Czerwona nić - Agnieszka Jeż - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Czerwona nić ebook i audiobook

Agnieszka Jeż

4,3
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

25 osób interesuje się tą książką

Opis

Jedna nić. Dwa dzieciństwa. Trzydzieści lat milczenia

W latach dziewięćdziesiątych w Foluszu zamordowano dwoje dzieci. Z miejsca zbrodni zniknął sandał dziewczynki, obok chłopca leżała piłeczka. Mordercy nigdy nie złapano.

Trzy dekady później na Suwalszczyznę przyjeżdża Ruta – policjantka, która po przerwie wraca do służby. Chce odpocząć od przeszłości i zamieszkać na tych terenach.

Na strychu jednego z domów znajduje pudełko, a w nim dziewczęcy but przewiązany czerwoną nitką. Wraz z młodym posterunkowym odkrywa historię, którą pamiętały już tylko zakurzone akta.

Rozpoczynające się śledztwo sięga dalej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać – w głąb lasu, w ludzkie milczenie, w winę sprzed lat. A to, co miało chronić, staje się dowodem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 320

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 7 min

Lektor: Marta Kiermasz

Oceny
4,3 (58 ocen)
31
17
7
1
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
tynsik

Nie oderwiesz się od lektury

[Kryminał na talerzu] Niespieszny kryminał, w którym równie ważne, co sama zagadka, jest miejsce zdarzeń i psychologiczna kreacja postaci odkrywającej siebie na nowo - to ulubione elementy fabularne Agnieszki Jeż, z których korzysta ponownie tworząc nową serię z Rutą Rosieńską, a jej tom pierwszy to właśnie “Czerwona nić”. Ruta to czterdziestokilkuletnia kobieta, która symbolizuje całe pokolenie kobiet wychowanych jeszcze w zasadach społecznych jasno przypisujących tej płci stawianie innych przed samą siebie, ale doświadczających dorosłego życia w całkiem innej rzeczywistości - takiej, w której trzeba się nauczyć, że ja sama jestem równie ważna, co inni. I właśnie tak zaczyna się drugie życie Ruty - córka już studiuje, a ona uwalnia się z martwych relacji z mężem i rusza w spokojny kraniec Polski, do małej wioski pod Suwałkami, Rutki-Tartak. I to miejsce jest równie ważne, co ona sama. Napawa spokojem, ale też zaskakuje miksem kulturowym, religijnym, historią, która w tak pięknym, pełn...
10
Andrzej194

Nie oderwiesz się od lektury

Ciekawa i taka spokojna naracja.
00
Pasjaczytania

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna powieść i doskonała lektorka. Polecam.
00
Callen

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo spodobała mi się Ruta, nie tylko jako policjantka ale najbardziej jako kobieta. Historia zaczęła świetną serię, czekam na kolejne.
00
AT_Czlonka

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna, poleca.
00

Popularność




Prolog

Zatrzy­mała się.

Pod sto­pami miała miękki, lekko wil­gotny mech. Uklę­kła na nim. Obok posta­wiła wikli­nowy koszyk. Zło­żyła dło­nie, pod­nio­sła brodę i zaczęła szybko poru­szać ustami.

Świat sta­nął. Nie było tego, co wła­śnie się wyda­rzyło. Nie było tego, co musiało przyjść. Była tylko ona i jej modli­twa.

Słowa wypo­wia­dane coraz szyb­ciej, coraz bar­dziej gorącz­kowo, jakby mogły zmie­nić prze­szłość. Nie mogły, ale miały inną moc.

Opu­ściła głowę, prze­że­gnała się. Wstała z kolan i się­gnęła po koszyk.

Był ciężki, bar­dzo ciężki, mimo że wypeł­niały go pra­wie same zioła. Pra­wie.

Wie­działa już, co zrobi. Będzie mil­czała. Poroz­ma­wiała z Nim, ale z ludźmi nie będzie roz­ma­wiać.

Ruszyła przed sie­bie, przez las i łąkę, i znowu las, i znowu łąka. Zmie­niały się odcie­nie zie­leni, aż doszła do domu.

Naci­snęła klamkę i otwo­rzyła drzwi. Drew­niane deski skrzy­piały, kiedy szła przez kuch­nię i kolejny pokój. W trze­cim pomiesz­cze­niu sta­nęła przed nią – matką z dziec­kiem. Przej­mu­jąco patrzyła na nią ze ściany, z ikony.

Zabo­lało, gdy pomy­ślała, co ta ziem­ska będzie prze­ży­wała.

Posta­wiła koszyk na pod­ło­dze. Się­gnęła po zapałki; po chwili roz­bły­snął pło­mień.

Schy­liła się po pudełko, które stało na szafce. Posta­wiła je na sto­liku, unio­sła wieczko. Była tam. Czer­wona nić.

Pode­szła do okna. Zapa­dał już zmrok, ale jesz­cze było widać żółte punk­ciki.

Wzięła z kuchni nożyczki i udała się do wyj­ścia. Prze­szła przez ganek, podwórko, na róg domu. Pochy­liła się i wyko­nała kilka cięć. Zapach­niało inten­syw­nie, słodko–gorzko.

Wró­ciła do środka.

Sta­nęła przy sto­liku. W pokoju też zro­biło się sza­rawo, ale blask świecy roz­ja­śniał miej­sce, w któ­rym się znaj­do­wała.

W dło­niach trzy­mała ściętą roślinę.

Czer­wona nitka chroni, a ona odpę­dzi zło i objawi prawdę.

Ruta.

Rozdział 1

„Nie ma mniej­szej jed­nostki orga­ni­za­cyj­nej w pol­skiej poli­cji niż poste­ru­nek. Poste­ru­nek Poli­cji w Rutce-Tar­taku pod­lega pod Komendę Miej­ską Poli­cji w Suwał­kach. Tutej­sza jed­nostka ma wśród zadań m.in. obo­wiązki zwią­zane z pre­wen­cją i zada­nia służby kry­mi­nal­nej”.

Patrzyła na pla­kat wiszący na ścia­nie. Ładny kre­dowy papier, wyraźny czarny druk. W tle, pod napi­sem, zdję­cie budynku z szyl­dem: „Poli­cja”. Wyglą­dał na rze­czy­wi­ście ist­nie­jący, nie­wy­ge­ne­ro­wany kom­pu­te­rowo. Gdzieś w Pol­sce stał taki obiekt – nowo­cze­sny, duży, suge­ru­jący, że w jego wnę­trzu pra­cują pro­fe­sjo­na­li­ści zaj­mu­jący się trud­nymi spra­wami.

Usły­szała dźwięk dobie­ga­jący z ulicy. Odwró­ciła się i pode­szła do okna. Lekko odsu­nęła firankę, wznie­ca­jąc dro­binki kurzu. Kich­nęła raz i kolejny, i znowu, aż z oczu pole­ciały jej łzy.

– Cho­lera. – Się­gnęła do kie­szeni spodni po chu­s­teczkę. Wyglą­dało na to, że jest wraż­liwa na kurz. Może nawet uczu­lona? W każ­dym wieku można dowie­dzieć się o sobie cze­goś nowego.

Przed budyn­kiem zatrzy­mał się samo­chód oso­bowy. Wysia­dło z niego trzech mło­dych męż­czyzn w ubra­niach robo­czych. Wysłu­żone gra­na­towe kombi odje­chało, a faceci poszli w dół. Po chwili skrę­cili w bramę po pra­wej stro­nie. Na ogro­dze­niu tej pose­sji widziała reklamę pokoi do wyna­ję­cia. Pró­bo­wała sobie wyobra­zić, jak oko­lica zalud­nia się tury­stami, ale jej nie szło. Chyba słusz­nie, bo dru­gie ogło­sze­nie, mniej wybla­kłe, brzmiało: „Dom na sprze­daż”.

Kto by chciał przy­je­chać na koniec świata?

Znowu kich­nęła. Poczuła, że ma lep­kie palce. Przyj­rzała się tka­ni­nie – nie była kre­mowa, jak jej się wyda­wało. Była brudna. I pożół­kła od słońca.

Prze­je­chała pal­cem po para­pe­cie. O dziwo – był czy­sty.

W pomiesz­cze­niach, które widziała – dwa pokoje, kuch­nia, toa­leta, urzą­dzo­nych w stylu pomię­dzy urzę­dem gmin­nym a ośrod­kiem Fun­du­szu Wcza­sów Pra­cow­ni­czych, też było w miarę czy­sto, przy­naj­mniej na pierw­szy rzut oka, kiedy patrzyła na duże, pła­skie powierzch­nie. Lustro w przed­po­koju – swoją drogą inte­re­su­jący pomysł jak na poste­ru­nek poli­cji; zapewne pamiątka z daw­nych lat, na co wska­zy­wały lek­kie zaśnie­dze­nie i fakt, że przy­mo­co­wano je do ściany czte­rema gru­bymi śru­bami, po któ­rych zosta­łyby w tynku dziury – też wyglą­dało na wyczysz­czone.

„Nie będziesz sama, mamy tam chło­paka. Młody, ale dobrze rokuje. Zresztą nie­długo się prze­ko­nasz”.

Wie­działa, że teraz go nie ma, poje­chał na tygo­dniowy urlop. Przed wypo­czyn­kiem pew­nie miał przy­ka­zane sprząt­nąć. „Ogar­nij tam”, tak wyobra­ziła sobie to pole­ce­nie.

Miała więc zacząć w poje­dynkę. W życiu pry­wat­nym też wystar­to­wała z tego samego punktu: solo.

Poszła w stronę wyj­ścia. Jak na poste­ru­nek, obiekt był ory­gi­nal­nie zaaran­żo­wany – do budynku wcho­dziło się przez ganek, nad któ­rym znaj­do­wał się taras. Pomy­ślała, że wcze­śniej zapewne był to pry­watny dom, który potem zaadap­to­wano na potrzeby poli­cji. Pyta­nie, czy poli­cja w ogóle była tu potrzebna.

Kiedy jechała tu z Suwałk, miała wra­że­nie, że tra­fiła do kra­iny, gdzie zde­cy­do­wa­nie rzą­dzi natura. Mijane domy w więk­szo­ści były sta­rymi gospo­dar­stwami wro­śnię­tymi w kra­jo­braz. Nie­które spra­wiały wra­że­nie opu­sto­sza­łych. Zauwa­żyła nie­wiele nowych budyn­ków, nie­które na pewno były let­ni­skowe.

„Oko­lica się wylud­nia, ale porządku trzeba pil­no­wać”, powie­dział Mar­cin. Teo­re­tycz­nie miał rację, ale czuła, że za tą dekla­ra­cją stoi coś jesz­cze – chciał jej pomóc. Nie owi­jała w bawełnę, kiedy do niego zadzwo­niła. Powie­działa mu wprost, jak się sprawy mają. Wysłu­chał, a potem zapro­po­no­wał jej to miej­sce. Szybko, bez waha­nia, odsy­ła­nia jej, bez „ode­zwę się”, „zoba­czymy, co da się zro­bić”. Zawsze taki był, szyb­ko­strzelny i zde­cy­do­wany, a teraz dodat­kowo miał ku temu moż­li­wo­ści – został komen­dan­tem w Suwał­kach, z gabi­ne­tem urzą­dzo­nym na wysoki połysk.

Nie bez zna­cze­nia był też fakt, że poli­cja w całej Pol­sce bory­kała się z waka­tami. Kil­ka­na­ście pro­cent nie­ob­sa­dzo­nych sta­no­wisk, taki był bilans. Wie­działa, że przyj­mują wszyst­kich, jak leci. Tych, któ­rzy poszli na eme­ry­turę i szu­kali dodat­ko­wego źró­dła dochodu. Tych, któ­rzy ode­szli ze służby i teraz chcieli wró­cić. Nowych. Mło­dych. Star­szych. Każ­dego, więc i ona miała spore szanse, że ją przyjmą, choć miała też kon­kretne ocze­ki­wa­nia.

„W twoim wieku, mamo? To zna­czy bez urazy, ale prze­cież wiesz, jak jest”, powie­działa Monika, jej córka. Nie wie­działa, jak jest. Wie­działa, jak było, i za nic na świe­cie nie chciała tego kon­ty­nu­ować.

Wyszła na zewnątrz. Cie­pło, zde­cy­do­wa­nie ponad dwa­dzie­ścia stopni, a do tego czy­ste słońce. Być może gdzie indziej nie zro­bi­łoby to wra­że­nia, ale tu, na tym pol­skim bie­gu­nie zimna, cie­szyło.

Spę­dzała kie­dyś waka­cje na Suwalsz­czyź­nie. Lipiec. Zimno, każ­dego dnia padało, nie roz­sta­wała się z bluzą. Dwa takie podej­ścia – desz­czowe i chłodne – i odpu­ściła sobie ten kawa­łek Pol­ski, pla­nu­jąc urlop.

A teraz miała tu miesz­kać i pra­co­wać na stałe.

Usia­dła na pierw­szym stop­niu. Do przy­jazdu Mar­cina zostało jesz­cze kilka minut, o ile będzie punk­tu­alny. Pod­czas pierw­szego – po wielu latach – spo­tka­nia w jego gabi­ne­cie zorien­to­wała się, że jego kalen­darz jest wypeł­niony po brzegi. Zebra­nia, narady. Mnó­stwo ofi­cjal­nych wyda­rzeń. „Nie ganiam za prze­stęp­cami z bro­nią w ręku”, zaśmiał się. Oczy­wi­ście, że nie, pomy­ślała. W tym mun­du­rze byłoby mu nie­wy­god­nie. I tro­chę mu się przy­tyło. Włosy też miał inne niż wtedy, gdy razem byli w szkole poli­cyj­nej. „Zesta­rzał się”, prze­le­ciało jej przez głowę. A zaraz potem – że prze­cież są rów­no­lat­kami, więc ona też nie jest już tą młodą dziew­czyną ze Szczytna, która…

Tym razem samo­chód wyglą­dał zupeł­nie ina­czej. Czy­sty, błysz­czący nawo­sko­waną karo­se­rią w pro­mie­niach czerw­co­wego słońca.

Pod­nio­sła się i prze­szła na pod­jazd.

– Cześć. – Mar­cin Kry­nicki wysiadł z auta.

Jego SUV wyglą­dał na nowy, cena na pewno prze­kro­czyła sto pięć­dzie­siąt tysięcy. Ona za swoją ośmio­let­nią oso­bówkę wzię­łaby pew­nie trzy­dzie­ści tysięcy albo i mniej.

– Wierna tej samej marce. – Uśmiech­nął się, patrząc na zna­czek z przodu maski.

– Wybór Arka. Dla mnie to ni­gdy nie miało spe­cjal­nego zna­cze­nia. – Wzru­szyła ramio­nami.

– Twój mąż zawsze wie­dział, co dobre. – Pod­szedł do niej i poca­ło­wał ją w poli­czek, bez zawa­ha­nia. Pod­czas spo­tka­nia w gabi­ne­cie zro­bił to samo, choć wie­dział, że przy­je­chała w spra­wie pracy. Zacho­wy­wał się tak, jakby od czasu ich mło­dzień­czego związku minęło kilka mie­sięcy, a nie ćwierć wieku. – No to jak ci się widzi? – Zanim zdą­żyła odpo­wie­dzieć, znowu się ode­zwał: – Spo­kój, cisza, aku­rat, żeby do eme­ry­tury dotrwać. Choć jak na cie­bie patrzę, to sobie myślę, że jaka eme­ry­tura? Świet­nie wyglą­dasz. – Wpa­try­wał się w nią. – Chyba już o tym wspo­mi­na­łem?

– Dzięki. Uprzejmy jesteś. – Kiw­nęła głową.

– Szczery. Po pro­stu szczery. Zawsze taki byłem. – Zapa­dła cisza. – No to tak. – Kry­nicki odchrząk­nął. – Gene­ral­nie, na pierw­szy rzut oka, to można pomy­śleć, że to żadne mecyje. Zadu­pie czy ład­niej „pro­win­cja”, kariery tu się nie zrobi. Ale tobie nie na tym zależy, więc… – Urwał. – Byłaś już w środku?

– Byłam – przy­tak­nęła.

– Ja jesz­cze nie, tyle roboty ostat­nio. No to opro­wadź jak gospo­dyni.

Skrzy­wiła się. „Gospo­dyni”, jakby miała tu sprzą­tać, a nie pra­co­wać jako poli­cjantka.

Niczego nie zauwa­żył, patrzył na nią wycze­ku­jąco.

– Chodźmy – powie­działa więc.

– No, niczego sobie. Odma­lo­wane, nawet czy­sto. – Prze­je­chał pal­cem po para­pe­cie. – Patryk się spra­wił, miał zapo­wie­dziane, żeby posprzą­tać, zanim jego sze­fowa się zjawi. – Popra­wił firankę, a ona kich­nęła. – Prze­zię­bi­łaś się?

– Chyba aler­gia. – Pokrę­ciła głową.

– Byłoby nie­do­brze, bo tu wszę­dzie pełno natury. Sama natura wła­ści­wie. – Znowu zawie­sił na niej wzrok.

– Może przej­dzie. – Nie miała ochoty tłu­ma­czyć mu, jak się sprząta. I tak by pew­nie ni­gdy nie wyko­rzy­stał tej wie­dzy.

– O, pre­wen­cja, widzisz. – Patrzył teraz na pla­kat w kory­ta­rzu. – Zada­nia służby kry­mi­nal­nej też tu wypi­sane, ale to tak dla porządku, bo na tych tere­nach nic się nie dzieje. Tro­chę po bim­brze albo wódce, ale to mię­dzy sobą zała­twiają, cza­sem coś przy­jezd­nym przyj­dzie do głowy w waka­cje.

– Jeśli przy­jadą. Dom obok z poko­jami na wyna­jem jest na sprze­daż.

– Biz­nes nie zawsze wycho­dzi. Ale ludzie pró­bują i nie­któ­rym się udaje. Pięk­nie tu jest, to bez dwóch zdań. Sporo jezior, czy­sto. Tylko trzeba mieć odpo­wied­nią ofertę dla tury­stów, oni coraz bar­dziej wyma­ga­jący. Jeż­dżą po świe­cie, napa­trzyli się. Czym im zaim­po­nu­jesz? Poko­jem na wyna­jem? Z dru­giej strony, czasy nie­pewne, nie wia­domo, czy tu inwe­sto­wać, bo prze­cież w razie jakby co, to tym naszym prze­smy­kiem by się ruskie wlali do kraju. Zaraz wej­dzie roz­po­rzą­dze­nie, że na gra­nicę mają wró­cić kon­trole. Tu obok spory poste­ru­nek straży gra­nicz­nej, przed­sta­wię cię. Oprócz tego dołą­czą żan­dar­me­ria woj­skowa i tery­to­rialsi. Więc z jed­nej strony, niby jakieś zagro­że­nie, bo wia­domo, że gra­nica nie jest szczelna i różni się przez nią prze­ci­skają, ale z dru­giej – obstawa zaraz tu będzie taka, że hej. Natę­że­nie mun­du­ro­wych na kilo­metr kwa­dra­towy spore.

– Mimo wszystko chcia­ła­bym, żeby moja praca miała jakiś sens. Więk­szy niż wypeł­nia­nie i prze­kła­da­nie papie­rów.

– Uwa­żaj, o czym marzysz. – Kry­nicki się zaśmiał. – No, w każ­dym razie będzie ina­czej niż dotych­czas. Ale tego chcia­łaś, prawda?

Poki­wała głową. Nowe roz­da­nie, na tym jej prze­cież zale­żało. Cał­ko­wita zmiana oto­cze­nia, ale z zapew­nie­niem sobie sta­bil­nej pracy, z któ­rej za kilka lat nikt jej nie wywali, bo się zesta­rzeje jesz­cze bar­dziej. Spo­kój i bez­pieczne dotrwa­nie do eme­ry­tury.

– Więc tu jest teraz twój gabi­net. Widzę, że Patryk już się prze­niósł. – Kry­nicki spoj­rzał na uprząt­nięte biurko.

– Tak, do pokoju obok. Pew­nie z żalem, bo tam­ten to klitka.

– Na począ­tek w sam raz, do tej pory pano­szył się tu, bo mógł, ale to demo­ra­li­zu­jące, żeby tak mło­dzika roz­pusz­czać. Swoje trzeba przejść, odcze­kać. Zresztą jemu i tak się tra­fiła gratka, to zna­czy służ­bówka, tu, na górze. – Uniósł brodę. – Nic spe­cjal­nego, nie zazdrość, ale dach nad głową ma. Przy­je­chał tu pierw­szy i głu­pio by go było teraz prze­no­sić, zwłasz­cza że nie ma dokąd, a z tej pen­sji to co on by mógł? Poza tym nie wiem, czy byś wolała tu miesz­kać, tak na widoku. Samotna kobieta, nowa w oko­licy. Lokalna sen­sa­cja. Chyba lepiej w Suwał­kach. Przy­naj­mniej na jakiś czas, zanim się rozej­rzysz. I zde­cy­du­jesz, że zosta­jesz tu na dłu­żej.

A dokąd bym miała poje­chać?, pomy­ślała. Czter­dzie­ści sie­dem lat, roz­wód w toku, zło­żone wypo­wie­dze­nie w poprzed­niej pracy. Taką decy­zję pod­jęła, nie było odwrotu, teraz tylko do przodu, zresztą…

– Może to miej­sce jest ci pisane, co? – Z roz­my­ślań wyrwał ją głos Kry­nic­kiego. – Ile osób mieszka i pra­cuje w miej­sco­wo­ści, która nazywa się tak jak one. Wła­ści­wie to ni­gdy o to nie zapy­ta­łem, ale skąd u cie­bie takie imię, Ruta?

Nie wie­działa. Wielu rze­czy o sobie jesz­cze nie wie­działa.

Kie­dyś dawno temu pra­co­wała w poli­cji, a potem rzu­ciła służbę i prze­nio­sła się za biurko do urzędu mia­sta, żeby godzić życie rodzinne z zawo­do­wym. „Kom­pro­mis to sztuka dzie­le­nia cia­sta tak, aby każdy myślał, że dostał naj­więk­szy kawa­łek”, powie­dział kie­dyś jej mąż. On i Monika, ich córka, rze­czy­wi­ście mieli na tale­rzy­kach solidne por­cje, jej się tra­fiały okru­chy. Akcep­to­wała to – do czasu. Aż wresz­cie, ku zdzi­wie­niu wszyst­kich, powie­działa: dość. Sama też była zdu­miona tym… tą… Odwagą? Bra­wurą? Sza­leń­stwem? Nie wie­działa jesz­cze, jak to nazwać.

Jedno było pewne: zaczy­nała życie na nowo.

„A ty wiesz, że jest coś takiego do wzię­cia? Tam, gdzie wrony pętle mają. Za Suwał­kami. Choć Rucie to może będzie paso­wać, zresztą podob­nie się nazywa”, powie­dział Kry­nicki.

Star­sza aspi­rant Ruta Rosień­ska zaczy­nała pracę na poste­runku w Rutce-Tar­taku.

Rozdział 2

Zamknęła za sobą drzwi. Po raz ostatni oglą­dała to wnę­trze. Było jej z tym i źle, i dobrze.

Oparła się o ścianę. Czuła cię­żar, który doci­skał jej klatkę pier­siową. Z tru­dem brała kolejne odde­chy. Jej kolana drżały.

To, co miało być uwol­nie­niem, zmie­niło się w przy­tło­cze­nie.

Pró­bo­wała pano­wać nad myślami, ale sła­bym ogni­wem tej życio­wej ukła­danki oka­zało się jej ciało. Zacho­wy­wało się tak, jakby wyrwało się spod kon­troli Ruty. Czuło i nie kryło się z tym.

– Wszystko dobrze, kochana? – Na pół­pię­trze poja­wiła się kobieca postać. Nie­wy­soka, kor­pu­lentna, lekko zdy­szana, z siatką w dłoni. Kró­li­kowa, sąsiadka miesz­ka­jąca pię­tro wyżej.

– Dobrze. – Ruta wypro­sto­wała się i ode­rwała plecy od ściany.

– No, jak dobrze, to dobrze. – Kobieta sta­nęła obok niej. – Choć jak matka umiera, to ni­gdy nie jest dobrze, powiem ci. Niby taki los sta­rych ludzi, ale Halinka to jesz­cze mogła sobie pożyć, oj, mogła. Ile to ona na tej eme­ry­tu­rze była? Dwa lata? E, nawet mniej. Ja jej powta­rza­łam: pań­stwo ci daje, to prze­chodź. A ona uparta, że jesz­cze popra­cuje, to wię­cej potem pie­nię­dzy będzie miała. Tylko na co jej te pie­nią­dze? Żyła skrom­nie, a gdyby coś się wyda­rzyło, to prze­cież miała córkę, co to sobie dobrze życie uło­żyła i na pewno by pomo­gła w razie potrzeby. Pomo­gła­byś, prawda?

Ruta poki­wała głową.

– No więc wła­śnie. Ale ona, jak to ona. Całe życie taka była. Skryta i honorna. Sama cię cho­wała, wia­domo, jaki to trud, jak nie ma peł­nej rodziny. Pen­sja jedna, czasu się nie dorobi. Ja to jej powta­rza­łam, że powinna się rozej­rzeć, prze­cież była ładna. Ale ona: nie i nie, bo praca, bo Ruta. Zresztą może i miała rację? Wia­domo, jak jest – obce dziecko to zawsze dla męż­czy­zny zawada. No ale potem ty wyje­cha­łaś się uczyć, a Halina została tu sama. Wtedy to już mogła się jakoś kon­kret­nie poroz­glą­dać. Na przy­kład do sana­to­rium poje­chać, choć tam ostra kon­ku­ren­cja, bo babek wię­cej, wszyst­kie by chciały kogoś zna­leźć. To może jakieś ogło­sze­nie albo cho­ciaż wycieczki z para­fii. Też nie. Aż w końcu się jej umarło. – Kobieta poki­wała głową. – Ale wiesz co? – ode­zwała się znowu. – Czę­sto mówiła, że cie­szy się, że tobie się tak uło­żyło. Mąż, dom, córka. Dostat­nio i dobrze sobie żyjesz. „Ja nie mam, ale Ruta ma”. Na pewno teraz patrzy na cie­bie z podzi­wem. – Sąsiadka wbiła spoj­rze­nie w sufit, któ­remu przy­da­łoby się malo­wa­nie. – A z miesz­ka­niem już posta­no­wi­łaś, co dalej? Ja to uwa­żam, że jeść nie woła, warto zatrzy­mać. Wynaj­miesz, to znisz­czą, co i raz się sły­szy o takich spra­wach. Sprze­dasz, a może za nie­długo byś wię­cej za nie wzięła? Przez ten czas, co stało puste, to zyskało na war­to­ści. Gdy­byś od razu spie­nię­żyła, była­byś stratna. No i się przy­dało, pomiesz­ka­łaś tu sobie na czas remontu.

Ruta poki­wała głową. Na­dal mil­czała. Nie miała ochoty na roz­mowę, zwłasz­cza w sytu­acji, gdy szcze­rość nie wcho­dziła w rachubę.

– Zresztą ni­gdy nie wia­domo, kto by się wpro­wa­dził. A tu spo­koj­nie się zawsze żyło. Teraz to już pra­wie same wdowy zostały, bar­dzo dobre towa­rzy­stwo.

Ruta się wzdry­gnęła. Życie w poje­dynkę do śmierci. Czy to miał być także jej los? Nie szu­kała nikogo, zresztą jesz­cze się nie roz­wio­dła. Dotych­cza­sowe doświad­cze­nia miała jed­nak takie, że spo­tkać faj­nego faceta nie jest łatwo. Pod­czas całego mał­żeń­stwa z Arkiem nie zda­rzyło się jej mieć żad­nych roman­so­wych pokus. I to nie tylko dla­tego, że była uczciwa w sto­sunku do męża, ale także dla­tego, że nie poznała nikogo, kto by ją zain­te­re­so­wał. Zresztą gdzie – w urzę­dzie mia­sta? Sfe­mi­ni­zo­wa­nym, a ci nie­liczni męż­czyźni, któ­rzy tam pra­co­wali, ska­kali z kwiatka na kwia­tek, a prze­cież jesz­cze mieli do obsko­cze­nia wła­sne domy i rodziny. Nie jej kli­mat, nie tego ocze­ki­wała od życia. Sule­jó­wek, małe pod­war­szaw­skie mia­sto, do sto­licy nie jeź­dziła, bo po co. No a teraz, w tej suwal­skiej dzi­czy…

– Idę, bo lody sobie kupi­łam, w pro­mo­cji. Litrowe pudełko. Co prawda wani­liowe, a ja bym wolała cze­ko­la­dowe, ale wzię­łam, jakie były. Nie wybrzy­dzam. Przyjdź kie­dyś, poroz­ma­wiamy. Od takiej małej cię znam, od takiej… – Kró­li­kowa prze­chy­liła się na bok, doty­ka­jąc siatką lastry­ko­wej pod­łogi. – No to na razie. Z Bogiem.

– Do widze­nia – odparła Ruta.

– A może byś chciała klu­cze zosta­wić? – Sąsiadka jesz­cze się odwró­ciła. – Mogę zaj­rzeć, odku­rzyć. Do Sie­dlec to masz kawa­łek od sie­bie z tej pra­wie sto­licy, po co to jeź­dzić?

– Dzię­kuję, nie będę robiła kło­potu. – Ruta uśmiech­nęła się i prze­ło­żyła klu­cze do torby. Wil­gotne dło­nie wytarła o spodnie. Nie lubiła kła­mać i prze­mil­czać, ale nie miała ochoty dzie­lić się z Kró­li­kową infor­ma­cjami na swój temat. Niech zosta­nie z prze­ko­na­niem, że Ruta wie­dzie dostat­nie życie u boku zarad­nego męża i we wła­śnie wyre­mon­to­wa­nym domu czeka teraz na wnuki. Tak będzie lepiej dla nich obu. Prze­su­nęła zło­żone na pół papiery z agen­cji nie­ru­cho­mo­ści, któ­rej zle­ciła sprze­daż miesz­ka­nia. Peł­no­moc­nic­two, które sprawi, że już ni­gdy nie sta­nie pod tymi drzwiami. Zasu­nęła zamek torebki i zaczęła scho­dzić.

Na pół­pię­trze się zawa­hała, ale już się nie obej­rzała.

*

Do Ostrowi Mazo­wiec­kiej jechała tak, jak przy­stało na tego typu tra­sach – przy­spie­sza­jąc, zwal­nia­jąc i roz­glą­da­jąc się. Droga woje­wódzka, poprze­ty­kana miej­sco­wo­ściami o trud­nych do zapa­mię­ta­nia nazwach. Odpo­wia­dało jej to, wcale nie miała ochoty na myśle­nie o tym, co za sobą zosta­wia. Cho­ciaż od wypro­wadzki z domu minęły ponad trzy mie­siące, na­dal nie poukła­dała sobie wszyst­kiego w gło­wie. Może zresztą już ni­gdy tego nie zrobi? Może już zawsze będzie ska­zana na mętlik i goni­twę myśli?

Doje­chała do Via Bal­tica. Albo E67, ale wolała tę pierw­szą nazwę – miała w sobie wię­cej nadziei. I przy­szło­ści.

Kolejne kilo­me­try poko­ny­wała gładko, mimo że był week­end. Pusto, spo­koj­nie, nie­an­ga­żu­jąco zbyt­nio uwagi. Kie­ru­nek wschodni nie był oble­gany ani tury­stycz­nie, ani han­dlowo. Wojna w Ukra­inie wiele zmie­niła. Może w Rucie także? A jesz­cze wcze­śniej pan­de­mia. Świat naj­pierw zwol­nił, zatrzy­mał wszyst­kich w domach, wytrą­cił z rutyny. Kilka lat życia w zawie­sze­niu, w warun­kach, które odbie­gały od tego, co się znało. To tak, jakby nagle wyjąć cho­mika z koło­wrotka i powie­dzieć mu, że już nie musi prze­bie­rać łap­kami. Ruta była przy­zwy­cza­jona do prze­bie­ra­nia, nagłe wyha­mo­wa­nie zmu­siło ją do roz­my­ślań nad swoim losem oraz odpo­wie­dzi na fun­da­men­talne i nie­chciane pyta­nia: Co prze­ży­łam? Czego doświad­czy­łam? Czy jestem szczę­śliwa? To wszystko w cza­sie walk tuż za wschod­nią gra­nicą, które poka­zy­wały kru­chość ludz­kiego ist­nie­nia. Tru­izm, banał – pew­nie tak, ale też prawda. Wojna była tym, czego już ni­gdy nie miało się doświad­czyć, przy­naj­mniej nie tu, w Euro­pie. „Żyj, jest póź­niej, niż ci się wydaje”. To hasło, które mignęło jej na jakimś scrol­lo­wa­nym obrazku w inter­ne­cie, też nie było odkryw­cze, a mimo to wstrzą­snęło nią. Na­dal jed­nak pamię­tała te słowa, nie wer­ba­li­zu­jąc ich. Doro­sła kobieta nie powinna ule­gać mrzon­kom, tylko trzy­mać się realiów, a te można stre­ścić: życie to nie bajka.

I może by tak było, może na­dal tkwi­łaby w daw­nym życiu, gdyby jej ciało nie zde­cy­do­wało się prze­jąć dowo­dze­nia.

W dniu czter­dzie­stych szó­stych uro­dzin Ruta obu­dziła się z takim bólem w klatce pier­sio­wej, że podej­rze­wała zawał. Arek zawiózł ją do szpi­tala. Bada­nia jed­nak niczego nie wyka­zały. Była zdrowa, NFZ nie miał na nią żad­nego pomy­słu. W końcu Ruta doszła do wnio­sku, że z jej zdro­wiem fizycz­nym wszystko jest w porządku – ona po pro­stu nie może dłu­żej znieść nija­kiego życia, z rów­nią pochyłą w kie­runku eme­ry­tury i śmierci. „Ale o co ci cho­dzi?”, zapy­tał Arek, gdy w końcu mu to powie­działa. Nie rozu­miał, widziała to w jego oczach. Wystar­czało mu, że ma zadbany dom, ładny ogród, łowie­nie ryb, mycie samo­chodu w każdą sobotę. I krótki romans, o któ­rym Ruta dowie­działa się post fac­tum i który to nie zro­bił na niej więk­szego wra­że­nia, co z jed­nej strony ją zdu­miało, ale z dru­giej – pozwo­liło poczuć, czym jest dla niej ich mał­żeń­stwo. Seks już od dawna ich nie łączył. Nie zastą­piła go intym­ność, czu­łość też nie. Byli spraw­nie dzia­ła­jącą firmą. Dwoje wspól­ni­ków nie­spe­cjal­nie zaan­ga­żo­wa­nych w swoje pry­watne życie.

– Cho­lera! – W ostat­niej chwili wyha­mo­wała przed oso­bówką, która nagle zaje­chała jej drogę. Świa­tła prze­pra­sza­jąco zamru­gały, więc zdjęła dłoń z klak­sonu.

Każ­demu może się zda­rzyć, pomy­ślała.

Nie­ostrożny manewr lub skok w bok. Albo decy­zja, żeby zakoń­czyć mał­żeń­stwo, które już w niczym nie przy­po­mina rela­cji sprzed lat. „Zwa­rio­wa­łaś”, stwier­dziła Anka, jej przy­ja­ciółka. „Albo już ci nie zależy”. „Chcę cze­goś innego”, odparła Ruta. Mię­dzy nimi się wypa­liło, pro­ces dłu­go­letni, nie­od­wra­calny. Na początku pró­bo­wała coś robić, dmu­chać w żar namięt­no­ści, czy jak to nazy­wają w gaze­tach dla kobiet, ale potem odpu­ściła, bo praca, bo dom, bo dziecko. Obo­wiązki, brak czasu, zmę­cze­nie. Proza życia wygrała z koron­kową bie­li­zną, kawior ustą­pił nale­śni­kom. Zresztą czy o to cho­dzi? O deko­ra­cje i gadżety? Rzecz w tym, co ludzie mają w środku, ku czemu dążą, co ich woła. Oka­zało się, że w tych spra­wach mię­dzy nią a jej mężem nie wystę­puje coś takiego jak zbiór wspólny. Zmie­nili się, a te zmiany miały prze­ciwne wek­tory. Myśl smutna, ale po dłu­gim cza­sie wewnętrz­nej szar­pa­niny przy­nio­sła ulgę. Nie było w tym niczy­jej winy, tak się po pro­stu zda­rza. I trzeba wycią­gnąć z tego wnio­ski.

Córka była zdzi­wiona chyba bar­dziej niż mąż. „Mamo, może to przez meno­pauzę? Różne rze­czy wtedy przy­cho­dzą kobie­tom do głowy”. Monika nale­żała do poko­le­nia, które nie owi­jało w bawełnę. Ruta popa­trzyła na nią i odparła: „Kobie­tami nie kie­rują tylko emo­cje i hor­mony. Podej­mują też świa­dome decy­zje. Męskie, jak to się mówi. Odcho­dzę od two­jego ojca”. To było po kilku mie­sią­cach sza­mo­ta­nia się, prób zbli­że­nia do męża i po wspól­nym wyjeź­dzie, który oka­zał się prze­ło­mowy – warunki all inc­lu­sive uświa­do­miły jej, że nawet luk­sus nie zapcha dziur w ich rela­cji. Ona chciała zwie­dzać, doświad­czać, czuć, on – korzy­stać ze wszyst­kich wygód w hotelu. Pod­czas kola­cji przy świe­cach mil­czeli. Przy śnia­da­niu roz­ma­wiali o pogo­dzie. Naj­go­rzej i jed­no­cze­śnie naj­le­piej wydane pie­nią­dze. „Waka­cje życia”, zachę­cał kolo­rowy fol­der biura podróży. W jakimś sen­sie – tak. Na pewno prze­ło­mowe.

Wró­cili do domu i Ruta spa­ko­wała swoje rze­czy. Zło­żyła wypo­wie­dze­nie w pracy i wyje­chała do Sie­dlec, do miesz­ka­nia, w któ­rym spę­dziła dzie­ciń­stwo i mło­dość. To nie był ten kie­ru­nek, o który jej cho­dziło, ale na począ­tek musiał wystar­czyć. Wer­sja eko­no­miczna – lokal za darmo, oszczęd­no­ści pozwolą na kilka mie­sięcy życia bez pracy.

Pierw­szy tydzień spę­dziła w szla­froku, snu­jąc się po miesz­ka­niu, z któ­rego dawno temu wyje­chała. Towa­rzy­szyły jej te same uczu­cia, któ­rych doświad­czała dziś, gdy po raz ostatni zamknęła za sobą te drzwi. Wyrzuty sumie­nia, że opusz­cza to miej­sce, i radość, że nie będzie ska­zana na życie w Sie­dl­cach.

Pierw­sza ucieczka miała miej­sce wtedy, gdy zdała maturę. Poszła do Wyż­szej Szkoły Poli­cji w Szczyt­nie. Powód był dość pro­za­iczny – miesz­kała z samot­nie ją wycho­wu­jącą matką, chciała się dalej uczyć, ale koszt stu­dio­wa­nia w obcym mie­ście był dla nich obu nie do udźwi­gnię­cia. Niby mogła szu­kać cze­goś na miej­scu lub w War­sza­wie i jakoś by się to pew­nie udało pocią­gnąć, ale po spi­sa­niu na kartce wszyst­kich „za” i „prze­ciw” padło jed­nak na poli­cję. Nie był to nie­prze­my­ślany wybór, Rucie wyda­wało się, że to zawód, w któ­rym ma szansę się odna­leźć, ponie­waż potrafi spraw­nie łączyć fakty, ana­li­zo­wać sprawy, lubi, gdy prze­pisy są prze­strze­gane. Matka zaś cały czas kła­dła jej do głowy, że po tej szkole będzie miała zagwa­ran­to­waną pracę i szyb­szą eme­ry­turę. To jakby Pana Boga za nogi zła­pać.

Matka umarła po roku bycia na eme­ry­tu­rze. Przez te dwa­na­ście mie­sięcy żyła wła­ści­wie jesz­cze mniej niż wtedy, gdy pra­co­wała w skle­pie papier­ni­czym. Nie wie­działa, czym wypeł­niać wolny czas. Dzwo­niła do Ruty i powta­rzała jej, jak się cie­szy, że jej córka tak dobrze uło­żyła sobie życie, mimo że to się wyda­rzyło dwa­dzie­ścia lat temu. „Odpo­wied­nio wyjść za mąż to dla kobiety wszystko”, powta­rzała. Ruta tak wła­śnie zro­biła – obrączkę na palec wło­żył jej chło­pak, który stu­dio­wał w sto­licy, wybrał roz­sądny, sta­bilny kie­ru­nek – eko­no­mię, no i chciał Rutę za żonę. Poznali się pod­czas waka­cji nad morzem. Pobrali się, kiedy ona skoń­czyła szkołę w Szczyt­nie, on był już cztery lata po magi­sterce. Zdą­żył w tym cza­sie odzie­dzi­czyć po rodzi­cach dom w Sule­jówku pod War­szawą, a Ruta dostała etat w komen­dzie w Miń­sku Mazo­wiec­kim. Wszystko było świet­nie, oprócz tego, że nie uda­wało im się z dziec­kiem. Dopiero po czte­rech latach mał­żeń­stwa Ruta zaszła w ciążę i na świe­cie poja­wiła się Monika. Ruta wzięła urlop macie­rzyń­ski, wró­ciła do pracy, gdy mała poszła do żłobka. Proza życia szybko poka­zała, że nawet naj­bar­dziej wycze­ki­wane przez rodzi­ców dziecko jest bar­dziej matki niż ojca. Ruta ode­szła więc ze służby, która „ruj­nuje rodzi­nom życie, jeśli to matka jest poli­cjantką”, i wybrała pracę w urzę­dzie mia­sta, bli­sko domu. Potem poszło z górki – mąż zara­biał, ona „cho­dziła sobie do roboty”, matka powta­rzała jej, że powinna na kola­nach do Czę­sto­chowy iść i dzię­ko­wać za takie szczę­ście.

Ruta zaś coraz mniej czuła się wybranką losu, ale wygodne, choć nudne życie toczyło się siłą przy­zwy­cza­je­nia. Kiedy matka umarła nagle na zawał, Ruta poje­chała posprzą­tać jej miesz­ka­nie. Choć to wła­ści­wie złe okre­śle­nie, ponie­waż Ewa Rosień­ska była pedan­tyczna i lubiła porzą­dek. Ruta po pro­stu zanu­rzyła się w zebrany na nie­ca­łych pięć­dzie­się­ciu metrach kwa­dra­to­wych świat, który kie­dyś współ­dzie­liły. Zna­la­zła swoje stare zeszyty, książki, zapi­ski. Przy­po­mniała sobie, że inte­re­so­wała się etno­lo­gią, lubiła przy­rodę, miała marze­nia, żeby żyć ina­czej, bar­dziej, nie tak jak u niej w domu. „Czuję, że ist­nieje rze­czy­wi­stość, która prze­kra­cza pro­za­iczną egzy­sten­cję” – zapi­sała w note­sie, gdy była dziew­czyną. Po latach, gdy spoj­rzała na te słowa, zaru­mie­niła się. Infan­tylne, choć jed­no­cze­śnie poczuła ukłu­cie… Czego? Żalu? Nie­speł­nie­nia? Gdyby teraz miała wska­zać pierw­szy moment, który dopro­wa­dził ją do roz­sta­nia z mężem i wyjazdu z Sule­jówka, to byłaby wła­śnie ta chwila. Póź­niej, gdy po raz kolejny doko­ny­wała ana­lizy swo­jego życia, pomy­ślała, że to było zna­czące – tak, jakby mama umarła po to, żeby ona mogła ruszyć do przodu. Nie miały tok­sycz­nej rela­cji, jak to się teraz czę­sto okre­śla. Ruta nie powie­dzia­łaby, że naba­wiła się przez matkę traum, że musi odgru­zo­wy­wać swoje dzie­ciń­stwo, by napra­wić doro­słość. Żyły zwy­czaj­nie, śred­nia kra­jowa. Finan­sowo poni­żej prze­cięt­nej, ale bez prze­mocy i innych pato­lo­gii. Jedyne, o co Ruta mogłaby mieć do mamy żal, to fakt, że ni­gdy nie chciała jej opo­wie­dzieć o prze­szło­ści – kim był jej ojciec, dla­czego nie miesz­kał z nimi. Pod­czas porząd­ko­wa­nia papie­rów zna­la­zła stare koperty zaadre­so­wane po rosyj­sku i litew­sku. Puste, bez listów. Z tyłu zaś, gdzie zwy­kle podaje się adres nadawcy, koperty miały wycięte okienka, jakby… Nie wie­działa, jakby co. Czy mama chciała je gdzieś wkleić, prze­cho­wać, uchro­nić przed zgu­bie­niem się? A może prze­ciw­nie? Nie chciała, żeby ktoś je odna­lazł? Tylko jedna zacho­wała się w cało­ści, ale została zalana wodą i atra­ment, któ­rym pisał nadawca, się roz­mył. Cyry­lica, która i tak spra­wiała Rucie wię­cej pro­ble­mów niż alfa­bet łaciń­ski, była teraz trudna do odczy­ta­nia. Mama trzy­mała te koperty w sza­fie, pod nie­uży­wa­nym od dawna koł­nie­rzem z lisa. Prze­dziwne miej­sce, zresztą sam koł­nierz też. Ruta aż się wzdry­gnęła, gdy się wysu­nął z folio­wego worka. Pamię­tała mamę w nim narzu­co­nym na płaszcz. I jego prze­ra­ża­jące pla­sti­kowe oczy. Co do kopert Ruta przy­pusz­czała, że mają zwią­zek z ich histo­rią rodzinną. Matka mało mówiła o korze­niach, ale prze­cież nadała jej imię Ruta. Pra­wie wszy­scy sądzili, że jest żydow­skie, czemu się dzi­wili, bo Ruta była ciemną blon­dynką o nie­bie­skich oczach. Zwy­kle jed­nak prze­mil­czali sprawę, „no bo z tym pocho­dze­niem to w Pol­sce wiesz”. Tym­cza­sem ona dostała to imię z zupeł­nie innego powodu. „Podobno litew­skie, poza tym ory­gi­nalne. Jedyna nie­zwy­czajna rzecz, jaką mogłam ci dać”, powie­działa matka.

Nie tylko to wyróż­niało Rutę Rosień­ską. Kiedy wypeł­niała papiery zwią­zane ze ślu­bem, w rubryce z przy­szłym nazwi­skiem wpi­sała swoje: Rosień­ska. Tak już zostało, choć mąż się tro­chę obru­szył, ale tylko tro­chę, bo nie chciał wyjść na kon­ser­wa­ty­stę, któ­rym mimo wszystko był. Matka powie­działa wtedy, że to zły znak i razem sta­ro­ści nie dożyją. Miała rację, jak się oka­zało.

I tak, we wspo­mnie­niach, nostal­gii, od czasu do czasu zacze­piana przez sąsiadkę Kró­li­kową, Ruta prze­żyła trzy mie­siące. Snuła wizje przy­szłej pracy, ale życie rewi­do­wało różne pomy­sły. Naj­więk­szym pro­ble­mem był brak pie­nię­dzy nie­po­zwa­la­jący na roz­po­czę­cie jakiejś dzia­łal­no­ści. Zaraz za nim nie­wiara we wła­sne siły. Aż wresz­cie prze­czy­tała arty­kuł o waka­tach w poli­cji i stwier­dziła, że to dobry trop. Tak, jak to przed­sta­wiała matka: sta­bil­nie i do eme­ry­tury.

Praca w służ­bach nie była zbyt roman­tyczna, ale ostat­nie kil­ka­na­ście lat, czyli biurko w refe­ra­cie podat­ków, też nie było. Poza tym Ruta uwa­żała, że jej cechy mogłyby się na coś w pracy poli­cyj­nej przy­dać. No i fakt, że kil­ka­na­ście lat temu zre­zy­gno­wała z tego wyboru ze względu na „dobro rodziny”, też miał zna­cze­nie. Teraz dobro było poje­dyn­cze, tylko jej, i chciała się o nie zatrosz­czyć.

Mogłaby wybrać ofi­cjalną ścieżkę, ale pomy­ślała o Mar­ci­nie, z któ­rym spo­ty­kała się pod­czas nauki w Szczyt­nie. Ich drogi się roze­szły, kiedy poznała Arka, ale on też już miał kogoś innego na oku. To nie była żadna wielka miłość, oboje to wie­dzieli. Ruta zachły­snęła się wol­no­ścią, dała się uwieść wyga­da­nemu i prze­bo­jo­wemu star­szemu kole­dze. On zaś lubił ładne dziew­czyny, raczej seryj­nie, a nie mono­ga­micz­nie. Roz­stali się bez urazy, potem mieli oka­zjo­nalny kon­takt. Naj­pierw, gdy poja­wiła się Nasza Klasa, a potem Face­book. Wymie­nili się zdję­ciami, powspo­mi­nali dawne czasy. Nie­zo­bo­wią­zu­jąco. Ruta ode­zwała się do niego po raz kolejny, gdy była już w Sie­dl­cach. Chciała go tylko popro­sić o radę, zapy­tać, jak się teraz pra­cuje w służ­bach, i tak od słowa była już w samo­cho­dzie na tra­sie do Suwałk tak samo jak teraz.

Z roz­my­ślań wyrwał ją dźwięk tele­fonu. Spoj­rzała na wyświe­tlacz: „Monika”.

– Cześć – rzu­ciła w prze­strzeń auta.

– Cześć, mamo. Coś słabo sły­chać. – Jej córkę było za to świet­nie sły­chać.

– Bo jestem w tra­sie.

– Tak chyba ostat­nio można nazwać twoje życie.

– Odbi­jam sobie za lata sta­gna­cji. Zresztą trasa się zaraz skoń­czy, bo już pod­pi­sa­łam papiery.

– Czyli jed­nak będziesz pra­co­wać na tym zadu­piu?

– W Rutce-Tar­taku.

– No o tym wła­śnie mówię. Zmie­ni­łaś pod­war­szaw­ską miej­sco­wość na jakąś dzicz? Nie kry­ty­kuję two­jego wyboru, żad­nego – jej ton głosu zdra­dzał, że jest prze­ciw­nie – ale w jaki spo­sób to ma być począt­kiem two­jego nowego, lep­szego życia. Bo prze­cież ma być lep­sze, prawda?

– Prawda. – Ruta zer­kała na mijane tereny. Zie­leń, pustka, spo­kój. Cał­kiem fajny kawa­łek Pol­ski. Szkoda, że pła­ski, ale tam, dokąd jechała, kra­jo­braz się zmie­niał – był pofał­do­wany. To efekt lodowca, który się tam­tędy prze­su­wał. Zostały po nim głę­bo­kie jeziora ryn­nowe i góry. Myślała, że Mar­cin sobie z niej żar­to­wał, gdy opo­wia­dał o górach na Suwalsz­czyź­nie, ale potem spraw­dziła, że one naprawdę tam są – Góry Sudaw­skie. Fachowo to wyso­czy­zna more­nowa, ale dla ludz­kiego oka – góry.

– Jesteś pewna, mamo, że wła­śnie tego chcesz?

– Jestem pewna, czego nie chcę.

– Ucie­kasz od odpo­wie­dzi.

– Nie ucie­kam. Mówię, jak jest. Tyle wiem, reszta wciąż przede mną.

Po dru­giej stro­nie roz­le­gło się wes­tchnie­nie.

– Ale pod­ję­łaś kon­kretną decy­zję. Zobo­wią­za­nie. Prze­cież nie będziesz się za chwilę prze­no­siła gdzieś indziej.

– Nie wiem. Nie wszystko jest na stałe. Wła­ści­wie to nic nie jest.

Odpo­wie­dzią znowu było głę­bo­kie nabra­nie powie­trza i wypusz­cze­nie go z sykiem.

Ruta miała wra­że­nie, że jej roz­mowy z Moniką wyglą­dają tak, jakby się zamie­niły miej­scami – to jej córka była gło­sem roz­sądku, sta­bi­li­za­cji. Daw­niej młode poko­le­nia wszystko kon­te­sto­wały, odrzu­cały zastany świat, poszu­ki­wały, błą­dziły. Monika na pewno by się w tym nie odna­la­zła – lubiła mieć dokoła sie­bie poukła­daną, nie­zmienną rze­czy­wi­stość. Była taka, jak Ruta w mło­do­ści, tyle że Rutę do takich wybo­rów przy­mu­szały roz­są­dek i kiep­ska sytu­acja mate­rialna. Monika żyła w dostatku, mogłaby sobie pozwo­lić na bunt, gdyby chciała. Ale nie chciała.

– Mamo, nie pognie­waj się, ale to naprawdę wygląda tak, jak… jak­byś się zerwała ze smy­czy.

Ruta par­sk­nęła.

– Zerwała ze smy­czy. To dobre. – Naprawdę ją to roz­śmie­szyło.

– Nie wiem, jak ina­czej to nazwać. Zawsze byłaś racjo­nalna.

– Może dla­tego, że musia­łam?

– Teraz też chyba musisz, prze­cież będziesz poli­cjantką. Czy to nie jest jedno z pod­sta­wo­wych wyma­gań w tym zawo­dzie?

– Uczci­wość i rze­tel­ność to jest pod­stawa. Myślę, że mam obie te cechy.

– Na pewno, mamo. Cho­dzi mi tylko o to, że poli­cjant, zna­czy poli­cjantka, musi twardo stać obiema sto­pami na ziemi. A twój stan ducha teraz jest… – Urwała.

– Jaki jest? – zapy­tała Ruta. – Wiesz, ja sama jesz­cze nie do końca potra­fię go okre­ślić, więc z chę­cią poznam twoją opi­nię.

– Nie­sta­bilny. Tak bym to ujęła.

– Chyba bym się z tym nie zgo­dziła. Może jakiś czas temu, kiedy się zasta­na­wia­łam, co robić, mio­ta­łam się. Ale nie teraz, kiedy już pod­ję­łam decy­zję.

– Tata nie­naj­le­piej sobie radzi. – Monika nagle zmie­niła temat.

– W jakim sen­sie?

– Ogól­nym. Byłam u niego wczo­raj i powiem ci, że słabo to wyglą­dało. Był jakiś taki… W pomię­tej koszuli, chyba nie­wy­spany, na stole brudne kubki. Myślę, że nawet jeśli gło­śno tego nie mówi i robi dobrą minę, to prze­żywa wasze roz­sta­nie.

– Albo brak obsługi w domu.

– Nie spły­casz sprawy?

– Nie wiem, ale z two­jego opisu wynika, że może o to cho­dzić.

– Jest mi go po pro­stu żal. Sie­bie też.

Ruta poczuła nie­przy­jemne ukłu­cie w oko­licy serca.

– Sie­bie? Prze­cież od dwóch lat z nami nie miesz­kasz. Jesteś peł­no­let­nia, stu­diu­jesz, masz chło­paka…

– Ale stra­ci­łam rodzinę. Była, była i nagle nie ma. To ma na mnie wpływ, mamo.

Teraz wes­tchnęła Ruta. Roz­ma­wiały na ten temat. Przyj­mo­wała argu­menty córki, rozu­miała jej per­spek­tywę i abso­lut­nie nie czuła, że powinna zmie­nić zda­nie.

– Przy­kro mi, tyle mogę powie­dzieć.

Ponie­waż Monika mil­czała, Ruta zapy­tała:

– A jak na stu­diach?

– Wszystko dobrze. Zaraz sesja, a potem przez mie­siąc popra­cuję u taty w ramach prak­tyk. Płat­nych.

Eks­mąż Ruty pro­wa­dził dużą firmę rachun­kową, a Monika stu­dio­wała finanse.

– To faj­nie. Tata chyba zresztą ma plan, żeby cię wcią­gnąć w biz­nes. Zawsze się cie­szył, że poszłaś w jego ślady, wybie­ra­jąc kie­ru­nek stu­diów.

– W twoje rów­nież. Prze­cież ty też się zaj­mo­wa­łaś księ­go­wo­ścią.

Refe­rat podat­ków i opłat lokal­nych to było jej miej­sce pracy. Skoń­czyła zaocz­nie stu­dia, do któ­rych miała taki sam sto­su­nek, jak do tego zaję­cia – letni. Spoj­rzała na deskę roz­dziel­czą: ter­mo­metr wska­zy­wał dwa­dzie­ścia pięć stopni. A podobno wybrała naj­zim­niej­sze tereny w Pol­sce.

– Zanim posta­no­wi­łaś już się nią nie zaj­mo­wać – cią­gnęła Monika.

– Ale to nie był mój pierw­szy zawód. Naj­pierw byłam poli­cjantką. I zawsze tro­chę żało­wa­łam, że ode­szłam z poli­cji.

– No tak, ale zmiana po tylu latach? Prze­cież już tak długo pra­co­wa­łaś w urzę­dzie, zna­łaś to miej­sce jak wła­sną kie­szeń. A z poli­cją… Nie boisz się, że trudno ci będzie znowu wejść do tego świata? Mia­łaś sporą prze­rwę, na pewno wiele się pozmie­niało. Że nie wspo­mnę o takich spra­wach, jak testy wytrzy­ma­ło­ściowe i w ogóle.

– Testy zda­łam. – Ruta nie czuła potrzeby, by dodać, że obni­żono wyma­ga­nia. – A resztę nad­ro­bię.

– Mówi­łaś, że chcia­ła­byś nowych prze­żyć, wyzwań, i ja to sza­nuję, ale oba­wiam się, że w miej­scu, które sobie wybra­łaś, to raczej nic takiego cię nie spo­tka. Nie lubisz tego okre­śle­nia, no ale to zadu­pie.

– Nie jest naj­mil­sze, fakt. – Ruta zgo­dziła się uprzej­mie, myśląc jed­no­cze­śnie, że jej córka ma przy­go­to­waną listę, która ma na celu znie­chę­ce­nie matki do wpro­wa­dza­nia zmian w życiu, i teraz odha­cza z niej kolejne punkty.

– Ani się tam nie roz­wi­niesz zawo­dowo, ani nikogo nie poznasz.

Chyba zbli­żały się do końca tej listy, bo kolejne argu­menty były coraz moc­niej­sze. Ruta myślała o tym, co przed chwilą padło. To był cał­kiem realny sce­na­riusz, ale prze­cież zawsze ist­niał cień szansy, że będzie ina­czej. Samo­dzielne sta­no­wi­sko – jak by nie było: kie­row­ni­cze – wymusi na niej doszka­la­nie się, a co do nowych zna­jo­mo­ści, to teraz poznaje się face­tów przez inter­net, a ten do Rutki-Tar­taku dotarł.

– Chyba że już… Zapy­tam wprost, czy coś cię łączy z tym twoim kolegą z Suwałk? Z tym, który zała­twił ci pracę? I który wynaj­muje ci miesz­ka­nie?

– Nie. Zupeł­nie nic. To dawny zna­jomy, który jest teraz wysoko w hie­rar­chii poli­cyj­nej.

– Po pro­stu zna­jomy?

– Teraz tak. Kie­dyś chło­pak. Przez kilka mie­sięcy, wieki temu. Gdy mia­łam tyle lat co ty.

– Fak­tycz­nie dawno – zgo­dziła się Monika, a Ruta poczuła deli­katne ukłu­cie smutku.

– Czyli to nie przez niego te zmiany?

– Nie. On się poja­wił póź­niej, kiedy już byłam w Sie­dl­cach. Zresztą ma żonę, doro­słe dzieci. To już od dawna zamknięty roz­dział, tylko wspo­mnie­nie.

– Ale mówi­łaś, że za miesz­ka­nie mu nie pła­cisz. Więc chyba cię lubi. – Akcent padł na ostatni wyraz.

– Lubi, to prawda. A z miesz­ka­niem to jest taka sytu­acja, że miało iść do remontu. Poprzedni wynaj­mu­jący wła­śnie je zwol­nili, nowych jesz­cze nie było. Mar­cin stwier­dził, że mogę przez jakiś tam pomiesz­kać, ale nie będzie ode mnie brał pie­nię­dzy za lokal, który nie jest w ide­al­nym sta­nie.

– Traf.

– Można tak to nazwać.

– Ale nie będziesz tam miesz­kała przez cały czas.

– Nie. Roz­glą­dam się za czymś. Jest służ­bówka nad poste­run­kiem, ale już zajęta.

– Przez kogo?

– Przez mło­dego chło­paka, który nie­dawno się tam zja­wił. Poste­run­kowy.

– Aha.

– To wes­tchnie­nie ulgi czy zawodu? – zapy­tała Ruta.

Widziała już tablice infor­mu­jące o koniecz­no­ści zmiany pasa i wska­zu­jące zjazd na Suwałki.

– To obawa, czy nie będziesz żało­wała tej decy­zji. Bo z tego, co mówisz, to na hory­zon­cie nie widać niczego cie­ka­wego.

Rozdział 3

Bar­dzo ładne pośladki, pomy­ślała Ruta. Krą­głe, wypu­kłe, jędrne.

Chciała coś powie­dzieć, dać znać, że tu jest, ale stała w kory­ta­rzu i na nie patrzyła, zwłasz­cza że wyko­ny­wały ryt­miczne ruchy.

Więk­szość rze­czy zabra­nych z domu zosta­wiła w suwal­skim miesz­ka­niu. Do kar­to­no­wego pudła prze­ło­żyła to, co mogłoby się jej przy­dać na poste­runku – dłu­go­pisy, kilka kub­ków, dwa kwiatki w donicz­kach. Ponie­waż i tak chciała poje­chać na wycieczkę, by lepiej poznać oko­lice swo­jego nowego miej­sca pracy, posta­no­wiła przy oka­zji wpaść na poste­ru­nek i przy­nieść tu te przed­mioty.

Na pod­jeź­dzie stał samo­chód – mały, wysłu­żony golf. Zdzi­wiła się. Według słów Mar­cina poste­run­kowy do wtorku miał być na urlo­pie. Mogło się zda­rzyć, choć było to mało praw­do­po­dobne, że skró­cił wypo­czy­nek. Dru­gie, też o niskim stop­niu praw­do­po­do­bień­stwa, że zapar­ko­wał tu jakiś cywil.

Drzwi wej­ściowe były zamknięte na klucz. Otwo­rzyła je. Do jej mózgu od razu dotarły trzy infor­ma­cje: wewnętrzne drzwi łączące poste­ru­nek z miesz­ka­niem służ­bo­wym stały otwo­rem, na kaflach, któ­rymi wyło­żono kory­tarz, wid­niały mokre plamy przy­po­mi­na­jące ślady stóp, a z gębi kory­tarza dola­ty­wała muzyka. „Wrę­czę ci man­da­cik za prze­kro­cze­nie pięk­no­ści, możesz go opła­cić walutą miło­ści. Wrę­czę ci man­da­cik za prze­kro­cze­nie pięk­no­ści, możesz go opła­cić w zupeł­nej ciem­no­ści”. Ślady pro­wa­dziły do pomiesz­cze­nia socjal­nego, które też było otwarte, i to tu znaj­do­wało się źró­dło disco­po­lo­wego gra­nia. „Przez otwarte okno twego Clio usły­sza­łaś i-o, i-o. To miło­sny pościg, się rzu­cili chłopcy rada­rowcy”.

Sta­nęła w progu. Po pra­wej była zabu­dowa kuchenna, po lewej nie­duży stół i dwa krze­sła, na wprost – zlew i nagi męż­czy­zna, który nale­wał wodę do dużego garnka. Dru­gie, tro­chę mniej­sze naczy­nie stało już na włą­czo­nej kuchence.

Powinna była się wyco­fać, a potem w jakiś spo­sób poin­for­mo­wać o swo­jej obec­no­ści.

– O-o-o, ma-ma-ma-man­da­cik, ma-ma-ma-man­da­cik. Ma-ma-ma-man­da­cik, pan da ci, oh, yeah. – Tym razem do głosu pio­sen­ka­rza dołą­czył głos tego, któ­rego bio­dra krę­ciły się w rytm skocz­nej, ludowo-wiej­skiej muzyki prze­ła­ma­nej elek­tro­niczną nutą.

Ale nie zdą­żyła, pew­nie dla­tego że wej­ście do aneksu kuchen­nego znaj­do­wało się naprze­ciw okna z zaku­rzoną firanką. Kich­nęła gło­śno, prze­bi­ja­jąc się przez oba wokale.

– …w zupeł­nej ciem­no­ści.

Finał pio­senki wybrzmiał już tylko jed­nym gło­sem. Drugi, teraz mając kon­kretną twarz, dodał:

– O Jezu.

Ruta stwier­dziła, że to bar­dzo przy­jemna twarz, choć chwi­lowo zasko­czona, a nawet prze­ra­żona.

– Dzień dobry. Ruta Rosień­ska, od jutra zaczy­nam tu pracę – przy­wi­tała się.

– Taak? Ja… ja…

Usil­nie patrzyła mu w oczy, jakby chciała go uspo­koić, że jej wzrok nie obej­muje niż­szych par­tii jego ciała.

– Prze­pra­szam.

Chło­pak gwał­tow­nie się obró­cił, po czym przy­chy­lił przez blat. Dostrze­gła, że sięga po coś.

– Ja… – Znowu stał do niej przo­dem. Tym razem Ruta spoj­rzała niżej. Obie dło­nie trzy­mał na wyso­ko­ści bio­der, a w nich ścierkę w kolo­rowe pasy, która ukry­wała przed nią frag­menty ciała zwy­cza­jowo nie­po­ka­zy­wane postron­nym. – Awa­ria pie­cyka na górze. Robi­łem sobie kąpiel, kiedy skoń­czyła się cie­pła woda, dla­tego przy­sze­dłem tu nagrzać. Nie wie­dzia­łem, że ktoś tu przyj­dzie, prze­cież jest nie­dziela. Zresztą z kadr dosta­łem infor­ma­cję, że będę miał szefa. A pani jest…

Chło­pak wyglą­dał naprawdę sym­pa­tycz­nie. Miło i zwy­czaj­nie, pomi­nąw­szy ścier­kową prze­pa­skę na bio­drach. Był młody, dwa­dzie­ścia kilka lat. W wieku Moniki. Mógłby być moim synem, pomy­ślała. Jasne włosy, nie­bie­skie oczy. Szczere, dobre spoj­rze­nie.

– Sze­fową – odparła. – Twoją sze­fową. Będę w swoim pokoju – dodała.

Odwró­ciła się i skie­ro­wała w stronę gabi­netu. Gdy mijała lustro, dostrze­gła w nim odbi­cie chło­paka. Pocie­rał dłońmi twarz, nie było w nich już ścierki, ta leżała na bla­cie. Blat zaś był na wyso­ko­ści bio­der, niczym już nie­osło­nię­tych.

Na chwilę jej wzrok zatrzy­mał się w tym punk­cie. Gdy pod­nio­sła głowę, jej spoj­rze­nie natra­fiło na jego wzrok skie­ro­wany w stronę szkla­nej tafli.

Natych­miast prze­krę­ciła głowę i ener­gicz­nym kro­kiem poszła do pokoju.

Dzie­sięć minut póź­niej sta­nął przed jej biur­kiem.

– Patryk Wasil­kie­wicz. Poste­run­kowy Patryk Wasil­kie­wicz.

Pod­nio­sła się.

– Ruta Rosień­ska. Star­sza aspi­rant. – Wycią­gnęła w jego stronę dłoń. Uści­snął ją. Palce miał cie­płe, wil­gotne. Pomy­ślała, że się dener­wuje.

– Przy­je­cha­łam dzi­siaj, bo przy­wio­złam rze­czy. Nie powinno mnie tu być, i tak potrak­tujmy to, co się wyda­rzyło. Jakby nie miało miej­sca. – Uśmiech­nęła się.

– Tak, pew­nie.

Na­dal stał.

– Usiądź. Pro­szę.

Chło­pak przy­su­nął sobie krze­sło.

– Nie wiem, co już o mnie wiesz.

– Nic. Tylko tyle, że ma być szef. Tak było powie­dziane, więc pomy­śla­łem, że to będzie męż­czy­zna. A jest pani.

– Jestem ja. Ruta.

Poki­wał głową. Wyglą­dał na stre­mo­wa­nego.

– Powiesz coś o sobie? – popro­siła.

– Pra­cuję tu od początku roku. Wcze­śniej był tu sier­żant, ale poszedł na eme­ry­turę. Przez kilka mie­sięcy nikogo nie było, wakat, a od stycz­nia ja. Na górze mam miesz­ka­nie. Małe, pokój, kuch­nia i łazienka.

– Skąd jesteś?

– Z Poćkun. To przy gra­nicy.

– Tu wszę­dzie jest przy gra­nicy. – Uśmiech­nęła się.

– No tak. Stam­tąd. – Wycią­gnął lewą rękę w bok. – Zna­czy jak się jedzie na Łoź­dzieje. Na Olitę – dodał. – Przez Sejny.

– To mniej wię­cej koja­rzę.

– Pani…

– Ruta – przy­po­mniała mu.

– Ruta – powtó­rzył. – Ty nie jesteś stąd?

– Nie. Jestem z Sule­jówka.

– Pił­sud­ski – wypa­lił jak z auto­matu.

– Tak, on też tam miesz­kał. Tylko tro­chę wcze­śniej.

Śmieszny był ten chło­pak. Zacho­wy­wał się jak w szkole w obec­no­ści wyma­ga­ją­cej nauczy­cielki.

– Tak mi się sko­ja­rzyło. To daleko. I bli­sko War­szawy. Dla­czego cię tu prze­nie­śli?

Patrzyła na niego, zasta­na­wia­jąc się, co odpo­wie­dzieć.

– To zna­czy prze­pra­szam, jeśli to za cie­kaw­skie, po pro­stu… No, tu jest dziura. Tego nikt nie chciał brać, dla­tego mnie się tra­fiło, zwy­kłemu poste­run­ko­wemu.

– W obec­nych warun­kach geo­po­li­tycz­nych sytu­acja się zmie­niła.

Prze­cież nie będzie tu opo­wia­dała o splo­cie wyda­rzeń, który spra­wił, że tra­fiła na to „zadu­pie”, jak to okre­śliła je jej córka – rów­no­latka tego chło­paka.

– O wojnę cho­dzi? I o tych, co się pró­bują przez zie­loną gra­nicę dostać?

Poki­wała głową.

– No jasne! – Lekko ude­rzył otwartą dło­nią w czoło. – Mówili, że od lipca kon­trole będą na gra­ni­cach, a już teraz pogra­nicz­nicy cały czas tu jeż­dżą i patro­lują. Niby to wszystko ruty­nowe, ale… Może jed­nak co poważ­niej­szego, jak pra­wie War­szawa tu przy­jeż­dża?

– Bez obaw. Wszystko jest pod kon­trolą.

Było jej głu­pio, że go okła­muje i do tego używa tek­stów jak z ame­ry­kań­skich fil­mów klasy b, dla­tego szybko zmie­niła temat.

– No dobra, to już tro­chę o sobie wiemy, a teraz wpro­wadź mnie w funk­cjo­no­wa­nie poste­runku. Co tu się wyda­rzyło od stycz­nia? Jakie inter­wen­cje, sprawy, wpisy do SEWIK-u? Co tam masz w notat­kach?

Patrzyła na nią para błę­kit­nych oczu takich, jak dzi­siej­sze niebo.

– Nic – odparł. – Pra­wie nic.

– Jak to: nic? Nie pro­wa­dzisz doku­men­ta­cji?

– Pro­wa­dzę. Tylko że nic się nie wyda­rzyło. Pokażę. – Pod­niósł się i wyszedł na kory­tarz. Po chwili wró­cił z gru­bym zeszy­tem A4 w twar­dej opra­wie. Na okładce było zdję­cie samo­chodu z napi­sem „Police”.

– Tylko taki został w Groszku w Wiżaj­nach – powie­dział.

– Pasuje. – Poki­wała głową.

Widziała po jego minie, że nie potrafi oce­nić, czy mówi serio.

– Mogę?

Wzięła od niego zeszyt.

Na pierw­szej stro­nie u góry było napi­sane: „2 stycz­nia 2025 r. W dniu dzi­siej­szym na tere­nie gminy Rutka-Tar­tak nie odno­to­wano żad­nych zda­rzeń kwa­li­fi­ku­ją­cych do wysta­wie­nia man­datu kar­nego lub skie­ro­wa­nia do dal­szych czyn­no­ści pro­ce­sowo-śled­czych”. Prze­wró­ciła kartkę: „3 stycz­nia 2025 r. W dniu dzi­siej­szym na tere­nie gminy Rutka-Tar­tak nie odno­to­wano żad­nych zda­rzeń kwa­li­fi­ku­ją­cych do wysta­wie­nia man­datu kar­nego lub skie­ro­wa­nia do dal­szych czyn­no­ści pro­ce­sowo-śled­czych”. Kolejna strona: „4 stycz­nia…”.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki