Miłość po warszawsku - Monika Hakowska - ebook
NOWOŚĆ

Miłość po warszawsku ebook

Hakowska Monika

0,0

27 osób interesuje się tą książką

Opis

Zuza przyjeżdża do Warszawy z poczuciem, że zaczyna własne życie. Wspólne mieszkanie z Marleną staje się jej bezpieczną bazą, choć stolica nie zamierza być dla niej jedynie tłem – studia, praca, nowi ludzie i miasto, szybko ją wciągają.

Tymczasem jedno przypadkowe spotkanie uruchamia serię wydarzeń, które wciągają ją w historię znacznie większą, niż zakładała. Osoba, którą poznaje, niesie ze sobą przeszłość zdolną poruszyć nie tylko jej życie i to właśnie w stolicy znów schodzą się drogi Neli i Maksa.

Zuza trafia w sam środek spraw, które formalnie jej nie dotyczą, ale z czasem coraz mocniej splatają się z jej własną drogą. Warszawa przestaje być tylko miejscem do życia – staje się punktem zwrotnym dla wszystkich, nawet jeśli na początku wszystko wydaje się tylko zbiegiem okoliczności.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 240

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redakcja

Bartosz Szpojda

Projekt okładki

Monika Hakowska

Redakcja techniczna, skład i przygotowanie wersji elektronicznej

Maksym Leki

Fotografie na okładce

© krzysztofdoroszko / pixabay.com

© uka-uso design, createssy / canva.com

© Julia Filirovska / pexels.com

Korekta

Katarzyna Nowakowska

Marketing

[email protected]

Wydanie I, Siemianowice Śląskie 2026

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-100 Siemianowice Śląskie, ul. Olimpijska 12

tel. +48 600 472 609, +48 664 330 229

[email protected]

www.videograf.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Mikołów 2025

tekst © Monika Hakowska

ISBN 978-83-8293-366-6

Czasem rozsądek wygrywa z sercem, lecz uczciwość potrafi je pogodzić.

Prolog

– Ej,ostrożnie z tym! – Zuza wpadła do pokoju z torbą tak wypchaną, że zamek ledwo trzymał. – Jak rozwalisz ten wazon, to pierwsze, co będę kupować, to nie żarówki, tylko klej.

– Daj spokój – Marlena odstawiła pudło przy ścianie i wyprostowała się, robiąc minę, jakby właśnie przeniosła pół mieszkania. – Mam jeszcze resztki taśmy po mojej przeprowadzce i trochę Kropelki.

Mieszkanie na pierwszym piętrze starej kamienicy przy Placu Unii miało swój klimat, co dało się zauważyć już od progu. Wysokie sufity z delikatnymi zdobieniami, jasna podłoga, która skrzypiała tam, gdzie trzeba, i ogromne okna wpuszczające sierpniowe światło – już nie to wakacyjne, ostre, tylko cieplejsze – powoli zapowiadające nadchodzącą jesień.

Zuza rzuciła torbę na środek salonu i obróciła się wokół własnej osi. Tramwaj gdzieś za oknem zadzwonił, z daleka dobiegł klakson, a na parapecie stały trzy kwiaty w doniczkach – dwa zielone i jeden wyglądający, jakby zmieniał miejsce zamieszkania tak często jak Marlena.

– No i jak, fajnie, co? – Marlena oparła się o ścianę.

– Fajnie? – Zuza roześmiała się pod nosem. – To jest… no nie wiem… wow.

– Tylko mów mi tak codziennie, jak będę cię prosić o wyniesienie śmieci – mruknęła Marlena i ruszyła do kuchni. Była niewielka, ale jasna. Ściana z białej cegły, otwarte półki z kubkami nie do pary, widok na dachy kamienic, a na blacie kawa w papierowych kubkach, którą przyniosły po drodze z piekarni przy Marszałkowskiej. W powietrzu unosił się zapach miejskiego zgiełku, dobrze znany Zuzie z Krakowa, a jednocześnie tak różny od tego warszawskiego.

– Ej, serio, ja jeszcze miesiąc temu myślałam, że będę tu tylko spędzać weekendy – powiedziała Zuza, opierając się o blat. – A teraz mam własne cztery kąty w Warszawie.

– I współlokatorkę. – Marlena uśmiechnęła się szeroko, wskazując na siebie palcem. – Nie zapominaj o najważniejszym.

– Tak, tak… – Zuza machnęła ręką. – Ale ta współlokatorka obiecała pierożki, więc liczę, że się wywiążesz.

– Tego nie było w umowie – parsknęła Marlena. – Ale zobaczymy.

Usiadły przy małym stole z krzesłami, które wyglądały jak z zupełnie innej bajki – jedno metalowe, drugie drewniane, trzecie w kwiaty. Za oknem znów zadzwonił tramwaj, a wiatr od strony Łazienek przyniósł zapach świeżej trawy.

– To co robimy dzisiaj? – Zuza spojrzała na nią z iskrą w oku.

– Oprowadzę cię po „mojej” Warszawie. – Marlena wzruszyła ramionami. – Ale uprzedzam, może się skończyć na tym, że jutro będziesz błagała mnie o więcej.

– Idealnie. – Zuza chwyciła kubek z kawą. – Po to tu przyjechałam.

– Dobra, plan jest taki – Marlena stuknęła palcem w stół, jakby właśnie ogłaszała trasę wycieczki życia – najpierw Pola Mokotowskie, bo musisz zobaczyć, gdzie będziesz udawać, że się uczysz, a tak naprawdę spędzisz tam każdą wolną chwilę. Potem spacer Alejami, obowiązkowe lody na Placu Zbawiciela, żebyś mogła oficjalnie powiedzieć, że jesteś Warszawianką…

– Brzmi dobrze. – Zuza uśmiechnęła się szeroko. – Ale czy to się wiąże z wydawaniem kasy, której jeszcze nie mam?

– Spokojnie. – Marlena machnęła ręką. – Lody stawiam ja. Ty inwestujesz w swoje emocje.

Słońce wlewało się do kuchni przez uchylone okno, rysując na blacie złotą poświatę. Mieszkanie, choć jeszcze kilka dni wcześniej było zaledwie mrzonką, czymś niewyobrażalnym, teraz oddychało energią przeprowadzki i tym ekscytującym uczuciem, kiedy wszystko jest jeszcze w kartonach, ale w głowie już układa się plan, jak tu będzie cudownie.

– A wieczorem – Marlena oparła się o futrynę, unosząc kącik ust – zabiorę cię w jedno miejsce.

– Brzmi, jakbyś chciała mnie zaciągnąć do jakiejś wielkiej galerii handlowej – zaśmiała się Zuza.

– Nie, serio? Galerie to już przeżytek. Za to Hala Koszyki to jedzenie z całego świata, światła jak na planie teledysku i atmosfera, która sprawi, że będziesz chciała tam wracać co tydzień.

– Okej, już mnie masz. – Zuza uniosła kubek z kawą jak toast. – Warszawo, szykuj się, bo przychodzę bardzo głodna.

– Tylko pamiętaj, że głodny mieszkaniec Warszawy to mieszkaniec biedny – rzuciła Marlena z przekornym uśmiechem. – Jak tam w ogóle twoja rozmowa o pracę?

– Za dwa dni mam drugi etap. – Zuza odstawiła karton obok szafki i otarła czoło. – Ale raczej się uda.

– Gdzie to było?

– Sklep papierniczy na Nowym Świecie – mały, klimatyczny, więc myślę, że dam radę.

– No proszę… – Marlena zacmokała z aprobatą. – To brzmi jak praca stworzona dla ciebie. Pół etatu?

– Mhm. Będę miała czas i na studia, i na spacery po mieście. A jak się postaram, to może i na te wszystkie twoje „pierwsze punkty do odhaczenia”.

– No to do dzieła. – Marlena klasnęła w dłonie. – Bo jak noc nas zastanie, nici z mojego planu.

Rozdział 1

Aula Politechniki Warszawskiej wypełniona była szumem rozmów, w których rozbrzmiewały echem pojedyncze zdania, urwane śmiechy i pytania o to, gdzie jest sala, w której właśnie zaczynają się zajęcia. Zuza siedziała w trzecim rzędzie i choć trzymała w dłoni długopis, nie notowała ani słowa. Patrzyła w górę na jasne kolumny i wysokie łuki, które sprawiały, że nawet najprostsze zdania wygłaszane ze sceny nabierały powagi, a posadzka z mozaiką odbijała echo kroków tak głośno, iż chwilami wydawało jej się, że to miejsce jest kompletnie inne, nowe, a zarazem niesamowicie realne.

– Basia – odezwała się dziewczyna obok, wyciągając dłoń przed siebie, jakby to, że siedzą razem, było wystarczającym powodem, żeby się poznać. Miała kręcone włosy, aparat na zębach i taki uśmiech, że od razu chciało się odpowiedzieć tym samym. – Jak chcesz, mogę ci później podesłać notatki, bo widzę, że na razie chłoniesz wszystko oczami, zamiast cokolwiek zapisać.

Zuza odwzajemniła uśmiech, ścisnęła jej dłoń i od razu poczuła, że z tą dziewczyną łatwo będzie się dogadać.

– Zuza. I przyjmuję propozycję, bo faktycznie… chyba muszę się jeszcze oswoić z tym wszystkim. Nadal mam wrażenie, że to – Zuza machnęła lekko ręką, podkreślając ogrom sali – na razie tylko moja wyobraźnia.

– Całkowicie rozumiem. – Basia roześmiała się cicho, ściszając głos, po czym dodała szeptem: – Jak ja trafiłam za pierwszym razem na kampus UKSW, też miałam wrażenie, że to jakieś obce uniwersum. Ale tutaj można powiedzieć, że już czuję się jak w domu.

– UKSW? A to nie jest czasem typowo humanistyczna uczelnia?

– W zasadzie tak. Ale wiesz, ja od samego początku nie wiedziałam, na jakie studia się wybrać. Chciałam studiować wszystko – dostałam się nawet na ratownictwo medyczne.

– Co ty mówisz! – Zuza nie mogła wyjść z podziwu. – To skąd taka zmiana?

– W sumie to nie tyle zmiana, co po prostu decyzja. A poza tym na UKSW wyrzucono mnie z poetyki za zbyt odważną interpretację wiersza. Ale o tym opowiem ci innym razem, bo zaraz obie stąd wylecimy.

Po części oficjalnej studenci rozpłynęli się po korytarzach, każdy w swoją stronę, lecz Zuza z Basią trzymały się razem. Z tłumu wyłonił się chłopak z rulonem brystolu pod pachą, a jego wygląd sugerował, że biegał po uczelni co najmniej od rana.

– Krzysiek – rzucił, jakby to było oczywiste, że muszą się poznać. – Szukacie sali do geometrii? Wydrukowałem sobie plan budynku, tylko trochę gubię się w skrzydłach.

– To chodźmy razem – powiedziała Basia. – W grupie łatwiej się zgubić, ale będzie nam raźniej.

Sala miała w sobie coś, czego Zuza nie znała z typowych klas w liceum. Tutaj nawet zapach przywodził na myśl, że skończyła się laba, a zaczyna ciężka praca. Długie stoły były już częściowo zajęte, a prowadzący zajęcia wszedł punktualnie, bez zbędnego powitania, które mogłoby cokolwiek upiększać. Zaczął od tego, że nie będzie łatwo, lecz będzie sprawiedliwie, a potem podał pierwsze zadanie: linie i proste bryły, tak, żeby sprawdzić, kto jak trzyma ołówek i z czym przyszedł.

Ręka Zuzy drżała przy pierwszych kreskach, potem coraz mniej, a gdy spojrzała na kartkę Basi, zobaczyła starannie dopisane notatki i dorysowane miniaturowe rysunki na marginesach – krótkie wskazówki wyglądające jak podsumowanie wykładu. Krzysiek za to rysował za szybko, jakby chciał być pierwszy na mecie.

– To nie zawody – szepnęła Basia, pochylając się w jego stronę.

– Jeszcze nie – odmruknął.

Po zajęciach korytarz znów wypełnił się tłumem. Szukali kolejnej sali, gdy nagle dołączyła do nich dziewczyna w ciemnej bluzie, z włosami związanymi w niski kucyk i powycieranym czarnym plecakiem. Na pierwszy rzut oka wydawała się niedostępna, lecz po chwili okazało się, że to tylko mylne wrażenie.

– Hej, jestem Ilona – przedstawiła się, uśmiechając nieznacznie. – Widziałam, że macie plan budynku. Mogę się podpiąć?

– Jasne – odpowiedziała Zuza. – Każda dodatkowa para oczu się przyda.

– To dla ułatwienia dla nas wszystkich – mój kumpel ma w pobliżu punkt druku, ksero i już obiecał, że będziemy mieć spore zniżki – dodała Ilona, jakby to była najważniejsza karta przetargowa.

Krzysiek parsknął śmiechem.

– To znaczy, że oficjalnie jesteś naszym najcenniejszym nabytkiem.

– Mówcie mi tak jeszcze! – odparła Ilona, a Zuza tylko spojrzała na swoje nowe towarzystwo z poczuciem, że chyba całkiem dobrze trafiła.

Kolejne wykłady okazały się dość… długie, choć interesujące. Na historii sztuki prowadząca mówiła o secesji z takim zaangażowaniem, że nawet ci, którzy początkowo stukali długopisami o blat, przestali i zaczęli patrzeć na slajdy. Ilona od razu wrzuciła linki do materiałów na grupowy czat, Basia notowała równo i szybko, a Zuza przyglądała się zdobieniom fasad i czuła, że to właśnie ta część zajęć daje jej oddech.

Po wszystkim Basia zaproponowała kawę, więc zeszli do bufetu, gdzie napój smakował jak przybrudzona fusami gorąca woda, lecz rozmowa, na szczęście, okazała się wystarczająco pobudzająca. Ustalili, że zrobią wspólny folder na pliki, a zasada jest prosta: nie ma głupich pytań, są tylko te niezadane.

– Skąd jesteś? – Ilona otworzyła pudełko z kanapką i usiadła tak, jakby miała czas na całodniowy piknik, a nie pięć minut przerwy.

– Z Krakowa – odpowiedziała Zuza. – A ty?

– Mokotów. – Wzruszyła ramionami. – Blisko Pól.

– Jakich pól? – zdziwiła się Zuza.

– Miałam na myśli Pola Mokotowskie – doprecyzowała. – Duży park. Dużo ludzi, ale każdy i tak zajęty sobą. Jak będziesz miała gorszy dzień, warto się tam wybrać. Ja z reguły spędzam tam połowę letnich wieczorów.

– To ja chyba szybko się tam wybiorę – rozmarzyła się Zuza.

– Idealna miejscówka do nauki. Co prawda za kilka tygodni wygodniej będzie w kawiarni, ale mimo wszystko warto korzystać, póki jest pogoda – wtrąciła Basia, wkładając zakładki w swoje notatki. – Byłam tam nie raz i zawsze kończyło się na lodach i obserwowaniu psów.

– No to świetnie – podsumował Krzysiek. – Jak ogłoszą zajęcia terenowe, powiemy, że wybieramy Pola Mokotowskie.

– Ty byś poszedł tam z deską kreślarską? – spytała Basia, wyraźnie się z niego nabijając.

– A czemu nie? – odburknął. – Lepsze to niż duszenie się w tych salach.

Zuza uśmiechnęła się pod nosem. Lubiła ich już za ten ton – trochę ironiczny, czasem poważny, dokładnie taki, jaki odpowiadał jej najbardziej – i tak właśnie powinno być od pierwszego dnia.

Godziny ciągnęły się nieubłaganie, a Zuza miała wrażenie, że kartki zapełniają się wolniej niż w liceum, choć prowadzący mówili szybciej i bez chwili zawahania. Z jednej strony czuła zmęczenie, z drugiej – coraz bardziej nasiąkała atmosferą studiów; tym, że wszyscy wokół byli w tym samym miejscu co ona, że każdy próbował udawać spokojniejszego, niż naprawdę był. W przerwach rozmawiali o tym, kto ma jakie materiały, gdzie najlepiej drukować, choć dzięki Ilonie to już było ogarnięte, a między zajęciami z projektowania a historią sztuki zdążyli żartować tak, jakby znali się dłużej niż kilka godzin. Jednak pod koniec dnia jedyne, o czym marzyła, to porządna kawa.

Po zajęciach wyszła z uczelni zdecydowanie mniej zestresowana niż rano. Ledwie zdążyła zamknąć za sobą drzwi budynku, kiedy w torebce zadzwonił telefon.

– Żyjesz? – Marlena od razu przeszła do rzeczy. – Mamy stolik w Charlotte za pół godziny. Wiesz, który lokal, prawda?

– Tak, właśnie wychodzę z zajęć, więc zaraz dojadę – odpowiedziała.

Droga do Charlotte minęła jej bardzo szybko, choć niejednokrotnie sprawdzała, czy wsiadła w odpowiedni tramwaj. Na szczęście dwadzieścia minut później i kilka ulic dalej lekko maślany aromat unosił się wzdłuż chodnika, zatrzymując na chwilę przechodniów i prowokując ich, żeby zerknęli w stronę przeszklonej witryny. W tym również Zuzę. Drzwi Charlotte co chwilę uchylały się z charakterystycznym brzękiem, wypuszczając na zewnątrz dźwięki miejskiego gwaru – urywane śmiechy, turkot tramwaju z Placu Zbawiciela, stukot obcasów mijających lokal kobiet. W środku panował ciepły rozgardiasz: ekspres syczał, jakby nigdy nie odpoczywał, a kelnerki krążyły z tacami pełnymi filiżanek i talerzyków, na których piętrzyły się jeszcze gorące croissanty.

Zuza i Marlena usiadły przy oknie, w samym rogu, skąd można było jednocześnie patrzeć na ulicę i słuchać, jak w rytm rozmów brzęczą szklanki i sztućce.

– I jak wrażenia? – Marlena przyglądała się jej uważnie.

– Znacznie lepiej, niż się spodziewałam – przyznała Zuza. – Na geometrii ręka trochę mi się trzęsła, ale na historii sztuki było tak ciekawie, że w zasadzie zapomniałam o wszystkim.

– A masz już kogoś od notatek?

– Mam. – Uśmiechnęła się. – W zasadzie, chociaż się tego nie spodziewałam, zebrała nam się fajna ekipa. Baśka robi świetne notatki, Ilona ma znajomego w drukarni, więc tu mamy już załatwione zniżki, a do tego jest jeszcze taki Krzysiek – trochę zakręcony, ale sympatyczny.

Marlena pokiwała głową, jakby to ją uspokoiło.

– To dobrze. Będzie ci łatwiej. Chociaż intryguje mnie ten Krzysiek. – Spojrzała na nią i lekko się zaśmiała. – No dobrze, a jak ci się podoba Warszawa?

– Duża. Inna niż Kraków, ale chyba zaczynam ją lubić.

Rozmowa trwała w najlepsze, gdy do stolika podeszła kelnerka. Zamówiły croissanty i kawę. W międzyczasie Marlena opowiadała o pracy, Zuza o mieszkaniach studenckich, które oglądała, zanim trafiła na to przy Placu Unii. Rozmowa przeskakiwała od biletów, przez ceny w sklepach, aż po Tymona, którego Marlena wspomniała mimochodem.

– Znowu siedzi po uszy w projekcie – mruknęła z lekkim uśmiechem.

– Przecież to jego normalny stan – zauważyła Zuza. – On chyba inaczej nie umie.

– To prawda – przyznała Marlena bez protestu. – A twoja ciotka?

– Nela? Cisza, ale to pewnie przez nawał pracy. Wiesz, odkąd razem z twoim bratem zaczęli wspólnie prowadzić projekty, jakoś robota pali im się w rękach. Z jednej strony nawet się cieszę, bo… odkąd nie ma przy niej Maksa, przynajmniej wiem, że ktoś normalny ma na nią oko.

– A nie myślisz czasami, że Tymon i Nela… że oni mogliby…? – Marlena mrugnęła porozumiewawczo.

– Coś ty. Są dla siebie jak rodzeństwo. Chociaż nie powiem, przez moment sama się nad tym zastanawiałam.

– No dobrze. Słuchaj, zbieramy się? Zaliczymy jeszcze jakiś spożywczak, kupimy coś niezdrowego i może obejrzymy ckliwy film. Pasuje?

– Nawet nie wiesz, jak bardzo teraz tego potrzebuję.

Wieczorem Zuza usiadła przy biurku. Otworzyła nowy notes i na górze strony zapisała: „PW – dzień 1”. Poniżej dopisała krótką listę:

Nowe punkty na mapie do sprawdzenia:

– Pola Mokotowskie,

– kawiarnia przy Placu Zbawiciela,

– biblioteka PW,

– drukarnia (Ilona),

– dotarcie na Nowy Świat bez błądzenia.

Nagle zawibrował telefon. Zuza sięgnęła po niego, a kiedy tylko ujrzała powiadomienie, pośpiesznie otworzyła wiadomość.

Nela: „Bierzemy z Tymonem projekt ogrodu na Mokotowie. Będę w Warszawie szybciej, niż myślisz!”.

Zuza uśmiechnęła się pod nosem i odpisała: „Super! Już nie mogłam się doczekać, aż się odezwiesz. A przy okazji – może razem pozwiedzamy Warszawę?”.

Chwilę później przyszła kolejna wiadomość.

„Potwierdzamy Twoje przyjęcie do pracy. Pierwszy dyżur: czwartek 12.00–16.00. Daj znać, czy Ci pasuje”.

„Oczywiście, dziękuję!” – napisała od razu.

Potem jeszcze raz zerknęła na telefon – żadnych nowych wiadomości poza krótkim „Brzmi świetnie!” od Neli, wysłanym późnym wieczorem – i zamknęła oczy z tym przyjemnym wrażeniem, że miasto zostawiło jej na jutro coś, po co będzie warto wstać. Tramwaj zadźwięczał gdzieś daleko, jakby potwierdzał, że to był całkiem udany dzień.