Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Poruszająca historia kobiety, która próbuje odnaleźć siebie w świecie pełnym niedopowiedzeń, bolesnych wspomnień i trudnych relacji. Nie jest to opowieść o upadku, lecz o sile, która rodzi się z potrzeby zmiany.
Anita Wejnart wychowała się w domu naznaczonym alkoholizmem i emocjonalnym chłodem. W dorosłym życiu odkrywa, że została porzucona przez biologiczną matkę, a tożsamość ojca pozostaje nieznana. W tej sytuacji rozpaczliwie szuka punktu oparcia, sensu i prawdy o sobie. Choć Anita nie radzi sobie z emocjami i szuka ukojenia w alkoholu, jej historia pokazuje, że warto podjąć pracę nad sobą i odnaleźć siłę, by zawalczyć o własne życie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 394
Data ważności licencji: 11/21/2030
Copyright © Żaneta Pawlik
Copyright © Wydawnictwo Replika, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redakcja •Magdalena Kawka
Korekta •Natalia Ziółkowska
Projekt okładki •Iza Szewczyk
Skład i łamanie •Izabela Szewczyk-Martin
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej • Dariusz Nowacki
Wydanie elektroniczne 2026
eISBN 978-83-68923-01-8
Wydawnictwo Replika
ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań
[email protected] •www.replika.eu
Iluzje są niezliczone
Dla tych, którzy każdego dnia toczą cichą walkę o siebie
1.
– Czarnuchom dawała i innym Arabom.
Kobieta uchyliła drzwi i gestem zaprosiła mnie do mieszkania. Przywarła tłustymi pośladkami do szafki na buty. Wcisnęłam się w niewielki prostokąt przedpokoju.
– Wszyscyśmy wiedzieli. Skąd sąsiady, to nie wiem, bo przecie nikt nikomu nie zaglądał pod spódnicę, ale wie pani, ten jej konkubinat przychodził dzwonić ode mnie, to co, miałam uszy zatykać palcami? – szeptała, mimo że teraz mógł nas usłyszeć jedynie jamnik w kolorze karmelu z oszronionym pyskiem.
Na widok gościa otworzył jedno oko, oszacował potencjalne zagrożenie i ewentualną korzyść w postaci smaczka a że na żadną z tych rzeczy nie było widoków, odwrócił głowę i kontynuował drzemkę.
– Ino dzieciuszków szkoda – ciągnęła gospodyni. – Maluśkie takie były. – Pokazała dłonią, że sięgały do połowy uda, zawieszając ją nad linoleum z brudem moszczącym się na styku ze ścianą. – Ten młodszy tylko „ma-ma, ma-ma”, więcej nie poradził.
Wyszła do kuchni. Głowa jej drgała, jakby osadzona na sprężynie. Drżenie samoistne albo początki Parkinsona.
Odczytałam machnięcie ręką jako zachętę, żeby do niej dołączyć. Zastanawiałam się, czy zdjąć buty, i być może zrobiłabym to, gdyby nie plamy na podłodze. W kącie dostrzegłam coś, co mogło być zeschniętą psią kupą. Stanęłam w kuchennych drzwiach. Dwa taborety dźwigały sterty gazet, stół dźwigał kota, którego bystre ślepia rysowały niewidzialną granicę – dla własnego bezpieczeństwa postanowiłam ją uszanować. W popielniczce ćmił się niezduszony papieros. Smuga dymu wywijała ogonem.
Babinka pomasowała mostek. Pomarszczona skóra twarzy pozwijała się jeszcze bardziej, gdy wykrzywił ją grymas niezadowolenia. Przymknięte oczy i ściągnięte czoło podkreślały głębię fizycznego cierpienia. Zresztą kto wie, może starowina naprawdę bolała nad losem dzieciuszków, mimo że od czasu, do którego wracała wspomnieniami, minęły blisko cztery dekady.
– Zgaga – wyjaśniła.
Sięgnęła po szklankę z wodą, która przykleiła się do ceraty w żółte trójkąty. Odgłos przypominający odklejanie się od siebie złączonych rzepów przeszedł w chlupot, którym gasiła pożar w przełyku.
– Wstydu toto nie miało za milimetr. – Przetarła wargi wierzchem dłoni. Cienka linia szminki poszerzyła pęknięcie ust do połowy prawego policzka. – Kawy się napije?
– Poproszę.
Nauczyłam się nie odmawiać poczęstunku. Mała rzecz, a o ile łatwiej zjednać sobie człowieka. Nie wszyscy chcieli rozmawiać, a jeśli w końcu ulegali, cedzili słowa przez szczeliny w zębach, połykali niewygodne wspomnienia, zniekształcali prawdę.
Prawda, też coś. Każdy głosił swoją. Wcale o nią nie zabiegałam. Otwierałam ludziom usta, zaglądałam do środka, obijałam się o plomby, zapadałam w ubytkach, szorowałam po podniebieniu, pozwalałam mielić się językom, a na koniec, gdy już wypluwali pojedyncze słowa, lepiłam z nich zdania. Przez lata uformowałam rządek kilku woluminów, taki w sam raz na jedną półkę regału z Ikei, oznaczonego etykietą „Top Seller”, w sąsiedztwie ceny. Cóż, moje non-fiction na pewno nie były w „top”, jeśli idzie o sprzedaż, ale liczyłam, że któregoś dnia świat otworzy zaropiałe oczy. Na razie chrapał w najlepsze, a jeśli w przerwach na siku zerkał na młodych pisarzy, łaską obdarzał pozycje z rozrywkowej szuflady, i mniejsza o to, czy chodziło o przebrzydle słodkie rozterki miłosne, gangusów wieszających ofiary za jelita wyszarpane wcześniej przez ich własne odbyty, czy podrostków z metką adult. Szacunek do siebie znaczył dla mnie więcej niż stan konta, a bycie reportażystką stanowiło trzon, z którego rozrastała się dodatkowa aktywność zawodowa, jak na przykład pisanie do gazet. Gdyby nie było mnie stać na wynajmem mieszkania, wolałabym zamieszkać w altance na ogródku działkowym rodziców, niż sprzedać się szmatławemu brukowcowi. Pod warunkiem, że wcześniej wyprowadziłby się z niej ojciec.
Pisywałam felietony do magazynów, co nieraz ratowało mnie od śmierci głodowej, ale na spółkowanie z gwiazdą disco polo się nie zgodzę, ni chuja. Odrzuciłam ofertę napisania biografii Witka Balangi, czym przekreśliłam szansę zarobienia bardzo przyzwoitych pieniędzy, choć w nieprzyzwoity sposób. A mogło być tak pięknie, bank wreszcie udzieliłby mi kredytu hipotecznego. Tylko że z kresek, ja wolę tę białą. Natychmiastowy skutek i większe zadowolenie, choć limitowane w czasie. Żyć na krechę nie będę. Doradca kredytowy roztaczałby przede mną wizję zamieszkania na własnych trzydziestu metrach kwadratowych. Tak, z odsetkami rozłożonymi na trzydzieści lat i pompowanym materacem na podłodze, bo na ramę łóżka już by mi zabrakło.
Pierdolić. Głód dobra rzecz. Głód motywuje do pracy, dobrobyt rozleniwia, a wtedy jedynym, co daje napęd, okazują się owsiki w dupie.
Czajnik zagwizdał z nagła. Jakby nie mógł tak stopniowo. Nawet lokomotywa wjeżdża na peron delikatniej, żeby nie budzić bezpańskich psów i bezdomnych ćpunów w zaszczanych bramach okolicznych kamienic. Niech to szlag. Ucisnęłam skronie w nadziei, że to przyniesie ulgę. Młot pneumatyczny w głowie znów zaczął rozwiercać czaszkę. Obrażone kocisko przesunęło się na bok, trącane łapą właścicielki. Na stole pojawiła się szklanka z cienkiego szkła w czerwonym plastikowym koszyczku, kryształowa cukiernica i butelka Amolu.
– Na kaca nie pomoże, ale na ból głowy powinno.
Piorun znów ostrym uderzeniem podstępnie spróbował rozłupać mi czaszkę. Od męczarni uwolniłby mnie jeden łyk, ale nie tego gówna.
– Śmietanki? – zapytała gospodyni.
Kożuch w szklance z kawą mierzył dwa centymetry. Kwasy trawiły ścianki żołądka. Kromkę z miodem, którą przygotowałam sobie na śniadanie, obsrały muchy, zanim zdążyłam umyć rano zęby. Podobnie jak klosz lampy w kuchni, ale jego akurat nie musiałam wkładać do buzi.
– Mogę? – Zerknęłam na zmiętą paczkę fajek całującą się z wazonem, trumną dla zeschniętych… cholera wie, konwalii? Komunijne ślicznotki, zdechłe jak moja wiara w Pamboczka. Zbliżyłam szluga do płomyka przy piecu, wyssałam z niego życie dwoma krótkimi pyknięciami, a potem zaciągnęłam się głęboko. Ulga natychmiast rozlała się kojącą falą. Zakasłałam.
– Przepraszam, chyba coś mnie rozkłada.
Potaknęłam na widok Cremony w granatowym opakowaniu. Przynajmniej będę miała czym rzygać. Amolu nie tknęłam. Kawa przybrała barwę psiej sraczki.
– Pani nie napisze tego, co powiem?
Nie, no skąd. Przyszłam tu napić się kawy z gipsem i powdychać smród zatęchłego mieszkania. Pot niósł odór przetrawionych lekarstw i nutę czegoś trudnego do zidentyfikowania. Po czasie rozpoznałam w niej Panią Walewską. I starość, tę z gatunku niedomytych, niedopranych, stojącą nad dołem wykopanym w ziemi.
– Niedosłownie. Poza tym nie ujawniam źródła, jeśli rozmówcy sobie nie życzą. Na razie zbieram materiały, jeszcze nie wiem, czyje relacje umieszczę w reportażu.
– To znaczy, że historia naszej Grażynki może nie powstać? Jak ja już synowi mówiłam, że pomagam napisać książkę.
Właśnie o to chodziło, pokazać, że mi nie zależy.
– Pani Moniko. – Zaciągnęłam się mocno, aż zassało policzki do środka. – Mogę się tak do pani zwracać?
Nerwowe potaknięcie. Jamnik otrzepał się na posłaniu i przyciągnął do kuchni tułów długi jak parówka. Wysiorbał wodę z miski, wzgardził suchą karmą, choć przez chwilę wyglądało, jakby rozważał, czy jednak jej nie zeżreć, i ostatecznie postanowił skrócić żywot, przesypiając go intensywnie.
– Pani Moniko – ciągnęłam. – Na pewno im więcej szczegółów zgromadzę, tym ciekawiej będę mogła przedstawić historię czytelnikom. Ale powiem pani coś, choć może nie powinnam.
Gospodyni pochyliła się w moją stronę. Dym z papierosa wpełzł do jej lewej dziurki w nosie. W zaaferowaniu podważyła językiem haczyki protezy, górna szczęka wysunęła się do przodu.
– Jasne, że każdy potrafi pisać książki, ale żaden pisarz, a już reporter w szczególności, nie jest cudotwórcą. Może i doskonalimy warsztat, styl, ale i tak najważniejsze jest, co piszemy, a nie, jak. Rozumie pani? – kłamałam.
Z wyrazu twarzy wywnioskowałam, że niekoniecznie rozumiała.
– Nawet gdyby ci dorośli już dzisiaj chłopcy chcieli ze mną porozmawiać o tym, co ich spotkało, poznałabym tylko ich punkt widzenia. A przecież byli tacy maleńcy. Ten jeden mówił tylko „ma-ma, ma-ma” – powtórzyłam słowa zwiędłej kobiety. – To nie jest wiarygodny rozmówca. Co innego ktoś taki jak pani, kto patrzył na to wszystko z boku. Z dystansu. Co mi po warsztacie pisarskim, skoro nie mam wiedzy o wydarzeniach z tamtego okresu? Bez pani ten reportaż nie powstanie. – W myślach dodałam, że co najwyżej jeden, dwa rozdziały, bo wstępnie tyle zaplanowałam dla każdej rodziny.
Starowina zmrużyła oczy, zmarszczyła czoło i przez chwilę wyglądała, jakby miała zapytać o udział w zyskach ze sprzedaży. Rozkleiła wargi. Dym z papierosa w popielniczce natychmiast skorzystał z nowej ścieżki. Oblizała usta, a potem zaczęła opowiadać.
– No dobrze, pani Aniu.
– Anito. – Poprawiłam ją.
– Pani Anito, niech będzie. Ja tam nie wiem, czy Grażynka sypiała z tymi Murzynami, ale na pewno miała kochanka. Josef mu było. Potomek żołnierza Wermachtu. Widziałam zdjęcia – zarzekała się. – W mundurze z wroną wyhaftowaną na lewej piersi, zaraz nad kieszonką. Czy esesman, to nie powiem. A, teraz sobie przypomniałam, że ja mam zdjęcia Adasia, tego starszego. Z komunii. Czekaj pani.
Gdy staruszka przeszukiwała segment na wysoki połysk, wylałam do zlewu nietkniętą kawę. Między butelkami oleju i Maggi w płynie zauważyłam napoczętą dwusetkę wiśniówki. Zerknęłam kontrolnie na przedpokój. Owinęłam nakrętkę materiałem bluzki, żeby stłumić dźwięk.
– Mam, znalazłam. – Kobieta wróciła w aureoli tryumfu.
Cierpko-słodki posmak wiśni przyjemnie głaskał podniebienie. Wyjęłam dyktafon i zaczęłam nagrywać wodospad słów. Grażynka uśmiechała się do mnie ze zdjęcia. W centralnym punkcie stał chłopiec w garniturze, otoczony przez trzy postaci.
– To mama Adasia – tokowała gospodyni – to jego tata, Adam, a tutaj – postukała palcem w fotografię – Vater Josef. Tak dzieciuszki mówiły na kochanka mamusi, Vater Josef. Taki trójkąt to nawet lepiej, niż gdyby sypiała z czarnymi. Mogliby pani ocenzurować książkę. Dzisiaj to nawet Bambo Tuwima zakazany. Patrz, pani Aniu, jakich żeśmy czasów doczekali.
Dwie godziny później pomodliłam się w duchu o to, żeby samochód odpalił. A po kolejnych dziesięciu minutach, żeby alkomat nie wywąchał wiśniówki.
2.
Obudziła mnie cisza. Musieli zamknąć tunel, w przeciwnym razie sznur samochodów warczałby jak sfora wściekłych psów. Po pół roku mieszkania w centrum Katowic nadal nie przywykłam do harmidru. Tramwaj łomotał po szynach, pantograf ocierał się o przewody wysokiego napięcia niczym kotka w rui. Lubiłam patrzeć, jak ciosa iskry. Wysłannik piekieł, dlatego żałowałam, że mam widok na centrum handlowe Silesia City Center, a nie na Spodek, obok którego biegła linia tramwajowa. Kierowcy pewnie rozlali się dorzeczem przyległych ulic, stąd poranna martwota.
Wsunęłam stopy w miękkie kapcie i wyszłam na balkon, zapalić. Facet, od którego wynajmowałam tę norę, zamontował czujnik dymu. Gdyby nie ten drobiazg, zignorowałabym zakaz palenia w mieszkaniu. Z salonu, jak szumnie nazywał podczas okazania kwadrat z popękanym sufitem i wysłużonymi meblami z Ikei, wchodziło się do sypialni i do kuchni. Z łóżka małżeńskiego można było obserwować drzwi z łuszczącą się farbą lub ścianę, której sporą część zajmowało okno ślepej kuchni. Kiedyś z opcją otwierania, dziś zabite na amen. Górna część notorycznie się blokowała, a jeśli udawało się ją podsunąć do góry, opadała, ilekroć ktoś trzasnął drzwiami balkonowymi. Facet wstawił pięć nowych szyb, a przy szóstej dodatkowo użył gwoździ i zamalował im główki. Pachniało płynem do płukania tkanin. Na balkonie, po lewej, spod sufitu zwisały nogawki kilku par spodni i dwa rzędy workowatych sukienek. Idealnie skrojone na sąsiadkę, która lata temu zapomniała, co znaczy słowo talia.
Zaciągnęłam się mocno i wydmuchałam dym kątem ust. Wyszarpałam spomiędzy pośladków spodnie od piżamy. Nie musiałam przejmować się Michałem, kręcił program w jakiejś wsi pod Łodzią, pewnie dlatego nie odzywał się od tygodnia. Ja też nie dzwoniłam, bo nie miałam z czym. Poza tym zbieram materiał do nowej książki, zajęta jestem. Przemknęło mi przez głowę, że mógłby pomóc w kilku tematach. Ale jeszcze zdąży. Przerabialiśmy ten sam scenariusz od roku, z przerwami. Zapytam, jak leci, Michał powie, że spoko, ledwo żyje, ale temat jest tego wart, a potem zacznie pierdolić, żebym wprowadziła się do niego. Z pragmatyzmu; szybciej odłożymy na wesele, a nie tak, każdy sobie. I że czuje się samotny, a ja mogę w prosty sposób temu zaradzić. No i jak mam wytłumaczyć, gdzie mam tę jego samotność? Największą zaletą Michała jest, że nie muszę go codziennie oglądać. W tej chwili najbardziej kocham niezależność. I pracę. Bo praca nigdy mnie nie zawiodła, a wszyscy wokół tak. Z rodzicami na czele.
Od zawsze czułam, że coś jest na rzeczy. Może podświadomość podsuwała wspomnienia, może intuicja. Niewykluczone, że podsłuchałam rozmowę dorosłych, ale jako dziecko niewiele z niej zrozumiałam. Coś z tego wlazło jak zadra, obrosło latami, zakamuflowało się i gdy zaczęła się odwilż dorastania, smród zaczął się wydobywać na zewnątrz. Mama od razu powiedziała prawdę. Ojciec milczał, ale nie potrzebowałam potwierdzenia z jego ust. Niczego już od nich nie chciałam. I nic im nie byłam winna. Wiele lat oswajałam się ze świadomością, że oszukiwali. Dla mojego dobra, w moim własnym, najlepiej pojętym interesie. Z miłości.
– Bo myśmy cię, Anitko, pokochali od razu – mówiła matka. – I zawsze traktowaliśmy cię jak własne dziecko. Mieliśmy w sobie tyle miłości, a dobry Bóg nakazał się nią dzielić. I zesłał nam ciebie. Taką biedną, porzuconą zaraz po porodzie. Miałaś szczęście, że kobieta, która cię urodziła, zrzekła się praw rodzicielskich, nie musiałaś przechodzić piekła w domu dziecka.
– Trzeba było wziąć psa ze schroniska, przynajmniej okazałby wdzięczność – mruknął ojciec podczas którejś z licznych awantur.
W odpowiedzi rzuciłam w niego pierwszą rzeczą, która się nawinęła, a że tam, gdzie był Zenon Wejnart, były i butelki po wysokoprocentowych trunkach, jego napuchnięta twarz wzbogaciła się o trzy szwy na czole.
Wiatr szarpał rozpuszczone pasma włosów. Zacisnęłam mocniej wargi na papierosie i mrużąc od dymu przekrwione oczy, splątałam włosy na czubku głowy w kok i związałam go gumką.
Zapach kawy momentalnie przegonił resztki poranka.
– Dzień dobry.
Zza przegrody oddzielającej sąsiedni balkon uśmiechał się nieznajomy mężczyzna. Skinęłam głową, a ponieważ nie miałam ochoty na ugrzecznione formułki, obrałam kurs powrotny.
– Dla ciebie też zrobiłem.
O współdzielony murek stuknęła szklanka z duraleksu.
– Czym sobie zasłużyłam? – Objęłam dłońmi gorące naczynie. W oddali meandrowały samochody wielkości resoraków, zachowując dystans od Galerii Rondo Sztuki, pod którą biegł tunel.
– Zaciągasz u mnie dług wdzięczności.
Uniosłam brwi.
– Ryzykowne. – Upiłam kilka łyków i zaraz się skrzywiłam. – Ale lubię ryzyko.
– W przeciwieństwie do gorzkiej kawy. – Zaśmiał się.
Czekałam, aż przyniesie cukiernicę, ale facet wrósł w ziemię. Wreszcie sięgnął po coś, co chował za plecami, i pomachał czekoladowym wafelkiem.
– Może być?
– Anita – przedstawiłam się, wyjmując mu z ręki Prince Polo.
– Wiem. – Oderwał się od balustrady i zniknął w głębi mieszkania.
– Skąd?
Nasłuchiwałam, ale nie doczekałam się odpowiedzi.
– A kij ci w oko.
– Lepiej nie, bo stracisz oddanego czytelnika.
Trzaśnięcie balkonowych drzwi ucięło rozmowę. Wpatrywałam się w przegrodę między balkonami. Drewniane listewki nadżarte zębem czasu porastał bluszcz. W świetle dnia dało się dostrzec zarys sylwetki, niewyraźny kształt, o zmroku tylko wtedy, gdy człowiek wiedział, że ktoś tam jest. Odkąd tu zamieszkałam, nigdy nie spotkałam sąsiadów, musieli niedawno wynająć mieszkanie. Albo on, on je wynajął. Dla siebie.
Mogłabym wyjść na korytarz, zastukać do sąsiada i domagać się wyjaśnień, ale nie przepadałam za podobnymi zagrywkami. Patrzyłam przez chwilę, jak wiatr maluje gęsią skórkę na moim przedramieniu, po czym zniknęłam w mieszkaniu. Opadłam na fotel, wyciągnęłam nogi na stole i odgryzłam wafelkowi głowę.
Telefon wołał mnie z sypialni dwukrotnie w ciągu pięciu minut, ale nie ruszyłam się z miejsca. Analizowałam dźwięk. To nie Michał – dla niego zapisałam warkot motocykla, mama też nie, dla niej ustawiłam kawałek Pauliny Przybysz, której się śniło, że ma wielki biust. Ojciec odzywał się tak rzadko, że dla niego nie warto było się wysilać. A skoro Janis Joplin zapętliła się w kawałku Mercedes Benz, znaczyło, że dzwoniącym może być każdy. Czyli nikt szczególny. Telemarketer, pani z administracji, księgowa, komornik. Albo ktoś, z kim umówiłam się na spotkanie w ramach pozyskiwania informacji do książki, i ten ktoś właśnie przypomniał sobie, że jednak nie chce rozmawiać, co oznajmi, jak tylko do niego oddzwonię. Powód? Nie musi się tłumaczyć, taką podjął decyzję, ciach.
Kiedyś tak pięknie można było uderzyć słuchawką o widełki, dziś opuszką palca dotyka się czerwonego guziczka na wyświetlaczu. Nie ma jak ulżyć sobie, wypuścić na zewnątrz nadgniłe emocje, plunąć zdenerwowaniem bez użycia śliny.
– Anita Wejnart, miałam połączenie z tego numeru. – Nawet dwa, dodałam w myślach.
Rozmówca dyszał do mikrofonu, a odgłosy skojarzyły się z próbą zaczerpnięcia oddechu po przebieżce. Jeśli to sąsiad zza ściany, który lewą dłonią wykonuje posuwiste ruchy, przyciskając telefon do ramienia, to obleję jego drzwi benzyną i podpalę. Jak tylko odzyskam siły, bo chwilowo jestem wrakiem człowieka.
Praworęczny mężczyzna od czasu do czasu zabawia się lewą, bo to tak, jakby był z kimś innym. Lewa ręka jest trochę obca, trochę cudza, a to, że przyrośnięta do ramienia? Na tych kilka minut można zapomnieć.
– Zmieniłam zdanie jednak. – Sapanie miało zdecydowanie kobiecą barwę, gdy uzbroiło się w słowa.
– Jednak?
– Mówię przecież. Rozważałam za i przeciw, i ostatecznie wyszło, że nie. Bo widzi pani, mnie tam sława zbyteczna. Ale! – Zaczerpnęła powietrza. – Pomyślałam, że przecież już i tak stoję nad grobem, to co mi szkodzi. Może warto powspominać. – Kobieta zakaszlała i charknęła. Wyobraziłam sobie, jak strumień wody rozrzedził wydzielinę i porwał ją w odmęty kanalizacji.
– Człowiek chce coś dobrego zostawić po sobie, to ja bym mogła powiedzieć, co i jak. Ale nie. – Kręciła się w kółko. – Nie. – Podkreśliła z mocą.
– Nie dosłyszałam, z kim rozmawiam.
– Beata Więcek. – Kobieta się żachnęła. – A, bo mi Izunia nowy numer kupiła, tamten nieaktywny już. Wię-cek – sylabizowała.
– Teraz poznaję. Pani Beato – sięgnęłam po paczkę z papierosami, wystukałam jednego i wzięłam w kleszcze dwóch palców – proszę się jeszcze zastanowić.
Na rozmowie z tą rodziną zależało mi najbardziej, ale po kilku próbach umówienia się na spotkanie, zaczęłam oswajać się z myślą, że reportaż ukaże się bez historii pani Beaty i jej siostrzenicy. Po śmierci cenionej śląskiej artystki, Edyty Adamus, nastoletnia Iza mogła trafić do domu dziecka lub do ciotki, której prawie nie znała. Ostatecznie cioteczka przygarnęła sierotkę i jej rentę po matce, wynajęła mieszkanie nieboszczki i spełniła największe marzenie – pojechała na wczasy do Bułgarii.
– Szanuję pani decyzję, ale może warto porozmawiać z siostrzenicą raz jeszcze?
Czułam, że opór Beaty Więcek spowodowany jest niechętną postawą Izabeli, od której złamana chorobą starowina była uzależniona. Jeśli Bóg istnieje, to cechuje go niezdrowe poczucie humoru.
– Historia pani życia powinna zyskać rozgłos. Niewielu odważyłoby się wziąć na siebie ciężar wychowania cudzego dziecka, nawet córki siostry. Tym bardziej, że kiedy zmarła Edyta Adamus, Iza wchodziła w okres nastoletniego buntu. To musiało być dla pani trudne.
– To był koszmar – wyrwało się babinie. – Ale Iza... Co się wydarzyło w rodzinie, w rodzinie musi pozostać.
– A gdybym zrobiła ten wywiad tylko z panią, bez Izabeli?
Włożyłam papierosa do ust i rozejrzałam się za zapalniczką. Ściskałam ją mocno, głód nikotynowy przyssał się do żołądka. Odwlekałam moment ulgi. Jeszcze chwilę i wyjdę na balkon. Pieprzony czujnik. Wydrapię go pazurami jak zdeterminowany alkoholik wszywkę.
– Ja się zastanawiałam, pani mi wierzy, ale nie. Nie. – Wróciła zacięta płyta.
– Jestem teraz w podróży służbowej, odezwę się za kilka dni, jak tylko wrócę do Katowic. Porozmawiamy spokojnie, teraz muszę już kończyć.
Skłamałam i nie wiedziałam, dlaczego. Zabiegałam o spotkanie z Beatą Więcek od kilku tygodni, tymczasem zamiast ją docisnąć, robię unik. Typowe, schować głowę w piasek, wziąć na przeczekanie. Pozwolić sprawom toczyć się z coraz większą siłą i obserwować, jak uderzają o mur albo trafiają na wzniesienie i wytracają pęd. Trochę zdać się na los, choć równie dobrze mogłabym rzucić monetą.
Historia tej rodziny nie wyróżniała się szczególnie na tle pozostałych, ale zamierzałam rozłupać skorupę zaschniętego brudu, wejrzeć głębiej. Ludzie zawsze pokazywali siebie z lepszego profilu, zadaniem reportażysty było chwycić ich za mordę i kazać spojrzeć sobie prosto w oczy. Zmusić, żeby przestali kłamać. Przedrzeć się przez żal, pretensje, pielęgnowaną latami indolencję. Stłuc fasadę, patrzeć, jak rozpierzcha się robactwo dobrych intencji i ich zgniłych postępków. Doprowadzić człowieka nad przepaść, odciąć drogę odwrotu i kazać wyznać prawdę. Jeśli taka w ogóle miała rację bytu.
Strata – to jej postanowiłam stawić czoło w najnowszym reportażu. Utrata dziecka jako konsekwencja emigracji zarobkowej, rozłąki spowodowanej odsiadywaniem wyroku za kratami, aborcji, wreszcie śmierci. Nie szukałam winnych, nie zamierzałam oceniać. Chciałam słuchać, składać słowa jak origami, by wreszcie pokazać czytelnikom wymyślne modele i zapytać, czy im się podobają. A potem zatkać uszy i wydłubać sobie oczy. Dla własnego komfortu. Czytelnicy bywają bezwzględni. Wylewają własne frustracje, oceniając pracę innych. Najczęściej anonimowo. Liczy się ulga, nieważne, że tłumiona gorycz spłynie na autora, niczym nieczystości w kanale ściekowym. Kto dziś przejmuje się drugim człowiekiem?
Nie opowiadałam Michałowi o projektach, kiedy zaledwie kiełkowały w mojej głowie. Nie chciałam zapeszać. Jeśli naciskał, dukałam coś nieskładnie, kanciastymi literami, które ocierały się o siebie. Tym razem było jeszcze trudniej. Pomysł przyszedł którejś nocy jak senna mara, wczepił się w piersi i siedział tam po dziś dzień. Jeśli się z tym nie zmierzę, któregoś pięknego poranka zwyczajnie umrę. To znaczy umrę niezależnie od tego, czy napiszę ten cholerny reportaż, czy nie, ale wolałabym dać sobie jeszcze trochę czasu.
– Tak nie znajdziesz odpowiedzi – skwitował Michał na którymś, z założenia romantycznym, wyjeździe, gdy w środku nocy paliliśmy w łóżku po średnio udanym seksie, a styczeń mienił się kryształkami mrozu na parapecie. Światło ulicznej latarni podglądało nas przez szczelinę w niedosuniętych zasłonach. – Nie w ten sposób.
Mogłam zapytać, czy ma lepszy pomysł, ale byłam pewna, że przytaknie. Dlatego uchyliłam okno i pstryknęłam papierosem w ciemność. Los peta obchodził mnie tak samo, jak opinia Michała.
Podłączyłam komórkę do ładowania i wróciłam do łóżka. Nakryłam się cała, włącznie z głową. Ciepło, ciemno, bezpiecznie. Nie, to ostatnie na pewno nie. Przynajmniej dopóki nie znajdę odpowiedzi.
Muszę się dowiedzieć, dlaczego.
3.
Nie przepadali za mną w liceum, choć nie byłam zimnym mlekiem z kożuchem. Doskonale czułam się z nosem w książce obłożonej szarym papierem, żeby nie prowokować okładką, wciśnięta w kąt przy kaloryferze na szkolnym korytarzu. Kochał mnie szorstką miłością, odciskał żeberka na kostkach kręgosłupa. Lubiłam, gdy bolało. Dyskomfort pozwala docenić przyjemne bodźce. Inaczej człowiek nawet nie wie, że spotyka go coś dobrego. Bierze łapskami, zagarnia pod siebie i przepuszcza bezrefleksyjnie. Trwoni drobiazgi, a przecież to nimi karmi się poczucie szczęścia.
Nauczycieli nienawidziłam w szczególności. Z wyjątkami, chyba tylko dla potwierdzenia reguły. W czasach mojej młodości piętnowano indywidualistów. Zwolenników płynięcia z prądem uwierało moje nieprzystosowanie. Nawet nie to, żebym się buntowała. Współczułam im. Przegrani ludzie z dziennikiem pod pachą, maską wyższości zamiast twarzy, przeświadczeniem, że skoro jesteś od nich zależny, mogą zrobić, na co przyjdzie im ochota i nikt ich z tego nie rozliczy, pod warunkiem, że obszyją parszywość obłudą troski o wychowanków. To szło jak fala, ich naciskała dyrekcja, więc przenosili frustracje na niższy szczebel.
Wuefista wziął sobie za cel zniszczyć mnie psychicznie i szczerze mówiąc, prawie mu się udało. Wuefista, czyli najniższe ogniowo w strukturach szkolnych. Nawet woźna i portier mogli więcej, na przykład odmówić wydania klucza do sali, jeśli profesor z jakiegoś powodu chciał zamienić przydzieloną planem lekcji na inną. Albo przejechać śmierdzącą szmatą po wysłużonym monitorze w pracowni komputerowej, żeby zostawić takie smugi, z którymi nawilżane chusteczki do okularów słabo sobie radziły.
Potrafiłam stać przed tamtymi ludźmi z nieruchomą twarzą, zesztywniała w środku, nieobecna. Dźwięki uciekały im przez usta, prawie jak lotki rzucane do tarczy. Przyjmowałam ostrze, krwawiąc do środka. Bo słowem można krzywdzić. Dzisiaj takie zachowanie określa się przemocą psychiczną. Wtedy z profesorami nikt nie dyskutował. Chyba że ja z wuefistą. Jego nienawidziłam najbardziej. Za tę pogardę układającą się na wywiniętej do góry wardze. Zastanawiałam się, jak długo zdoła wytrwać z absmakiem na mordzie. Musiał odcinać sobie w ten sposób dopływ tlenu do nosa. Z żywym zainteresowaniem śledziłam rozwój wypadków. Nie padł trupem. Poczerwieniał, ale to przez wrzaski. Niektórym się wydaje, że rację udowadnia się skalą głosu. Wreszcie dotarło do mnie, że jestem powodem irytacji pana profesora. Cóż byłam winna temu, że z głuchą fascynacją wpatrywałam się w napęczniałą żyłkę na jego czole, która wiła się jak glista ludzka na wycieczce z żołądka do mózgu. A wystarczyłoby, żeby przestał krzyczeć.
Kiedy w klasie maturalnej udupił mnie na półrocze, musiałam się przeprosić ze strojem do gimnastyki i machać pieprzone pajacyki w sali gimnastycznej. Świat stanął na głowie, w dosłownym ujęciu, gdy kazał mi stanąć na rękach przy drabinkach. Sekundę później pocisk snajpera rozwalił moją czaszkę. Nieważkość trwała nie więcej niż gwizdnięcie na psa. Kiedy rozjechałam się na materacu, a spojrzenie wreszcie złapało ostrość, zrozumiałam. Wiotkie jak trzcinki członki nie uniosły czterdziestu ośmiu kilogramów obróconych głową w dół. Spoliczkowała mnie grawitacja, jednym plaśnięciem. Pięć minut później, gdy schodziłam do szatni, zaliczyłam wybuch wulkanu na prawym policzku. Lawa po uderzeniu piłką rozlała się żywym ogniem i nawet wuefista się przestraszył.
– Kość jarzmowa cała, będziesz żyła – zawyrokował, a ja siłą woli powstrzymałam zęby, żeby nie wpiły się w śmierdzące paluchy profesora, którymi obmacywał skalę obrażeń.
Musiałam być w szoku, dlatego nie płakałam. Odtąd traktuję siatkówkę jak sport wysokiego ryzyka.
Nie lubię ludzi. Wszyscy są głupi, małostkowi, bucowaci. Psychologowie mają taką teorię, że uogólnione sądy o innych są zakamuflowanym sposobem postrzegania siebie. Może mają rację. A może nie. A może tak. Tak. Nie. Tak. Nie.
– Kurwa!
Odrzuciłam kołdrę i sięgnęłam po rozwrzeszczany telefon. Grzmotnęłabym nim o ścianę, ale umiejętność powstrzymania się poczytywałam sobie za dowód panowania nad emocjami.
Mama.
– Co tam?
Rozejrzałam się za szklanką z wodą. Pustynia. Przez okienko w ścianie dostrzegłam na blacie w kuchni butelkę z królem puszczy na etykiecie.
– Dzień dobry, kochanie.
Brzmiała jak pluszowy miś z rozprutym brzuchem. Miękka z zewnątrz, uszkodzona w środku. Musiałam ważyć słowa, żeby nie zadać kolejnego ciosu, nie powiększyć rany, przez którą wysypałyby się trociny. Dawniej przekonywałam siebie, że mama jest delikatna, krucha, aż dotarło do mnie, że ta nadwrażliwość może być wynikiem choroby. Ciężko żyć z człowiekiem przewrażliwionym na swoim punkcie, labilnym. Mama naprzemiennie popadała w stany euforyczne, które w ułamku sekundy przepoczwarzały się w przygnębienie. A wszystko doprawione płaczem. Nie nadążałam za nią, być może ona sama też nie. Patrzyłam, jak cierpi i niewiele mogłam zrobić poza próbą zapanowania nad sobą, by nie dać się ponieść złości, którą czułam permanentnie. Bo życie, bo ludzie, podatki, politycy, wszyscy i wszystko. Ale w obecności mamy zaciskałam pięści, pozwalałam paznokciom kaleczyć skórę. Jeśli nie pomagało, pociągałam za gumkę na nadgarstku, momentalnie powracała jasność umysłu. Co prawda wkurwienie sięgało zenitu, ale miało związek ze mną, mną pojedynczą, a nie wszechogarniającą głupotą świata.
– Twoja żona wymaga pomocy – próbowałam pewnego dnia nakłonić ojca, żeby wpłynął na mamę. – Umówię ją do psychologa, tylko zadbaj, żeby do niego poszła. Albo idź tam razem z nią.
– Najlepiej od razu zadzwoń po karetkę, niech ją wsadzą w kaftan.
– Mam to zrobić, tak? Tego chcesz? – Wygrzebałam z torebki telefon. – Już dzwonię. Tylko nie zdziw się, jak zamiast mamy ciebie zabiorą na przymusowy odwyk.
– Nie rób ze mnie alkoholika! – Ojciec chwycił za torebkę. Cuchnął niestrawioną wódą, popsutymi zębami i zjełczałym potem.
– Puszczaj. – Walczyłam o telefon, o mamę, o siebie. O spokój w tej rodzinie, którego nigdy nie zaznałam. Wieczne obelgi, zapijaczone bluzgi, obietnica poprawy i błagania o wybaczenie. – Zostaw, skurwysynu. – Wyszarpałam, co moje.
Zwycięstwo przewróciło mnie na plecy. Ból potylicy promieniował pod czaszkę, przewiercał się poczuciem krzywdy. Mebel ocalał, podobnie moja głowa. Poczucie wartości mogłoby ucierpieć, ale przez lata wyschło jak koryto rzeki w Nevadzie podczas suszy. Ojciec nie mógł mnie pozbawić tego, co dawno straciłam.
– Co wy robicie, przestańcie. – Mama wybiegła z łazienki. – Co wy robicie! – zawodziła.
Tkwiła w potrzasku między mężem, którego kochała, a na pewno nie powinna, za wszystkie krzywdy, których doznała z jego ręki, a adoptowaną córką. Może bardziej swoją niż to dziecko, którego zawsze pragnęła, ale organizm odrzucał skrzepami krwi. Jest taka teoria, że to dzieci wybierają sobie rodziców. Jeśli to prawda, miałam zaledwie połowiczny wpływ na jej decyzję.
Mamę nienarodzone dzieci odrzuciły cztery razy. Trzy poronienia i jedna aborcja. Odwrotnie, skrobanka była pierwsza, a wszystko, co wydarzyło się później, było pokłosiem tamtej decyzji, jak sądzę. Naturalną konsekwencją. Karą. Ja byłam odkupieniem, a tata pokutą.
Podobno ojciec był kiedyś człowiekiem. Podobno. Inaczej bym się im nie dostała. Trafiłabym do innej rodziny, może normalnej, jeśli takie w ogóle istnieją. Czasem przesuwają mi się przed oczami niewyraźne obrazki z dzieciństwa, ale nie wiem, ile z nich jest wytworem fantazji, a która z tamtych twarzy naprawdę należała do taty. Jako kilkuletnia dziewczynka niewiele rozumiałam. Ba, nawet dzisiaj, mając trzy krzyżyki z okładem, niewiele rozumiem. Za to doskonale pamiętam strach. Bałam się odgłosów klucza próbującego spasować ząbki z zamkiem. A dokładniej tego, co się wydarzy później. Tłumionego płaczu mamy. Oślepiającego światła w atramentową noc. Odgłosów treści żołądka uderzającej o ceramiczną muszlę. I niedzieli. Niedzieli bałam się jeszcze bardziej niż ojca. Smród kościoła, do którego mama najchętniej chodziłaby na kolanach, gdyby istniał cień szansy, że jej Bóg uzdrowi naszą rodzinę, odrzucał. Podeszwy jej butów wystawały poza konfesjonał. I stuła wystawała, a mama całowała ją nabożnie w haftowany krzyżyk. Ciekawe, jak często piorą takie stuły. Rozumiem, że o covidzie wtedy nie słyszano, ale skoro ludzie wierzą w Trójcę Świętą, której przecież nigdy nie widzieli na własne oczy, to tym bardziej nie powinni podawać w wątpliwość istnienia bakterii i wirusów.
Mama dyszała do telefonu, a ja przypomniałam sobie, że dziś jest niedziela. Niehandlowa, cholera. Żubr napierał na mnie jak byk na czerwoną płachtę. Zgniotłam pustą puszkę i cisnęłam do zlewu. Szarpnęłam drzwiczki lodówki. Pustynia. Lodowa, kurwa, pustynia.
– Może przyjechałabyś na obiadek? – Rozpoczęła namolne modły.
Teraz jeszcze niech zaczną wiercić za ścianą, to wyskoczę przez okno. Głos mamy w telefonie, remont na piętrze, żadna różnica. No może tylko tyle, że remont zawsze kiedyś się kończył, a mama była nieustępliwa.
– Pracuję.
– Ty zawsze pracujesz.
Cisza. Wzruszenie ramion, ale na jedno wychodzi. Wyciągnęłam puszkę z komory zlewu, otworzyłam usta i czekałam, aż skapnie choćby jedna życiodajna kropla. Skapnęły dwie, wygrała pani darmową wycieczkę na stację paliw. Opcjonalnie do wyboru Coca-Cola z automatu. To na co się pani decyduje? Tylko proszę się pospieszyć. Gdy duża wskazówka zrówna się z małą, pragnienie wypali pani dziurę w przełyku. Orkiestra, tusz!
– Co u taty? – Uderzyłam w splot słoneczny bez uprzedzenia. Teraz zacznie płakać. Jeszcze moment, sekunda. Pociągnięcie nosem. Mamy to! – Dzisiaj naprawdę nie dam rady. Zadzwonię za kilka dni, to się umówimy, dobrze?
Łkała na granicy słyszalności. Na tyle cicho, żeby mogła zaprzeczyć, ale dość wyczuwalnie, by obudzić z letargu wyrzuty sumienia.
– Możesz nie przyjeżdżać, skoro jesteś taka zapracowana.
– Dlaczego to robisz, co? Chcesz mnie jeszcze bardziej dobić? Mówiłam ci, że zbieram materiały do książki. Mam poumawiane spotkania z ludźmi. Wiesz, jak ciężko było dotrzeć do niektórych z nich, namówić, żeby opowiedzieli o tym, co przeżyli?
– Jestem z ciebie taka dumna. Taka bardzo, bardzo dumna. Wszystkim się tobą chwalę. Zrobię pierogi, zabierzesz sobie do domu. Poporcjuję i pomrożę, to będziesz miała na trochę. Z mięsem i kapustą, czy z samym mięsem?
– Może być z kapustą. – Zrejterowałam. Z mamą lepiej nie stawać do walki, kiedy wytacza kulinarne działa.
– A sprawdzisz, co u taty? – dodała ściszonym głosem.
– Nie możesz do niego zadzwonić?
Cisza – z rodzaju tych, co siada na żołądku, jakby kamień połknąć.
Ojciec uciekał na działkę, odkąd pamiętam, na dobre przeprowadził się pięć lat temu. Podobno nie mógł już wytrzymać z mamą. Jej wersja brzmiała odwrotnie. Pogoniła dziada, bo miała dość pijackich ekscesów. W teorii. W praktyce wysyłała mnie po niego z końcem września, żebym namówiła go do powrotu. Udawało się połowicznie. Zamykał budę w połowie października, jak mu dupa zmarzła. Pierwszy podmuch wiosny i z domu znikał zapas jedzenia, koce, środki czystości i ojciec. We wrześniu mama zaczynała mnie dręczyć i tak godziłam zwaśnionych małżonków na okres jesienno-zimowy. Nie przypisywałam sobie zasług, nie wygrasz z siłami natury.
– Pojedziesz? – dociskała. – Tylko na ciebie mogę liczyć, wiesz? Na nikogo innego. Jestem taka samotna.
– Mamo – warknęłam. – Pojadę.
Z dwojga złego zmarnuję mniej czasu na wizytę u ojca niż na odwiedziny w rodzinnym domu. Do niego szybko wpadnę, powiem: „Cześć, skurwysynu”¸ upewnię się, że leży na boku i nie udusi się wymiocinami, a potem wrócę do Superjednostki przy katowickim rondzie i może trochę popiszę.
Przepłukałam usta płynem Listerin. Orzeźwiająco, alkoholowo. Tego „zero procent” nie znosiłam, smakował jak mydło. Upiłam odrobinę. Jeśli ma mi nie śmierdzieć z ust, muszę odkazić żołądek, to chyba naturalne. Wychyliłam dwie szklanki kranówki i trzasnęłam drzwiami.
Nienawidziłam tego mieszkania. Zbiegałam po schodach, licząc, że zanim wrócę, Ruscy wystrzelą rakietę i przebrzydły mrówkowiec, jak Katowiczanie nazywali Superjednostkę, przestanie istnieć, a miasto podaruje ocalałym dwupokojowe mieszkania na strzeżonym osiedlu. Z tarasem. Szczęśliwie ocaleją wszyscy, bo nie chciałabym mieć na sumieniu ludzkich istnień.
Dojazd na działki zajął mi osiemnaście minut, w radiu nikt nie wspominał o ataku rakietowym. Trzeba będzie wziąć kredyt i kupić wreszcie coś swojego. Tylko po co? Żeby dwadzieścia lat później wyprowadzać Michała na działki? Albo samej spieprzyć z nierokującej relacji? Nie nadaję się do wieloletnich związków zarówno emocjonalnych, jak i kredytowych.
Zerknęłam na ekran telefonu. Michał pisał, że kocha. Kliknęłam dwukrotnie na wiadomość. Oznaczyła się czerwonym serduszkiem. Uchyliłam drzwi i wyrzygałam Listerine na żwirową ścieżkę.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
