Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
43 osoby interesują się tą książką
Po wyprowadzce z ukochanego miasta siedemnastoletniej Audrey trudno odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Tęsknota za dawnym życiem daje się we znaki. Nieoczekiwanie na jej drodze staje Nicolas. Na skutek różnych wydarzeń między tą dwójką szybko nawiązuje się specyficzna więź. Jednak jest pewien problem. Chłopak nieustannie kręci się wokół dziewczyny, czemu przeciwna jest jej matka, a ta relacja, niebezpieczeństwo i tajemnice przeszłości powoli zaczynają spalać ich oboje.
Gatunek: YA, romans, dramat.
Motywy: tajemnice, choroba, narkotyki, przyjaźń, miłość na odległość, szkoła, enemies to lovers, przeprowadzka, zdrada, nastolatki, gangi, zamek, legendy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 281
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Milena KwiatkowskaCopyright © by Wydawnictwo WasPos, 2026All rights reservedWszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.
Redakcja: Kinga Szelest
Korekta: Adriana Rak
Projekt okładki: Adam Buzek
Ilustracje w książce: Milena Marszałek i Oliwia Potoczna
Ilustracje przy częściach: pngtree.com
Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek/[email protected]
Wydanie I – elektroniczne
Wyrażamy zgodę na udostępnianie okładki książki w Internecie
ISBN 978-83-8290-970-8
Wydawnictwo WasPosWarszawaWydawca: Agnieszka Przył[email protected]
Dla wszystkich tych, którzy boją się miłości
Historia przedstawiona w książce jest fikcją literacką. Miejsca i osoby, o których przeczytacie, zostały wykreowane na potrzeby powieści. Zbieżność nazw bądź nazwisk z realnie istniejącymi jest przypadkowa.
~ Część I ~ Iskra
Rozdział I
Echo
Audrey
Nieraz zastanawiałam się, jak ludzie radzą sobie ze zmianami i czy też mają taki problem z przystosowaniem się do tego, co nadeszło i jest nieodwracalne. Liczyłam, że tak, bo mnie godzenie się z tym, co nieuniknione, nie szło zbyt dobrze.
Wstałam z kolan i otrzepałam spodnie z męczeńskim westchnieniem.
To chyba ostatnie – pomyślałam, spoglądając na sporych rozmiarów karton z moimi książkami.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu, w którym piętrzyły się całe stosy takich właśnie kartonów. Zabawne, że rzeczy jednego człowieka można spakować i wywieźć jakby nigdy nic, robiąc miejsce komuś nowemu.
– I jak ci idzie? – Usłyszałam za plecami głos mojego taty.
Automatycznie spojrzałam w jego kierunku. Stał, opierając się o futrynę. Bacznie mi się przyglądał. Skrzyżowałam ręce na piersiach i posłałam mu spojrzenie, którym raczyłam go i mamę od trzech miesięcy, a konkretnie od momentu, w którym radośnie oznajmili mi, że się przeprowadzamy.
Nie wiedziałam, skąd brał się ich entuzjazm, ale mnie myśl o tym, że mamy się wyprowadzić do całkiem obcego miasta w innym stanie, nie przynosiła nawet grama radości, którą oni promienieli. Jednak najgorszy w tym wszystkim był Kevin, który jak na młodszego brata przystało, powinien był trzymać moją stronę w tej nieszczęsnej sytuacji, ale nie. On się sprzedał za nową konsolę i tapetę z motywem z Minecraft w swoim nowym pokoju.
– Kochanie, wiem, że nie chcesz się przeprowadzać – powiedział, robiąc kilka kroków w moją stronę – ale to jest dla mnie wielka szansa i… – zamilkł, zastanawiając się, jak odpowiednio dobrać słowa – i chciałbym, żebyś to zrozumiała. Ten awans oznacza dla nas dodatkowe pieniądze.
– A ty ciągle tylko o jednym. Pieniądze to, pieniądze tamto – warknęłam, nie mogąc znieść systemu wartości mojego ojca. – Czy wszystko musi się wokół nich kręcić? Byliśmy szczęśliwi, mając mniej.
– Świat się wokół nich kręci, Au, i im szybciej to zrozumiesz, tym lepiej. – Ominął mnie i wziął dwa kartony ze stosiku pod oknem. – Upewnij się, że wszystko spakowałaś.
Po tych słowach wyszedł z mojego pokoju, a ja trzasnęłam za nim drzwiami. Miałam ochotę coś rozwalić. Już zamierzałam zacząć krzyczeć, że ich nienawidzę, ale doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że to nie jest prawda oraz że szybko pożałowałabym tych słów.
Nie widząc lepszego rozwiązania, rzuciłam się na łóżko, na którym jeszcze dziś rano spałam. Żywcem mnie nie wezmą.
Spojrzałam na sufit. Przedwczoraj wisiały tam zdjęcia moje, moich bliskich i przyjaciół. Były ich dziesiątki, a nawet setki. Przedstawiały moje życie od początków przedszkola aż po pierwszą klasę liceum; liczyłam, że je ukończę. A teraz nie było tam już nic, poza pozdrapywaną farbą i resztkami taśmy.
Pragnęłam tu zostać. To był mój dom. Jak miałam zostawić Tracy, Ethana, Sylvię, a przede wszystkim Logana. Statystycznie osiemdziesiąt pięć procent związków na odległość rozpada się już w pierwszych miesiącach. Czy i nasz był skazany na porażkę?
Nie chciałam, by tak się stało. Życie było niesprawiedliwe – to uniwersalna prawda, z którą pogodzić się nie potrafiłam, jak pewnie tysiące innych osób.
Drzwi pokoju otworzyły się. Tata stanął w progu z jakimś mężczyzną w uniformie z napisem „firma przeprowadzkowa”. A więc ciężarówka już przyjechała. Za szybko. Obaj zabrali kilka kartonów, nic sobie nie robiąc z mojej obecności.
Po chwili usłyszałam dźwięk przychodzącego SMS-a. Wyjęłam urządzenie z kieszeni jeansów.
Tracy: Przyjdziesz na chwilę w nasze miejsce?
Nie zastanawiałam się długo nad odpowiedzią.
Ja: Zaraz będę.
Wstałam z łóżka i skierowałam się do wyjścia z pokoju. Na korytarzu wpadłam na rozentuzjazmowanego Kevina, który biegał w tę i we w tę.
– Au, spakowana? Ja tak, i już nie mogę się doczekać, aż zobaczymy nowy dom! – piszczał radośnie, a ja byłam coraz bardziej zdenerwowana.
Położyłam mu dłoń na czole i odsunęłam go na bok.
– Nie teraz, sprzedawczyku – skwitowałam, zbiegając po schodach.
Przebiegłam przez korytarz, a następnie przez salon, aż znalazłam się na dworze. Gdy stanęłam na tarasie, ta jedna stara deska zaskrzypiała. Zwykle mnie to irytowało, ale tym razem zdałam sobie sprawę z tego, że będzie mi jej niesamowicie brakować. Zeszłam po stopniach i już miałam udać się w stronę parku, kiedy zatrzymał mnie głos ojca wysiadającego z ciężarówki.
– A ty dokąd się wybierasz? Za godzinę wyjeżdżamy – powiedział, ocierając pot z czoła.
W tle kręciło się dwóch mężczyzn pakujących kolejne kartony.
– Spotkać się z Tracy – wycedziłam, siląc się na lodowaty ton. – Chyba mi nie zabronisz? Prawdopodobnie nigdy więcej jej nie zobaczę.
– Przecież będziecie mogły się odwiedzać w weekendy. – Pokręcił głową.
– Myślisz, że trzy i pół godziny drogi w jedną stronę zachęcają do częstych odwiedzin? Z tego czasu niewiele zostanie, nie mówiąc już o powrocie, no i wiadomo, zacznie się szkoła, trzeba będzie się uczyć, na pewno będziemy się odwiedzać. – Pokazałam mu kciuk w górę.
– To i tak nie jest drugi koniec świata. Masz pół godziny – odparł, po czym ponownie zniknął we wnętrzu ciężarówki.
Nie odpowiedziałam, po prostu ruszyłam przed siebie. Mijałam tak dobrze znane mi osiedle, zastanawiając się, co przyniesie mi przyszłość i czy naprawdę nie dane mi będzie zostać w tym miejscu na zawsze.
Kochałam to miasto, było niewielkie. Każdy tutaj każdego znał i wbrew temu, co się mówiło o zawiści i plotkach, nasze miasteczko nie było zepsute. Czułam, że jest to miejsce, w którym chciałabym zostać, do którego zaraz po studiach wróciłabym bez wahania. Nie było to miejsce, z którego chce się uciekać, to było miejsce, do którego chce się wracać.
Po pięciu minutach byłam już w parku. Zeszłam z głównej ścieżki, minęłam dwie wysokie sekwoje i tak znalazłam się tuż obok wielkiego kasztanowca, pod którym mieściła się stara żeliwna ławka i małe oczko wodne. Ku mojemu zaskoczeniu, Tracy nie była sama, były z nią wszystkie ważne dla mnie osoby. Kiedy tylko mnie zobaczyła, od razu rzuciła mi się na szyję. Oczywiście jej burza czarnych loczków przysłoniła mi niemal całą widoczność. Po chwili do naszego uścisku dołączyła jeszcze jedna osoba.
– Tak bardzo nie mogę uwierzyć w to, że wyjeżdżasz Au – wyjęczała smutno Sylvia.
Kątem oka widziałam jej blond kosmyki. Po chwili wyswobodziłam się z jej ramion.
– Ja też nie mogę w to uwierzyć, dziewczyny – odparłam, ocierając oczy rękawem od bluzy.
Zaraz po nich Ethan zamknął mnie w niedźwiedzim uścisku. Nie powiedział nic, jednak ten gest wiele dla mnie znaczył. Kiedy mnie puścił, zobaczyłam Logana – mojego chłopaka. Moją dziecięcą i nastoletnią miłość. Nasza piątka od zawsze trzymała się razem. Można powiedzieć, że wychowywaliśmy się na tym samym podwórku, bo w gruncie rzeczy spędzaliśmy ze sobą dużo czasu, a na dodatek mieszkaliśmy niedaleko od siebie. Tracy i Logan mieli po osiemnaście lat, byli o rok starsi ode mnie i Ethana i dwa lata starsi od Sylvii. Byliśmy niemalże w tym samym wieku, dlatego tak dobrze się dogadywaliśmy.
– Czy i dla mnie znajdzie się przytulas? – zapytał Logan, przestępując z nogi na nogę.
Nie odpowiedziałam, po prostu do niego podbiegłam i uczepiłam się jego szyi jak małpka. Brunet szybko zrozumiał aluzję i objął mnie równie ciasno.
– Nie wiem, jak ja przeżyję bez ciebie – wyszeptał w moje włosy.
Wtuliłam się jeszcze bardziej w jego klatkę piersiową i poczułam, jak rozpadam się na małe kawałeczki.
– Nie chcę wyjeżdżać, tak bardzo nie chcę was zostawiać – wyznałam, a moje postanowienie o byciu silną odeszło w niepamięć.
Ja już nie płakałam, ja wyłam.
– Wiem, kochanie, wiem.
Zaczął gładzić mnie po plecach, a ja nie potrafiłam przestać płakać.
Tak bardzo nie chciałam, by to wszystko się skończyło. Zdawałam sobie sprawę z tego, że w dzisiejszych czasach jest wiele sposobów na utrzymanie kontaktu, istniały w końcu SMS-y, połączenia komórkowe, no i oczywiście FaceTime. Z tym że to nie będzie to samo.
Głos, który usłyszę w telefonie, nie będzie brzmiał tak samo, nie poczuję zapachu mięty, który zawsze otula mnie przy Loganie, nie poczuję szamponu waniliowego Tracy czy limonkowych perfum Sylvii. Nie będę mogła ich dotknąć, objąć, przytulić. Nie spotkamy się jak zawsze, by pójść na miasto. Nie pójdziemy razem zjeść naszych frytek w Karczmie U Bernsa. Nie obejrzymy filmu u Ethana, nie obrzucimy się popcornem i nie objemy się lodami ani żelkami. Nie urządzimy nocowania u Sylvii i nie posiedzimy u mnie w ogrodzie.
Już nic nigdy nie będzie takie samo.
Pewien etap się skończył.
Czułam to w kościach i za żadne skarby świata nie chciałam dopuścić tego do świadomości.
– Przyjedziemy do ciebie przed rozpoczęciem roku – powiedziała Tracy, kiedy odwróciłam się twarzą do nich, pozostając wciąż w objęciach Logana.
Brunet oparł głowę o moje czoło. Nawet za tym będę tęsknić, nieważne, że jest to niewygodne.
– Postanowione – dodała po chwili.
Popatrzyłam na brązowooką przyjaciółkę, siląc się na uśmiech.
– Będziemy się odwiedzać. Rozumiesz?
Skinęłam głową.
– Pogadamy z naszymi rodzicami i coś zorganizujemy, słowo – dodała Sylvia, podskakując, a jej blond kitka latała na wszystkie strony.
– Kocham was – powiedziałam, ścierając z twarzy łzy, które nie przestawały lecieć.
– My ciebie też, Au, i dobrze o tym wiesz – dodał Logan, całując mnie w głowę.
Rozluźnił uścisk, po czym odwrócił mnie do siebie. Nasze spojrzenia się spotkały.
Przepadłam dla tych seledynowych oczu już dawno, a mimo to za każdym razem, kiedy w nie się wpatrywałam, czułam to samo.
– Jesteś najdzielniejszą osobą, jaką znam – powiedział, po czym otarł mi łzy z policzka. – Przetrwamy to razem. – Położył mi dłonie na ramionach. – Pamiętasz nasz plan, tak?
Skinęłam głową.
– To tylko rok, Dri. Za rok kończysz szkołę, a ja od września pójdę do pracy na pełny etat. Odłożę pieniądze, tak jak planowaliśmy, i zamieszkamy razem w naszym mieście.
– Mhm – wydukałam.
Tak bardzo chciałam wierzyć, że ten plan się uda. Że ten rok nic między nami nie zmieni i znów będziemy mogli być razem. Spojrzałam na zegarek na moim nadgarstku.
Moje pół godziny minęło już dziesięć minut temu.
Będę miała przerąbane u taty, ale miałam to gdzieś.
Pokręciłam głową i ponownie wtuliłam się w klatkę piersiową Ethana, zaciągając się znajomym zapachem po raz ostatni.
– Muszę już iść.
– Nie myślisz chyba, że pojedziesz z pustymi rękami.
Sylvia poszła za drzewo i wyciągnęła wielką ramkę na zdjęcia w kształcie liścia.
Uśmiechnęłam się na ten widok. Leaflock – miasto liścia i drzew. Lepiej nie mogli trafić. A tak naprawdę była to ramka pełna mniejszych ramek, w których znajdowały się nasze zdjęcia; kilka miejsc zostało pustych.
– Tutaj jest miejsce na nasze kolejne wspomnienia – dodał Ethan, pokazując wolne okienka. – Bo jeszcze stworzymy nowe.
– Pięknie to ująłeś – powiedziała Tracy, obejmując swojego chłopaka. Po chwili puściła go i spojrzała na mnie. – Pora na ostatni przytulas przed kolejnym spotkaniem.
Na to hasło wszyscy objęliśmy się ten ostatni raz. Długo nie mogliśmy się rozstać, każdy pogrążył się w swoich myślach, lecz nikt nie chciał zwolnić uścisku.
– Dri, jeśli teraz nie pójdziesz, będzie jeszcze trudniej. Musisz iść – powiedział Logan, powoli wyłamując się z kręgu, a reszta zrobiła to samo. – Chcesz, bym cię odprowadził?
– Nie. Bo wtedy całkiem się rozkleję – powiedziałam automatycznie.
– Dobrze – odparł, podchodząc do mnie.
Przejechał kciukiem po moich ustach, a następnie złożył na nich pocałunek, który od razu odwzajemniłam.
– Kocham cię, pamiętaj o tym.
Skinęłam głową, powoli odsuwając się od niego. Chwyciłam ramkę i wzięłam głęboki oddech. Chciałam jeszcze coś powiedzieć, ale wiedziałam, że każde kolejne słowo, które by padło, tylko pogorszyłoby sytuację.
Jedynie spojrzałam na każde z nich. Na zawsze roześmianą piegowatą twarz Sylvii, na barczystego koszykarza Ethana, na jego piękną czarnowłosą dziewczynę i moją najlepszą przyjaciółkę Tracy oraz na Logana, najprzystojniejszego wysokiego umięśnionego bruneta o pięknych seledynowych oczach, którego mogłam nazywać swoim. Od małego był moim oparciem, moim przyjacielem i kimś, kto zawsze mnie wysłuchał, na kogo mogłam liczyć w każdej sytuacji.
Łzy ponownie zaczęły piec mnie pod powiekami. Logan kiwnął głową.
A więc przyszła pora się pożegnać. Odwróciłam się szybko i zaczęłam biec przed siebie.
Nie odwracaj się, nie odwracaj się – powtarzałam w głowie jak mantrę, aby się nie rozsypać.
Wiedziałam, że nikt nie będzie w stanie mnie poskładać w nowym miejscu, jeśli przyjadę w kawałkach. Mógłby to zrobić Logan, ale to właśnie przez niego byłam w takim stanie i jego tam nie będzie.
Biegłam ulicą, a nim się spostrzegłam, byłam już pod domem. Przy chodniku nie stały już wozy przeprowadzkowe, jedynie nasz pick-up. Wzięłam głęboki oddech i ruszyłam w stronę drzwi. Kiedy weszłam do salonu, przywitała mnie pustka. Nie było nigdzie mebli, a od ścian odbijało się echo.
– Chodź, pora na nas – powiedział tata, schodząc po schodach.
Podszedł do mnie z ostatnim pudłem, a tuż za nim nogami powłóczył Kevin, gapiąc się w ekran swojego telefonu.
– To będzie nasz nowy początek.
Rozdział II
Inny świat
Audrey
Od momentu przeprowadzki minęły dwa tygodnie. I jak się domyślacie, w dalszym ciągu się nie rozpakowałam. Jak długo nie zamierzałam tego robić? Dopóki rodzice nie zmienią zdania i nie wrócimy do Leaflock. Wiedziałam, że to pobożne życzenie, ale musiałam spróbować wszystkiego.
Szczerze mówiąc, musiałam przyznać, że trzymanie wszystkiego w pudłach utrudnia mi życie. Mimo że opisałam kartony, coraz trudniej mi było cokolwiek w nich znaleźć. W dużej mierze przez to, że kiedy czegoś szukałam, wszystko się mieszało. Ale nie zamierzałam się poddać. Jeszcze nie.
Po kilku minutach udało mi się wyciągnąć szorty, których szukałam w trzech innych kartonach. Jedyną rzeczą, którą odpakowałam, była moja pościel. Na ścianie nad łóżkiem powiesiłam kolaż ze zdjęciami.
Choć trudno mi było to przyznać, ten pokój został naprawdę fajnie urządzony. Mama, jak na architekta wnętrz przystało, umiała trafić w czyjeś gusta. Całe pomieszczenie utrzymano w odcieniach szarości i błękitu, a na jednej ścianie położono tapetę w hortensje, których płatki i liście zahaczały o przyległe ściany. Moje ukochane kwiaty. Żyrandol przypominał splecione, niczym w piętrowym wianuszku, błękitne kwiaty.
Ciemnozielony puchaty dywan sięgał aż do mojego łóżka stojącego na środku ściany, a po jego bokach umieszczono małe szafeczki nocne. Po prawej, tuż obok drzwi, stała duża przeszklona szafa, pełna półek i wieszaków.
W teorii tam powinny były znajdować się moje ubrania, ale jak już doskonale wiecie, znajdowały się w kartonach.
Na przeciwległej ścianie znajdowało się duże okno, z obitą niebieskim materiałem półką do siedzenia. Zawsze o takiej marzyłam. Tuż obok stało biurko, nad którym wisiała tablica. Mama nie zapomniała nawet o tym szczególe. Na tablicy w moim starym pokoju często zapisywałam sobie słówka, plany, rzeczy do zrobienia.
Przy biurku stały dwa białe regały, które niebawem miały zapełnić się moimi książkami. Miałam sporo, ale jak na razie nie czułam potrzeby ich wypakowywania.
Na ścianie naprzeciwko łóżka wisiał telewizor, a pod nim stała komoda i dwie szare dmuchane poduchy do siedzenia.
Podobało mi się tu, ale nie zamierzałam się do tego przyznawać. Choćby ten dom był wykuty w marmurze, a każdy talerz pozłacany, to i tak nie mógł się równać z moim domem.
Wyszłam z pokoju i udałam się do łazienki, która też znajdowała się na piętrze. Plusem było to, że zarówno na dole, jak i na górze mieściły się dwie. Łącznie mieliśmy cztery. Pieprzeni bogacze. W dwóch znajdowały się ubikacje, a w pozostałych prysznic lub wanna. Takie rozwiązanie ograniczyło problemy z zajętą łazienką do minimum. W poprzednim domu mieliśmy tylko jedną i możecie sobie wyobrazić, jak to wyglądało, gdy każdy chciał z niej skorzystać w tym samym czasie. Ale i tak się nie przekonam do tego domu!
Weszłam do tej, w której nad zlewem, za lustrem znajdowała się szafka z moimi kosmetykami. Nie wyglądałam dziś aż tak tragicznie. Po wczorajszej wideorozmowie z Loganem dostałam histerii i przepłakałam kolejną noc z rzędu. Wzięłam korektor i zaczęłam mazać nim po skórze, aby zakryć cienie. Niebieskie oczy wpatrywały się we mnie z troską.
– Jakoś to przetrwamy, Audrey – powiedziałam i zajęłam się rozpuszczaniem włosów, które na noc upięłam w luźny warkocz.
Kosmyki opadały mi na ramiona, tworząc delikatne fale. W tym świetle zdawały się podchodzić pod blond, jednak w gruncie rzeczy byłam szatynką. Lekko rozczesałam je szczotką i wyszłam z łazienki.
Pora stawić czoła kolejnemu dniu.
Zeszłam na dół. Na kanapie przy stoliku kawowym siedziała mama. Miała włosy upięte w kok, co świadczyło o tym, że pracowała. Skąd to wiedziałam? Stąd, że zawsze kiedy próbowałam się skupić, upinałam włosy, tak samo, jak ona.
– Cześć, kochanie. Jak się spało? – zapytała, kiedy mijałam ją, kierując się do kuchni.
– Nijak – powiedziałam bez ogródek.
Nie miałam zamiaru udawać, że to wszystko mi się podoba, że jest okej, bo nie akceptowałam tej sytuacji.
– Wiem, że to dla ciebie trudne.
Wstała zamykając laptop. Rysy jej twarzy nieco złagodniały. Zrobiła kilka kroków w moją stronę.
– Ale czasem musimy pogodzić się z tym, co nam się przytrafia, bo mimo że teraz to wszystko zdaje się nie mieć sensu, za jakiś czas może okazać się tym, czego potrzebowaliśmy.
– Uważasz, że potrzebowałam bycia odseparowaną od Tracy, Sylvii i Ethana? Że związek mój i Logana potrzebował przerwy, i to wyjdzie nam na dobre? – zakpiłam, czując narastającą złość.
Zrobiłam kilka kroków w stronę wyjścia.
– Dokąd idziesz?
– Przejść się. To jedyne, co mi pozostało.
Po tych słowach wyszłam z domu. Byłam z siebie dumna. Nie trzasnęłam drzwiami, chociaż bardzo chciałam to zrobić, nie powiedziałam też słów, których mogłabym żałować. Panowanie nad emocjami to klucz do wszystkiego. Musiałam się uspokoić, wyciszyć.
Stanęłam na podjeździe, w telefonie zaczęłam szukać piosenki, która by odzwierciedlała mój ponury nastrój. Po kilku sekundach wybrałam Let Her Go Passenger, po czym włożyłam słuchawki do uszu i ruszyłam przed siebie.
Pierwszy tydzień przesiedziałam w pokoju. Praktycznie nic nie jadłam i izolowałam się od rodziców. Był to mój sposób na odreagowanie w tej sytuacji. Dużo wtedy czytałam, nawet wróciłam do rzeźbienia. Choć i tak większość czasu siedziałam z telefonem w dłoniach.
Pisałam z moją kochaną paczką. Przyjaciele wysyłali mi masę filmów i zdjęć, abym czuła się jak w domu. Towarzyszyłam im w spacerach, przejażdżkach rowerowych czy podczas zwykłych codziennych czynności.
Tęskniłam za nimi.
A najbardziej tęskniłam za Loganem.
Często nocami zakradał się na mój balkon tylko po to, by pocałować mnie na dobranoc. Nieraz zasypiałam w jego ramionach, a on nad ranem wymykał się, byśmy na powrót zobaczyli się w szkole. Brakowało mi jego ciepła, jego pocałunków i bliskości.
Kilka miesięcy temu przeżyliśmy nasz pierwszy raz, a później jeszcze kilka, no może kilkadziesiąt, co tylko bardziej nas do siebie zbliżyło. Lecz tak naprawdę nie chodziło jedynie o fizyczność, po prostu brakowało mi jego obecności, świadomości, że nawet jeśli się nie widzimy, to mamy możliwość spotkać się nawet za chwilę. Teraz dzieliła nas odległość, która niszczyła.
Mijałam obce mi ulice, jednak już zdążyłam się zorientować, gdzie co jest. Od tygodnia wychodziłam na długie spacery, by jak najmniej czasu spędzać z rodzicami.
Nie chciałam wyładowywać na nich negatywnych emocji, które się we mnie kotłowały przez to wszystko. Jak na ironię oni mi to zgotowali.
Sliverlake było większe od Leaflock, ale nie aż tak duże, jak sobie je wyobrażałam. Do szkoły miałam jakieś dwadzieścia pięć minut drogi. Mimo tego, że miałam prawo jazdy, nie chciałam samochodu. Postanowiłam sobie kiedyś, że kiedy już ukończę szkołę, pójdę do pracy i zarobię na niego sama. Nie zamierzałam rezygnować ze swoich planów, dlatego też uznałam, że będę dojeżdżać rowerem.
Początkowo myślałam, że moje przyszłe liceum jest ogromne, bo co innego mogłam pomyśleć, stojąc przed wielkim, trzykondygnacyjnym budynkiem z czarnej cegły, który w dodatku podzielony był na dwa skrzydła odchodzące z łącznika.
Jednak z tego błędu szybko wyprowadziła mnie Beck. Niska, czarnowłosa dziewczyna z włosami ściętymi na boba i w okularach. Okazała się przewodniczącą samorządu uczniowskiego. Kiedy stałam przed szkołą, akurat z niej wychodziła z dziesiątkami papierów i teczek w rękach. Oczywiście, jak się możecie łatwo domyślić, to wszystko wyleciało jej z rąk, bo przecież jedna osoba tego nie uniesie, a ja, jak na typową empatkę przystało, od razu rzuciłam się na pomoc. I tak oto zyskałam nową znajomą.
Budynek, przed którym stałam, to nie było liceum. Znaczy było, ale nie tylko. Prawe skrzydło miało być moją szkołą, a lewe okazało się uniwersytetem. Obie szkoły miały wspólną stołówkę, salę muzyczną, salę informatyczną oraz halę gimnastyczną, które znajdowały się na poszczególnych piętrach łącznika. Na tyłach budynku znajdowały się bieżnia, boisko do piłki nożnej i internat, na przodzie zaś – podwórko i parking.
Pierwszy raz widziałam taki twór, ale nie zamierzałam zagłębiać się w logikę tej placówki. Moim jedynym zadaniem było przetrwać tutaj ten ostatni rok i wrócić do Leaflock. To było zarówno proste, jak i skomplikowane.
Chwilę porozmawiałyśmy. Dowiedziałam się, że będziemy razem chodzić do klasy. Ulżyło mi, bo jednak miałam już kogoś znajomego.
Odprowadziłam ją do auta i przy okazji pomogłam zanieść wszystkie papiery. Na koniec zaproponowała, że oprowadzi mnie po szkole, ale zdecydowałyśmy się przełożyć to na inny dzień. W tym cel wymieniłyśmy się naszymi socialami i numerami telefonów. Do początku roku szkolnego zostało półtora tygodnia, jeszcze miałam czas, by zwiedzić to miejsce.
Teraz kierowałam się w stronę lasu, o którym opowiedziała mi czarnowłosa. Po przejściu paru jardów moim oczom ukazało się srebrzyste jezioro, od którego wzięła się nazwa miejscowości. Wyglądało przepięknie. Woda mieniła się w słońcu niczym posypana brokatem. Wzdłuż niego ciągnęła się plaża. Ktoś musiał dbać o to miejsce, bo wyglądało jak z obrazka. Były tu nawet leżaki, przebieralnie, wieżyczka ratownicza i budka z goframi. Na pewno nie byłam nad morzem? Brakowało tylko mew i falochronów. Zarówno w wodzie, jak i na lądzie roiło się od ludzi.
Czego innego można było się spodziewać, w taki upalny wakacyjny dzień? Ciekawe, ile z tych osób spotkam na inauguracji roku szkolnego, z iloma z nich będę chodzić do klasy?
Ściągnęłam tenisówki i wyciągnęłam telefon z kieszeni. Postanowiłam nagrać ten widok Loganowi. Tak bardzo za nim tęskniłam.
Kiedy włączyłam przycisk na ekranie, usłyszałam niepokojący odgłos, który z każdą chwilą coraz bardziej się nasilał. Jakby coś zbliżało się z dużą prędkością. Odruchowo wsunęłam telefon do buta i odrzuciłam je do tyłu. Kilka sekund później wylądowałam w wodzie. Z trudem zaczerpnęłam powietrza, wynurzając się na powierzchnię. Bogu dzięki, było płytko. Dostałam opóźnionego ataku paniki i zaczęłam się trząść. To się nazywa refleks szachisty.
Nic mi nie jest – powtarzałam w myślach, normując oddech. – Uspokój się, już wszystko w porządku.
Doskonale wiedziałam, dlaczego tak zareagowałam. Chociaż umiałam pływać, od kilku lat nie wchodziłam do wody powyżej pasa. A konkretnie od dnia, w którym ledwo mnie odratowano po tym, jak wypadłam z żaglówki i zniósł mnie nurt. Nie chciałam do tego wracać.
– Hej, wszystko w porządku? – Usłyszałam męski głos.
Uniosłam wzrok. Moim oczom ukazał się wysoki blondyn, który nachylał się nade mną. Już miałam odpowiedzieć, że tak, bo zaczęłam się uspokajać, ale wtedy zrozumiałam, że to jemu zawdzięczałam swój stan przedzawałowy.
– Nie, nie jest w porządku. Jakim kretynem trzeba być, żeby wpychać do wody obce osoby? – wycedziłam, wychodząc z jeziora.
Ubrania i włosy lepiły mi się do ciała, a woda ściekała po mnie strużkami. Byłam wdzięczna sobie, że włożyłam dzisiaj stanik. Rozpuściłam włosy, żeby szybciej wyschły.
Oczywiście nieznajomy podążył za mną.
– Naprawdę nie chciałem cię przestraszyć. – powiedział blondyn, stając przede mną. – To było głupie.
– Głupie? To było…
Nie dane mi było skończyć, bo ktoś mi przerwał.
– Czy ciebie do reszty popierdoliło?! Jakbym powiedział, żebyś wyskoczył przez okno, to też byś to zrobił?! – zapytał drugi chłopak, uderzając tego pierwszego w czoło.
Zdawało mi się, że Logan wyrósł niczym spod ziemi. Jednak to nie był on. Nieznajomy chłopak błądził wzrokiem od blondyna do mnie. Po chwili całą swoją uwagę skupił na mnie. Przeczesał włosy i posłał mi pytające spojrzenie. Brązowe tęczówki wwiercały się w moją twarz, jakby chciały przeszyć moją głowę na wylot.
– Nic ci się nie stało? – zapytał, podchodząc do mnie, a ja od razu się cofnęłam. – Przepraszam za niego. To kretyn, ale nie jest groźny.
– Właśnie widzę. Nic mi nie jest – odparłam, chcąc znaleźć się jak najdalej od tego miejsca.
Podniosłam swoje buty i już miałam zamiar odejść, ale zatrzymał mnie znajomy głos.
– Audrey! Zaczekaj!
Odwróciłam się i ujrzałam Beck, która teraz pochylała się, ciężko dysząc i próbując złapać oddech. Miała na sobie strój kąpielowy. A więc też była nad jeziorem. Westchnęła męczeńsko.
– Moja kondycja nie istnieje.
Zaśmiałam się na to stwierdzenie.
– Olej tych idiotów i zostań jeszcze trochę. Mamy tutaj najlepsze gofry w mieście.
– I jedyne – powiedział blondyn, po czym po chwili dostał od niej z łokcia w brzuch.
– Och, zamknij się, Ian.
Na te słowa brunet zaczął się śmiać, ale po chwili mina mu zrzedła.
– Coś cię bawi, Lio? – zapytała dziewczyna, na co pokręcił głową i spuścił wzrok.
A więc chłopak, którego wzrok, gdyby mógł, to by zabijał, miał na imię Lio.
Spojrzałam na tę godną pożałowania dwójkę, która patrzyła na Beck z przerażeniem, co wyglądało komicznie, ponieważ oni byli wyżsi od niej co najmniej o dwie głowy. A zatem moce przewodniczącej działały nawet poza szkołą.
– To jak, zostaniesz jeszcze chwilę? Chłopaki stawiają deser.
Ian już chciał coś wtrącić, ale wystarczyło jedno spojrzenie dziewczyny, by tylko wzruszył ramionami.
– W sumie mam jeszcze trochę czasu – odparłam, na co czarnowłosa z piskiem mnie objęła.
– Ale wiesz co, najpierw to ty potrzebujesz ręcznika.
I tym oto sposobem atmosfera całkowicie się rozluźniła.
Pół godziny zamieniło się w dwie, a później kolejne dwie. Musiałam przyznać, że naprawdę dobrze się bawiłam. Choć początkowo byłam wrogo nastawiona do Iana za to, że mnie wrzucił do wody, to po czasie mi przeszło. On po prostu najpierw coś robił, a potem myślał. Mimo że to mogło skończyć się tragicznie, wolałam wrzucić to w kąt mojej świadomości i więcej do tego nie wracać.
Ściemniłam wszystkim, że nie umiem pływać, aby nie roztrząsać przeszłości. Nie ufałam im na tyle, by o tym mówić, i nie sądziłam, aby było to w ogóle konieczne. Tak było wygodniej. Okazało się, że nasza czwórka będzie razem chodzić do klasy. Ucieszyłam się, bo z nimi będzie mi raźniej przetrwać ten rok.
Nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęło się robić późno. Gdy pożegnałam się ze wszystkimi, wyjęłam telefon z buta. Na ekranie widniały powiadomienia o nieodebranych połączeniach. Odblokowałam urządzenie. Kilka połączeń od mamy, SMS od Tracy i jedno nieodebrane połączenie wideo od Logana.
Szlag! Przez to wszystko straciłam poczucie czasu i zapomniałam, że byliśmy umówieni na rozmowę.
Odetchnęłam z ulgą, kiedy odebrał. Powiedział, że zaraz po tym, jak do mnie zadzwonił, przyszedł do niego tata z prośbą o pomoc, po czym razem poszli naprawiać samochód, więc i tak nie miał czasu, żeby rozmawiać. Zaczęłam mu opowiadać o dzisiejszym dniu z pominięciem wrzucenia mnie do wody. Nie chciałam, żeby się martwił, bo wiedziałam, jak bardzo przeżył tamten wypadek.
Przegadaliśmy dwie godziny, w międzyczasie zdążyłam wrócić do domu. Położyłam się na łóżku i zaczęłam sobie myśleć, że to faktycznie może się udać. Że damy radę przetrwać tę rozłąkę.
Rozdział III
Elokwencja
Audrey
Sierpień
I ostatnie pomieszczenie na naszej liście – powiedziała Beck, otwierając masywne dwuskrzydłowe drzwi. – Sala muzyczna.
Weszłam do środka i oniemiałam.
Była ogromna. Znajdowały się tu chyba wszystkie możliwie znane mi instrumenty, ustawione w rzędach pod oknami, na specjalnych stojakach. Niektóre z nich wisiały na ścianie z uchwytami. Każdy miał swoje miejsce. W dodatku były podpisane niczym eksponaty w muzeum. Po lewej stronie mieściła się niewielkich rozmiarów scena, na której stało piano. Robiła wrażenie. Tuż przed nią ustawione były rzędy krzeseł. Całe pomieszczenie było białe, a meble i scena w odcieniach czerni i błękitu.
– Czy tutaj odbywają się koncerty? – zapytałam, patrząc na reflektory znajdujące się na suficie.
– Niekiedy. – Beck zaśmiała się, zajmując miejsce na szerokim parapecie. – Często w naszej szkole są organizowane konkursy muzyczne. Uczniowie z innych placówek przyjeżdżają wówczas do nas pokazać, co potrafią.
– Wow – powiedziałam, sunąc palcem po wiolonczeli. – Kiedyś chciałam się nauczyć na niej grać, nawet byłam na kilku lekcjach, ale odpuściłam.
– Dlaczego?
– Wydawało mi się, że nie jestem dość dobra. – Przeszłam do kolejnych instrumentów. – Choć to było głupie, ponieważ udzielono mi zaledwie kilku lekcji. – Zaśmiałam się. – Więc jak miałam potrafić grać, kiedy inni ćwiczą latami?
– Cóż, nigdy nie jest za późno, by spróbować jeszcze raz – powiedziała, zeskakując z parapetu. – W naszej szkole odbywają się lekcje nauki gry na wszystkich instrumentach, które masz przed sobą. – Objęła je ręką. – Oczywiście wcześniej musisz zgłosić się do przewodniczącego klasy, aby umieścił cię na liście, która później trafi do mnie.
– A więc wszystko przechodzi przez twoje ręce?
– W rzeczy samej. Nic się nie ukryje. – Puściła mi oczko. – Wiesz, musimy wszystko rozplanować czasowo, aby nie kolidowało ze sobą.
Zaczęłyśmy się kierować w stronę drzwi.
– Mamy wiele kółek zainteresowań, w tym kółko teatralne, które ma zarezerwowaną tę salę kilka godzin w tygodniu na próby.
– Lepiej mi powiedz, czego tu nie macie. – Zaśmiałam się, ostatni raz zerkając na salę, nim Beck zamknęła drzwi.
– Hm, czego nie mamy – zaczęła się zastanawiać, mrużąc przy tym śmiesznie oczy. – Nie mamy to dla ciebie mundurka. Właśnie!
– Mundurka? – Zdezorientowana popatrzyłam na nią, kiedy zaczęła ciągnąć mnie przez korytarz, w stronę licealnego skrzydła. – Macie tu mundurki?!
Stanęłyśmy przed drzwiami, na których widniał napis: „Samorząd Uczniowski”. Beck wyjęła z kieszeni pęk kluczy. Zaczynałam się zastanawiać, czy ona ma klucze do wszystkiego. Jeśli tak, to znaczyło, że dyrektor i nauczyciele muszą jej bardzo ufać.
Weszłyśmy do środka. Po chwili zrobiło się jasno i oniemiałam po raz kolejny. Czy ta szkoła była realna? W środku nie było typowego drewnianego stołu ani krzeseł. Był za to długi owalny stolik, który przypominał bardziej kawowy niż biurowy. Stał na puchatym dywanie, a do siedzenia służyły dmuchane pufy. Obok okna ustawiono stół do piłkarzyków i automaty z napojami oraz przekąskami.
Po prawej stronie ciągnęły się regały pełne teczek i segregatorów. Zajmowały niemal całą ścianę. Przy drzwiach stały kanapa, biurko z komputerem i ksero.
Po lewej znajdowało się dwoje drzwi. Za jednymi mieściła się prywatna łazienka samorządu, a za drugimi magazynek, gdzie przechowywano sztandar z herbem, którym był czerwony kwiat hibiskusa.
Beck wyjęła karton z zafoliowanymi ubraniami.
– Jaki nosisz rozmiar? – zapytała, przeglądając zawartość pudełka.
– XS, czasem S, wiesz, jak to jest z tą rozmiarówką, rozmiar rozmiarowi nierówny.
– Tak naprawdę to powinnaś wybrać rozmiar zbliżony do twojego, a później przyjść na przymiarki, jak wszystkie pierwszoroczniaki – mówiła, przekładając zawiniątka. – Ale ty przyszłaś do nas na ostatni rok, więc nawet nie ma sensu tego przerabiać – powiedziała, wręczając mi paczkę z wielkim napisem „XS” na opakowaniu. – Idź przymierzyć, światło w łazience jest po lewej.
Tak poinstruowana, udałam się do toalety. Ściągnęłam sukienkę w malowane cytryny i wyjęłam komplet z opakowania. Kiedy powietrze uszło z foli, zdałam sobie sprawę, że kryje się w niej o wiele więcej, niż przypuszczałam. W torebce znajdowały się czarna koszula, bordowa marynarka z herbem szkoły oraz bordowa spódniczka w czarną kratę. Ponadto kiedy sięgnęłam głębiej, znalazłam także bordowy sweterek i bordową bluzę z kapturem, również z wyszytym hibiskusem. Naciągnęłam na siebie pierwsze trzy elementy. Musiałam przyznać, że wyglądam dobrze, a ubrania leżą jak ulał. Żadne poprawki nie były potrzebne. Otworzyłam drzwi.
– Stara, powiem ci, że jest dobrze – pochwaliła Beck, poprawiając okulary na nosie. – Serio. Wpasujesz się idealnie.
– Skoro tak mówisz, to mi ulżyło. – Pogładziłam materiał marynarki. – Dobra, idę to zdjąć. – Wskazałam na toaletę.
Po kilku chwilach wróciłam ubrana z powrotem w sukienkę. Beck wkładała opakowania z mundurkami do pudła. Moją uwagę przykuł czarny materiał wystający z jednego z nich, które trzymała w dłoniach.
– Są też inne kolory? – zapytałam, nachylając się koło niej.
– Tak. Ale te nie są dla nas. Czarno-bordowe noszą studenci. – Wskazała na wzór odwrotny do tego, który ja trzymałam. – Są w podobnym stylu, ale mają czerń tam, gdzie my mamy bordo. Najwidoczniej jeden zawieruszył się u nas.
Odłożyła studencki komplet na stolik i zniknęła w magazynku z pozostałymi. Wróciła bez pudła i położyła się na pufie. Wyglądała, jakby co najmniej przebiegła maraton, a przerzuciła zaledwie kilka opakowań.
– Idziesz dzisiaj na imprezę? – zaczęła nagle, przeglądając coś w telefonie.
– Jaką imprezę? – zapytałam zdziwiona, odrywając wzrok od okna.
– Iana. Urządza domówkę, bo jego rodzice siedzą na Bahamach – powiedziała, wygodniej moszcząc się na pufie.
A więc chodziło o tego blondyna, który niemal mnie utopił.
– Nie dostałam zaproszenia, więc wiesz…
– Tutaj nie ma zaproszeń, wszystko odbywa się drogą słowną. – Zaśmiała się. – U Iana zawsze jest najwięcej ludzi i wbrew pozorom panuje względna kultura.
W tym samym momencie mój telefon zaczął dzwonić. Spojrzałam na wyświetlacz. To był Logan. Spojrzałam na Beck, a ona odpowiedziała tak, jakby czytała mi w myślach.
– Odbierz na spokojnie, pogadaj z chłopakiem. Później się spiszemy.
Uśmiechnęłam się do niej. Cieszyłam się, że to rozumie. Wbrew pozorom zdradziłam jej trochę szczegółów. Wiedziała o Leaflock i o moim dawnym życiu, które musiałam zostawić za sobą. Chwyciłam swoją paczkę i wyszłam. Szybko kliknęłam zieloną słuchawkę. Na szczęście zdążyłam. Po chwili usłyszałam głos, za którym bardzo tęskniłam.
– Cześć, Dri. Jak się dziś miewa moja dziewczyna?
Już miałam odpowiedzieć, kiedy usłyszałam dźwięk pianina. Beck mówiła, że nikogo oprócz nas tu nie ma, więc jakim cudem…
– Dri, jesteś tam?
– Ach, tak, ja tylko…
Spojrzałam na drzwi od sali muzycznej, kierowana dziwną chęcią sprawdzenia, kto gra, ale po chwili zrezygnowałam i chwyciłam za klamkę. Przywitało mnie ciepło i promyki słońca.
– Nieważne. Wiesz, że w tej szkole obowiązują mundurki?
– Mundurki? – Zaśmiał się.
To był najpiękniejszy dźwięk, jaki słyszałam.
Była osiemnasta trzydzieści, kiedy na podjeździe zaparkowała Beck. Tak, namówiła mnie na imprezę, i nie, nie zamierzałam przyznać, że zaczyna mi się tu podobać.
Ostatni raz spojrzałam na siebie w lustrze. Postawiłam na delikatny makijaż i pofalowane włosy.
Wyglądałam nawet ładnie. Włożyłam czarne dżinsy z wysokim stanem, które podkreślały moją talię, i błękitną hiszpankę na krótki rękaw. Poprawiłam odstający kosmyk włosów za ucho i wzięłam głęboki wdech.
Nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Jak ubierają się ludzie w Silverlake? Tutaj wszystko wydawało się inne, dlatego zrezygnowałam z sukienki na rzecz spodni. Jakim cudem ja się dałam na to namówić?
Chwyciłam torebkę i zbiegłam po schodach.
Kiedy wciągałam moje nieśmiertelne niebieskie tenisówki, usłyszałam za sobą głos mamy.
– Tylko nie wróć za późno – powiedziała, opierając się o futrynę.
– Tak, wiem, będę w domu przed pierwszą.
