaku.
Potrzebuję tych pieniędzy. Kupiłam już trzy pary kowbojek idealnych do pracy na ranczu, poza tym naprawdę kończą mi się oszczędności. Nie wspominając o tym, że przez ostatnie dni TikTok podsuwa mi same filmiki dotyczące zmian w życiu. „Użyj tego dźwięku, a będziesz magnesem na sukces” – oczywiście, że to zrobiłam, i jak widać, jedyne, co przyciągnęłam, to gorący, gburowaty kowboj.
Nie panikuję. Wszystko da się jeszcze naprawić. Zwłaszcza że mam tylko dwa wyjścia: zostać tutaj albo wrócić do siebie i zmierzyć się z faktem, że nie mam ani mieszkania, ani chłopaka, z którym zerwałam przez SMS-a, ani kasy na życie. Zdecydowanie wybieram opcję numer jeden. Muszę tylko szybko wymyślić sposób, by przekonać do siebie N.
A póki co, w reakcji na jego oschłość, tupię mocno nogą. Tak, to zdecydowanie załatwi sprawę.
Potwierdzający to dowód dostaję niecałą sekundę później, gdy N. unosi brew, jakby pytał: „Serio, laska? Ile ty masz lat?”. Mogłabym wtedy odpowiedzieć, że to nie ja zachowuję się dziecinnie, ale nie mam zamiaru dorzucać drewna do rozszalałego ogniska.
Kiedy tak prowadzimy wojnę na spojrzenia – którą ewidentnie przegrywam – nie zauważam, jak z naprzeciwka podchodzi do nas zupełnie obcy mężczyzna. Z pewnością nie jest to tamten barman – ten tu wydaje się starszy i poważniejszy. W prawej dłoni trzyma wodze, prowadząc tuż obok majestatycznego kasztanowego konia.
– Rhett? – zwraca się do mojego rozmówcy. A więc tak ma na imię. – Co jest? Jakieś problemy?
– Już ogarnąłem. Wracaj do pracy.
Czubkiem języka smakuję brzmienie jego imienia, dochodząc do wniosku, że idealnie do niego pasuje. Brzmi twardo, niczym rozpędzone fale uderzające o skalisty brzeg, a jednocześnie odrobinę figlarnie.
Rhett, powtarzam w myślach. Ciekawe, jakby to było wykrzyczeć to imię tamtej nocy, na jednej z fal zapewniających ekstazę.
Rozkojarzona powracam do rzeczywistości.
Żadne z nas wciąż się nie ruszyło. Przypatrujemy się sobie wzajemnie, a cała sytuacja zdaje się wyjęta rodem z najgorszej komedii lat dwutysięcznych. Nic więc dziwnego, że w końcu nie wytrzymuję i wybucham śmiechem.
Próbuję się opanować, słowo daję, ale nic z tego. Reakcja na stres objawia się u mnie mimowolnie, a im bardziej staram się to przerwać, tym głośniej i dłużej chichoczę.
Melodyjny dźwięk dociera do uszu obu mężczyzn, ale tylko jednemu z nich zdaje się nie podobać. Ten drugi, o znacznie przyjaźniejszym usposobieniu, przyłącza się do mnie, urwanie parskając. Nie śmieje się tak jak ja, ale krótkie, powtarzające się prychnięcia w zupełności wystarczą, bym niemal zgięła się wpół.
To takie upokarzające. Mam tego pełną świadomość, przez co zaczynam wstydzić się samej siebie. Elias już dawno by na mnie fukał i próbował zagłuszać potokiem słów.
– Z czego się śmiejemy?
– Z niego – wypalam i natychmiast zakrywam usta dłonią.
Mam ochotę zapaść się pod ziemię, ale wbrew oczekiwaniom mężczyzna nie poważnieje, a wręcz przeciwnie – śmieje się jeszcze głośniej, aż głębokie, nieco ochrypłe dźwięki porywa wiatr. I tylko stojący obok Rhett wydaje się wkurzony.
– Miles Wilder. – Ten milszy wyciąga do mnie rękę i szeroko się uśmiecha. – Starszy brat tego pacana.
Otwieram szeroko oczy, starając się złapać oddech.
– Kolejny? Macie tutaj całą drużynę piłkarską?
– Na trzech rodzice poprzestali. I całe szczęście, bo nie zniósłbym więcej testosteronu. – Błyska białymi zębami, jakby uśmiech był dla niego czymś zupełnie naturalnym.
– Phoebe – reflektuję się. – Phoebe Valentine, miło mi.
– No więc Phoebe – mocniej ściska wodze – przyjechałaś na naukę jazdy konnej? Jeśli tak, to moja żona z przyjemnością wszystko ci pokaże.
– Och nie, w zasadzie… – Odchrząkuję. – W zasadzie miałam tutaj rozpocząć pracę. Jako osoba od zajęć rekreacyjnych – dodaję pospiesznie, bo nie wiem, ilu pracowników zatrudniają.
Zdaje się tym zaskoczony. Lustruje mnie od góry do dołu, przenosi spojrzenie na pozostawiony parę metrów dalej bagaż, aż w końcu skupia całą uwagę na bracie. Najwyraźniej nic, co przychodzi mu teraz do głowy, nie stanowi odpowiedzi na nurtujące go pytania.
– Więc dlaczego Rhett nie zaprowadził cię do kwatery dla pracowników?
– Bo zaszła pomyłka – wyjaśnia tamten, najwyraźniej zirytowany przedłużającą się rozmową. – Pogawędkę uznaję za zakończoną, możecie się rozejść.
– Chwila, chwila. Jeszcze dziś rano narzekałeś, że nie mamy nikogo do zajęć z seniorami, a teraz odsyłasz Phoebe do domu? Dobrze rozumiem? – Zwraca się z pytaniem do mnie, na co potakuję. – Co jest?
N., a właściwie Rhett, cicho przeklina. W dalszym ciągu wpatruje się jedynie w brata, jakbym stała się niewidzialna. I choć parę minut temu mi to odpowiadało, teraz łaknę choć odrobiny jego uwagi.
Pracy i uwagi, jeśli mam być dokładna. W takiej kolejności.
– Poczekaj tu chwilę. – Starszy Wilder wycofuje się, a gdy stojący obok koń nie chce się ruszyć, bez zawahania podaje mi wodze. – Przytrzymaj go. Zaraz wrócimy.
Stoję jak oniemiała.
– Miles… – Zmęczony jęk dochodzi do moich uszu, gdy mężczyźni przekraczają próg stajni.
– Wchodź, do diaska – nakazuje starszy z braci, a drugi, o dziwo, posłusznie wykonuje rozkaz.
Rozmawiają podniesionymi głosami, ale nie mogę wyłapać żadnych słów. Koń lekko szarpie, a ja idę za nim. Dopiero po kilku minutach w końcu wychodzą na zewnątrz.
Zbliżają się, zaskoczeni tym, jak daleko odeszłam.
– Zephyr – woła właściciel z wyraźną naganą w głosie, a ja oddaję wodze, wdzięczna, że o mnie nie zapomnieli.
Obaj przypatrują mi się z uwagą. Miles bardziej psotnie, jakby posiadł wiedzę, która sprawiła mu nieopisaną radość, a Rhett zdecydowanie ostrzej, choć nie bez nutki tajemniczości, która tamtej nocy tak mnie zafascynowała.
W końcu pierwszy z nich szturcha drugiego w ramię, jakby zachęcał go do wyjawienia decyzji, którą najwyraźniej wspólnie podjęli.
– Witamy w Wilder’s Ranch.
Rozpakowanie walizki zajmuje mi niecałe półgodziny. Nie zabrałam ze sobą wielu rzeczy, czego zaczynam żałować w momencie przekroczenia progu przydzielonego mi pokoju na poddaszu. Jest ładny. Po prostu ładny.
Na części ścian ostała się surowa, czerwono-brązowa cegła, a resztę pomalowano na biało. Do dyspozycji dostałam łóżko, komodę oraz niewielkie drewniane biurko, a z jedynego okna rozpościera się widok na szeroką prerię.
Czuję się tu jednak samotna. Nie mam z kim porozmawiać o ciepłych odcieniach pomarańczu, różu i fioletu, którymi słońce otula rozległe pola i pagórki. Nikt nie zachwyca się stadem krów, które ktoś właśnie zagania do obory, a jedno z cieląt podejmuje szaleńczą próbę ucieczki. Jest tu głośno, a zarazem cicho. Jakby życie toczyło się bez mojego udziału. Nie dostałam do niego zaproszenia, mogę tylko obserwować je z oddali.
Robię więc dwa szybkie zdjęcia i wysyłam do jedynej znanej mi osoby, która mogłaby podzielić mój zachwyt.
Starszy o parę lat kuzyn odpisuje natychmiast. Wyświetlam zdjęcie jego córeczki Sunny, a następnie odczytuję:
Alex: Nie wiem, które słońce piękniejsze
Alex: Jak się trzymasz? Gadałaś z rodzicami?
Alex: Jakby co to z Livią zapraszamy do siebie. Znajdzie się dla ciebie pokój i babskie towarzystwo.
Uśmiecham się pod nosem. W dzieciństwie nie mieliśmy ze sobą zbyt dobrego kontaktu, biorąc pod uwagę, że ojciec Aleksa dość szybko wyprowadził się na drugi koniec Stanów. Dopiero dużo później, gdy oboje byliśmy już pełnoletni, zacieśniliśmy rodzinne więzy i od tego czasu staramy się regularnie spotykać. To on był jedną z pierwszych osób, do których napisałam, że wyjeżdżam. I jako jedyny mnie wtedy nie skrytykował.
Phoebe: Jeszcze nie, wciąż są na mnie źli, że wyjechałam bez słowa.
Phoebe: I dzięki za propozycję, ale wolałabym nie zwalać się wam na głowę. Chyba że wyrzucą mnie stąd szybciej, niż zakładałam.
Co jest prawdopodobne, biorąc pod uwagę to, kto został moim szefem.
Alex: Liv kazała przekazać, że będzie czekać z butelką wina.
Phoebe: Nie piję bezalkoholowych.
Alex: Spokojnie, nie zrobiłaby ci tego.
Trzy miesiące temu dowiedzieli się, że po raz drugi zostaną rodzicami, i wprost oszaleli ze szczęścia. Od zawsze marzyli o wielkiej rodzinie i choć musiało minąć kilka lat, nim ostatecznie zaczęło się układać po ich myśli, to patrząc na nich, można odnieść wrażenie, że każda chwila oczekiwania na ich wielki mały cud, była tego warta.
Nie znam szczęśliwszych ludzi. Są czystą definicją wdzięczności, radości oraz miłości – wszystkiego, czego tak bardzo im zazdroszczę.
Odpisuję pospiesznie, obiecując, że na pewno się odezwę, po czym chowam telefon do kieszeni jeansowych szortów. Wolałabym dłużej powymieniać się wiadomościami, ale obiecałam Rhettowi, że do niego przyjdę, żebyśmy mogli omówić szczegóły współpracy.
Słowo daję, że ten mężczyzna kiedyś mnie wykończy. Przez ostatnie dni było mi wystarczająco trudno zapomnieć o jego zniewalającym dotyku i niegrzecznych słowach, które niemal bezwiednie wypływały spomiędzy ponętnych warg. Wciąż czułam na sobie ciężar jego ciała, przeszywający i zapewniający spełnienie, a także oddech – głęboki i nierówny, wędrujący po skórze, pieszczący sutki, pozbawiający mnie resztek zdrowego rozsądku. Wspomnienia tamtej szaleńczej nocy nawiedzały mnie co wieczór, a teraz… muszę z nim pracować. Udawać, że nie połączyło nas coś intensywnego, niemal brutalnego.
Racjonalna część mnie krzyczy, że powinniśmy rozpocząć wszystko od czystej kartki, wymazać z pamięci chwile uniesień, zapomnieć, że kiedykolwiek dałam mu nad sobą kontrolę. Tak byłoby najrozsądniej, najlepiej, tyle że… Jest jeszcze ta druga strona, krzycząca, że żaden mężczyzna nie czcił mnie tak jak on. Nie zostawiał na mojej skórze palących śladów pożądania, nie karmił mnie obietnicami, które mogły się spełnić tylko tej jednej nocy. Nigdy wcześniej, nigdy później.
Wciąż każda chwila z nim odmalowuje żywe obrazy w mojej podświadomości. Przenosi mnie do tamtego domu, do tamtej sypialni, kusząc, bym spróbowała jeszcze raz, choćby i ostatni, ponownie się tam zakraść.
A przecież nie muszę tego robić. Za kilka minut oficjalnie przekroczę próg domu, który był świadkiem moich głośnych westchnień, i niewzruszona będę udawać, że ich echo nie odbija się już od ceglanych ścian ani nie trafia w najczulsze miejsca w głębi mnie.
Nic prostszego…
Boże kochany, zaraz zwymiotuję.
Rhett nie ma na sobie koszulki. Jest nagi od pasa w górę, jeśli nie liczyć przerzuconego przez ramię T-shirtu, a rozbudowane mięśnie poruszają się z każdym jego ruchem, co przyprawia mnie o szybsze bicie serca. Gdybym właśnie nie walczyła o życie, byłoby to nawet zmysłowe.
Czy on nie zdaje sobie sprawy, że nie powinien się tak pokazywać? Niech zostawi ten widok dla następnej laski, która…
– Zamknij usta, miastowa, bo jeszcze coś przypadkiem do nich trafi. – Opiera się o ścianę z zawadiackim uśmiechem przyklejonym do twarzy.
Słodki Panie. Mogę myśleć wyłącznie o jednym.
Natychmiast zaciskam wargi i hardo unoszę podbródek. Nie mogę pokazać, jak na mnie działa, byłabym wtedy od początku na straconej pozycji, a tego nie chcę.
– Mogę wejść? – pytam.
Nic nie mówiąc, robi mi miejsce, a ja ochoczo z tego korzystam.
W końcu mogę przyjrzeć się dokładniej korytarzowi. Jest utrzymany w brązie i beżu, ze sporą ilością drewniana. Dom nie wygląda, jakby urządzał go samotny mężczyzna, ale może nie poznałam wystarczająco dobrze jego właściciela?
Przybliżam się do ściany, na której zawieszono kilka rodzinnych fotografii, i czekam, aż Wilder rozpocznie rozmowę.
Nie spieszy się jednak z zamknięciem drzwi. Stwarza pozory wyluzowanego, choć szczękę ma napiętą, jakby z trudem nad sobą panował. Czyżby moja obecność jednak wytrącała go z równowagi?
W końcu staje na wprost mnie, sunąc wzrokiem od czubków butów aż po długie blond włosy. Tak jak ja wcześniej, teraz to on dokonuje oceny.
Nie odrywa wzroku i przybliża się niebezpiecznie. Niemal stykamy się klatkami piersiowymi, co z całą pewnością nie wpisuje się w mój plan „Zapomnijmy o przeszłości”.
– Powiedz mi, wróciłaś tu specjalnie? – Zahacza wzrokiem o usta, a później przenosi go na oczy. – Stęskniłaś się za mną?
Kręcę głową, próbując przypomnieć sobie, jak się mówi.
– Nie? – Unosi brew w udawanym zaskoczeniu. – Szkoda. Wielka szkoda.
Zmniejsza dzielącą nas przestrzeń, jeszcze bardziej górując nade mną. Przez ułamek sekundy przemyka mi przez głowę myśl, czy zawsze jest taki władczy, czy tylko ja wyzwalam w nim podobne emocje.
Zdaje się, że jednak to pierwsze.
– Dwa kroki w prawo – rozkazuje.
Mocno zarysowaną brodą wskazuje kierunek.
– S… słucham?
– Dwa. Kroki. W prawo.
Słyszę w jego tonie coś niebezpiecznego, wywołującego ciarki na całym ciele. Poddaję się, czując, jakbym nagle stała się małą, niewinną lalką. Przystaję dokładnie tam, gdzie chciał, co nagradza cichym pomrukiem. Na powrót wszystko staje się skrajne: pewność i uległość, fascynacja i strach. On i ja.
– Idealnie. – Dłoń Rhetta ląduje na ścianie, tuż przy moim uchu, z łoskotem burząc chwilową ciszę. Podskakuję i obracam się w jej stronę. Czarne rzemyki oplatające nadgarstek stanowią przeciwieństwo mojej perłowej bransoletki. – Właśnie tutaj stałaś tamtej nocy. Pamiętasz, jak wsunąłem dłonie pod twoje pośladki? Jak ochoczo oplotłaś mnie nogami?
Drżenie podchodzi mi wprost do gardła. Paraliżuje całe ciało i umysł, wypełniając je trudnym do zrozumienia podekscytowaniem.
Podnieca mnie. Jego władczość i pewność siebie. Przekonanie, że zareaguję na każdy ruch, odpowiem na każde słowo i rozkaz. Bo Rhett nie prosi, on jedynie wymaga.
Nigdy nie spotkałam kogoś takiego. Nie miałam do czynienia z tak niebezpiecznym magnetyzmem. To jednocześnie fascynujące i paraliżujące.
– Rozumiem, że nie odpowiesz. – Zahacza kciukiem o pukiel blond włosów. – Nic nie szkodzi. Dojdziemy do tego.
Bez wątpienia tak właśnie będzie. Nawet jeśli postanowię teraz inaczej, on i tak znajdzie sposób, by dopiąć swego.
– Ale najpierw praca, później przyjemności.
I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki cała aura między nami ulega zmianie. Iskrząca energia zostaje zastąpiona czymś spokojniejszym, prawie niepasującym do nas i otoczenia.
Otrząsam się ze stanu, w który mnie wprowadził. Jest zbyt niebezpieczny, jeśli chcę zostać tutaj dłużej. Nie mogę… nie powinnam tak na niego reagować.
To zakazane. Niedorzeczne.
Wilder cofa się o parę kroków, aż w końcu zatrzymuje przy frontowej ścianie. Jego oczy wciąż zdradzają, że jest tym samym mężczyzną, który zawrócił mi w głowie, ale reszta sylwetki zdaje się łagodniejsza. Czy to możliwe, by zmienił się aż tak w ułamku sekundy?
– Powiedz mi, miastowa – zaczyna spokojnie, bez grama flirtu. – Jak brzmi pierwsza zasada pracy na ranczu?
Nie sypiaj z szefem? – odpowiadam w myślach.
– Jak sobie przygotujesz, tak pracujesz – rzuca enigmatycznie. – Więc zapraszam. – Ruchem dłoni otwiera drzwi na oścież, wskazując, bym przez nie przeszła. – Pora na małą wycieczkę. Obiecuję, że będzie niezapomniana.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Playlista
1. Phoebe
2. Phoebe
3. Phoebe
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
