Znienawidzony rywal - T. L. Swan - ebook
BESTSELLER

Znienawidzony rywal ebook

T.L. Swan

4,8

474 osoby interesują się tą książką

Opis

T. L. Swan w Polsce!
Firma Claire Anderson ma poważne kłopoty finansowe, jednak kobieta nie chce dopuścić do siebie myśli, że większe przedsiębiorstwo mogłoby przejąć jej biznes.
Ta firma wiele dla niej znaczy. To „dziecko” jej zmarłego męża, jego marzenie i jej wspomnienia związane z ukochanym. Claire nie może pozwolić na jej przejęcie.
Dlatego kiedy dzwoni do niej Tristan Miles i prosi o spotkanie, Claire wie, że mężczyzna jest jednym z wielu sępów żerujących na jej nieszczęściu. Ostatecznie, choć niechętnie, zgadza się z nim spotkać. Na miejscu okazuje się, że Tristan jest niebywale seksowny, władczy, nieziemski, ale… dla niej to nic nie znaczy.
Tristan i Claire ponownie mają ze sobą styczność na konferencji, na której mężczyzna jest prelegentem. Zapamiętała go jako nadętego, aroganckiego i niestety gorącego… buca. I nadal podtrzymuje swoją opinię o nim. Tylko dlaczego, kiedy na nią patrzy, przechodzą ją dreszcze?                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                           Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 516

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,8 (2634 oceny)
2244
296
67
20
7
Sortuj według:
Jolanta0505

Nie oderwiesz się od lektury

Aż mi brak słów w tej książce było wszystko erotyka, romans, chwilę wzruszenia oraz humor. Pierwsza część była świetna lecz druga jest poprostu generalna. Polecam 🔥🥰💜💙💚
190
Megi2iii

Nie oderwiesz się od lektury

świetna książka 😃 Dużo śmiechu i łez. Naprawdę bardzo dawno nie czytałam czegoś takiego
100
szumilaska0

Nie oderwiesz się od lektury

Od dawna juz nie przeczytałam tak wspanialej książki... śmiałam się i płakałam na zmianę. POLECAM Z CZYSTYM SUMIENIEM . UWIELBIAM
90
abilify

Nie oderwiesz się od lektury

Tą książkę długo będę miała w pamięci. Czyta się przyjemnie, bardzo szybko. Jest w niej wszystko- świetny humor, romans, obyczaj. Bohaterów lubi się od pierwszych stron. Nie ma w tej książce naciąganych dram. Jestem nią zachwycona.
80
mikka222

Nie oderwiesz się od lektury

Jedna z lepszych które czytałam. Gorąco polecam
51

Popularność




Tytuł oryginału

The Takeover

Copyright © 2020 by T. L. Swan

All rights reserved

Copyright © for Polish edition

Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne

Oświęcim 2022

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Redakcja:

Joanna Tykarska

Korekta:

Justyna Nowak

Edyta Giersz

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Numer ISBN: 978-83-8178-984-4

Rozdział 1

Claire

Na moim biurku dzwoni telefon.

– Halo? – odbieram.

– Cześć, Tristan Miles dzwoni na dwójce – odpowiada Marley.

– Powiedz mu, że jestem zajęta.

– Claire… – Marley zawiesza głos. – Dzwoni trzeci raz w tym tygodniu.

– No i?

– Za niedługo przestanie dzwonić.

– Okej i do czego zmierzasz? – pytam.

– Do tego, że w tym miesiącu wypłacamy pensje na kredyt. Claire, wiem, że nie chcesz tego przyznać, ale mamy kłopoty. Musisz go wysłuchać.

Wzdycham ciężko, przeciągając dłonią po twarzy. Ma rację – nasza firma, Anderson Media, przeżywa trudny okres. Zeszliśmy do trzystu pracowników, choć pierwotnie było ich dwukrotnie więcej. Miles Media i inni konkurenci od miesiąca krążą wokół nas jak wygłodniałe wilki, obserwują i wyczekują idealnego momentu, żeby zaatakować. Tristan Miles: szef działu przejęć i arcywróg każdej firmy w tarapatach. Jest jak pijawka – przejmuje przedsiębiorstwa, gdy te są w złej formie, rozrywa je, a potem, dzięki bezdennemu źródłu pieniędzy, zszywa na nowo i zapewnia im ogromny sukces. Jest najbardziej jadowitym wężem w całej dżungli. Żeruje na słabości innych i jeszcze zarabia na tym miliony dolarów. To bogaty, zepsuty gnojek, słynący z ostrej jak brzytwa inteligencji, twardej skóry i braku sumienia.

Ucieleśnia wszystko, czego nienawidzę w biznesie.

– Po prostu wysłuchaj, co chce powiedzieć… nic ponadto. Nigdy nie wiadomo, co ma do zaoferowania… – przekonuje Marley.

– Och, daj spokój – prycham na nią. – Obie wiemy, czego chce.

– Claire, proszę. Nie możesz stracić rodzinnego domu. Nie pozwolę na to.

Przepełnia mnie smutek, nie mogę się pogodzić z tym, że znalazłam się w takiej sytuacji.

– No dobra, wysłucham go – ustępuję. – Ale na tym koniec. Zaplanuj spotkanie.

– Okej, super.

– Nie podniecaj się – cedzę. – Zgadzam się tylko po to, żebyś się w końcu zamknęła.

– Zgoda, od teraz buzia na kłódkę. Słowo harcerki.

– Gdybyś tylko nią kiedyś była – mówię z uśmiechem. – Pójdziesz ze mną?

– A jakże. Wetkniemy panu elegancikowi jego książeczkę czekową tam, gdzie słońce nie dociera.

– Umowa stoi – chichoczę.

Rozłączam się i wracam do raportu. Szkoda, że to nie piątek, mogłabym choć przez kilka dni nie martwić się Anderson Media i naszymi rachunkami.

No ale do piątku już tylko cztery dni.

W czwartek rano idziemy z Marley na umówione spotkanie.

– Przypomnisz mi, dlaczego umówiliśmy się akurat tam? – pytam.

– Bo chciał pomówić na neutralnym gruncie. Zarezerwował stolik w Bryant Park Grill.

– Dziwne… przecież to nie randka – prycham.

– To na pewno element jego olśniewającego planu – odpowiada, wykonując gest, jakby roztaczała dłonią tęczę w powietrzu. – Neutralny grunt – syczy z przekąsem – na którym chce nas wydymać.

– I to z uśmiechem na twarzy. – Krzywię się. – Mam nadzieję, że przynajmniej byłoby przyjemnie.

Marley kwituje ten żart śmiechem, ale od razu wraca do swoich kazań.

– Pamiętasz strategię? – pyta, nie zwalniając kroku.

– Tak.

– No to opowiedz… żebym i ja zapamiętała.

Uśmiecham się. Idiotka. Zabawna, ale idiotka.

– Zachować spokój, nie dać mu się sprowokować – recytuję. – Nie odmawiać od razu, utrzymać go w roli polisy ubezpieczeniowej.

– Tak jest, świetny plan.

– No raczej, w końcu sama go ułożyłaś.

Docieramy do restauracji i zatrzymujemy się za rogiem. Wyciągam rozkładane lusterko i poprawiam szminkę. Włosy mam upięte w luźny kucyk. Założyłam dziś granatowy kostium i kremową, aksamitną bluzkę, szpilki z lakierowanej skóry z pełnymi noskami i perłowe kolczyki. Stonowany strój, bo chcę, żeby potraktował mnie poważnie.

– Dobrze wyglądam? – pytam.

– Mega sexy.

– Marley, ja nie chcę wyglądać sexy – rzucam zbita z tropu. – Chcę wyglądać twardo.

Krzywi się i natychmiast wchodzi we właściwą rolę.

– Wyglądasz mega twardo. – Uderza pięścią w otwartą dłoń. – Wypisz wymaluj żelazna dziewica.

Uśmiecham się szeroko do mojej cudownej przyjaciółki. Ma krótkie, punkowe, jasnorude włosy i fantastyczne różowe okulary w stylu kocich oczu. Ma na sobie czerwoną sukienkę narzuconą na jaskrawożółtą koszulę, czerwone pończochy i buty w tym samym kolorze. Jest taka modna, że wręcz awangardowa. Marley to moja najlepsza przyjaciółka, powierniczka, poza tym pracuje najciężej w całej firmie. Od pięciu lat niezmiennie trwa u mego boku. Jej przyjaźń to prawdziwy dar, nie mam pojęcia, gdzie byłabym bez niej.

– Gotowa? – pyta.

– Gotowa. Jesteśmy dwadzieścia minut przed czasem. Chciałam przyjść pierwsza, zdobyć przewagę.

Marley aż się przygarbia.

– Na pytanie: „Gotowa?” odpowiadasz: „Urodziłam się gotowa!”.

– Chodź, miejmy to z głowy – rzucam, mijając ją.

Prostujemy się, robimy poważne miny, po czym wchodzimy do foyer.

– Dzień dobry paniom – wita nas uśmiechnięty kelner. – Czym mogę służyć?

– Och… – Zerkam na Marley niepewnie. – Jesteśmy tu umówione na spotkanie.

– Z Tristanem Milesem? – pyta mężczyzna.

Marszczę czoło. Skąd wiedział?

– Tak… w gruncie rzeczy tak.

– Pan Miles ma zarezerwowaną prywatną salę jadalną na piętrze. – Kelner wskazuje na schody.

– Ależ oczywiście – cedzę pod nosem.

Marley zaciska wargi z lekkim niesmakiem i ruszamy na górę. Piętro jest zupełnie puste. Rozglądamy się i dostrzegam na balkonie rozmawiającego przez komórkę mężczyznę. Ma na sobie idealnie dopasowany granatowy garnitur oraz nieskazitelnie białą koszulę, jest wysoki i muskularny. Włosy, na czubku głowy nieco dłuższe niż z boków, są ciemnobrązowe i lekko pofalowane. Bardziej przypomina modela niż węża z dżungli.

– Ja pierdolę… niezłe z niego ciacho – szepcze Marley.

– Zamknij się! – warczę, wystraszona, że ją usłyszy. – Mogłabyś się, kurwa, uspokoić.

– Dobra, już dobra – odpowiada i daje mi kuksańca w udo, za co natychmiast rewanżuję się tym samym.

Kiedy Tristan Miles nas zauważa, obdarza szerokim, perlistym uśmiechem, a następnie unosi palec, pokazując, że za chwilę do nas dołączy. Wymuszam uśmiech, a gdy obraca się do nas plecami, wbijam wściekły wzrok w tył jego sylwetki. Jak on śmie zmuszać nas do czekania.

– Ani słowa – szepczę.

– A mogę sobie gwizdnąć? – pyta Marley, wodząc wzrokiem po jego tyłku. – Muszę, kurwa, gwizdnąć z uznaniem. Nieważne, czy jest dupkiem, czy nie.

Łapię się za nasadę nosa, mam poczucie, że spotkanie jeszcze się nie rozpoczęło, a już idzie tragicznie.

– Proszę cię, po prostu milcz – napominam ją.

– Okej, okej – mówi, po czym pokazuje, że zamyka buzię na kłódkę.

Miles rozłącza się i zmierza ku nam niczym ucieleśnienie pewności siebie. Uśmiecha się szeroko, wyciągając rękę na powitanie.

– Dzień dobry, Tristan Miles.

Ma wszystkie niezbędne dołeczki, kwadratową szczękę, białe zęby i…

Witam się z nim, jego dłoń jest wielka i silna – natychmiast dociera do mnie świadomość jego wybuchowej seksualności. Facet buzuje taką energią, że odruchowo cofam się o krok. Nie chcę, żeby się domyślił, że jest dla mnie atrakcyjny.

– Dzień dobry, Claire Anderson, miło cię poznać. A to Marley Smithson, moja asystentka.

– Dzień dobry, Marley, miło poznać. – Uśmiecha się, a następnie wskazuje na stolik. – Proszę, usiądźmy.

Siadam i serce aż podchodzi mi do gardła. Świetnie. Jakbym była już za mało wzburzona… Czy on naprawdę musi wyglądać tak rewelacyjnie?

– Kawy? Herbaty? – Pokazuje tacę z napojami. – Pozwoliłem sobie zamówić nam poranny poczęstunek.

– Dla mnie kawa – odpowiadam. – Z mlekiem, bez cukru.

– Dla mnie też – dodaje Marley.

Uważnie napełnia filiżanki, a potem je nam podaje, wraz z talerzykiem ciastek. Zaciskam zęby, żeby nie wymsknął mi się jakiś uszczypliwy komentarz.

W końcu siada naprzeciwko. Rozpina marynarkę, rozpierając się na krześle, a następnie przenosi spojrzenie na mnie.

– Bardzo się cieszę, że w końcu mogę cię poznać, Claire. Wiele o tobie słyszałem.

Unoszę brew z irytacją. Naprawdę wkurza mnie, że jego głos brzmi podniecająco, erotycznie.

– Wzajemnie – odpowiadam.

Zerkam na jego rękę i dostrzegam eleganckie, onyksowo-złote spinki do mankietów i kosztownego roleksa. Facet aż promieniuje forsą. Między nami unosi się aromat jego wody kolońskiej. Próbuję się nią nie zaciągać, ale pachnie… jak z innego świata. Rzucam okiem na Marley, która uśmiecha się jak głupia i po prostu na niego gapi… Jest już stracona.

Świetnie.

Miles wygląda na rozluźnionego i pewnego siebie, jest chłodny i wyrachowany.

– Jak mija tydzień?

– Dobrze, dziękuję – odpowiadam, wiedząc, że koleś testuje moją cierpliwość. – Może przejdźmy do sedna, dobrze, panie Miles?

– Tristan – poprawia mnie.

– Tristan… Dlaczego tak zależało ci na spotkaniu? Cóż takiego może uzasadniać wydzwanianie do mnie pięć razy w tygodniu przez ostatni miesiąc?

Przesuwa palcem wskazującym po swoich mięsistych wargach, jakbym go rozbawiła.

– Od pewnego czasu przyglądam się Anderson Media – stwierdza, patrząc mi prosto w oczy.

Ponownie unoszę brew.

– Powiedz więc… co zobaczyłeś?

– Co miesiąc zwalniacie pracowników.

– Ograniczamy zatrudnienie.

– Ale nie z własnego wyboru.

Coś w tym facecie bardzo mnie denerwuje.

– Panie Miles, cokolwiek ma pan do zaoferowania, nie jestem zainteresowana – warczę i od razu krzywię się z bólu, bo ktoś wymierza mi soczystego kopniaka w kostkę. Ała… boli.

Zerkam na Marley, która wytrzeszcza gały, żebym się zamknęła.

– A skąd wiesz, że mam coś do zaoferowania? – pyta spokojnie.

Ile podobnych rozmów przeprowadził już ten człowiek?

– A nie masz?

– Nie. – Upija łyk kawy. – Chciałbym kupić twoją firmę, ale wcale nie oferuję… darmowego biletu.

– Darmowego biletu? – parskam.

Marley ponownie mnie kopie, kurczę, to naprawdę boli. Posyłam jej wredne spojrzenie, ale kwituje je szerokim, sztucznym uśmiechem i pokazuje mi bezgłośnie, żebym też się uśmiechnęła.

– Co pan rozumie poprzez „darmowy bilet”, panie Miles?

– Tristan – poprawia mnie.

– Będę pana nazywała, jak będę chciała.

Obdarza mnie leniwym, seksownym uśmieszkiem, jakby rozkoszował się każdą sekundą tej rozmowy.

– Claire, widzę, że jesteś kobietą pełną pasji, i to ze wszech miar godne podziwu… Ale daj już spokój, bądźmy poważni.

Wykrzywiam zaciśnięte usta, zmuszam się do milczenia.

– W ostatnich trzech latach twoja firma przynosi potężne straty. Tracisz jednego reklamodawcę za drugim. – Opiera skroń o dwa wyprostowane palce i świdruje mnie wzrokiem. – Domyślam się, że wasze finanse to istny koszmar.

Ciężko przełykam ślinę, mierzymy się wzrokiem.

– Mogę przejąć to brzemię, a ty możesz w końcu wziąć ciężko zapracowany urlop.

Krew zaczyna we mnie buzować.

– Byłbyś zachwycony, prawda? Fajnie odgrywać Pana Dobroczyńcę, zdejmować brzemię z moich ramion… wjechać na białym rumaku, ocalić damę z opresji.

Patrzy mi w oczy, przez jego twarz przemyka cień uśmiechu.

– Wytrwam przy mojej firmie, choćbym miała paść na posterunku. – Czuję kolejne kopnięcie pod stołem, tym razem podskakuję i już nie wytrzymuję. – Marley, przestań mnie w końcu kopać! – wypalam.

Tristan szczerzy się od ucha do ucha i patrzy na nas obie, nieśpiesznie kręcąc głową.

– Marley, kop ją dalej – mówi. – Wkop jej trochę rozumu do głowy.

Przewracam oczami, lekko zażenowana, że pozwalam się szturchać asystentce.

Miles nachyla się nad stołem, wraca do poważnego tonu.

– Claire, wyjaśnijmy sobie jedno. Ja zawsze dostaję, czego chcę. A teraz chcę Anderson Media. Mogę przejąć firmę od ciebie za dobrą cenę, która zapewni ci miękkie lądowanie. Albo… – wzrusza ramionami, jakby od niechcenia – …mogę poczekać pół roku i gdy do waszych biur wejdą komornicy, kupię ją za bezcen, a ty będziesz bankrutką. – Ponownie podpiera głowę na wyprostowanych palcach dłoni. – Oboje wiemy, że koniec jest bliski.

– Ty zarozumiały fajfusie… – cedzę pod nosem.

Zadziera podbródek, uśmiechając się dumnie.

– Niestety, Claire, mili faceci rzadko wygrywają. – Te słowa sprawiają, że serce bije mi coraz szybciej, wzbiera we mnie gniew. – Zastanów się – dodaje i przesuwa w moją stronę białą wizytówkę.

Tristan Miles

212-555-4946

– Wiem, że nie chcesz sprzedawać firmy w takich okolicznościach. Ale musisz być realistką – stwierdza.

Obserwuję, jak siedzi sobie naprzeciwko mnie, zadowolony z siebie, taki bezduszny, i czuję, że zaraz mogę stracić panowanie nad emocjami. Patrzymy sobie w oczy.

– Zgódź się, Claire. Po południu wyślę ci maila z konkretną propozycją. Zadbamy o ciebie.

Ostatnie filary podtrzymujące mój zdrowy rozsądek pękają z trzaskiem. Tym razem to ja nachylam się nad stołem.

– A kto zadba o pamięć po moim mężu, panie Miles? – syczę. – Bo jestem pewna, że nie Miles Media, do cholery.

Wykrzywia usta, pierwszy raz poczuł się niekomfortowo.

– Wie pan cokolwiek o mnie i mojej firmie?

– Owszem.

– Wobec tego ma pan świadomość, że firma to ukochane dziecko mojego męża. Budował ją od zera, harując jak wół przez dziesięć lat. I marzył, że przekaże ją synom. – Miles spogląda na mnie. – Więc nawet się, kurwa, pan nie waż… – walę dłonią w stół, w moich oczach wzbierają łzy – …grozić mi z tym cwaniackim uśmieszkiem na gębie. Bo, proszę mi wierzyć… proszę mi wierzyć, panie Miles… cokolwiek pan knuje, nie będzie to dla mnie nawet w połowie takim wyzwaniem jak utrata męża. – Wstaję. – Ja już byłam w piekle i wróciłam na powierzchnię, więc nie pozwolę, żeby jakiś bogaty, rozpieszczony gnojek traktował mnie jak gówno.

Wykrzywia usta z niesmakiem.

– Proszę więcej do mnie nie dzwonić – warczę, zasuwając krzesło.

– Zastanów się, Claire.

– Idź do diabła! – mówię, po czym ruszam do wyjścia.

– Ma po prostu kiepski dzień. Bez wątpienia zastanowimy się nad ofertą – rzuca zażenowana moją postawą Marley. – Dzięki za ciastka… pyszniutkie.

Zbiegam ze schodów, po drodze zawzięcie wycierając zapłakaną twarz, i wypadam na ulicę. Nie mogę uwierzyć, że postąpiłam tak nieprofesjonalnie. Łzy znowu płyną. No i trudno, przynajmniej mu się postawiłam. Chyba.

Dogania mnie Marley. Ma dość oleju w głowie, żeby przez chwilę się nie odzywać. Rozgląda się w prawo i w lewo, po czym mówi:

– Och, walić to, Claire. Nie wracajmy dziś do pracy, chodźmy się nawalić.

Tristan

Stoję przy oknie i patrzę na Nowy Jork. Trzymam ręce w kieszeniach, w moim żołądku tli się dziwne uczucie.

Claire Anderson.

Piękna, mądra. I dumna.

Przez ostatnie trzy dni, od czasu naszego spotkania, nieustannie próbuję o niej nie myśleć, ale na próżno.

O jej wyglądzie, zapachu, krągłościach piersi pod aksamitną bluzką.

O ogniu w jej oczach.

Od dawna nie widziałem równie pięknej kobiety. Wciąż odtwarzam w głowie jej wypowiedziane z ogromną pasją słowa.

Więc nawet się, kurwa, pan nie waż grozić mi z tym cwaniackim uśmieszkiem na gębie. Bo, proszę mi wierzyć… proszę mi wierzyć, panie Miles… cokolwiek pan knuje, nie będzie to dla mnie nawet w połowie takim wyzwaniem jak utrata męża. Ja już byłam w piekle i wróciłam na powierzchnię, więc nie pozwolę, żeby jakiś bogaty, rozpieszczony gnojek traktował mnie jak gówno.

Siadam za biurkiem, kręcę długopisem w palcach i przerabiam w myślach to, co muszę powiedzieć. Bo przecież muszę do niej zadzwonić, kontynuować temat. Ale boję się tej rozmowy. Biorę głęboki wdech, po czym wybieram numer.

– Biuro Claire Anderson, słucham?

– Cześć, Marley. Z tej strony Tristan Miles.

– O, witaj, Tristan – odpowiada radośnie.– Dzwonisz do Claire?

– Owszem, zastałem ją?

– Już cię przełączam.

– Dziękuję.

Czekam, w końcu odbiera.

– Halo, Claire przy telefonie.

Dźwięk jej głosu sprawia, że odruchowo przymykam oczy. Jest seksowny, ponętny… podniecający.

– Dzień dobry, Claire. Tu Tristan Miles.

– Och.

Zapada cisza.

Kurwa mać… Marley nie uprzedziła jej, kto dzwoni.

Pod powierzchnię skóry zaczyna wsączać się jakieś obce mi wrażenie.

– Chciałem tylko sprawdzić, czy dobrze się czujesz… po naszym spotkaniu. Przykro mi, jeśli cię zdenerwowałem. – Wykrzywiam twarz.

Co ty wyprawiasz? Plan tego nie przewidywał.

– Moje uczucia to nie pańska sprawa, panie Miles.

– Tristan – poprawiam ją.

– W czym mogę pomóc? – rzuca niecierpliwie i nagle mam pustkę w głowie. – No słucham, Tristan – ponagla mnie.

– Chciałem zapytać, czy zjadłabyś ze mną w sobotę kolację? – Zamykam oczy ze zgrozą… Co ja wyprawiam, do kurwy nędzy?!

Claire milczy przez chwilę, a potem odpowiada głosem pełnym zaskoczenia:

– Zapraszasz mnie na randkę?

Ponownie robię grymas.

– Nie podobał mi się przebieg naszej ostatniej rozmowy. Chciałbym zacząć od początku.

Śmieje się pogardliwie.

– Chyba sobie jaja robisz. Nie umówiłabym się z tobą, nawet gdybyś był ostatnim człowiekiem na ziemi – mówi, a na koniec cedzi szeptem: – Pieniądze i dobry wygląd nie robią na mnie wrażenia, panie Miles.

Przygryzam dolną wargę… Zabolało.

– Claire, nasze ostatnie spotkanie… to nie było nic osobistego.

– Dla mnie było, i to bardzo. Tristan, poszukaj sobie jakiejś lali, która z zachwytem pójdzie z tobą na kolację. Mnie nie interesuje randkowanie z zimnym padlinożercą twojego pokroju.

Kliknięcie w słuchawce – rozłączyła się.

Gapię się na spoczywający w mojej ręce telefon.

Jej wojownicza postawa wywołała wyrzut adrenaliny do moich żył. Nie jestem pewien, czy mnie zszokowała, czy mi zaimponowała.

Być może jedno i drugie po trochu.

Jeszcze żadna kobieta mnie nie odrzuciła, a już na pewno nie zwracała się do mnie takim tonem.

Uruchamiam komputer i wpisuję do wyszukiwarki: „Kim jest Claire Anderson?”.

Rozdział 2

Claire

Sześć miesięcy później

Czytam leżące przede mną zaproszenie.

ZAPANUJ NAD WŁASNYM UMYSŁEM

Boże drogi, co za szajs.

Muszę się z tego wykręcić… Dosłownie nie potrafię wyobrazić sobie niczego gorszego.

– Myślę, że wiele z tego wyniesiesz – oświadcza Marley.

Spoglądam na moją najlepszą, najbardziej zaufaną przyjaciółkę, która właśnie wspina się na wyżyny swoich zdolności sprzedażowych, żeby wypchnąć mnie ze strefy komfortu. Wiem, że chce dobrze, ale tym razem przegięła.

– Marley, zapewniam cię z tego miejsca, że jeśli uznałaś, że konferencja motywacyjna z tymi wszystkimi czubkami ma mi pomóc, to jesteś bardziej walnięta, niż sądziłaś.

– No daj spokój, będzie fantastycznie. Wyjedziesz, zresetujesz się, odzyskasz koncentrację. Wrócisz jak nowa, a wtedy wszystko się ułoży, w życiu, w firmie i w ogóle. – Przewracam oczami. – Przestań… czy możemy choć przyznać, że musisz zmienić nastawienie? – pyta, siadając na moim biurku.

– Być może. 

Wzdycham zrezygnowana.

– Nie twoja wina, że jesteś taka oklapła. Wiele przeszłaś: przedwczesna śmierć męża, opieka nad trzema chłopakami, utrzymywanie firmy na powierzchni. Piekło. Wade umarł pięć lat temu, a ty od tego czasu ciągle walczysz.

– Musiałaś powiedzieć to na głos? Zabrzmiało jeszcze bardziej przygnębiająco niż w mojej głowie. – Wzdycham ponownie.

Ktoś puka do gabinetu.

– Wejść! – wołam.

Drzwi się otwierają, a w nich ukazuje się szeroko uśmiechnięta twarz Gabriela.

– Panienka gotowa na lunch? – pyta, po czym zerka na Marley. – Hej, Marl.

Marley szczerzy się głupkowato, ale ja też się uśmiecham.

– Panie Ferrara… – mówię, zerkając na zegarek. – Pośpieszył się pan. Do lunchu jeszcze godzina. Umówiliśmy się na drugą, prawda?

– Skończyłem wcześniej spotkanie i zgłodniałem. Chodźmy już.

Spoglądam na boskiego Włocha. Jest wysoki, ma ciemną karnację i designerski garnitur. Gabriel Ferrara jest prawdziwą gwiazdą dla całego Nowego Jorku, ale dla mnie po prostu serdecznym przyjacielem. Znał się z Wade’em i skontaktował się ze mną wkrótce po jego śmierci, choć wcześniej się nie spotkaliśmy. Jest właścicielem jednej z największych firm medialnych świata, której siedziba mieści się zaledwie kawałek dalej. Niekiedy udziela mi rad, czasami wyskakujemy razem na lunch. Nasza relacja jest całkowicie platoniczna… Gabriel jest opoką, na której raz na jakiś czas się wspieram.

– Gabe, powiedz Claire, że musi jechać na tę konferencję – wtrąca rozdrażniona Marley.

Gabriel marszczy czoło i patrzy to na nią, to na mnie.

– Dobrze. Claire, musisz jechać na tę konferencję – powtarza bez zapału. – A teraz chodźmy jeść. Sushi czeka.

– Może po prostu weźmiesz tydzień urlopu i polecisz do Paryża? – pyta Marley, patrząc mi w oczy. – Znajdź odrobinę czasu dla siebie. Wyrwij się od dzieci. Ja zajmę się wszystkim tu, w biurze. Dostaliśmy przecież zastrzyk gotówki, mamy chwilę spokoju. Wykorzystaj ten czas i naładuj baterie.

Biorę głęboki wdech. Doskonale wiem, że muszę wydostać się z tego dołka. Nic nie budzi we mnie entuzjazmu, moje życie spowiła kompletna nuda. Kiedyś było szalone i beztroskie, teraz jest ciągiem konfliktów i uraz. Czasami tak wściekam się na Wade’a za to, że zostawił mnie z tym burdelem, że mówię mu w myślach kilka ostrych słów, a potem mam wyrzuty sumienia, bo wiem przecież, że oddałby wszystko, by móc patrzeć, jak dorastają jego synowie, i że za żadne skarby by mnie nie opuścił, gdyby tylko zależało to od niego.

Życie nie zawsze jest sprawiedliwe.

Mówią, że tylko dobrzy ludzie umierają młodo. A co z najlepszymi? Dlaczego on też musiał odejść?

– Jedź – męczy mnie dalej Marley. – Nie pójdziesz na żaden lunch, dopóki się nie zgodzisz.

– Kobieto, pośpieszże się. Dobra, pojedzie, postanowione. – Gabriel próbuje zakończyć dyskusję, lecz ja tkwię w miejscu, bez słowa, więc tylko wzdycha i pada ciężko na kanapę.

– Wiesz, że nie nadaję się do tego całego motywacyjnego bajdurzenia. – Wstaję i zaczynam odkładać teczki na miejsce. – Przecież oni wciskają ludziom popieprzone gówno.

– Myślę, że przyda ci się trochę popieprzonego gówna, bo inaczej skończysz w szpitalu dla popieprzonych – oznajmia Marley.

Prycham.

– To prawda – stwierdza Gabriel z uśmiechem, scrollując na komórce, podczas gdy ja skupiam się na porządkowaniu teczek.

Mają rację. Nie chciałabym skończyć w psychiatryku. W końcu wracam na krzesło i spoglądam w pełną nadziei twarz przyjaciółki.

– Jedź, naładuj baterie. Na miłość boską, konferencja odbywa się w Épernay w Szampanii. Claire, na świecie jest niewiele piękniejszych miejsc. To jak z odliczeniem podatkowym, możesz tylko skorzystać. W najgorszym razie będziesz chodziła codziennie na masaż, a co wieczór wypijała dwa litry szampana do wytwornej kolacji i padała do łóżka w błogim otępieniu.

– W Épernay jest pięknie – mamrocze nieco nieobecny Gabriel. – Pojechałbym dla samego miasteczka.

– Byłeś tam? – pytam.

– Kilka razy. Polecieliśmy tam z Sophią zeszłego lata, była zachwycona – odpowiada.

Wyobrażam sobie siebie w luksusowym pokoju hotelowym, samą. Bardzo dawno nigdzie się nie wyrwałam. Prawdę powiedziawszy, od pięciu lat.

– Szampan i wytworne kolacje… to akurat naprawdę kuszące…

– Jeżeli konferencja okaże się nudna, to ją olejesz i po prostu spędzisz tydzień we Francji. Potrzebujesz urlopu – przekonuje dalej Marley.

– Postanowione – rzuca Gabriel, wstając. – Lecisz. A teraz się pośpiesz, bo konam z głodu.

Wzdycham ciężko.

– Polecisz? Dla mnie? – marudzi Marley, łapiąc mnie za ręce. – Proszę… – uśmiecha się słodko i trzepocze rzęsami, próbując udawać uroczą.

Boże drogi, nie odpuści mi.

– No dobrze już… – Wzdycham. – Polecę.

Marley zeskakuje z mojego biurka i klaszcze w dłonie z ekscytacją.

– Jest! Naprawdę ci się to przyda, Claire, właśnie tego ci trzeba. – Biegnie ku drzwiom. – Pędzę zabukować bilety, zanim się rozmyślisz.

Przewracam oczami, a następnie biorę torebkę z biurka.

– Już mam dość tego wyjazdu.

– A ja tak się cieszę! – Ponownie klaszcze, po czym znika za drzwiami.

– Idziemy w końcu? – pyta Gabriel.

– Taa… Ale nie mam weny na sushi.

– Dobrze, dobrze – mówi, wskazując ręką na drzwi. – Możesz wybrać, byle szybko, bo zaraz zemdleję.

– Okej, więc przejdźmy do szczegółów… – oświadcza Marley, sącząc drinka, a ja kiwam głową, po czym biorę kęs tosta.

Wyszłyśmy na lunch do restauracji. Jutro lecę na tę całą konferencję. Marley wyciąga notatnik i zaczyna czytać kolejne pozycje ze swojej listy.

– Walizki masz spakowane.

– Ehe.

Zaznacza ten punkt ptaszkiem.

– Włosy zrobione, są – kontynuuje pod nosem. – Harmonogram czysty, jest.

Ja nadal jem, nie wykazując cienia zainteresowania przyszłym tygodniem.

– Aha… – Ściąga brwi i podnosi na mnie wzrok. – Wydepilowałaś się laserowo? – Kwituję to pytanie, przewracając oczami. – Claire, na tego typu konferencjach pojawia się wiele seksownych okazji…

– Jaja sobie robisz? – pytam poważnie. – Wysyłasz mnie tam, żebym sobie zaliczyła?

– No cóż… – Wzrusza ramionami. – A czemu nie?

– Marley. – Powoli kładę sztućce na blacie. – Seks to ostatnie, czego chcę. Nadal czuję się żoną jednego mężczyzny.

Poważnieje, odkłada notatnik i pióro.

– Ale nie jesteś już żoną, Claire. – Chwyta moje ręce nad stolikiem. – Wade umarł, kochana. Pięć lat temu… I jestem pewna, że nie chciałby, żebyś już zawsze żyła samotnie.

Wbijam wzrok w leżący przede mną talerz.

– Chciałby, żebyś żyła pełną piersią… także dla niego.

Czuję, jak w moim gardle formuje się gula.

– Chciałby, żebyś była szczęśliwa, żeby ktoś o ciebie dbał… żeby ktoś cię kochał.

Opuszczam dłonie na kolana i wyginam palce.

– Ja po prostu… – Urywam.

– Co takiego?

– Marl, ja chyba już nigdy nie ruszę naprzód… – wyznaję ze smutkiem. – Jak ktokolwiek mógłby się równać z Wade’em Andersonem?

– Claire, nikt go nigdy nie zastąpi. To twój mąż. – Uśmiecha się do mnie czule. – Mówię tylko, żebyś umówiła się na kilka randek. Zabaw się… to wszystko.

– Kto wie… – kłamię.

– Musisz w końcu zdjąć obrączkę… – mówi, a w moich oczach wzbierają łzy. – Mężczyźni się do ciebie nie zbliżają, bo myślą, że jesteś mężatką.

– I dobrze mi z tym.

– Ale Wade’owi źle. I jeśli uzna, że znalazł kogoś, kto jest ciebie wart, zapewne go przyśle. Musisz być gotowa. – Patrzę na moją piękną przyjaciółkę przez łzy. – On wciąż przy tobie jest. Zawsze będzie. Zaufaj jego opiece. Claire, musisz pozwolić mu odejść. – Patrzę jej prosto w oczy. – Nie zginęłaś w tym wypadku, więc żyj, póki możesz.

Pochylam głowę, wbijam wzrok w talerz. Mój apetyt gdzieś zniknął.

– Umówię cię na depilację na popołudnie – stwierdza na koniec Marley.

Ponownie chwytam w dłoń sztućce.

– Będą potrzebowali maczety. Stawiałam ostatnimi czasy na naturalne klimaty.

– Tak, i w końcu ktoś musi to wszystko ogarnąć – chichocze Marley.

Zatrzymuję samochód i patrzę na stojący przede mną dom.

Nasz dom.

Dom, który wznieśliśmy z Wade’em… w którym planowaliśmy się wspólnie zestarzeć.

Naszą cząstkę raju na Long Island. Wade uparł się, że jego dzieci będą dorastały pod miastem. Sam wychowywał się w Nowym Jorku i zawsze marzył, że da dzieciom kawał ziemi, na którym będą mogły się bawić, gdy tylko najdzie je ochota.

Kupiliśmy więc działkę i postawiliśmy na niej dom. Nie jest szpanerski ani szczególnie elegancki. Zbudowaliśmy go z desek, otacza go przestronna weranda, ma spory garaż, a na podjeździe tablicę z koszem do gry. W środku cztery sypialnie, dwa pokoje dzienne i rustykalną kuchnię.

Cały Wade. W tamtym czasie mogliśmy już pozwolić sobie na znacznie więcej, ale gdy przyszło co do czego, zależało mu tylko na niewielkim, podmiejskim domu pełnym śmiechu i dzieci.

I właśnie to stworzyliśmy.

Wracam myślami do tego poranka, gdy policja zapukała do drzwi.

– Pani Claire Anderson?

– Tak.

– Miał miejsce wypadek… Przykro nam.

Kolejne godziny wypełnił monumentalny ból. Widzę je w umyśle tak wyraźnie… co wtedy czułam, co mówiłam, w co byłam ubrana.

Jak pękało mi serce.

Wyobrażam sobie, jak płaczę nad nim w kostnicy i jak szepczę do jego martwego ciała, jak odsuwam mu włosy z twarzy i składam wieczną obietnicę.

Wychowam nasze dzieci tak, jak chciałeś. Dokończę, co zacząłeś. Nie pozwolę umrzeć twoim marzeniom… masz moje słowo. Kocham cię, najdroższy.

Wykrzywiam twarz w płaczu i natychmiast wracam do teraźniejszości. Nurzanie się we wspomnieniach nic mi nie da. Jeżeli pozwolę sobie na powrót w przeszłość, stracę go ponownie.

Ból nigdy nie odchodzi, ale są takie dni, w które mam wrażenie, że mnie zabije. Jestem wtedy niczym pusta skorupa. Moje ciało funkcjonuje normalnie, a jednak z trudem łapię oddech.

Duszę się w świecie pełnym obowiązków i odpowiedzialności.

Przyszło mi zapłacić słoną cenę za obietnice, które złożyłam mężowi w godzinach po jego śmierci.

Nie wychodzę wieczorami, nie prowadzę życia towarzyskiego, pracuję do upadłego… zarówno w biurze, jak i w domu.

Całkowicie oddaję się marzeniom Wade’a, zapewniam miłość i troskę naszym dzieciom. Utrzymuję jego firmę na powierzchni. To mozolne, samotnicze wyzwanie i, niech mnie, chcę, żeby po prostu pojawił się w drzwiach i mnie, kurwa, uratował.

Przypominam sobie, co powiedziała dziś Marley.

On wciąż przy tobie jest. Zawsze będzie. Zaufaj jego opiece. Claire, musisz pozwolić mu odejść.

W głębi trzewi wiem, że ma rację. Jej słowa trwają przy mnie niczym niesiona wiatrem pieśń. Nękają moją wrażliwość.

Pogrążona w smutku patrzę w przestrzeń, spowija mnie pustka… On nie wróci.

Już nigdy nie wróci.

Nadszedł czas. Wiem o tym.

Ale to nie zmniejsza bólu ani odrobinę.

Nie wyobrażałam sobie życia bez niego. Nie wiem, jak daję radę.

Nie chcę uczyć się życia od nowa.

Wbijam wzrok w obrączkę, ujmuję ją palcami drugiej ręki, przygotowuję się na niewyobrażalne.

Mrugam przez łzy. Moją pierś przygniata duszący ciężar, ale powoli zsuwam obrączkę z palca. Na chwilę zatrzymuje się na kostce, ale w końcu schodzi.

Zwijam dłoń w pięść. Bez obrączki wydaje się taka lekka. Zauważam blady ślad na palcu. Nawet słońce przypomina mi o stracie.

Nienawidzę swojej ręki bez jego obrączki.

Nienawidzę życia bez jego miłości.

Przytłoczona emocjami, opieram głowę o kierownicę i po raz pierwszy od bardzo dawna pozwalam sobie na swobodny płacz.

Wrzucam do walizki ostatnią parę butów. Jutro wylatuję na konferencję.

– To chyba wszystko.

– Zabrałaś szczoteczkę do zębów? – pyta Patrick, leżąc na brzuchu na łóżku obok mojej walizki.

Najmłodsze z moich dzieci jest równocześnie najmądrzejszym. Zawsze pamięta o wszystkim.

– Jeszcze nie. Muszę umyć zęby. Rano ją spakuję.

– Okej.

– Gdy wrócisz ze szkoły, babcia już tu będzie – przypominam mu.

– Tak, tak, wiem – odpowiada, przewracając oczami. – A jak Harry będzie niegrzeczny albo Fletcherowi puszczą nerwy, mam od razu dzwonić – wzdycha, recytując moje polecenia.

– Otóż to.

Jego bracia o tym nie wiedzą, ale Patrick to mój mały donosiciel. Wiem, co robią, jeszcze zanim skończą.

Mam trzech synów. Fletcher ma siedemnaście lat i nieoficjalnie pracuje jako mój ochroniarz. Harry ma trzynaście i przysięgam na Boga, że albo zdobędzie nagrodę Nobla, albo skończy w kiciu. Jest największą szelmą, jaką znam, i nieustannie wpada w tarapaty, przede wszystkim w szkole.

No i moje maleństwo – zaledwie dziewięcioletni Patrick. Jest uroczy, łagodny, rozsądny. Stanowi przeciwieństwo braci. Jest też moją największą troską. Gdy jego ojciec odszedł, miał tylko cztery lata, i to on najwięcej stracił.

Nawet nie pamięta taty.

Zdjęcia Wade’a walają się po całym jego pokoju. Czci go jak bohatera. To znaczy wszyscy go czcimy. Ale Patrick ma wręcz obsesję. Przynajmniej dwa razy dziennie prosi mnie o jakieś opowieści o ojcu, a gdy spełniam jego prośbę, słucha z uwagą i szerokim uśmiechem. Zna ulubione potrawy Wade’a w różnych restauracjach i zawsze je zamawia. Śpi w starej koszulce ojca. Ja też, ale w moim przypadku nie wyobrażam sobie innej możliwości.

Szczerze mówiąc, drżę ze strachu, gdy przychodzi do opowiadania tych historii. Wszyscy się śmiejemy i żartujemy z dawnych czasów. Potem dzieci idą spać, ja zapadam w błogi sen, a mój umysł wielokrotnie odtwarza całą tę scenę.

Marzę, że przeżywamy to naprawdę, całkiem od nowa.

Wade nadal żyje pośród nas, tyle że nie fizycznie. Jest na tyle martwy, bym czuła się samotna… ale i na tyle żywy, że nie wyobrażam sobie, bym mogła ruszyć do przodu z moim życiem.

Utknęłam pośrodku, między piekłem a niebem.

Szaleńczo zakochana w duchu męża.

– No dobrze, odczytaj moją listę – mówię.

– Str… – Patrick skupia się na czytaniu, marszcząc brwi. – Stroje… biz…

– Stroje biznesowe.

– Tak. – Uśmiecha się dumny, że prawie mu się udało.

Mierzwię jego ciemne, zakręcone na końcówkach włosy.

– Są! – Skreśla pozycję na liście.

– Stroje codz… codz…

– Codzienne? – pytam, a on kiwa głową. – Są.

– Piżamy. – Przygarbia się z ekscytacji. – To wiedziałem od razu!

– Wiem… patrzcie no państwo, jakiś ty już dorosły i oczytany. – Patrick ma dysleksję, czytanie przychodzi mu z trudem, ale robimy spore postępy. – Są i piżamy – odpowiadam, zerkając do walizki.

Patrick przechodzi do kolejnej pozycji na liście.

– Buty?

– Są!

– Su… Sus… z… – Marszczy czoło, usilnie skupiając się nad kolejnym trudnym słowem.

– Suszarka?

– Tak.

– Jest.

– Sukienki.

Nadymam policzki i zaglądam do garderoby.

– Hmm, jakie ja w ogóle mam sukienki… – zastanawiam się na głos, przeglądając wiszące na wieszakach ciuchy. – Mam tylko kilka wieczorowych, nie za bardzo nadają się na półzawodową konferencję. Hmm… – Wyciągam jedną czarną sukienkę, przykładam ją do ciała i patrzę w lustro.

– Ładna. Gdzie chodziłaś w niej z tatą?

– Cóż… – odpowiadam z zadumą. Nie mam bladego pojęcia, ale coś zmyślę, jak zawsze. – Chodziliśmy na pizzę, a potem na tańce…

Uśmiecha się szczerze i wiem, że od razu to sobie wyobraża.

– A jaką pizzę jedliście?

– Pepperoni.

– Możemy zjeść dziś pizzę?! – rzuca, wytrzeszczając oczy.

– Jeśli chcesz.

– Tak! – Unosi zaciśniętą pięść. – Możemy zjeść dziś pizzę! – krzyczy do braci i wybiega z pokoju. – Ja chcę pepperoni, jak tata.

Uśmiecham się smutno. Byłby gorzko rozczarowany, że Wade zamawiał pizzę z dodatkowym chili i podwójną porcją sardeli, ale nie zamierzam mącić jego radości z pepperoni.

Wrzucam do walizki kilka sukienek – są jakie są, muszą wystarczyć. Nie mam czasu na zakupy.

Opieram dłonie na biodrach i wbijam wzrok w mój bagaż.

– Okej, chyba się spakowałam. Konferencjo, nadchodzę.

Samochód zatrzymuje się przed majestatycznym wejściem do Château de Makua.

– Wow… – szepczę, wyglądając przez szybę.

Lot trwał prawie osiem godzin, potem szofer zabrał mnie z lotniska i jechaliśmy kolejne trzy. Wstałam dziś bardzo wcześnie i padam już na twarz, lecz nagle robię się nerwowa.

Szofer wyjmuje moją walizkę z bagażnika, wręczam mu napiwek i wbijam wzrok we wznoszący się przede mną gmach.

WŁADCY UMYSŁÓW

Nawet nazwa tej całej konferencji jest niedorzeczna. Ciągnę za sobą walizkę i ustawiam się w kolejce do recepcji.

Budynek jest przepiękny, jak z innego świata. Luksusowy i bogaty, mam wrażenie, że cofnęłam się w czasie. Foyer robi imponujące wrażenie, a jego głównym elementem są potężne, spiralne schody.

– Następny? – mówi konsjerż i wszyscy przesuwają się do przodu.

Zerkam na czekających przede mną ludzi. Ciekawe, czy też przyjechali na konferencję.

Widzę dwie dziewczyny wyglądające jak lalki Barbie. Mają grube silikonowe wargi i… jakim cudem mogą im się podobać te sztuczne rzęsiska? Nie bolą ich powieki?

Jedna ma tlenione, sięgające po pas włosy z wyraźnie widocznymi, sztucznymi przedłużeniami. Fuj… tandeta. Druga ma ciemną, gęstą i kręconą grzywę. Obie są skąpo ubrane. Poprawiam kucyk i obciągam niżej lnianą bluzkę, czuję się wyjątkowo niemodnie. Powinnam założyć coś bardziej szpanerskiego, do cholery.

Blondynka mnie zauważa.

– O, cześć. Przyjechałaś na Władców Umysłów?

– Tak. – Uśmiecham się niezręcznie. – A ty?

– Też! – piszczy. – O Boże, jestem taka podjarana. Mam na imię Ellie, czym się zajmujesz?

– Noo… – Wzruszam ramionami, nagle czuję się bardzo niepewnie. – Jestem Claire, pracuję w takiej jednej firmie.

– A ja rządzę własnym imperium – oświadcza Ellie, wytrzeszczając oczy z ekscytacji.

– Imperium? – powtarzam rozbawiona. – A jakiego rodzaju?

– Jestem influencerką.

Gapię się na nią, podczas gdy mój mózg próbuje nadążyć za tym, co się dzieje. Boże, tylko nie to… Jedna z tych kretynek, którym płacą za publikowanie jakiegoś gówna w sieci.

– Naprawdę? To cudownie.

– Podróżuję po świecie i pozuję w bikini – dodaje z uśmiechem. – Cały świat szaleje, gdy tylko wrzucam fotkę.

Przygryzam dolną wargę, żeby nie parsknąć śmiechem. Ona tak na serio?

– No… nie wątpię.

Stojąca przed nią brunetka obraca się do nas i wybucha śmiechem.

– Stara, zaraz eksploduję.

– O Boże… ty też?! – wzdycha Ellie i obie wybuchają śmiechem.

– Jestem Angel – przedstawia się brunetka. – Też będę influencerką.

– Jeszcze nie zaczęłaś? – pyta Ellie z cieniem politowania w głosie.

– No, cóż… – Brunetka wzrusza ramionami. – Praktycznie rzecz biorąc, nie. Zostało mi do zakończenia kilka kontraktów filmowych, ale jak tylko się z nimi uporam, to ruszam na całego… pełną parą!

– Filmów?! – wzdycha blondynka. – Jakich filmów?

– Jestem aktorką porno. Może widziałaś mój ostatni film Analna kochanka i Johnny Rakietowy Kutas?

Ellie wytrzeszcza oczy.

– O. Mój. Boże – jęczy. – Teraz totalnie cię poznaję.

Znowu zanoszą się śmiechem i aż podskakują z ekscytacji.

Noż do cholery.

Ciekawe, co Johnny Rakietowy Kutas zrobił z jej tyłkiem.

Albo z innymi tyłkami. Od tak dawna nikt mnie nie dotykał, że całkowicie zapomniałam o całej tej sferze życia, a nawet dawniej nigdy nie uprawiałam ostrego, dzikiego seksu jak z pornosów. Mój seks był pełen miłości i czułości, jak to w małżeństwie.

Był bezpieczny i realny, nie miał nic wspólnego z „analną kochanką”.

Marley, w coś ty mnie wplątała, do kurwy nędzy?

Obracam się do stojącego za mną faceta. Ciekawe, czy słyszał tę całą gadkę.

– Cześć. – Uśmiecha się.

– Dzień dobry.

Jest blondynem, wygląda normalnie. Wydaje się miły.

– Przyjechałaś na konferencję? – pyta.

– Tak.

– Ja też. – Podaje mi dłoń na powitanie. – Nazywam się Nelson Barrett.

– Claire Anderson – przedstawiam się z uśmiechem.

– Jestem informatykiem – mówi i rozgląda się dookoła. – Zapędziłem się tak daleko poza strefę komfortu, że to przestaje być śmieszne.

– To tak jak ja – odpowiadam przepełniona ulgą, że w końcu spotykam kogoś normalnego. – Pracuję w mediach.

– Cudownie cię poznać, Claire.

– Nawzajem.

Oboje patrzymy przed siebie, na wygłupy tamtych dziewuch. Są głośne, poruszone i podekscytowane obecnością w tym miejscu. Przyglądam im się z uśmiechem, miło popatrzeć na ich iście dziecięcą radość.

Zauważam mimowolnie, że tego rodzaju naturalny entuzjazm znika w człowieku około dwudziestego ósmego roku życia. Szacuję, że mają przed sobą jeszcze pięć dobrych lat, zanim życie da im po dupie. Długi, kredyty, rozpady związków… a i to tylko, jeśli w ogóle znajdą kogoś na tyle przyzwoitego, żeby się w nim zabujać.

Kręcę głową zdegustowana.

Ja pierdolę, ależ ze mnie pesymistka… może naprawdę dobrze, że tu przyjechałam.

Nigdy wcześniej taka nie byłam. I nienawidzę tego oblicza mojej osobowości, które niedawno wylazło na wierzch.

Sama już nie wiem, kim jestem.

Kolejka posuwa się naprzód, za nami, we foyer, gromadzi się coraz więcej osób. Mężczyźni i kobiety, sami podekscytowani biznesmeni. Jestem tu chyba najstarsza, nie licząc Nelsona.

– O Boże, musimy gdzieś wyjść wieczorem – oświadcza Angel.

– Tak! – zgadza się z nią podskakująca w miejscu Ellie. – Jeny, ale jestem nakręcona! – Obraca się do mnie i Nelsona. – Clara, ty też musisz wyjść wieczorem – mówi.

Jej pomyłka wzbudza we mnie jedynie uśmiech.

– Dziś nie mam już siły – odpowiadam. – Ale następnym razem na pewno.

– Okej – mówi, obracając się z powrotem do Angel. – Dokąd pójdziemy?

Spoglądam na Nelsona ze sztucznym uśmiechem na ustach.

– Ciekawe, ile filmików nakręcą dziś za darmo… – szepcze.

– Prawda? – Chichoczę. – Jacyś chłopcy będą mieli szczęście, oby tylko to przetrwali.

– Ja bym nie przetrwał, tyle wiem – mamrocze pod nosem.

Oboje parskamy śmiechem. Kolejka znowu się przesuwa i Ellie zaczyna się zameldowywać, natomiast za mną pojawia się czterech kolejnych mężczyzn. Wszyscy wyglądają na starszych i dość dystyngowanych.

Hmm, może jednak nie będzie tak źle.

Przez jakiś czas gawędzimy w kolejce. Okazuje się, że ci faceci piszą aplikacje mobilne. Przestaję czuć się aż tak głupio, bo jak widać na konferencję przyjechali też normalni ludzie.

We foyer pojawia się kobieta i wszyscy mężczyźni odwracają głowy. Piękna blondynka. Wygląda bardzo modnie, powiedziałabym, że dobiega trzydziestki.

– Dzień dobry, to kolejka do recepcji? – pyta, podchodząc.

– Zgadza się – odpowiadam z uśmiechem.

– Przyjechałaś na konferencję?

– Mhm.

– Ja też. – Wyciąga dłoń na powitanie. – Melissa.

– Cześć, Melissa. Claire.

– Miło cię poznać.

Kolejka pełznie naprzód, ale w tym momencie za ladami pojawia się dwóch kolejnych pracowników recepcji, więc rozdzielamy się na kilka ogonków.

– Do zobaczenia potem – mówi Nelson, który właśnie pojawił się za moimi plecami. – O siódmej jemy kolację w restauracji na dole, wpadnij, jeśli masz ochotę, Claire.

– Och. – Obracam się zaskoczona. – Dziękuję, ale muszę popracować. Więc do zobaczenia jutro? – pytam.

– Tak, jasne – odpowiada serdecznie. – Dobrej nocy.

Obracam się do recepcjonisty z szerokim uśmiechem. Czuję się tu bardziej komfortowo, niż sądziłam. Myślę, że będzie całkiem fajnie.

Siedzę w efekciarskiej sali konferencyjnej wraz ze stu dwudziestoma innymi osobami. Jest jak naelektryzowana. Ludzie trajkoczą, wymachując notatnikami i zeszytami.

Wszyscy zgromadzeni liczą, że dzięki konferencji staną się lepszymi ludźmi.

A ja… no cóż. Przyjechałam, bo potrzebuję szampana i jakiegoś uzasadnienia, by wziąć urlop. Tak czy siak, pozostałym należą się owacje za zapał. Chyba.

Na scenie pojawia się jakiś mężczyzna, którego wszyscy witają oklaskami i wiwatami. Koleś wyciąga ręce i uśmiecha się promiennie. Hmm… ciekawe, kto to.

Czeka, aż sala ucichnie, po czym prezentuje kolejny promienny uśmiech.

– Witajcie – mówi do przyczepionego do koszuli małego mikrofonu. – Witajcie na Władcach Umysłów, gdzie odnajdziecie lepsze wersje samych siebie. – Brzmi głośno i gromko, jakby odprawiał kazanie. – Jesteście gotowi?! – krzyczy.

I znowu wszyscy wiwatują.

Boże… po co ta przesada? Klaszczę w dłonie jak pozostali, większość zebranych szaleje, jakby straciła rozum. Zrywają się na nogi, śmieją na całe gardło i biją brawo. Patrzę na nich zdziwiona… Uspokójcie się, naprawdę.

Przecież to wygląda jak jakaś jebana sekta.

Zerkam na komórkę, zastanawiam się, czy nie nagrać tego pierdolnika dla Marley. Nawet jej nie mieściłoby się to w głowie.

– A teraz przedstawiam wam naszego pierwszego mówcę. Wiem, że wielu z was śledzi jego wystąpienia na bieżąco. Jest gwiazdą konferencji motywacyjnych i twórcą warsztatów, które odmieniają życie ludzi ze wszystkich warstw społecznych. Przyjechał do nas na zaledwie jeden dzień, więc bez dalszej zwłoki… Nasz gość zaprezentuje swoją przełomową strategię: Jak dostać, czego chcesz… Powitajmy na scenie Tristana Milesa!

Tłum wpada w szał, a ja tracę oddech.

Na scenę wchodzi Tristan Miles w drogim granatowym garniturze i z tymi idealnymi, pierdolonymi, ciemnymi, pofalowanymi włosami. Uśmiecha się szeroko, podnosi ręce, klaszcze razem z widownią, a potem kłania się nisko. Wszyscy szaleją, drą się i biją brawo.

Oczy prawie wyłażą mi z orbit… Co, do chuja?

Zaczynam słyszeć własne tętno, wszystko wokół się rozmywa.

Narasta we mnie wściekłość. Nie mogę znieść widoku tego faceta… no, to nie do końca prawda. Cholerny dupek, jest jak miecz obosieczny: wygląda bosko, ale nie da się go znieść.

– Dzień dobry wszystkim – wita się donośnym głosem. – Gratuluję wam.

Milknie, czekając, aż na sali zapadnie cisza. Jego głos sprawia, że dostaję gęsiej skórki. Ma delikatny akcent, nuta brytyjskiego z wyższych sfer miesza się z odcieniem akcentu nowojorskiego. Brzmi wyrafinowanie, inteligentnie… nie wiem, o co chodzi, ale to kurewsko seksowne.

Fuj… Nienawidzę w nim wszystkiego.

– Witam, dziękuję, że przyjechaliście. Postawiliście bardzo wartościowy krok na ścieżce własnego rozwoju – mówi, rozglądając się, patrząc na każdego słuchacza po kolei. – Ja, po pierwsze…

Nasze oczy się spotykają. Milknie, gapi się, potem mruga skołowany.

Ja jebię.

– Ja, po pierwsze, cieszę się w waszym imieniu. – Udaje mu się szybko pozbierać.

Gada dalej, ale jego słowa już do mnie nie docierają. Słyszę jedynie rwące potoki adrenaliny w moich żyłach. Kiedy ostatnio rozmawialiśmy, chciał ukraść firmę Wade’a moim synom.

Nie zamierzam tu siedzieć i słuchać przemówienia tego zasranego krwiopijcy.

Niszczy rodzinne firmy dla czystej przyjemności.

Żałosny gnój.

To naturalne, że występuje na konferencji nazwanej Władcy Umysłów. Idealnie się w to wpasowuje ze swoim pretensjonalnym stylem bycia. On uważa się za „władcę umysłów”… cóż za żart.

Wstaję, po czym przepraszam osobę siedzącą obok. Zaczynam przepychać się przez rząd krzeseł.

– Claire Anderson – mówi ze sceny Miles. Patrzę na niego ze zgrozą. – Usiądź na miejscu.

– Ale ja… – Stawiam jeszcze jeden krok ku wyjściu.

– Claire… – powtarza z cieniem nagany w głosie.

Rozglądam się i widzę sto dwadzieścia wbitych we mnie par oczu. Potem patrzę na niego.

– Powiedziałem: siadaj na swoim miejscu.

Rozdział 3

Claire

Kurwa mać.

Uśmiecham się sztucznie.

Za kogo ten dupek się uważa, do jasnej cholery?

Powiedziałem: siadaj na swoim miejscu.

Fajnie, a ja powiedziałam: wypierdalaj, wyniosła pizdo.

Miles świdruje mnie wzrokiem, na co unoszę brew i uśmiecham się słodziutko. A potem, stawiając uważnie każdy krok, nieśpiesznie ruszam do drzwi.

Miles mruży oczy, odzyskuje panowanie nad sobą i wraca do swojej gadki motywacyjnej.

– Jak mówiłem… – kontynuuje.

Wychodzę na korytarz, ale przystaję tuż za drzwiami i słucham wystąpienia.

Przez dziesięć minut gotuję się w środku, tak wściekła, że nie jestem w stanie skupić się na jego słowach.

Sam widok tego faceta wytrąca mnie z równowagi. Nawet nie wiedziałam, że potrafię być aż tak nerwowa.

Zerkam w głąb sali, widzę Milesa przechadzającego się po całej scenie. Mówi głębokim, władczym tonem. Jedną rękę trzyma w kieszeni spodni swojego drogiego garnituru, drugą żywo gestykuluje.

Jest przystojny, emanuje siłą osobowości.

Widać, że czuje się komfortowo, zapewne czułby się podobnie na każdej scenie świata.

Słuchacze w ciszy chłoną każde jego słowo. Uważnie notują, a gdy żartuje, posłusznie wybuchają śmiechem. Kobiety patrzą na niego z podziwem, pragną go, z kolei mężczyźni po prostu chcą nim być.

A ja… Ja marzę tylko, żeby go walnąć w tę śliczną, chłopięcą buźkę.

Nienawidzę tego, że wszystko przychodzi mu tak łatwo. Urodził się w uprzywilejowanej rodzinie. Jest obrzydliwie bogaty i piekielnie charyzmatyczny. To niesprawiedliwe, że do tego wszystkiego jest też wprost niedorzecznie przystojny.

Wyobrażam sobie, ile dziewczyn musi padać mu do stóp. Na pewno jest wielkim kobieciarzem… pewnie ma po pięć kobiet naraz.

Przypominam sobie naszą rozmowę telefoniczną.

– Chciałem zapytać, czy zjadłabyś ze mną w sobotę kolację?

– Zapraszasz mnie na randkę?

– Nie podobał mi się przebieg naszej ostatniej rozmowy. Chciałbym zacząć od początku.

– Chyba sobie jaja robisz. Nie umówiłabym się z tobą, nawet gdybyś był ostatnim człowiekiem na ziemi. Pieniądze i dobry wygląd nie robią na mnie wrażenia, panie Miles.

– Claire, nasze ostatnie spotkanie… to nie było nic osobistego.

– Dla mnie było, i to bardzo. Tristan, poszukaj sobie jakiejś lali, która z zachwytem pójdzie z tobą na kolację. Mnie nie interesuje randkowanie z zimnym padlinożercą twojego pokroju.

To było super.

Zauważam, że uśmiecham się głupkowato sama do siebie. Zaprosił mnie na randkę. Tristan Miles zaprosił mnie na randkę, i choć wiem, że chciał jedynie stępić moją czujność, to i tak miło było mu przygadać.

– Claire Anderson – mówi głos z sali.

Hę?

Patrzę na scenę z przerażeniem. Momencik… czy on się właśnie do mnie zwrócił?

Jakim cudem mnie zobaczył?

Cholera. Nie zauważyłam, że przeniósł się na inną część podestu, dokładnie naprzeciwko mnie.

Unosi rękę, otwartą dłonią do góry.

– Proszę, podziel się z nami.

– Uprzejmie przepraszam… – Ściągam brwi. – Ale nie słyszałam pytania.

Na jego twarzy pojawia się cień uśmiechu, patrzy mi w oczy.

– Poprosiłem wszystkich, żeby przypomnieli sobie jakąś chwilę satysfakcji. Moment, w którym byli z siebie naprawdę dumni.

– Och… – Wybałuszam oczy.

– A sądząc po twoim szerokim uśmiechu, myślałaś właśnie o czymś świetnym.

Gapię się na niego bez słowa.

– Proszę… – Obraca rękę w wystudiowany sposób. – Podziel się z nami swoją dumą.

Dupek. On tak na serio?

Chowa obie ręce do kieszeni i zaczyna chodzić po scenie.

– Czekamy, Claire – pośpiesza mnie.

Cała sala wyczekuje, co powiem, czuję ciepło potu pod pachami. Ależ ten gość mnie wkurza, do jasnej cholery.

– Ostatnim razem czułam satysfakcję, gdy odrzuciłam zaproszenie na randkę od zimnego, wysysającego z ludzi dusze gnoja. Powiedziałam, że nie wyjdę z nim, nawet gdyby był ostatnim człowiekiem na ziemi – oświadczam.

Nasze spojrzenia się spotykają, Miles unosi brew.

Piłka w grze, palancie. Nie zadzieraj ze mną.

– Och… ależ, Claire, jakie to smutne, że najlepsze doświadczenie, jakie pamiętasz, wiąże się z życiem innej osoby. Uważam, że mówi to znacznie więcej o tobie niż o nim. Po południu chcę usłyszeć prawdziwą odpowiedź. Namyśl się do tego czasu.

Uśmiecha się perliście do słuchaczy, zupełnie niezrażony.

Cofam się o krok, jestem wściekła. Ja pierdolę, co niby mam wymyślić, dzięki zadumie nad tym, kim naprawdę jestem? Wiem, kim jestem. I jestem ze sobą szczęśliwa.

Spadaj na drzewo.

Ta cała konferencja pasuje do niego w każdym calu.

– A poza tym… – Obdarza mnie leniwym, seksownym uśmieszkiem, nie zatrzymując swojej wędrówki po scenie. – Pewnego dnia prawdopodobnie będziesz błagała tego gnoja, żeby zaprosił cię ponownie… A on nie będzie już miał ochoty.

Tłum wybucha śmiechem, a Miles przechodzi do kolejnej ofiary.

– Ty, długowłosa blondynka. Z czego jesteś najbardziej dumna? I chcę, żebyś naprawdę zagłębiła się w odpowiedź.

Czuję, jak rośnie mi ciśnienie, na czoło występuje pot. Mam ochotę tam podejść i kopnąć tego elegancika w dupę, aż spadnie z podestu.

Do diabła z nim… ja pierdolę, czy naprawdę nie mogę nawet na tydzień oderwać się od życia i zapomnieć, kim jestem?

Dlaczego musiał się tu pojawić?

Tristan Miles hipnotyzuje publikę przez kolejną godzinę, a ja patrzę w przestrzeń i wyobrażam sobie, jak torturuję go na śmierć.

Mogłam siedzieć na miejscu. Teraz nie dość, że muszę wysłuchiwać tego szajsu, to jeszcze na stojąco. Ośmieszyłabym się, gdybym w tej chwili wyszła.

Daj już spokój.

Przyleciał tylko na jeden dzień, wkrótce wraca do Nowego Jorku, napominam się. Jestem na siebie wkurzona, że pozwoliłam mu na tę odzywkę, że więcej nie zaprosi mnie na randkę. Jak mogłam okazać się taka sztywna i nie rzucić żadnej riposty?

Boże, on pewnie jest szczęśliwym mężem jakiejś modelki z Instagrama. Nienawidzę go. Zrobił ze mnie kretynkę.

– Czas na krótką przerwę, w korytarzu czeka mały poczęstunek. Następnie przejdziemy do warsztatów na temat życiowych celów. Wytyczymy sobie cele dziś, a później, piątego dnia konferencji, ponownie, żeby zobaczyć, jak się rozwinęliście. – Miles zerka na zegarek. – Do zobaczenia w Sali Boronia za pół godziny.

Biorę głęboki wdech i idę do holu się napić. Wszyscy trajkotają z zadowoleniem. Robię sobie kawę, biorę kawałek ciasta czekoladowego, a potem przyczajam się w rogu i wyciągam komórkę. Szukam salonów masażu w okolicy.

Walić to, spadam z tej konferencji.

Mam na dziś tylko jeden cel: dać się wymasować i wypić wiadro szampana.

Upijam łyk kawy, po czym klikam w listę, która wyskoczyła w przeglądarce.

Tristan wkracza do pomieszczenia i nagle wszystkie głowy obracają się w jego stronę. Otacza go potężna aura, która sprawia, że musisz na niego spojrzeć, bo to silniejsze od ciebie. Jego ciemnobrązowe włosy są krótkie z tyłu i z boków, a na górze nieco dłuższe. Wyglądają idealnie, jakby przed chwilą wyszedł z salonu fryzjerskiego.

Jest prosty jak struna, ma mocną, kwadratową szczękę i największe brązowe oczy, jakie w życiu widziałam. Wyszukuje mnie wzrokiem, a potem wpatruje się we mnie wyzywająco. Jego spojrzenie jest tak intensywne, że aż robi mi się ciepło. Między nami przeskakują iskry, więc ze złością odwracam głowę.

Niech będzie przeklęty za to, jak dobrze wygląda.

– Dzień dobry. – Słyszę obok siebie męski głos. – Mógłbym do ciebie dołączyć?

O, to ten facet z kolejki, jak on się nazywał?

– Oczywiście – odpowiadam. – Proszę.

– Nelson. Poznaliśmy się wczoraj.

– Tak, pamiętam. Cześć jeszcze raz, Nelson. Claire.

– Tak, ja też pamiętam – rechocze. – Pan Miles trochę się na ciebie uwziął.

– Och… – Biorę łyk kawy, chciałabym, żeby ziemia się pode mną zapadła. – Naprawdę? Nie zauważyłam. – Staram się brzmieć swobodnie.

– Z zasady nie lubię się nad nikim rozpływać – mówi – ale… widziałaś jego portfolio?

– Nie – odpowiadam krótko, upijam kolejny łyk i spoglądam Tristanowi w oczy.

Patrzymy na siebie jakieś pięć sekund, ale w końcu jedna z podskakujących wokół niego kobiet odrywa ode mnie jego uwagę.

– Ma sześć dyplomów, zna pięć języków – kontynuuje Nelson. – IQ 170. To już nawet nie poziom geniusza, ale jakiegoś jasnowidza. – Kiwa głową, jakby przyswajał jakieś przełomowe informacje.

– Nieźle. – Uśmiecham się sztucznie.

Och, dajże mi spokój z Tristanem Milesem, proszę cię. Otwieram szerzej oczy. Wielkie mi, kurwa, co. Spadaj, Nelson. Jesteś wkurzający, a ja muszę umówić się na masaż. Mam lepsze rzeczy do roboty, niż gadanie o jakimś przemądrzałym dupku.

Choćby się upić.

– Wiesz, kiepsko się czuję… – kłamię.

– Naprawdę? – pyta z troską. – Wszystko dobrze?

– Migrena.

– O nie.

– Niestety, jak zawsze po locie. Wkurzające. Nic mi nie będzie, ale chyba się położę, więc jeśli nie pojawię się wieczorem, to się nie martw. Do jutra przejdzie.

– Tak, oczywiście – odpowiada i zastanawia się przez chwilę. – Dam im znać.

Trzy godziny później silne ręce pracują nad moim kręgosłupem, a potem zjeżdżają na nagie biodra.

Pomieszczenie jest przyciemnione, relaksująca muzyka ma głęboki, zmysłowy rytm, a zapach wody kolońskiej masażysty porusza kobiece części mojego ciała.

Dłonie Pierre’a ślizgają się po moich plecach. Kiedy skrapia je ciepłym olejkiem, przechodzi mnie dreszcz, przymykam oczy.

No… to… mi… się… podoba.

– Wszystko w porządku? – pyta z wyraźnym francuskim akcentem.

– Idealnie… – wzdycham.

Idealnie to za mało powiedziane, kurczę, jest spektakularnie. Będę się masowała codziennie.

Walić konferencję.

Sprawne dłonie nadal krążą po moich plecach, uśmiecham się w stół, kiedy nagle w mojej torebce dzwoni telefon. Głośno, na pewno przeszkadza osobom w innych pokojach.

– Oj, przepraszam – krzywię się. – Zaraz przestanie.

Ale dzwoni do samego końca, a potem znowu. Cholera.

– Przepraszam. – Czekamy z Pierre’em, aż zamilknie, ale gdy tylko komórka na chwilę cichnie, zaczyna wyć od nowa. Kurde, a co, jeśli coś stało się w domu? – Przepraszam, mógłbyś mi podać torebkę?

Spełnia moją prośbę, więc zaczynam grzebać w poszukiwaniu telefonu. Nie znam numeru, z którego do mnie dzwonią.

– Halo? – mówię, kładąc się wygodnie na łóżku.

– Gdzie jesteś? – warczy Tristan. – Tracisz warsztaty.

O cholera.

– Eee…

– I nawet nie próbuj mnie okłamywać, Claire. Wiem, że nie ma cię w pokoju.

Ściągam brwi, oburzona jego tonem. Za kogo on się, kurwa, uważa?

– Słucham?

– Gdzie jesteś? – cedzi.

– Szczerze mówiąc, na masażu.

– Co takiego?! – rzuca.

– Twój wykład był nie do zniesienia, nudy jak flaki z olejem. Mam ciekawsze rzeczy do roboty. Żegnam, panie Miles.

– Claire Anderson… – zaczyna mnie besztać, ale przerywam połączenie. Wyciszam komórkę i rzucam ją na krzesło stojące w rogu pomieszczenia. – Jeszcze raz przepraszam. Na czym stanęliśmy?

Silne ręce masażysty zsuwają się na moje żebra, a stamtąd znowu na biodra, czuję ukłucie podniecenia.

Uśmiecham się z zamkniętymi oczami. Hmm… naprawdę przyjemnie być suką.

Pierre zaczyna delikatnie masować mój brzuch.

I to nazywam odprężeniem.

Tristan

Stoję z drinkiem w dłoni w pobliżu baru.

– No i potem dostałam kolejne pięćdziesiąt tysięcy followersów, tylko dzięki temu – opowiada Saba.

– Wow, fantastycznie – odpowiada Melanie.

Otaczają mnie cztery piękne kobiety, ale cholernie się nudzę. Wylatuję z samego rana.

Lustruję wzrokiem pomieszczenie. Gdzie ona jest?

– Więc… jest pan żonaty, panie Miles?

Wracam wzrokiem do stojącej tuż obok blondynki.

– Proszę, mów mi Tristan. I nie, nie jestem żonaty.

– To może ma pan dziewczynę? – pyta Saba.

– Nie. – Upijam łyk drinka. – Jestem jak najbardziej singlem.

– Naprawdę? – mówi seksownie. – Ja też. Świetnie się złożyło…

– Zawsze świetnie być singlem, prawda? – odpowiadam ze sztucznym uśmiechem.

Dziewczyny wybuchają śmiechem jak na rozkaz, a ja wracam do rozglądania się po sali. Będę naprawdę wkurzony, jeśli dziś nie przyjdzie.

– Ja właśnie zerwałam zaręczyny – informuje Melanie.

Przyglądam się jej. Jest piękną blondynką, czyli kobietą w moim typie, ale muszę się zmusić do kiwnięcia głową z udawanym zaciekawieniem.

– Chcę się teraz skupić na moich celach, a mój były nie obracał się w odpowiednich środowiskach… wiecie, o co mi chodzi? Pragnął domu na przedmieściach i trójki dzieci, a ja chcę od życia więcej – opowiada. – Globalnego imperium.

– Jasne, pewnie – zgadzają się z nią pozostałe dziewczyny.

Ja pierdolę… weźcie mnie stąd.

Macham do innej prelegentki.

– Pójdę porozmawiać z koleżanką – informuję i obracam się, by odejść.

– Tristan – woła za mną Saba. Odwracam się do niej. – Może moglibyśmy przejrzeć moje dzisiejsze notatki. – Uśmiecha się zachęcająco. – Później… w moim pokoju.

– Och… – Przeciągam wzrokiem przez wszystkie otaczające mnie kobiety.

– To znaczy… – Wzrusza ramionami Saba. – Możemy wszystkie przejrzeć notatki, naraz. – Przeczesuje palcem kosmyk włosów. – My cztery i ty. Jak na zajęciach grupowych. – Wszystkie uśmiechają się seksownie.

– To byłaby świetna noc – dodaje szeptem Melanie.

– Nie wątpię – parskam i patrzę na nie po kolei. – Zobaczmy, jak potoczy się wieczór, dobrze?

Gdy się oddalam i zmierzam do znajomej, słyszę za plecami ich chichot.

– Hej – mówi Elouise.

– Cześć. – Upijam łyk drinka.

– Niech zgadnę, stadnie się na ciebie rzucają.

– Bynajmniej – odpowiadam z kamienną twarzą. – Skąd ten pomysł?

– Bo nie znam faceta, który miałby większe powodzenie – stwierdza z cierpkim uśmiechem. – Kobiety tracą przy tobie wszelkie zahamowania.

Śmieję się sucho, wpatrując w dno szklanki. Elouise jest psycholożką, ma jakieś pięćdziesiąt, może pięćdziesiąt pięć lat. Często dajemy wykłady na tych samych sympozjach, bo ona wykonuje testy osobowości. Podczas tych wszystkich konferencji widziała niejedno.

– Zaufaj mi, Elouise. Po pewnym czasie to się robi nudne.

Rozglądam się i zauważam Claire. Rozmawia z grupką mężczyzn w rogu sali.

Przyszła.

Przyglądam się jej.

Ma rozpuszczone do ramion włosy, założyła czarną sukienkę. Nie wygląda seksownie ani lansersko. Wygląda stonowanie, co jest bez dwóch zdań kuszące i zmysłowe. W każdym calu różni się od kobiet, do których przywykłem. Wodzę wzrokiem po jej ciele. Jest ode mnie starsza, ale nie mam pewności o ile. Pewnie kilka lat.

Rozmawiam z Elouise, ale stale wpatruję się w Claire. Gada z jakimś facetem, śmieje się z jego żartów.

Co to za jeden?

Hmm…

Podejdę i też z nią pomówię.

– Zaraz wrócę – informuję, po czym ruszam w ich stronę, ale gdy się zbliżam, ktoś mnie woła.

– Panie Miles!

Odwracam się i widzę atrakcyjną blondynkę, która przystawiała się do mnie już podczas lunchu.

– O, witaj… – odpowiadam.

Czuję się niekomfortowo, bo jestem już w zasięgu słuchu Claire.

– Melissa – mówi. – Poznaliśmy się na lunchu.

– Tak, pamiętam – odpowiadam z uśmiechem.

Rozmawiający z Claire mężczyzna oddala się do baru, a ona zostaje sama. Rozgląda się i z całą pewnością słyszy mnie i Melissę.

– Co robisz później? – pyta kobieta. – Może umówimy się na drinka?

Claire przewraca oczami i obraca się do nas plecami.