Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Jedna nić. Dwa dzieciństwa. Trzydzieści lat milczenia
W latach dziewięćdziesiątych w Foluszu zamordowano dwoje dzieci. Z miejsca zbrodni zniknął sandał dziewczynki, obok chłopca leżała piłeczka. Mordercy nigdy nie złapano.
Trzy dekady później na Suwalszczyznę przyjeżdża Ruta – policjantka, która po przerwie wraca do służby. Chce odpocząć od przeszłości i zamieszkać na tych terenach.
Na strychu jednego z domów znajduje pudełko, a w nim dziewczęcy but przewiązany czerwoną nitką. Wraz z młodym posterunkowym odkrywa historię, którą pamiętały już tylko zakurzone akta.
Rozpoczynające się śledztwo sięga dalej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać – w głąb lasu, w ludzkie milczenie, w winę sprzed lat. A to, co miało chronić, staje się dowodem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 320
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 9 godz. 7 min
Lektor: Marta Kiermasz
Zatrzymała się.
Pod stopami miała miękki, lekko wilgotny mech. Uklękła na nim. Obok postawiła wiklinowy koszyk. Złożyła dłonie, podniosła brodę i zaczęła szybko poruszać ustami.
Świat stanął. Nie było tego, co właśnie się wydarzyło. Nie było tego, co musiało przyjść. Była tylko ona i jej modlitwa.
Słowa wypowiadane coraz szybciej, coraz bardziej gorączkowo, jakby mogły zmienić przeszłość. Nie mogły, ale miały inną moc.
Opuściła głowę, przeżegnała się. Wstała z kolan i sięgnęła po koszyk.
Był ciężki, bardzo ciężki, mimo że wypełniały go prawie same zioła. Prawie.
Wiedziała już, co zrobi. Będzie milczała. Porozmawiała z Nim, ale z ludźmi nie będzie rozmawiać.
Ruszyła przed siebie, przez las i łąkę, i znowu las, i znowu łąka. Zmieniały się odcienie zieleni, aż doszła do domu.
Nacisnęła klamkę i otworzyła drzwi. Drewniane deski skrzypiały, kiedy szła przez kuchnię i kolejny pokój. W trzecim pomieszczeniu stanęła przed nią – matką z dzieckiem. Przejmująco patrzyła na nią ze ściany, z ikony.
Zabolało, gdy pomyślała, co ta ziemska będzie przeżywała.
Postawiła koszyk na podłodze. Sięgnęła po zapałki; po chwili rozbłysnął płomień.
Schyliła się po pudełko, które stało na szafce. Postawiła je na stoliku, uniosła wieczko. Była tam. Czerwona nić.
Podeszła do okna. Zapadał już zmrok, ale jeszcze było widać żółte punkciki.
Wzięła z kuchni nożyczki i udała się do wyjścia. Przeszła przez ganek, podwórko, na róg domu. Pochyliła się i wykonała kilka cięć. Zapachniało intensywnie, słodko–gorzko.
Wróciła do środka.
Stanęła przy stoliku. W pokoju też zrobiło się szarawo, ale blask świecy rozjaśniał miejsce, w którym się znajdowała.
W dłoniach trzymała ściętą roślinę.
Czerwona nitka chroni, a ona odpędzi zło i objawi prawdę.
Ruta.
„Nie ma mniejszej jednostki organizacyjnej w polskiej policji niż posterunek. Posterunek Policji w Rutce-Tartaku podlega pod Komendę Miejską Policji w Suwałkach. Tutejsza jednostka ma wśród zadań m.in. obowiązki związane z prewencją i zadania służby kryminalnej”.
Patrzyła na plakat wiszący na ścianie. Ładny kredowy papier, wyraźny czarny druk. W tle, pod napisem, zdjęcie budynku z szyldem: „Policja”. Wyglądał na rzeczywiście istniejący, niewygenerowany komputerowo. Gdzieś w Polsce stał taki obiekt – nowoczesny, duży, sugerujący, że w jego wnętrzu pracują profesjonaliści zajmujący się trudnymi sprawami.
Usłyszała dźwięk dobiegający z ulicy. Odwróciła się i podeszła do okna. Lekko odsunęła firankę, wzniecając drobinki kurzu. Kichnęła raz i kolejny, i znowu, aż z oczu poleciały jej łzy.
– Cholera. – Sięgnęła do kieszeni spodni po chusteczkę. Wyglądało na to, że jest wrażliwa na kurz. Może nawet uczulona? W każdym wieku można dowiedzieć się o sobie czegoś nowego.
Przed budynkiem zatrzymał się samochód osobowy. Wysiadło z niego trzech młodych mężczyzn w ubraniach roboczych. Wysłużone granatowe kombi odjechało, a faceci poszli w dół. Po chwili skręcili w bramę po prawej stronie. Na ogrodzeniu tej posesji widziała reklamę pokoi do wynajęcia. Próbowała sobie wyobrazić, jak okolica zaludnia się turystami, ale jej nie szło. Chyba słusznie, bo drugie ogłoszenie, mniej wyblakłe, brzmiało: „Dom na sprzedaż”.
Kto by chciał przyjechać na koniec świata?
Znowu kichnęła. Poczuła, że ma lepkie palce. Przyjrzała się tkaninie – nie była kremowa, jak jej się wydawało. Była brudna. I pożółkła od słońca.
Przejechała palcem po parapecie. O dziwo – był czysty.
W pomieszczeniach, które widziała – dwa pokoje, kuchnia, toaleta, urządzonych w stylu pomiędzy urzędem gminnym a ośrodkiem Funduszu Wczasów Pracowniczych, też było w miarę czysto, przynajmniej na pierwszy rzut oka, kiedy patrzyła na duże, płaskie powierzchnie. Lustro w przedpokoju – swoją drogą interesujący pomysł jak na posterunek policji; zapewne pamiątka z dawnych lat, na co wskazywały lekkie zaśniedzenie i fakt, że przymocowano je do ściany czterema grubymi śrubami, po których zostałyby w tynku dziury – też wyglądało na wyczyszczone.
„Nie będziesz sama, mamy tam chłopaka. Młody, ale dobrze rokuje. Zresztą niedługo się przekonasz”.
Wiedziała, że teraz go nie ma, pojechał na tygodniowy urlop. Przed wypoczynkiem pewnie miał przykazane sprzątnąć. „Ogarnij tam”, tak wyobraziła sobie to polecenie.
Miała więc zacząć w pojedynkę. W życiu prywatnym też wystartowała z tego samego punktu: solo.
Poszła w stronę wyjścia. Jak na posterunek, obiekt był oryginalnie zaaranżowany – do budynku wchodziło się przez ganek, nad którym znajdował się taras. Pomyślała, że wcześniej zapewne był to prywatny dom, który potem zaadaptowano na potrzeby policji. Pytanie, czy policja w ogóle była tu potrzebna.
Kiedy jechała tu z Suwałk, miała wrażenie, że trafiła do krainy, gdzie zdecydowanie rządzi natura. Mijane domy w większości były starymi gospodarstwami wrośniętymi w krajobraz. Niektóre sprawiały wrażenie opustoszałych. Zauważyła niewiele nowych budynków, niektóre na pewno były letniskowe.
„Okolica się wyludnia, ale porządku trzeba pilnować”, powiedział Marcin. Teoretycznie miał rację, ale czuła, że za tą deklaracją stoi coś jeszcze – chciał jej pomóc. Nie owijała w bawełnę, kiedy do niego zadzwoniła. Powiedziała mu wprost, jak się sprawy mają. Wysłuchał, a potem zaproponował jej to miejsce. Szybko, bez wahania, odsyłania jej, bez „odezwę się”, „zobaczymy, co da się zrobić”. Zawsze taki był, szybkostrzelny i zdecydowany, a teraz dodatkowo miał ku temu możliwości – został komendantem w Suwałkach, z gabinetem urządzonym na wysoki połysk.
Nie bez znaczenia był też fakt, że policja w całej Polsce borykała się z wakatami. Kilkanaście procent nieobsadzonych stanowisk, taki był bilans. Wiedziała, że przyjmują wszystkich, jak leci. Tych, którzy poszli na emeryturę i szukali dodatkowego źródła dochodu. Tych, którzy odeszli ze służby i teraz chcieli wrócić. Nowych. Młodych. Starszych. Każdego, więc i ona miała spore szanse, że ją przyjmą, choć miała też konkretne oczekiwania.
„W twoim wieku, mamo? To znaczy bez urazy, ale przecież wiesz, jak jest”, powiedziała Monika, jej córka. Nie wiedziała, jak jest. Wiedziała, jak było, i za nic na świecie nie chciała tego kontynuować.
Wyszła na zewnątrz. Ciepło, zdecydowanie ponad dwadzieścia stopni, a do tego czyste słońce. Być może gdzie indziej nie zrobiłoby to wrażenia, ale tu, na tym polskim biegunie zimna, cieszyło.
Spędzała kiedyś wakacje na Suwalszczyźnie. Lipiec. Zimno, każdego dnia padało, nie rozstawała się z bluzą. Dwa takie podejścia – deszczowe i chłodne – i odpuściła sobie ten kawałek Polski, planując urlop.
A teraz miała tu mieszkać i pracować na stałe.
Usiadła na pierwszym stopniu. Do przyjazdu Marcina zostało jeszcze kilka minut, o ile będzie punktualny. Podczas pierwszego – po wielu latach – spotkania w jego gabinecie zorientowała się, że jego kalendarz jest wypełniony po brzegi. Zebrania, narady. Mnóstwo oficjalnych wydarzeń. „Nie ganiam za przestępcami z bronią w ręku”, zaśmiał się. Oczywiście, że nie, pomyślała. W tym mundurze byłoby mu niewygodnie. I trochę mu się przytyło. Włosy też miał inne niż wtedy, gdy razem byli w szkole policyjnej. „Zestarzał się”, przeleciało jej przez głowę. A zaraz potem – że przecież są równolatkami, więc ona też nie jest już tą młodą dziewczyną ze Szczytna, która…
Tym razem samochód wyglądał zupełnie inaczej. Czysty, błyszczący nawoskowaną karoserią w promieniach czerwcowego słońca.
Podniosła się i przeszła na podjazd.
– Cześć. – Marcin Krynicki wysiadł z auta.
Jego SUV wyglądał na nowy, cena na pewno przekroczyła sto pięćdziesiąt tysięcy. Ona za swoją ośmioletnią osobówkę wzięłaby pewnie trzydzieści tysięcy albo i mniej.
– Wierna tej samej marce. – Uśmiechnął się, patrząc na znaczek z przodu maski.
– Wybór Arka. Dla mnie to nigdy nie miało specjalnego znaczenia. – Wzruszyła ramionami.
– Twój mąż zawsze wiedział, co dobre. – Podszedł do niej i pocałował ją w policzek, bez zawahania. Podczas spotkania w gabinecie zrobił to samo, choć wiedział, że przyjechała w sprawie pracy. Zachowywał się tak, jakby od czasu ich młodzieńczego związku minęło kilka miesięcy, a nie ćwierć wieku. – No to jak ci się widzi? – Zanim zdążyła odpowiedzieć, znowu się odezwał: – Spokój, cisza, akurat, żeby do emerytury dotrwać. Choć jak na ciebie patrzę, to sobie myślę, że jaka emerytura? Świetnie wyglądasz. – Wpatrywał się w nią. – Chyba już o tym wspominałem?
– Dzięki. Uprzejmy jesteś. – Kiwnęła głową.
– Szczery. Po prostu szczery. Zawsze taki byłem. – Zapadła cisza. – No to tak. – Krynicki odchrząknął. – Generalnie, na pierwszy rzut oka, to można pomyśleć, że to żadne mecyje. Zadupie czy ładniej „prowincja”, kariery tu się nie zrobi. Ale tobie nie na tym zależy, więc… – Urwał. – Byłaś już w środku?
– Byłam – przytaknęła.
– Ja jeszcze nie, tyle roboty ostatnio. No to oprowadź jak gospodyni.
Skrzywiła się. „Gospodyni”, jakby miała tu sprzątać, a nie pracować jako policjantka.
Niczego nie zauważył, patrzył na nią wyczekująco.
– Chodźmy – powiedziała więc.
– No, niczego sobie. Odmalowane, nawet czysto. – Przejechał palcem po parapecie. – Patryk się sprawił, miał zapowiedziane, żeby posprzątać, zanim jego szefowa się zjawi. – Poprawił firankę, a ona kichnęła. – Przeziębiłaś się?
– Chyba alergia. – Pokręciła głową.
– Byłoby niedobrze, bo tu wszędzie pełno natury. Sama natura właściwie. – Znowu zawiesił na niej wzrok.
– Może przejdzie. – Nie miała ochoty tłumaczyć mu, jak się sprząta. I tak by pewnie nigdy nie wykorzystał tej wiedzy.
– O, prewencja, widzisz. – Patrzył teraz na plakat w korytarzu. – Zadania służby kryminalnej też tu wypisane, ale to tak dla porządku, bo na tych terenach nic się nie dzieje. Trochę po bimbrze albo wódce, ale to między sobą załatwiają, czasem coś przyjezdnym przyjdzie do głowy w wakacje.
– Jeśli przyjadą. Dom obok z pokojami na wynajem jest na sprzedaż.
– Biznes nie zawsze wychodzi. Ale ludzie próbują i niektórym się udaje. Pięknie tu jest, to bez dwóch zdań. Sporo jezior, czysto. Tylko trzeba mieć odpowiednią ofertę dla turystów, oni coraz bardziej wymagający. Jeżdżą po świecie, napatrzyli się. Czym im zaimponujesz? Pokojem na wynajem? Z drugiej strony, czasy niepewne, nie wiadomo, czy tu inwestować, bo przecież w razie jakby co, to tym naszym przesmykiem by się ruskie wlali do kraju. Zaraz wejdzie rozporządzenie, że na granicę mają wrócić kontrole. Tu obok spory posterunek straży granicznej, przedstawię cię. Oprócz tego dołączą żandarmeria wojskowa i terytorialsi. Więc z jednej strony, niby jakieś zagrożenie, bo wiadomo, że granica nie jest szczelna i różni się przez nią przeciskają, ale z drugiej – obstawa zaraz tu będzie taka, że hej. Natężenie mundurowych na kilometr kwadratowy spore.
– Mimo wszystko chciałabym, żeby moja praca miała jakiś sens. Większy niż wypełnianie i przekładanie papierów.
– Uważaj, o czym marzysz. – Krynicki się zaśmiał. – No, w każdym razie będzie inaczej niż dotychczas. Ale tego chciałaś, prawda?
Pokiwała głową. Nowe rozdanie, na tym jej przecież zależało. Całkowita zmiana otoczenia, ale z zapewnieniem sobie stabilnej pracy, z której za kilka lat nikt jej nie wywali, bo się zestarzeje jeszcze bardziej. Spokój i bezpieczne dotrwanie do emerytury.
– Więc tu jest teraz twój gabinet. Widzę, że Patryk już się przeniósł. – Krynicki spojrzał na uprzątnięte biurko.
– Tak, do pokoju obok. Pewnie z żalem, bo tamten to klitka.
– Na początek w sam raz, do tej pory panoszył się tu, bo mógł, ale to demoralizujące, żeby tak młodzika rozpuszczać. Swoje trzeba przejść, odczekać. Zresztą jemu i tak się trafiła gratka, to znaczy służbówka, tu, na górze. – Uniósł brodę. – Nic specjalnego, nie zazdrość, ale dach nad głową ma. Przyjechał tu pierwszy i głupio by go było teraz przenosić, zwłaszcza że nie ma dokąd, a z tej pensji to co on by mógł? Poza tym nie wiem, czy byś wolała tu mieszkać, tak na widoku. Samotna kobieta, nowa w okolicy. Lokalna sensacja. Chyba lepiej w Suwałkach. Przynajmniej na jakiś czas, zanim się rozejrzysz. I zdecydujesz, że zostajesz tu na dłużej.
A dokąd bym miała pojechać?, pomyślała. Czterdzieści siedem lat, rozwód w toku, złożone wypowiedzenie w poprzedniej pracy. Taką decyzję podjęła, nie było odwrotu, teraz tylko do przodu, zresztą…
– Może to miejsce jest ci pisane, co? – Z rozmyślań wyrwał ją głos Krynickiego. – Ile osób mieszka i pracuje w miejscowości, która nazywa się tak jak one. Właściwie to nigdy o to nie zapytałem, ale skąd u ciebie takie imię, Ruta?
Nie wiedziała. Wielu rzeczy o sobie jeszcze nie wiedziała.
Kiedyś dawno temu pracowała w policji, a potem rzuciła służbę i przeniosła się za biurko do urzędu miasta, żeby godzić życie rodzinne z zawodowym. „Kompromis to sztuka dzielenia ciasta tak, aby każdy myślał, że dostał największy kawałek”, powiedział kiedyś jej mąż. On i Monika, ich córka, rzeczywiście mieli na talerzykach solidne porcje, jej się trafiały okruchy. Akceptowała to – do czasu. Aż wreszcie, ku zdziwieniu wszystkich, powiedziała: dość. Sama też była zdumiona tym… tą… Odwagą? Brawurą? Szaleństwem? Nie wiedziała jeszcze, jak to nazwać.
Jedno było pewne: zaczynała życie na nowo.
„A ty wiesz, że jest coś takiego do wzięcia? Tam, gdzie wrony pętle mają. Za Suwałkami. Choć Rucie to może będzie pasować, zresztą podobnie się nazywa”, powiedział Krynicki.
Starsza aspirant Ruta Rosieńska zaczynała pracę na posterunku w Rutce-Tartaku.
Zamknęła za sobą drzwi. Po raz ostatni oglądała to wnętrze. Było jej z tym i źle, i dobrze.
Oparła się o ścianę. Czuła ciężar, który dociskał jej klatkę piersiową. Z trudem brała kolejne oddechy. Jej kolana drżały.
To, co miało być uwolnieniem, zmieniło się w przytłoczenie.
Próbowała panować nad myślami, ale słabym ogniwem tej życiowej układanki okazało się jej ciało. Zachowywało się tak, jakby wyrwało się spod kontroli Ruty. Czuło i nie kryło się z tym.
– Wszystko dobrze, kochana? – Na półpiętrze pojawiła się kobieca postać. Niewysoka, korpulentna, lekko zdyszana, z siatką w dłoni. Królikowa, sąsiadka mieszkająca piętro wyżej.
– Dobrze. – Ruta wyprostowała się i oderwała plecy od ściany.
– No, jak dobrze, to dobrze. – Kobieta stanęła obok niej. – Choć jak matka umiera, to nigdy nie jest dobrze, powiem ci. Niby taki los starych ludzi, ale Halinka to jeszcze mogła sobie pożyć, oj, mogła. Ile to ona na tej emeryturze była? Dwa lata? E, nawet mniej. Ja jej powtarzałam: państwo ci daje, to przechodź. A ona uparta, że jeszcze popracuje, to więcej potem pieniędzy będzie miała. Tylko na co jej te pieniądze? Żyła skromnie, a gdyby coś się wydarzyło, to przecież miała córkę, co to sobie dobrze życie ułożyła i na pewno by pomogła w razie potrzeby. Pomogłabyś, prawda?
Ruta pokiwała głową.
– No więc właśnie. Ale ona, jak to ona. Całe życie taka była. Skryta i honorna. Sama cię chowała, wiadomo, jaki to trud, jak nie ma pełnej rodziny. Pensja jedna, czasu się nie dorobi. Ja to jej powtarzałam, że powinna się rozejrzeć, przecież była ładna. Ale ona: nie i nie, bo praca, bo Ruta. Zresztą może i miała rację? Wiadomo, jak jest – obce dziecko to zawsze dla mężczyzny zawada. No ale potem ty wyjechałaś się uczyć, a Halina została tu sama. Wtedy to już mogła się jakoś konkretnie porozglądać. Na przykład do sanatorium pojechać, choć tam ostra konkurencja, bo babek więcej, wszystkie by chciały kogoś znaleźć. To może jakieś ogłoszenie albo chociaż wycieczki z parafii. Też nie. Aż w końcu się jej umarło. – Kobieta pokiwała głową. – Ale wiesz co? – odezwała się znowu. – Często mówiła, że cieszy się, że tobie się tak ułożyło. Mąż, dom, córka. Dostatnio i dobrze sobie żyjesz. „Ja nie mam, ale Ruta ma”. Na pewno teraz patrzy na ciebie z podziwem. – Sąsiadka wbiła spojrzenie w sufit, któremu przydałoby się malowanie. – A z mieszkaniem już postanowiłaś, co dalej? Ja to uważam, że jeść nie woła, warto zatrzymać. Wynajmiesz, to zniszczą, co i raz się słyszy o takich sprawach. Sprzedasz, a może za niedługo byś więcej za nie wzięła? Przez ten czas, co stało puste, to zyskało na wartości. Gdybyś od razu spieniężyła, byłabyś stratna. No i się przydało, pomieszkałaś tu sobie na czas remontu.
Ruta pokiwała głową. Nadal milczała. Nie miała ochoty na rozmowę, zwłaszcza w sytuacji, gdy szczerość nie wchodziła w rachubę.
– Zresztą nigdy nie wiadomo, kto by się wprowadził. A tu spokojnie się zawsze żyło. Teraz to już prawie same wdowy zostały, bardzo dobre towarzystwo.
Ruta się wzdrygnęła. Życie w pojedynkę do śmierci. Czy to miał być także jej los? Nie szukała nikogo, zresztą jeszcze się nie rozwiodła. Dotychczasowe doświadczenia miała jednak takie, że spotkać fajnego faceta nie jest łatwo. Podczas całego małżeństwa z Arkiem nie zdarzyło się jej mieć żadnych romansowych pokus. I to nie tylko dlatego, że była uczciwa w stosunku do męża, ale także dlatego, że nie poznała nikogo, kto by ją zainteresował. Zresztą gdzie – w urzędzie miasta? Sfeminizowanym, a ci nieliczni mężczyźni, którzy tam pracowali, skakali z kwiatka na kwiatek, a przecież jeszcze mieli do obskoczenia własne domy i rodziny. Nie jej klimat, nie tego oczekiwała od życia. Sulejówek, małe podwarszawskie miasto, do stolicy nie jeździła, bo po co. No a teraz, w tej suwalskiej dziczy…
– Idę, bo lody sobie kupiłam, w promocji. Litrowe pudełko. Co prawda waniliowe, a ja bym wolała czekoladowe, ale wzięłam, jakie były. Nie wybrzydzam. Przyjdź kiedyś, porozmawiamy. Od takiej małej cię znam, od takiej… – Królikowa przechyliła się na bok, dotykając siatką lastrykowej podłogi. – No to na razie. Z Bogiem.
– Do widzenia – odparła Ruta.
– A może byś chciała klucze zostawić? – Sąsiadka jeszcze się odwróciła. – Mogę zajrzeć, odkurzyć. Do Siedlec to masz kawałek od siebie z tej prawie stolicy, po co to jeździć?
– Dziękuję, nie będę robiła kłopotu. – Ruta uśmiechnęła się i przełożyła klucze do torby. Wilgotne dłonie wytarła o spodnie. Nie lubiła kłamać i przemilczać, ale nie miała ochoty dzielić się z Królikową informacjami na swój temat. Niech zostanie z przekonaniem, że Ruta wiedzie dostatnie życie u boku zaradnego męża i we właśnie wyremontowanym domu czeka teraz na wnuki. Tak będzie lepiej dla nich obu. Przesunęła złożone na pół papiery z agencji nieruchomości, której zleciła sprzedaż mieszkania. Pełnomocnictwo, które sprawi, że już nigdy nie stanie pod tymi drzwiami. Zasunęła zamek torebki i zaczęła schodzić.
Na półpiętrze się zawahała, ale już się nie obejrzała.
*
Do Ostrowi Mazowieckiej jechała tak, jak przystało na tego typu trasach – przyspieszając, zwalniając i rozglądając się. Droga wojewódzka, poprzetykana miejscowościami o trudnych do zapamiętania nazwach. Odpowiadało jej to, wcale nie miała ochoty na myślenie o tym, co za sobą zostawia. Chociaż od wyprowadzki z domu minęły ponad trzy miesiące, nadal nie poukładała sobie wszystkiego w głowie. Może zresztą już nigdy tego nie zrobi? Może już zawsze będzie skazana na mętlik i gonitwę myśli?
Dojechała do Via Baltica. Albo E67, ale wolała tę pierwszą nazwę – miała w sobie więcej nadziei. I przyszłości.
Kolejne kilometry pokonywała gładko, mimo że był weekend. Pusto, spokojnie, nieangażująco zbytnio uwagi. Kierunek wschodni nie był oblegany ani turystycznie, ani handlowo. Wojna w Ukrainie wiele zmieniła. Może w Rucie także? A jeszcze wcześniej pandemia. Świat najpierw zwolnił, zatrzymał wszystkich w domach, wytrącił z rutyny. Kilka lat życia w zawieszeniu, w warunkach, które odbiegały od tego, co się znało. To tak, jakby nagle wyjąć chomika z kołowrotka i powiedzieć mu, że już nie musi przebierać łapkami. Ruta była przyzwyczajona do przebierania, nagłe wyhamowanie zmusiło ją do rozmyślań nad swoim losem oraz odpowiedzi na fundamentalne i niechciane pytania: Co przeżyłam? Czego doświadczyłam? Czy jestem szczęśliwa? To wszystko w czasie walk tuż za wschodnią granicą, które pokazywały kruchość ludzkiego istnienia. Truizm, banał – pewnie tak, ale też prawda. Wojna była tym, czego już nigdy nie miało się doświadczyć, przynajmniej nie tu, w Europie. „Żyj, jest później, niż ci się wydaje”. To hasło, które mignęło jej na jakimś scrollowanym obrazku w internecie, też nie było odkrywcze, a mimo to wstrząsnęło nią. Nadal jednak pamiętała te słowa, nie werbalizując ich. Dorosła kobieta nie powinna ulegać mrzonkom, tylko trzymać się realiów, a te można streścić: życie to nie bajka.
I może by tak było, może nadal tkwiłaby w dawnym życiu, gdyby jej ciało nie zdecydowało się przejąć dowodzenia.
W dniu czterdziestych szóstych urodzin Ruta obudziła się z takim bólem w klatce piersiowej, że podejrzewała zawał. Arek zawiózł ją do szpitala. Badania jednak niczego nie wykazały. Była zdrowa, NFZ nie miał na nią żadnego pomysłu. W końcu Ruta doszła do wniosku, że z jej zdrowiem fizycznym wszystko jest w porządku – ona po prostu nie może dłużej znieść nijakiego życia, z równią pochyłą w kierunku emerytury i śmierci. „Ale o co ci chodzi?”, zapytał Arek, gdy w końcu mu to powiedziała. Nie rozumiał, widziała to w jego oczach. Wystarczało mu, że ma zadbany dom, ładny ogród, łowienie ryb, mycie samochodu w każdą sobotę. I krótki romans, o którym Ruta dowiedziała się post factum i który to nie zrobił na niej większego wrażenia, co z jednej strony ją zdumiało, ale z drugiej – pozwoliło poczuć, czym jest dla niej ich małżeństwo. Seks już od dawna ich nie łączył. Nie zastąpiła go intymność, czułość też nie. Byli sprawnie działającą firmą. Dwoje wspólników niespecjalnie zaangażowanych w swoje prywatne życie.
– Cholera! – W ostatniej chwili wyhamowała przed osobówką, która nagle zajechała jej drogę. Światła przepraszająco zamrugały, więc zdjęła dłoń z klaksonu.
Każdemu może się zdarzyć, pomyślała.
Nieostrożny manewr lub skok w bok. Albo decyzja, żeby zakończyć małżeństwo, które już w niczym nie przypomina relacji sprzed lat. „Zwariowałaś”, stwierdziła Anka, jej przyjaciółka. „Albo już ci nie zależy”. „Chcę czegoś innego”, odparła Ruta. Między nimi się wypaliło, proces długoletni, nieodwracalny. Na początku próbowała coś robić, dmuchać w żar namiętności, czy jak to nazywają w gazetach dla kobiet, ale potem odpuściła, bo praca, bo dom, bo dziecko. Obowiązki, brak czasu, zmęczenie. Proza życia wygrała z koronkową bielizną, kawior ustąpił naleśnikom. Zresztą czy o to chodzi? O dekoracje i gadżety? Rzecz w tym, co ludzie mają w środku, ku czemu dążą, co ich woła. Okazało się, że w tych sprawach między nią a jej mężem nie występuje coś takiego jak zbiór wspólny. Zmienili się, a te zmiany miały przeciwne wektory. Myśl smutna, ale po długim czasie wewnętrznej szarpaniny przyniosła ulgę. Nie było w tym niczyjej winy, tak się po prostu zdarza. I trzeba wyciągnąć z tego wnioski.
Córka była zdziwiona chyba bardziej niż mąż. „Mamo, może to przez menopauzę? Różne rzeczy wtedy przychodzą kobietom do głowy”. Monika należała do pokolenia, które nie owijało w bawełnę. Ruta popatrzyła na nią i odparła: „Kobietami nie kierują tylko emocje i hormony. Podejmują też świadome decyzje. Męskie, jak to się mówi. Odchodzę od twojego ojca”. To było po kilku miesiącach szamotania się, prób zbliżenia do męża i po wspólnym wyjeździe, który okazał się przełomowy – warunki all inclusive uświadomiły jej, że nawet luksus nie zapcha dziur w ich relacji. Ona chciała zwiedzać, doświadczać, czuć, on – korzystać ze wszystkich wygód w hotelu. Podczas kolacji przy świecach milczeli. Przy śniadaniu rozmawiali o pogodzie. Najgorzej i jednocześnie najlepiej wydane pieniądze. „Wakacje życia”, zachęcał kolorowy folder biura podróży. W jakimś sensie – tak. Na pewno przełomowe.
Wrócili do domu i Ruta spakowała swoje rzeczy. Złożyła wypowiedzenie w pracy i wyjechała do Siedlec, do mieszkania, w którym spędziła dzieciństwo i młodość. To nie był ten kierunek, o który jej chodziło, ale na początek musiał wystarczyć. Wersja ekonomiczna – lokal za darmo, oszczędności pozwolą na kilka miesięcy życia bez pracy.
Pierwszy tydzień spędziła w szlafroku, snując się po mieszkaniu, z którego dawno temu wyjechała. Towarzyszyły jej te same uczucia, których doświadczała dziś, gdy po raz ostatni zamknęła za sobą te drzwi. Wyrzuty sumienia, że opuszcza to miejsce, i radość, że nie będzie skazana na życie w Siedlcach.
Pierwsza ucieczka miała miejsce wtedy, gdy zdała maturę. Poszła do Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie. Powód był dość prozaiczny – mieszkała z samotnie ją wychowującą matką, chciała się dalej uczyć, ale koszt studiowania w obcym mieście był dla nich obu nie do udźwignięcia. Niby mogła szukać czegoś na miejscu lub w Warszawie i jakoś by się to pewnie udało pociągnąć, ale po spisaniu na kartce wszystkich „za” i „przeciw” padło jednak na policję. Nie był to nieprzemyślany wybór, Rucie wydawało się, że to zawód, w którym ma szansę się odnaleźć, ponieważ potrafi sprawnie łączyć fakty, analizować sprawy, lubi, gdy przepisy są przestrzegane. Matka zaś cały czas kładła jej do głowy, że po tej szkole będzie miała zagwarantowaną pracę i szybszą emeryturę. To jakby Pana Boga za nogi złapać.
Matka umarła po roku bycia na emeryturze. Przez te dwanaście miesięcy żyła właściwie jeszcze mniej niż wtedy, gdy pracowała w sklepie papierniczym. Nie wiedziała, czym wypełniać wolny czas. Dzwoniła do Ruty i powtarzała jej, jak się cieszy, że jej córka tak dobrze ułożyła sobie życie, mimo że to się wydarzyło dwadzieścia lat temu. „Odpowiednio wyjść za mąż to dla kobiety wszystko”, powtarzała. Ruta tak właśnie zrobiła – obrączkę na palec włożył jej chłopak, który studiował w stolicy, wybrał rozsądny, stabilny kierunek – ekonomię, no i chciał Rutę za żonę. Poznali się podczas wakacji nad morzem. Pobrali się, kiedy ona skończyła szkołę w Szczytnie, on był już cztery lata po magisterce. Zdążył w tym czasie odziedziczyć po rodzicach dom w Sulejówku pod Warszawą, a Ruta dostała etat w komendzie w Mińsku Mazowieckim. Wszystko było świetnie, oprócz tego, że nie udawało im się z dzieckiem. Dopiero po czterech latach małżeństwa Ruta zaszła w ciążę i na świecie pojawiła się Monika. Ruta wzięła urlop macierzyński, wróciła do pracy, gdy mała poszła do żłobka. Proza życia szybko pokazała, że nawet najbardziej wyczekiwane przez rodziców dziecko jest bardziej matki niż ojca. Ruta odeszła więc ze służby, która „rujnuje rodzinom życie, jeśli to matka jest policjantką”, i wybrała pracę w urzędzie miasta, blisko domu. Potem poszło z górki – mąż zarabiał, ona „chodziła sobie do roboty”, matka powtarzała jej, że powinna na kolanach do Częstochowy iść i dziękować za takie szczęście.
Ruta zaś coraz mniej czuła się wybranką losu, ale wygodne, choć nudne życie toczyło się siłą przyzwyczajenia. Kiedy matka umarła nagle na zawał, Ruta pojechała posprzątać jej mieszkanie. Choć to właściwie złe określenie, ponieważ Ewa Rosieńska była pedantyczna i lubiła porządek. Ruta po prostu zanurzyła się w zebrany na niecałych pięćdziesięciu metrach kwadratowych świat, który kiedyś współdzieliły. Znalazła swoje stare zeszyty, książki, zapiski. Przypomniała sobie, że interesowała się etnologią, lubiła przyrodę, miała marzenia, żeby żyć inaczej, bardziej, nie tak jak u niej w domu. „Czuję, że istnieje rzeczywistość, która przekracza prozaiczną egzystencję” – zapisała w notesie, gdy była dziewczyną. Po latach, gdy spojrzała na te słowa, zarumieniła się. Infantylne, choć jednocześnie poczuła ukłucie… Czego? Żalu? Niespełnienia? Gdyby teraz miała wskazać pierwszy moment, który doprowadził ją do rozstania z mężem i wyjazdu z Sulejówka, to byłaby właśnie ta chwila. Później, gdy po raz kolejny dokonywała analizy swojego życia, pomyślała, że to było znaczące – tak, jakby mama umarła po to, żeby ona mogła ruszyć do przodu. Nie miały toksycznej relacji, jak to się teraz często określa. Ruta nie powiedziałaby, że nabawiła się przez matkę traum, że musi odgruzowywać swoje dzieciństwo, by naprawić dorosłość. Żyły zwyczajnie, średnia krajowa. Finansowo poniżej przeciętnej, ale bez przemocy i innych patologii. Jedyne, o co Ruta mogłaby mieć do mamy żal, to fakt, że nigdy nie chciała jej opowiedzieć o przeszłości – kim był jej ojciec, dlaczego nie mieszkał z nimi. Podczas porządkowania papierów znalazła stare koperty zaadresowane po rosyjsku i litewsku. Puste, bez listów. Z tyłu zaś, gdzie zwykle podaje się adres nadawcy, koperty miały wycięte okienka, jakby… Nie wiedziała, jakby co. Czy mama chciała je gdzieś wkleić, przechować, uchronić przed zgubieniem się? A może przeciwnie? Nie chciała, żeby ktoś je odnalazł? Tylko jedna zachowała się w całości, ale została zalana wodą i atrament, którym pisał nadawca, się rozmył. Cyrylica, która i tak sprawiała Rucie więcej problemów niż alfabet łaciński, była teraz trudna do odczytania. Mama trzymała te koperty w szafie, pod nieużywanym od dawna kołnierzem z lisa. Przedziwne miejsce, zresztą sam kołnierz też. Ruta aż się wzdrygnęła, gdy się wysunął z foliowego worka. Pamiętała mamę w nim narzuconym na płaszcz. I jego przerażające plastikowe oczy. Co do kopert Ruta przypuszczała, że mają związek z ich historią rodzinną. Matka mało mówiła o korzeniach, ale przecież nadała jej imię Ruta. Prawie wszyscy sądzili, że jest żydowskie, czemu się dziwili, bo Ruta była ciemną blondynką o niebieskich oczach. Zwykle jednak przemilczali sprawę, „no bo z tym pochodzeniem to w Polsce wiesz”. Tymczasem ona dostała to imię z zupełnie innego powodu. „Podobno litewskie, poza tym oryginalne. Jedyna niezwyczajna rzecz, jaką mogłam ci dać”, powiedziała matka.
Nie tylko to wyróżniało Rutę Rosieńską. Kiedy wypełniała papiery związane ze ślubem, w rubryce z przyszłym nazwiskiem wpisała swoje: Rosieńska. Tak już zostało, choć mąż się trochę obruszył, ale tylko trochę, bo nie chciał wyjść na konserwatystę, którym mimo wszystko był. Matka powiedziała wtedy, że to zły znak i razem starości nie dożyją. Miała rację, jak się okazało.
I tak, we wspomnieniach, nostalgii, od czasu do czasu zaczepiana przez sąsiadkę Królikową, Ruta przeżyła trzy miesiące. Snuła wizje przyszłej pracy, ale życie rewidowało różne pomysły. Największym problemem był brak pieniędzy niepozwalający na rozpoczęcie jakiejś działalności. Zaraz za nim niewiara we własne siły. Aż wreszcie przeczytała artykuł o wakatach w policji i stwierdziła, że to dobry trop. Tak, jak to przedstawiała matka: stabilnie i do emerytury.
Praca w służbach nie była zbyt romantyczna, ale ostatnie kilkanaście lat, czyli biurko w referacie podatków, też nie było. Poza tym Ruta uważała, że jej cechy mogłyby się na coś w pracy policyjnej przydać. No i fakt, że kilkanaście lat temu zrezygnowała z tego wyboru ze względu na „dobro rodziny”, też miał znaczenie. Teraz dobro było pojedyncze, tylko jej, i chciała się o nie zatroszczyć.
Mogłaby wybrać oficjalną ścieżkę, ale pomyślała o Marcinie, z którym spotykała się podczas nauki w Szczytnie. Ich drogi się rozeszły, kiedy poznała Arka, ale on też już miał kogoś innego na oku. To nie była żadna wielka miłość, oboje to wiedzieli. Ruta zachłysnęła się wolnością, dała się uwieść wygadanemu i przebojowemu starszemu koledze. On zaś lubił ładne dziewczyny, raczej seryjnie, a nie monogamicznie. Rozstali się bez urazy, potem mieli okazjonalny kontakt. Najpierw, gdy pojawiła się Nasza Klasa, a potem Facebook. Wymienili się zdjęciami, powspominali dawne czasy. Niezobowiązująco. Ruta odezwała się do niego po raz kolejny, gdy była już w Siedlcach. Chciała go tylko poprosić o radę, zapytać, jak się teraz pracuje w służbach, i tak od słowa była już w samochodzie na trasie do Suwałk tak samo jak teraz.
Z rozmyślań wyrwał ją dźwięk telefonu. Spojrzała na wyświetlacz: „Monika”.
– Cześć – rzuciła w przestrzeń auta.
– Cześć, mamo. Coś słabo słychać. – Jej córkę było za to świetnie słychać.
– Bo jestem w trasie.
– Tak chyba ostatnio można nazwać twoje życie.
– Odbijam sobie za lata stagnacji. Zresztą trasa się zaraz skończy, bo już podpisałam papiery.
– Czyli jednak będziesz pracować na tym zadupiu?
– W Rutce-Tartaku.
– No o tym właśnie mówię. Zmieniłaś podwarszawską miejscowość na jakąś dzicz? Nie krytykuję twojego wyboru, żadnego – jej ton głosu zdradzał, że jest przeciwnie – ale w jaki sposób to ma być początkiem twojego nowego, lepszego życia. Bo przecież ma być lepsze, prawda?
– Prawda. – Ruta zerkała na mijane tereny. Zieleń, pustka, spokój. Całkiem fajny kawałek Polski. Szkoda, że płaski, ale tam, dokąd jechała, krajobraz się zmieniał – był pofałdowany. To efekt lodowca, który się tamtędy przesuwał. Zostały po nim głębokie jeziora rynnowe i góry. Myślała, że Marcin sobie z niej żartował, gdy opowiadał o górach na Suwalszczyźnie, ale potem sprawdziła, że one naprawdę tam są – Góry Sudawskie. Fachowo to wysoczyzna morenowa, ale dla ludzkiego oka – góry.
– Jesteś pewna, mamo, że właśnie tego chcesz?
– Jestem pewna, czego nie chcę.
– Uciekasz od odpowiedzi.
– Nie uciekam. Mówię, jak jest. Tyle wiem, reszta wciąż przede mną.
Po drugiej stronie rozległo się westchnienie.
– Ale podjęłaś konkretną decyzję. Zobowiązanie. Przecież nie będziesz się za chwilę przenosiła gdzieś indziej.
– Nie wiem. Nie wszystko jest na stałe. Właściwie to nic nie jest.
Odpowiedzią znowu było głębokie nabranie powietrza i wypuszczenie go z sykiem.
Ruta miała wrażenie, że jej rozmowy z Moniką wyglądają tak, jakby się zamieniły miejscami – to jej córka była głosem rozsądku, stabilizacji. Dawniej młode pokolenia wszystko kontestowały, odrzucały zastany świat, poszukiwały, błądziły. Monika na pewno by się w tym nie odnalazła – lubiła mieć dokoła siebie poukładaną, niezmienną rzeczywistość. Była taka, jak Ruta w młodości, tyle że Rutę do takich wyborów przymuszały rozsądek i kiepska sytuacja materialna. Monika żyła w dostatku, mogłaby sobie pozwolić na bunt, gdyby chciała. Ale nie chciała.
– Mamo, nie pogniewaj się, ale to naprawdę wygląda tak, jak… jakbyś się zerwała ze smyczy.
Ruta parsknęła.
– Zerwała ze smyczy. To dobre. – Naprawdę ją to rozśmieszyło.
– Nie wiem, jak inaczej to nazwać. Zawsze byłaś racjonalna.
– Może dlatego, że musiałam?
– Teraz też chyba musisz, przecież będziesz policjantką. Czy to nie jest jedno z podstawowych wymagań w tym zawodzie?
– Uczciwość i rzetelność to jest podstawa. Myślę, że mam obie te cechy.
– Na pewno, mamo. Chodzi mi tylko o to, że policjant, znaczy policjantka, musi twardo stać obiema stopami na ziemi. A twój stan ducha teraz jest… – Urwała.
– Jaki jest? – zapytała Ruta. – Wiesz, ja sama jeszcze nie do końca potrafię go określić, więc z chęcią poznam twoją opinię.
– Niestabilny. Tak bym to ujęła.
– Chyba bym się z tym nie zgodziła. Może jakiś czas temu, kiedy się zastanawiałam, co robić, miotałam się. Ale nie teraz, kiedy już podjęłam decyzję.
– Tata nienajlepiej sobie radzi. – Monika nagle zmieniła temat.
– W jakim sensie?
– Ogólnym. Byłam u niego wczoraj i powiem ci, że słabo to wyglądało. Był jakiś taki… W pomiętej koszuli, chyba niewyspany, na stole brudne kubki. Myślę, że nawet jeśli głośno tego nie mówi i robi dobrą minę, to przeżywa wasze rozstanie.
– Albo brak obsługi w domu.
– Nie spłycasz sprawy?
– Nie wiem, ale z twojego opisu wynika, że może o to chodzić.
– Jest mi go po prostu żal. Siebie też.
Ruta poczuła nieprzyjemne ukłucie w okolicy serca.
– Siebie? Przecież od dwóch lat z nami nie mieszkasz. Jesteś pełnoletnia, studiujesz, masz chłopaka…
– Ale straciłam rodzinę. Była, była i nagle nie ma. To ma na mnie wpływ, mamo.
Teraz westchnęła Ruta. Rozmawiały na ten temat. Przyjmowała argumenty córki, rozumiała jej perspektywę i absolutnie nie czuła, że powinna zmienić zdanie.
– Przykro mi, tyle mogę powiedzieć.
Ponieważ Monika milczała, Ruta zapytała:
– A jak na studiach?
– Wszystko dobrze. Zaraz sesja, a potem przez miesiąc popracuję u taty w ramach praktyk. Płatnych.
Eksmąż Ruty prowadził dużą firmę rachunkową, a Monika studiowała finanse.
– To fajnie. Tata chyba zresztą ma plan, żeby cię wciągnąć w biznes. Zawsze się cieszył, że poszłaś w jego ślady, wybierając kierunek studiów.
– W twoje również. Przecież ty też się zajmowałaś księgowością.
Referat podatków i opłat lokalnych to było jej miejsce pracy. Skończyła zaocznie studia, do których miała taki sam stosunek, jak do tego zajęcia – letni. Spojrzała na deskę rozdzielczą: termometr wskazywał dwadzieścia pięć stopni. A podobno wybrała najzimniejsze tereny w Polsce.
– Zanim postanowiłaś już się nią nie zajmować – ciągnęła Monika.
– Ale to nie był mój pierwszy zawód. Najpierw byłam policjantką. I zawsze trochę żałowałam, że odeszłam z policji.
– No tak, ale zmiana po tylu latach? Przecież już tak długo pracowałaś w urzędzie, znałaś to miejsce jak własną kieszeń. A z policją… Nie boisz się, że trudno ci będzie znowu wejść do tego świata? Miałaś sporą przerwę, na pewno wiele się pozmieniało. Że nie wspomnę o takich sprawach, jak testy wytrzymałościowe i w ogóle.
– Testy zdałam. – Ruta nie czuła potrzeby, by dodać, że obniżono wymagania. – A resztę nadrobię.
– Mówiłaś, że chciałabyś nowych przeżyć, wyzwań, i ja to szanuję, ale obawiam się, że w miejscu, które sobie wybrałaś, to raczej nic takiego cię nie spotka. Nie lubisz tego określenia, no ale to zadupie.
– Nie jest najmilsze, fakt. – Ruta zgodziła się uprzejmie, myśląc jednocześnie, że jej córka ma przygotowaną listę, która ma na celu zniechęcenie matki do wprowadzania zmian w życiu, i teraz odhacza z niej kolejne punkty.
– Ani się tam nie rozwiniesz zawodowo, ani nikogo nie poznasz.
Chyba zbliżały się do końca tej listy, bo kolejne argumenty były coraz mocniejsze. Ruta myślała o tym, co przed chwilą padło. To był całkiem realny scenariusz, ale przecież zawsze istniał cień szansy, że będzie inaczej. Samodzielne stanowisko – jak by nie było: kierownicze – wymusi na niej doszkalanie się, a co do nowych znajomości, to teraz poznaje się facetów przez internet, a ten do Rutki-Tartaku dotarł.
– Chyba że już… Zapytam wprost, czy coś cię łączy z tym twoim kolegą z Suwałk? Z tym, który załatwił ci pracę? I który wynajmuje ci mieszkanie?
– Nie. Zupełnie nic. To dawny znajomy, który jest teraz wysoko w hierarchii policyjnej.
– Po prostu znajomy?
– Teraz tak. Kiedyś chłopak. Przez kilka miesięcy, wieki temu. Gdy miałam tyle lat co ty.
– Faktycznie dawno – zgodziła się Monika, a Ruta poczuła delikatne ukłucie smutku.
– Czyli to nie przez niego te zmiany?
– Nie. On się pojawił później, kiedy już byłam w Siedlcach. Zresztą ma żonę, dorosłe dzieci. To już od dawna zamknięty rozdział, tylko wspomnienie.
– Ale mówiłaś, że za mieszkanie mu nie płacisz. Więc chyba cię lubi. – Akcent padł na ostatni wyraz.
– Lubi, to prawda. A z mieszkaniem to jest taka sytuacja, że miało iść do remontu. Poprzedni wynajmujący właśnie je zwolnili, nowych jeszcze nie było. Marcin stwierdził, że mogę przez jakiś tam pomieszkać, ale nie będzie ode mnie brał pieniędzy za lokal, który nie jest w idealnym stanie.
– Traf.
– Można tak to nazwać.
– Ale nie będziesz tam mieszkała przez cały czas.
– Nie. Rozglądam się za czymś. Jest służbówka nad posterunkiem, ale już zajęta.
– Przez kogo?
– Przez młodego chłopaka, który niedawno się tam zjawił. Posterunkowy.
– Aha.
– To westchnienie ulgi czy zawodu? – zapytała Ruta.
Widziała już tablice informujące o konieczności zmiany pasa i wskazujące zjazd na Suwałki.
– To obawa, czy nie będziesz żałowała tej decyzji. Bo z tego, co mówisz, to na horyzoncie nie widać niczego ciekawego.
Bardzo ładne pośladki, pomyślała Ruta. Krągłe, wypukłe, jędrne.
Chciała coś powiedzieć, dać znać, że tu jest, ale stała w korytarzu i na nie patrzyła, zwłaszcza że wykonywały rytmiczne ruchy.
Większość rzeczy zabranych z domu zostawiła w suwalskim mieszkaniu. Do kartonowego pudła przełożyła to, co mogłoby się jej przydać na posterunku – długopisy, kilka kubków, dwa kwiatki w doniczkach. Ponieważ i tak chciała pojechać na wycieczkę, by lepiej poznać okolice swojego nowego miejsca pracy, postanowiła przy okazji wpaść na posterunek i przynieść tu te przedmioty.
Na podjeździe stał samochód – mały, wysłużony golf. Zdziwiła się. Według słów Marcina posterunkowy do wtorku miał być na urlopie. Mogło się zdarzyć, choć było to mało prawdopodobne, że skrócił wypoczynek. Drugie, też o niskim stopniu prawdopodobieństwa, że zaparkował tu jakiś cywil.
Drzwi wejściowe były zamknięte na klucz. Otworzyła je. Do jej mózgu od razu dotarły trzy informacje: wewnętrzne drzwi łączące posterunek z mieszkaniem służbowym stały otworem, na kaflach, którymi wyłożono korytarz, widniały mokre plamy przypominające ślady stóp, a z gębi korytarza dolatywała muzyka. „Wręczę ci mandacik za przekroczenie piękności, możesz go opłacić walutą miłości. Wręczę ci mandacik za przekroczenie piękności, możesz go opłacić w zupełnej ciemności”. Ślady prowadziły do pomieszczenia socjalnego, które też było otwarte, i to tu znajdowało się źródło discopolowego grania. „Przez otwarte okno twego Clio usłyszałaś i-o, i-o. To miłosny pościg, się rzucili chłopcy radarowcy”.
Stanęła w progu. Po prawej była zabudowa kuchenna, po lewej nieduży stół i dwa krzesła, na wprost – zlew i nagi mężczyzna, który nalewał wodę do dużego garnka. Drugie, trochę mniejsze naczynie stało już na włączonej kuchence.
Powinna była się wycofać, a potem w jakiś sposób poinformować o swojej obecności.
– O-o-o, ma-ma-ma-mandacik, ma-ma-ma-mandacik. Ma-ma-ma-mandacik, pan da ci, oh, yeah. – Tym razem do głosu piosenkarza dołączył głos tego, którego biodra kręciły się w rytm skocznej, ludowo-wiejskiej muzyki przełamanej elektroniczną nutą.
Ale nie zdążyła, pewnie dlatego że wejście do aneksu kuchennego znajdowało się naprzeciw okna z zakurzoną firanką. Kichnęła głośno, przebijając się przez oba wokale.
– …w zupełnej ciemności.
Finał piosenki wybrzmiał już tylko jednym głosem. Drugi, teraz mając konkretną twarz, dodał:
– O Jezu.
Ruta stwierdziła, że to bardzo przyjemna twarz, choć chwilowo zaskoczona, a nawet przerażona.
– Dzień dobry. Ruta Rosieńska, od jutra zaczynam tu pracę – przywitała się.
– Taak? Ja… ja…
Usilnie patrzyła mu w oczy, jakby chciała go uspokoić, że jej wzrok nie obejmuje niższych partii jego ciała.
– Przepraszam.
Chłopak gwałtownie się obrócił, po czym przychylił przez blat. Dostrzegła, że sięga po coś.
– Ja… – Znowu stał do niej przodem. Tym razem Ruta spojrzała niżej. Obie dłonie trzymał na wysokości bioder, a w nich ścierkę w kolorowe pasy, która ukrywała przed nią fragmenty ciała zwyczajowo niepokazywane postronnym. – Awaria piecyka na górze. Robiłem sobie kąpiel, kiedy skończyła się ciepła woda, dlatego przyszedłem tu nagrzać. Nie wiedziałem, że ktoś tu przyjdzie, przecież jest niedziela. Zresztą z kadr dostałem informację, że będę miał szefa. A pani jest…
Chłopak wyglądał naprawdę sympatycznie. Miło i zwyczajnie, pominąwszy ścierkową przepaskę na biodrach. Był młody, dwadzieścia kilka lat. W wieku Moniki. Mógłby być moim synem, pomyślała. Jasne włosy, niebieskie oczy. Szczere, dobre spojrzenie.
– Szefową – odparła. – Twoją szefową. Będę w swoim pokoju – dodała.
Odwróciła się i skierowała w stronę gabinetu. Gdy mijała lustro, dostrzegła w nim odbicie chłopaka. Pocierał dłońmi twarz, nie było w nich już ścierki, ta leżała na blacie. Blat zaś był na wysokości bioder, niczym już nieosłoniętych.
Na chwilę jej wzrok zatrzymał się w tym punkcie. Gdy podniosła głowę, jej spojrzenie natrafiło na jego wzrok skierowany w stronę szklanej tafli.
Natychmiast przekręciła głowę i energicznym krokiem poszła do pokoju.
Dziesięć minut później stanął przed jej biurkiem.
– Patryk Wasilkiewicz. Posterunkowy Patryk Wasilkiewicz.
Podniosła się.
– Ruta Rosieńska. Starsza aspirant. – Wyciągnęła w jego stronę dłoń. Uścisnął ją. Palce miał ciepłe, wilgotne. Pomyślała, że się denerwuje.
– Przyjechałam dzisiaj, bo przywiozłam rzeczy. Nie powinno mnie tu być, i tak potraktujmy to, co się wydarzyło. Jakby nie miało miejsca. – Uśmiechnęła się.
– Tak, pewnie.
Nadal stał.
– Usiądź. Proszę.
Chłopak przysunął sobie krzesło.
– Nie wiem, co już o mnie wiesz.
– Nic. Tylko tyle, że ma być szef. Tak było powiedziane, więc pomyślałem, że to będzie mężczyzna. A jest pani.
– Jestem ja. Ruta.
Pokiwał głową. Wyglądał na stremowanego.
– Powiesz coś o sobie? – poprosiła.
– Pracuję tu od początku roku. Wcześniej był tu sierżant, ale poszedł na emeryturę. Przez kilka miesięcy nikogo nie było, wakat, a od stycznia ja. Na górze mam mieszkanie. Małe, pokój, kuchnia i łazienka.
– Skąd jesteś?
– Z Poćkun. To przy granicy.
– Tu wszędzie jest przy granicy. – Uśmiechnęła się.
– No tak. Stamtąd. – Wyciągnął lewą rękę w bok. – Znaczy jak się jedzie na Łoździeje. Na Olitę – dodał. – Przez Sejny.
– To mniej więcej kojarzę.
– Pani…
– Ruta – przypomniała mu.
– Ruta – powtórzył. – Ty nie jesteś stąd?
– Nie. Jestem z Sulejówka.
– Piłsudski – wypalił jak z automatu.
– Tak, on też tam mieszkał. Tylko trochę wcześniej.
Śmieszny był ten chłopak. Zachowywał się jak w szkole w obecności wymagającej nauczycielki.
– Tak mi się skojarzyło. To daleko. I blisko Warszawy. Dlaczego cię tu przenieśli?
Patrzyła na niego, zastanawiając się, co odpowiedzieć.
– To znaczy przepraszam, jeśli to za ciekawskie, po prostu… No, tu jest dziura. Tego nikt nie chciał brać, dlatego mnie się trafiło, zwykłemu posterunkowemu.
– W obecnych warunkach geopolitycznych sytuacja się zmieniła.
Przecież nie będzie tu opowiadała o splocie wydarzeń, który sprawił, że trafiła na to „zadupie”, jak to określiła je jej córka – równolatka tego chłopaka.
– O wojnę chodzi? I o tych, co się próbują przez zieloną granicę dostać?
Pokiwała głową.
– No jasne! – Lekko uderzył otwartą dłonią w czoło. – Mówili, że od lipca kontrole będą na granicach, a już teraz pogranicznicy cały czas tu jeżdżą i patrolują. Niby to wszystko rutynowe, ale… Może jednak co poważniejszego, jak prawie Warszawa tu przyjeżdża?
– Bez obaw. Wszystko jest pod kontrolą.
Było jej głupio, że go okłamuje i do tego używa tekstów jak z amerykańskich filmów klasy b, dlatego szybko zmieniła temat.
– No dobra, to już trochę o sobie wiemy, a teraz wprowadź mnie w funkcjonowanie posterunku. Co tu się wydarzyło od stycznia? Jakie interwencje, sprawy, wpisy do SEWIK-u? Co tam masz w notatkach?
Patrzyła na nią para błękitnych oczu takich, jak dzisiejsze niebo.
– Nic – odparł. – Prawie nic.
– Jak to: nic? Nie prowadzisz dokumentacji?
– Prowadzę. Tylko że nic się nie wydarzyło. Pokażę. – Podniósł się i wyszedł na korytarz. Po chwili wrócił z grubym zeszytem A4 w twardej oprawie. Na okładce było zdjęcie samochodu z napisem „Police”.
– Tylko taki został w Groszku w Wiżajnach – powiedział.
– Pasuje. – Pokiwała głową.
Widziała po jego minie, że nie potrafi ocenić, czy mówi serio.
– Mogę?
Wzięła od niego zeszyt.
Na pierwszej stronie u góry było napisane: „2 stycznia 2025 r. W dniu dzisiejszym na terenie gminy Rutka-Tartak nie odnotowano żadnych zdarzeń kwalifikujących do wystawienia mandatu karnego lub skierowania do dalszych czynności procesowo-śledczych”. Przewróciła kartkę: „3 stycznia 2025 r. W dniu dzisiejszym na terenie gminy Rutka-Tartak nie odnotowano żadnych zdarzeń kwalifikujących do wystawienia mandatu karnego lub skierowania do dalszych czynności procesowo-śledczych”. Kolejna strona: „4 stycznia…”.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
