Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Zjazd 2: druga część kryminalnej trylogii. Dalsze losy uczestników sławnego wilczyckiego Zjazdu 40-latków...ale tylko tych nielicznych którym udało się przeżyć. Czy jesteś pewien, że wszystko zostało wyjaśnione? Czy jesteś pewna że śmierć jest końcem wszystkiego? Pamiętaj jednak, że nic nie jest takim jakim się wydaje.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 152
Rok wydania: 2022
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
RedaktorMagdalena Habera
KorektorMagdalena Habera
Patronat MedialnyO książce przy kawie
Patronat MedialnyMoomy Bookstagram
Patronat MedialnyCzytaninka
© Paweł Janiszewski, 2025
Zjazd 2: druga część kryminalnej trylogii. Dalsze losy uczestników sławnego wilczyckiego Zjazdu 40-latków...ale tylko tych nielicznych którym udało się przeżyć. Czy jesteś pewien, że wszystko zostało wyjaśnione? Czy jesteś pewna że śmierć jest końcem wszystkiego? Pamiętaj jednak, że nic nie jest takim jakim się wydaje.
ISBN 978-83-8273-970-1
Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero
Wszystkie postaci i wydarzenia opisane w tej książce są fikcyjne, a ich ewentualna zbieżność z rzeczywistymi jest przypadkowa
Budynek krasnobrodzkiego sądu zupełnie nie pasował do urokliwego miejsca, w którym się znajdował. Szara, surowa bryła kontrastowała z pięknym kurortem pełnym pachnących drzew, czystej wody, zadbanych ławeczek wokół zabytkowych fontann i odremontowanych kamienic, a także letników, obecnie przyjeżdżających nawet wczesną wiosną. Przez to nawet latem w samo południe było tu dziwnie i strasznie zarazem.
Agnieszka nigdy nie lubiła tego miejsca, ale wiedziała, że nie ma wyjścia. Nie po tym, co się stało. Wydarzenia ostatnich dni całkowicie zmieniły jej na nowo uporządkowane życie. Gdy wydawało się, że wszystko zaczyna być stabilne i przewidywalne, nagle iluzja runęła niczym domek z kart. Agnieszka musiała wymiksować się z tej chorej sytuacji, jak najszybciej oczyścić z zarzutów, które za chwilę miał postawić jej stary, brzydki sędzia. Bezpieczeństwo jej synków było najważniejsze.
Wyglądała obłędnie. Rozpuszczone czarne włosy spadały na białą koszulową bluzkę z dość dużym dekoltem. Do tego obcisła ciemna spódnica, krótka, lecz stonowana, pokazująca jej ładne opalone nogi i nieziemsko zgrabny tyłek. Agnieszka doskonale wiedziała, jak się prezentuje, i że stary sędzia nie będzie mógł tego nie zauważyć. Obecnie żaden heteroseksualny facet by się jej oparł. I nie myliła się — gdy weszła do przestronnej sali na nieformalne przesłuchanie, wiedziała, że sędzia mimo podeszłego wieku na chwilę stał się młodym, napalonym mężczyzną. Kiedy jego oczy zabłysły pożądaniem, Agnieszka miała pewność, że osiągnęła swój cel. Stary mężczyzna nie mógł oderwać od niej wzroku i trudno było mu ugasić żar rozbudzonych fantazji. W ostatnim momencie, ocierając pot z czoła, zdobył się jednak na zachowawczy profesjonalizm. Wieloletnia surowość pozwoliła mu rozpocząć przesłuchanie.
— Nazwisko i imię.
— Nowak, Agnieszka.
— To teraz, a wcześniej?
— Mikulska Aga… To znaczy, Mikulska Agnieszka.
— Pseudonim?
— Czarna
— Czy jest pani świadoma praw i obowiązków wynikających z tego przesłuchania?
— Wysoki sądzie, ja… — Aga spojrzała krępemu, łysiejącemu sędziemu w oczy i zaraz tego pożałowała. Chłód i obrzydzenie to jedyne, co czuła do tego typa, obleśnego jak śmierdząca stara skarpeta jej byłego męża.
Mężczyzna przyglądał się Agnieszce bez wyrazu i kontynuował:
— Czy jest pani świadoma, że wszystko, co pani powie, może być użyte przeciwko pani?
Była świadoma. Wszystkiego. Że przez ostatnie pół roku pracowała jako księgowa w wilczyckiej mafii. Że Janek Jantar pomógł jej wyswobodzić się z toksycznego małżeństwa. Że miliony, które zarobiła, mogły przepaść przez jeden kretyński błąd.
Aga doskonale pamiętała, od czego zaczęła się cała ta sytuacja. Wcześniej była księgową w przetwórni warzywnej Pomidorek, niedaleko Krasnobrodu. To tam, podczas jednej z firmowych imprez, poznała Janka. I pod wpływem morza drinków postanowiła wyswobodzić się ze szponów brutalnego i prymitywnego męża.
Adam nie zawsze był taki. Kiedyś, gdy jej synowie byli jeszcze mali, nie pił tak dużo i nie bił Agnieszki. Wtedy pojawiał się w ich domu jako gość, a Agnieszka nie mogła się doczekać, aż przyjedzie i weźmie ją w swe silne ramiona. Kochali się często i bardzo namiętnie. Wtedy wszystko było proste i zdawać by się mogło, że myśląc o przyszłości, oboje patrzyli w tym samym kierunku. Że widzieli budowę ich wymarzonego domu, wychowanie małych dzieci. W tamtym pięknym czasie Aga też była całkiem inna — czuła i delikatna, a zarazem ponętna i uwodzicielska, łącząca cechy przykładnej żony i wymarzonej kochanki.
Ale to było kiedyś. Z pozoru niedawno, a jednak całe wieki temu. Adama zwolnili z Trans-Pomu. Agnieszka musiała utrzymywać całą rodzinę. Kiedyś bardzo go kochała, ale potem zamiast ich romantycznych rozmów zaczął wybierać wódkę. I zaczął po pijaku bić żonę. Początkowo go tłumaczyła, że to przez stres po utracie pracy. Z czasem przestała nadążać z maskowaniem siniaków ubraniami czy mocnym makijażem. W końcu, kiedy pobił ją na oczach jej małych synów, Agnieszka wiedziała, że musi coś zmienić. Być silna dla siebie i dzieci. Jak najszybciej wydostać się z toksycznej relacji z Adamem. Stała się więc Czarną — bezwzględną, przebiegłą karierowiczką, piękną i uwodzicielską. Realizującą coraz to nowe cele i marzenia. Choć po odwyku Adam próbował się zmienić, nic nie było już takie jak wcześniej.
Tej nocy, gdy poznała Janka Jantara, uświadomiła sobie, że nie wszystko jeszcze stracone. Że może jeszcze zmienić swe życie. Kiedy zaproponował jej posadę głównej księgowej w swojej firmie i zarobki trzy razy wyższe niż w Pomidorku, nie zastanawiała się długo. Chętnie przyjęła jego propozycję.
— Pani Agnieszko, jak doszło do tego, że 15 maja bieżącego roku zabiła pani pana Janka Jantara?
— Normalnie — Czarna spojrzała na sędziego z odrazą. — Wzięłam młotek i walnęłam go w łeb. Co tu jeszcze wyjaśniać?
Jeśli czytasz ten list, to znaczy, że już nie żyję. I gówno mnie to interesuje, czy mi wierzysz, czy nie. Tak, wiem, już raz sfingowałem swoją śmierć. Chciałbym, żeby teraz było podobnie. Nic w moim stosunku do Ciebie się nie zmieniło. Wkurwiasz mnie nie mniej niż wtedy, gdy się pierwszy raz ze sobą spotkaliśmy, ale nie zmienia to faktu, że nie mam wyjścia i muszę Ci tym razem zaufać. Gdy będziesz to czytać, mnie już nie będzie, ale moja żona Basia i córka Karolinka muszą być w końcu bezpieczne. I tylko na tym mi teraz zależy. Oprócz tego listu dostaniesz ode mnie dokumentację, która wyjaśni Ci w końcu, dlaczego zginęło tylu ludzi. Dobrych i złych. Zginęli tacy jak uczciwy, choć trochę upierdliwy dziennikarz Adaś Marecki, piękna, choć rozwydrzona Monika Tokarzewska, a nawet nasz bufonek Aneta Czaruś. Tak, dobrze czytasz, nasza prezes banku CBE również nie żyje. Istny pogrom czterdziestolatków. Zginęli też moi rzekomi przyjaciele, jeszcze gorsi ode mnie. Nie ma już Miśka Leruka, który był największym złem chodzącym po wilczyckiej ziemi. Nie ma Samuraja ani nawet Piotrka Ładnego.
I to nie moja Basia za tym wszystkim stoi. Nawet nie do końca Bruno. Przejrzyj papiery, a wszystko Ci się rozjaśni. Za chwilę będziesz wiedziała. Lecz pamiętaj, wszystko ma swoją cenę. A wiem, że tylko Ty jesteś w stanie zagwarantować bezpieczeństwo mojej ukochanej Basi i jedynej córki.
Basia jest najważniejsza. Ja już zrobiłem swoje. Teraz Twoja kolej. Nie masz wiele czasu.
Nie żegnam się.
Znienawidzony przez Ciebie
Janek Jantar
Jola Potocka sięgnęła do małej, imitującej szafkę lodówki przy biurku i wyjęła z niej schłodzone prosecco. Szybko napełniła kieliszek i opróżniła go duszkiem. Potem znów polała sobie hojnie, lecz tym razem zwilżyła tylko usta.
Była dobrą adwokatką. Lepszą od zmarłego poprzednika mecenasa Kowala, który parę lat temu wygryzł prowadzenie szemranych interesów Miśka Leruka. Największą zaletą Kowala była jego piękna i pyskata żona, Agnieszka Prus — bardzo spodobała się Lerukowi, któremu Jolka zwyczajnie się znudziła. Agnieszka jako jedna z nielicznych odmówiła mu romansu czy chociażby niezobowiązującego seksu, a Jola zachowała się bardzo profesjonalnie — zresztą jak zwykle. Nie dała znać, że jej kobiecość została zraniona raz na zawsze. Owszem, Potocka wiedziała, że jej kolega ze szkolnej ławki jest typem babiarza i nigdy nie przepuścił żadnej kobiecie w Wilczycach. A jednak nawet ona, zimna i wyrachowana, nie potrafiła mu się oprzeć. Zresztą, z jej zaginioną — a jak się przed chwilą dowiedziała, zmarłą — koleżanką, Anetą Czaruś, było podobnie. Leruk przyciągał kobiety jak magnes i mimo że wszystkie wiedziały, że jest czystym złem w ludzkiej skórze, nic na to nie mogły poradzić. Inni faceci zwyczajnie się go bali, ale płci pięknej jego siła imponowała.
Jola przestała czytać i spojrzała na swego gościa.
— Jesteś pewien, że mam to przekazać? — zapytała Jolka, upijając kolejny łyk prosecco.
— Jestem wszystkiego pewien — odparł Janek Jantar. — Wtedy nie będzie wyjścia.
— Ale wszystko wyjdzie na jaw. Wszystkie wasze brudne interesy. Nic i nikt tego już nie przykryje.
Janek westchnął.
— W dupie to mam. Zresztą, wtedy mnie już nie będzie, a Basia z córką będą daleko od tego całego szamba.
— No tak… — Umilkła na moment. — Napijesz się, Jasiu? Prosecco? Wódka? Twoje ulubione piwko?
— Nie, pani mecenas. Nie tym razem. Muszę wszystko podopinać. Robi się naprawdę gorąco.
— To może zapalisz. Maria czy czerwone męskie papieroski?
— Nie piję ani nie palę — oznajmił dumnie.
— Kurwa, że co? — Przecież Janek słynął z tego, że lubił imprezować wcale nie mniej od świętej pamięci Leruka czy zaszytej w swojej kancelarii Joli. — Taki pijaczyna jak ty rzucił picie? I jaranie? Może jeszcze mi powiesz, że nie przypalasz zielonego ani nie bzykasz.
— Nie piję. Nie palę. Nie przypalam. A moje życie seksualne nie powinno cię obchodzić — odparł Janek cynicznie, patrząc Jolce w oczy.
— A coś ty taki święty się raptem zrobił? Świętszy od papieża, kurwa.
— Zacząłem o siebie dbać. Trochę biegam.
— Tak, kurwa, biegam. — Jolka również pozwoliła sobie na złośliwość. — Chyba za tą Agnieszką Nowak, bo twoja Basia jest ostatnio zajęta Brunem.
— Daj spokój. Basia… Basia tylko załatwia z Brunem interesy, a ja z Czarną… Znaczy, z Agnieszką. Ona jest tylko moją księgową.
— Dobra, dobra — odparła zadowolona z siebie Jola. — Naprawdę, Jasiu, w dupie to mam.
Nigdy go nie lubiła. Nawet wtedy, gdy w szkolnej szatni przyłapał ją na szybkim seksie z Miśkiem Lerukiem, a potem dotrzymał słowa i nigdy nikomu o tym nie powiedział. Jednak jej uczucia liczyły się teraz najmniej. Czy go lubiła, czy nie — to nie miało żadnego znaczenia. W końcu była pełną profesjonalistką. Oboje o tym wiedzieli.
Janek zaś z jednej strony był szczęśliwy, bo wiedział, że jeśli jego plan się nie sprawdzi to tym razem naprawdę zginie. To jego Basia będzie teraz naprawdę bezpieczna. Testament oby nigdy mu nie był potrzebny.
Testament był tym razem na wszelki wypadek.
Janek nie wiedział, że tym razem był w błędzie.
Nie wszystko można sobie zaplanować.
Nic nie jest takim, jakim się wydaje.
Janek po powrocie do Krasnobrodu bardzo się zmienił.
Na początku Basia była zachwycona: w końcu stał się troskliwym mężem i ojcem. Z włóczykija przeobraził się w prawdziwego domatora. Praktycznie zrezygnował z wałęsania się z kolegami i chyba całkiem przestał pić. Wcześniej w jednej ręce miał albo staffa, albo mocnego papierosa, a w drugiej butelkę z piwem czy jakimś mocniejszym trunkiem. Teraz, na stare lata, zaczął zdrowo się odżywiać i całymi dniami spacerować. Po miesiącu kondycja i waga na tyle mu się poprawiły, że każdy dzień rozpoczynał kilkukilometrowym biegiem, a kończył siłownią, parogodzinnym spacerem i seksem.
To wszystko było naprawdę miłe — do czasu. Janek zawsze lubił przesadzać. Ich córka, Karolinka, z początku nie mogła nadziwić się, że ojciec zawsze ma dla niej czas, ale codzienne zabawy, odrabianie lekcji i rozmowy szybko ją znużyły. Janek zaczął ingerować w jej życie, prowadzić selekcję jej przyjaciół, a zwłaszcza kolegów, co nastolatce niekoniecznie się podobało. Z Basią było podobnie. Janek co prawda nie pachniał już piwem, whisky, trawą czy tytoniem, tylko świeżością, ale ciągle wszystkiego było mu mało. Doszło nawet do tego, że zaczął czepiać się nawyków żony. „Kotek, czy nie możesz trochę mniej pić? Prosecco i białe wino w takiej ilości na pewno ci nie służą… Czy musisz palić te miętowe papierosy? Popsujesz sobie cerę, Basiu…”. Nie mogła już tego znieść. Jej mąż stawał się coraz bardziej upierdliwy.
Zaczęła częściej wyjeżdżać. Doskwierała jej też samotność. W końcu minęło trochę czasu, odkąd musiała zerwać kontakt z Kaśką Obrasiuk — zakochaną w niej anestezjolożką, która wysłała do wiecznych snów byłą najlepszą przyjaciółkę i kochankę Basi, Monikę Tokarzewską. Baśka nigdy nie miała problemu ze znajdowaniem kolejnych partnerów czy to do łóżka, czy do zwierzeń — i dotyczyło to zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Ale po tym, co wyprawiał jej mąż, nawet i na nowe romanse nie miała ochoty. Gdy Janek odstawił wszystkie odżywki, schudł i znacznie poprawił kondycję, usiłował kochać się z Basią najpierw codziennie, a potem kilka razy w ciągu dnia. Nigdzie nie mogła czuć się bezpieczna. Wiedziała, że mąż ją bardzo kocha, ale tego było już za wiele. Nie po to zdobyła władzę i wpływy, żeby teraz stać się zwykłą kurą domową i dziwką.
Kolejnego wieczoru Janek wrócił naładowany energią po długim spacerze, a zaraz potem poszedł na dłuższą chwilę do domowej siłowni. Basia miała już obmyślony plan działania. Kiedy jej mąż w końcu pojawił się w sypialni, był szczęśliwy, spocony i bardzo chętny.
— Kochanie, weźmiemy razem prysznic? — zamruczał Janek, patrząc na nią płomiennie.
— Weź się ode mnie odczep — odparła, wypijając duszkiem pół drinka.
— Powinnaś mniej pić, a więcej się ruszać, kotku.
— Janek, możesz się odpieprzyć? — wybuchła. — Ja nie mam dwudziestu lat ani trzydziestu. Przecież rano się kochaliśmy.
Jej mąż był jakby w amoku i wcale jej już nie słuchał. Poszedł pod prysznic i, podśpiewując głośno, włączył swoją ulubioną muzykę z lat dziewięćdziesiątych. Młody Muniek z pewnej znanej rockowej kapeli śpiewał ostro, a wraz z nim Janek, straszliwie fałszując. Basia dopiła drinka i poszła do kuchni zrobić sobie kolejnego. Karola na szczęście dzisiaj spała u koleżanki — też miała dość nadopiekuńczego ojca.
Wracając do sypialni, zaczęła zastanawiać się, jakie instrukcje ma powierzyć jutro Brunowi. Spodziewali się w przyszłym tygodniu dużej dostawy towaru z Meksyku i musieli być do niej doskonale przygotowani. Basia podziwiała Bruna. Młody, świeży, z dziecięcą urodą a jednocześnie bardzo męski i poukładany. I, co najważniejsze, choć Basia czuła, że mu się podoba, tak jak większości facetów w różnym wieku, Bruno miał tę przewagę, że nie był ani napastliwy, ani zaborczy. Był i słuchał. Tylko tyle i aż tyle. Nie patrzył na nią tak jak większość mężczyzn, śliniąc się i marząc, by jak najszybciej ją posiąść. Był czuły, a jednocześnie cholernie męski. A jej własny mąż zaczynał przypominać wszystkich tych napaleńców, których spotykała przez całe życie i miała zwyczajnie dosyć.
— To co, maleńka, pokochamy się tak szybciutko?
Wilgotny szept rozległ się tuż przy jej uchu. Nawet nie zauważyła, jak Janek wyszedł z łazienki i wślizgnął się do ich łóżka.
— Przestań. Jestem zmęczona, boli mnie głowa. Jutro, okej?
— Tak cię pragnę… — nie dawał za wygraną. — Nie możemy choć chwilkę?
Basia poczuła przywierającą do jej łona męskość.
— Janek — warknęła ostrzegawczo. — Przestań.
Zupełnie ignorował protesty. Pocałował ją w szyję, a jego dłoń zsunęła się na jej pośladki.
— Tylko trochę — zamruczał. — Będę delikatny.
I wtedy stało się coś, czego nawet sama Basia nie mogła przewidzieć. Wzięła do ręki nóż japoński, którym godzinę temu obierała cytrusy do drinków, a który zapomniała schować. Przyłożyła ostrze do szyi męża.
— Jeszcze raz spróbujesz, to cię zabiję — syknęła wściekle.
Janek spojrzał jej w oczy i wiedział, że nie żartuje.
Janek długo nie mógł usnąć.
Bardzo mocno kochał Basię, ale zaczął zastanawiać się, czy naprawdę mogłaby… Nie, to przecież niemożliwe. Basia? Jego piękna, delikatna żona? Przecież była taka wrażliwa, kochana…
Może i tak, ale przecież plan pozbycia się Miśka Leruka i Tomka Krzyka, — starej gwardii wilczyckiej mafii, jego szkolnych kolegów — wymyśliła właśnie ona. Po sławetnym zjeździe czterdziestolatków latem ubiegłego roku zginęło mnóstwo ludzi. Dziennikarz wilczycki Adaś Marecki, ponętna i wszechwiedząca prezes banku Aneta Czaruś… Przecież Samuraj, który za wszystkim stał, wykonywał tylko polecenia. A na koniec i tak to on za wszystko zapłacił. Piotrek Ładny i Samuraj, czyli Piotrek Ciedziowski, byli najbliższymi przyjaciółmi — chociaż może lepiej pasowałoby określenie „partnerami w interesach” nowego układu sił zaakceptowanego przez starego szefa wszystkich szefów — ukraińskiego oligarchy, mecenasa Wołodii. To on w nowym układzie sił pozostawił na straży Bruna, swojego zaufanego człowieka, który co prawda miał bezpośrednio podlegać jego Basi, a więc de facto i Jankowi. Jednak to ukraiński mecenas pociągał za sznurki i wszystkimi rządził. Basia była tylko jego kolejnym, aczkolwiek bardzo pięknym narzędziem. Janek zresztą tak samo… Jednak pomysły poszczególnych morderstw nie wyszły od mecenasa, tylko od Basi. Jego kochanej żony. I mimo że fizycznie Basia nigdy nikogo nie skrzywdziła, to miała krew na swoich delikatnych rękach.
Czy naprawdę mógł wczoraj zginąć? Wolał nigdy się tego nie dowiedzieć. Po północy wreszcie padł i zasnął mocnym snem. Śnił mu się zakrwawiony Misiek Leruk, później jeszcze stare brudne sprawy z lat dziewięćdziesiątych.
Obudził się po szóstej rano cały zlany potem. Spojrzał na wciąż śpiącą Basię. Wyglądała tak słodko, tak delikatnie… Nie, na pewno żartowała i nie mogłaby go zabić. Była przecież taka dobra… Patrząc na ponętne ciało swojej żony, Janek od razu poczuł pożądanie. Dwadzieścia lat po ślubie, a nadal wystarczyło, że na nią spojrzał, i zawsze mu stawał, czy tego chciał, czy nie. Nieważne, co miała na sobie i czy dopisywał jej humor — zawsze go podniecała. Zawsze. Jednak przypomniawszy sobie wczorajsze nieudane zaloty, zaniechał prób porannego kochania.
„Jeszcze za mną zatęsknisz”, pomyślał.
Oczywiście zdawał sobie sprawę, że jak zwykle po paru dniach sam wróci do niej z podkulonym ogonem. Tak było nawet zanim odstawił alkohol i inne używki.
Poszedł do ich ogromnej łazienki i wziął szybki prysznic przy akompaniamencie polskiego rocka z lat dziewięćdziesiątych. Później, nie chcąc budzić Basi, pobiegł kupić ciepłe bułeczki, a śniadanie postanowił zjeść dopiero po porannym treningu. Nie spodziewał się, że wkrótce coś zaburzy jego poranne plany.
