Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
117 osób interesuje się tą książką
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 381
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Patrycja Kowal-Fidelus, 2026
Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026
Redaktorka inicjująca i prowadząca: Joanna Jeziorna-Kramarz
Marketing i promocja: Karolina Guzik, Judyta Kąkol
Redakcja: Marta Chelińska
Korekta: Agnieszka Śliz, Magdalena Białek
Zdjęcia na okładce: © Custom Designs, © Denys, © PRASANNAPIX, © Mathias Weil, © Photocreo Bednarek, © Mistervlad, © kriangphoto31, © 1989STUDIO | Adobe Stock
Projekt okładki i strony tytułowe: Ewa Popławska
Fotografia autorki na skrzydełku: Iryna Datsenko
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68800-76-0
CZWARTASTRONA
Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.
ul. Fredry 8, 61-701 Poznań
tel.: 61 853-99-10
www.czwartastrona.pl
Teraz
Nie wierzę w to, co właśnie ukazuje się moim oczom.
Przecież… minęło już tyle lat. Czekałam na tę wiadomość całą wieczność!
Nagle czuję, że brakuje mi powietrza. Moje serce gwałtownie przyspiesza, niemalże łomocząc o żebra. A potem… widzę światło. Słyszę odległe odgłosy miasta.
Ciało budzi się jako pierwsze. Umysł dołącza dopiero chwilę później.
Zanim dociera do mnie, gdzie jestem, leżę nieruchomo jeszcze przez jakiś czas. A więc to był sen… Niestety, znowu tylko sen.
Zrezygnowana zsuwam cieniutką kołdrę i siadam na łóżku. Moje stopy dotykają chłodnej podłogi. Omiatam wzrokiem pokój i zatrzymuję się na otwartym laptopie po drugiej stronie łóżka. Na mojej twarzy pojawia się grymas. Najwyraźniej znowu zasnęłam, pracując.
Otrząsam się dopiero na sygnał SMS-a. Niechętnie sięgam ręką w kierunku stolika nocnego, skąd dochodzi uporczywe pikanie. Na ekranie komórki dostrzegam pięć nowych wiadomości.
Najnowsza z nich – o dość oszczędnej treści „Co z tobą!?” – nic mi nie mówi, więc w pośpiechu sprawdzam pozostałe. Gdy odczytuję wcześniejszą, wszystko staje się jasne.
SzefPrzypominam, że za pół godziny łączymy się z Hongkongiem! Dlaczego jeszcze nie widzę cię online?!
– Szlag. – Tylko tyle wyrywa mi się z ust, choć w myślach puszczam dużo bardziej soczystą wiązankę.
Wystukuję odpowiedź najszybciej, jak potrafię, i natychmiast zrywam się na równe nogi.
JaBez obaw, szefie. Będę na czas!
Jeśli faktycznie chcę zdążyć, nie mam chwili do stracenia. Pracy z domu nie rozważam nawet przez sekundę. Azjatyccy klienci to nie żarty. To spotkanie jest zbyt ważne, żebym ryzykowała problemy z połączeniem, a w tym mieszkaniu są one prawie tak pewne jak to, że moja kariera właśnie zawisła na włosku.
W drodze do łazienki ganię się za to, że zapomniałam nastawić budzik. To w sumie zaskakujące, że odkąd tu przyleciałam, śpię jak dziecko. Od lat nie sypiam najlepiej, a tu proszę, jaka miła odmiana! Może to przez pogodę, jedzenie albo fakt, że codziennie praca wysysa ze mnie wszystkie siły? A może przez wszystko naraz?
Tak czy inaczej, to nie pierwszy raz, kiedy zaspałam. Na szczęście zawsze mogę liczyć na mojego szefa, który – jak widać – gardzi potrzebą snu. Chryste, przecież u niego w Londynie jest godzina do tyłu! Swoją drogą, czy on nie zna innych znaków interpunkcyjnych niż wykrzyknik i pytajnik, do tego pisane razem? Czyżby żaden z tych wszystkich specjalistów od zarządzania, którym tak bezgranicznie ufa, wciąż mu nie wytłumaczył, że to pasywno-agresywne?
Dobrze, że nie mam czasu tego roztrząsać. Dochodzi szósta. Mam mniej niż pół godziny, żeby znaleźć się przy biurku. W ekspresowym tempie biorę prysznic, a potem zakładam pierwszą lepszą rzecz, która nadaje się do biura. Szybko przeczesuję splątane po nocy włosy. Jasnobrązowe pukle sięgają mi do połowy pleców i wyglądają zadziwiająco dobrze jak na ilość czasu, jaki im poświęcam. W skórę wklepuję jeden z tych absurdalnie drogich kremów, które są w stanie dodać jej trochę blasku i rzekomo zapewnić mi wieczną młodość. Makijaż odpuszczam. Moje długie czarne rzęsy naturalnie wyglądają jak pomalowane i to jedna z tych rzeczy, które lubię w sobie najbardziej. Podoba mi się, jak ta ciemna oprawa kontrastuje z zielenią moich oczu.
I tak oto jestem gotowa do wyjścia po niecałych dziesięciu minutach. Mój osobisty rekord. Wsuwam odblaskowe adidasy, a szpilki wrzucam do torebki. Nawiasem mówiąc, ten, kto wymyślił shopperki, zasługuje na Nagrodę Nobla. Myślę, że zawartość mojego egzemplarza pozwoliłaby mi przetrwać na bezludnej wyspie co najmniej tydzień.
Przed wyjściem przelotnie zerkam na siebie w lustrze. Nie mam złudzeń, sportowe buty stanowią dość nietypowe połączenie z czarną ołówkową sukienką do kolan. Poza tym szczerze wątpię, że zdecydowałaby się na nie którakolwiek z tych stylowo ubranych kobiet pracujących w tym samym biurowcu co ja. Dla mnie są jednak jedynym słusznym wyborem. Choć początkowo nie zamierzałam biec, po ponownym spojrzeniu na zegarek nie jestem już tego taka pewna.
Za drzwiami czteropiętrowej zabytkowej kamienicy, w której mieszkam, wyczuwam zapach świeżo parzonej kawy. Stwierdzam z ulgą, że Lucio – barista z kawiarni na parterze – musi wstawać jeszcze wcześniej niż ja. Najwyraźniej potrzeba wielu litrów kawy, by obudzić to zmęczone całonocną zabawą miasto.
Lucio stoi na ulicy i pali papierosa. Idę o zakład, że to nie jego pierwszy tego dnia. Nadal nie przywykłam do tego, że palenie wciąż jest tu w modzie.
– Bellissima! Cara mia! – krzyczy Lucio i macha do mnie. Wyraźnie uradowany uśmiecha się szeroko, odsłaniając pożółkłe uzębienie.
Prycham w duchu. Ta tutejsza przesadna ekscytacja na widok kobiet to kolejna rzecz, do której jeszcze się nie przyzwyczaiłam.
– Dzień dobry, Lucio. Jest szansa na flat white? – rzucam bez zbędnych wstępów.
Wiem, że nie mam czasu na pogawędki, ale desperacko potrzebuję kofeiny. Już od dawna zaczynam dzień od mocnej czarnej z mlekiem, niewiele robiąc sobie z tego, co mówią o takim stylu życia popularne teorie biohackingowe. A tutejszą kawę wprost uwielbiam, choć nie sądzę, bym kiedykolwiek polubiła espresso.
– Tylko jeśli napijesz się ze mną, słoneczko. – Lucio posyła mi kolejny uśmiech, tym razem dodając do niego zalotne mrugnięcie.
Krzywię się, lekko mrużąc oczy. Z reguły pozwalam mu na niewinny flirt, bo to dla mnie okazja, by poćwiczyć włoski. Poza tym nie ma mowy, żeby mój chłopak zrobił mi o to scenę zazdrości. Lucio ma jakieś dwieście lat. I bardzo sympatyczną żonę, która dostarcza do kawiarni domowe wypieki.
– Obawiam się, że dziś muszę wziąć na wynos – zbywam go, tłumiąc ziewnięcie.
On jednak dalej stoi niewzruszony, więc dorzucam do tego mój najładniejszy uśmiech.
– Po co ten cały pośpiech, kochanie? Nie wiesz, że jaki poranek, taki cały dzień?
Na te słowa mój uśmiech znika. Tutaj akurat Lucio ma rację.
– Przepraszam, ale jestem już mocno spóźniona. To jak będzie z tą kawą? – Niecierpliwię się, przestępując z nogi na nogę. Słowo daję, że ta włoska rozlazłość kiedyś doprowadzi mnie do szału.
Lucio najpierw kręci głową niepocieszony, lecz po chwili gasi papierosa i wchodzi do środka.
– Kto to widział tyle pracować? Co wy robicie przez tyle czasu przed tymi komputerami? – mamrocze.
Wchodzę za nim, milcząc i udając, że tym razem nie rozumiem, co mówi.
Wychodzę z kawiarni po nieznośnie długich pięciu minutach. Trudno, było warto. Kawa jest wspaniała. Dostałam do niej nawet rogalika. Nie jestem przekonana, czy z równą beztroską zareaguje na niego moja talia, ale cóż. Przynajmniej będę miała jeden powód do biegania więcej.
Zakładam AirPodsy, wybieram ulubioną playlistę, podkręcam głośność i przyspieszam kroku.
Choć przemierzam tę trasę codziennie od kilku tygodni, nadal nie przestało mnie zadziwiać, jak tu pięknie. O tej porze brukowane uliczki są prawie puste. Poranne światło sprawia, że porastający mury bluszcz wygląda jeszcze bardziej tajemniczo. Trochę tak, jakby skrywał jakiś zakątek dostępny tylko dla wybranych. Promienie majowego słońca przyjemnie muskają moje ciało. To sprawia, że mimo wszystko nieco się rozluźniam.
A może jednak wszechświat wie, co robi, skoro zmusił mnie, bym dotarła do tego miejsca?
Przez lata omijałam to miasto szerokim łukiem. I miałam ku temu powody. Gdyby nie propozycja szefa, jeszcze przez długie lata nie przyjechałabym tu z własnej nieprzymuszonej woli. Tym razem jednak nie mogłam się sprzeciwić. To była oferta z rodzaju tych, których się nie odrzuca.
Na razie wszystko wskazywało na to, że strach ma jedynie wielkie oczy. Jeśli nie liczyć tych dziwacznych snów, całkiem skutecznie radzę sobie z demonami przeszłości.
Wpadam do biurowca dwie minuty przed spotkaniem. Jestem zdyszana, ale na szczęście na czas, żeby zapobiec bankowej katastrofie na linii Rzym–Hongkong z gościnnym udziałem Londynu.
Gdy zdecydowanym krokiem mijam recepcję, zmierzając w kierunku windy, stukot szpilek, na które jeszcze przed wejściem pospiesznie zmieniłam adidasy, miarowo rozchodzi się po korytarzu. Ten dźwięk zwykle dodaje mi pewności siebie, a tej będę dziś potrzebować bardzo dużo.
Prawda jest taka, że stanowisko dyrektora rzymskiego oddziału nadal jest ponad moje siły.
