Ebook dostępny w abonamencie bez dopłat od 08.09.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
PORUSZAJĄCA HISTORIA O KOBIECIE, KTÓRA DOPIERO PO UTRACIE WSPOMNIEŃ MA SZANSĘ ODKRYĆ, KIM NAPRAWDĘ JEST.
Anna budzi się w szpitalu po wypadku samochodowym. Nie pamięta niczego — nawet własnego męża. Adam, ceniony ortopeda, pomaga jej wrócić do życia, które wydaje się idealne: dom pod Warszawą, dwoje dzieci, szczęśliwa rodzina. Gdy stopniowo odzyskuje pamięć, Anka odkrywa, że przeszłość nie pasuje do historii, którą słyszy od bliskich. Tajemnicza pocztówka z Paryża, dziwne notatki i urywki wspomnień burzą obraz perfekcyjnego małżeństwa. Im więcej sobie przypomina, tym mocniej czuje, że największą tajemnicą nie jest sam wypadek, lecz to, o czym przez lata próbowała zapomnieć.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 298
Rok wydania: 2026
Copyright © by Agnieszka Jeż, 2026
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: Michał Grosicki
Redakcja: Lena Marciniak-Cąkała
Korekta: Joanna Jóźwiak, Olga Smolec-Kmoch
Skład i łamanie: Dariusz Nowacki
PR & marketing: Anna Apanas
ISBN: 978-83-8441-463-7
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
Czerwone światło.
Niby nic się nie stało, przecież to normalne, że w centrum Warszawy jest dużo sygnalizacji świetlnych, które działają w świetnie znanym trybie: zielone – pomarańczowe – czerwone. Czasem się przejdzie płynnie przez jezdnię, a czasem trzeba będzie poczekać na chodniku, ale po pierwsze: biegła i miała nadzieję zdążyć, po drugie: w tym miejscu coś ewidentnie było nie tak – kierowcy mieli zdecydowane fory; mogli sobie jechać i jechać, piesi zaś musieli czekać, a potem sprintem przekraczać ulicę, i po trzecie, najważniejsze: odebrała ten fakt jako zły znak.
A ona rozpaczliwie potrzebowała dobrego znaku, żeby się upewnić, że wszechświat jednak jej sprzyja i wszystko będzie dobrze. Tym sygnałem mogło być i cholerne zielone światło! Zdążyła, udało się, sukces! Los ją widzi i jej kibicuje.
Ale nie, kolejny prztyczek w nos.
Strząsnęła z ramienia rozmokły płatek śniegu i mocniej nasunęła na siebie poły płaszcza. Poczuła, że się trzęsie. Zima nie chciała odpuścić. Początek marca, a z nieba padała mokra kaszka manna, zmieniając się na ziemi w brudną breję. Do tego było szaro – od kilku dni niebo wisiało nad miastem ciężkim ołowiem, nie dopuszczając żadnego przebłysku słońca.
Tak bardzo potrzebowała jasności, blasku! Nadziei i optymizmu, bo wszystko się chrzaniło. Nie wiedziała, co robić, tak bardzo się pogubiła. Poczuła wilgoć w kąciku oka.
– Hej, Anka, nie zawsze można mieć fart, co? – usłyszała głos z tyłu.
Rozpoznała go. Marek, kolega z działu marketingu. Wesoły pięćdziesięciolatek, który zawsze wszystkich rozśmieszał przy porannej kawie. Teraz też nie wypadał z roli.
– No, nie zawsze. – Odchrząknęła. Przetarła wierzchem dłoni policzek. – I jeszcze ta pogoda, leci na twarz. I za kołnierz. – Uśmiechnęła się, choć wcale nie miała na to ochoty.
– Przyjemnie nie jest. Zresztą nie tylko na zewnątrz.
Zdziwiła się. To ostatnie zdanie zostało powiedziane poważnie. Spojrzała na Marka.
– No. – Wzruszył ramionami. – To się porobiło, co? Było dobrze i komu to przeszkadzało? – Szpicem buta postukał w krawężnik.
– Nic nie może przecież wiecznie trwać – odparła. Trochę głupio, ale to było pierwsze, co przyszło jej do głowy. Dziś rano, kiedy wychodziła z domu, w radiu leciała akurat ta piosenka Anny Jantar. To był pierwszy zły znak. W jej życiu było kilka takich piosenek, z którymi wiązały się ważne dla niej wydarzenia. Nigdy nie słuchała ich z obojętnością; niosły silne emocje. Czy z tą też tak będzie? Drugi znak to… Nie, do tego nie chciała wracać wspomnieniami. Ciekawe, co jeszcze ją dziś spotka? Do północy zostało trochę czasu, los może się wykazać.
– Pasuje. – Marek pokiwał głową. – Przeczuwałem, że tak będzie, kiedy zmienili nam prezesa. Ale wiesz, oni na górze ciągle uskuteczniają jakieś gierki, układy i układziki. My to jesteśmy szara masa, która po prostu pracuje, żeby była kasa na tych wyżej. To zawsze było jasne, nikt tego nie zmieniał. A ten chu… chłopaczek znaczy, to inny typ. Bezwzględny i pewnie ma swoich do wsadzenia na nasze miejsce. Podobno – obejrzał się przez ramię – trzynaście osób ma polecieć. Tak sobie to wyliczył, żeby nie podpadło pod zwolnienia grupowe. Dupek – syknął.
– Podobno – zgodziła się Anka. Plotki sunęły po firmie jak sygnał światłowodem, czyli błyskawicznie. Napięcie rosło, nikt nie czuł się pewnie.
– I to z każdego działu, po równo. Taki jest sprawiedliwy! – prychnął.
O tym też słyszała. One w biurze zarządu pracowały we trzy. Prawdopodobieństwo, że padnie na nią, było zatem wysokie, szczególnie że Anka była najstarsza. Co z tego, że najbardziej doświadczona, skoro młody prezes cenił inne wartości, a zwłaszcza te widoczne na pierwszy rzut oka.
– Boisz się?
Pytanie Marka tak ją zdumiało, że po prostu otworzyła usta i bezgłośnie je zamknęła.
– Bo ja, kurwa, tak – wypalił.
Nigdy go takim nie widziała. Firmowy śmieszek, rozbawiacz, dusza towarzystwa, teraz wyglądał jak przestraszony chłopiec.
– Pięć dych na karku to nie jest dobry wiek na szukanie nowej pracy, nawet w Warszawie. Kiedyś miałem pomysł, żeby może zmienić, ale wszędzie młodzi, inny styl. Nie pasuję. A kredyt się sam nie spłaci, czesne za szkołę wysokie, żona by chciała w tym roku na wakacje na Dominikanę. To nie są tanie rzeczy, a ona pracuje w urzędzie. Ty masz pewnie lepiej, jakby co, bo to ty jesteś żoną i w domu jest jakiś dobrze zarabiający facet. Chyba kiedyś o nim wspominałaś, co?
– Yhm.
– Właśnie. Dobra, co ma być, to będzie, nie poradzimy. Trzeba to jakoś zneutralizować, umówiliśmy się w barze za rogiem, tam, gdzie te różowe flamingi. Marketing, rachunkowość i controlling, ale biuro zarządu też może wpaść. – Spojrzał na nią zachęcająco.
– Dzięki, ale mam już plany. – Wsunęła rękę do kieszeni płaszcza. Papier był zimny, poczuła jednak, jakby ją parzył.
– Jak chcesz, ale jakby co, to miejsce przy stoliku się znajdzie. No, wreszcie zielone. To do zobaczenia. – Marek ruszył szybkim krokiem naprzód.
– Cześć – powiedziała już do jego pleców.
Weszła na pasy. Przed chwilą spieszyło się jej, chciała wręcz przefrunąć przez jezdnię, a teraz jej nogi zrobiły się ciężkie, ramiona zaś się zgarbiły.
Marek do końca zepsuł jej humor. Skoro nawet taki jajcarz się boi, to znaczy, że te zwolnienia są tuż, tuż i nikt nie może się czuć bezpiecznie. Była od niego młodsza, ale też wolałaby się nie rozglądać za nową pracą, szczególnie w jej obecnej sytuacji.
Sięgnęła ręką do kieszeni i wyjęła z niej kopertę. Poczuła, jak jej puls przyspiesza.
Ile można czekać i zdawać się na los? Zwłaszcza po tym, co wydarzyło się dziś rano.
Przeszył ją dreszcz. Przed oczami miała teraz scenę, gdy ona i…
– Szlag – syknęła.
Nagły podmuch wiatru wyrwał jej kopertę z ręki. Już weszła na krawężnik, a kątem oka zauważyła, że zielone mruga, o czym dodatkowo informował irytujący dźwięk.
Koperta poderwała się do góry, po czym pikującym lotem zaczęła opadać na jezdnię, kilka metrów od Anki.
Przez moment się zawahała, ale odruch był silniejszy – zrobiła nagły zwrot – okręciła się i wróciła na pasy. Już prawie, prawie doszła tam, gdzie powinien wylądować biały prostokąt, gdy on nagle zmienił tor lotu – nie osiadł łagodnie na asfalcie, tuż obok jej butów, tylko został gwałtownie pchnięty w stronę krawężnika i kratki ściekowej.
Rzuciła się za nim.
A potem wydarzyły się trzy rzeczy jednocześnie.
Palce Anki złapały róg koperty w ostatniej chwili, gdy już prawie, prawie zniknęła w czeluści odpływu.
– Uff! – sapnęła z ulgą.
Kobieta kierująca granatowym SUV-em skręciła w prawo, mimo że zielona strzałka już zgasła. Ucieszyła się, że zdąży przed sznurem samochodów sunących z lewej strony. Nie zauważyła skulonej kobiecej postaci tuż przy krawężniku.
Ktoś krzyknął głośno: „O Boże!”.
Palce się zacisnęły i rozprostowały, puszczona koperta zapadła się w wilgotną ciemność.
Bezwładne ciało Anki upadło na jezdnię.
Przez chwilę jeszcze z niedowierzaniem obserwowała nagłą zmianę pozycji, nie rozumiejąc, co się wydarzyło i dlaczego pochyla się nad nią tyle ludzi.
– Nic pani nie jest?
– Nie można jej ruszać.
– Dzwonię po karetkę.
– Czerwone było, po co pani jechała?
– Ale ją walnął.
– Walnęła. Kobieta, no jasne.
– Mój Boże, nie chciałam, no przecież nie chciałam…
Słyszała to jak przez mgłę; twarze zaczęły się rozmazywać, głosy cichnąć.
Przypomniała sobie o kopercie.
Poderwała się na tę myśl, jak ci, których się reanimuje defibrylatorem.
Przez chwilę znowu widziała świat w pionie; siedziała na jezdni i się rozglądała. Próbowała wstać, ale nagle poczuła się tak, jakby ją poraził prąd. Ostry, przeszywający ból przemknął przez jej głowę.
Chciała krzyknąć, ale nie mogła wydobyć głosu.
Miała wrażenie, że jej ciało nie należy już do niej. Patrzyła, jak bezwładnie osuwa się na ziemię, a ona nic nie może z tym zrobić.
Widziała pochylających się nad nim ludzi, usłyszała dźwięk karetki.
Aż nagle to wszystko zniknęło, przykryte oślepiającym blaskiem. Znalazła się w jasnym, opromienionym korytarzu, na końcu którego było światło.
Tego właśnie potrzebowała – takiej jasnej nadziei.
Zaczęła iść w jej stronę.
Wszędzie było biało. I cicho.
Choć nie do końca – w tle kumulowały się jakieś dziwne odgłosy. Szumy, pikania. Rytmiczne, mechaniczne. Świat obserwowany spod przymkniętych powiek był obcy i niewyraźny. Chciała je podnieść, ale nie miała siły. Tak się zdarzało, kiedy była bardzo, bardzo niewyspana, ale czuła, że to nie to. To co?
Poruszyła ręką, żeby przetrzeć oczy. Poczuła delikatne szarpnięcie, jakby miała przywiązany do nadgarstka sznurek.
– Obudziła się – usłyszała.
To chyba było o niej. Zamrugała, ale powieki nadal ważyły zbyt dużo.
– Słyszy mnie pani?
Chciała potwierdzić, nie mogła jednak wydobyć z siebie głosu. Miała spierzchnięte usta i wysuszone gardło. Próbowała przełknąć ślinę, lecz nie była w stanie.
– Zaraz pomogę. – Kobiecy głos rozległ się teraz bardzo blisko.
Poczuła, że ktoś dotyka jej dłoni.
– Jestem pielęgniarką, wszystko będzie dobrze.
Pielęgniarką. Czyli była w szpitalu. Ale dlaczego, co się stało?
– To gazik, przemywam pani usta. Teraz drugi, może go pani delikatnie possać. Zabiorę już. Lepiej, prawda? A teraz oczy. Niech przez chwilę te okłady poleżą i spróbuje pani na mnie popatrzeć, dobrze?
Pokiwała głową. To mogła zrobić.
– Poproszę lekarza, zaraz wrócę.
Czuła ciepło na powiekach. Gdyby nie fakt, że znajdowała się w szpitalu, byłoby to nawet przyjemne. Skoro jednak się tu znalazła, to znaczyło, że wydarzyło się coś poważnego. Co się jej stało? Zawał albo udar? Może zemdlała? Ale niby dlaczego? A może to poważna choroba, ta okropna, na r, już w zaawansowanym stanie?
– Dzień dobry. Marek Tomasik, jestem lekarzem, mam dyżur na OIOM-ie.
OIOM. Oddziałał Intensywnej Opieki Medycznej. Znała ten skrót. Tu trafiali ci, którzy byli w naprawdę złym stanie. Jedni stąd wychodzili, ale dla innych był to ostatni przystanek przed śmiercią.
– Denerwuje się pani? – znowu usłyszała głos lekarza.
– Tak – wyszeptała. Głos wydobył się z jej ust, czuła to, ale nie rozpoznawała siebie w tym brzmieniu. – Co się… Dlaczego tu jestem?
– Niech się pani nie boi. Wygląda na to, że najgorsze już za panią, choć napędziła nam tu pani wszystkim niezłego stracha. Koledzy ściągali panią z tamtej strony.
Jasny rozbłysk w głowie. Tunel, światło. Szła tam. Z nadzieją i ciekawością, co jest na końcu tej drogi. Okazało się, że szpital.
– Wydaje się, że fizycznie jest pani w niezłej kondycji, choć to bardzo wstępna diagnoza. Tak mówimy każdemu, kto uciekł spod kosy. – Lekarz się zaśmiał.
– Zdejmę gaziki. – Pielęgniarka nachyliła się nad nią i delikatnie dotknęła jej powiek.
Zamrugała kilka razy i wreszcie zobaczyła świat wokół. Biała pościel, białe ściany, dokoła różna aparatura, w głębi przeszklone pomieszczenie. Jak się nazywa? Chyba dyżurka. Przeniosła wzrok w prawo. Najpierw zobaczyła twarz pielęgniarki – blondynka, młoda, może trzydziestoletnia. Lekarz, misiowaty szatyn z brodą, był mniej więcej o dziesięć lat starszy.
– Sprawdzę odruchy, dobrze? – zapytał.
– Yhm. – Jej gardło znowu wyschło.
– Czuje pani? – Dotknął jej dłoni.
Pokiwała głową.
– A tu? – Jego dłoń przesuwała się w górę. Potem powędrowała w stronę stopy.
Cały czas potakiwała. Nie było z nią źle. Miała dwie ręce i dwie nogi. Delikatnie dotknęła swojej twarzy. Tu chyba też wszystko było w porządku.
– Pić… – szepnęła.
– Tylko odrobinę, do possania. – Pielęgniarka znowu podała jej zwilżony gazik.
Przyssała się do niego. Jaka to była przyjemność!
– Co się stało? – powtórzyła pytanie.
– Miała pani wypadek – odpowiedział lekarz. – Poświecę pani w oczy. To nie będzie miłe, ale potrwa tylko chwilę.
Jasne światło latarki nie było już tak przyjemne jak ta nęcąca poświata na końcu tunelu. Odruchowo zmrużyła oczy.
– Doobrze.
Czy jej się wydawało, czy to „dobrze” zabrzmiało tak, jakby lekarz się na nim potknął?
– Na razie to tyle, nie będę pani męczył, musi pani dużo odpoczywać.
– Jaki wypadek? – zapytała.
– Samochód panią potrącił. – Przyglądał się jej.
– Samochód – powtórzyła po nim. Nie pamiętała żadnego wypadku. Żadnego samochodu.
– Tak. Może mieć pani przejściowe zaburzenia pamięci. To się nazywa niepamięć wsteczna. Nie pamięta pani ani samego wypadku, ani tego, co się wydarzyło bezpośrednio przed nim.
– Przypomnę sobie?
– Wszystko przed panią. Teraz niech pani odpoczywa. A ja zaraz do pani wrócę. Nie sam.
Odwrócił się i poszedł do drzwi.
– Niech się pani nie martwi. Jest pani w najlepszym z możliwych miejsc. I przecież z dodatkową opieką. – Pielęgniarka się do niej uśmiechnęła.
– Dobrze.
Poczuła się zmęczona. I oszołomiona. Nigdy wcześniej nie przeżyła niczego podobnego. Zapominała o różnych sprawach, na pewno. To znaczy tak, pewnie tak, każdy przecież zapomina. Na przykład o… Nie pamiętała, o czym zapominała. Poczuła, że jej usta układają się w uśmiech. Jaki to absurd, nie pamiętać tego, o czym się zapomina.
– Właśnie, pogoda ducha jest najważniejsza. – Pielęgniarka dotknęła jej ramienia.
– Jak długo tu będę? – zapytała.
– O tym zadecyduje lekarz.
No tak, a on poszedł.
– A jak długo tu jestem?
– Od tygodnia.
– Od tygodnia? – Aż się lekko uniosła. – I przez cały ten czas leżałam? Tak po prostu leżałam?
– No u nas się nie tańczy – zażartowała pielęgniarka.
– Ale… to długo. Dlaczego?
– Widać organizm tyle potrzebował, doktor powiedział przecież, że przyjechała pani do nas w ciężkim stanie. Niech pani odpoczywa, regeneracja jest ważna. Na wszystko przyjdzie czas później. A teraz… Teraz przyszedł do pani ktoś inny. – Pielęgniarka odwróciła się do drzwi.
Jej wzrok także powędrował w tamtym kierunku. W progu stało dwóch lekarzy. Ten, którego już widziała, i jakiś inny. Wyższy, też dość masywny, ale bez brzuszka. Pomyślała, że ten nowy zjawił się tu na konsultację. Coś jednak jest z nią nie tak. To dlatego padło to „doobrze”. Znowu poczuła, że serce zaczyna jej szybciej bić.
– I to jest prawidłowa reakcja – powiedział ten misiowaty brodacz, patrząc na monitor.
Drugi nic nie mówił, tylko się jej przyglądał. W taki sposób… zupełnie niemedyczny. Niepewnie i tak, jakby… Jakby chciało mu się płakać.
Zdenerwowała się jeszcze bardziej.
– Niesamowite, jak ten sprzęt odczytuje emocje. – Pielęgniarka również spojrzała na monitor, który odnotował przyspieszone tętno. – Doktorze, może pan podejść do pacjentki – zwróciła się do nowo przybyłego.
– Tak, Adam, przekazuję ci chwilowo naszą podopieczną. – Brodaty się uśmiechnął.
Lekarz podszedł do niej i przysiadł z boku łóżka. Pomyślała, że jest przystojny. Tylko zmęczony. Miał podkrążone oczy i lekki zarost, chyba nieplanowany.
„Dr Adam Rosiak, Oddział Ortopedii”, przeczytała napis na plakietce.
Przestraszyła się jeszcze bardziej. Czyli jednak się połamała. Pewnie kręgosłup. Już nigdy nie będzie mogła chodzić. Ogarnęła ją panika, wykresy na monitorze zafalowały.
– Już, no już. – Doktor Rosiak położył swoją dłoń na jej dłoni. – Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Będzie dobrze.
„Zobaczysz”. Mówił do niej jak do dziecka.
– Będzie dobrze – powtórzył i pogłaskał ją po głowie.
Zdumiewało ją to coraz bardziej. To, co chciał jej przekazać, musiało być okropne.
– O, i puls wraca do normy – ucieszyła się pielęgniarka. – Dotyk naprawdę leczy.
– Ania… – Ortopeda ścisnął jej dłoń. – To ja. Przecież to ja.
„Ja”. Jaki „ja”? I jaka „Ania”?
Co tu się działo?
– Przepraszam, ale ja nic nie rozumiem. Kim jest Ania? I kim pan jest?
Patrzyła na niego. Zauważyła, że wymienił spojrzenie z brodaczem. Byli zakłopotani i nawet tego nie kryli.
– Ania… To ja, Adam. Twój mąż.
Wpatrywała się w niego. W tę twarz, którą zobaczyła po raz pierwszy w życiu przed kilkoma minutami.
To ona jest Anną i ma męża?
Nagle poczuła się straszliwie zmęczona. Przytłoczona. Zapragnęła znowu się znaleźć w tamtym cichym, jasnym tunelu. I iść przed siebie.
Jak najdalej stąd.
Zamknęła oczy.
*
– Pani Aniu, przewozimy panią na salę. – Tym razem pielęgniarka była inna. Starsza, z krótkimi, srebrnymi włosami.
„Pani Aniu”. To było do niej, bo tak miała na imię. Powiedzieli jej przecież – tamten lekarz i jej mąż.
Jej mąż Adam.
Czy ona wtedy zemdlała?
– Czy ja zemdlałam? – zapytała.
Kobieta, która stała przy jej łóżku, wzbudzała zaufanie. Miała takie spokojne niebieskie oczy.
– Zapadła pani w sen. To może się zdarzać, pani organizm jest rozregulowany.
Anna patrzyła na nią. To nie było to, obie to wiedziały.
– Ponadto silne emocje mogą się objawiać niespodziewanymi efektami. Bywa, że sposobem na poradzenie sobie z nimi jest odcięcie świadomości, które można odebrać jako utratę przytomności.
Więc jednak – zemdlała.
– Poproszę kogoś do pomocy i pojedziemy na oddział. – Pielęgniarka już się odwróciła, lecz Anka złapała ją za poły fartucha.
Niebieskie oczy znowu na nią spojrzały, tym razem ze zdziwieniem.
– Adam. Adam Rosiak to mój mąż. – Anka powiedziała to w taki sposób, jakby sama nie mogła zdecydować, czy zrobić z tego pytanie, czy twierdzenie.
– Tak, to pani mąż. I bardzo dobry specjalista. Właśnie operuje, ale kiedy skończy, przyjdzie do pani.
– Nie pamiętam. Ja nic nie pamiętam. – Anka poczuła, że ogarnia ją panika. Tak samo było, gdy się ocknęła z tego snu-zemdlenia i przypomniała sobie, co się wydarzyło przy jej łóżku.
Pielęgniarka usiadła na krześle postawionym obok łóżka.
– Tak się zdarza. Domyślam się, że to musi być dziwne, okropne uczucie, ale będziemy nad tym pracować. Przyjdzie do pani psycholog, będziecie o tym rozmawiać. Doświadczenie uczy, że ten stan może być przemijający, że potem pamięć zaczyna wracać.
– Lekarz mówił, że zapomina się to, co było przed samym wypadkiem. A ja nie pamiętam nic. Zupełnie nic. – Anka poczuła, że łzy napływają jej do oczu. – Nic. Rozumie pani?
Pielęgniarka przykryła jej dłoń swoją.
– Chyba rozumiem, choć trudno to sobie wyobrazić. Ja panią znam.
– Zna mnie pani? – Anka się zdumiała.
– Nie tylko ja. Przychodziła pani czasem do doktora Rosiaka. Kiedyś częściej, ostatnio rzadziej, ale nadal. Bywało, że rozmawiałyśmy.
– Przykro mi. – Anka pokręciła głową.
– Nie ma powodu.
– A pani jest…?
– Zofia Sykut. Pielęgniarka na oddziale ortopedii. Pracuję razem z pani mężem.
Anka miała mętlik w głowie. I tyle pytań. Od którego by…
– A ja? Kim ja jestem?
– Kim pani jest? – powtórzyła po niej pielęgniarka.
– Tak. Kim jestem? Co robię? Gdzie pracuję? Jak wyglądam? – To wszystko spłynęło na nią falą.
– Aż tak dokładnie nie wiem, ale pracuje pani w jakiejś firmie w centrum Warszawy. Blisko stacji metra. Chyba ONZ. Doktor opowiadał, że ma pani do szpitala dobry dojazd eskaemką, dlatego nie potrzebuje pani samochodu. Zostawia go pani na stacji.
– Na stacji?
– Przy torach. Mieszkacie państwo pod Warszawą. Chyba w Okuniewie.
Okuniew. Nic jej ta nazwa nie mówiła.
– Czasami przychodzą do doktora dzieci. To znaczy państwa dzieci.
Poczuła, że robi się jej słabo. Najpierw gorąco, a później zimno.
– Wszystko w porządku? – Pielęgniarka przyłożyła palce do jej nadgarstka. – Niepotrzebnie tyle pani mówię. Doktor miałby pretensje, i słusznie. – Chciała się podnieść, ale Anka złapała ją za rękę.
– Przecież to jest moje życie. Moje! – Czuła, że za chwilę się rozpłacze. – Ja muszę wiedzieć.
– I będzie pani wiedziała. Tylko to musi się dziać powoli. Przejedziemy na oddział, przyjdzie pani mąż, psycholog, wszystko się ułoży.
– Dzieci. Ile ich jest?
– Dwoje.
Anka odruchowo dotknęła swojego brzucha. A więc była matką. Tu wyhodowała dwoje dzieci i wydała je na świat.
– Ile mają lat? Chłopcy, dziewczynki?
– Książkowo. – Pielęgniarka się uśmiechnęła. – Córka i syn. Córka jest starsza, studiuje, właśnie wyjechała za granicę. Syn jest w liceum, chyba w trzeciej klasie.
Anka obracała w głowie uzyskane informacje.
– Mam takie duże dzieci? – zdziwiła się. – To ile ja mam lat?
– Nie wiem dokładnie, ale jest pani młodsza od doktora. Tak z kilka lat. Dziesięć może.
– Da mi pani lusterko? Proszę. Bardzo proszę. – Poczuła, że musi się zobaczyć. Nie dość, że nie miała pojęcia o swojej rodzinie, to jeszcze nie wiedziała nic o sobie. Nawet tego, jak wygląda. Obserwowała swoje ciało – szczupłe, może nawet za bardzo, ale mogła przecież zmarnieć tutaj, w tej sali. Na pewną ją jakoś karmili, tymi rurkami, ale to nie to samo. Skórę miała jasną, z delikatnymi piegami. Dłonie zaskakująco duże jak na jej posturę. Paznokcie czerwone, chyba kiedyś ładnie pomalowane, ale część z nich miała rysy, z jednego odpadł kawałek lakieru. Włosy oklapnięte, matowe, w kolorze ciepłego brązu. Czy to jej naturalny kolor? To wiedziała, bo tyle mogła zobaczyć. Ale twarz? Jak wyglądała jej twarz?
– Zaraz pani przyniosę. I wtedy pojedziemy na oddział.
Anka pokiwała głową.
Pielęgniarka wróciła po kilku minutach. W dłoni trzymała okrągłe złote pudełko.
– Takie lusterko mam. Ze swojej kosmetyczki. – Wyciągnęła je w stronę Anki.
Anka wzięła od niej przedmiot. Nacisnęła guziczek zwalniający zapięcie i wieczko odskoczyło. Poczuła, że jej palce drżą.
Przysunęła srebrną taflę do twarzy.
Zobaczyła w niej przestraszone zielonkawe oczy, rozlane sińce pod nimi, sporą szramę ciągnącą się od skroni do ust. Wargi miała wysuszone, ale w ładnym różowawym kolorze. Sporo piegów. Kształtne brwi. Przejechała językiem po zębach, podniosła górną wargę. Zęby też miała ładne. Włosy. Do ramienia, gęste, proste. Czy to był ich prawdziwy kolor?
Wyglądała dobrze. Mimo tego, co przeszła.
Ładna, na co dzień chyba zadbana kobieta.
Anna Rosiak.
Ona.
Czyli kto?
– Jak się pani ma? – Mężczyzna, który podszedł do jej łóżka, nie miał na sobie fartucha. Odcinał się od wszechobecnej bieli niebieskością swojej koszuli. Dół miał bardziej stonowany: brązowe sztruksowe spodnie i brązowe buty. – Marek Siemiński, psycholog.
Anka wychyliła się w jego stronę.
– Proszę leżeć – powiedział łagodnie.
– Już się należałam – odparła.
Dostała łóżko z pilotem i kiedy tylko za Zofią Sykut zamknęły się drzwi, natychmiast zrobiła z niego użytek i podniosła przód łóżka, tam, gdzie znajdowała się jej głowa. Próbowała wstać, ale na to było chyba jeszcze za wcześnie. Zauważyła, co teraz ją jakoś zawstydziło, że założono jej cewnik: z boku ramy zwisał przezroczysty worek wypełniony ciemnożółtym płynem. Poza tym wiedziała już, jak wygląda – dzięki pożyczonemu lusterku.
Jej gość zdawał się żadnej z tych przykrych okoliczności nie dostrzegać.
Teraz mogła się lepiej przyjrzeć jego twarzy. Były na niej: spokojny uśmiech, zmarszczki, bruzda między brwiami. Z daleka, pewnie z powodu szczupłej sylwetki, wyglądał młodziej. Teraz oceniała go na mniej więcej sześćdziesiąt lat. Między jego jasnymi włosami dostrzegła siwe pasma. Przeniosła spojrzenie na koszulę. Do kieszeni była wpięta tabliczka. „Marek Siemiński”, tak jak się przedstawił. A poniżej…
– Psychoonkolog – przeczytała. – Onkolog?
Poczuła w ustach smak żółci. Sięgnęła po chusteczkę, żeby przetrzeć wargi, i po kubek stojący na stoliku obok. Wolno jej było już pić – małymi łykami i tylko wodę, zawsze to jednak coś.
– Tak. – Pokiwał głową. – Ale ta dodatkowa specjalizacja nie ma w pani przypadku znaczenia. Etatowy psycholog pojechał na konferencję, poproszono mnie w zastępstwie. Postaram się sprostać i… – na chwilę przerwał – dobrze panią przywitać w tych nowych okolicznościach – dokończył. – Oczywiście będzie miała pani spotkania terapeutyczne, podczas których będzie pani pracowała nad przywracaniem pamięci, ale to jeszcze nie teraz. Bo teraz to taki… rekonesans. Rozeznanie.
– Rekonesans. Znam to słowo. Znam wiele różnych słów. Psychoonkologa też. Ale nie wiem nic o sobie. Nic, rozumie pan? – Anka poczuła, że zaczyna się rozklejać. – Jak to jest możliwe, że jedno zostaje, a drugie znika? Przecież jeśli coś mnie trzepnęło w głowę, to powinnam nie wiedzieć nic. Nie umieć nic. Może nawet nie mówić? I od nowa się uczyć, że to jest krzesło. – Wskazała palcem na mebel, na którym siedział jej gość. – A to lampa, kołdra, podłoga, drzwi. – Palec kierował się w stronę kolejnych przedmiotów. – Ja to wszystko wiem. Wiem. A kim jestem, nie.
Sięgnęła po chusteczkę.
Mężczyzna siedział i patrzył na nią. Odezwał się dopiero wtedy, gdy wydmuchała nos i spojrzała na niego.
– Jest pani oszołomiona. Rozżalona. Zdziwiona. Przestraszona. Zgadza się?
– Zgadza. Te słowa też znam. – Była ironiczna, ale psycholog zachował pogodne, niezmącone oblicze.
– I to jest naturalny stan w takiej sytuacji, jaką pani przeżywa. Pojawiają się emocje, co jest dobre. Co pani czuje?
– No właśnie to, co pan powiedział.
– To już jest nazwane, przepuszczone przez głowę. Ja pytam, co czuje pani ciało.
– Moje ciało?
Pokiwał głową.
Anka zastygła. Co czuło jej ciało? Czy ona kiedyś, w tym życiu, którego nie pamiętała, się nad tym zastanawiała?
– Może pani przymknąć oczy, to pomaga.
Opuściła powieki.
– Boli. Nie, trzepocze. Tu. – Dotknęła dłonią klatki piersiowej. – Zimno mi w stopy. Dłonie… Palce mi się zawijają. W kulki. W pięść? – zapytała, nadal z zamkniętymi oczami.
– Proszę mówić dalej.
– Gardło mam takie ściśnięte. Jakby… jakby słowa musiały się przez nie przedzierać. To podobno po intubacji. – Popatrzyła na psychologa, zaniepokojona jego milczeniem.
– Różne mogą być powody. Proszę mówić dalej, moja praca polega przede wszystkim na słuchaniu.
Nigdy nie była u psychologa. Chyba. A może była? Nie, czuła, że nie. O ile to czucie miało jakiś sens.
– Moje ciało jest takie… takie… biedne? Boli mnie w różnych miejscach, mam siniaki, zadrapania, kilka szwów, ale jest też inny ból. Nie wiem, jak go nazwać. Na to akurat nie znam słowa.
– Tak wystarczy, myślę, że rozumiem. Wie pani, pani Anno, ja na co dzień towarzyszę osobom, które zmagają się z ciężką chorobą. Niektóre z nich potrzebują wsparcia w procesie zdrowienia. Ale dla dużej części moich pacjentów nasze spotkania są spacerem, podróżą w stronę śmierci. Pani już tam była, jedną nogą, teraz idzie w przeciwnym kierunku, do świata żywych. I już to stanowi źródło dużej otuchy, prawda?
Powoli pokiwała głową.
– Tak, chociaż… – zawahała się.
Patrzył, nie popędzając jej.
– Tam, wtedy, po tym wypadku, nie było tak źle. Weszłam do tunelu… – Urwała. – Myśli pan, że to głupie? Bo ja czuję, że tak. Że rozsądni ludzie nie mówią takich rzeczy, a ja jestem rozsądna. Chyba. Lekarze raczej mają rozsądne żony, prawda?
– Różnie może być, choć statystyki pewnie byłyby takie. – Nadal się uśmiechał.
– Wszystko jedno zresztą. Chodzi o to, że mnie tam było dobrze. Chciałam iść przed siebie, czyli w kierunku… no, śmierci. Lekarz powiedział, że byłam po drugiej stronie, wszystko się zgadza. I ta druga strona… Ona mi się chyba podobała. Ta jasność mnie nęciła. Czy to jest normalne?
– Psychologowie nie lubią słowa „normalne”. Norma jest bardzo szeroka, i mówimy tu o wydarzeniach, zjawiskach z tej strony życia. Co do tamtej, to już nie moja specjalizacja. – Rozłożył ręce.
– Myślę o tym. To do mnie wraca. Wydaje mi się, że… Zresztą nie wiem, bo przecież nie pamiętam, ale czy to nie jest tak, że jeśli ktoś idzie do tego światła, to jakby nie chciał być tu? Że wybiera śmierć, a nie życie?
Psycholog nie zdążył odpowiedzieć, ponieważ do pokoju wszedł lekarz.
Mój mąż, pomyślała Anka. I to nadal była bardzo dziwna myśl.
– Cześć – przywitał się z Siemińskim, podając mu dłoń. – Cześć. – Nachylił się nad Anką i pocałował ją w czoło. Poczuła jego twardy zarost.
Wzdrygnęła się.
– Zabolało? – zapytał z troską, podnosząc się.
– Nie, tylko… – Nie wiedziała, co powiedzieć. Sygnał z ciała, to ono tak zareagowało. – Chciałabym się umyć. Wykąpać. Źle się czuję taka nieświeża.
– Jasne, ale nie wiem, czy to już, bo…
– Chcę. – Zdziwiła się swoją stanowczością. Była właśnie taka? – Proszę – dodała.
– Tak, jasne. – Doktor Rosiak pokiwał głową.
– Ja się już pożegnam. – Psycholog podniósł się z krzesła. – Jutro przyjdzie do pani właściwy specjalista.
– Dziękuję. – Spojrzała na niego. Chyba go polubiła.
– No dobra, to pójdę do pokoju po torbę z domu. Spakowałem różne twoje rzeczy, ręcznik, kosmetyki, piżamę. Mam nadzieję, że dobrze wybrałem.
– Dziękuję.
Patrzyła, jak odchodzą obaj. Tak, jej mąż był przystojny – w sposób niebudzący wątpliwości. Wysoki, co najmniej o głowę wyższy od niej. Ciemny szatyn, dobrze zbudowany, ale szczupły.
Usiadła na łóżku. Lekko zakręciło się jej w głowie. Wzięła nosem głębszy oddech i tuż po nim, choć wydawało się, że płuca ma już pełne, drugi, mniejszy, a potem zaczęła powoli wypuszczać powietrze ustami. Zrobiła to bez namysłu, zupełnie jakby jej ciało było do tego przyzwyczajone. Poczuła się lepiej, spokojniej, więc powtórzyła ten oddech.
– Jestem. – W sali znowu pojawił się doktor Rosiak. – Masz jedynkę – powiedział, zamykając drzwi. – Więc nikt nie będzie nam przeszkadzał.
– Każdy ma jedynkę? – zapytała. I sama sobie odpowiedziała: – Chyba nie.
– Nie każdy. Wiesz, jak jest. – Postawił torbę na krześle.
– Jak jest? – zapytała.
– Oj… No tak, że żona lekarza ma lepiej. – Patrzył na nią.
Próbowała się złapać tego spojrzenia, odnaleźć w nim coś, co połączy ją z przeszłością, ale się nie udawało.
– To nie jest jakoś wyjątkowe. Tak po prostu się dzieje. Wszędzie i od zawsze. To co, idziemy?
– Dokąd? – zdziwiła się.
– Do łazienki. – Teraz on był zdumiony. – Przecież chciałaś się wykąpać.
– No tak, ale… – zawahała się. – Może jest ktoś, kto mógłby mi pomóc? Pielęgniarka na przykład? Boję się, że się przewrócę albo…
– Ja ci pomogę – przerwał jej.
– Ty?
– Jestem twoim mężem.
Ale ja cię nie znam, to chciała powiedzieć, lecz się powstrzymała. Jest jej mężem, wszyscy to potwierdzali, więc to naturalne, że się nią zajmie. Że będzie ją widział nago i nieporadną.
– Dobra, to tak: zdejmij tę koszulę, poczekaj, rozwiążę troczki – powiedział, gdy stanęła przy umywalce.
– Co mam zrobić z tym? – Wskazała ręką na rurkę od cewnika.
– A, to trzeba wrócić na chwilę na łóżko, wyjmę go, już można. Przy okazji się wysikasz, pod prysznicem najłatwiej.
Poszła za nim do sali. Gdy sięgał ręką między jej nogi, odwróciła głowę. Nie zareagował na ten gest albo nie chciał dać po sobie poznać, że to widzi.
Wrócili do łazienki.
– Dobra, rozwiązane, daj. – Wyciągnął do niej rękę.
Zsunęła szpitalną koszulę z ramion. Stała teraz przed nim naga.
– Tu jest specjalne krzesło, możesz usiąść. – Podsunął jej mebel spod ściany.
Zachowywał się zupełnie naturalnie, podczas gdy ona chowała piersi w ramionach i lekko się garbiła. Wstydziła się.
Mój mąż, powtarzała w myślach, mój mąż.
– Umyję ci głowę, a resztę to już chyba sama?
– Tak.
Stanął za nią i wziął do ręki słuchawkę prysznicową.
– Uch – wyrwało się jej. Woda była zimna.
– Zaraz się wyrówna. Teraz dobrze?
– Dobrze.
Nagrzana już woda zaczęła spływać po jej czole i plecach. Doktor Rosiak wylał na jej głowę trochę szamponu i zaczął go rozmasowywać po wilgotnych włosach. Robił to zdecydowanymi, może trochę zbyt energicznymi ruchami.
– Chyba już. Spłukuję.
– W porządku.
Odrobina wody z płynem wpadła jej do ust. Poczuła nieprzyjemną gorzkość. Odkaszlnęła.
– Wystarczy. Potrzymaj. – Położył jej słuchawkę na udzie. – Wytrę ci włosy. – Sięgnął po ręcznik.
I tym razem jego ruchy były zdecydowane.
– Oj – westchnęła i lekko się uchyliła.
– Za mocno? Przepraszam. Ręce ortopedy. – Zaśmiał się. – Teraz lepiej? – Jego ruchy stały się delikatniejsze.
Pokiwała głową.
– No to już. Ręcznik odwieszam przy umywalce…
– Daj, proszę, wytrę się. – Zarzuciła sobie wilgotny już materiał na ramiona i owinęła się nim jak peleryną.
– Tu ci kładę żel do ciała i płyn do higieny intymnej. Jest też coś do mycia twarzy, stało na półce pod lustrem, chyba tego używasz, pianka zdaje się. Wiesz, że się gubię w tych twoich kosmetykach. – Uśmiechnął się.
– Dużo mam kosmetyków? – zapytała.
– Dużo. Lubisz. Są też do pacykowania się, to znaczy do makijażu. Tu to już się poddaję, ale gdybyś chciała, to miałaś kosmetyczkę w torbie. Wtedy, podczas wypadku, jest u mnie w…
– Co się stało? – przerwała mu. – Jaki to był wypadek? Dlaczego nikt mi nic nie mówi?
– Bo to już nie ma większego znaczenia. Policja bada sprawę, trzeba im to zostawić. Tam wszędzie jest monitoring, zresztą teraz prawie każdy ma kamerkę w samochodzie, więc będzie wiadomo, co dokładnie się wydarzyło.
– Rozumiem, ale coś przecież już wiesz? – Patrzyła na niego pytająco.
– Podobno było tak – zaczął powoli – że przechodziłaś przez pasy i kiedy już doszłaś do krawężnika, to nagle zawróciłaś na jezdnię, jakbyś coś upuściła. Kilka kroków, później obrót i znowu w stronę chodnika. Tuż przed nim się schyliłaś. Albo się zachwiałaś, a może potknęłaś? Tego nie wiadomo. W każdym razie nie byłaś wyprostowana i pewnie dlatego kierowca SUV-a, który skręcał w prawo, cię nie zauważył. Spieszył się, żeby zdążyć przed tymi z lewej, którym się właśnie światło zmieniało na zielone. To znaczy spieszyła, bo to była kobieta.
– Ja przechodziłam przepisowo? To znaczy na zielonym?
– Hmm… Z tego, co już wiem, wynika, że wszyscy robiliście to na granicy. Weszłaś na pasy na zielonym, ale ono już zaczęło migać, kiedy zawracałaś, a zielona strzałka gasła, gdy SUV ruszył. Nie wiem, jak to ostatecznie oceni biegły, ale chyba i ty, i ta kobieta za kierownicą nie zachowałyście ostrożności. I na nieszczęście spotkałyście się w tym samym momencie.
– Jestem taka? To znaczy nieostrożna?
Patrzył na nią.
– Ogólnie nie, wręcz przeciwnie, zwykle jesteś rozsądna i poukładana. Ale widać każdemu zdarzają się odstępstwa. To normalne. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi.
Anka patrzyła na niego. Nie wyglądał jak ktoś, kto ignoruje zasady. Ona zresztą też. A jednak.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Meritum publikacji
