Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
25 osób interesuje się tą książką
Wzruszająca opowieść o psio-ludzkiej rodzinie, w której najważniejsze są miłość, szacunek i otwartość na innego. Oparta na faktach z życia autorki historia psa Boba, który urywa się z łańcucha i ucieka z miejsca, w którym żyje w zaniedbaniu i głodzie. Cudem odnaleziony na śniegu i mrozie, zostaje przygarnięty przez rodzinę, która dokłada starań, by ten nowy jej członek zaufał im i uwierzył, że ktoś może go kochać. Okazuje się, że to niełatwy do osiągniecia i cel i wielka życiowa przygoda.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 199
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wstęp
Mały, samotny pies
Duży, samotny pies
Z ludzkiego na psi i odwrotnie
Spotkanie w lesie
Inny świat
Decyzja
Nowy dom
Nadciągają kłopoty
Kto kogo prowadzi?
Źle i jeszcze gorzej
Narada
Punkt zwrotny
Od-nowa
Nauka idzie w las
Ze szkoły się nie wyrasta
O psie, który bał się jeździć koleją
Ahoj, przygodo!
Uroki podróży
Nad jeziorem
Dziki zwierz
Aaapsik!
Rozstania i powroty
Niespodzianka
Biała pułapka
Gwiazdka
Okładka
Autorka: Agnieszka Jeż
Ilustracje (okładka i wnętrza): Aneta Fontner-Dorożyńska
Konsultacja merytoryczna: dr n. wet. Jagna Kudła
Kierownik redakcji: Magdalena Cicha-Kłak
Redaktor prowadząca: Paulina Zaborek
Redakcja: Magdalena Jakuszew
Korekta: Beata Kozieł-Kulesza
Przygotowanie wersji elektronicznej: Paweł Kowalski
© Copyright for the text by Agnieszka Jeż, 2025
© Copyright by Wydawnictwo Juka-91, Warszawa 2025
TDM Opt-out.
Wydawca dokonuje zastrzeżenia wobec wszelkich działań z zakresu eksploracji publikacji, w tym tekstu, grafik, fotografii lub innych utworów zawartych w niej, mających na celu tworzenie lub rozwój oprogramowania, w tym m.in. szkolenia systemów uczenia maszynowego (TDM) lub sztucznej inteligencji (AI). Korzystanie z publikacji w celach, o których mowa powyżej, bez wyraźnej zgody wydawcy jest zabronione.
dwukropek.com.pl
Wydawnictwo Juka–91 Sp. z o.o.
ul. Jutrzenki 118
02–230 Warszawa
Infolinia 800 650 300
Mojemu stadu:
Andrzejowi, Jagodzie, Jeremiemu, Kalinie,
Fifi i Bobowi. Kocham Was!
Czasem umieszcza się w książkach, na początku, przed właściwym tekstem takie zdanie: „Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń jest przypadkowe”.
Ja napiszę: podobieństwo do prawdziwych osób, psów (i kawii) oraz zdarzeń nie jest przypadkowe. Do powstania tej historii zainspirowało mnie moje stado – ludzko-zwierzęce.
W codziennym życiu towarzyszą mi: mąż, trójka dzieci, dwa psy, a właściwie suczka i pies, oraz dwie kawie. Uczucia, które nas łączą, to najwspanialsza sprawa na świecie. Wyzwania, które wynikają z faktu, że obok siebie żyją istoty tak różne, czasem zajmują miejsce na podium spraw trudnych.
Bycia rodziną trzeba się uczyć, ale bardzo, bardzo warto – to najważniejszy przedmiot w całej szkole życia. Bez ocen, ale koniecznie z chęciami i otwartą głową!
Ciepło pozdrawiam Was i Wasze stada!
Agnieszka Jeż
Rozdział 1
– Ale zimno! – Jagoda zastukała zębami i zamknęła okno.
Na zewnątrz panował czarnogranatowy mrok. Dziewczynka odłożyła na stół pustą papierową torebkę po ziarnach słonecznika. Kilka chwil wcześniej wsypała je do karmnika zawieszonego na gałęzi lipy rosnącej tuż przy domu.
– I jak ciemno! – dodała, siadając na kanapie. – Ledwo widziałam, gdzie ta ptasia stołówka, a przecież jest dopiero piąta.
– Na szczęście najkrótsze dni w roku mamy już za sobą – powiedziała pocieszająco mama, na chwilę odkładając książkę. Też siedziała na kanapie, na drugim jej końcu. – Dnia zaczęło przybywać, słońce wstaje coraz wcześniej. Chociaż z drugiej strony, prawdziwa zima dopiero się rozkręca… Czekają nas jeszcze porządne mrozy.
– I dlatego dobrze, że mamy taki ciepły i przytulny dom. – Jagoda z zadowoleniem oparła się o miękką poduszkę i założyła stopy na podnóżek. Sięgnęła po koc leżący na oparciu kanapy. – A czy ptakom nie jest zimno? – Spojrzała na mamę.
Za nic nie chciałaby być teraz na miejscu ptaków… Aż się wzdrygnęła na taką myśl. Brrr!
– Myślę, że nie. Natura odpowiednio je wyposażyła, na przykład w pióra, które chronią je przed niską temperaturą. Poza tym ptaki zbierają się w stada.
– W stadzie najlepiej. – Jagoda przysunęła się do mamy. Lubiła, kiedy były blisko siebie. – Ale jeszcze nam tu kogoś brakuje.
– Jeremiego? – Mama do niej mrugnęła.
– Nieee. – Jagoda rozciągnęła usta w uśmiechu. – On mówi, że jest za duży na takie rzeczy. I że chłopaki się nie przytulają, bo mają inne rzeczy do roboty, poważne.
To była prawda, Jeremi tak mówił, ale nie chodziło tylko o to. Rzecz w tym, i było to trochę wstydliwe, że Jagoda lubiła mieć mamę wyłącznie dla siebie. Nie zawsze, oczywiście, bo wtedy mogłoby być im nudno, ale od czasu do czasu chciałaby się poczuć jak jedynaczka. Najważniejsza.
– Taki wiek. – Mama pokiwała głową. – Ale to nie znaczy, że Jeremi nie potrzebuje domowego stada. Po prostu inaczej to okazuje.
Jagoda nie do końca była o tym przekonana. Chociaż… Wczoraj dostała od brata lizak, tak bez okazji, i prawie, prawie ją pogłaskał po głowie. Może właśnie tak czternastolatkowie dają znać młodszym siostrom, że jednak je lubią? Ona miała dziesięć lat i uważała, że dobrze jest być blisko tego, kogo się kocha, choć może i jej się to zmieni, kiedy zostanie nastolatką? Oby nie.
– No wiesz, o kogo mi chodzi – wróciła do tematu. – Zawołasz ją?
– Dlaczego ja? – Mama się droczyła.
– Ona słucha tylko ciebie. I taty. Mnie i Jeremiego nie chce.
– Pomyślmy dlaczego… – Mama przyłożyła palec do skroni, udając, że się nad tym zastanawia.
Jagoda westchnęła. Rozmawiały już o tym. Mama tłumaczyła jej, że Fifi dobrze wie, na kogo może liczyć i kto tak naprawdę się nią opiekuje. I że opieka to: wychodzenie na spacery, pilnowanie, by w miskach były czysta woda do picia i karma sypana o odpowiednich porach. Karmienie parówką, rozrzucanie przysmaków po dywanie i spacer BSDD, czyli „byle szybciej do domu”, to nie jest prawdziwa opieka. Dlatego gdy Jagoda lub Jeremi wołali Fifi, ale akurat nie mieli w ręku niczego do zjedzenia, suczka do nich nie przychodziła. A teraz dłoń Jagody była pusta.
– Proszę, proszę, proszę! – Jagoda patrzyła na mamę takim wzrokiem, jakim wpatrywał się w słynnej scenie kot w Shreka. Kiedyś ćwiczyła to spojrzenie przed lustrem.
– Nie muszę jej wołać – odparła mama. – Mogę się założyć, że w ciągu kilku minut sama do nas przyjdzie. Kanapa, kocyk, ulubione ludzkie dłonie głaszczące za uszkiem… Temu się nie oprze.
I rzeczywiście. W korytarzu rozległy się ciche odgłosy delikatnego stukania pazurków o parkiet, a po chwili w drzwiach salonu pojawiła się Fifi.
Jagoda się rozpromieniła.
– Wedle życzenia. – Twarz mamy też rozjaśnił uśmiech.
Ten pies, właściwie ta suczka, nieodmiennie rozczulała całą ich rodzinę. Dziesięć kilo i jedenaście lat ich prywatnego szczęścia. Śliczna, śmieszna istota.
Śliczna, no bo wiadomo – każdy pies jest śliczny. Cztery prędkie łapki, para czujnych uszu, wszędobylski i bardzo czuły nos, oczy błyszczące jak węgielki i do tego ogon, który żyje swoim życiem. Mama zawsze powtarzała, że pies to absolutny majstersztyk natury, bez względu na wielkość i umaszczenie. Te ostatnie cechy to zresztą tylko szczegóły, niewpływające na ocenę – zawsze najwyższą.
A dlaczego Fifi była śmieszna? Cóż, bo to niezwykła mieszanka. Jej przodkowie… Wiadomo, że dawno, dawno temu to były wilki, Jagoda czytała o tym książkę. Natomiast mniej dawno – pewnie jamnik, bo Fifi była długaaaśna. Może też charcik, ale taki ciut tęższy, bo łapy miała nieźle umięśnione. No i jeszcze terier, bo po kimś musiała przecież odziedziczyć skoczność – była jak piłeczka kauczukowa, hop, hop, hop! Pyszczek za to miała niepowtarzalny, oryginalny. Fifkowy.
Kiedy mama opowiadała o Fifi i mówiła, że to kundelek, to w jej głosie brzmiała duma, zupełnie jakby mieli w domu rasowego psa, który jeździ na różne konkursy i przywozi z nich medale. Jagoda zapytała kiedyś, dlaczego mama wybrała Fifi, a nie psa z rodowodem. Mama popatrzyła na nią wtedy i odparła, że pies to członek rodziny, i się go nie kupuje.
– No, Fifi, chodź. – Mama delikatnie poklepała dłonią siedzisko kanapy.
Suczka dobrze znała ten gest – to było zaproszenie do bliskości. Podeszła, przez moment drobiła łapkami w miejscu, naprężyła się, odbiła od podłogi i skoczyła –między mamę a Jagodę. Pokręciła się, położyła, zwinęła w precel i błogo westchnęła.
– Mój ty kanapowcu – powiedziała mama i pogłaskała ją za uchem.
– Gdyby teraz Fifi znalazła się sama na zewnątrz, toby było, co? – Jagoda spojrzała w ciemne okno. Gdzieś w tej mrocznej i zimnej oddali znajdował się las, do którego mama często zabierała suczkę na spacery. – Pewnie by się bała. I marzła. Nie poradziłaby sobie bez nas.
– Pewnie tak. Jest nieduża, no i zawsze miała opiekę. Nigdy nie musiała się sama o siebie troszczyć – przytaknęła mama.
– Wie, że o niej mówimy. Podniosła łebek – zauważyła Jagoda.
– Albo słyszy, że reszta domowników jest już blisko. – Mama zastygła, obracając głowę w stronę, gdzie obok domu znajdował się podjazd. Zaczęła nasłuchiwać. Owo nasłuchiwanie nie wyglądało tak spektakularnie jak u Fifi – uszy mama miała zwyczajne, ludzkie, podczas gdy uszy suczki były długaśne i ustawione na baczność. Fifi w dodatku uroczo przekrzywiała głowę.
Z zewnątrz dobiegł odgłos wjeżdżającego na podwórko samochodu.
– Przyjechali. Ale ona słyszała ich dużo wcześniej niż my. – Jagodę ciągle dziwiły niektóre Fifkowe umiejętności.
– Ma o wiele lepszy słuch. I świetny zegar wewnętrzny. Nie musi sprawdzać godziny, żeby wiedzieć, że tata i Jeremi zaraz wrócą.
Otworzyły się drzwi wejściowe, z przedpokoju zaczęły dobiegać głosy, a w salonie pojawił się Jeremi. Za nim wkroczył tata, który – gdy zobaczył mamę, Jagodę i Fifkę, zgodnie polegujące na kanapie – od razu się uśmiechnął.
– Nie za dobrze wam? – zapytał.
– W sam raz. – Mama odwzajemniła uśmiech. – W taki dzień to najlepsze zajęcie.
– Dzień mamy nieciekawy, owszem. Wieje i śnieży. Pogoda taka, że psa by nie wygnał.
– Kto by chciał wygnać Fifi? – Jagoda przytuliła się do suczki, która pachniała trochę jak las, a trochę jak orzechy. W każdym razie: ładnie.
– Nikt by nie chciał. Tak się po prostu mówi. Właściwie to trochę niefajne jest to powiedzenie. – Tata się zamyślił.
– Mówi się też: pogoda pod psem, zejść na psy, pieskie życie – stwierdziła mama. Znała dużo różnych słów i powiedzeń, bo była pisarką.
– Biedny ten pies. Niby najlepszy przyjaciel człowieka, a jednak ludzie powymyślali tyle przysłów, w których pies kojarzy się z samymi przykrościami – stwierdziła Jagoda. – Nasza Fifi to ma boskie życie. – Wciąż leżała przytulona do ciepłego psiego ciała.
– Ale nie wszystkie psy tak mają. Widziałem ostatnio film ze schroniska. Było tam pełno porzuconych i chorych psów – odezwał się Jeremi. – W schronisku je leczą, karmią i dobrze się nimi zajmują, ale one i tak są smutne, bo nie mają prawdziwego domu. – Odchrząknął, jakby coś utknęło mu w gardle.
Jagoda pomyślała, że nawet nastoletni chłopcy czasami zdradzają się ze swoim miękkim sercem.
– Nie mają swojego stada. Właśnie o tym przed chwilą rozmawiałyśmy z Jagódką. – Mamie też zrobiło się smutno. Skinęła głową w stronę Fifi. – Ona ma dobre życie, ale na świecie jest tyle porzuconych, zaniedbanych, źle traktowanych psów… Te, którym trafił się taki dom, jaki my daliśmy Fifi, wygrały los na psiej loterii. Wiele innych nie miało takiego szczęścia. – Pokiwała głową, wyraźnie przygnębiona.
Zrobiło się cicho, wszyscy zmarkotnieli. Mama chciała coś jeszcze powiedzieć, Jagoda dostrzegła to w jej oczach. Jednak trwało to tylko ułamek sekundy. Mama westchnęła cicho i podniosła się z kanapy. Żwawym tonem, którego używała wtedy, gdy zależało jej na tym, żeby dzieciom było wesoło, zapytała:
– To co, moje stado, idziemy robić obiad?
Pytanie zostało przyjęte z entuzjazmem. Cztery pary nóg pomaszerowały w stronę kuchni.
Po chwili dołączyły do nich cztery łapy.
– No właśnie. – Mama nachyliła się nad legowiskiem. –Gdybyś ty była sama na zewnątrz w taką pogodę…
Myślała o ich popołudniowej rozmowie. I o wszystkich psach, które nie miały swojej dobrej, opiekuńczej rodziny.
– Ale nie jesteś. – Pogłaskała suczkę po ciepłym, odsłoniętym brzuchu. – Posłanko, kocyk, bezpieczeństwo. Masz naprawdę nieźle. – Poprawiła polarowy ocieplacz, zgasiła światło i poszła na górę, gdzie były pokoje dzieci. W pokoju Jagody wciąż był włączony audiobook, a u Jeremiego paliło się światło, oboje jednak spali. Mama wyłączyła sprzęty i zeszła na dół, do sypialni.
Fifi leżała w swoim legowisku, ale nie spała. Podniosła się, nastawiła prawe ucho, nasłuchiwała. Kiedy się upewniła, że w domu ustał ruch, podeszła do drzwi balkonowych. Można było przez nie patrzeć na drzewa, krzewy, kwiaty i trawę. Oczywiście tylko wtedy, kiedy było je widać – teraz zasypał je śnieg. I wciąż go przybywało.
Ich ogród się zabielił. Trwała zimna, pozbawiona barw pora cyklu kierującego wszystkim, co istniało na świecie. Cykl się zaczynał i kończył. Kończył i zaczynał. Najpierw ziemia ożywała, a w niej tłuste larwy, które Fifi wykopywała i zjadała. Potem na gałęziach pojawiały się listki, dołączały do nich zapachy i kolory. Jeszcze później przychodziło ciepło. Czasem miłe, a wtedy można było się wylegiwać na trawie, czasem jednak zbyt intensywne –robiło się wtedy gorąco, a Fifi szła pod drzewo, w cień, albo szykowała sobie norę w ziemi. Ale nie tam, gdzie rosną kolorowe rośliny, do których zlatują się brzęczące owady, bo wtedy Ludka…
Ludka, czyli najważniejsza z ludzi. Fifi nazywała ją w taki właśnie sposób. Co prawda dwunożni zwracali się do niej inaczej, ale żaden pies by tego nie powtórzył, nawet w myślach. Te wszystkie „agn” i „szszsz”…
Agnieszka, tak brzmiało to imię.
Ludzie, tak jak psy, powinni się nazywać krótko i skocznie.
Fifi. Ludka.
Mniejsi dwunożni mówili do Ludki „mamo”. Owo „mamo” niosło się po domu od rana do wieczora. Ale nikt więcej tak Ludki nie nazywał – to było określenie, którego używało tylko jej potomstwo.
No ale wróćmy do kopania w rabatach. Kiedy Fifi buszowała wśród roślin, Ludka robiła taką minę, że lepiej było od razu przestać. Fifi szybko się nauczyła, co jej wolno, a czego nie. Ludka nie musiała wiele mówić, zresztą trudno by było ją zrozumieć, bo każda z nich miała swój, odrębny język. Wystarczyło jednak, że Ludka popatrzyła na Fifi, kiedy ta wykopywała kwiaty, żeby urządzić sobie dające chłód legowisko. Mina Ludki – smutne oczy, zaciśnięte wargi – od razu sprawiała, że Fifi wycofywała się z rabatek.
Fifi najbardziej lubiła chwile, kiedy Ludka była z niej zadowolona. Ludka szczerzyła wtedy zęby, co było zdumiewające, bo wcale nie oznaczało, że była na Fifi zła. Odwrotnie – to była oznaka dobrego humoru. Ludzie to dziwne istoty, u psów by coś takiego nie przeszło. Psy pokazują kły, by ostrzec, że planują atak. Ludka zaś nigdy nikogo nie atakowała, była spokojna i przyjacielska.
Tak, Ludka zachowywała się czasem niezrozumiale, ale tacy właśnie są ludzie – te dwunożne istoty, które zabierają psy do swoich domów. I razem z nimi tworzą stada – mieszane, międzygatunkowe.
Fifi znowu cichutko pisnęła. To się zdarzało, kiedy w jej głowie pojawiała się Ludka. Wtedy przez brzuszek Fifi przetaczała się kula ciepła.
Ach, właśnie! Ciepło! Cykl, który się zaczynał i kończył, kończył i zaczynał! A więc kolejna pora to słońce i upał; później natomiast słońca było coraz mniej – ciepły był już tylko środek dnia, a noce robiły się chłodne. Ich ogród się wtedy zmieniał. Pojawiały się owoce na drzewach, a znikały z nich liście.
Aż wreszcie z nieba zaczynał sypać zimny, biały puch.
Prawdziwe stado Fifi, tak jak ona czworonożne, nie mogłoby żyć w krainie pełnej śniegu, bo z pewnością by pozamarzało. Krótka sierść, drobne ciała, mało tłuszczu. Nie, Fifi na pewno nie przybyła z miejsca, w którym panował mróz. Ale nie pamiętała, skąd jest. No, może miała we wspomnieniach jakieś niewyraźne obrazki z bardzo dawnych czasów… Ona na czymś miękkim, a obok drugie, podobne stworzenie, większe, ciepłe, liżące ją. Masowanie brzuszka. Mleko. Spokój, bezpieczeństwo.
Później wszystko zniknęło i pojawiła się ona, to znaczy Ludka. Spojrzała na Fifi, zaczęła wydawać z siebie wysokie dźwięki, podnosić wargę i odsłaniać zęby. Choć wyglądała dziwnie, Fifi czuła, że ma dobre zamiary, więc pozwoliła dwunożnej istocie schylić się, złapać ją w objęcia i już nie wypuścić.
Fifi miała dobrze u Ludki. Spokój, jedzenie, wyjścia na spacery, zwłaszcza do lasu. Czasem wskakiwała do poruszającego się urządzenia z kołami i jechały z Ludką daleko od ich siedliska – daleko do tego stopnia, że Fifi, gdy podnosiła nos, nie potrafiła wyczuć, gdzie się znajduje. Nie wróciłaby stamtąd do domu. W takich chwilach jeszcze bardziej pilnowała się Ludki.
Fifi spotykała podczas spacerów różne psy i suki, zwykle zadowolone z życia. Ale bywały i osobniki bez swoich ludzi. Albo nawet z ludźmi, ale takimi, którzy byli źli. Ich stada były okropne – ludzie dbali o siebie, o swoje jedzenie i spanie, natomiast karcili, bili, a czasem nawet porzucali psie osobniki.
Ludka była dobrą opiekunką stada, mimo że czasami zachowywała się tak, jakby zajmowała w ich gromadzie takie samo miejsce co Fifi. Pozwalała skakać na siebie, dawała się lizać, zawsze głaskała Fifi, kiedy ta tego chciała, nawet jeśli była zajęta czym innym. Zdarzało się, że najpierw karmiła Fifi, a sama jadła później. To ostatnie było chyba najdziwniejsze.
A jednak Fifi wiedziała, kto tu jest numerem jeden. Po prostu to wiedziała. Psy mają tę przewagę nad ludźmi, że kieruje nimi coś, co mają w środku i co dostały od swoich przodków. Słuchają swojego wewnętrznego głosu. Ludzie ten instynkt zatracili. Żyli tak, jakby nie byli częścią natury.
Zatem wszystko w życiu Fifi było dobre.
No, prawie wszystko.
Na czele stada, wiadomo, stoi samica lub samiec, który mu przewodzi. Z tyłu zaś powinna się zebrać gromada. I w tym domu żyła gromada, tylko że…
Przebywały tu stworzenia wyłącznie odmiennego niż Fifi gatunku – ludzkiego. Ludka i Ludek, drugi dorosły, którego ludzkie imię było tak samo trudne do wypowiedzenia, jak imię Ludki. Też zaczynało się na „A”, tylko mniej szeleściło – Andrzej. Było też ich potomstwo: Najstarsza, Środkowy i Mała.
Gdy Fifi zjawiła się w tym domu, Najstarsza, z ludzkim imieniem Kalina, już tu mieszkała. Środkowy, czyli Jeremi – też.
Potem dołączyła do nich Mała – Jagoda.
Ludka bardzo się troszczyła o swoje dzieci. I też często pozwalała im hasać bardziej, niżby to wynikało z jej własnych preferencji.
Psich stworzeń – innych niż Fifi – nie było.
Teraz Fifi spojrzała w niebo, a potem na wprost – tam, gdzie szum wiatru mieszał się z szumem drzew. Ona i Ludka nigdy nie chodziły do lasu w nocy. Dziwne. Przecież w nocy słychać lepiej, widzi się dobrze, jest spokojniej. No ale Ludka była z innego świata, niektórych rzeczy po prostu nie rozumiała. I bała się wychodzić w mrok.
Fifi nie bała się ciemności. Przy Ludce nie bała się niczego.
Natomiast gdy nie było Ludki, Fifi trochę obawiała się samotności.
A nawet trochę bardzo.
Kiedy w domu znajdowali się inni członkowie stada, Fifi czuła się dobrze. Ale gdy znikali za drzwiami i wokół robiło się cicho i pusto, wtedy nagle wszystko się zmieniało.
Fifi nigdy tak naprawdę nie miała pewności, czy Ludka wróci. Niby do tej pory zawsze tak było, ale kto wie, co się zdarzy w świecie za drzwiami? Czy w miskach znowu pojawi się jedzenie i picie? Czy Ludka przymocuje jeszcze kiedyś do jej obroży smycz i pójdą w las?
Nic nie było pewne, gdy Ludki i innych bliskich ludzi nie było obok. Ten stan paraliżował Fifi. Zachowywała się wtedy jak przerażona sarenka. Nie szczekała, nie piszczała, po prostu zastygała w jednej pozie i w jednym miejscu, wyczekując zgrzytu klucza w zamku.
W chwilach tej okropnej rozłąki myślała, że byłoby zupełnie inaczej, gdyby w ich gromadzie pojawił się drugi psi osobnik.
Och, wtedy to by było prawdziwe stado! A Fifi już nigdy nie czułaby się samotna!
Ta myśl nie dawała jej ostatnio spokoju – wracała jak natrętna mucha.
Tylko jak to przekazać Ludce, skoro ona mówi zupełnie innym językiem? Fifi nauczyła się prosić o jedzenie, wyjście na spacer czy głaskanie, ale prośba o kolejnego członka stada to było coś zupełnie innego.
Fifi przypomniała sobie pewną scenę. Niedawno Ludka, Ludek i ich potomstwo dłużej niż zwykle siedzieli przy stole. W kącie pokoju stało drzewko z igłami, które pachniało lasem. Kiedy zaczęło się ściemniać, wszyscy podeszli do okna i wpatrzyli się w niebo. Co oni tam widzieli? Nagle zaczęli się śmiać i coś do siebie mówić, po czym wrócili do stołu. Fifi, która obserwowała ich z dywanu, pomyślała, że jedyną różnicą między początkiem a końcem tej sceny było to, że na niebie pojawiła się gwiazda.
Może dla ludzi jest ona czymś więcej niż tylko wskazówką, która pozwala nie zgubić drogi? Gdy stali przy oknie, wyglądali tak, jakby… Prosili o coś? Umawiali się na coś?
Fifi spojrzała na niebo. Było ciemne, ale wypatrzyła jedną gwiazdkę. Gdyby ona miała o coś poprosić, to…
Nagle za oknem zrobiło się dużo jaśniej.
Zza ciemnej, skłębionej masy chmur wypłynęła srebrna kula.
Mrok został przegnany przez księżyc.
Fifi cicho zawyła – w końcu w jej żyłach płynęła wilcza krew. To była jej prośba, skierowana do świata w obecności tej gwiazdy.
Może gdzieś jest jakiś pies, który usłyszy to wołanie i na nie odpowie?
Rozdział 2
Wiedział, co ono oznacza. Nie był tutaj sam. Niedaleko inny pies też siedział przy swojej budzie, od której nie mógł się oddalić, bo więził go gruby, metalowy łańcuch – tak samo jak jego.
Szczęk, trzask. Taki odgłos wydawała miska, którą tamten pies potrącał nosem, żeby sprawdzić, czy może jednak zostało w niej coś do jedzenia. Nie zostało, dźwięk był pusty.
Znał ten dźwięk aż za dobrze. Przyzwyczaił się do niego, tak samo jak do burczenia swojego brzucha. Był głodny. Prawie zawsze był głodny. Czasem, gdy spał, w jego snach pojawiały się grube kości albo kasza z tłuszczem. Czuł wtedy ich zapach, jakby naprawdę były w zasięgu jego pyska. Nigdy nic lepszego nie jadł. Po takim posiłku nawet zimno nie dokuczało mu zbyt mocno. Ani samotność. Ani lęk, że przyjdzie jakiś człowiek i…
Ludzie. Dwunożne istoty, od których zależał psi los. Oni żyli w domu, on tu – w budzie. Oni – razem, on – sam. Oni czuli się dobrze, on…
Gdy był młodszy, jakoś dawał sobie radę. Ludzie byli dla niego milsi, wtedy chyba bardziej im się podobał. Potrzebował mniej jedzenia. Gruba obroża zawieszona na jego drobnej szyi nie cisnęła tak bardzo. No i miał nadzieję, że może kiedyś zabiorą go do siebie, do domu – skąd pachniało jedzeniem i ciepłem.
Nic takiego się nie wydarzyło. Urósł i zrobiło się jeszcze gorzej.
Zło podpełzało do niego z każdej strony – jego brzuch był pusty, łapy cierpły od mrozu, skóra na szyi, otarta od zbyt ciasnej teraz obroży, piekła, a na podłodze jego budy szklił się lód.
Czuł, że długo tu nie wytrwa. Że niebawem przyjdzie taki moment, iż nie będzie miał siły się podnieść. A wtedy…
Tamten pies znowu zawył.
On z kolei nie wył. Nauczył się już, że może go za to spotkać kara – uderzenia drewnianym kijem, przed którym nie da się uciec, bo nie pozwala na to łańcuch.
Ciemne niebo zaczęło przepuszczać jasne przebłyski. Zza chmur powoli wysuwała się srebrna kula księżyca.
Podniósł się. Łapy mu drżały, ale się udało. Poczuł, że może. Że musi. Że jeśli teraz czegoś nie zrobi, to będzie z nim źle.
Ścisk w wychudzonej klatce piersiowej jakby zelżał. Łapy pewniej utrzymywały go w pozycji stojącej.
Księżyc wypłynął zza chmur i oświetlił okolicę.
Pies wszystko widział teraz wyraźnie – ubitą ziemię, którą wydeptał, krzywe deski jego budy, przez szpary których wpadał do środka wiatr, stary aluminiowy garnek, do którego czasem trafiały resztki ludzkiego jedzenia.
Ludzie. Głośni, groźni. Uważali, że mogą rządzić stadem, ale przecież nie tak to powinno wyglądać. Tak czuł. Coś w środku, coś bardzo głęboko w nim, mówiło mu, że stado to grupa, w której każdy wie, co ma robić, rozumie, gdzie jego miejsce. I jeśli się do tego stosuje, to ma dobre życie. W gromadzie siła.
On bardzo się starał robić to, czego ludzie od niego chcieli, ale ciągle się gubił w ich oczekiwaniach. Zawsze go karcili. Głosem, ręką, kijem. Nie chcieli go tu, widział to każdego dnia. A jednak go trzymali. Nie rozumiał tego. Czy wszyscy ludzie są tacy? Czy wszyscy są źli?
Księżyc oświetlał metalowe, splecione ze sobą kółka łańcucha, z których ostatnie było połączone z prętem wbitym w ziemię. Gdyby ten pręt wyjął, mógłby uciec.
Ale strach przed byciem zdanym tylko na siebie paraliżował go. Psy nie są samotnikami, muszą mieć swoją grupę. Mówił mu to ten głos w środku. Ale teraz mówił mu także, że lepiej spróbować żyć samotnie, niż umrzeć w złym stadzie.
Podszedł do pręta. Zaczął wokół niego kopać. Zmrożona ziemia nie chciała ustąpić pod jego pazurami, ale się nie poddawał. Drapał i drapał. W końcu pręt się poruszył, ale wciąż nie dało się go wyciągnąć. Spróbował zębami, lecz tylko poharatał sobie pysk.
Usiadł zrezygnowany. Nie wiedział, co robić. Zmęczył się, znowu zrobiło mu się bardzo zimno.
W oddali rozległo się wycie. Nie, to nie był tamten pies, który żalił się wcześniej. Ten głos miał w sobie coś innego. To nie był jego język, ale mimo to go zrozumiał. Słuchał teraz głosu wszystkich tych, którzy byli przed nim. Wilczego głosu.
Srebrna kula świeciła wprost na niego, a z lasu dobiegało:
– Uuuu! Uuuu!
Poderwał się, znowu poskrobał pazurami ziemię. Za mało, za słabo.
– Uuuu! Uuuuciekaaaj!
Zastygł. Dobrze usłyszał?
– Uuuciekaaaj!
Ale jak?
I nagle zrozumiał. Kilka razy mocniej nabrał powietrza, a potem rzucił się przed siebie. Skórzany pasek mocno wbił się w jego szyję, gdy metal się naprężył. Spróbował jeszcze raz, w drugą stronę. I znowu, znowu, znowu!
Wciąż był uwięziony przez pręt.
Był zmęczony i zrezygnowany. Skóra go piekła, na poranionych łapach pojawiły się kropelki krwi.
– Uuuu!
Ciemne chmury zaczęły powoli zakrywać srebrną kulę.
Spojrzał w niebo, na ten niknący księżyc.
Podniósł łeb. Otworzył pysk. Z jego gardła wydobył się dźwięk, jakiego nigdy wcześniej z siebie nie wydał.
– Uuuu!
Naprężył się, odbił i wyskoczył do przodu. Szarpnęło nim, ale się nie poddał. Znowu się przyczaił i znowu wybił przednimi łapami, jakby chciał doskoczyć do księżyca, który szybko malał.
Poczuł ból i szarpnięcie.
Ze srebrnej kuli został już tylko wąski skrawek.
Przez jego chude ciało przebiegł skurcz. Teraz albo nigdy. Jego życie decydowało się w tym momencie.
Podskoczył tak gwałtownie, że na ziemi zostały wyżłobienia po jego pazurach.
– Uuuu! – zawył.
Wydawało mu się, że unosi się nad ziemią.
– Uuu!
Tak, unosił się.
– Uuu… ciekłem!
Księżyc całkowicie wsunął się w ciemnostalowe chmury.
Był wolny.
Rozdział 3
– A może ty jesteś chora, co? – Mama nachyliła się nad Fifi. – Pokaż nos. – Przejechała dłonią po jej pyszczku. –Nie, w porządku. Śniadanie też zjadłaś. Brzuch cię nie boli? Albo coś innego? – Przyglądała się jej.
Fifi słuchała tego, co Ludka do niej mówi. To znaczy wpatrywała się w jej twarz i próbowała przełożyć z ludzkiego na psi.
