Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Zbiór czterech mrocznych opowiadań osadzonych w 1995 roku, których akcja rozgrywa się zarówno w małych miejscowościach, jak i w Lublinie. Każda historia odsłania inne oblicze horroru — od tajemniczych zniknięć, przez powracające wspomnienia, po niewyjaśnione zjawiska związane z miejscami naznaczonymi przeszłością. Bohaterowie mierzą się z własnymi lękami, winą i tym, co czai się poza granicą rzeczywistości.
Książka wyłącznie dla dorosłych czytelników.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 156
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Patron medialnyCzytaninka
Patron medialnyRead with tea, dog & me
Projektant okładkiSztuczna inteligencja
© Paweł Janiszewski, 2026
© Sztuczna inteligencja, projekt okładki, 2026
Książka wyłącznie dla dorosłych czytelników.
Zbiór czterech mrocznych opowiadań osadzonych w 1995 roku, których akcja rozgrywa się zarówno w małych miejscowościach, jak i w Lublinie. Każda historia odsłania inne oblicze horroru — od tajemniczych zniknięć, przez powracające wspomnienia, po niewyjaśnione zjawiska związane z miejscami naznaczonymi przeszłością. Bohaterowie mierzą się z własnymi lękami, winą i tym, co czai się poza granicą rzeczywistości.
ISBN 978-83-8455-059-5
Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero
Wszystkie postaci i wydarzenia
opisane w tej książce są fikcyjne,
a ich ewentualna zbieżność
z rzeczywistymi jest
przypadkowa. Książka
przeznaczona wyłącznie
dla dorosłych czytelników.
W Łosicach wszystko dało się policzyć. Jeden kościół z wieżą widoczną z prawie każdego miejsca, jedno liceum, jeden stadion, jeden rynek, wokół niego rondo, a dalej sieć sklepików tak małych, że kiedy wchodziły do nich dwie osoby z plecakami, trzecia musiała czekać w drzwiach. Była jeszcze kawiarenka z rzemieślniczymi lodami żółtymi, które smakowały jak lato i wanilia, choć nikt nie potrafił powiedzieć, dlaczego były aż tak żółte. I był dworzec PKS, przy którym mieściła się knajpka u Karasia. Tam młodzi ludzie chodzili na piwo, choć oficjalnie nikt z nich oczywiście nie pił.
Paweł miał osiemnaście lat i twarz, na której dzieciństwo jeszcze nie umarło, ale już zdążyło się obrazić. Nosił dżinsową kurtkę po starszym kuzynie, glany kupione na bazarze w Siedlcach i włosy za długie według matki, a za krótkie według Szymka. Tego popołudnia siedzieli na murku obok kawiarenki, jedząc lody i obserwując ludzi krążących po rynku jakby całe życie było jednym wielkim obchodzeniem ronda.
— Patrz — powiedział Szymek, liżąc loda z miną filozofa. — Ten sam gość trzeci raz obchodzi kwiaciarnię. Albo się zakochał, albo zgubił rozum.
— W Łosicach jedno i drugie wygląda tak samo — odparł Paweł.
Szymek parsknął śmiechem. Zawsze śmiał się pierwszy i głośniej niż wypadało. Miał tę lekkość, której Paweł mu zazdrościł — jakby świat, nawet kiedy skrzypiał i zgrzytał, był dla niego tylko krzywym żartem. Był wyższy od Pawła, chudszy, z wiecznie rozczochranymi włosami i oczami, w których czasami błyskało coś zbyt ostrego, żeby dało się to nazwać zwykłą wesołością.
— Wieczorem wiata? — zapytał.
— Kto będzie?
— Pół miasta. To znaczy ze dwadzieścia osób, więc i tak połowa młodzieży.
— Marta?
Szymek spojrzał na niego z niewinną złośliwością.
— A, jednak o to ci chodzi. Z Jeziory przyjedzie. Z kuzynką chyba. Ma kasztanowe włosy, jakbyś zapomniał.
— Nie zapomniałem.
— Wiem. Śnisz o niej tak głośno, że słychać u mnie przez ścianę.
Paweł rzucił w niego papierkiem po lodzie. Szymek uchylił się teatralnie i wstał.
— Chodź, geniuszu. Idziemy na stadion. Zanim twój stary wróci z pracy i znowu zapyta, czy masz plan na życie.
Ojciec Pawła naprawdę o to pytał. Przynajmniej raz dziennie. Plan na życie, plan na studia, plan na to, żeby nie skończyć jak „te mądrale spod sklepu”. Paweł nie miał planu. Miał za to Łosice, sierpniowe popołudnie, przyjaciela i uczucie, że lato zaraz się skończy, a razem z nim coś jeszcze, czego nie potrafił nazwać.
Przeszli obok kiosku, sklepu mięsnego i pasmanterii, gdzie pani Hela zawsze patrzyła na nich tak, jakby sama młodość była przestępstwem. Na stadionie trawa była nierówna, bramki krzywe, a ławki pamiętały czasy, kiedy nikt nie mówił „nastolatki”, tylko „młodzież”. Usiedli na trybunie i patrzyli, jak kilku chłopaków kopie piłkę.
— Myślisz, że Marta lubi takich jak my? — zapytał nagle Paweł.
— Czyli jakich?
— Bez samochodu. Bez planu. Z jednej strony dorośli, z drugiej jeszcze dzieciaki.
— To dobrze — powiedział Szymek. — Dorośli są nudni, a dzieciaki szczere. Najgorsi są ci pośrodku. Tacy jak dyrektor naszego liceum.
Paweł roześmiał się, ale po chwili spoważniał.
— Mówię serio.
— Ja też. — Szymek oparł łokcie o kolana. — Marta lubi ludzi, którzy umieją patrzeć. Ty patrzysz za dużo. Ja za mało. Pewnie dlatego obaj mamy szansę dokładnie taką samą.
— Czyli żadną.
— Czyli śmiesznie małą.
Wiatr przyniósł zapach kurzu i nagrzanego asfaltu. Nad stadionem krążyły jaskółki, a z oddali dochodził dźwięk dzwonów z kościoła. Przez chwilę Paweł miał wrażenie, że wszystko jest na swoim miejscu — nawet jego niepokój.
To uczucie pękło wieczorem, kiedy ruszyli drogą do Jeziory. Las zaczynał się za ostatnimi domami, ciemny, gęsty i starszy od wszystkich opowieści, jakie krążyły po Łosicach. Za lasem było jeziorko, a przy nim wiata sklecona z desek i blachy. W dzień wyglądała zwyczajnie. Nocą wyglądała jak coś, co czeka.
Przy ognisku siedziało już kilka osób. Ktoś przyniósł gitarę, ktoś inny kasetowy magnetofon, z którego charczał Perfect. Dziewczyny śmiały się za głośno, chłopaki udawali odważniejszych, niż byli. Marta stała trochę z boku, w jeansowej kurtce i czarnym swetrze przewiązanym w pasie. Jej włosy naprawdę miały kolor kasztanów — nie tych z podręcznika, tylko mokrych, błyszczących po deszczu.
— No to po mnie — mruknął Paweł.
— Jeszcze nie podszedłeś — odpowiedział Szymek. — Jak umrzesz, to przynajmniej po bohatersku.
Podeszli razem. Marta uśmiechnęła się najpierw do Szymka, potem do Pawła. Obaj zauważyli to w tej samej chwili i obaj zrobili minę, jakby nic to nie znaczyło.
— Cześć — powiedziała. — Myślałam, że was nie będzie.
— Myślałem, że nas też nie będzie — odparł Szymek. — Ale Łosice nas wypchnęły.
— Znowu jadłeś te żółte lody? — zapytała Marta. — Masz język jak kanarek.
— To znak męstwa.
— To znak łakomstwa.
Paweł chciał coś powiedzieć, coś śmiesznego, lekkiego, ale słowa ugrzęzły mu w gardle. Marta spojrzała na niego.
— A ty czemu milczysz?
— Bo on myśli, że jak się odezwie, to zabrzmi jak idiota — powiedział Szymek.
— Dzięki — burknął Paweł.
— Nie ma za co. Jestem przyjacielem. Od tego jestem.
Marta zaśmiała się i ten śmiech trochę uratował Pawła. Usiadł obok niej na zwalonym pniu. Rozmawiali o szkole, o tym, że autobus do Jeziory znów się psuje, o nauczycielu historii, który pachnie jak mokry płaszcz. W pewnym momencie Paweł poczuł, że jest dobrze. Naprawdę dobrze.
Potem ogień przygasł i zrobiło się chłodniej. Ktoś opowiedział historię o topielcu z jeziorka. Ktoś inny dorzucił, że dawniej w lesie między Łosicami a Jeziorami zaginęła dziewczyna i wróciła po trzech dniach boso, nie pamiętając niczego poza tym, że słyszała, jak ktoś woła ją po imieniu spomiędzy drzew.
— Bzdury — rzucił jeden z chłopaków.
— Mówisz tak tylko dlatego, że boisz się pierwszy iść do lasu — odpowiedziała Marta.
— A ty się nie boisz?
Marta wzruszyła ramionami.
— Las jest lasem. Ludzie są gorsi.
To zdanie zostało z Pawłem dłużej niż śmiechy i muzyka. Jeszcze bardziej utkwiło mu jednak coś innego. Kiedy odwrócił się do Szymka, zobaczył, że przyjaciel patrzy w mrok za wiatą. Nie na ognisko, nie na Martę. W ciemność. Jakby ktoś tam stał.
— Co jest? — zapytał cicho.
Szymek drgnął.
— Nic.
— Na co patrzysz?
— Wydawało mi się, że ktoś nas obserwuje.
— Kto?
Szymek uśmiechnął się krzywo.
— W Łosicach? Pewnie połowa miasta. Druga połowa plotkuje.
Ale nie brzmiał, jakby żartował.
Kiedy wracali nocą, las był inny niż zwykle. Cichszy. Paweł słyszał tylko własne kroki, trzask gałęzi i oddalający się śmiech tych, którzy zostali jeszcze przy wiacie. Szymek szedł obok, lecz milczał.
— Coś ci jest — powiedział Paweł.
— Czujesz to?
— Co?
— Jakby… — Szymek zawahał się. — Jakby ten las pamiętał.
Paweł prychnął, choć poczuł nieprzyjemny skurcz w karku.
— Pamiętał co?
— Nie wiem. Nas?
To było głupie, a jednak kiedy minęli pierwsze drzewa, Paweł przysiągłby, że usłyszał za sobą kroki. Nie swoje. Nie Szymka. Czyjeś trzecie. Odwrócił się gwałtownie.
Nikogo nie było.
Tylko las. I coś w tym lesie, czego nie chciał jeszcze nazwać.
W soboty Łosice pachniały pieczywem, spalinami autobusów i piwem rozlewającym się pod stołami u Karasia. Knajpka przy dworcu PKS miała dwa krzywe stoliki na zewnątrz, cztery wewnątrz i właściciela, który wyglądał, jakby urodził się już zmęczony. Karaś mówił niewiele, ale wiedział wszystko. Kto z kim chodzi, kto rzucił szkołę, kto ma długi i kto wraca nocami od strony lasu, choć nie powinien.
Paweł i Szymek siedzieli przy najdalszym stoliku z oranżadą, która dla niepoznaki wyglądała podejrzanie dorosło. Z sufitu zwisała mucha tak martwa, że aż godna szacunku.
— Jak zdać maturę, nie otwierając książki? — zapytał Szymek.
— Trzeba mieć charyzmę.
— A jak nie mam?
— To udawaj astmę.
— Piękny plan. Umrę jeszcze przed egzaminem.
Paweł uśmiechnął się, ale nie do końca. Od ogniska minęły dwa dni, a w nim coś zostało. Coś, czego nie potrafił strząsnąć. Te nocne kroki. To dziwne spojrzenie Szymka. Cisza lasu.
Do knajpki weszła Marta. Miała na sobie jasną koszulę, dżinsy i ten sposób chodzenia, który sprawiał, że nawet oblepiona muchami witryna wyglądała przy niej lepiej. Razem z nią przyszła kuzynka, Kaśka, głośna i chuda jak antena.
— O, poeci z rynku — rzuciła Marta. — Miejsce jest?
— Dla ciebie nawet moralnie wątpliwe — odpowiedział Szymek, odstawiając szklankę.
Usiadła naprzeciwko Pawła. Jej kolano przez sekundę dotknęło jego nogi pod stołem i chłopakowi wydało się, że zaraz umrze, ale z zupełnie innego powodu niż sugerował Szymek.
— Byliście wczoraj przy wiacie? — zapytała.
— Nie — odparł Paweł. — Czemu?
Marta spojrzała na Kaśkę. Kuzynka wzruszyła ramionami.
— Mów.
— Ktoś porozwieszał na deskach kawałki czerwonej wstążki — powiedziała Marta. — Tak jakby zaznaczał miejsce. Albo coś odganiał. Nie wiem. Głupio to wyglądało.
— Może ktoś miał wenę artystyczną — rzucił Szymek.
— W Jeziory nikt nie ma weny artystycznej — powiedziała Kaśka. — Co najwyżej wenę do kradzieży rowerów.
— Czerwone wstążki? — powtórzył Paweł.
Marta skinęła głową.
— I jeszcze było pełno błota, choć nie padało.
Przez chwilę nikt się nie odezwał. Karaś postawił na sąsiednim stoliku dwa piwa tak energicznie, że piana uciekła na blat. Z radia leciała jakaś smętna piosenka o miłości, której nikt nie słuchał.
— Chcecie wieczorem sprawdzić? — zapytał Szymek.
— Ty to byś wszedł nawet do trumny, gdyby ktoś powiedział, że w środku jest przygoda — mruknęła Marta.
— Zależy, czyja trumna. Jak dyrektora, to z radością.
Znów się roześmiali. Śmiech był łatwy, prosty, bardzo potrzebny. Ale Paweł widział, że Marta zerka na Szymka częściej niż na niego. To bolało głupio i młodo. Prawie był gotów powiedzieć coś złośliwego, kiedy przy stoliku pojawił się Karaś.
— Do lasu po ciemku nie łaźcie — powiedział, wycierając dłonie w ścierkę.
Szymek uniósł brew.
— A to czemu, panie Karasiu? Wilki?
— Gorsze.
— Kłusownicy?
Karaś spojrzał przez okno, jakby sprawdzał, czy nikt nie podsłuchuje.
— Za moich czasów też były ogniska, dziewuchy i głupie pomysły. I też się mówiło, że w lesie tylko drzewa. A potem zniknął chłopak.
— Jaki chłopak? — zapytał Paweł.
— Jeden taki. Dawno. Też z Łosic.
— Znalazł się?
Karaś poprawił ścierkę.
— To zależy, jak rozumiesz „znalazł się”.
Nie powiedział nic więcej. Odszedł do lady, zostawiając po sobie zapach papierosów i zsiadłego mleka.
— Uwielbiam takich dorosłych — mruknęła Kaśka. — Zawsze mówią jak zwiastun filmu.
— I nigdy nie dają konkretów — dodał Paweł.
Marta bawiła się łyżeczką.
— Moja babcia mówiła, że przy jeziorku dawniej było jakieś gospodarstwo. Spaliło się. Potem ktoś postawił wiatę. Ale podobno ziemia tam jest zła.
— Zła ziemia? — uśmiechnął się Szymek. — Brzmi jak dobra nazwa dla zespołu metalowego.
— Ty byś nawet z egzorcyzmu zrobił żart.
— Tylko na początku — odpowiedział.
Wieczorem jednak naprawdę poszli. Paweł miał ochotę zostać w domu i udawać ból brzucha, ale duma okazała się silniejsza. W dodatku była Marta. A gdy była Marta, mężczyzna stawał się gotów na wiele, nawet jeśli miał dopiero osiemnaście lat i zero rozsądku.
Wyszli we czwórkę: Paweł, Szymek, Marta i Kaśka. Droga do lasu była jeszcze jasna, ale niebo miało ten dziwny odcień, który sprawia, że wszystko wydaje się zatrzymane pół sekundy przed czymś złym. Po drodze minęli kapliczkę przy zakręcie i stary przystanek, na którym ktoś dopisał sprayem: ŁOSICE WITAJĄ ŻYWYCH.
— To chyba miało być śmieszne — powiedziała Kaśka.
— Udało się połowicznie — odparł Paweł.
W lesie było chłodno. Zbyt chłodno jak na sierpień. Kiedy dotarli do wiaty, zobaczyli wstążki. Czerwone paski materiału przywiązane do desek, gałęzi i słupka wbitego obok miejsca na ognisko. Poruszały się lekko na wietrze, choć między drzewami panował bezruch.
— Ktoś miał fantazję — powiedział Szymek, ale ciszej niż zwykle.
Marta podeszła bliżej.
— Widzicie? Mówiłam.
Paweł ukląkł przy ziemi. Błoto rzeczywiście było świeże, ciemne, lepkie. Był w nim odcisk buta. Jednego. Jakby ktoś chodził w kółko.
— To nie jest śmieszne — mruknął.
— No patrzcie — powiedziała nagle Kaśka. — Tam.
Przy skraju drzew wisiało coś jeszcze. Nie wstążka. Mały metalowy medalik na łańcuszku. Krzyżyk. Marta zdjęła go z gałęzi i pobladła.
— To moje — szepnęła. — Zgubiłam go w zeszłym roku.
— Może ktoś znalazł i zawiesił — powiedział Paweł, choć sam w to nie wierzył.
— Jasne — odparła Kaśka. — I czekał dwanaście miesięcy, aż przyjdziemy.
Szymek odsunął się od wiaty i spojrzał w stronę jeziorka.
— Słyszeliście?
Wszyscy zamilkli.
Z ciemności dobiegł plusk. Jeden. Potem drugi. Jakby ktoś wszedł do wody i zatrzymał się tuż przy brzegu. Paweł poczuł, że serce wali mu o żebra. Marta ścisnęła krzyżyk w dłoni tak mocno, że pobielały jej knykcie.
— Kto tam jest? — krzyknął Szymek.
Żadnej odpowiedzi.
Tylko kolejny plusk. I coś jeszcze. Cichy głos, tak niewyraźny, że Paweł najpierw pomyślał, że to wiatr.
A potem usłyszał własne imię.
— Paweł…
Marta spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.
— Ty też to słyszysz?
Kiwnął głową, niezdolny powiedzieć nic więcej.
Kaśka cofnęła się tak gwałtownie, że wpadła na słupek wiaty.
— Spadamy stąd. Natychmiast.
Nikt się nie sprzeciwiał. Ruszyli szybkim krokiem, potem biegiem. Gałęzie smagały ich po twarzach. Za plecami coś trzasnęło, jakby ktoś wybiegł za nimi z zarośli, ale kiedy Paweł obejrzał się przez ramię, zobaczył tylko mrok i czerwone wstążki migające między drzewami jak języki ognia.
Dopiero na skraju lasu zatrzymali się zdyszani.
— To był żart — powiedział Szymek zbyt szybko. — Ktoś nas nabiera.
— Ktoś zna moje imię — wyszeptał Paweł.
— Wszyscy w okolicy znają twoje imię.
— Ale tak… — urwał. Nie umiał wyjaśnić. Głos brzmiał tak, jakby wypowiedziała je woda.
Marta nie odzywała się przez dłuższą chwilę. Patrzyła na krzyżyk w swojej dłoni.
— Babcia mówiła, że niektóre miejsca coś oddają — powiedziała w końcu. — Ale nigdy za darmo.
— Świetnie — mruknęła Kaśka. — To ja wolę zwykłe miejsce z komarami.
Szymek próbował się uśmiechnąć.
— Jutro w południe wrócimy i zobaczymy, kto nas straszy.
— Jutro w południe ja będę w kościele — odparła Marta.
— Dobrowolnie?
— Po dzisiejszym? Bardzo.
Paweł spojrzał na przyjaciela. W świetle zachodzącego dnia twarz Szymka wydawała się dziwnie blada. Jakby chłopak nie tylko się przestraszył, ale też coś rozpoznał. Jakby to nie był pierwszy raz, gdy las go wołał.
Po tamtym wieczorze nic nie było normalne, chociaż wszyscy usiłowali udawać, że jest. W liceum śmierdziało kredą i mokrą szatnią, nauczycielka od polskiego mówiła o romantyzmie z miną kobiety, która sama dawno utraciła wszelkie złudzenia, a na przerwach chłopaki nadal przepychali się przy automacie z oranżadą. Tylko Paweł coraz częściej łapał się na tym, że nasłuchuje. Jakby spod zwykłych dźwięków miasta miało za chwilę przebić się coś jeszcze.
Szymek przez dwa dni nie przyszedł do szkoły. Trzeciego pojawił się spóźniony, w tej samej kurtce co zwykle, ale jakby w niej luźniejszy. Jakby trochę go ubyło.
— Co ci było? — zapytał Paweł po lekcjach.
— Nic.
— Wyglądasz jak własny kuzyn z pogrzebu.
— Dzięki. Ty też promieniejesz jak serdel z kiosku.
Paweł nie odpuszczał.
— Szymek, serio.
Przyjaciel wzruszył ramionami.
— Nie spałem.
— Przez trzy noce?
— Bywa.
Stali za szkołą, gdzie zwykle palili ci, którzy później udawali przed rodzicami, że to „dym z ogniska”. Boisko błyszczało od słońca, a zza ogrodzenia dobiegał gwar rynku. Nagle podeszła Marta. Sama.
— Mogę cię na chwilę? — zapytała Pawła.
Szymek uśmiechnął się blado.
— O, jak romantycznie. Idę umrzeć w godności.
— Nie dramatyzuj — rzuciła Marta, ale kiedy odszedł, spojrzała za nim z niepokojem.
— On jest dziwny — powiedziała.
— Zawsze był.
— Nie tak. W niedzielę widziałam go przy drodze do Jeziory. Stał przy lesie. Sam. Myślałam, że mnie nie zauważył, więc zawołałam. Nawet się nie odwrócił.
Paweł poczuł ukłucie zazdrości, zupełnie nie na miejscu.
— O której?
— Późno. Koło zmierzchu.
— Mówił mi, że siedział w domu.
Marta poprawiła włosy i przez sekundę wyglądała bardziej na przestraszoną niż piękną.
— Paweł… ty też słyszałeś wtedy ten głos, prawda?
— Tak.
— Babcia chce z tobą porozmawiać.
— Ze mną?
— Mówi, że jeśli las już raz zawołał, to nie skończy na jednym razie.
Paweł prychnąłby, gdyby nie fakt, że od dwóch nocy śniło mu się jeziorko. Zawsze tak samo. Ciemna woda, czerwona wstążka unosząca się na powierzchni i ktoś stojący pod wiatą plecami do niego. Kiedy we śnie podchodził bliżej, zawsze rozpoznawał własny krok na błocie, choć postać wciąż miała twarz ukrytą w cieniu.
— Dobra — powiedział. — Pójdę.
Jeziory były blisko, a jednak wydawały się innym światem. Mniej asfaltu, więcej kurzu. Więcej psów szczekających zza płotów, więcej starych kobiet siedzących na ławkach i patrzących na przechodniów tak, jakby każdy z nich niósł wiadomość z końca świata. Babcia Marty mieszkała w drewnianym domu z zielonymi okiennicami. W sieni pachniało suszonymi ziołami i czymś ostrzejszym — może spirytusem, może strachem.
Staruszka miała oczy jasne, czujne i dłonie tak cienkie, że wyglądały na zrobione z gałązek.
— Ty jesteś Paweł — powiedziała zamiast przywitania.
— Tak.
— Usiądź.
Usiadł przy stole przykrytym ceratą w winogrona. Marta stanęła obok pieca, objęła się rękami.
— Było wołanie? — zapytała babcia.
Paweł przełknął ślinę.
— Chyba tak.
— Nie „chyba”. Było albo nie było.
— Było.
Staruszka skinęła głową, jakby potwierdził coś, czego od dawna była pewna.
— To miejsce przy jeziorku jest złe od dawna. Dawniej stał tam dom. Mężczyzna mieszkał z synem. Syn utonął. Ojciec oszalał, wołał go nocami z brzegu, aż sam wszedł do wody. Potem spalili dom, ale ziemi nie da się spalić.
Marta westchnęła cicho, jakby słyszała to po raz setny.
— To tylko stara historia — powiedziała, ale bez przekonania.
— Stare historie żyją najdłużej — odparła babcia. Spojrzała znów na Pawła. — A twój kolega? Ten wysoki, co śmieje się za głośno?
— Szymek?
— On już słyszał wcześniej.
Paweł zamarł.
— Skąd pani wie?
— Bo niektórzy mają wokół siebie cień, choć słońce świeci prosto w twarz.
To brzmiało jak wiejski bełkot. Tak powinno zabrzmieć. A jednak Paweł przypomniał sobie, jak Szymek patrzył w ciemność przy wiacie, jak stał przy lesie, jak z dnia na dzień stawał się bledszy.
Kiedy wyszli z domu, Marta odprowadziła go do furtki.
— Nie patrz tak — powiedziała.
— Jak?
— Jakbyś miał zaraz uciec.
— Może powinienem.
— A uciekniesz?
Pokręcił głową.
— Nie.
Marta uśmiechnęła się słabo.
— To dobrze. Ja też nie.
Szli przez chwilę obok siebie drogą między polami. Słońce chyliło się ku zachodowi, kładąc na jej włosach miedziany blask. Paweł czuł, że powinien powiedzieć coś ważnego. O niej. O sobie. O tym, że kiedy się pojawia, wszystko nagle nabiera sensu i jednocześnie się komplikuje.
— Marta…
— Tak?
— Ja…
— O, nie — przerwała, śmiejąc się nagle. — Nie rób takiej miny. Taką minę robią albo samobójcy, albo poeci.
— A jeśli jestem jednym i drugim?
— To najpierw kup sobie porządny zeszyt.
Roześmiał się. Ona też. I właśnie wtedy zza zakrętu wyszedł Szymek.
Stał na środku drogi, jakby czekał nie wiadomo od kiedy. Na widok ich razem jego twarz stwardniała na sekundę, po czym rozjaśnił ją ten zwykły, trochę bezczelny uśmiech.
— No proszę — powiedział. — Wycieczka krajoznawcza.
— Nie śledź nas — rzuciła Marta.
— Ja? Nigdy. Po prostu droga jest wspólna.
— Tobie wszystko jest wspólne — mruknęła.
Szymek spojrzał na nią dziwnie. Ciepło i zimno naraz.
— To zależy od rzeczy.
Paweł poczuł, jak między nimi napina się niewidzialna linka. Niby nic. Niby zwykła młoda zazdrość. Ale coś w oczach Szymka nie było już zwyczajne.
— Idziesz? — zapytał Paweł.
Ruszyli razem w stronę Łosic. Marta została przy furtce. Gdy się obejrzał, nadal na nich patrzyła.
Przez pierwsze minuty Szymek milczał.
