Miłość po gdańsku - Monika Hakowska - ebook
NOWOŚĆ

Miłość po gdańsku ebook

Hakowska Monika

0,0

Opis

Po wydarzeniach w Krakowie Nela i Maks stoją na życiowym zakręcie, z którego żadne z nich nie potrafi zawrócić. Gdy Maks wraca do Gdańska i nagle musi przejąć ciężar spraw rodzinnych, firmowych i własnych emocji, jego świat zaczyna pękać w szwach. Śmierć ojca, napięte relacje w zarządzie, niejasności wokół przetargu oraz tajemnice, które nagle wypływają na powierzchnię – wszystko to sprawia, że Maks po raz pierwszy nie wie, czy podoła.

A jednak to właśnie teraz najbardziej brakuje mu Neli. A Nela… wciąż nie wie, czy w tym wszystkim jest jeszcze dla niej miejsce.

Kiedy oboje spotykają się w Gdańsku, stają przed pytaniem, które może zdecydować o ich dalszej przyszłości:

Czy można kochać kogoś, kto próbuje udźwignąć cały świat, choć sam ledwo stoi na nogach?

Miłość po gdańsku to powrót do bohaterów, którzy ponownie chwytają za serce, tak mocno, że aż brakuje tchu, gdy los wystawia ich na próbę. W tym mieście pozory mylą, a jedna decyzja może przesądzić o całej przyszłości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 238

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redakcja

Bartosz Szpojda

Projekt okładki

Monika Hakowska

Redakcja techniczna, skład i przygotowanie wersji elektronicznej

Maksym Leki

Fotografia na okładce

© pawel-ps-images, dikasdesign, maniscule / canva.com

Korekta

Katarzyna Nowakowska

Marketing

[email protected]

Wydanie I, Siemianowice Śląskie 2026

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-100 Siemianowice Śląskie, ul. Olimpijska 12

tel. +48 600 472 609, +48 664 330 229

[email protected]

www.videograf.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Mikołów 2025

tekst © Monika Hakowska

ISBN 978-83-8293-354-3

Dla wszystkich, którzy próbują poskładać siebie na nowo

Rozdział I

Osiedle nad Motławą, na którym stała rodzinna willa Maksymiliana, było synonimem luksusu. Uliczki otaczały eleganckie rezydencje, a za wysokimi żywopłotami kryły się domy wyglądające bardziej jak dzieła sztuki niż miejsca do życia. Willa Borowiczów, jasna i modernistyczna, wyróżniała się prostotą na tle przeładowanych zdobieniami posesji sąsiadów. Maks spojrzał na nią z nostalgią, choć czuł, jak gotuje się w nim złość – nigdy nie miał poczucia, by ten dom należał do niego.

Kiedy podjechał pod bramę, światła na podjeździe zapaliły się automatycznie. Stara, żelazna brama otworzyła się powoli z cichym zgrzytem, po czym auto wtoczyło się na posesję. Wysiadł i ruszył w stronę wejścia. W powietrzu czuł morską wilgoć, która przypominała mu dzieciństwo. Mimo chłodu zdjął kurtkę i przerzucił ją przez ramię. Wiedział, że w środku czeka matka – kobieta, która zawsze wydawała mu się niezłomna. Teraz miał ją zobaczyć w stanie przywołującym tylko jedno wspomnienie: pogrzeb Wojtka.

Drzwi otworzyły się, zanim zdążył zapukać. Matka stanęła w progu, a wyraz jej twarzy sprawił, że zatrzymał się na moment. Była blada, zmęczona, a w jej oczach lśniły łzy.

– Maks… – wyszeptała, a głos jej się załamał.

Nie zdążył nic powiedzieć, bo rzuciła mu się w ramiona. Objął ją mocno, czując, jak drży. W tym uścisku kryła się cała jej rozpacz – strata męża, którego mimo chłodnych relacji nadal kochała, i dawno utraconego syna.

– Już jestem – powiedział cicho, głaszcząc ją po włosach.

Dopiero gdy się uspokoiła, odsunął ją delikatnie, by spojrzeć w zapłakaną twarz.

– Nie wiem, co robić, Maks. Nie wiem, jak sobie z tym poradzę… – Słowa ledwo wydobywały się z jej ust, a każde z nich ciążyło jak kamień.

– Poradzimy sobie, mamo. Razem. – Starał się brzmieć pewnie, choć sam czuł, że grunt usuwa mu się spod nóg.

Patrzyła na niego, jakby szukała oparcia.

– Myślałam… może chciałbyś zobaczyć ojca… zanim… zanim go spopielą – powiedziała ostrożnie, jakby każde słowo mogło go zranić.

Maks uciekł wzrokiem ponad jej ramię.

– Mamo, nie wiem, czy jestem gotowy. To nie zmieni tego, co się stało. Przepraszam…

Dostrzegł w jej oczach cień rozczarowania, ale skinęła głową.

– Dobrze, rozumiem. – Jej głos brzmiał rezygnacją.

– Właśnie wróciłem z firmy – dodał, próbując zmienić temat. – Grzegorz zadzwonił, zanim tu przyjechałem, i nalegał, żeby od razu załatwić formalności.

– Już? Tak szybko? – Zmarszczyła brwi.

– Chcieli to jak najszybciej dopiąć. To było… konieczne.

Matka nie odpowiedziała, ale jej spojrzenie mówiło wszystko. Poczuł ukłucie winy, że zostawił ją z tym samą.

– Muszę chwilę odpocząć, mamo. Zamknę się w gabinecie.

Skinęła głową, a on ruszył w stronę drzwi na końcu korytarza.

Gabinet ojca pozostał niemal niezmieniony od czasów, gdy Maks był dzieckiem. Ciężkie, dębowe meble wypełniały przestrzeń, nadając jej surowy charakter. Na środku stało potężne biurko z blatem obitym brązową skórą. Po jednej stronie znajdował się wygodny fotel obrotowy, a po drugiej dwa eleganckie fotele dla gości. Ściany pokrywały półki z książkami ułożonymi w idealnym porządku – wszystko bardziej na pokaz niż z rzeczywistej potrzeby intelektualnej.

Maks przeszedł przez pokój i rzucił kurtkę na fotel. Powoli przesunął dłonią po blacie, czując chłód skóry. W każdym zakątku tego pomieszczenia wyczuwał obecność ojca. Człowieka, którego nigdy nie zdołał zadowolić i którego wymagania zawsze przerastały jego możliwości.

Stanął przed biurkiem, zacisnął pięści, a potem z całej siły uderzył w skórzaną podkładkę. Głuchy dźwięk odbił się echem w jego głowie, ale nie przyniósł ulgi.

– Kurwa mać! – wykrzyczał, opierając dłonie na blacie i pochylając się do przodu.

Próbował wyrzucić z siebie gniew, frustrację i ciężar, który nagle spadł na jego barki. Jednak uczucie pustki nie zniknęło.

Usiadł w fotelu ojca i zamknął oczy. Oddech miał niespokojny. Było tyle spraw do załatwienia, tyle pytań bez odpowiedzi, a on czuł, że wszystko powoli go przytłacza. Musiał jednak wziąć się w garść. Nie miał wyboru. Od teraz wszystko zależało od niego.

Siedział ciężko w fotelu i przez chwilę wpatrywał się w blat, jakby ten kawałek drewna mógł mu udzielić odpowiedzi. Przed sobą widział rozrzucone dokumenty – faktury, notatki, a nawet odręczny szkic czegoś, co wyglądało na strategię marketingową. Jakby ojciec przed chwilą wstał od pracy, zostawiając wszystko w połowie.

Przesunął dłonią po jednym z arkuszy, dostrzegając drobny, ledwie widoczny ślad rozlanego atramentu. Ojciec był zawsze pedantyczny, nigdy nie zostawiał takich rzeczy przypadkowi. Maks poczuł, jak coś w nim drgnęło – wspomnienie godzin spędzonych na próbach zrozumienia, jak działa umysł tego człowieka i jaki porządek kierował jego światem.

„Nic się nie zmieniło” – pomyślał z gorzkim uśmiechem. Nawet po śmierci ojciec zdawał się dominować, zostawiając za sobą echo swoich oczekiwań i niezrealizowanych planów.

Przeniósł wzrok na szufladę po prawej stronie biurka. Znał ją doskonale. Ile razy widział, jak ojciec ją otwiera, wyjmuje teczki, klucze, a czasem koperty, których zawartość pozostawała tajemnicą. Wstał i spróbował ją pociągnąć.

– Oczywiście, że zamknięta – mruknął pod nosem, kręcąc głową.

Typowe. Ojciec nie ufał nikomu, nawet własnej rodzinie. Maks odsunął się i spojrzał pod biurko. Wiedział, że klucz musi być tam, gdzie zawsze. Schylił się i dotknął dolnej części blatu. Po chwili wyczuł znajomą wypustkę – małą, niemal niewidoczną skrytkę na drobiazgi.

– Naprawdę nigdy się nie zmieniłeś, tato – powiedział cicho, wyjmując mały, srebrny kluczyk.

Wrócił na miejsce i włożył go do zamka. Mechanizm zaskoczył z charakterystycznym kliknięciem. Maks otworzył szufladę, a jego wzrok natychmiast padł na uporządkowane dokumenty, teczki i małe, czarne pudełko leżące na samym dnie.

Wyglądało niemal jak skarb – proste, eleganckie, bez żadnego zatrzasku. Maks wziął je do rąk, czując jego ciężar. Przez chwilę się wahał, jakby to, co znajdzie w środku, miało zmienić wszystko.

Otworzył je powoli, wstrzymując oddech. Wewnątrz leżał złoty sygnet – ten sam, który ojciec nosił przez większość życia. Obok znajdował się mały, złożony liścik. Maks wyciągnął go ostrożnie i rozwinął.

Na kartce widniało jedno zdanie zapisane starannym, kaligraficznym pismem:

Nie zawsze wiedziałem, jak cię kochać, ale zawsze chciałem, żebyś był silniejszy ode mnie.

Maks poczuł, jak coś zaciska mu się w gardle. Odłożył liścik i sygnet na blat, oparł łokcie o biurko i schował twarz w dłoniach. Po raz pierwszy od wielu lat pozwolił łzom swobodnie płynąć po policzkach.

Wciąż siedział przy biurku, gdy ciche pukanie do drzwi wyrwało go z zamyślenia.

– Maks? – Głos matki był łagodny, choć wciąż podszyty smutkiem. – Przepraszam, że przeszkadzam, ale… mamy gościa.

Maks zmarszczył brwi, nie odrywając wzroku od drzwi.

– Gościa? – zapytał, podnosząc się z fotela. – Kogo?

Drzwi uchyliły się nieznacznie. W szczelinie pojawiła się twarz matki, wciąż lekko zarumieniona od płaczu.

– Nie znam go, ale mówi, że musi natychmiast porozmawiać z twoim ojcem – powiedziała z wahaniem. – To podobno ważne.

Maks westchnął i przetarł twarz, jakby próbował otrząsnąć się z emocji.

– Już wychodzę – odparł, starając się nadać głosowi stanowczy ton, choć czuł, że jest na granicy wytrzymałości.

Kiedy wszedł do salonu, jego wzrok od razu padł na mężczyznę stojącego przy kominku. Był dobrze ubrany, lecz w jego sylwetce i postawie kryło się coś aroganckiego. Nieznajomy odwrócił się gwałtownie z grymasem irytacji na twarzy.

– Pan Borowicz, jak rozumiem? – zaczął bez wstępu, podchodząc do Maksa z wyciągniętą ręką, ale bez entuzjazmu. – Nazywam się Tomasz Kawecki, jestem właścicielem firmy deweloperskiej Pro-Invest. Musimy porozmawiać o ostatnim przetargu na teren przy Alei Grunwaldzkiej.

Maks zmarszczył brwi, mierząc go chłodnym spojrzeniem.

– Może pan najpierw wyjaśni, o co chodzi – odparł, krzyżując ręce na piersi.

Kawecki westchnął, wyraźnie zirytowany.

– Proszę nie udawać, że pan nie wie. Firma pańskiego ojca złożyła ofertę kilka dni przed zamknięciem przetargu. Tymczasem ja otrzymałem informację, że moje dokumenty były niekompletne, przez co moje zgłoszenie unieważniono. To niemożliwe. Moja kancelaria potwierdziła, że wszystko było w porządku. Pański ojciec musiał zadziałać za kulisami, żeby mnie wykluczyć!

Słowa mężczyzny były ostre, a ton oskarżycielski. Maks poczuł, jak wzbiera w nim gniew.

– Niech pan uważa na słowa – rzucił chłodno, robiąc krok w stronę Kaweckiego. – Wszedł pan do mojego domu i rzuca oskarżenia bez żadnych dowodów.

– Dowody? – prychnął Kawecki, podnosząc głos. – Niech pan nie zgrywa świętoszka! Pański ojciec zawsze działał nieczysto. Myśli pan, że teraz przejdzie to bez konsekwencji?

Maks zacisnął pięści. Czuł, że za chwilę straci nad sobą kontrolę. Wziął głęboki oddech i spojrzał Kaweckiemu prosto w oczy.

– Mój ojciec nie żyje – powiedział nagle tonem tak spokojnym, że aż sam się zaskoczył. – Zmarł dziś rano.

Na twarzy Kaweckiego odmalowało się wyraźne zakłopotanie. Przez chwilę milczał, gorączkowo szukając odpowiednich słów.

– Ja… – zaczął, po czym urwał i przeczesał dłonią włosy. – Nie wiedziałem. Proszę mi wybaczyć.

Maks odwrócił wzrok, zaciągając powietrze przez zęby, by opanować emocje.

– Rozumiem, że sytuacja jest napięta – powiedział po chwili ugodowo. – Postaram się wyjaśnić tę sprawę, ale proszę o cierpliwość. Mam obecnie na głowie więcej, niż mógłbym przypuszczać.

Kawecki skinął głową, całkowicie zbity z tropu.

– Oczywiście – odparł cicho. – Jeszcze raz przepraszam za ton. Nie miałem pojęcia…

Maks uniósł rękę, dając mu do zrozumienia, że nie oczekuje dalszych przeprosin.

– Jeśli pan pozwoli, to wszystko na dziś. Skontaktuję się, gdy będę miał jakieś informacje.

Kawecki kiwnął głową i szybko wyszedł. Maks odprowadził go wzrokiem, a potem wrócił do gabinetu, czując, jak przytłacza go kolejny ciężar odpowiedzialności.

Rozdział II

Maks sięgnął po telefon, wciąż czując buzującą w żyłach adrenalinę po rozmowie z Kaweckim. Palec zawisł nad ekranem, gotowy wybrać numer Grzegorza, gdy nagle zauważył wiadomość od Neli.

Maks, proszę, odezwij się, jak tylko będziesz mógł. Jestem tutaj. Czekam.

Przez moment przeszedł go gorący dreszcz. Poczuł się jak kretyn. Jak mógł o niej zapomnieć w tym całym chaosie? Przeklął pod nosem i z irytacją stuknął w ikonę powiadomienia. Stał oparty o fotel, próbując opanować emocje, zanim odpisał:

Przepraszam, Nela. Wszystko się sypie. Odezwę się wieczorem, obiecuję.

Wiedział, że to za mało, ale teraz nie mógł dać jej więcej. Zebrał się w sobie i wybrał numer Grzegorza.

Gdy tylko usłyszał w słuchawce znajomy głos, złość znów w nim wybuchła.

– Grzegorz, co tu się, do cholery, dzieje?! Jak pilnowałeś z Aleksandrą spraw firmy, skoro jakiś pajac nachodzi mnie i moją matkę z zarzutami o oszustwo?!

Zaczął szybko relacjonować słowa Kaweckiego; jego głos ciął powietrze jak brzytwa. Po drugiej stronie zapadła cisza. Grzegorz próbował coś wtrącić, ale Maks nie pozwolił mu dojść do słowa.

– Zaraz będę w firmie. Macie tam, kurwa, być oboje! – warknął i rozłączył się, nie czekając na odpowiedź.

Rzucił telefon na biurko i z hukiem otworzył szafę, sięgając po skórzaną kurtkę. Wychodząc z gabinetu, niemal wpadł na matkę.

– Maks, co się dzieje? – zapytała zaniepokojona.

Chwycił ją delikatnie za rękę, spojrzał w oczy i pocałował w policzek.

– Niedługo wrócę. Muszę coś załatwić.

Na zewnątrz uderzył go zimny podmuch wiatru. Przymknął oczy, wciągając głęboko powietrze. Musiał się uspokoić. Kilka sekund później zbiegł po schodach, wsiadł do Mustanga i z rykiem silnika ruszył w stronę bramy.

***

Drzwi na jednym z pięter biurowca otworzyły się z impetem, uderzając o ścianę i wywołując ciche jęknięcie zawiasów. Maks wkroczył do środka jak burza. Jego kroki niosły się echem po przestronnej recepcji, a cała energia, która kipiała w nim od rozmowy z Kaweckim, zdawała się emanować z każdego jego ruchu.

Pracownicy podnieśli głowy znad biurek. Szmer rozmów rozlał się po open spasie jak fala.

– Kto to jest? – rzucił ktoś półgłosem.

Maks ignorował szepty, choć kątem oka zauważył wymieniane spojrzenia. Jego wyprostowana, wyzywająca postawa jasno sugerowała, że nie zamierza nikomu się tłumaczyć.

Recepcjonistka – młoda kobieta z upiętymi włosami – spojrzała na niego z niepewnym uśmiechem.

– Maksymilian Borowicz. Nowy szef.

Jedno zdanie wystarczyło, by w pomieszczeniu zapadła martwa cisza. Część pracowników natychmiast spuściła wzrok, udając zaangażowanie w pracę, inni nie zdołali ukryć konsternacji.

Maks nie przypominał ojca. Zamiast eleganckiego garnituru miał na sobie czarne jeansy, ciężkie buty i skórzaną kurtkę falującą przy każdym kroku. Dwudniowy zarost i niesforna grzywka nadawały mu surowy, buntowniczy wygląd. Wyglądał jak ktoś, kto nie tylko nie pasuje do tego miejsca, ale może je wywrócić do góry nogami.

Kiedy szedł przez biuro, uderzenia jego butów o posadzkę odbijały się echem. Spojrzenia wędrowały za nim niczym cień. Maks nie spuścił wzroku ani na moment.

Dotarł do gabinetu ojca, mijając zdezorientowaną asystentkę.

– Panie Maksymilianie, pan Grzegorz i pani Aleksandra już są…

– Do mnie – rzucił krótko i pchnął drzwi.

Zapach drewna i skórzanych foteli nagle stał się przytłaczający. Maks stanął przy oknie, patrząc na panoramę Gdańska. Przez chwilę milczał, próbując opanować kipiącą w nim złość.

Gdy usłyszał zamykane drzwi, odwrócił się powoli. Jego spojrzenie spoczęło na Grzegorzu – nienagannie ubranym adwokacie – oraz Aleksandrze, dyrektor zarządzającej, której twarz zdradzała niepokój skrywany pod chłodną powagą.

– Co tu się odpierdala?! – rzucił ostro. – Możecie mi to wyjaśnić?!

Grzegorz otworzył usta, lecz nie wydobył z siebie słowa. Aleksandra spróbowała przejąć kontrolę.

– Maks, spokojnie. Kawecki przesadza. To standardowa procedura…

– Standardowa procedura?! – przerwał jej. – Mój ojciec zawsze pilnował terminów, żeby nikt nawet nie pomyślał, że gramy nieczysto. Więc jakim cudem ten pajac nachodzi moją matkę w domu?!

Grzegorz poruszył się niespokojnie.

– Maks, ja…

– Ty co?! – uciął. – Bo na razie mam wrażenie, że nie masz pojęcia, co się dzieje.

W końcu Aleksandra spojrzała na prawnika ostrzegawczo.

– Grzegorz, jeśli coś jest na rzeczy, powiedz to. Maks ma prawo wiedzieć.

Grzegorz spuścił wzrok.

– To ktoś z zarządu zgłosił nas do przetargu. Pod nieobecność twojego ojca. Zapewniali mnie, że wszystko było uzgodnione…

Maks zrobił krok do przodu.

– Uzgodnione? Z kim?!

Ucichł jednym gestem, już układając w głowie plan. Wiedział jedno: posunie się daleko, by oczyścić nazwisko ojca.

– Zwołajcie zebranie – rzucił do Aleksandry. – Natychmiast.

– Maks, to nie takie proste…

– Proste czy nie, zarząd ma być tu za dwie godziny. A jeśli ktoś się nie stawi – osobiście zadbam, żeby nie miał już czego tu szukać.

Aleksandra skinęła głową i wyszła.

– Masz dwie godziny – powiedział Maks do Grzegorza. – Każdy dokument. Każde nazwisko.

– To ryzykowne…

– Ryzykowne jest to, co zrobiliście za plecami mojego ojca.

Gdy prawnik wyszedł, Maks sięgnął po telefon. Jedno imię wciąż nie dawało mu spokoju.

Nela.

***

Telefon zawibrował na kuchennym stole. Nela sięgnęła po niego odruchowo. Przeczytała wiadomość Maksa raz, potem drugi.

Przepraszam, Nela. Wszystko się sypie. Odezwę się wieczorem, obiecuję.

Nic więcej. Żadnego ciepła. Żadnego zapewnienia.

Spojrzała na zegarek – dochodziła szesnasta. Odłożyła telefon i podeszła do okna. Deszczowy krajobraz oddawał jej nastrój.

Ile jeszcze jestem w stanie znieść?

***

Sala konferencyjna wypełniała się powoli. Sześciu mężczyzn i trzy kobiety zajęli miejsca przy stole. Maks siedział u szczytu, w czarnych jeansach i ciemnej koszuli, rażąco kontrastując z resztą.

– To nie piaskownica – mruknął Bartczak.

Maks uniósł wzrok.

– Widzę, że humor panu dopisuje. Oby równie dobrze miało się pańskie poczucie odpowiedzialności.

Wstał.

– Dzięki pakietowi większościowemu nie muszę was pytać o zdanie. Ale to robię. Jeśli jednak ktoś traktuje tę firmę jak piaskownicę… – pochylił się nad Bartczakiem – znajdę łopatkę i wiaderko.

Cisza.

– Grzegorz – powiedział spokojnie. – Chcę nazwisko.

– Bartczak – padła odpowiedź.

Maks skinął głową.

– Analiza jutro rano. Jeśli były zaniedbania, wyciągnę konsekwencje.

I tym razem nikt nie miał odwagi zaprotestować.