Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
796 osób interesuje się tą książką
Romantyczka spotyka uwodziciela.
Wszystko zaczęło się od listy. Nie mogąc dłużej znieść kolejnych koszmarnych randek, postanowiłam stworzyć listę tego, co należy robić, a czego unikać na spotkaniach z mężczyznami.
A kto lepiej pomoże mi ją sporządzić niż Blake Grayson – mój sąsiad, przyjaciel i uwodziciel na pełen etat. On potrafi rozpoznać kobieciarza na milę. W końcu sam jest tego najlepszym przykładem.
Kiedy więc proponuje, że pomoże mi unikać niewłaściwych facetów, nie mam innego wyjścia, jak tylko skorzystać z pomocy przyjaciela. Blake zostaje moim sprzymierzeńcem, a ja jego. Chodzimy na podwójne randki, jemy lody o północy i śmiejemy się.
O rany, jak bardzo się śmiejemy…
Ale kiedy patrzę, jak każda spotkana przez niego kobieta się w nim zakochuje, uświadamiam sobie coś ważnego. Sama zaczynam coś do niego czuć, bo ten facet uzależnia jak narkotyk.
Blake jednak nigdy się nie ustatkuje i w głębi serca wiem, że nie jest mężczyzną dla mnie, więc tym razem będę grała według własnych zasad.
Nawet jeśli on nie zamierza.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 532
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: My Rules
Copyright © T.L. Swan 2024
Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Anna Strączyńska
Korekta: Aleksandra Krasińska, Aleksandra Płotka, Dominika Kalisz-Sosnowska
Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek
ISBN 978-83-8418-890-3 • Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Blake
– Zarezerwuję dziś wieczorem bilety lotnicze – informuję, po czym otwieram ciężkie szklane drzwi wejściowe do sklepu z garniturami.
– Nie. – Wzdycha Henley. – Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
– Nie, jeśli tylko mogę tego uniknąć.
Przysłuchujący się rozmowie Antony uśmiecha się pod nosem.
W świecie pełnym chaosu mam pewność co do jednego. Rodzina jest najważniejsza i zrobię wszystko, co w mojej mocy, by o nią zadbać – nawet jeśli oni tego nie chcą.
Przechodzę między stojakami z garniturami i zaczynam je oglądać, poirytowany.
– Zorganizujemy ci wieczór kawalerski, czy ci się to podoba, czy nie – oznajmiam.
Henley bierze ślub i to od nas zależy, czy wszystko będzie gotowe, by godnie uczcić tę okazję, bo jeśli Antony i ja tego nie zorganizujemy… to kto to zrobi?
– Nie mam na to ochoty – odpowiada Henley. – Chcę tylko spokojnego wieczoru przy pokerze w domu.
– Ugh. – Przewracam oczami. – Właśnie dlatego nigdy się nie ożenimy. Ta cholerna kobieta trzyma go krótko. Jest tak rozchwiany, że to cud, iż potrafi w ogóle, kurwa, chodzić.
Antony nadal przegląda garnitury.
– Jakiego stylu szukamy?
– Nie wiem, coś odpowiedniego na ślub – mamrocze rozkojarzony Henley.
– To szukasz jakiegoś konkretnego stylu czy jak? – pytam ze złością. – Biała czy czarna marynarka? A może jednak chcesz pieprzone zielone spodnie? Nie jestem przecież wróżką.
– O co ci, do cholery, dzisiaj chodzi? – ripostuje Hen.
– Ty i ten twój idiotyczny pomysł, żeby nie organizować wieczoru kawalerskiego. Wieczór kawalerski w Vegas to już klasyka. Tylko sobie wyobraź, będziemy imprezować do rana, podziwiać striptizerki, palić cygara i pić do upadłego.
Henley z niesmakiem wykrzywia usta.
– Striptizerki są ostatnią atrakcją, o której bym pomyślał.
Głośno wypuszczam powietrze i szczypię się w grzbiet nosa.
– Słyszysz te bzdury, Antony?
– Niestety – odpowiada, nie przestając przeglądać garniturów.
Henley odbiera telefon.
– Hej. – Uśmiecha się, słuchając. – Tak, okej. – Spogląda na nas. – Chcecie dziś wieczorem pójść z dziewczynami do Marconi’s?
– Tak. – Ant kiwa głową, wciąż przerzucając wieszaki.
– I tak nie mam nic lepszego do roboty – stwierdzam, po czym wzruszam ramionami. Nie interesuje mnie kolacja. Tak naprawdę chcę jedynie ogarnąć wyjazd do Vegas.
– Aha – odpowiada Henley. – Właśnie patrzę. – Znów słucha. – Nie wiem, wyślij mi zdjęcie. – Wykrzywia usta, rozglądając się po sklepie. – Nie widzę żadnego.
– To Juliet? – pytam.
Przyjaciel przytakuje, a ja wyrywam mu z ręki telefon.
– Jules.
– Blake – odpowiada i słyszę, jak się uśmiecha.
– Musisz pogadać ze swoim pantoflarzem, bo stwierdził, że nie jedzie na wieczór kawalerski do Vegas.
– To dobrze – odpiera. – Jak najbardziej mi to pasuje.
– Co jest z wami nie tak? – Przewracam oczami. – Zakładam, że planujesz wieczór panieński z robótkami ręcznymi, czyż nie? Czy wy dwoje możecie być jeszcze bardziej nudni?
– Raczej nie. Słuchaj, Henley jest już dużym chłopcem. Jeśli chce pojechać do Vegas, to niech jedzie. Nic mi do tego.
– Ach. – Ze zdziwienia rozdziawiam usta i włączam tryb głośnomówiący. – Możesz to powtórzyć, Jules? – Wskazuję na telefon, trzymając go tak, aby kumple również to słyszeli.
– Henley jest już dużym chłopcem. Jeśli chce pojechać do Vegas, to niech jedzie – powtarza Jules.
– Dziękuję. – Uśmiecham się. – Właśnie dlatego się z tobą żenimy, słodka Juliet.
– Nie biorę z tobą ślubu, Blake – odpiera szorstkim tonem.
– Tak ci się tylko wydaje. – Antony uśmiecha się szyderczo i wraca do przeglądania garniturów.
Henley wyciąga rękę po komórkę.
– Pa. – Kończę rozmowę i oddaję mu urządzenie.
– Chciałem z nią porozmawiać – oznajmia Henley.
– Trudno, już się rozłączyłem, a my mamy coś do zrobienia. – Podchodzę do stojaka z garniturami. – Myślę, że biała marynarka i czarna muszka będzie dla ciebie idealnym wyborem, a my włożymy czarne smokingi.
– Dlaczego akurat czarne? – pyta Ant.
– Bo dobrze wyglądam w czarnym smokingu.
Henley przewraca oczami, niespecjalnie zainteresowany rozmową.
Sprzedawca wychodzi z zaplecza.
– Czy mogę panom w czymś pomóc? – pyta.
– Tak, poprosimy – odpowiada Antony. – Przyjaciel się żeni i chcemy, żeby w tym wyjątkowym dniu wyglądał olśniewająco.
Henley rzuca Antowi krytyczne spojrzenie, a ja uśmiecham się pod nosem.
– I będziemy potrzebować białej marynarki.
Chłodny, rześki smak oczyszcza mi podniebienie. Nie ma nic lepszego niż zimne piwo po męczącym, długim dniu.
W restauracji aż huczy od rozmów, a z ogromnych głośników rozbrzmiewa rytmiczna muzyka. Marconi’s to najmodniejszy bar w mieście – na szczęście, bo przychodzimy tu zdecydowanie zbyt często.
Patrzę na drugi koniec stołu, a kiedy Rebecca zlizuje sól z krawędzi kieliszka z margaritą, czuję to aż po czubek kutasa.
Ciemne włosy upięła w wysoki kucyk, a jej jędrne, pełne piersi wyłaniają się z dekoltu sukienki wyciętego w kształcie litery V. Gdy się uśmiecha, mam niemal pewność, że gdzieś w oddali słyszę anielski chór.
Ugh. Upijam łyk piwa, niezadowolony z tego, w jakim kierunku zmierzają moje myśli… znowu.
Ta kobieta…
To moja sąsiadka, była żona kumpla… mojego najlepszego przyjaciela, członkini naszego kręgu znajomych, dość bliska mi osoba. Nie da się jej nie zauważyć.
Rebecca.
Piękna, inteligentna i zabawna. Ma wszystko, co tylko można sobie wymarzyć.
Nasza relacja ogranicza się do przyjaźni.
Do tego stopnia, że kobieta traktuje mnie jak starszego brata, ale za zamkniętymi drzwiami skrywam sprośny sekret – jestem tym starszym bratem, fantazjującym o robieniu z jej ciałem rzeczy, o których lepiej nie mówić.
W moich snach wykorzystuje mnie tak samo mocno, jak ja ją.
– Widzisz się dziś z Cindy? – pyta Henley.
– Tak. – Biorę łyk piwa, nie spuszczając wzroku z zakazanego owocu.
– Jak długo to jeszcze potrwa? – pyta Antony.
– Pewnie już niedługo, co? – dodaje Hen.
Rebecca głośno się śmieje po drugiej stronie stołu, a ja czuję motyle w brzuchu.
Odpuść sobie.
Rebecca Dalton jest kompletnie nie w moim guście. To grzeczna dziewczyna, która wciąż nie może się pogodzić z rozpadem małżeństwa – mąż zdradził ją ze swoją sekretarką.
Co za pieprzony idiota.
– I co? – Henley po raz kolejny wyrywa mnie z zamyślenia.
– Co? – Spoglądam na mężczyznę.
Unosi pytająco brew.
– Jak długo to jeszcze potrwa z Cindy?
– Och… – Upijam następny łyk piwa. – Nie wiem. Z pewnością nie jest panią Grayson.
– Żadna nigdy nią nie będzie – wtrąca się Ant.
– Dlaczego tak uważasz? – drążę.
– Bo lubisz określony typ kobiet. – Otwiera szeroko oczy, a Henley się śmieje.
– Odwalcie się. – Wzdycham niewzruszony. – Nie wszyscy muszą być tak cholernie nudni jak wy dwaj.
Trafił w sedno… zapewne żadna kobieta nie zdoła zająć miejsca pani Grayson. Nic na to nie poradzę, że mam swój typ – gdybym tylko mógł go zmienić, zrobiłbym to.
Lubię niegrzeczne dziewczyny, z dużą ochotą na seks, potrafiące pieprzyć się równie dobrze, jak ja.
Choć bardzo bym tego chciał, niewinne kobiety w ogóle mnie nie kręcą.
Jeśli jednak zdarzy mi się umówić z taką na randkę, przez cały wieczór zerkam na zegarek i czekam, aż ta się skończy.
Rebecca wstaje, a ja patrzę na uwydatnione mięśnie jej ud pod krótką sukienką. Biorę łyk piwa, wyobrażając je sobie przy swoich uszach.
– Ślinisz się – szepcze Henley.
Natychmiast odwracam wzrok, bo czuję się zakłopotany, że mnie na tym przyłapał.
– Pierdol się.
– W końcu musisz zrobić pierwszy krok – stwierdza cicho Antony.
– Nie zamierzam podejmować żadnych kroków. – Ponownie popijam piwo, obserwując, jak Rebecca podchodzi do baru. – Nie jesteśmy tacy.
– Cóż, podczas gdy ty będziesz tak stał z boku i się jej przyglądał, ona będzie się pieprzyć z każdym napotkanym Tomem, Dickiem i Harrym, żeby całkowicie zapomnieć o swoim byłym – odpiera Henley. Stuka swoją butelką o moją i puszcza do mnie ironiczne oczko. – Zabawnie będzie patrzeć, jak się temu przyglądasz.
– Pierdol się.
Zaciskam zęby. Nienawidzę myśli, że pieprzy się z kim popadnie, lecz nic na to nie poradzę. Wiem, że musi przez to przejść. Do tej pory spała tylko z jednym facetem, a jako jej przyjaciel chcę, by się dobrze bawiła i poszerzała horyzonty.
– Jesteś idiotą – mamrocze Antony. – Ktoś ci ją sprzątnie sprzed nosa.
– Przecież ona nawet z nim nie śpi – zauważa Henley.
– Karma.
– Zamknijcie się. Nie macie nic lepszego do roboty niż wtykanie nosa w moje życie miłosne? To cholernie przerażające.
– Nieszczególnie. – Hen uśmiecha się szyderczo.
– W każdym razie… karma nie ma z tym nic wspólnego. Rebecca i ja jesteśmy tylko przyjaciółmi.
– Chciałbyś.
Zapada cisza, gdy dziewczyna wraca do stolika i siada, po czym unosi wzrok, a nasze spojrzenia się spotykają. Uśmiecha się delikatnie, przysuwając krzesło, a mój kutas reaguje z wdzięcznością.
Tak… to musi się skończyć.
Rebecca
– Wszystko w porządku, drogie panie? – Ronald uśmiecha się, po czym pochyla się i całuje Taryn w policzek.
– Idealnie, Ronny – odpowiada, patrząc na niego z promiennym uśmiechem.
– Dajcie znać, jeśli ktoś będzie wam sprawiał kłopoty, okej?! – woła w stronę stolika.
– Dzięki, stary. – Faceci uśmiechają się uprzejmie w odpowiedzi i przytakują.
Życie jest dziwne. Gdyby pięć lat temu ktoś mi powiedział, że moje grono znajomych będzie składało się z ludzi mieszkających na tej samej ślepej uliczce co ja, uznałabym go za szaleńca.
A jednak jestem tu, otoczona przez najlepszych przyjaciół, o jakich mogłaby marzyć każda dziewczyna. Przeprowadzka na Kingston Lane była najlepszą decyzją w moim życiu. Mam tu Henleya, Blake’a i Antony’ego. Henley to inżynier, Blake lekarz, a Antony prawnik. Jest też Juliet – pracuje jako pielęgniarka i jest zaręczona z Henleyem. Poznali się, gdy Juliet wprowadziła się do domu tuż obok niego. Polubiłam się też z Chloe, przyjaciółką Juliet, też pielęgniarką. I jest jeszcze Taryn, która zamieszkała z mamą po rozpadzie swojego małżeństwa. Z początku doprowadzała nas wszystkich do szału, lecz jej dziwactwa i buntowniczy styl są zaraźliwe, więc stała się moją przyjaciółką.
Sypia z menedżerem klubu i za każdym razem, gdy tu przychodzimy, załatwia nam najlepszy stolik i drinki za pół ceny.
– Wpadnę do ciebie w drodze do domu. Co ty na to? – pyta Ronny. Zalotnie puszcza do Taryn oczko, po czym zsuwa wzrok na jej obfity biust.
– Będę czekać – odpowiada z entuzjazmem.
Fuj… ta dziewczyna ma fatalny gust, jeśli chodzi o facetów. Ronald wzbudza we mnie odrazę…
Wygląda na zwykłego dupka, ale ona jakimś cudem uważa go za najprzystojniejszego faceta na świecie.
Nie znam się zbytnio na mężczyznach, mam jednak świadomość, że piersi Taryn przyciągają ich jak magnes. Są niczym muchołówka… wabiąca obleśnych typów.
– Oto i on. – Chloe wstaje i macha ręką.
Przez restaurację przechodzi przystojny mężczyzna o miodowobrązowych lokach. Nagle spogląda w naszą stronę i uśmiecha się szeroko, po czym macha i kieruje się do naszego stolika. Chloe ma nowego faceta – Olivera. Jest tak uroczy, że aż trudno mi to znieść.
Ma ten figlarny, chłopięcy urok, a ona jest w nim całkowicie zakochana. Wcale jej się nie dziwię.
Poznała go podczas dziennego seansu w kinie. Poszła tam sama – podobnie jak on – i okazało się, że byli jedynymi ludźmi na sali. Wymienili kilka żartobliwych uwag, po czym zaczęli rozmawiać o swoich ulubionych smakach popcornu oraz lodów i w końcu usiedli obok siebie.
To było trzy miesiące temu, a reszta, jak to mówią, jest historią. Nigdy nie widziałam przyjaciółki tak szczęśliwej – wydaje się być w siódmym niebie.
– Zobacz, kto z nim jest! – Chloe podskakuje podekscytowana na krześle i szturcha mnie łokciem. – No to zaczynamy, Bec.
Oliver ma przyjaciela… i to bardzo przystojnego.
– Aaach. – Chichoczę, patrząc na swojego drinka. O rany, te margarity są naprawdę mocne. Czuję się lekko wstawiona.
– Panie. – Oliver się pochyla i całuje Chloe w policzek. – Wyglądasz cudownie. – Z uśmiechem delikatnie unosi jej podbródek.
Ależ on jest uroczy…
Odwraca się do przyjaciela.
– Pamiętasz mojego kumpla Michaela?
– Oczywiście. – Uśmiecham się do niego. – Hej.
– Cześć. – W oczach Michaela dostrzegam błysk. – Miałem nadzieję, że tu będziesz.
– Hej! – woła Henley z drugiego końca stolika, a faceci machają do nas.
– Hej.
Nie ma już wolnych miejsc.
– Chodźmy do baru, żeby spokojnie porozmawiać – proponuje Chloe, po czym chwyta mnie za ramię i pociąga za sobą. – Idziesz z nami.
Prowadzi mnie za rękę w stronę baru, gdy serce podchodzi mi do gardła.
Bum, bum, bum, nerwy dają o sobie znać.
Przestań.
Muszę się w końcu ogarnąć, a to, że pozwalam sobie polubić kogoś, to krok w dobrą stronę.
Tak, mąż mnie zdradził… i co z tego?
Czy naprawdę zamierzam dopuścić do tego, by zrujnował mi resztę życia, i nigdy więcej nie umówić się na randkę?
Nie.
Nie zamierzam.
Czy wszyscy faceci są obleśnymi typkami?
Prawdopodobnie.
Przestań!
Z logicznego punktu widzenia wiem, że to nieprawda. Ciągle sobie powtarzam, że jestem gotowa na randkę, ale gdy zbliża się ten moment, wpadam w panikę, zastygam w bezruchu i dochodzę do wniosku, że jeszcze nie nadszedł na to odpowiedni czas.
Dość tego!
Stać mnie na coś więcej niż tkwienie w tym żałosnym stanie. Jestem teraz silniejsza i dam sobie radę.
Znajduję się w szczytowej formie, mam trzydzieści dwa lata, czeka mnie jeszcze mnóstwo wspaniałych rzeczy. Minęło już dwanaście miesięcy, więc naprawdę muszę przestać się tym zamartwiać i zacząć żyć dalej.
– Wiesz… – Michael pochyla się bliżej, bym tylko ja mogła go usłyszeć. – Myślałem o tobie.
– Naprawdę?
– Bez przerwy. – Otwiera szeroko oczy, aby zaakcentować swoją wypowiedź.
– Bez przerwy? – Uśmiecham się pod nosem, patrząc na drinka. – To sporo czasu.
– A ty myślałaś o mnie?
– Może? – Staram się zachować spokój.
– Może? – Unosi figlarnie brew.
– Może. – Chichoczę.
Mężczyzna zerka na zegarek.
– Pracujesz dziś w nocy? – pytam.
– Tak. – Wzrusza ramionami. – Nienawidzę pracować na nocne zmiany w soboty. To jedyna pora, kiedy nie znoszę pracować na zmiany.
– O której zaczynasz?
– O jedenastej.
Michael jest ochroniarzem – wykonuje różne zadania i często pracuje na nocki.
Spoglądam na zegarek.
– Jest już wpół do dziesiątej. Po co przyszedłeś, skoro zaraz musisz się zbierać?
– Żeby się z tobą zobaczyć. Wiedziałem, że jeśli dziś nie przyjdę, to przez cały następny tydzień nie będę miał okazji poprosić cię o numer.
– Naprawdę?
– Tak, naprawdę.
– I? – Przygryzam dolną wargę, by ukryć uśmiech.
– Dasz mi swój numer? – Wyciąga telefon.
– To zależy.
– Od czego?
– Co zamierzasz z nim zrobić?
– Zadzwonić do ciebie i zaprosić cię na randkę.
– Albo… – nie mogę uwierzyć, że mówię to na głos – możesz mnie o to zapytać teraz.
– Rebecca… pójdziesz ze mną na randkę? – Obdarza mnie wspaniałym, szerokim uśmiechem.
Aaach!
– Okej.
– W przyszłą… sobotę wieczorem?
– Mhm.
– W takim razie randka.
– Czyli jesteśmy umówieni.
– Chyba tak. – W brzuchu trzepoczą mi motyle. Już od dłuższego czasu nie spotkałam faceta, przy którym czułabym się tak cudownie. Błądzę wzrokiem po jego doskonałym ciele.
Michael to wysoki mężczyzna o krzepkiej budowie, do tego niesamowicie silny i umięśniony. Wyobrażam sobie, że ktoś taki jak on nie bierze w łóżku jeńców.
Na samą myśl o tym uginają się pode mną kolana. Cholera… zbyt długo nie uprawiałam seksu.
Od dawna nie miałam orgazmu i desperacko potrzebuję namiętnego, intensywnego weekendu.
– Będę się już zbierał, Bec. – Czyjś głos wyrywa mnie z nieprzyzwoitych fantazji, więc podnoszę wzrok, by zobaczyć stojącego obok nas Blake’a. – Chcesz, bym cię odwiózł do domu? – pyta.
– Och. – Marszczę brwi.
– Ja cię odwiozę – wtrąca się Michael.
– Okej. – Uśmiecham się.
– Kim jesteś? – interesuje się Blake.
– Och, przepraszam. – Kręcę głową, zawstydzona swoją nieuprzejmością. – Blake, to Michael. Michael, to Blake, mój przyjaciel.
Obaj wymuszają uśmiechy i podają sobie ręce.
– Cześć.
Blake mierzy mężczyznę wzrokiem od stóp do głów, jakby go oceniał.
– Czym się zajmujesz, Michaelu? – pyta.
– Pracuję w ochronie.
Przyjaciel upija łyk piwa.
– Jest sobotni wieczór, nie powinieneś być… w pracy?
Na twarzy Michaela pojawia się wyraźna irytacja.
O mój Boże, Blake bywa naprawdę wrednym dupkiem, jeśli tylko tego chce. Przyglądam mu się szeroko otwartymi oczami.
Przestań.
– Właśnie umówiłem się na randkę z tą uroczą dziewczyną – ripostuje Michael.
Co?
– Wybacz nam na chwilę, Michael. Odprowadzę tylko Blake’a. – Uśmiecham się wymuszenie, ciągnąc przyjaciela za ramię. – Do zobaczenia.
Michael kiwa głową.
– Cześć – rzuca Blake, unikając kontaktu wzrokowego.
– Co ty, do cholery, wyprawiasz? – szepczę, prowadząc go w stronę drzwi.
– A ty co, do cholery, wyprawiasz?
– Spędzam miło czas, rozmawiając z sympatycznym facetem, a ty zachowujesz się wyjątkowo niegrzecznie.
– Mówisz o nim? – prycha. – Jest najmniej sympatyczną osobą, jaką kiedykolwiek spotkałem.
– Nawet go nie znasz – rzucam z pogardą.
– Daj spokój, Rebecca. – Przewraca oczami, gdy docieramy do drzwi wejściowych. – Przecież twój radar na kretynów nie może aż tak się mylić.
– Radar na kretynów? – Marszczę brwi. – O czym ty, do cholery, mówisz?
– Twoja intuicja, która wykrywa takich dupków.
– Ha! – odpieram ostrym tonem. – On taki nie jest.
– A skąd to wiesz? – Kładzie ręce na biodrach.
– Znam go… właściwie bardzo dobrze – kłamię.
– Jasne, potrafię wyczuć takich jak on z daleka.
– Trzeba być jednym z nich, by ich rozpoznać.
– To, że lubię się zabawić, nie czyni mnie dupkiem. – Wykrzywia wargi. – Chociaż umawianie się z takim palantem świadczy o twojej głupocie. – Całuje mnie w policzek. – Dobranoc, Rebecca. – Odwraca się i wychodzi przez główne drzwi, a ja patrzę, jak znika w oddali.
Ugh… ależ on jest irytujący.
Wracam do baru i dołączam do Michaela.
– Kto to jest? – pyta.
– Ach. – Co za niezręczna sytuacja. – To mój sąsiad. – Posyłam mężczyźnie skrępowany uśmiech. – I jest moim przyjacielem.
Unosi brwi wyraźnie niezadowolony.
– Bywa trochę nadopiekuńczy, nie zwracaj na niego uwagi. Ja tak robię. – Stukam swoim kieliszkiem o jego drink. – Porozmawiajmy o czymś ciekawszym.
– Na przykład o czym? – Rozluźnia się chwilowo udobruchany.
– Na przykład o tym, dokąd pójdziemy na randkę w przyszłym tygodniu.
Obejmuje mnie w talii.
– A dokąd chciałabyś pójść?
Godzinę później Michael parkuje przed moim domem, po czym spogląda na mnie w ciemności.
– Cholera, przez ciebie mam ochotę wziąć dziś wolne.
Uśmiecham się do niego.
– W przyszłym tygodniu – przypominam.
– W przyszłym tygodniu – potwierdza.
W moim sercu rodzi się nadzieja. Naprawdę coś nas łączy.
Czuję przypływ emocji.
Michael pochyla się, ujmuje moją twarz w dłonie, po czym delikatnie muska moje usta.
Och…
Znajduje mój język, a ja zamykam oczy, by rozkoszować się panującą między nami idealną harmonią.
Całuje mnie raz za razem i dobry Boże…
Odsuwam się od niego, podniecona do granic możliwości.
– Wow – szepcze, patrząc na mnie.
– Wow. – Uśmiecham się szeroko.
– Miłej pracy. – Otwieram drzwi, wychodzę z auta i pochylam się przy szybie. – Zadzwoń do mnie. – Trzepoczę zalotnie rzęsami, starając się wyglądać uroczo, a mężczyzna puszcza do mnie oczko i dodaje gazu.
Niemal unoszę się w powietrzu, gdy wchodzę do domu. Zamykam drzwi i opieram się o nie plecami, pełna ekscytacji.
Czy już może być następna sobota?
Wkładam zatyczkę do odpływu, po czym odkręcam gorącą wodę i pozwalam jej płynąć. Po chwili leżę już w wannie, gdy zegar wskazuje kilka minut po północy. W łazience unosi się para, a ja zapaliłam świeczki, by stworzyć odpowiedni nastrój. To zabawne, kiedyś nigdy nie brałam tak długich kąpieli, bo zawsze uważałam je za stratę czasu.
Ale ostatnio stały się one częścią mojego planu dbania o siebie.
Długa, gorąca kąpiel działa oczyszczająco i jest prostą czynnością, od której się uzależniłam.
Po dzisiejszym wymarzonym pierwszym pocałunku z Michaelem czuję się tak, jakbym unosiła się nad ziemią. Nieustannie myślę o tym, jak mnie pocałował… i jak się wtedy czułam.
W głębi serca buzują mi emocje.
Telefon sygnalizuje nadejście wiadomości. Wychylam się z wanny, po czym wycieram ręcznikiem dłoń i sięgam po komórkę.
To SMS od Michaela. Ach… przesuwam palcem, aby go odczytać.
Michael:
Nie mogę przestać o tobie myśleć.
Uśmiecham się szeroko i odpowiadam.
Rebecca:
Ja o tobie też nie.
Michael:
Wyślij mi coś na zachętę.
Co? Marszczę brwi. Co to znaczy?
Nadchodzi następny SMS.
Michael:
Potrzebuję czegoś, co pomoże mi wytrzymać do przyszłego tygodnia.
O czym on pisze?
Otrzymuję od niego kolejną wiadomość.
Michael:
Ja zacznę.
Telefon znów wydaje charakterystyczny dźwięk, a ja otwieram SMS.
To zdjęcie jego penisa.
Co?
Wpatruję się w ekran, kompletnie zdezorientowana.
– Co jest, do cholery?
Zrobił to zdjęcie w łazience w ciągu dnia, co dostrzegam po odbiciu okna w lustrze.
Ta erekcja była przeznaczona dla kogoś innego, a on wysyła mi te obleśne fotki jako dowód.
Fuj…
Pojawia się kolejna wiadomość.
Michael:
Teraz twoja kolej.
Czy on to pisze poważnie?
Rebecca:
Chcesz, żebym wysłała ci swoje nagie zdjęcie?
Odpisuje niemal natychmiast.
Michael:
O tak, kurwa.
Ile on ma lat? Czternaście?
Wzdycham głośno i odkładam telefon na podłogę.
Fuj… Zanurzam się w wodzie. Dlaczego faceci to tacy pieprzeni idioci?
Czy ja mam na czole napisane: cel dla obleśnych typów?
Przychodzi kolejny SMS, więc otwieram go, nie potrafiąc się powstrzymać.
Michael:
Czekam gotowy.
??
Przewracam oczami i odpowiadam.
Rebecca:
Miło było cię poznać.
A właściwie to nie.
Naciskam na „wyślij”, a potem przewijam listę kontaktów i blokuję jego numer.
W pośpiechu wychodzę z wanny i odkręcam wodę pod prysznicem. Samo otrzymanie tej wiadomości sprawiło, że czuję się brudna. Pewnie wysłał zdjęcie swojego penisa co najmniej trzystu kobietom. Kutas z odzysku.
Ugh… to naprawdę obrzydliwe.
Namydlam dłonie i zaczynam szorować skórę.
Oficjalnie nienawidzę mężczyzn.
Blake
Puk, puk, puk, ktoś puka do drzwi.
– Kto to może być o tak wczesnej porze?
Wkładam chleb do tostera i podchodzę do drzwi, by je otworzyć. Ku swojemu zdziwieniu widzę stojącą w progu Rebeccę.
– Bec.
– Mogę wejść? – Ma na sobie piżamę, a ja marszczę brwi, mierząc ją wzrokiem od stóp do głów.
– Co się stało?
– Nic. Mogę wejść czy nie? – pyta zirytowana.
– Jasne.
– Myślałam o tym, co powiedziałeś wczoraj – oznajmia, podążając za mną do kuchni.
– Tak. – Tosty wyskakują z tostera, więc biorę jeden z nich. – Chcesz? – proponuję kobiecie.
– Nie, dzięki.
Podchodzę do lodówki, otwieram ją i zaglądam do środka.
Rebecca przysuwa stołek, by usiąść przy kuchennym blacie, po czym marszczy brwi.
– Co to jest? – Podnosi na palcu jasnofioletowy, koronkowy stanik.
O rany… co to tu robi? Wyrywam jej go z ręki.
– To Antony’ego – kłamię.
– Dlaczego Antony miałby nosić jasnofioletowy stanik?
– Bo pasuje do jego fioletowych majtek – odpowiadam szorstkim tonem. – Czego chcesz?
Siada na stołku.
– Co to jest ten radar na kretynów i jak się z niego korzysta?
Rebecca
– Co masz na myśli? – Blake marszczy brwi.
– Wczoraj wieczorem mówiłeś, że od razu wyczułeś, że Michael to dupek.
– Tak. – Mężczyzna nadal smaruje masłem tosta.
– A… skąd wiedziałeś, że to dupek? – dociekam.
Bierze kęs i uśmiecha się szyderczo.
– Nie mów mi, że ten idiota zdążył już coś spieprzyć.
Wzdycham ciężko.
– Poprosił mnie o nagie fotki, a potem wysłał mi stare zdjęcie swojego kutasa.
Przyjaciel się śmieje.
– To nie jest śmieszne, Blake.
– Trochę jest. – Opiera się tyłkiem o blat i krzyżuje nogi w kostkach.
Dopiero wtedy dostrzegam, że ma na sobie bokserki, a jego szeroka, opalona klatka piersiowa jest w pełni widoczna. Cholera, ostatnio nawet Blake wygląda nieźle. Odwracam wzrok.
Naprawdę muszę się z kimś przespać. Może powinnam była wysłać mu te nagie fotki.
– I? – pytam z nadzieją.
– I co? – Blake nadal swobodnie przeżuwa.
– Możesz mi wyjaśnić, jak to dokładnie działa? To znaczy… skąd o tym wiedziałeś? Jakie wysyłał sygnały?
– Bec… – Patrzy na mnie przez chwilę, jakby się zastanawiał. – Po prostu nie sądzę, żebyś była już na to gotowa.
– Jestem. Wiem, że jestem – upieram się.
– Skąd ta pewność?
– Bo podnieca mnie nawet zmiana kierunku wiatru.
– Naprawdę? – Uśmiecha się szyderczo, nie spuszczając ze mnie wzroku.
– Tak, naprawdę.
– Znam kogoś, kto mógłby ci w tym pomóc.
– Możesz być choć przez chwilę poważny?
– Chętnie ci w tym pomogę. – Puszcza mi figlarnie oczko.
– Blake. – Otwieram szeroko oczy. – Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
– Nie, jeśli mogę tego uniknąć. – Chwyta mnie za rękę i zrywa ze stołka. – Porozmawiamy o tym w ciągu tygodnia.
– Chcę pogadać o tym teraz – naciskam.
– To nie jest dobry moment, Bec.
– Dlaczego?
– Blake! – woła jakaś kobieta z piętra. – Wracasz do sypialni?
O mój Boże.
– Kto to jest? – pytam przerażona.
Przyjaciel podnosi ręce. Wygląda na równie zaskoczonego co ja.
– Nie mam pojęcia – porusza ustami. – Może to wróżka zębuszka.
Przewracam oczami.
– Potrafisz choć przez chwilę być poważny?
– Nie. – Chwyta mnie za ręce i odwraca w stronę drzwi. – Wracaj do domu i idź pobiegać albo coś.
– Nie chcę biegać. – Wzdycham, wychodząc na ganek.
– W takim razie się prześpij.
– Jest wczesny poranek. – Rozkładam ręce. – I co ja mam teraz zrobić?
– Zapomnij o facetach.
– Dlaczego?
– Bo jesteśmy, kurwa, do niczego.
Z rozczarowaniem opuszczam ramiona. Nawet Blake to otwarcie przyznaje.
– Słuchaj. – Wzdycha, przytulając mnie. – Wpadnę do ciebie później.
Stoję nieruchomo w jego uścisku.
– Dobrze? – mruczy w moje włosy.
– Okej…
– Przygotujesz mi kolację? – pyta.
– Ech… A wróżka zębuszka nie mogłaby ci przygotować?
– Nie. – Odsuwa się ode mnie i marszczy nos. – Ona kompletnie nie umie gotować.
– Skąd wiesz?
– Po prostu wiem. To może lazania?
Naprawdę chcę posłuchać więcej o tym radarze na kretynów.
– Ugh… w porządku.
– Muszę już lecieć. – Zamyka mi drzwi przed nosem, a ja przyglądam im się przez chwilę.
Wróżka zębuszka nie umie gotować, co może oznaczać tylko jedno…
Jest świetna w seksie oralnym.
Dwunasta trzydzieści po południu
Ponownie składam serwetkę na kolanach i rozglądam się po restauracji, czekając.
Gdzie on jest?
To typowe dla tego dupka Johna, żeby zrobić wielkie wejście.
Zerkam na zegarek i bębnię palcami po stole, coraz bardziej poirytowana.
Spóźnia się już piętnaście minut.
Gdybym go nie znała, pomyślałabym, że nie przyjdzie, niestety znam go aż za dobrze, więc wiem, że w ten sposób pokazuje dominację. Wpadnie tu za chwilę i zacznie udawać, że musiał zostać dłużej w pracy, choć tak naprawdę jest zbyt egocentryczny, by przejmować się tym, iż ktoś na niego czeka.
– No proszę, tu jesteś. – Uśmiecha się ze stoickim spokojem, po czym pochyla się, aby pocałować mnie na powitanie w policzek.
Odwracam głowę.
– Nie całuj mnie, a poza tym się spóźniłeś.
– Przepraszam. – Siada naprzeciwko mnie i patrzy mi prosto w oczy. – Dobrze wyglądasz, Rebecca.
Nawet nie próbuj…
– Dlaczego nie odpowiedziałeś mojemu prawnikowi? – pytam.
Niedbale nalewa sobie szklankę wody z dzbanka.
– Bo z twoim prawnikiem nie łączy mnie żadna relacja.
– Teraz już tak.
– Nie – upija łyk – nie łączy. – Otwiera menu i zaczyna przeglądać pozycje. – Co zamawiasz?
– Nie chcę jeść – zaprzeczam.
– Nie spotkaliśmy się przypadkiem na lunch?
– Nie. Spotkaliśmy się, bo nie odbierasz telefonów od mojego prawnika.
– Nie zgadzam się na to – rzuca ostro.
– Nie możesz mnie powstrzymać przed rozwodem z tobą – szepczę ze złością.
– Nie weźmiemy rozwodu, przetrwamy to. – Ze spokojem popija wodę. – Wszystkie pary przechodzą przez trudne chwile. Gdy przetrwamy tę kryzysową sytuację, będziemy się kochać bardziej niż kiedykolwiek.
– Przez osiemnaście miesięcy sypiałeś z inną kobietą. To coś więcej niż zwykły kryzys, John.
– Przechodziłem kryzys wieku średniego – szepcze. – Popełniłem błąd.
– I nigdy ci go nie wybaczę. Chcę rozwodu – powtarzam.
– Nie.
– Od ponad dwunastu miesięcy żyjemy w separacji, nie ma już do czego wracać. Nigdy.
Patrzy mi prosto w oczy i kreśli palcem wskazującym okręgi na obrusie.
– Dlaczego tak bardzo chcesz rozwodu? – pyta.
– Bo chcę.
– Dlaczego? – powtarza.
– Nie chcę mieszkać w domu, za który płacisz. Chcę mieć to już za sobą, bym mogła się utrzymywać i dbać o siebie sama. Dopóki mieszkam w domu opłacanym przez ciebie, tkwię w zawieszeniu.
– Och, daj spokój – prycha. – Na co ty, do cholery, możesz sobie pozwolić?
Otwieram usta, by rzucić jakąś złośliwą ripostą, lecz zamykam je, zanim zdążę coś powiedzieć.
Zachowaj spokój, dopóki nie zgodzi się na twoje warunki.
– Chcę dostać ten dom w ramach ugody, resztę możesz sobie zatrzymać.
Nie spuszcza ze mnie wzroku.
– Nie. Możesz wziąć domek letniskowy w Aspen.
– Nie chcę go… I tak nawet nie jeżdżę na nartach.
– W takim razie możesz zabrać mieszkanie na Manhattanie.
– Nie, lubisz to miasto. Zatrzymaj je sobie. Chcę zostać na Kingston Lane – naciskam.
– Jak zamierzasz utrzymać tak duży dom?
– Myślę, że dam radę skosić trawnik.
– Nadal spłacamy hipotekę. Nie stać cię na spłatę kolejnych rat.
– Znajdę jakiś sposób – zapewniam.
– Dlaczego tak bardzo chcesz tam zostać?
– Bo tam mieszkają moi przyjaciele?
Mężczyzna ze złości zaciska zęby.
– Blake Grayson nie jest twoim przyjacielem, Rebecca. On chce cię tylko przelecieć.
– Och, proszę. – Przewracam oczami. – Blake jest moim przyjacielem.
– Był moim, ale postanowił zostać zdrajcą i przejść na twoją stronę. – Rozciąga wargi w grymasie. – Nie trzeba być geniuszem, żeby wiedzieć dlaczego.
– Zamknij się – szepczę ze złością. – Nie mieszaj w to Blake’a. Nie każdy jest maniakiem seksualnym. Chcę dostać dom w ramach ugody i rozwodu, a ty mi go dasz.
– Nie.
– To nie zależy od ciebie.
– Właściwie to… – Mruży oczy. – Myślę, że wrócę do mojego domu.
Wzbiera we mnie panika.
– Nie, nie zrobisz tego.
– Nie powstrzymasz mnie.
– Ciekawe, co powiedzieliby twoi rodzice, gdyby dowiedzieli się, co zrobiłeś – warczę. To cios poniżej pasa, ale, do cholery, nie może się wprowadzić tu z powrotem.
– Nie groź mi, Rebecca.
– Sytuacja wygląda tak… Chcę dom i rozwód albo… pójdę do twojego ojca, a oboje wiemy, że ten mały rodzinny fundusz powierniczy babci zostanie ci odebrany, jeśli twoi dziadkowie się dowiedzą, jakim obleśnym typem jesteś.
– Przejdziemy przez to. – Pochyla się i ujmuje moją dłoń. – Kocham cię. Jesteś moją żoną i powinniśmy być razem na zawsze.
Wyrywam rękę z jego uścisku.
– Nie dotykaj mnie – cedzę przez zęby.
– Popełniłem błąd, jestem tylko człowiekiem. Zabij mnie w takim razie. Naprawdę uważasz, że dziewięćdziesiąt dziewięć procent mężczyzn nigdy nie popełniło takiego małego błędu?
– Włożyłeś kutasa w tyłek innej kobiety – wyrzucam z siebie wściekła.
Ludzie siedzący przy stolikach wokół spoglądają w naszą stronę, a ja się wzdrygam. Powiedziałam to znacznie głośniej, niż zamierzałam.
– Nie podnoś głosu – szepcze zirytowany. – W porządku… możesz wziąć dom. – Wzrusza ramionami, zastanawiając się na głos. – Przepiszę go na ciebie, ale nie zgodzę się na rozwód. Kocham cię i nie zamierzam się poddać.
– Przepiszesz go na mnie? – Marszczę brwi zaskoczona.
– Pod warunkiem, że się nie rozwiedziemy.
– Co? – Wykrzywiam usta. – To śmieszne.
Rozkłada ręce.
– Na jak długo mamy pozostać małżeństwem? – dopytuję.
– Na zawsze.
– Nie, chcę ustalić konkretny termin. – Myślę nad kontrpropozycją. – Jeśli za dwa lata nie będziemy znowu razem, to się rozwiedziemy.
– Osiem lat.
– Nie ma mowy – prycham. – Trzy.
– Sześć.
– Cztery.
– Pięć. – Opiera plecy o krzesło wyraźnie poirytowany. – To moja ostateczna propozycja. Przepiszę na ciebie dom, ale nie rozwiedziemy się przez co najmniej pięć lat.
Wpatrując się w niego, rozważam tę ofertę.
Naprawdę chcę dostać ten dom.
– Albo to, albo nic, Rebecca.
Pięć lat… to bardzo długo.
Nie żeby to miało znaczenie. I tak nie mam już zamiaru nigdy więcej wychodzić za mąż.
– Dlaczego prosisz o tak długi czas? – pytam.
– Bo nie mogę cię stracić, Rebecca. Chcę, żebyś mi wybaczyła. Potrzebujemy czasu, by się pogodzić. Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie.
– Ale bez trudu mogłeś sobie wyobrazić siebie w łóżku beze mnie… prawda?
– Popełniłem błąd – szepcze. – Jak długo zamierzasz mi to wypominać?
– Zawsze.
– Przez pięć lat.
– Muszę porozmawiać ze swoim prawnikiem.
– Prześlę ci harmonogram spłat i miesięczne koszty. Mówię ci, że cię na to nie stać. Nie musisz tego robić sama, masz mnie.
Nigdy nie mogłam na ciebie liczyć.
– Sama zdecyduję, na co mnie stać. – Wstaję zirytowana, chcąc jak najszybciej zakończyć to spotkanie. – Prześlij mi szczegóły i dam ci znać.
– Kocham cię. – Uśmiecha się do mnie z nadzieją.
Serce mi zamiera. Nienawidzę tego, że powtarza to za każdym razem, gdy rozmawiamy. Nie mogę znieść myśli, że mężczyzna, którego uważałam za swoją bratnią duszę, okazał się wyłącznie wielkim rozczarowaniem.
Wkurza mnie, że jestem sama i doskwiera mi samotność… Do cholery… Nienawidzę tego, że zrujnował mi moje idealne życie.
– Żegnaj, John. – Wstaję od stolika, przemierzam restaurację i pcham ciężkie, szklane drzwi, po czym wychodzę na chłodne powietrze.
Zakładam okulary przeciwsłoneczne i spoglądam w górę ulicy, w stronę swojego samochodu. Cóż, to była prawdziwa katastrofa…
Pięć lat… Kurwa.
Wpatruję się w ekran komputera i marszczę brwi.
– Co?
Otrzymałam e-maila od Johna z wyliczeniami finansowymi i spędzam popołudnie na analizowaniu wydatków.
– To z pewnością nie może być prawda.
Otwieram kalkulator w telefonie i zaczynam sumować roczne wydatki.
Spłata kredytu.
Koszty utrzymania.
Podatek od nieruchomości.
Media.
Ubezpieczenie.
Dodaję wszystko razem, a potem dzielę przez dwanaście.
– To powinien być miesięczny koszt. – Naciskam znak równości.
Trzy tysiące trzysta dwanaście dolarów.
Z przerażeniem otwieram szeroko oczy.
– Trzy tysiące trzysta dwanaście dolarów? – Wzdycham. – To są koszty miesięczne?
Cholera. Szybko dzielę tę kwotę przez cztery.
Osiemset dwadzieścia osiem dolarów.
– Co jest, do cholery… to tygodniowo?
Osuwam się na krześle.
– To pochłonie cały mój dochód, a jeszcze nie zapłaciłam za jedzenie, paliwo i ubezpieczenie samochodu.
Cholera.
Widzę tę zadowoloną minę Jonathana, kiedy mówił, że nie będzie mnie stać na utrzymanie domu.
Miał rację…
Ten egoistyczny drań doprowadza mnie do szału. Myśli, że wrócę do niego, bo nie mam innego wyjścia.
Z trzaskiem zamykam laptopa i wpatruję się w ścianę.
Co ja teraz zrobię?
Blake
Zamykam za sobą drzwi i przechodzę przez trawnik wprost do domu Rebekki. Jest dopiero siódma wieczorem. Pod pachą trzymam butelkę wina. Przez cały dzień nie mogłem się doczekać lazanii.
Nikt nie gotuje tak dobrze jak ona. Moim zdaniem to najlepsza kucharka w całych Stanach Zjednoczonych.
Wchodzę po schodkach na jej ganek.
Puk, puk.
Czekam…
Co się tam dzieje? Zerkam przez okno. Pewnie właśnie przygotowuje dla mnie kolację w kuchni. Uśmiecham się i ponownie pukam.
To idealne zakończenie weekendu – kolacja z moją ulubioną dziewczyną.
Drzwi otwierają się gwałtownie, a ja spoglądam na stopy sąsiadki i po chwili ponownie na jej twarz. Ma na sobie dziwną, flanelową piżamę – kanarkowo-żółte spodnie z wielkimi czerwonymi ustami nadrukowanymi na całej powierzchni i różową bluzkę. Włosy upięła w niedbały kok na czubku głowy, a jej twarz jest pokryta zieloną maseczką.
– Uwielbiam, kiedy się tak dla mnie stroisz – mruczę.
Rebecca przewraca oczami.
– Nie mam dziś ochoty na twój sarkazm – odpowiada zirytowana. – O co chodzi, Blake?
– Liczę na dobrą lazanię.
– Och. – Rzednie jej mina. – Racja… Zaprosiłam cię na kolację, prawda?
– Zapomniałaś? – Z przerażeniem otwieram usta. Czekałem na to przez cały dzień, a ona tak po prostu o tym zapomniała.
– Przepraszam. – Wzdycha, po czym się odsuwa, by mnie wpuścić. – Miałam… ciężki dzień. Wejdź.
Przechodzę przez przedpokój do salonu i zauważam, że obraz na telewizorze jest zatrzymany. Na stoliku przed kanapą leży paczka czekoladowych ciastek oraz puste opakowania po dwóch tabliczkach czekolady. Spoglądam na Rebeccę i widzę, że jest bardzo przygnębiona. Znam to spojrzenie.
Widziała się dzisiaj z Johnem.
– No cóż… – Przechylam lekko głowę. – Zgaduję, że nie będzie lazanii.
Dziewczyna kręci głową i siada na kanapie.
– Przepraszam. Ja…
Czekam na jej odpowiedź.
– Mam wrażenie, że nic mi dzisiaj nie wychodzi. – Wzrusza ze smutkiem ramionami.
– To nieprawda. – Siadam obok niej i przytulam ją. – Jesteś absolutnie urocza w roli gospodyni domowej. – Czuję, jak uśmiecha się w moje ramię. – Wiesz co, przygotuję nam kolację.
– Naprawdę?
– Nie do końca. – Wstaję. – Zamówimy coś na wynos. – Wyciągam telefon z kieszeni. – Na co masz ochotę?
– Na węglowodany – odpowiada, po czym kieruje pilota w stronę telewizora i naciska przycisk odtwarzania.
– To może zamówimy coś z Romanes Italian? – proponuję.
– Chyba tak.
– Cóż, nie mogę zamówić lazanii, bo w porównaniu z twoją byłaby fatalna. – Wykrzywiam wargi. – Jesteś mi winna lazanię, kobieto.
– Okej. – Posyła mi wymuszony uśmiech. – Wezmę chleb czosnkowy, i to ten największy. Właściwie to zamów rodzinną porcję carbonary z dodatkową śmietaną i ze świeżym parmezanem, a na deser pizzę z nutellą i z podwójną porcją truskawek. Poproszę również Coca-Colę, najlepiej w szklanej butelce.
Fuj…
– Brzmi bardzo zdrowo. – Ze zdziwienia unoszę brwi.
– Nawet nie zaczynaj… – warczy.
Wystawiam przed siebie ręce w geście poddania.
– Nie śmiałbym. – Wybieram numer do restauracji.
– Restauracja Romanes, słucham. – Słyszę po drugiej stronie.
– Czy mogę zamówić jedzenie z dostawą do domu? – pytam.
– Co będzie? – odzywa się znudzona recepcjonistka.
– Rodzinna porcja makaronu carbonara z dodatkową śmietaną i ze świeżym parmezanem, do tego spaghetti marinara z dodatkową papryczką chili oraz pizza z nutellą i truskawkami.
– To wszystko?
– I jeszcze colę – zerkam na Rebeccę, która mi się przygląda – w szklanej butelce.
Podaję im adres i się rozłączam, po czym spoglądam na telewizor.
– Co oglądasz?
– Pamiętnik.
– Dlaczego oglądasz smutne historie miłosne? Nie pora przerzucić się na Breaking Bad albo coś w tym stylu?
– O czym jest Breaking Bad?– pyta rozkojarzona.
– Pewien nauczyciel chemii, u którego zdiagnozowano nieuleczalnego raka, mówi sobie: „Pieprzyć to” i zaczyna produkować metamfetaminę w laboratorium.
– Brzmi okropnie. – Krzywi się. – Dlaczego miałabym chcieć oglądać serial o kimś, kto umiera i produkuje narkotyki?
– Bo jest zajebisty i znacznie lepszy niż ten film o zakochanych idiotach.
Uśmiecha się pod nosem, patrząc mi prosto w oczy.
Czy zamierza mi powiedzieć, co się dzisiaj wydarzyło?
Milczy.
– Powiem ci, co zrobimy. – Siadam obok niej i zakładam jej kosmyk włosów za ucho, a ona nie spuszcza ze mnie wzroku. – Pójdziesz teraz pod prysznic i zmyjesz to zielone świństwo z twarzy. – Stukam ją delikatnie w nos. – Ja w tym czasie rozłożę kanapę i zbuduję ci fort z poduszek z najprzytulniejszym kocem na świecie.
Obdarza mnie delikatnym uśmiechem.
– Potem zjemy kolację i zrobimy sobie maraton Breaking Bad – kontynuuję.
– Dziękuję, Blake. – W jej oczach pojawiają się łzy. – Po prostu miałam zły dzień, wiesz?
– Wiem. Wszystko będzie dobrze, kochanie. – Przytulam ją do siebie. – Jestem przy tobie.
Rebecca zostaje w moich ramionach odrobinę dłużej niż zwykle i, cholera, nienawidzę tego gościa za to, że tak bardzo ją zranił.
Gdybym kiedykolwiek spotkał go w ciemnej uliczce, mógłby tego nie przeżyć.
– Chcesz o tym pogadać? – mruczę w jej włosy.
– Niekoniecznie.
Fakt, że nie chce ze mną rozmawiać, boli bardziej, niż powinien, więc odsuwam się od niej i wstaję.
– Idź pod prysznic.
Równomierny oddech Rebekki to prawdopodobnie najbardziej kojący dźwięk na świecie. Leżymy na rozkładanym łóżku w jej salonie, otuleni miękkim kocem. Dziewczyna śpi na plecach we flanelowej piżamie i ma bardzo głęboki sen, a ja jestem zwrócony w jej stronę. Jest już późno, a rano muszę iść do pracy. Wiem, że powinienem wymknąć się stąd na palcach, zamknąć za sobą drzwi i pozwolić jej odpoczywać w spokoju.
Ale jak mam to zrobić… skoro patrzenie na nią, gdy śpi, jest urzeczywistnieniem moich marzeń?
Gdyby tylko…
Rebecca
– I co zamierzasz zrobić? – Chloe siada na kanapie i podpiera twarz dłonią.
– Nie wiem. – Nalewam nam wino do kieliszków. – Może w ogóle nie powinnam starać się o ten dom. Jakie to ma znaczenie, skoro i tak mnie na niego nie stać.
– Nie możesz pozwolić, żeby go dostał, ze względu na zasady – oburza się. – Zdobądź go, a potem sprzedaj, jeśli będziesz musiała, ale nie ma mowy, żeby ten kretyn tu mieszkał, skoro ty nie możesz.
– On nawet już nie chciałby tu mieszkać – odpowiadam. – Pozabijaliby się z Blakiem.
– Właśnie. Od razu by go sprzedał. Chce go tylko dlatego, że coś dla ciebie znaczy.
– Ten drań wykorzystuje mój dom jako broń. – Podaję przyjaciółce kieliszek z winem, siadam obok i podwijam pod siebie nogi.
– Próbuje tobą manipulować. Myśli, że może cię zmusić, żebyś do niego wróciła. – Upija łyk alkoholu. – Pięć lat bez rozwodu? Pieprz się, dupku.
Uśmiecham się. Istnieje tylko jedno lepsze zajęcie niż słuchanie, jak sama coraz bardziej nakręcam się z powodu Johna, a mianowicie słuchanie, jak robią to moi przyjaciele. Nie sądzę, by kiedykolwiek żył na świecie bardziej znienawidzony facet. Jest wrogiem publicznym numer jeden w Kingston Lane.
– Czyli myśli, że może cię tu sprowadzić, z dala od twojej rodziny i przyjaciół, pieprzyć się ze swoją sekretarką przez osiemnaście miesięcy za twoimi plecami, dać się przyłapać, a potem przekupić cię, żebyś się z nim nie rozwiodła.
Unoszę brwi.
– Kiedy mówisz to na głos, brzmi to naprawdę okropnie.
– Bo tak właśnie jest. To taki egoistyczny dupek, że nie potrafię tego znieść.
Wzdycham głośno i popijam wino.
– Co powiedziała Juliet? – pyta Chloe.
– Jeszcze się z nią nie widziałam. Pracowałam przez cały weekend.
– Cóż, Blake wpadnie w szał.
– Nic mu nie mów – ostrzegam ją. – Przyszedł do mnie wczoraj wieczorem na kolację, ale nie wspomniałam mu o tym ani słowem. Nie mam ochoty wysłuchiwać jego wywodów.
– Jest dobrym przyjacielem.
– Wiesz przecież, że bywa nadopiekuńczy, jeśli chodzi o Johna.
Dziewczyna wstaje, podchodzi do okna i zerka przez zasłony na chłopaków grających w golfa.
– Ale nadal jest zajebiście przystojny.
Przewracam oczami.
– Myślałam, że wszystkie jesteście zakochane w Oliverze?
– Ja owszem. – Nadal obserwuje mężczyzn. – Jestem zajęta, ale nie ślepa. – Posyła mi uśmiech. – Nie ma na świecie kobiety, która nie uważałaby Blake’a Graysona za niesamowicie pociągającego.
Podnoszę rękę.
– Ja.
– Przyznaję, że jesteś wyjątkiem. – Wystawia w moją stronę kieliszek z winem.
– Wracając do mojego braku pieniędzy… Co mam zrobić? – Wzdycham zniechęcona.
Chloe w dalszym ciągu przygląda się chłopakom.
– Jedyne, co możesz zrobić w tej sytuacji.
– Czyli?
– Załóż OnlyFansa.
Chloe i ja ostrożnie schodzimy po schodkach przed domem, trzymając w rękach tace pełne jedzenia. Przyjaciółka przygotowała szaszłyki z kurczaka satay, a ja dużą zapiekankę ziemniaczaną i smażony ryż. Każda z nas ma też pod pachą butelkę wina. Faceci nadal grają w golfa, a ja wciąż nie mogę uwierzyć, że mamy tor do minigolfa na samym środku ślepej uliczki.
– Nieee! – krzyczą jednocześnie, kiedy Antony wbija piłkę do dołka.
– Miałeś farta! – wrzeszczy Henley.
– Idziecie do nas? – wołam, gdy mijam ich w drodze do Carol.
– Za chwilę – odpowiada Blake, po czym bierze do ręki kij. – Muszę tylko pokazać tym frajerom, kto tu rządzi. – Wystawia język, by się skoncentrować, i przyjmuje odpowiednią pozycję.
Idziemy wzdłuż ulicy i po chwili wchodzimy po schodkach przed domem Carol.
– Wejdźcie, kochane! – woła kobieta.
Zastajemy ją w fartuchu, gdy pochyla się nad piekarnikiem i zagląda do jego wnętrza.
– Ten cholerny sprzęt znów szwankuje.
– Czas rozkręcić tę imprezę, ludzie. – Śmieje się Taryn, wchodząc do środka. Ma na sobie obcisłą sukienkę w kolorze intensywnego różu i niesie ogromną lodówkę turystyczną.
Jak to możliwe, że wygląda tak seksownie we wszystkim, co na siebie włoży?
– Co tam, do cholery, jest? – Marszczę brwi.
– Poncz na imprezę. Pomóż mi – odpowiada.
Chwytam za jeden koniec lodówki i z trudem wnosimy ją do kuchni.
– Waży chyba tonę.
– Postaw ją tutaj.
Łup. Opuszczamy ją z hukiem, po czym Taryn otwiera pokrywę i wyciąga wielką szklaną misę oraz chochlę.
– Robię najlepszy imprezowy poncz w historii świata. – Wyjmuje kilka dwulitrowych butelek z pomarańczowym płynem i zaczyna przelewać ich zawartość do misy.
– Skoro tak twierdzisz. – Chichoczę.
– No jasne. – Gdy naczynie jest już napełnione, dziewczyna dodaje do niego pokrojone owoce. – Weź szklankę – instruuje mnie.
– Tutaj, kochana. – Carol otwiera górną szafkę i wyciąga kilka wysokich szklanek. – Duża misa ponczu zasługuje na wysokie szklanki. – Podaje mi jedną z nich, a Taryn napełnia ją po sam brzeg.
O rany… sporo tego ponczu.
Biorę ostrożny łyk. Napój ma pomarańczowocytrynowy smak, czym jestem naprawdę mile zaskoczona. Oblizuję usta, by lepiej go poczuć.
– To jest pyszne, Taryn. Nawet nie czuć alkoholu.
– A nie mówiłam? – Unosi brwi. – Ktoś jeszcze chce?! – woła.
– Ja, proszę. – Chloe wyciąga w jej kierunku szklankę.
Taryn nalewa ponczu dziewczynie, a potem sobie i Carol.
Przed frontowymi drzwiami rozbrzmiewa głośny śmiech i po chwili faceci wchodzą do środka.
– Witajcie, kochani. – Carol całuje ich w policzki na powitanie.
– Oto i ona, moja ulubienica. – Blake obejmuje kobietę ramionami.
– Cześć, kochany. – Sąsiadka obdarza go szczerym uśmiechem, ujmuje jego twarz w dłonie i patrzy mu w oczy.
Za nim do pomieszczenia wchodzą Henley i Antony wraz z Winstonem.
Antony i Winston są wyjątkowo głośni, mają zaróżowione policzki i od razu widać, że wypili już o kilka drinków za dużo.
– Przygotowałam nam poncz – ogłasza z dumą Taryn. – Chcecie trochę?
Henley bierze szklankę.
– Jasne, że tak.
Trzy godziny później
Klaszczemy do rytmu, śpiewając na całe gardło „sto lat”. Winston wskakuje na kanapę, zdziera z siebie koszulkę i kręci nią nad głową jak lassem, a my wszystkie piszczymy z podekscytowania.
Brzuch boli mnie ze śmiechu – właśnie tego potrzebowałam.
Spędzamy razem cudowny wieczór.
Jest pyszne jedzenie, są tańce, wokół siebie mam wspaniałych przyjaciół. Doszłam do wniosku, że za żadne skarby nie wyprowadzę się z tej ulicy.
Nie wiem jak, ale znajdę sposób, aby było mnie stać na mieszkanie tutaj… Muszę to zrobić.
Blake
Bum, bum, bum.
Budzi mnie pulsujący ból głowy, więc przykładam obie dłonie do czoła, próbując temu zaradzić.
– Och… – Wykrzywiam twarz. – Auć…
Otwieram jedno oko, a potem drugie. Chwila… Gdzie ja jestem? Rozglądam się dookoła i zauważam, że leżę w pokoju gościnnym we własnym domu.
Dlaczego tu spałem?
Opieram się na łokciach, zdezorientowany. Chwila, co?
Kładę się z powrotem i staram się coś sobie przypomnieć. Tańczyłem… a potem…
No właśnie…
Co się stało potem? Mrugam, usiłując ze wszystkich sił przypomnieć sobie cokolwiek.
Bum, bum, bum, dudni mi w głowie.
Kurwa, potrzebuję ibuprofenu.
Z trudem wstaję z łóżka i zerkam na swoje nagie ciało. Na podłodze zauważam zmięte dżinsy i rozglądam się za koszulką lub bokserkami, ale nigdzie ich nie znajduję.
Hmm.
Z wysiłkiem wciągam spodnie i wychodzę na korytarz. Po chwili dostrzegam, że drzwi do sypialni są zamknięte.
Ktoś tam śpi.
Delikatnie pukam, nikt jednak nie odpowiada. Gdy ostrożnie zaglądam do środka, widzę puste i nadal pościelone tak jak wczoraj łóżko.
Marszczę brwi, zastanawiając się, co się stało.
Hmm… to nie ma sensu. Dlaczego miałbym spać w pokoju gościnnym, skoro w moim łóżku nikogo nie było?
Dziwne.
Nie mam pojęcia, co tu się, do cholery, dzieje.
Schodząc na parter, próbuję wydobyć z pamięci choćby okruchy wspomnień. Jakim cudem aż tak się nawaliłem?
W głowie kłębią mi się mgliste obrazy, jak tańczę na kanapie u Carol.
Chwila…
Przesuwam dłonią po twarzy. Jak mogłem się tak upić? Nalewam sobie szklankę wody i podchodzę do apteczki. Biorę tabletkę Advilu i wrzucam ją do ust.
Krzywię się, gdy czuję, jak lek przechodzi przez gardło.
Serio, ten ból głowy mnie wykończy. Pewnie mam tętniaka albo coś w tym stylu.
Bzzzzzm bzzzzz… bzzzzz.
Mój telefon wibruje na blacie kuchennym, a na ekranie pojawia się nazwisko Henleya.
– Cześć – odbieram.
– Żyjesz? – szepcze ochrypłym głosem.
– Ledwo. – Zamykam oczy. – Ale podejrzewam, że koniec jest bliski.
– Cholera…
– Jak to się… – Wykrzywiam usta. – Nie pamiętam nawet, jak wróciłem do domu.
– Ja też nie. Jules powiedziała, że znalazła mnie śpiącego w naszym ogrodzie, kiedy wróciła z pracy.
– O której to było? – Marszczę brwi, próbując przypomnieć sobie przebieg wydarzeń.
– Nie wiem, chyba o północy.
– Co piliśmy?
– Poncz Taryn.
– Cholera. – Przesuwam dłonią po włosach. – A co z Delucą?
– Nie odbiera telefonu.
– Idź sprawdzić, co z nim. Pewnie już nie żyje.
– Sądząc po tym, jak się czuję, wcale by mnie to nie zdziwiło.
Żołądek podchodzi mi do gardła i pochylam się nad zlewem, gdy zaczyna mnie mdlić.
– To jest, kurwa, kac stulecia. – Znowu mam odruch wymiotny. – Co, do cholery, było w tym ponczu?
– Kto wie.
Trzymając się za brzuch, opieram się o blat, a coś wbija mi się w plecy z tylnej kieszeni dżinsów. Sięgam do niej i wyciągam jasnoniebieskiego pendrive’a.
Wpatruję się w niego przez chwilę.
– Co to, do cholery, jest?
– O czym ty mówisz? – pyta Henley.
– W kieszeni dżinsów miałem pendrive’a.
– Co na nim jest?
– Nie wiem. – Wracam na korytarz, po czym spoglądam w lustro i zamieram zszokowany na widok swojego odbicia.
Na szyi mam ogromną malinkę.
Co jest, kurwa?
Odwracam głowę i przyglądam się ciemnofioletowemu siniakowi. W głowie kłębią mi się setki myśli. Kto mi to zrobił?
– Co jest na tym pendrivie? – powtarza Henley.
– Kogo to obchodzi? Mam większy problem niż jakiś pieprzony pendrive. – Z kim ja się, do cholery, przespałem zeszłej nocy?
– Co?
– Mam na szyi ogromną malinkę.
– Od kogo?
– Sam, kurwa, chciałbym wiedzieć – warczę.
– Cóż, nikogo więcej tam nie było, a ty nigdzie nie wychodziłeś… więc to może oznaczać tylko jedno.
– A mianowicie?
– Przespałeś się z jakąś dziewczyną z Kingston Lane.
Z przerażenia otwieram szeroko oczy.
– Na pewno nie.
Czerwone promienie słońca przebijają się przez moje zamknięte powieki.
– Podasz mi butelkę wody, proszę? – pyta Ant, leżący na leżaku obok mnie.
– Jeszcze jedną?
– Tak, jeszcze jedną – ripostuje.
Sięgam do lodówki turystycznej, po czym wyciągam z lodu butelkę i podaję ją przyjacielowi.
Umieramy powolną, bolesną śmiercią przy basenie, mając piekielnego kaca.
Mój telefon sygnalizuje nadejście wiadomości.
Henley:
Czy mógłby mnie ktoś dobić?
Czytam SMS-a od niego i parskam śmiechem.
– Co? – Ant spogląda na mnie, mrużąc oczy w słońcu.
– Hen chce, żebyśmy go dobili, żeby nie musiał kupować kanapy.
Kumpel uśmiecha się szyderczo, po czym upija łyk wody. Juliet uparła się na zakup nowej kanapy i ku niechęci Henleya już od wielu godzin ciąga go po sklepach.
Ant zamyka oczy i splata dłonie pod głową.
– Pamiętasz już, z kim się przespałeś?
– Nie, ale – popijam wodę – doszedłem do wniosku, że to nie mógł być nikt ekscytujący, skoro o tym zapomniałem.
– Słuszna uwaga. – Unosi brwi. – A co ta dziewczyna robiła z pendrive’em?
Spoglądam na niego.
– Myślisz, że należy do dziewczyny, która zrobiła mi tę malinkę?
– Oczywiście. – Wzrusza ramionami. – Z jakiego innego powodu miałbyś go mieć?
– Też prawda. – Zastanawiam się przez chwilę. – Czyli wystarczy, że sprawdzę, co na nim jest, i wszystko się wyjaśni.
– Mhm. – Ant siedzi z zamkniętymi oczami i wygrzewa się w słońcu. – Tylko czy naprawdę chcesz to wiedzieć?
Wzdycham ciężko.
– Raczej nie.
– To na pewno Taryn.
Zaciskam powieki i ściskam grzbiet nosa.
– Oby nie.
– Mam nadzieję, że to Carol. – Uśmiecha się do nieba. – Gdybyś zaliczył Carol, czułbym się spełniony.
Przewracam oczami.
– Może to z Winstonem się pieprzyłeś?
– Odwal się. – Rzucam w kumpla butelką wody, zniesmaczony tą myślą. – Jak wrócimy do mnie, sprawdzimy, co się znajduje na tym głupim pendrivie.
– Stawiam pięćdziesiąt dolców, że to Taryn. – Spogląda na mnie. – A ty kogo obstawiasz?
Wzdrygam się, rozważając różne opcje.
– Jeśli to Taryn, to się wyprowadzam.
– No tak, bo na pewno nie będzie niezręcznie widywać ją codziennie.
– Zamknij się, kurwa.
Przychodzi wiadomość od Henleya.
Henley:
S.O.S.
Na samą myśl, że musi włóczyć się po sklepach, uśmiecham się pod nosem.
– Właśnie dlatego nigdy się nie ożenimy. Nie można nawet w spokoju wyleczyć kaca.
– Amen.
Cztery godziny później
– Okej. – Podłączam pendrive’a do komputera stacjonarnego. – Zobaczmy, co na nim jest.
Henley i Antony leżą na kanapie w moim domu.
Rocket Cock
Odchylam się na krześle, zszokowany.
– Rocket Cock… Co to, do cholery, jest Rocket Cock?
– Co?! – woła Henley z sąsiedniego pomieszczenia.
– Jest tu coś o jakimś Rocket Cock? – odpowiadam.
Obaj zeskakują z kanapy i podchodzą do mnie, by zajrzeć mi przez ramię na monitor.
Kiedy Brodie McAlister sprawdza, skąd dochodzi hałas w jej garażu, ostatnim, czego się spodziewa, jest mierzący siedem stóp zielony kosmita. Jest ogromny i umięśniony, góruje nad nią.
– Hmm? – Krzywię się. – Co to, do cholery, jest?
Między jego nogami zwisają dwa ogromne zielone kutasy.
Otwieram szeroko oczy, podczas gdy kumple wybuchają śmiechem.
– Co to, kurwa, za gówno?! – krzyczę.
Jaja ma wielkości piłek baseballowych, a kiedy patrzy na mnie z pożądaniem, jego wilgotne penisy zaczynają się powiększać.
– Kto, do cholery, to napisał?! – wrzeszczę oburzony.
– Wygląda na to, że zeszłej nocy przeleciałeś kosmitę, stary. – Antony klepie mnie po plecach.
– I jak było z jego dwoma kutasami? – pyta Henley. – W sumie to bardzo wygodne. Jeden mogłeś mieć w tyłku, a drugi w ustach.
Ponownie rechoczą.
– Bardzo śmieszne – mamroczę. – Nie mam pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi.
– Jasne, że nie masz. To skąd to się wzięło w twojej tylnej dziu… to znaczy… w kieszeni? – poprawia się Henley.
– Jesteś trochę obolały dzisiaj, co nie? – dodaje Antony. – Zauważyłem, że dziwnie chodzisz.
Rozbawiony Hen cofa się i potyka, przez co Antony wybucha jeszcze głośniejszym śmiechem.
– Bardzo zabawne – burczę, przewijając dalej w poszukiwaniu jakiejkolwiek wskazówki.
Puk, puk.
– Ktoś stoi przy drzwiach – rzucam poirytowany. To nie jest odpowiedni moment. – Odejdź.
– To może być on.
– Zamknij się.
Puk, puk.
– Pieprzyć to. – Wbiegam do łazienki, biorę ręcznik i owijam go wokół szyi.
Nikt nie może zobaczyć tej malinki.
