Miłość, wino i mój były - Monika Hakowska - ebook + audiobook + książka

Miłość, wino i mój były ebook i audiobook

Hakowska Monika

5,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

11 osób interesuje się tą książką

Opis

CZASEM TRZEBA ZGUBIĆ MĘŻA, ŻEBY ZNALEŹĆ SZCZĘŚCIE.
Elena wraca z delegacji, gotowa na spokojny wieczór u boku męża. Zamiast kwiatów i kolacji przy świecach czeka na nią… mail z pozwem rozwodowym. Zamiast rozpaczać, postanawia jednak zachować zimną krew. Niestety, jej przyjaciółka Julia ma inne plany – i tak po trzech kieliszkach wina obie lądują w toskańskim ośrodku dla złamanych serc. To miejsce, gdzie joga spotyka się z prosecco, terapeuci mówią o wewnętrznej harmonii, a największym wyzwaniem okazuje się nie napisać do byłego.
Wśród zapachu wina i lawendy Elena poznaje Aleksa – mężczyznę, który pojawia się niespodziewanie i znika szybciej niż powiadomienie z Instagrama. Między śmiechem, łzami i kolejną porcją ravioli Elena zaczyna rozumieć, że życie po rozstaniu może być całkiem smaczne. Wystarczy nie bać się szczęścia. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 256

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 12 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Magdalena Emilianowicz

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Monika Hakowska, 2025

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy.

Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: Kuba Magierowski

Redakcja: Magdalena Kawka

Korekta: Olga Smolec-Kmoch, MAQ PROJECTS

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

PR & marketing: Andżelika Wojtkiewicz

ISBN: 978-83-8441-400-2

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

PROLOG

Czy można się rozwieść przez e-mail?

Najwyraźniej tak.

Schodzę po trapie samolotu, czując się jak milion dolarów. Nie, poprawka – jak miliard w akcjach giełdowych, bo umówmy się, jestem kobietą sukcesu, a w moim świecie skala ma znaczenie. Wysokie szpilki od Louboutina stukają miarowo o metalowe schody, a elegancki płaszcz Max Mary powiewa na wietrze jak peleryna superbohaterki. Czuję na sobie spojrzenia – pasażerów, stewardessy, nawet faceta z obsługi naziemnej. Pewnie myślą: „Wow, ta kobieta ma życie w garści”.

I do tej pory mieliby rację.

Jestem Elena. Trzydzieści pięć lat. Menadżerka w międzynarodowej korporacji. Żyję pomiędzy Londynem a Krakowem, latam jak szalona, negocjuję wielomilionowe kontrakty, a w wolnym czasie delektuję się winem i mężem. W tej właśnie kolejności.

Bo mam męża. Przystojnego, eleganckiego, z seksownym uśmiechem i garderobą jak z pokazu mody w Mediolanie. Filip zawsze mówił, że jesteśmy jak power couple – niczym Beyoncé i Jay-Z, tylko bez zdrad i paparazzi. Idealne małżeństwo. Idealne życie.

Idealne do momentu, gdy dostajesz rozwód e-mailem.

Sięgam po telefon, gotowa napisać do Filipa coś w stylu „Już wylądowałam. Gdzie jesteś?”, ale zanim dotknę ekranu, pojawia się powiadomienie.

Nowy e-mail. Od: Lexington & Partners.

Lexington & Partners? Brzmi jak kancelaria, która zajmuje się rozwodami dla ludzi w drogich zegarkach.

Klikam.

Szanowna Pani, w imieniu mojego klienta, Filipa Nowaka, przesyłam w załączniku pozew rozwodowy. Proszę o potwierdzenie odbioru.

Stoję na środku lotniska i czuję, jak mój wewnętrzny system operacyjny zawiesza się jak stary Windows. Ludzie mijają mnie z bagażami, spieszą się na Ubera, śmieją się, całują na powitanie – a ja trzymam telefon w dłoni i próbuję przetrawić to, że mój mąż właśnie wywalił mnie z naszego życia jednym kliknięciem.

Gdzie jest chociażby jakieś: „Kochanie, musimy porozmawiać”? Albo – nie wiem – SMS: „Hej, sorry, rozwodzimy się, pogadamy potem?!”.

Ale nie. Filip, ten sam Filip, który pół roku temu mówił mi, że jestem miłością jego życia, załatwił to jak cold-blooded CEO podczas redukcji etatów. Tylko że ja nie jestem etatem. Jestem, do cholery, jego żoną!

I teraz najgorsze. Nie to, że chce się rozwieść. Nie to, że zrobił to przez e-mail. Nie to, że całe moje życie właśnie stanęło na głowie.

Najgorsze jest to, że pierwsza myśl, jaka przychodzi mi do głowy, to nie „dlaczego?” ani „czy on oszalał?”, tylko: „Czy ja właśnie dostałam rozwód jak newsletter z Zalando?”.

ROZDZIAŁ 1

Życie potrafi kopnąć w tyłek nawet najbardziej poukładaną osobę. Jeszcze chwilę temu wszystko było perfekcyjnie. Świetna praca, idealny wygląd, mąż, który pasował do mojego scenariusza jak dobrze skrojona marynarka.

Teraz? No cóż. Scenariusz się spalił, marynarka wylądowała w śmietniku razem z małżeństwem, a ja jadę taksówką przez Kraków, próbując przetrawić fakt, że właśnie dostałam rozwód w formie śmieciowej wiadomości.

Filip nie miał nawet tyle klasy, żeby wysłać mi to osobiście. O nie. On poszedł w grube ryby – kancelaria Lexington & Partners. Brzmi jak miejsce, które obsługuje ludzi w garniturach szytych na miarę, z zegarkami droższymi niż moje mieszkanie.

Treść wiadomości? Chłodna, profesjonalna, skuteczna jak nóż rzeźnicki:

Szanowna Pani, w imieniu mojego klienta, Filipa Nowaka, przesyłam w załączniku pozew rozwodowy. Proszę o potwierdzenie odbioru.

I co ja miałam niby odpisać? „Dzięki, miłego dnia”?

Taksówkarz zerka na mnie w lusterku, jakbym była osobą, która za chwilę albo eksploduje, albo zacznie przemawiać do gołębi. Może jedno i drugie.

Telefon wibruje. Wybieram numer Julii – mojej najlepszej przyjaciółki i osobistej terapeutki na godziny.

– Jul, ratuj.

– Co się stało? – W jej głosie już słychać ten specyficzny ton, jakby przeczuwała, że zaraz usłyszy coś w stylu: „właśnie adoptowałam lemura” albo „przez przypadek zgłosiłam się na wolontariat do zakonu”.

– Filip.

– Co z nim?

– Rozwiódł się ze mną przez… e-maila.

Cisza. Głęboka, wymowna cisza. Po kilku sekundach Julia w końcu wypala:

– ŻE CO?!

– Tak. Temat wiadomości brzmiał: „Kontakt w imieniu klienta”, a w treści było: „Prosimy o potwierdzenie odbioru pozwu rozwodowego”.

– Czyli nawet nie napisał tego osobiście?!

– No przecież to byłoby za dużo emocji. Mógłby się przez przypadek zorientować, że rozstaje się z człowiekiem, a nie z subskrypcją Netflixa.

Julia sapie, jakby właśnie przebiegła maraton.

– Elena, przysięgam, że gdyby głupota bolała, to Filip już by leżał na podłodze i krzyczał: „Mamo, ratuj!”.

– Wiem.

– A jakbyś miała go opisać jednym słowem, to jakie by to było?

– Błąd.

Słyszę, jak Julia parska śmiechem, ale zaraz dodaje:

– Dobra, a teraz poważnie. Co robimy? Która wódka, który bar? Mam w zanadrzu playlistę „Eks do kasacji” i specjalny zestaw przekąsek na kryzysy.

– Jul, na miłość boską, jest dziesiąta rano.

– No i? Kiedyś musi być jakaś premiera „Picia o dziesiątej rano z powodu debila”!

Nie wiem, czy chce mi się bardziej śmiać, czy płakać. Chyba wszystko naraz.

– Dobra, spotkajmy się za godzinę. I przynieś coś, co pomoże mi się nie rozsypać.

– Elena, skarbie, od tego masz mnie.

Odkładam telefon i wzdycham. Moje życie właśnie zaliczyło spektakularnego fikołka. I chyba czas nauczyć się spadać na cztery łapy.

Zamykam drzwi mieszkania i opieram się o nie plecami, wypuszczając powietrze ze świstem. Jest cicho. Za cicho.

Przez lata to miejsce tętniło życiem, o ile oczywiście udawało nam się spotkać w Krakowie pomiędzy delegacjami. Filip śmiejący się przy porannej kawie, Filip oglądający jakiś pseudoambitny film, Filip kłócący się ze mną o to, czy ketchup to prawdziwy sos. A teraz? Cisza. Jakby ktoś wymazał go z mojego życia korektorem.

Rzucam klucze na komodę i robię kilka kroków w stronę kuchni, kiedy coś przykuwa moją uwagę.

Na stole leży kartka.

Serce mi zamiera.

Podchodzę bliżej i unoszę ją dwoma palcami, jakby to było coś niebezpiecznego. Nakreślone czarnym, eleganckim pismem Filipa widnieje jedno zdanie:

Trzymaj się

F.

Patrzę na te dwa słowa, a we mnie gotuje się coś w rodzaju furii, rozpaczy i absolutnego niedowierzania.

– Trzymaj się?! – mówię do pustego mieszkania, a echo z kpiną odbija moje słowa.

Pieprzone „trzymaj się”! Jakby mi zostawił ciepły rosołek na gorszy dzień, a nie rozwód!

Sięgam po telefon i wybieram numer Julii.

– Jul.

– Co jest?

– Zostawił mi kartkę, rozumiesz?

– Jaką kartkę?

– Pieprzone „trzymaj się, F.”!

– „Trzymaj się”?!

– Tak.

Słychać szelest w słuchawce, jakby Julia właśnie w panice szukała kluczy albo butów.

– El, nalej sobie czegoś mocniejszego. Zaraz będę.

Nie muszę słuchać dalej, bo wiem, że Julia zapewne stoi już w drzwiach swojej windy, prawdopodobnie w szlafroku i z torbą pełną kryzysowych przekąsek.

Dwie godziny, cztery lampki wina i jeden wylew żalu później siedzę na kanapie z głową opartą o ramię przyjaciółki. Ona z kolei sączy wino i patrzy na mnie z miną, jakby rozważała spalenie czegoś – najlepiej rzeczy Filipa.

– Okej, koniec mazania się. – Klaszcze w dłonie, jakby zwoływała zebranie kryzysowe. – Trzeba coś z tym zrobić.

– Coś, czyli co? – Mam wrażenie, że cała energia życiowa wyparowała ze mnie wraz z ostatnim łykiem wina.

– Zmieniasz otoczenie. I to nie na jakieś tam: pojadę do mamy i będę płakać w jej kuchni, tylko porządnie.

Patrzę na nią podejrzliwie.

– Zdefiniuj „porządnie”.

– Tydzień w Toskanii. No, może dwa.

Milczę.

Julia wyciąga telefon i podsuwa mi go pod nos. Migoczące światło ekranu odbija się od kieliszka wina, a ja, choć wciąż lekko oszołomiona szokiem po tej nieszczęsnej kartce, odruchowo zerkam na wyświetlacz.

Na stronie internetowej widnieje eleganckie zdjęcie. Soczyście zielone wzgórza, kamienna willa z basenem, w tle zachód słońca, który wygląda, jakby ktoś przesadził z filtrem „Sunset Glow”. Wielkie, złote litery na samej górze strony głoszą: „Serce do renowacji – emocjonalny detoks w sercu Toskanii”.

Patrzę na Julię podejrzliwie.

– Co to, do cholery, jest? – pytam, kompletnie zaskoczona.

Julia uśmiecha się jak diabełek, który właśnie wciągnął mnie w układ z piekła rodem.

– Najlepsza decyzja twojego życia.

Mrużę oczy i przewijam stronę.

„Program terapeutyczny dla osób po bolesnych rozstaniach”.

Okej, brzmi niewinnie. Ale dalej robi się ciekawiej:

– Joga o wschodzie słońca.

– Warsztaty Jak nie stalkować eks na Instagramie – czytam na głos, a potem unoszę wzrok. – To brzmi jak coś, co mogłoby być prowadzone przez FBI.

– Tak, ale w wersji, gdzie dostajesz kieliszek wina zamiast wyroku sądu.

Przewijam dalej.

– Terapie przy winie? – Nadal nie dowierzam. – To z kolei brzmi jak legalny alkoholizm.

– To się nazywa włoski styl życia i wszyscy się na to zgadzamy.

Klikam w zakładkę „Zajęcia dodatkowe” i zamieram.

– Czy ja dobrze widzę, że oni mają tam „Krzyk w winnicy” jako formę radzenia sobie z emocjami?!

– Tak. Przez pierwsze trzy minuty krzyczysz, przez kolejne trzy przeklinasz swojego eks, a na końcu dostajesz kieliszek chianti i grupowy uścisk.

Kręcę głową, czując, jak jakaś absurdalna część mnie zaczyna się śmiać.

– Julia, to brzmi jak... jak...

– Jak coś, czego ci trzeba.

Przez moment milczę. Czuję, jak powoli zaczynam się poddawać tej myśli. Jestem wykończona. Nie mam siły walczyć. W moim sercu zieje dziura, a w głowie aż huczy od pytań, na które nie mam odpowiedzi. Jeśli zaraz nie zrobię czegoś radykalnego, to w ciągu doby znajdę się po ciemnej stronie Internetu, guglując: „Czy można cofnąć rozwód, jeśli zapomni się kliknąć potwierdzenie?”.

– W pakiecie jest zwiedzanie winnic i masaże, mówisz?

Julia uśmiecha się szeroko, wiedząc, że właśnie wygrała.

– Oraz basen z widokiem na wzgórza, zajęcia z robienia makaronu i opcja radosnego wrzucania zdjęć na Instagram z dopiskiem: „Kiedy twój eks przegrał życie”.

Wzdycham.

– Dobra. Lecimy.

Bo jeśli mam się rozwalić, to przynajmniej w otoczeniu dobrej oliwy, lepszego wina i ludzi, którzy wiedzą, że czasem najlepszą terapią jest wrzeszczenie w winnicy.

*

Dwa dni później siedzę na lotnisku, świdrując wzrokiem plastikowy kubek z kawą tak intensywnie, jakby miał mi zdradzić tajemnice wszechświata. Jestem przekonana, że jeśli będę wpatrywać się wystarczająco długo, to może doznam jakiegoś objawienia. Może kawa szepnie: „Hej, wszystko się ułoży, jesteś silniejsza, niż myślisz”. Ale nie. Nic. Tylko nijaki aromat i smak porażki w płynie.

Obok mnie Julia z elegancją przewraca strony „Glamour”, co jakiś czas podtykając mi pod nos artykuły w stylu: 10 sposobów, żeby zapomnieć o byłym albo Nowa ty w 30 dni.

– Myślisz, że mają też poradnik: Jak nie wyglądać na kogoś, kogo właśnie wyrzucono z własnego życia? – pytam, upijając łyk i natychmiast się krzywię. Kawa smakuje jak rozpuszczona plastikowa pokrywka.

Julia unosi brwi, patrząc na mnie z namysłem.

– Nie wiem, ale jeśli znajdziemy taki w tym ośrodku, to obiecuję ci go kupić.

Odkładam kubek na stolik.

– A może zamiast tego powinnyśmy napisać własny poradnik?

– Jak wyglądać dobrze po tym, jak twój mąż rozwiódł się z tobą przez e-mail. Poradnik dla zaawansowanych?

– Dokładnie. „Rozdział pierwszy: Nigdy nie pij lotniskowej kawy, bo obudzi w tobie egzystencjalny kryzys”.

– „Rozdział drugi: Noś okulary przeciwsłoneczne nawet w pomieszczeniach, żeby ukryć opuchnięte oczy. Ludzie będą myśleć, że jesteś tajemnicza, a nie że wczoraj płakałaś do reklam jogurtów”.

– „Rozdział trzeci: Unikaj par trzymających się za ręce, bo może ci się wyrwać »idźcie się zakochać gdzie indziej«, a to ponoć społecznie nieakceptowalne”.

Julia odkłada gazetę i rozgląda się po hali odlotów.

– Ej, ale spójrz na tego typa przy bramce.

Kątem oka zerkam na wysokiego, brodatego faceta w marynarce, który zapatrzony skroluje coś w telefonie.

– Okej, wygląda jak ktoś, kto rozlicza podatki w Szwajcarii. Ale co z nim?

– Obstawiam, że leci odwiedzić swoją młodszą dziewczynę w Mediolanie. Taką w stylu „chodzę tylko w białych koszulach oversize i kręcę papierosy na krawędzi okna”.

– Albo właśnie wraca z rozprawy rozwodowej i teraz zaczyna nowy rozdział życia, ucząc się gotować makaron z TikToka.

– Albo... – Julia nachyla się konspiracyjnie – jest tajnym agentem i jego misja polega na odnalezieniu kobiety, która dostała pozew rozwodowy w najbardziej gówniany sposób na świecie.

– To się akurat nie uda, bo ta kobieta wciąż siedzi w dresie i z fryzurą, która wygląda jak uboczny efekt eksplozji.

Julia przewraca oczami i wraca do „Glamour”.

– Dobrze, że lecimy do tego ośrodka. Serio, El. Potrzebujesz czegoś więcej niż ironia i zła kawa.

– A może to po prostu wszystko, czego mi trzeba?

– Nie. Potrzebujesz masażu, butelki wina i włoskiego słońca. I tego kursu: Jak nie stalkować eks na Instagramie.

Wzdycham, opadając na fotel.

– Czy jeśli mam w telefonie zapisaną galerię zdjęć: „Jak wygląda Filip bez brody, kwalifikuje mnie to na terapię?”

Julia nie odpowiada, tylko wyciąga rękę i bez słowa zabiera mi telefon.

– Ej!

– Dziękuj mi później.

Sam lot upływa mi na lawirowaniu między potrzebą drzemki a nagłą chęcią napisania Filipowi SMS-a o treści:

Mam nadzieję, że twój ekspres do kawy się zepsuł i musisz teraz pić rozpuszczalną jak jakiś barbarzyńca.

Ostatecznie moje pasywno-agresywne zapędy nie dochodzą do skutku, bo telefon nadal spoczywa w torbie Julii, a ja nie mam odwagi go stamtąd wyciągnąć. Zresztą czy naprawdę chcę być tą osobą, która wysyła swojemu eks wiadomości o niskiej jakości jego kofeinowego doświadczenia?

Nie.

Może.

Cholera, na pewno.

Ale zamiast tego zamykam oczy, biorę głęboki oddech i próbuję przekonać samą siebie, że jestem silna. A przynajmniej, że potrafię robić dobre wrażenie.

Godzinę później Florencja wita nas ciepłym powietrzem i chaotycznym ruchem na lotnisku. Zanim Julia zdąży złapać nasze walizki, ja już wyciągam szyję, szukając kierunku do najbliższego miejsca z winem.

– Nie wiem, czy to przez stres, czy przez twoją obecność, ale czuję, że potrzebuję alkoholu.

– To miłe. I uspokajające. W końcu nic tak nie podkreśla znaczenia terapii jak chęć upicia się w pierwszej godzinie pobytu.

Łapiemy taksówkę i ruszamy w stronę ośrodka. Przez okno obserwuję malownicze krajobrazy: falujące wzgórza, winnice, cyprysy wyglądające tak, jakby ktoś starannie poustawiał je specjalnie dla estetyki. To wszystko jest tak nierealnie piękne… Przez chwilę mam ochotę uwierzyć, że życie naprawdę może się tutaj naprawić.

Julia wyciąga telefon i robi zdjęcie.

– Patrz, El, idealne na Instagrama. Hasztag: czas na uzdrowienie.

– Świetnie. Może jeszcze nowy rozdział, self-care i: moje serce jest jak ta winnica – spalone słońcem?

Julia tylko prycha, choć jej kąciki ust zdradzają rozbawienie.

– Czasami zastanawiam się, czy to, że masz złamane serce, sprawia, że jesteś zabawna, czy po prostu byłaś taka zawsze.

– Jestem jak wino. Im bardziej sfermentowana, tym lepiej się mnie znosi.

– Jesteś raczej jak tequila. Zostawiasz kaca i kilka błędnych decyzji.

Taksówkarz rzuca nam spojrzenie w lusterku. Pewnie żałuje, że wziął ten kurs.

W końcu dojeżdżamy. Brama się otwiera, a przed nami wyłania się bajkowy krajobraz: stara, kamienna willa opleciona bluszczem, basen połyskujący w słońcu i eleganckie patio z drewnianymi leżakami. W powietrzu unosi się zapach rozmarynu, cytrusów i świeżo skoszonej trawy.

Nie powiem, jeśli miałam się rozwalić emocjonalnie, to przynajmniej w ładnym miejscu.

Wita nas kobieta o idealnie ułożonych blond falach i głosie, który brzmiałby świetnie jako narracja w aplikacji do medytacji.

– Benvenute! Jesteście gotowe na emocjonalny detoks?

Julia uśmiecha się szeroko, a ja czuję, jak moje usta same układają się w coś, co ma udawać entuzjazm.

Nie wiem, czy jestem gotowa.

Ale wiem jedno: jeśli terapia obejmuje dobre jedzenie, wino i zakaz sprawdzania Instagrama Filipa, to może nawet dam jej szansę.

ROZDZIAŁ 2

Julia uśmiecha się szeroko, a jej oczy rozbłyskują entuzjazmem, który sprawia, że ludzie od razu czują się jej przyjaciółmi. Już po sekundzie obejmuje kobietę w serdecznym uścisku, jakby nie widziały się od lat, choć widzą się po raz pierwszy.

– Ciao, ciao! Ależ tu pięknie! – wykrzykuje, rozglądając się z zachwytem po otoczeniu.

Kobieta odwzajemnia uśmiech, ale z lekkim uniesieniem brwi, i przechyla głowę, jakby w myślach próbowała ocenić, czy przypadkiem nie powinnyśmy już znajdować się na jakiejś liście gości wymagających specjalnej troski.

– Dziękujemy! Jestem Alessandra Moretti, ale możecie mi mówić po prostu Alessandra. – Jej głos jest melodyjny, ciepły, z tym subtelnym włoskim akcentem, który sprawia, że nawet proste zdania brzmią wyjątkowo.

Oczywiście, że Alessandra. To imię pasuje do niej idealnie. Ma falowane, słoneczne włosy opadające na ramiona w sposób naśladujący naturalny, ale pewnie wymagający dokładnie dobranego zestawu kosmetyków i kilku ruchów wprawnej dłoni. Skóra muśnięta słońcem, długie rzęsy i sznyt elegancji, który sprawia, że kobieta wygląda, jakby właśnie zeszła z wybiegu, choć pewnie od rana biega po ośrodku, doglądając każdego szczegółu. Jej lniana, biała sukienka powiewa lekko na ciepłym, południowym wietrze, a na nadgarstku brzęczy delikatna złota bransoletka.

Julia rzuca mi znaczące spojrzenie, jedno z tych, które nie wymaga słów, a ja wiem, co chce powiedzieć: „Patrz, jak tu będzie cudownie!”.

Następnie zwraca się do Alessandry z rozbrajającą szczerością:

– Pewnie od razu widać, która z nas potrzebuje największej terapii, prawda?

Alessandra przenosi na mnie wzrok.

To spojrzenie ma w sobie coś przenikliwego, jakby w kilka sekund próbowała rozszyfrować, co dokładnie mnie tu sprowadza. Instynktownie prostuję plecy, ale zaraz potem przypominam sobie, że nie przyszłam na casting do filmu o samowystarczalnych, zrównoważonych kobietach sukcesu.

Unoszę więc kąciki ust w przesadzonym, skamieniałym uśmiechu godnym osoby, która właśnie została zdiagnozowana jako „emocjonalny wrak”.

Alessandra milczy. Tylko jej usta lekko drgają, chyba powstrzymuje się przed uśmiechem. W końcu wyciąga dłoń i lekko ściska moją, jakby ten prosty gest miał mnie uratować.

– Ach, kochanie… – mówi cicho, ale z czułością, której zupełnie się nie spodziewałam. – Nie martw się. W naszym ośrodku nikt nie jest straconym przypadkiem.

– Cóż za ulga! – odpowiadam z przesadnym entuzjazmem, unosząc dłonie w dramatycznym geście. – Czyli przynajmniej mam szansę być przypadkiem trudnym, ale jeszcze nie beznadziejnym?

Uśmiecha się tajemniczo, a w jej oczach błyska coś, co mogłabym wziąć za rozbawienie. Ale równie dobrze może to być świadomość, że jeszcze nie wiem, na co się piszę.

– Zobaczymy, w jakim stanie będziesz po dwóch tygodniach.

Nie wiem, czy to groźba, czy obietnica, ale zanim zdążę dopytać, Alessandra gestem zaprasza nas w stronę niewielkiego biura, wyłaniającego się zza ściany willi, by wypełnić dokumenty. Julia niemal podskakuje z radości, a ja czuję, jak ciepłe powietrze otula moją skórę, jakby samo miejsce próbowało mnie uspokoić.

Zaczynam się zastanawiać, czy to w ogóle możliwe.

Po chwili siedzę przy mahoniowym stole, stukając długopisem w formularz, w rytm melodii pojawiającej się raz za razem w mojej głowie. Papier delikatnie szeleści pod palcami, a w powietrzu unosi się subtelny zapach lawendy, jakby ktoś spryskał nim całe pomieszczenie w nadziei, że skutecznie zakamufluje wszelkie emocjonalne rozterki, które trafiają tu razem z przybyszami.

Alessandra objaśnia kolejne rubryki z taką lekkością, jakby chodziło o zapisanie się na lekcje malarstwa, a nie terapię dla psychicznie rozklekotanych.

– Tutaj standardowa zgoda na udział w programie, tutaj ewentualne alergie, a tutaj… – nachyla się i z uśmiechem wskazuje kolejne pola – krótka rubryka na wasze intencje na ten pobyt.

Jej głos jest spokojny i melodyjny, ale ja i tak czuję się, jakbym miała zaraz napisać egzamin dojrzałości na bazie własnych emocji.

– Intencje? – powtarzam, chcąc się upewnić, że wszystko dobrze rozumiem.

Słowo brzmi podejrzanie. Jak coś, co powinna określać szamanka przy ogniu, a nie ja, osoba, która ledwo zdążyła poskładać się w całość na tyle, by spakować walizkę i przyjechać tutaj.

– Tak. Coś, czego chcecie się pozbyć, coś, czego chcecie się nauczyć.

Julia, oczywiście, nie potrzebuje chwili na refleksję. Pochyla się nad kartką i zaczyna zapisywać swoje myśli z taką pewnością, jakby właśnie układała plan podboju kosmosu. Długopis śmiga po papierze, a na jej twarzy maluje się wyraz skupienia, którego czasem brakuje jej w codziennym życiu.

Ja tymczasem wpatruję się w puste pole w nadziei, że wypełni się samo.

Coś, czego chcę się pozbyć.

Coś, czego chcę się nauczyć.

Czy „nie wysłać SMS-a do Filipa” kwalifikuje się jako duchowe oczyszczenie?

A może powinnam postawić na coś bardziej wzniosłego? „Odnaleźć siebie”, „Pozbyć się ciężaru przeszłości”, „Przestać analizować każdą najmniejszą rzecz do granic absurdu”?

Brzmi to pięknie, ale jakoś nie do końca moje.

Westchnienie ucieka spomiędzy moich warg, zanim długopis wreszcie dotyka papieru.

Ostatecznie skrobię:

Nie umrzeć z żalu jak XIX-wieczna bohaterka romansu.

Stawiam kropkę i odsuwam formularz od siebie, jakbym właśnie złożyła najważniejszy dokument w życiu.

Alessandra zerka na moją kartkę i przez ułamek sekundy jej usta układają się w coś pomiędzy uśmiechem a pełnym zrozumienia wyrazem twarzy. Nie komentuje. Mądra kobieta.

– Perfetto. – Zamyka teczkę i klaszcze lekko w dłonie. – Czas na wasze pokoje. Chodźcie, pokażę wam, co dla was przygotowaliśmy.

Julia wstaje pierwsza, pełna energii i gotowości na nowe doświadczenia. Podążam za nimi, czując, że oto właśnie zaczyna się coś, czego jeszcze nie umiem nazwać.

Alessandra prowadzi nas przez kamienne ścieżki w stronę willi, opowiadając o ośrodku. Powietrze pachnie tak otulająco, że automatycznie robię głębszy wdech. Mam ochotę dotknąć gołą stopą rozgrzanej słońcem ziemi, a w oddali słychać cykady; akompaniują nam w tej podróży ku lepszemu „ja”.

– Jutro zaczynamy od porannej medytacji w ogrodzie. To pozwala rozpocząć dzień w spokoju i z uważnością.

– Czyli zaczynamy od leżenia i oddychania? Wreszcie coś, w czym mogę być dobra – komentuję, próbując nie myśleć, jak bardzo moje „uważne oddychanie” zazwyczaj kończy się panicznym rozważaniem nad sensem istnienia.

– Dokładnie! – Alessandra śmieje się melodyjnie, jakby moje cyniczne komentarze wcale nie sugerowały, że mam ochotę uciekać z powrotem na lotnisko.

– Potem śniadanie, wszystko świeże, organiczne, lokalne.

Julia aż klaszcze w dłonie.

– Czyli już jestem w raju.

– Po śniadaniu pierwsze zajęcia. Będziemy pracować nad emocjami poprzez ruch i kreatywność. Trochę jogi, trochę terapii sztuką.

– Czyli nie tylko rozciąganie, ale też artystyczne wyrażanie mojej wewnętrznej rozpaczy? Wspaniale.

Alessandra puszcza do mnie oko.

– Następnie czas na odpoczynek. Możecie opalać się przy basenie, korzystać ze spa albo zwiedzać okoliczne miasteczko…

– Wybieram opcję „wino i patrzenie w dal melancholijnym wzrokiem” – wymrukuję pod nosem.

– …a wieczorem wspólne przygotowywanie kolacji. To część terapii, uczymy się celebrować codzienne chwile.

Julia piszczy z zachwytu.

– Jeśli będziemy piekły focaccię, to oficjalnie zostaję tu na zawsze.

Docieramy do części willi, gdzie Alessandra otwiera drzwi do naszych pokoi.

I nagle cały cynizm opuszcza mnie jak powietrze z przekłutego balonu.

Wnętrze jest jak spełnienie wizji, którą trzyma się gdzieś na dnie serca, ale nigdy nie wierzy, że stanie się rzeczywistością.

Drewniane belki na suficie dodają przestrzeni ciepła, a jasne ściany kontrastują z ręcznie tkanym dywanem w odcieniach beżu i oliwkowej zieleni. Łóżko – szerokie – przykryte jest lnianą narzutą, która wygląda na tak miękką, że mogłaby być obłokiem. Przy oknie stoi rustykalny stolik z wazonem pełnym świeżych kwiatów – różowych peonii i lawendy, których zapach subtelnie miesza się z ciepłym powietrzem napływającym z tarasu. W jednej chwili zaczynam zdawać sobie sprawę, co za zapach tak mnie przyciągał w drodze do budynku.

Podchodzę do drzwi balkonowych i uchylam je delikatnie.

Widok zapiera dech w piersiach.

Rozciągające się aż po horyzont winnice wyglądają jak namalowane pędzlem impresjonisty – falujące rzędy winorośli o soczyście zielonych liściach, skąpane w złotym świetle późnego popołudnia. W oddali widać niewielką kamienną kapliczkę, a jeszcze dalej – miasteczko z czerwonymi dachami i wysoką dzwonnicą, którą mogłabym przysiąc, że już gdzieś widziałam – może w jakimś filmie, może w marzeniu, którego nie zdążyłam jeszcze zapomnieć.

– Odpocznijcie. – Alessandra uśmiecha się do nas promiennie. – Bo wieczorem czeka was jeszcze kilka atrakcji.

Zamykam za sobą drzwi i opadam na łóżko.

Atrakcje.

*

Po krótkim odpoczynku, który spędzam, wpatrując się w sufit i próbując oswoić się z myślą, że oto naprawdę jestem w Toskanii, na „terapii luksusem”, Julia puka do moich drzwi.

– Gotowa na wieczorne atrakcje? – Jej oczy błyszczą ekscytacją, a w dłoni trzyma błyszczyk, który właśnie nakłada na usta.

– Nie wiem, czy gotowa, ale ciekawa.

Schodzimy na dziedziniec, gdzie czeka już na nas Alessandra ubrana w zwiewną, białą sukienkę subtelnie falującą na wietrze. Jasne loki kobiety lśnią w ciepłym świetle latarni, a twarz rozświetla promienny uśmiech.

– Dziewczyny, czas na prawdziwe włoskie doświadczenie. – Rozkłada ręce z entuzjazmem, a jej przyjemny dla ucha śmiech rozbrzmiewa w ciepłym powietrzu.

Za jej plecami stoją cztery czerwone Vespy, które na tle kamiennego dziedzińca lśnią jak drogocenne kamienie. Obok nich opierają się o mur dwaj mężczyźni, rozmawiając swobodnie, co chwilę zerkają w naszą stronę.

– Włoska kolacja bez prawdziwej włoskiej przejażdżki? Nie ma mowy! – oznajmia Alessandra, zarażając nas swoją beztroską.

Mężczyźni podchodzą bliżej, a Alessandra przedstawia ich z uśmiechem:

– Antonio i Marco, dzisiejsi rycerze na mechanicznych rumakach.

Antonio jest wysoki, opalony, o czarujących oczach i niedbale rozpiętej lnianej koszuli, jakby właśnie wyszedł z reklamy perfum. Marco, nieco niższy, ma jaśniejsze włosy i chłopięcą urodę. Poprawia mankiet marynarki, jakby próbował dodać sobie powagi.

– Czy któraś z was prowadziła kiedyś Vespę? – Antonio patrzy na nas z rozbawieniem, bo zna odpowiedź.

Wymieniamy z Julią spojrzenia.

– Czy gra w Mario Kart się liczy? – rzucam.

Antonio wybucha śmiechem, a Marco, który do tej pory wydawał się powściągliwy, kręci głową z niedowierzaniem.

– W takim razie dziś macie swoich przewodników.

Julia wskakuje na skuter za Markiem, z radosnym piskiem chwytając go w pasie.

Ja tymczasem spoglądam na Antonia, który już siedzi na swoim pojeździe i klepie miejsce za sobą.

– Obiecaj mi, że nie zamienisz tego we włoską wersję Szybkich i wściekłych.

– Obiecuję tylko jedno, zapamiętasz tę noc na długo.

Patrzę na niego podejrzliwie, ale kiedy ruszamy, a ciepłe powietrze owiewa moją twarz, czuję, jak powoli zaczynam się uśmiechać. Ulice Toskanii pulsują życiem – w powietrzu unosi się zapach oliwek i kwiatów, w kawiarniach ludzie śmieją się przy winie, a światła latarni rzucają złote refleksy na brukowane drogi.

Po kilkunastu minutach jazdy docieramy na wzgórze, gdzie między rzędami winnic ukryta jest mała, kameralna trattoria. Na zewnątrz ustawiono długie, drewniane stoły przykryte lnianymi obrusami, a nad nimi zwisają girlandy światełek, które migoczą jak świetliki.

Na progu wita nas gospodarz – starszy Włoch o imieniu Angelo. Jest wysoki, ma lekko przyprószone siwizną włosy i głęboki, dźwięczny głos, który od razu sprawia, że czuję się jak w filmie Felliniego.

– Benvenuti, amici! Macie szczęście, dziś wino jest jeszcze lepsze niż zwykle.

Wita nas jak dawno niewidzianą rodzinę, ściskając dłonie i klepiąc Marca oraz Antonia po plecach. Już po chwili na stołach lądują miski pełne domowej pasty pachnącej czosnkiem i oliwą, chrupiąca focaccia, sery i butelki rubinowego wina.

Alessandra podnosi kieliszek, a jej oczy błyszczą w świetle lampionów.

– Cieszę się, że jesteście. Jutro dołączają do nas ostatni uczestnicy, ale już czuję, że to będzie wyjątkowy pobyt.

Czuję ciepło rozchodzące się po mojej klatce piersiowej. Może, na przekór wszystkiemu, ja też tu pasuję.

Wieczór w trattorii nabiera tempa. Powietrze pachnie rozmarynem, pieczonym czosnkiem i oliwą, a rozmowy toczą się wartko jak włoskie rzeki wiosną. Wino leje się do kieliszków, a świece na drewnianych stołach rzucają ciepłe światło na roześmiane twarze.

Julia, wyraźnie zaintrygowana, nachyla się lekko w stronę Alessandry.

– Muszę cię o coś zapytać. Skąd w ogóle pomysł na ten emocjonalny detoks?

Alessandra unosi brwi, a potem z szerokim uśmiechem odchyla głowę i wybucha perlistym śmiechem, który przyciąga spojrzenia sąsiednich stolików.

– Och, cara mia! To historia pełna pasji, rozczarowania i oczywiście dramatycznego finału. Gdybym była bohaterką opery, w tym momencie orkiestra już by podnosiła napięcie!

– Złamane serce? – dopytuję, unosząc kieliszek.

– Złamane? – Alessandra teatralnie przykłada dłoń do serca. – Roztrzaskane na kawałki tak małe, że nawet najlepszy włoski jubiler nie byłby w stanie ich poskładać!

– To brzmi poważnie. – Julia opiera brodę na dłoni, wyraźnie zaciekawiona.

– A jakże! Byłam zakochana. Tak na zabój, całkowicie, jak to my, Włosi, potrafimy. Mój Luca...

– Och, nie brzmi to dobrze, nie znam całej tej opowieści, więc chętnie wysłucham. – Marco krzyżuje ramiona i potrząsa głową, jakby imię samo w sobie zwiastowało kłopoty.

– Nie było dobrze! – Alessandra rozkłada ręce. – Ale przez długi czas myślałam, że mam u stóp cały świat. Luca był uroczy, szarmancki, znał moje ulubione dania i twierdził, że jego matka mnie uwielbia.

– Brzmi podejrzanie idealnie, nawet jak na nas. – Antonio mruży oczy.

– Prawda? Aż dziw, że nie zapaliła mi się czerwona lampka! Ale byłam zakochana po uszy. I kiedy zaczęliśmy rozmawiać o ślubie, myślałam, że to tylko formalność.

– I co? – Julia nachyla się jeszcze bardziej.

– I wtedy okazało się, że Luca ma serce… bardzo pojemne.

– Czyli?

– Czyli w tym samym czasie, gdy ja się zastanawiałam, czy lepsza będzie suknia z koronką, czy jedwabna, on zastanawiał się, czy lepiej mówić „kocham cię” do mnie, czy do mojej koleżanki!

– Nie! – Zakrywam usta dłonią, a Julia szeroko otwiera oczy.

– Tak! I najlepsze? – Alessandra robi krótką pauzę, jakby budowała napięcie. – Dowiedziałam się o tym… na własnych zaręczynach!

– Nieeee. – Antonio kręci głową, a Marco uderza dłonią w stół.

– Poważnie! Stoi przede mną, trzyma moje dłonie, ludzie wiwatują, ja już mam łzy wzruszenia w oczach… A tu nagle za moimi plecami rozlega się piskliwy głos: „Luca! Amore mio! Co ty wyprawiasz?! Przecież to miało być dla mnie!”.

– O mój Boże. – Julia opada na krzesło, jakby poczuła fizyczny cios.

– A ja? – Alessandra wzdycha dramatycznie. – Patrzę na Lucę, potem na nią, potem znowu na Lucę, a on…

– Nie mów, że próbował się wymigać. – Antonio potrząsa głową.

– Ma ché! – Alessandra przewraca oczami. – Mrugnął do mnie i powiedział: „To tylko kolacja!”.

Wybucha głośny śmiech, tak donośny, że starszy Włoch, Angelo, przy sąsiednim stoliku spogląda na nas z rozbawieniem, unosząc kieliszek.

– Ach, Luca… klasyczny przypadek. – Marco wzdycha, przecierając twarz dłonią.

– Tylko nie wrzucaj nas wszystkich do jednego worka! – protestuje Antonio, spoglądając na mnie i Julię. – Niektórzy z nas są wierni jak psy.

– Psy? – Alessandra unosi brwi, patrząc na nich podejrzliwie.

– Tak, tak! – wtóruje mu Marco, puszczając oczko. – Tylko zamiast czekać pod drzwiami na swoją panią, wolimy czekać przy barze… z lampką wina.

– Pff, akurat! – Alessandra macha ręką. – Ale dobrze, was mogę rozgrzeszyć. Wy przynajmniej nie bawicie się w podwójne zaręczyny.

– Dokładnie! – Antonio przykłada dłoń do serca. – Jesteśmy lojalni jak toskańskie wino, im starsze, tym wierniejsze.

– To się jeszcze okaże! – Julia rzuca im wyzwanie, unosząc kieliszek.

Alessandra unosi swój z figlarnym błyskiem w oku.

– A teraz, moje drogie, wypijmy za jedno: żeby jedyne złamane serca, jakie będziemy miały, były spowodowane zachodem słońca nad Toskanią, a nie głupcami, którzy nie wiedzą, co tracą!

– Wypijmy za to!

Wszyscy wznosimy kieliszki, a nasz śmiech rozbrzmiewa wśród włoskiej nocy.

Jednak coś nie daje mi spokoju. Opierając łokieć na stole, spoglądam na Alessandrę z zaciekawieniem w oczach. A może to tylko wino? Sama nie wiem.

– A skoro już o tym mowa… kto jeszcze do nas dołączy? Czy są jeszcze jakieś barwne historie, o których powinniśmy wiedzieć?

Alessandra uśmiecha się do mnie tajemniczo, obracając kieliszek w dłoniach.

– Oczywiście, że są! Przecież to Włochy, cara mia! Tutaj nawet poranna kawa ma swoją opowieść.

– Więc? – Julia spogląda na nią wyczekująco.

– Dojadą jeszcze trzy osoby. – Alessandra gestykuluje, odliczając na palcach. – Dwie kobiety i jeden mężczyzna. Ale nie taki zwykły mężczyzna. I być może zjawi się ktoś jeszcze.

– Nie mów, że znowu jakiś casanova? – Antonio lekko się wzdryga, popijając wino.

– Nie, tym razem przeciwnie. – Alessandra kręci głową w odpowiedzi. – Ten biedak właśnie przeżywa największy dramat swojego życia, został porzucony w najgorszy możliwy sposób.

– Och, nie – wymyka mi się i już jestem pewna, że to jednak wino przeze mnie przemawia.

– Tak! Byli razem siedem lat. – Alessandra wzdycha nagle i teatralnie znów kręci głową. – Wspólne mieszkanie, planowanie podróży do Japonii, a potem… bach! Jego ukochany zostawił go dla… instruktora jogi.

– Dla instruktora jogi? – Julia unosi brwi, choć przez wino przychodzi jej to z trudem.

– Tak, skarbie, a jakże. I to nie byle jakiego. Wysokiego, umięśnionego, z włosami spiętymi w idealny koczek.

– Och, to faktycznie cios. – Marco robi minę pełną współczucia.

– Więc przyjeżdża tu w ramach terapii? – dopytuję dla pewności.

– Dokładnie! I mam nadzieję, że dobrze mu to zrobi.

– A co z tymi dwiema kobietami? – Julia przysuwa się bliżej, coraz bardziej zaciekawiona.

– Jedna to absolutny wulkan energii. Francesca, fanka wspinaczki, motocykli i wszystkiego, co wywołuje adrenalinę. Podobno zakończyła swój ostatni związek, bo jej chłopak bał się skoków na bungee.

– Trochę… ekstremalnie. – Antonio spogląda na Marco, który tylko gwizdnął pod nosem.

– A druga?

– Emma. Cicha, spokojna, trochę tajemnicza. Wydaje się być w tym wszystkim trochę przypadkowo, ale myślę, że skrywa jakąś historię.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Meritum publikacji