Morderca jest wśród nas - Lucy Foley - ebook

72 osoby właśnie czytają

Opis

Grupa przyjaciół spędza przerwę świąteczną w luksusowej chacie myśliwskiej na odludziu. Największe od dziesięcioleci opady śniegu sprawiają, że zostają odcięci od świata.
Zabawa trwa w najlepsze. Do momentu, gdy jedno z nich zostaje znalezione martwe.

Dziewięcioro przyjaciół, jeden morderca.

To miała być tylko zabawa. Teraz jedno z nich nie żyje, a zbrodnię mógł popełnić ktoś z ich grona.
Albo ktoś, kto ich obserwuje…
Komu można ufać, a kto jest mordercą?

Mówi się, że przyjaciół należy trzymać blisko, a wrogów jeszcze bliżej. Ale czy na pewno?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 381

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla AC, mojego wspólnika zbrodni

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czy przyjaciela z dawnych lat

W niepamięć puścić mam? [1]

 

 

 

[1] Fragment tradycyjnej szkockiej pieśni ludowej, Auld Lang Syne, którą w krajach anglosaskich śpiewa się w sylwestra. Autorem słów jest poeta Robert Burns (wszystkie przypisy, o ile nie zaznaczono inaczej, pochodzą od tłumaczki).

 

TERAZ

2 STYCZNIA 2019 ROKU

 

HEATHER

 

 

 

 

Widzę mężczyznę, który w śnieżnej zawierusze idzie w moją stronę. Z oddali, przez zasłonę bieli, nie wygląda jak człowiek, a jak cień.

Gdy podchodzi bliżej, poznaję, że to Doug, nasz łowczy.

Śpieszy się do chaty myśliwskiej, próbuje biec. Ale śnieg na ziemi i w powietrzu mu to utrudniają. Potyka się z każdym krokiem. Coś złego się stało. Wiem, nie musząc nawet patrzyć na jego twarz.

Kiedy podchodzi bliżej, widzę malujący się na jego obliczu szok. Znam tę minę. Widziałam ją już wcześniej. Taką minę ma ktoś, kto zobaczył coś przerażającego, co wykracza ponad normalne ludzkie doświadczenia.

Otwieram przed nim drzwi chaty myśliwskiej i wpuszczam go do środka. Wraz z nim do wnętrza dostaje się podmuch lodowatego powietrza i śniegu.

– Co się stało? – pytam.

Następuje chwila – długa chwila – w której próbuje złapać oddech. Ale już wtedy jego oczy bez słów wyrażają zgrozę.

W końcu się odzywa.

– Znalazłem zaginionego gościa.

– To świetnie – odpowiadam. – Gdzie…

Kręci głową, a ja czuję zamierające na moich ustach pytanie.

– Znalazłem zwłoki.

 

TRZYDNI WCZEŚNIEJ

30 GRUDNIA 2018 ROKU

 

EMMA

 

 

 

 

Nowy Rok. Wszyscy razem po raz pierwszy od wieków. Ja i Mark, Miranda i Julien, Nick i Bo, Samira i Giles oraz ich sześciomiesięczna córeczka Priya. I Katie.

Cztery dni w zaśnieżonej dziczy szkockich Highlandów. W Loch Corrin. Bardzo ekskluzywne miejsce: przyjmują tylko cztery grupy gości na rok, a przez resztę czasu jest do dyspozycji właścicieli. Ta pora roku, jak nietrudno się domyślić, cieszy się największym powodzeniem. Musiałam zarezerwować pobyt właściwie tuż po sylwestrze poprzedniego roku, kiedy tylko zaczęto przyjmować nowe zgłoszenia. Kobieta, z którą rozmawiałam, zapewniła mnie, że ponieważ nasza grupa zajmie większość miejsc sypialnych, będziemy mieć posiadłość tylko dla siebie.

Raz jeszcze wyciągam z torby broszurę reklamową. Gruby karton, drogi druk. Przedstawia otoczone świerkami jezioro, z czerwonymi od wrzosów wzgórzami w tle. Teraz będą pewnie pokryte śniegiem. Zgodnie z tym, co widać na zdjęciach i co jest tam napisane, chata myśliwska, nazwana nową chatą myśliwską, jest wysoce nowoczesną konstrukcją ze szkła, zaprojektowaną przez znakomitego architekta, który niedawno zbudował pawilon letni przy Serpentine Gallery[2]. Wydaje mi się, że w zamyśle twórcy dom miał się gładko stapiać ze spokojnymi wodami jeziora i odbijać otoczenie oraz ostre krawędzie Munro[3] w tle.

W pobliżu chaty myśliwskiej dostrzec można małe domki zdominowane rozmiarem górującego nad nimi szczytu, które wyglądają tak, jakby tuliły się do siebie, by się ogrzać. To nasze kwatery – jedna na parę – ale na posiłki będziemy się zbierać w przestronnym, położonym w samym centrum głównym budynku. Nie licząc „highlandzkiej kolacji” pierwszego wieczoru – prezentacji lokalnych produktów sezonowych – będziemy sami dla siebie gotować. Zobowiązali się zrobić dla nas zakupy. Z wyprzedzeniem wysłałam im długą listę produktów – świeże trufle, foie gras, ostrygi. Mam w planach prawdziwą sylwestrową ucztę, na którą bardzo się cieszę. Jedzenie jednoczy ludzi, prawda?

 

 

Ta część podróży jest wyjątkowo spektakularna. Po jednej stronie mamy morze i co jakiś czas pociąg gwałtownie zmienia kierunek, przez co można odnieść wrażenie, że wystarczy jeden fałszywy ruch, byśmy wypadli z torów wprost do wody. Woda jest stalowoszara i groźna. Owce na polu na klifie tulą się do siebie dla ciepła. Słychać wiatr: od czasu do czasu odbija się od szyb, potrząsając pociągiem.

Wszyscy chyba śpią, nawet małą Priya. Giles wręcz chrapie.

„Patrzcie – mam ochotę wołać – patrzcie, jak pięknie!” Zaplanowałam tę wycieczkę, więc w pewnym sensie czuję się za nią odpowiedzialna i martwię się, czy wszyscy będą się dobrze bawić, czy wszystko się uda. Ale towarzyszy temu także poczucie dumy z małych sukcesów tego wyjazdu – na przykład dzikiego piękna przyrody za szybą.

Nie dziwi mnie, że śpią. Wstaliśmy bladym świtem, żeby zdążyć na pociąg – Miranda była z tego szczególnie niezadowolona. A potem wszyscy zaczęli pić. Mark, Giles i Julien zrobili zakupy w pociągowym barku z alkoholem w okolicach Doncaster, mimo że była dopiero jedenasta. Upili się na wesoło, zrobili czuli i głośni (pasażerowie siedzący obok nas nie wyglądali na szczęśliwych). Jakimś sposobem, bez względu na to, ile czasu minęło, odkąd ostatnio się widzieli, łatwo odżywa w nich dawna swoboda i przyjaźń, zwłaszcza jeśli mogą sobie pomóc kilkoma piwami.

Nick i jego amerykański chłopak imieniem Bo nie należą do tego męskiego klubu, ponieważ Nick nie był jego częścią w Oksfordzie… choć Katie kiedyś wspominała, że jest w tym coś więcej, jakieś niewypowiedziane, homofobiczne uprzedzenia. Nick jest przede wszystkim przyjacielem Katie. Czasem mam wyraźne wrażenie, że nieszczególnie za nami przepada i że toleruje nas tylko i wyłącznie ze względu na nią. Zawsze wyczuwałam pewien chłód pomiędzy Nickiem i Mirandą, pewnie dlatego, że oboje mają takie silne charaktery. A mimo to dziś rano zachowywali się jak para najbliższych przyjaciół i ramię w ramię przemaszerowali przez halę dworca, aby kupić „prowiant” na podróż. Okazało się, że była nim doskonale schłodzona butelka Sancerre, którą Nick wyciągnął z torby termicznej, wzbudzając tym nieco zazdrosne spojrzenia pijących piwo.

– Chciał kupić kilka puszek gotowego ginu z tonikiem, ale mu na to nie pozwoliłam – oznajmiła nam Miranda. – Musimy zacząć z klasą, jeśli tak mamy skończyć.

Miranda, Nick, Bo i ja napiliśmy się trochę wina. Nawet Samira postanowiła się skusić:

– Istnieją nowe badania, dowodzące, że jednak w trakcie karmienia można pić.

Katie na początku pokręciła głową – miała ze sobą butelkę wody gazowanej.

– Daj spokój, Katie – prosiła ją Miranda, uśmiechając się ujmująco i podając jej kieliszek. – Mamy wolne! – Trudno czegokolwiek odmówić Mirandzie, kiedy próbuje cię do czegoś przekonać, więc Katie oczywiście wzięła wino i upiła niewielki łyczek.

 

 

Alkohol pomógł nieco rozluźnić atmosferę. Kiedy wsiedliśmy do pociągu, wynikło małe zamieszanie z biletami. Wszyscy byli zmęczeni, zdenerwowani i choć starali się zaradzić sytuacji, słabo im to wychodziło. Okazało się, że jedno z dziewięciu miejsc na zrobionej przeze mnie rezerwacji w jakiś sposób znalazło się w innym wagonie. Pociąg, jak to przed sylwestrem, był wypełniony po ostatni fotel i nie mieliśmy możliwości dokonać żadnej zamiany.

– Wiadomo, że to pojedyncze jest moje – powiedziała Katie. Jest w naszej grupie tak zwanym piątym kołem u wozu, bo nie ma partnera. Można by wręcz powiedzieć, że ostatnimi czasy stała się większym intruzem niż ja.

– Och, Katie – powiedziałam. – Bardzo cię przepraszam. Jestem idiotką. Nie wiem, jak to się stało. Byłam przekonana, że zarezerwowałam wszystkie miejsca właśnie po to, żeby nas nie rozdzielono. To musiał być jakiś błąd w systemie. Chodź, usiądź ze wszystkimi, a ja się przeniosę.

– Nie – odpowiedziała, niezręcznie ściągając swoją walizkę z półki nad głowami pasażerów usadowionych na swoich miejscach. – To przecież bez sensu. Nie przeszkadza mi to.

Ton jej głosu sugerował co innego. Na litość boską, pomyślałam, przecież to tylkopodróżpociągiem. Czy to ma aż takie znaczenie?

Pozostałe osiem siedzeń, zwróconych do siebie, znajdowało się wokół dwóch stoliczków w środkowej części wagonu. Zaraz za nami siedziała starsza kobieta oraz nastolatek z licznymi kolczykami na twarzy. Podróżowali oddzielnie. Już myślałam, że nie uda się nam nic zrobić, gdy Miranda nachyliła się do kobiety, zarzucając kurtynę swoich złotych blond włosów, i włączyła swój powalający urok. Widziałam, że staruszka jest nią oczarowana: urodą, wyrazistym, arystokratycznym akcentem. Miranda, kiedy zechce, potrafi roztoczyć wokół siebie prawdziwie magiczną aurę. Każdy, kto ją zna, kiedyś tego doświadczył.

Oczywiście pasażerka przesiadła się bez słowa sprzeciwu, mówiąc nawet, że w sąsiednim wagonie na pewno będzie ciszej.

– Bawcie się, młodzi. – Choć żadne z nas nie jest już takie młode. – Zresztą i tak wolę siedzieć przodem do kierunku jazdy.

– Dzięki, Mando – powiedziała Katie, przelotnie się uśmiechając. (Ton jej głosu zdradzał wdzięczność, ale mina mówiła co innego). Katie i Miranda są najlepszymi przyjaciółkami sprzed lat. Wiem, że ostatnimi czasy nie widywały się tak często: Miranda mówi, że Katie ma dużo pracy. A ponieważ życie Samiry i Gilesa kręci się teraz wokół dziecka, Miranda i ja spędzamy ze sobą zdecydowanie więcej czasu. Chodzimy na zakupy i na drinka. Umawiamy się na plotki. Zaczęłam nabierać poczucia, że wreszcie mnie postrzega jako prawdziwą przyjaciółkę, a nie tylko dziewczynę Marka, która pojawiła się w ich grupie niemal dekadę później niż pozostali.

Katie zawsze stała wyżej niż ja. Ona i Miranda są ze sobą bardzo zżyte. Do tego stopnia, że bardziej traktują się jak siostry niż przyjaciółki. W przeszłości czułam się wykluczona przez tę bliskość i historię. Nie pozostawiały miejsca na żadną nową więź. W głębi ducha jestem więc z tego wszystkiego bardzo zadowolona.

 

 

Bardzo chcę, żeby przez najbliższych kilka dni wszyscy dobrze się bawili i żeby wspólny wypad okazał się wielkim sukcesem. Sylwestrowy wyjazd to w tym gronie poważna sprawa. Wyjeżdżali razem co roku, na długo zanim się wśród nich pojawiłam. I chyba w pewnym sensie organizacja tego wyjazdu jest desperacką próbą udowodnienia, że naprawdę jestem jedną z nich. Próbą powiedzenia im, że w końcu powinni mnie uznać za pełnoprawną członkinię ich paczki. Ktoś mógłby pomyśleć, że trzy lata – bo tyle właśnie minęło, odkąd Mark i ja zaczęliśmy się spotykać – by na to wystarczyły. Ale nie. Ich przyjaźń sięga zamierzchłych czasów – studiów na Oksfordzie.

To nie takie proste – każdy, kto kiedykolwiek znalazł się w podobnej sytuacji, na pewno wie, jak to jest na samym końcu dołączyć do grupy starych znajomych. Mam wrażenie, że zawsze już będę tą nową, bez względu na to, ile upłynie lat. Zawsze będę tą ostatnią, intruzem.

Raz jeszcze spoglądam na broszurę, którą mam na kolanach. Może ten tak starannie zaplanowany wyjazd coś zmieni. Udowodni, że jestem jedną z nich. Nie mogę się doczekać.

 

 

 

[2] Wielofunkcyjny pawilon letni w ogrodach Serpentine Gallery w Londynie, służący jako scena i kawiarnia, zmienia się co roku i za każdym razem projektowany jest przez innego światowej klasy architekta. Propozycja konstrukcji pawilonu jest wielkim wyróżnieniem dla twórcy.

[3] Munro – jeden z 283 szczytów w Szkocji, przekraczających wysokość 3000 stóp (914,4 metra). Ich listę sporządził w 1891 roku sir Thomas Munro.

 

KATIE

 

 

 

 

W końcu dojechaliśmy na miejsce. A mimo to czuję nagłą tęsknotę za miastem. Mogłabym być nawet przy swoim biurku w pracy. Stacyjka w Loch Corrin jest wręcz śmiesznie mała. To właściwie sam peron, za którym znajduje się pokryte stalową szarością zbocze góry, której szczyt niknie w chmurach. Znak z logo kolei państwowych wygląda jak żart. Peron pokrywa cienka warstwa białego śniegu, na którym nie ma ani jednego odcisku buta. Myślę o śniegu w Londynie – o tym, jak robi się brudny niemal zaraz po tym, jak spadnie na ziemię, zdeptany przez tysiące stóp. To doskonały dowód na to, jak daleko od miasta się zapuściliśmy – nikt tędy nie chodzi i nikt tu nie odśnieża. Chyba nie jesteśmy już w Kansas, Toto[4]. Pokonaliśmy pociągiem nieskończone kilometry dzikich krajobrazów. Nie pamiętam, kiedy ostatnim razem mijaliśmy jakieś zabudowania, nim tu dojechaliśmy, o człowieku nie wspominając.

Energicznym krokiem idziemy po zamarzniętym peronie – spod warstwy śniegu przebija lód – za maleńki budynek stacji. Wygląda na całkowicie opuszczony. Zastanawiam się, jak często używana jest poczekalnia, oznaczona szyldem, w której środku widać półki z książkami. Mijamy małe pomieszczenie za brudną szybą – to kasa biletowa albo maleńkie biuro. Zaglądam do środka zafascynowana pomysłem posiadania biura pośrodku niczego i podskakuję zlękniona, gdy zdaję sobie sprawę, że w środku ktoś siedzi. Widzę tylko jego sylwetkę: zgarbione, szerokie ramiona, a potem przelotny błysk obserwujących nas oczu.

– O co chodzi? – Giles, który idzie przede mną, odwraca się. Pewnie jęknęłam z zaskoczenia.

– Ktoś tam siedzi – szepczę. – Zawiadowca czy ktoś. Przestraszyłam się.

Giles zerka przez szybę.

– Masz rację. – Udaje, że ściąga kapelusz ze swojej łysej głowy. – Uszanowanko! – mówi z szerokim uśmiechem i nietutejszym akcentem. Giles to największy śmieszek z naszej grupy – uroczy, ale czasem do przesady dziecinny.

– Zamieniłeś się w Irlandczyka, durniu? – komentuje Samira z czułością. Tych dwoje wszystko robi z czułością. Bycie singielką nigdy nie przeszkadza mi tak bardzo jak w ich towarzystwie.

Mężczyzna w kasie początkowo nie odpowiada. A potem powoli podnosi rękę jakby na powitanie.

 

 

Czeka na nas land rover. Jest ochlapany błotem, to jeden ze starszych modeli. Widzę, jak otwierają się drzwi i wysiada z niego wysoki mężczyzna.

– To pewnie łowczy – mówi Emma. – W mailu było napisane, że nas odbierze.

Na oko nie wygląda na łowczego. Choć właściwie nie wiem, co sobie wyobrażałam. Chyba przede wszystkim myślałam, że będzie stary. A ten jest prawdopodobnie w naszym wieku. Jest też dobrze zbudowany – jego wzrost i muskularne ramiona pasują do kogoś, kto spędza dużo czasu wśród przyrody – i ma nieokiełznane ciemne włosy. Kiedy wita nas niskim, burkliwym głosem, wyłapuję w nim coś niepewnego, jakby rzadko rozmawiał z ludźmi.

Widzę, jak mierzy nas wzrokiem. Chyba nie podoba mu się to, co widzi. Czy widzę na jego ustach zarozumiały uśmieszek, gdy zauważa nienagannie czystą kurtkę od Barbour, którą ma na sobie Nick, huntery Samiry i kołnierz ze sztucznego futra Mirandy? Jeśli tak, to kto wie, co pomyśli o moich miastowych ciuchach i walizce na kółkach. Byłam taka rozkojarzona, że kompletnie nie myślałam o tym, co pakuję.

Widzę, jak Julien, Bo i Mark próbują pomóc mu z bagażami, ale łowczy każe się im odsunąć. Obok niego wyglądają jak pierwszoklasiści na rozpoczęciu roku szkolnego. Założę się, że wiedzą, jak wypadają w porównaniu.

– Chyba trzeba będzie obrócić dwa razy – mówi Giles. – Nie zabierzemy się wszyscy razem.

Łowczy unosi brwi.

– Jak chcecie.

– Niech dziewczyny jadą pierwsze – mówi Mark, zgrywając rycerza. – My zostaniemy. – Czekam, kuląc się w sobie z zażenowania już na samą myśl, aż puści jakiś żart, że Nick i Bo to też dziewczyny. Na szczęście albo nie przyszło mu to do głowy, albo zdołał utrzymać język za zębami. Wszyscy staramy się wzorowo zachowywać.

Już od dawna nigdzie razem nie wyjechaliśmy – chyba od poprzedniego sylwestra. Zawsze zapominam, jak to jest. Tak szybko i z taką łatwością wpadamy w nasze stare role, te, które zawsze w tej grupie odgrywaliśmy. Przy Mirandzie i Samirze, moich dawnych współlokatorkach, dwóch ekstrawertyczkach w grupie, ja jestem tą cichą. Cofam się. Wszyscy to robimy. Jestem pewna, że Giles, ordynator, nie jest aż takim śmieszkiem na oddziale ratunkowym. Wsiadamy do land rovera. Czuję tu zapach mokrej sierści i ziemi. Wyobrażam sobie, że tak właśnie pachniałby łowczy, gdybym się do niego zbliżyła. Miranda siada z przodu, obok niego. Od czasu do czasu dolatuje mnie woń jej perfum, ciężka i dymna, która dziwnie miesza się z ziemistością. Tylko jej coś takiego może ujść na sucho. Odwracam się, żeby wciągnąć w płuca świeże powietrze wpadające do środka przez okno.

Po jednej stronie strome zbocze góry wpada do jeziora. Po drugiej, choć nie jest jeszcze całkiem ciemno, znajduje się nieprzenikniony czarny las. Droga to tak naprawdę pełna dziur, szutrowa ścieżka, więc jeden fałszywy ruch i stoczymy się do wody lub rozbijemy o pnie. Jedziemy przed siebie, podskakując na nierównościach, aż nagle ostro hamujemy. Rzuca nami do przodu i z powrotem na oparcia.

– Kurwa! – krzyczy Miranda, a Priya, która była taka spokojna przez całą podróż pociągiem, zaczyna płakać w objęciach Samiry.

Na drodze, w światłach auta, stoi jeleń. Musiał wyłonić się z cienia drzew, zanim którekolwiek z nas go zauważyło. Pokaźna głowa wydaje się niemal za duża jak na smukłe, rudawe ciało i zwieńczona jest rozległym porożem, które jednocześnie wygląda majestatycznie i śmiertelnie niebezpiecznie. W światłach samochodu jego oczy błyszczą dziwną zielenią, jak nie z tej planety. W końcu przestaje na nas patrzeć i chowa się z niespieszną gracją pomiędzy drzewami. Kładę dłoń na piersi, czując, jak szybko łomocze mi serce.

– O rany – mówi Miranda na bezdechu. – Co to było?

Łowczy odwraca się do nas i z kamienną twarzą mówi:

– Jeleń.

– Ale… – odzywa się nieco zdezorientowana Miranda, co jest dla niej nietypowe – jakiego rodzaju jeleń?

– Szlachetny – odpowiada łowczy. – Jeleń szlachetny. – Znów rusza. Rozmowa skończona.

Miranda odwraca się do nas i bezgłośnie mówi:

– Ciacho, nie? – Samira i Emma kiwają głowami. Po chwili na głos Miranda pyta: – Nie sądzisz, Katie? – Nachyla się i odrobinę za mocno szturcha mnie w ramię.

– Nie wiem – odpowiadam. Patrzę na beznamiętną minę łowczego w lusterku wstecznym. Czy się domyślił, że o nim rozmawiamy? Jeśli tak, to w żaden sposób nie daje tego po sobie poznać, ale mimo to czuję się zażenowana.

– Ale zawsze miałaś dziwny gust co do facetów, Katie – dorzuca Miranda, śmiejąc się.

Miranda nigdy nie lubiła moich chłopaków. Co zabawne, zwykle z wzajemnością – często musiałam ją przed nimi bronić.

– Mam wrażenie, że specjalnie wybierasz sobie takich aniołków, żeby ci mówili, że mam diabła za skórą – powiedziała kiedyś. Ale Miranda jest moją najstarszą przyjaciółką. A nasza przyjaźń zawsze trwała dłużej niż jakiekolwiek związki – przynajmniej w moim wypadku. Miranda i Julien są ze sobą od studiów.

Nie wiedziałam, co myśleć o Julienie, kiedy pojawił się w naszym gronie pod koniec pierwszego roku. Miranda też nie. Był inny od chłopaków, z którymi spotykała się wcześniej. Fakt, miała tylko dwóch do porównania – obu wiele brakowało do ideału, nie dorównywali jej urodą i nie byli aż tacy towarzyscy. Sprawiali wrażenie, jakby tkwili w stanie permanentnego niedowierzania, że zostali przez nią wybrani. Ale Miranda zawsze lubiła życiowe sierotki, którymi mogłaby się zająć.

Julien wydawał się więc zbyt oczywisty, jeśli wziąć pod uwagę jej miłość do cherlaków i przybłęd. Był zbyt arogancko przystojny, zbyt pewny siebie. Sama tak powiedziała, nie ja.

– Jest taki arogancki. Nie mogę się doczekać, kiedy znów spuszczę go po brzytwie. – Zastanawiałam się, czy naprawdę nie dostrzega tego, jak idealnie się dobrali pod względem pewności siebie i arogancji.

Julien próbował dalej. A ona za każdym razem go odrzucała. Podchodził, żeby z nami – z nią – porozmawiać w pubie. Albo „przez przypadek” wpadał na nią po wykładzie. Albo jak gdyby nigdy nic wpadał do baru w świetlicy pierwszego rocznika, niby żeby spotkać się ze znajomymi, ale większość czasu spędzał przy naszym stoliku i zalecał się do Mirandy z żenującą bezpośredniością.

Później przekonałam się, że kiedy Julien bardzo czegoś pragnie, to nie pozwoli, by cokolwiek stanęło mu na drodze. A pragnął Mirandy. Bardzo.

Ostateczne pogodziła się z rzeczywistością: ona też go pragnęła. Czy można się jej dziwić? Był wtedy piękny, zresztą nadal jest, może nawet bardziej, bo życie odarło go nieco z tej idealności, gładkości. Zastanawiam się, czy jest biologicznie możliwe, by nie pragnąć kogoś takiego jak Julien, a przynajmniej w sensie fizycznym.

Pamiętam, jak Miranda przedstawiła nas sobie na letnim balu uniwersyteckim – kiedy w końcu zostali parą. Oczywiście doskonale wiedziałam, kim on jest. Byłam świadkiem całej tej telenoweli: tego, jak uganiał się za Mirandą, jak ona go odrzucała, jak on cały czas się starał – aż w końcu ona poddała się temu, co nieuniknione. Wiedziałam o nim tyle rzeczy. Na jakim był wydziale, jaki kierunek studiował, to, że jest jednym z najlepszych zawodników rugby w uczelnianej drużynie. Wiedziałam o nim tyle, że niemal zapomniałam, że on nie będzie miał pojęcia, kim jestem. Więc kiedy pocałował mnie w policzek i powiedział z powagą „Miło cię poznać, Katie” (bardzo grzecznie, mimo że był pijany), miałam wrażenie, że to jeden wielki żart.

 

 

Kiedy pierwszy raz został u nas na noc – na drugim roku Miranda, Samira i ja mieszkałyśmy razem – wpadłam na niego, kiedy wychodził z naszej łazienki przepasany ręcznikiem. Tak bardzo się starałam zachowywać normalnie i nie patrzeć na nagą płaszczyznę jego torsu ani jego szerokie, dobrze umięśnione ramiona lśniące od wody, że wypaliłam:

– Cześć, Julien.

Miałam wrażenie, że nieco mocniej zaciska ręcznik wokół talii.

– Cześć. – Ściągnął brwi. – O rany… strasznie mi głupio, ale nie pamiętam, jak masz na imię.

Dostrzegłam swój błąd. On kompletnie zapomniał, kim jestem, i pewnie w ogóle nie pamiętał, że się poznaliśmy.

– Aha – odparłam, wyciągając do niego rękę. – Jestem Katie.

Nie podał mi ręki i zdałam sobie sprawę, że znów zachowałam się nie tak – zbyt formalnie, zbyt dziwnie. Ale jego zachowanie mogło też wynikać z faktu, że jedną ręką przytrzymywał ręcznik, a w drugiej miał szczoteczkę.

– Przepraszam. – Po chwili uśmiechnął się do mnie czarująco, litując się nade mną. – No to co zrobiłaś, Katie?

Utkwiłam w nim wzrok.

– To znaczy?

Roześmiał się.

– Jak w tej książce – odparł. – Co zrobiła Katie. Zawsze ją lubiłem. Choć chłopcy chyba nie powinni. – Po raz drugi rzucił mi ten swój uśmiech i nagle pomyślałam sobie, że chyba wiem, co widzi w nim Miranda.

W tym właśnie sęk, jeśli chodzi o ludzi takich jak Julien. W amerykańskiej komedii romantycznej ktoś tak przystojny jak on zostałby przedstawiony jako drań, który później idzie po rozum do głowy i pokutuje za grzechy. Miranda byłaby wredną szkolną królową z „mrocznym sekretem”. A ja, myszowata panna nikt – byłabym tą życzliwą, bystrą, godną politowania bohaterką, która ostatecznie uratowałaby sytuację. Ale prawdziwe życie tak nie wygląda. Ludzie tacy jak oni nie muszą być niemili. Dlaczego mieliby utrudniać sobie życie? Mogą sobie pozwolić na to, by okazać swoją czarującą osobowość. A osoby takie jak ja, myszowate panny nikt, nie zawsze okazują się pozytywnymi postaciami. Czasem mamy swoje własne mroczne sekrety.

 

 

Światła dnia zostało już bardzo niewiele. Jedyne, co widać, to czarna otchłań drzew po obu stronach drogi. Ciemność sprawia, że wydają się gęstsze i bliższe, prawie jakby na nas napierały. Jeśli nie liczyć warkotu silnika land rovera, nie słychać żadnych odgłosów. Może drzewa tłumią też dźwięki.

Siedząca na przednim siedzeniu Miranda wypytuje łowczego o dostęp do posiadłości. Miejsce jest naprawdę odosobnione.

– Znajdujemy się o godzinę jazdy od głównej drogi – informuje mężczyzna. – Przy dobrej pogodzie.

– Godzinę? – powtarza Samira. Rzuca nerwowe spojrzenia na Priyę, która wpatruje się w szarzejący krajobraz, a w jej wielkich oczach odbija się błysk majaczącego między drzewami księżyca.

Wyglądam przez tylną szybę. Widzę jedynie tunel drzew zawężający się do czarnego punktu w oddali.

– Ale jeśli widoczność jest kiepska, a warunki złe, to ponad godzinę – mówi łowczy. Czy jemu to sprawia przyjemność?

Potrzebuję godzinę, żeby dojechać do mojej mamy w Surrey. To jakieś dziewięćdziesiąt pięć kilometrów od Londynu. Niewiarygodne, że miejsce takie jak to w ogóle znajduje się w Zjednoczonym Królestwie. Zawsze wydawało mi się, że ta mała wysepka, którą nazywamy domem, jest znacznie przeludniona. A sądząc po tym, co mój ojczym wygaduje o imigrantach, wkrótce zatoniemy pod ciężarem wszystkich ciał, które się tu znajdują.

– Czasem o tej porze roku w ogóle nie da się korzystać z dróg – mówi łowczy. – Na przykład, kiedy napada śniegu. Heather na pewno napisała o tym w mailu.

Emma kiwa głową.

– Zgadza się.

– To znaczy? – W głosie Samiry pobrzmiewa teraz wyraźna obawa. – Nie będziemy w stanie wyjechać?

– Jest taka możliwość – odpowiada łowczy. – Jeśli spadnie dużo śniegu, szutrówka staje się nieprzejezdna. Nawet na zimowych oponach. Zazwyczaj Corrin jest odcięte od świata przez kilka tygodni w roku.

– Może być całkiem miło – szybko mówi Emma, może po to, żeby powstrzymać kolejne, zaniepokojone pytania Samiry. – Ekscytująco. A zamówiłam tyle jedzenia…

– I wina – wtrąca się Miranda.

– I wina – zgadza się z nią Emma – że jeśli zajdzie taka potrzeba, wystarczy nam na kilka tygodni. Naprawdę zaszalałam. Zaplanowałam dla nas wielką sylwestrową ucztę.

Nikt jej właściwie nie słucha. Wszystkie chyba rozmyślamy o miejscu, w którym spędzimy kolejnych kilka dni, z zupełnie nowej perspektywy. Bo w izolacji i w świadomości, że jesteśmy daleko od wszystkiego, naprawdę jest coś niepokojącego.

– A stacja kolejowa? – pyta triumfalnym tonem Miranda, jakby wpadła na coś, co nikomu nie przyszło do głowy. – Pociąg na pewno się tu zatrzymuje.

Łowczy rzuca jej szybkie spojrzenie. Rzeczywiście, jest całkiem atrakcyjny. A raczej mógłby być, gdyby nie udręczony wyraz jego oczu.

– Pociągi nie jeżdżą przy metrze śniegu. Nie zatrzymają się tu.

I ot tak krajobraz wokół nas, choć tak przepastny, nagle zdaje się kurczyć.

 

 

 

[4] Słowa Dorotki z Czarnoksiężnika z krainy Oz – przyp. red.

 

DOUG

 

 

 

 

Gdyby nie goście, to miejsce byłoby idealne. Ale bez nich nie miałby pracy.

Starał się jak mógł, by nie patrzeć na nich pogardliwie, gdy odbierał ich ze stacji. Ta zgraja śmierdzi pieniędzmi – jak wszyscy, którzy tu przyjeżdżają. Gdy zaczęli zbliżać się do chaty myśliwskiej, niższy, ciemnowłosy mężczyzna – Jethro? Joshua? – odwrócił się do niego jak to facet do faceta, pokazując swój lśniący srebrny telefon.

– Szukam Wi-Fi – powiedział. – Ale nie mogę niczego złapać. Wiem, że 3G jest nieosiągalne. Do tego trzeba mieć sygnał… Ale powinienem już łapać jakąś sieć. A może trzeba być bliżej chaty myśliwskiej?

Powiedział mężczyźnie, że nie włączają Wi-Fi, chyba że ktoś wyraźnie o to poprosi.

– Czasem można złapać sygnał, ale trzeba wspiąć się tam. – Pokazał na zbocze Munro.

Mężczyzna zrobił rozczarowaną minę. Przez moment wyglądał niemal na przerażonego.

– Na pewno przetrwasz kilka dni bez internetu, skarbie – szybko powiedziała jego żona. Wszelkie dalsze protesty stłumiła pocałunkiem z języczkiem. Doug odwrócił wzrok.

 

 

Ta sama kobieta, Miranda – ta piękna – siedziała z nim z przodu land rovera, kierując kolana w jego stronę. Bez powodu położyła dłoń na jego ramieniu, kiedy wsiadała do samochodu. Czuł zapach jej intensywnych, dymnych perfum za każdym razem, gdy odwracała się, by coś do niego powiedzieć. Prawie zapomniał o istnieniu takich kobiet: zawiłych, zalotnych, takich, które muszą uwieść każdego, kto stanie im na drodze. Niebezpiecznych w bardzo konkretny sposób. Heather jest zupełnie inna. Czy ona w ogóle używa perfum? Nie mógł sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek je poczuł. Ale z pewnością nie nosi makijażu. Ma typ urody, który wygląda lepiej bez żadnych upiększeń. Doug lubi jej twarz w kształcie serca i ciemne oczy elegancko obramowane brwiami. Ktoś, kto nie spędził czasu z Heather, mógłby pomyśleć, że jest nieskomplikowaną kobietą, on jednak uważa inaczej – w jej wypadku cicha woda brzegi rwie. Słyszał, że mieszkała wcześniej w Edynburgu i że miała tam porządną pracę, choć nie zna szczegółów. Nie próbował dowiedzieć się więcej. Możliwe, że musiałby wtedy wyjawić więcej o sobie.

Heather jest dobrym człowiekiem, on nie. Zanim się tu znalazł, zrobił coś strasznego. Właściwie to więcej niż raz. Osobę taką jak ona należy chronić przed kimś takim jak on.

 

 

Goście znajdują się teraz pod opieką Heather i dla Douga to ulga. Nie było mu łatwo ukryć, jak bardzo ich nie lubi. Ciemnowłosy mężczyzna – Julien, tak miał właśnie na imię – to typowy przykład ludzi, którzy przyjeżdżają tu na wypoczynek. Śpiących na pieniądzach, rozpuszczonych, pragnących dziczy, ale jednocześnie oczekujących hotelowych luksusów. Uświadomienie sobie, na co tak naprawdę się zgodzili – odosobnienie, prostotę, bezcenne piękno otoczenia – zawsze zajmuje im trochę czasu. Często przechodzą pewne nawrócenie, dają się uwieść temu miejscu i nie można się im dziwić. Ale on wie, że go nie rozumieją, nie we właściwy sposób. Myślą, że żyją wśród natury w swoich pięknych domkach, w łóżkach z kolumnami, z kominkami, ogrzewaniem podłogowym i pieprzoną sauną, do której mogą się udać, jeśli naprawdę chcą się wysilić. A ci, których zabiera na polowanie na jelenie, nagle zaczynają się zachowywać jak DiCaprio w Zjawie i chcą walczyć z naturą na śmierć i życie. Nie zdają sobie sprawy, jak bardzo im wszystko ułatwił, wykonując najtrudniejszą pracę samodzielnie: obserwując zachowania stada, tropiąc je i śledząc… żeby jedyną rzeczą, jaką muszą zrobić, było naciśnięcie przeklętego spustu.

Czasem nie umieją nawet oddać samego strzału. Jeśli strzelą nie tak, jak trzeba, mogą sprawić, że zwierzę przez wiele dni będzie przechodzić potworne męczarnie. Na przykład nieprecyzyjny strzał w głowę (zawsze celują w głowę, mimo że Doug mówi im, żeby nigdy tego nie robili, za łatwo spudłować) może złamać zwierzęciu szczękę i spowodować, że będzie konać w bólu, nie mogąc jeść i powoli wykrwawiając się na śmierć. Doug jest więc po to, by dokończyć sprawę celnym strzałem, prosto w mostek, by mieszczuchy mogły wrócić do domu jako myśliwi i bohaterowie. Szczycić się odebraniem życia. Chrztem krwi. Czymś, co można zamieścić na Facebooku lub Instagramie – selfie, na których wymazani są posoką i uśmiechają się jak obłąkani.

Zabił – w dodatku nie raz. I nie tylko zwierzęta. Wie doskonale, że nie jest to rzecz, którą należy się chwalić. To mroczne miejsce, z którego nie da się właściwie wrócić. Za pierwszym razem coś to z tobą robi. Gdzieś głęboko w duszy zachodzi poważna zmiana, amputacja czegoś ważnego. Pierwszy raz jest najgorszy, ale z każdą następną ofiarą duszy zadawane są kolejne rany. Po jakimś czasie zostają już tylko same blizny.

Jest tu na tyle długo, by umieć określić wszystkie typy gości, i zna się teraz na nich równie dobrze, co na dzikiej zwierzynie. Nie wie, którego rodzaju nienawidzi bardziej: tych spragnionych dzikiej przyrody, którzy myślą, że w ciągu kilku krótkich dni spędzonych w luksusie staną się jednym z naturą; czy drugiego rodzaju – tych, którzy tego nie rozumieją, którzy myślą, że zostali oszukani… a nawet gorzej, ograbieni. Zapominają, jakie miejsce wynajęli. Robią problem ze wszystkiego, co odbiega od standardu miejsc, do których są przyzwyczajeni, z zamkniętymi basenami i restauracjami wyróżnionymi gwiazdkami Michelina. Zwykle, w opinii Douga, to ci mają ze sobą najwięcej problemów. Wystarczy zabrać im wszystko, czym mogą rozproszyć uwagę, i proszę, w ciszy i samotności doganiają ich demony, które dotąd udawało im się trzymać pod kontrolą.

W przypadku Douga jest inaczej. Jego demony zawsze z nim są, bez względu na to, gdzie przebywa. Przynajmniej teraz ma przestrzeń, którą może przemierzać. To miejsce przyciągnęło go z zupełnie innych powodów niż tutejszych gości. Oni przyjeżdżają, by podziwiać jego piękno – on jest tu dla jego wrogości, czystej brutalności przyrody. Teraz, w środku długiej zimy, jest najbardziej bezwzględna. Kilka tygodni temu zobaczył na górze lisa skradającego się po śniegu z zasuszonymi zwłokami jakiegoś stworzenia w zębach. Jego futro było przerzedzone i szorstkie, wystawały mu żebra. Kiedy lis go zauważył, nie od razu zerwał się do ucieczki. Przez moment patrzył się na niego z wrogością, prowokując go, by spróbował odebrać mu pożywienie. Poczuł z nim pewne powinowactwo, silniejsze poczucie utożsamienia niż z jakimkolwiek człowiekiem w ostatnim czasie. Trwanie, istnienie – tylko tyle. Nie „życie”. To słowo jest dla tych, którzy w każdym dniu szukają rozrywek, przyjemności, pocieszenia.

Miał szczęście, że dostał tę pracę, jest tego świadomy. Nie tylko dlatego, że to mu pasuje, że pasuje jego stanowi umysłu, jego pragnieniu, by znaleźć się od reszty ludzkości tak daleko, jak to tylko możliwe. Ale również dlatego, że istniało duże prawdopodobieństwo, że nikt inny by go nie przyjął. Nie z jego przeszłością. Mężczyzna, którego wyznaczono, aby przeprowadził z nim rozmowę wstępną, spojrzał na jego dokumenty, wzruszył ramionami i powiedział:

– Przynajmniej nie będziesz miał problemów z radzeniem sobie z kłusownikami. Postaraj się tylko nie zaatakować żadnych gości. – I wtedy uśmiechnął się, żeby pokazać, że żartuje. – Myślę, że doskonale nadajesz się do tej pracy.

To było wszystko. Nie musiał nawet próbować się wytłumaczyć albo usprawiedliwić – choć właściwie usprawiedliwienie nie istniało. Napad gwałtownego szału? Nie do końca: doskonale wiedział, co robi.

Kiedy teraz myśli o tamtej nocy, właściwie nic nie wydaje mu się prawdziwe. Ma poczucie, że widział to w telewizji, jak gdyby oglądał swoje własne czyny z dużej odległości. Pamięta jednak złość, to, jaki ból wywołała w jego piersi, a potem chwilową ulgę. Tę głupią, uśmiechniętą twarz. A potem dźwięk tego, jak coś roztrzaskuje się na kawałki. Czy to było w jego głowie? Wrażenie, jakby wyzwalał się ze schematów normalnego zachowania i uciekał w sferę zwierzęcą. Jego palce zaciskające się na plastycznym ciele. Mocniej, coraz mocniej, jak gdyby było czymś, co z brutalną siłą próbował uformować w nowy, przyjemniejszy kształt. Uśmiech w końcu zniknął. Na moment ogarnęło go poczucie chorej satysfakcji, nim pojawił się wstyd.

Tak, po czymś takim nie byłoby łatwo dostać jakąkolwiek pracę.

 

TERAZ

2 STYCZNIA 2019 ROKU

 

HEATHER

 

 

 

 

Zwłoki. Wpatruję się w Douga.

Nie, nie. To niemożliwe. Nie tutaj. To mój azyl, moje miejsce ucieczki. Nie mogę mieć z czymś takim do czynienia, nie mogę, po prostu nie mogę… Zbierając wszystkie swoje siły, zatrzymuję zalew myśli. Możesz, Heather. Bo tak naprawdę nie masz wyboru.

Oczywiście dopuszczałam taką możliwość. Była nawet całkiem prawdopodobna, jeśli wziąć pod uwagę czas zaginięcia (minęły ponad dwadzieścia cztery godziny) i tutejsze warunki. Nawet dla kogoś, kto zna okolicę i ma umiejętności survivalowe, byłoby to wyzwaniem. Ale poszukiwana osoba, z tego, co mi wiadomo, ich nie posiadała. A wraz z upływem kolejnych godzin, bez żadnego znaku życia, szanse spadały.

Kiedy tylko dowiedzieliśmy się o zaginięciu, zadzwoniliśmy po pogotowie górskie. Nie na taką odpowiedź liczyłam.

– W tej chwili wygląda na to – powiedziała dyspozytorka – że w ogóle nie będziemy mogli się do was dostać.

– Ale musi być jakiś sposób…

– Warunki są zbyt trudne. Już od dawna nie widzieliśmy takich opadów śniegu. Są rzadko spotykane nawet tutaj. Widoczność jest tak słaba, że nie wylądowalibyśmy helikopterem.

– Czyli musimy sobie radzić sami? – Wypowiadając te słowa, zrozumiałam ich pełne znaczenie. Znikąd pomocy. Poczułam, jak wszystko wywraca mi się w żołądku.

Po drugiej stronie słuchawki nastąpiła długa cisza. Mogłam niemal usłyszeć, jak dyspozytorka zastanawia się nad najwłaściwszą odpowiedzią.

– Tylko do czasu, aż ustaną opady śniegu – powiedziała w końcu. – Kiedy tylko wróci widoczność, spróbujemy się do was dostać.

– Potrzebujemy czegoś więcej niż „spróbujemy” – odpowiedziałam.

– Rozumiem panią i ruszymy z pomocą tak szybko, jak tylko będzie to możliwe. Mamy inne osoby w podobnej sytuacji: cała grupa wspinaczy utknęła na Ben Nevisie, i kolejne zdarzenie w okolicy Fort William. Proszę powiedzieć dokładnie, na czym polega problem, żebyśmy mieli wszystkie potrzebne szczegóły.

– Zaginiona osoba była widziana po raz ostatni tutaj, w chacie myśliwskiej – wyjaśniłam – wczoraj, około czwartej nad ranem.

– Jak wielki jest otaczający teren?

– Teren posiadłości? – Zaczęłam szukać w myślach liczby, którą przyswoiłam podczas swoich pierwszych tygodni tutaj. – Nieco ponad dwadzieścia tysięcy hektarów.

Kobieta głośno westchnęła do słuchawki. Potem nastąpiło długie milczenie, tak długie, że zaczęłam się zastanawiać, czy nie zerwało połączenia i czy śnieg nie pozbawił nas ostatniego sposobu komunikacji z zewnętrznym światem.

– Rozumiem – powiedziała w końcu. – Dwadzieścia tysięcy hektarów. Cóż. Wyślemy tam kogoś tak szybko, jak to możliwe. – Jej ton się jednak zmienił: było w nim więcej niepewności. Słyszałam jej pytanie tak wyraźnie, jak gdyby wypowiedziała je na głos: Nawet jeśli do was dotrzemy, to jak możemy mieć pewność, że znajdziemy kogoś w takiej głuszy?

 

 

Przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny staraliśmy się przeszukać jak największy zakres terenu. Nie było łatwo przy tak uporczywych opadach śniegu. Mieszkam tutaj dopiero od roku i po raz pierwszy zostałam tu odcięta przez śnieg. Jesteśmy chyba jednym z nielicznych miejsc na terenie Zjednoczonego Królestwa – nie licząc kilku niezamieszkanych wysp – gdzie surowa pogoda może całkowicie wstrzymać dojazd służb ratunkowych. Zawsze ostrzegamy gości, że istnieje możliwość, iż przy niekorzystnych warunkach nie będą w stanie stąd wyjechać. Mamy nawet specjalną klauzulę o rezygnacji z roszczeń, którą muszą podpisać. A mimo to wciąż trudno im przyswoić fakt, że nikt się tu nie dostanie. Ani stąd nie wydostanie. A w takiej właśnie sytuacji się teraz znajdujemy. Wszystko zapchał śnieg – jazda samochodem jest niemożliwa nawet na zimowych oponach albo z łańcuchami – więc wszelkich poszukiwań dokonywaliśmy pieszo. Robiliśmy to sami z Dougiem. Padam z wyczerpania – zarówno psychicznego, jak i fizycznego. Nie mamy do pomocy Iaina, który przyjeżdża tu prawie codziennie i wykonuje różne prace na terenie posiadłości. Pojechał spędzić sylwestra z rodziną . Kobieta z pogotowia górskiego przynajmniej udzieliła nam kilku przydatnych rad. Zasugerowała, żebyśmy najpierw sprawdzili miejsca, w których można się schronić. Doug i ja przeszukaliśmy każdą możliwą kryjówkę na okolicznym terenie, mimo że mróz szczypał nas w policzki, a śnieg na każdym kroku hamował nasze postępy, aż zrobiłam się taka zmęczona, że poczułam się, jakbym była pijana.

Poszłam przez śnieg na stację kolejową, co zajęło mi całe trzy godziny. Podobno zaginiona osoba planowała złapać pociąg z powrotem do Londynu.

– Zaginął jeden z naszych gości – poinformowałam Aleca, zawiadowcę. To masywny mężczyzna o posępnej minie i nisko spuszczonych brwiach. – Przeszukaliśmy całą posiadłość. – Podałam mu rysopis.

– Niemożliwe, żeby ktoś odjechał stąd pociągiem, prawda? – Wiedziałam, że to niedorzeczne pytanie, ale musiałam je zadać.

Alec roześmiał mi się w twarz.

– Pociąg? Oszalałaś, dziewczyno? Nawet gdyby nie pogoda, w Nowy Rok nic nie jedzie.

– Ale może kogoś widziałeś…

– Żywej duszy – odpowiedział. – Nikogo, odkąd kilka dni temu przyjechała tamta grupka. Zauważyłbym, gdyby ktoś tu się kręcił.

– A mogę się rozejrzeć?

Szeroko rozpostarł ręce w geście sarkastycznego zaproszenia.

– Proszę bardzo.

Miejsc do przeszukania nie było zbyt wiele: poczekalnia, mały schowek woźnego, który najprawdopodobniej był kiedyś toaletą. No i budka biletowa, do której wnętrza mogłam zajrzeć przez szybę: mała, wyłożona papierami klitka, z której przez otwór na pieniądze i bilety wydostawał się słodkawy i nieco zgniły zapach. Róg biurka ozdabiały trzy zgniecione puszki po napojach. Widziałam tu kiedyś Iaina, jak pali razem z Alecem. Iain często jeździł pociągiem po zakupy. Pewnie się zżyli, nawet jeśli tylko z grzeczności.

Za budką biletową znajdowały się drzwi, a za nimi schody.

– Prowadzą do mojego mieszkania – powiedział Alec z wyraźnym lokalnym akcentem. – Prywatnej kwatery – dodał, naciskając na ostatnie słowo.

– Chyba… – zaczęłam, ale mi przerwał.

– Dwa pokoje – powiedział. – I kibelek. Raczej bym wiedział, gdyby ktoś się tam schował. – Nieco podniósł głos i stanął, odgradzając mnie od drzwi. Był zbyt blisko. Czułam od niego zatęchły pot.

– Masz rację – odpowiedziałam, nagle bardzo pragnąc stamtąd pójść. – Oczywiście.

Kiedy ruszyłam w drogę powrotną, odwróciłam się tylko raz i zobaczyłam, że Alec odprowadza mnie wzrokiem.

 

 

Przez te wszystkie godziny poszukiwań Doug i ja niczego nie znaleźliśmy. Ani jednego śladu buta, ani jednego pasma włosów. Jedynymi tropami, na jakie się natknęliśmy, były małe i wyraźne odciski racic pozostawione przez stado jeleni. Wychodziło na to, że gość nie ruszał się, odkąd zaczął padać śnieg.

W jednym miejscu posiadłości, przy bramie wjazdowej, znajduje się kamera monitoringu. Szef kazał ją zamontować, żeby odstraszać i jednocześnie namierzać kłusowników. Czasem, co frustrujące, obraz się urywa. Ale tym razem nic nie przepadło: od poprzedniego wieczoru – sylwestra – po Nowy Rok, kiedy zgłoszono zaginięcie jednego z gości. Przejrzałam ziarniste nagranie, szukając jakiegoś pojazdu. Gdyby nasz gość jakimś cudem odjechał taksówką – a nawet ruszył tędy piechotą – mielibyśmy na to dowody. Ale nic z tego. Na filmie zobaczyłam jedynie, jak zaczyna padać, a widoczna na ekranie droga zostaje zasnuta warstwą bieli.

 

 

Nawet jeśli znalezienie zwłok wydawało się możliwe, potwierdzenie, że je znaleziono, jest czymś znacznie gorszym.

Doug przeczesuje dłonią mokre od śniegu włosy, które zaczęły wpadać mu do oczu. Widzę, że jego dłoń – cała jego ręka, on cały – się trzęsie. To dziwne zobaczyć mężczyznę takiego jak on – twardziela o sylwetce zawodnika rugby, w takim stanie. Jest byłym żołnierzem piechoty morskiej, więc na pewno widział niejedną śmierć. Ja, w mojej dawnej pracy, też. Wiem, że to cię nigdy nie opuszcza – ten związany z nią egzystencjalny strach. Zresztą być tym, kto znajduje czyjeś ciało – to zupełnie co innego.

– Powinnaś ze mną pójść i to zobaczyć – mówi. – Zobaczyć ciało.

– Czy to konieczne? – Nie chcę, żeby to było konieczne. Nie chcę widzieć. Przebyłam taką długą drogę, aby uniknąć śmierci. – Może zaczekamy, aż przyjedzie policja?

– Nie – odpowiada. – Nie dotrą tu jeszcze przez jakiś czas. A myślę, że powinnaś to jak najszybciej zobaczyć.

– Po co? – pytam. Słyszę, jak to brzmi. Jakbym była przewrażliwiona.

– Po to…. – Przejeżdża dłonią po twarzy, pociągając dolne powieki i na moment zamieniając ją w makabryczną maskę. – Po to… żebyś zobaczyła, jak wyglądają zwłoki. Nie sądzę, żeby to był wypadek.

Krew zamarza mi w żyłach i nie ma to nic wspólnego z pogodą.

 

 

Kiedy wychodzimy na zewnątrz, śnieg nadal pada tak gęsto, że widoczność sięga tylko kilku kroków. Jezioro jest niemal niewidoczne. Włożyłam na siebie ubranie, które w tym miejscu jest właściwie moim plenerowym uniformem: obszerną puchówkę, w której wyglądam jak ludzik Michelin, buty górskie i czerwoną czapkę. Idę za Dougiem, próbując nadążyć za jego długimi krokami, co nie jest proste – on ma sporo ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, a jak tylko ciut ponad metr pięćdziesiąt. W którymś momencie się potykam, na co Doug chwyta mnie swoją wielką, odzianą w rękawicę ręką i stawia na nogi, jakbym była dzieckiem. Nawet przez puchowy rękaw kurtki czuję siłę zacisku jego palców.

Myślę o gościach, którzy siedzą w swoich domkach. Bezczynne czekanie musi być dla nich straszne. Musiałam zabronić im udziału w poszukiwaniach, bo mogłoby się to skończyć kolejnym zaginięciem. W obecnych warunkach nikt nie powinien przebywać na zewnątrz. Ludzie umierają w takiej pogodzie jak ta: „zagrożenie życia”, głosiły komunikaty ostrzegawcze. Problem polega na tym, że dla większości naszych gości miejsce takie jak to jest obce niczym inna planeta. Ci ludzie wiodą beztroskie życie, w którym czują się niezwyciężeni. Tak bardzo przywykli do tej niewidzialnej sieci bezpieczeństwa, którą otoczona jest ich codzienność – łączności, szybko reagujących służb ratunkowych, wytycznych na temat zdrowia i bezpieczeństwa – że zakładają jej obecność zawsze i wszędzie. Bez problemu podpisują klauzulę o rezygnacji z roszczeń, bo tak naprawdę się nad nią nie zastanawiają. Nie wierzą w nią. Nie spodziewają się, że przydarzy im się najgorsze. Gdyby naprawdę się nad tym wszystkim zastanowili, spróbowali zrozumieć, to pewnie w ogóle by tu nie zostali. Za bardzo by się bali. Kiedy dowiadujesz się, do jakiego stopnia odizolowane jest to miejsce, to uświadamiasz sobie, że tylko szaleńcy chcieliby tu mieszkać. Ludzie, którzy próbują od czegoś uciec lub którzy nie mają już nic do stracenia. Ludzie tacy jak ja.

Doug prowadzi mnie teraz na lewy brzeg jeziora, ku drzewom.

– Doug? – Zdaję sobie sprawę, że szepczę. To przez tutejszą ciszę, którą pogłębia śnieg. Ludzki głos wydaje się tu bardzo głośny. Można się poczuć tak, jakby było się pod obserwacją. Jak gdyby za gęstą ścianą drzew lub za tą wszechobecną bielą ktoś mógł cię podsłuchiwać. – Dlaczego uważasz, że to nie był wypadek?

– Zobaczysz, kiedy dotrzemy na miejsce – mówi. Nie odwraca się nawet, żeby na mnie spojrzeć, ani nie przestaje iść. Po chwili dodaje przez ramię: – Ja nie „uważam”, Heather. Ja wiem.

 

TRZY DNI WCZEŚNIEJ

30 GRUDNIA 2018 ROKU

 

MIRANDA

 

 

 

 

Oczywiście, że nawet nie zerknęłam na maila, którego przysłała Emma, z dołączoną broszurą. Nie potrafię z wyprzedzeniem ekscytować się żadnym wyjazdem – oglądanie zdjęć turkusowych mórz albo ośnieżonych szczytów gór mnie nie interesuje. Muszę być na miejscu, żeby cokolwiek poczuć, żeby wszystko stało się prawdziwe. Kiedy Emma wspomniała o chacie myśliwskiej, wyobrażałam sobie dom z historią, belki stropowe i kamienny fundament. Więc już sam budynek jest dla mnie niezłym zaskoczeniem. O kurczę. To modernistyczna konstrukcja ze szkła i metalu. Jak coś z Czarnoksiężnika z Oz. Wylewa się z niej światło. Wygląda w ciemności jak gigantyczna latarnia.

– Chryste! – mówi Julien, kiedy chłopaki w końcu podjeżdżają land roverem. – Szkaradztwo, nie? – To w jego stylu. Mimo całej swojej inteligencji Julien ma zero artystycznej wrażliwości. Należy do ludzi, którzy na wystawie Cy Twombly’ego mówią rzeczy w stylu „pięciolatek by coś takiego namalował”. Lubi mówić, że to dlatego, iż jest nieco „nieokrzesany”, a jego dzieciństwo było zbyt ponure, by rozwijać poczucie estetyki. Kiedyś wydawało mi się to czarujące. Był inny: podobała mi się jego chropawość w zestawieniu z tymi wszystkimi czyściutkimi chłopczykami z prywatnych szkół.

– Mnie się podoba – mówię. Naprawdę tak jest. Wygląda jak statek kosmiczny, który dopiero co dotknął brzegu jeziora.

– Mnie też – mówi Emma. Przewidywalna odpowiedź, nawet gdyby w głębi duszy uważała, że budynek jest paskudny. Czasem ją sprawdzam i mówię absolutnie niedorzeczne rzeczy, niemal prowokując ją do tego, żeby mi zaprzeczyła. Nigdy tego nie robi – tak strasznie chce być lubiana. Mimo wszystko można na niej polegać – a Katie i Samira są ostatnio nieuchwytne. Emma zawsze jest chętna na wyjście do kina, na zakupy albo na drinka. Mówię, gdzie się spotkamy albo co chcę robić, a ona zawsze się zgadza. Szczerze mówiąc, to miła odmiana – Katie jest tak zajęta pracą, że zawsze to ja musiałam jeździć do niej, do jakiegoś smutnego baru w dzielnicy finansowej, pełnego miejskich cwaniaczków, żebym mogła zyskać choć trzy minuty jej czasu.

Z Emmą jest trochę tak, jakbym miała młodszą siostrę. Czuję się, jakbym była dla niej wzorem. Daje mi to wręcz rozkoszne poczucie władzy. Ostatnim razem poszłyśmy kupić nową bieliznę w Myla.

– Wybierzmy coś, na co Markowi opadnie szczęka – powiedziałam jej. Znalazłyśmy idealny zestaw: słodki, ale podniecający stanik, otwarte w kroku figi i pas do pończoch. Nagle wyobraziłam sobie, jak mówi Markowi, że to ja pomogłam jej wybrać ten zestaw. Poczułam niespodziewane ukłucie podniecenia na myśl, że mógłby się dowiedzieć, że to wszystko moja zasługa. Mark mnie nie interesuje, nigdy nie interesował. To, że mu się podobam, zawsze miło łechtało moje ego – to fakt. Ale nigdy mnie to nie podniecało.

Ponieważ Katie jest wiecznie niedostępna, a Samira cały czas zajmuje się Priyą (ona ma obsesję na punkcie tego dziecka, wrzucanie do sieci aż tylu zdjęć musi świadczyć o jakimś zaburzeniu), dość często muszę zadowolić się towarzystwem Emmy. Ale to mój trzeci wybór.

Czekałam na to – na moment, kiedy nadrobimy zaległości w naszej grupie. Jest w tym pewne bezpieczeństwo – kiedy jesteśmy razem, popadamy w nasze stare role. Możemy nie widywać się miesiącami, a potem, kiedy znów znajdujemy się w swoim towarzystwie, wszystko wraca do tego, jak to było kiedyś, prawie jak gdy studiowaliśmy na Oksfordzie, za starych dobrych czasów. Osobą, z którą chcę spędzić najwięcej czasu, jest oczywiście Katie. Gdy zobaczyłam ją dziś rano na stacji w nowej fryzurze i w ubraniach, których nie rozpoznałam, dotarło do mnie, ile czasu minęło, odkąd się ostatnio widziałyśmy… i jak bardzo za nią tęskniłam.

 

 

Wnętrze chaty myśliwskiej jest piękne, ale cieszę się, że będziemy tu przychodzić tylko na posiłki, a nie spać. Szkło podkreśla kontrast pomiędzy jasną przestrzenią a ciemnością tego, co nas otacza. Nagle zdaję sobie sprawę, jacy widoczni jesteśmy z zewnątrz – jak muchy w słoiku… albo aktorzy na scenie, zalani światłami reflektorów przed podziwiającą nas publicznością. Każdy mógłby się tu chować w ciemności i zaglądać do środka bez naszej wiedzy.

Na moment na powierzchnię wydobywa się stare, mroczne uczucie – wrażenie bycia obserwowaną. Przypominam samej sobie, że dookoła nas nie ma nikogo. Że jesteśmy tu praktycznie całkiem sami, jeśli nie liczyć łowczego i zarządczyni – Heather – która przyszła nas przywitać.

Heather, która wygląda na niewiele po trzydziestce, jest niska, dość ładna, choć wizyta u fryzjera i trochę makijażu całkiem by ją odmieniły. Zastanawiam się, co u licha ktoś taki jak ona robi w miejscu takim jak to. Bo ona tu mieszka i pokazuje nam swój domek położony bliżej drzew. Mieszkając tu na stałe, musi się pewnie czuć potwornie samotna. Ja dostałabym szału, gdybym do towarzystwa miała tylko swoje myśli. Czasem, kiedy jestem w domu, jednocześnie włączam telewizor i radio, żeby zagłuszyć ciszę.

– A wy – zwraca się do nas – zajmujecie wszystkie domki najbliżej chaty myśliwskiej. Pozostali goście zatrzymali się w domku po drugiej stronie jeziora.

– Pozostali goście? – pyta Emma. Zapada pełna napięcia cisza. – Jacy pozostali goście?

Heather kiwa głową.

– Para z Islandii. Przyjechali wczoraj.

Emma marszczy czoło.

– Nie rozumiem. Byłam przekonana, że mamy całe to miejsce dla siebie. Tak mi powiedziałaś, kiedy rozmawiałyśmy przez telefon.

Heather odchrząkuje.

– Obawiam się, że zaszło małe nieporozumienie. Wydawało mi się, że tak właśnie jest, kiedy rozmawiałyśmy. Mamy tu jeszcze kwaterę, zwaną samotnią, którą nie zawsze wynajmujemy. Nie wiedziałam, niestety, że mój kolega przyjął rezerwację, ale nie wprowadził jej do księgi meldunkowej.

Nastrój zdecydowanie się zmienia. Już sama fraza „pozostali goście” ma w swoim brzmieniu coś nieprzyjemnego, jakby ktoś obcy wkroczył na nasz teren. Gdybyśmy byli w hotelu, to co innego – spodziewalibyśmy się, że będą nas otaczać obcy ludzie. Ale myśl, że jacyś ludzie będą z nami na tym pustkowiu, nagle sprawia, że otaczająca nas dzicz wydaje się nieco przeludniona.

– Pojawią się dziś na highlandzkiej kolacji – powiedziała Heather przepraszającym tonem. – Ale samotnia ma swoją własną kuchnię, więc nie będą w ogóle korzystać z chaty myśliwskiej.

– Dzięki Bogu – mówi Giles.

Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby Emma była taka wkurzona, jej dłonie zaciśnięte są w pięści, spuszczone przy bokach, a spod skóry wystają jej białe knykcie.

Za nami rozlega się gwałtowne bum! Wszyscy się odwracamy i widzimy, że Julien ma w ręce świeżo otwartą butelkę szampana, z której szyjki wydobywała się lekka mgiełka.

– Postanowiłem ożywić smętną atmosferę – mówi. Alkohol zaczyna się pienić u ujścia butelki i rozbryzguje na dywan u jego stóp. Bo podtyka mu kieliszek, żeby uratować bąbelki. – Może to będą całkiem fajni ludzie. I zechcą spędzić razem z nami sylwestra.

Nie wyobrażam sobie niczego gorszego niż to, że jacyś przypadkowi ludzie popsują naszą imprezę. Jestem przekonana, że Julien też nie, tylko próbuje zgrywać miłego faceta. Zawsze strasznie chce, by wszyscy go lubili, żeby wydawał się zabawny, żeby inni dobrze o nim myśleli. To chyba jedna z tych rzeczy, które sprawiły, że się w nim zakochałam.

Heather pomaga Emmie przynieść kieliszki z kuchni. Pozostali biorą je, znów się uśmiechając, czując podniosłość chwili stworzoną przez szampana. Czuję napływ ciepła. Jak dobrze znów ich wszystkich zobaczyć. Minęło zbyt wiele czasu. Nieczęsto się zdarza, żebyśmy wszyscy byli razem tak jak teraz. Samira i Katie stoją po obu moich stronach. Przytulam je do siebie.