Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Nikt nie dąży do śmierci, jeśli jest mu w życiu dobrze
„Miłość i śmierć, cierpienie i szaleństwo” to zbiór dogłębnie poruszających opowiadań, które odkrywają mroczne oblicza ludzkiej psychiki. Karolina Weronika prowadzi czytelników przez świat potężnych uczuć, rozpadu i kryzysu, w którym trudno odróżnić ból od miłości, a pragnienie śmierci od tęsknoty za życiem.
Zawarte w tym zbiorze historie są szczere, przewrotne, a niekiedy groteskowe i wszystkie obnażają różne odcienie szaleństwa. Mówią o ludziach balansujących na krawędzi – współczesnych Werterach i Ofeliach, którzy doświadczają samotności i dla których własne myśli potrafią być największymi wrogami.
W tych opowieściach możesz się zatracić i dostrzec odbicia samego siebie. Zwłaszcza, jeśli widzisz więcej, czujesz mocniej i zadajesz pytania, na jakie nie ma prostych odpowiedzi.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 371
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Byłam w klasie maturalnej, kiedy po raz pierwszy prawdziwie oszalałam.
Kwiecień. Ciepły, słoneczny dzień, przed południem. Nie, nie, a może to było jednak pięć lat później, po drugim epizodzie? Nie wiem, nie jestem pewna. Pamiętam jednak pewną ławkę. Po wizycie u psychiatry mama poszła coś kupić czy załatwić, ja zaś usiadłam na ławce, na ulicy Mickiewicza, na tak zwanym Manhattanie. Długo na nią czekałam, ale wcale mi to nie przeszkadzało. Siedząc na tej ławce, widziałam dużo mijających mnie przechodniów. A ja byłam taka sama, samiuteńka, nie czułam się z tym jednak źle. Przeciwnie, było mi wtedy dobrze ze sobą. Byłam spokojna. Czułam nieważkość. Uśmiechałam się delikatnie, z zadziwiającą mnie miłością do samej siebie. Ciepły i jednocześnie orzeźwiający wiatr przyjemnie muskał mnie po twarzy, włosach. Słońce świeciło w oczy. Tak naprawdę było mi błogo nie z powodu wiatru i słońca, lecz dlatego, że strumień świadomości zalewający mój umysł był intrygujący, ważny, profetyczny. Jak błysk. Co ja dokładnie sobie wtedy myślałam, co wyobrażałam – nie pamiętam. Przypominam sobie jednak wrażenie: że to było fascynujące przeżycie, moja chwila, moje wspaniałe, cudowne pięć minut. Myślałam na pewno o przemijaniu, o tym, że za chwilę będę w zupełnie innym miejscu, że właśnie chwila ta uleci jak wiosenny wietrzyk. Na początku jednak mnie to nie przerażało – było melancholijnie przyjemnie, ekscytująco. Podobnie ekscytująca była pewność, że myśli moje są wyjątkowe, ponadprzeciętne, że najpewniej nikt z mijających mnie ludzi nie miał w głowie takich refleksji i może nigdy mieć nie będzie. Tymczasem mnie zalewały delikatnie przepływające inspiracje, intuicje.
Czułam się jak Susan, bohaterka Przerwanej lekcji muzyki, lub jej przyjaciółka Lisa, jak Donnie Darko, jak Sylvia Plath, jak Virginia Woolf. Czułam się wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju. I przez tę jedną chwilkę kochałam siebie. I choć cierpiałam w tamtym okresie życia bardzo, to byłam torturowaną, lecz jednocześnie wyrafinowaną, subtelną duszą. Myśli wylewały się z głowy, przepełnionej nadmiarem aluzji i skojarzeń literacko-filmowych oraz moimi własnymi refleksjami i wspomnieniami. Chciałam zatrzymać czas, zakodować go na zawsze. Wiedziałam, że gdy wróci mama, trzeba będzie wracać do samochodu i wtedy czar pryśnie, a moment ten się ulotni, stanie się odległym wspomnieniem. Jak więc zapamiętać tę chwilę, gdy siedzę na ławce i mam w sobie tak wiele odkrytych myśli? Czy w ogóle można jakoś zatrzymać czas, złapać go, uchwycić?
Przeczuwałam, że czas leci nieubłaganie, i kilka łez spłynęło mi po twarzy. Wiedziałam, że w moim dotkniętym chorobą umyśle ta myśl zaniknie, zmiesza się, pomyli z innymi, i przywołam ją przypadkiem może dopiero za jakieś dziesięć lat. Przeraziła mnie myśl, że gdy wstanę z ławki, nagle minie dziesięć lat! Że wspomnienia o Susan, Lisie, Donnie’m Darko, Sylvii Plath i Virginii Woolf, o locie nad kukułczym gniazdem, o miłowaniu samej siebie znikną jak mgła, bez mojej zgody. Wiedziałam, że może wrócą – że wrócą kiedyś na pewno – ale tylko wtedy, gdy będą tego chciały, gdy taki będzie kaprys Wszechświata. Wrócą przypadkiem, a ja zaleję się łzami nostalgii za tym minionym, utraconym dziesięcioleciem i znów usiądę na ławce odkrytych myśli.
7.07.2024
Ksiądz Alek był trzydziestotrzyletnim, świetnie wykształconym, wrażliwym i niezwykle uduchowionym, charyzmatycznym kapłanem. Miał pewne mistyczne skłonności. Właśnie przybył na swoją nową parafię, do podlaskiej wioseczki. Uważał to trochę za swoją porażkę. Był pokorny, bardzo dobry, oddany swojej posłudze, ale miał też oczywiście ambicje i wielkie nadzieje oraz swój egocentryzm. Postanowił jednak zaakceptować tę decyzję i przyjąć ją z pokorą właśnie.
Pojawił się tam w piękną, słoneczną majową niedzielę, a dokładniej – niedzielny poranek. Plebania, w której miał się zakwaterować, była bardzo skromna, jeśli nie uboga. Jego sypialenka przypominała celę: wąskie, obskurne łoże, półka nocna, stara szafa, sfatygowana umywalka z wiszącym nad nią rozbitym lustrem. To było chyba całe jej wyposażenie. Za oknem rozciągał się jednak mały ogródek, który cieszył jego wrażliwe na estetykę oczy. Gdy wyjrzał, zobaczył zbliżającą się do plebanii elegancką kobietę, idącą pod rękę z jakąś dziewczynką.
Okazało się, że to przybyły jego parafianki – pani Izabela ze swoją dwunastoletnią córką Dorotką. Przyszły, ponieważ chciały jako pierwsze powitać nowego na ich parafii kapłana. Pani Izabela wręczyła księdzu Alkowi koszyczek, w którym była ciepła jeszcze szarlotka z bitą śmietaną, trzy buteleczki soku wiśniowego, jabłka, winogrona, pomarańcze, swojska wędlina i również świeżo upieczony chleb. Kobieta nawiązała z nim miłą, serdeczną rozmowę. Jej córka Dorotka była z kolei bardzo zawstydzona, zażenowana. Pani Izabela wyjaśniła, że dziewczynka jest wyjątkowo nieśmiała, a w szkole nie ma żadnych koleżanek. Mężczyzna serdecznie podziękował za przyniesiony podarunek i zaproponował, by wyszli do ogrodu i napili się przyniesionego soku wiśniowego. Tak też zrobili.
Usiedli na ławeczce. Kobieta poszła do kuchni, znalazła trzy szklanki, nalała każdemu soku, a potem zaczęła wypytywać księdza Alka o różne rzeczy. Była go bardzo ciekawa. Jej córeczka wciąż siedziała milcząca, zawstydzona, wpatrzona w jeden punkt.
Ksiądz Alek nagle zapragnął, by się uśmiechnęła i przestała się tak bać. Jego życzenie zostało naraz spełnione – niedaleko drzewa lipowego pojawił się mały rudy kot. Dziewczynka, gdy go ujrzała, mimowolnie wyrwała się z odrętwienia i wykrzyknęła głośno:
– Jaki śliczny kotek!
Na ten słodki, uroczy głosik ksiądz Alek zaśmiał się ciepło, serdecznie i odezwał się do dziewczynki takimi słowami:
– Czy spróbujemy go złapać? A może damy mu trochę mleczka?
I mężczyzna podał Dorotce rękę.
Dziewczynka zachichotała cichutko, wciąż nieśmiało. Podała jednak księdzu swoją białą, spoconą rączkę i poszli szukać w krzakach rudego kotka.
Gdy udało się im go znaleźć, ksiądz Alek wziął go na ręce, pogłaskał i podał dziewczynce. Trzymała go w swoich małych dłoniach i tuliła do piersi z lubością.
Mężczyzna mówił do Dorotki ciepło, serdecznie, kojąco, tak jak on tylko potrafił. Dziewczynka zaraz się ożywiła. Uśmiech radości wykwitł na jej bladej twarzyczce i naraz zaczęła słodko szczebiotać o kotku i do kotka. W magiczny sposób zniknęła jej wcześniejsza nieśmiałość, rozpłynęło się uciążliwe dla niej zażenowanie. Matka patrzyła i nie poznawała swojej córki. Jeszcze nikomu nie udało się w tak krótkim czasie jej rozbroić, zachęcić do rozmowy.
Podeszła ku nim i odezwała się do księdza Alka:
– Jest ksiądz prawdziwym czarodziejem! Dorotka przemówiła i uśmiecha się. To rzadki dla mnie widok.
Nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się subtelnie.
Gdy urocze gościnie w końcu odeszły, mężczyzna poczuł się nagle dziwnie zmęczony i słaby. Tłumaczył to sobie nieprzespaną nocą, długą podróżą, głodem. Ogarnęły go jakieś duszności, zemdliło go, zakręciło mu się w głowie. Zapragnął jak najszybciej położyć się do łóżka i zasnąć. Wszedł więc do izby, skierował się do swojej ubogiej sypialenki i rzucił się na łoże, które od chwili tej fizycznej, somatycznej niemocy miał intuicyjnie zwać łożem boleści.
Ksiądz Alek rozpoczął swoją posługę z dużym impetem. Działał aktywnie dla dzieci, młodzieży, osób dorosłych, starszych, niepełnosprawnych. Organizował przeróżne akcje, ciekawe wydarzenia, pielgrzymki. Wszyscy radowali się tak charyzmatycznym, wyjątkowym kapłanem. Każdy mógł znaleźć dla siebie miejsce w jego skromnym, cichym azylu. Starał się znaleźć czas dla tych, którzy potrzebowali wsparcia, rozmowy, porady, dobrego słowa, uśmiechu. Nazywano go księdzem Alkiem od wszystkich trosk lub Alkiem Słonecznym – ze względu na jego jasne, radosne, życzliwe usposobienie.
Szczególnie ukochały go dzieci. One wręcz do niego lgnęły. Uwielbiały opowieści, które dla nich snuł na mszy niedzielnej, katechezie w szkole czy wtedy, gdy zwyczajnie odwiedzały go na plebanii. Zawsze po skończonej historyjce prowadził ożywione dyskusje o tym, co pouczającego dzieci usłyszały. Nie brakowało też wspólnego zajadania się słodyczami, owocami. Dobroć, pogoda ducha, poczucie humoru i jego liczne talenty miały magiczną moc przyciągania.
Z kolei sam ksiądz Alek szczególnie polubił córkę Izabeli, nieśmiałą Dorotkę. Dzięki niemu dziewczynka ożywiła się nieco, stała się po prostu bardziej radosna, nauczyła się bawić i śmiać, choć czasem wciąż zdarzały jej się słabsze chwile i napady dziwnego przygnębienia.
To było przepiękne i ciepłe czwartkowe popołudnie, gdy z okazji Dnia Dziecka kapłan zorganizował wspaniałe przyjęcie dla dzieci. Nie zabrakło łakoci, słodkich niespodzianek, wymyślnych deserów lodowych, ale i ciekawych zabaw, gier, a przede wszystkim wspólnej modlitwy. Gdy festyn powoli zbliżał się ku końcowi, ksiądz Alek zaproponował spontanicznie wspólną modlitwę poprzez taniec i śpiew. Ad hoc nauczył dzieci pieśni Będziemy tańczyć, będziemy śpiewać i zachęcał do tej aktywności. Dzieci śpiewały i tańczyły uszczęśliwione. Ukochany przez nich kapłan tanecznym krokiem podszedł do uroczej, ciemnowłosej trzynastoletniej Lusi i zaprosił ją do zabawy. Odważna, pewna siebie, roześmiana od ucha do ucha dziewczynka była przeszczęśliwa, gdy tańczyła i śpiewała wespół z księdzem Alkiem. Tymczasem Dorotka, która stała z boku, naraz poczuła się bardzo smutna. Patrzyła na roześmianą Lusię z niemą zazdrością i dziwnym bólem w sercu. W końcu oddaliła się od rozśpiewanej, roztańczonej gromadki w kierunku swojego domu.
Szła bardzo powoli, pochylona jak staruszka, w ręku trzymała znaleziony gdzieś kij i zapalczywie siekła nim trawę.
Nagle usłyszała za sobą cichutkie, słodkie wezwanie:
– Dorotko…
Odwróciła się – przerażona, zawstydzona. Za nią w oddaleniu stał ksiądz Alek i uśmiechał się delikatnie.
– Dorotko, serce moje, nie chciałaś śpiewać, tańczyć?
– Ja… ja nie umiem…
– Rozumiem. Kiedyś cię nauczę. Tymczasem pozwolisz, że odprowadzę cię do domu?
– Dobrze.
Ruszyli w drogę. Dziewczynka, czerwieniąc się, wyrzuciła kij.
– Powiedz mi, słoneczko, czy coś cię martwi? Czy ty się czegoś boisz?
– Czasem… Czasem tak bardzo się smucę. Łzy same chcą mi płynąć. Jest mi tak smutno, a ja… a ja nawet nie wiem, dlaczego… To mi tak nagle przychodzi. I boję się, boję się, że ja już nigdy nie będę szczęśliwa…
– Dorotko, będziesz szczęśliwa. Dziś daję ci na to moje słowo. Pamiętaj, że gdy jest ci tak bardzo smutno, Jezus kocha cię wtedy jeszcze mocniej. Dla niego jesteś aniołkiem, bo masz czystą, dobrą duszyczkę.
Ksiądz Alek długo jeszcze rozmawiał w ten sposób ze słodką Dorotką. Opowiadał jej też krzepiące historie, terapeutyczne bajki. Dziewczynka powoli się uspokajała, a na jej twarzy znów zakwitł uśmiech. W końcu dotarli pod jej dom. Ksiądz Alek pożegnał ją błogosławieństwem i życzeniem dobrej nocy. Chwycił jej białą, spoconą rączkę i mocno uścisnął.
Wracając na plebanię, szedł dziwnie chwiejnym krokiem. Poczuł się naraz tak zmęczony, że ledwo dotarł na miejsce. Opanowały go mdłości, głowa pękała mu z bólu, ciało drżało jak w febrze. Męczyło go potężne pragnienie. Pił więc łapczywie zimną wodę, potem zaś powlókł się do swojej sypialenki, rzucił się na łóżko i zasnął prawie od razu. Ale był to niespokojny sen. Ogarniały go jakieś projekcje i majaki, wizje i wizyjki, sceny i scenki.
Ksiądz Alek bardzo szybko zżył się z tą małą wioską i swoimi parafianami. Był tu szczęśliwy, choć raz na jakiś czas, w ponure dni i duszne noce, coś go dręczyło, straszyło, nie dawało mu spokoju. Jego lęki i fobie koiły spotkania z wiernymi, którzy sprawiali, że wyzbywał się na moment swojego egocentryzmu i skupiał się na życiu drugiej osoby zamiast na swoich wewnętrznych przeżyciach.
To była cicha czerwcowa sobota, duszna i parna. Zapowiadało się na deszcz. Minął już rok od czasu przybycia księdza Alka do tego miejsca. Mężczyzna stał z różańcem i wpatrywał się w piękny ogród, który był teraz bardzo zadbany, cieszący oko. Ale czy aby na pewno widział ogród? Czy w ogóle cokolwiek widział? O czym myślał wtedy? Co czuł?
Nagle doznał tajemniczego déjà vu. Na chwilę jego umysł jakby się zatrzymał, znieruchomiał, tak jak jego ciało. Miał poczucie, że w tym właśnie momencie powtarza się jakaś chwila z przeszłości, że czas – mówiąc językiem pewnego znanego mu pacjenta psychiatrii – „zacofuje się”. Tak jakby raz jeszcze powtarzał się jakiś dzień z przeszłości. Nie mógł jednak w tym stanie zamroczenia i przyćmienia umysłowego rozeznać, co by się tu miało powtarzać, czego i kogo dotyczy to déjà vu.
Nagle doznał olśnienia. Ach, przecież! Idzie do niego pani Izabela z Dorotką! On stoi i wygląda przez okno, patrzy na ogród. One zbliżają się ku niemu. Prawie dokładnie tak jak rok temu! Jakże to go poruszyło. Uruchomiła się w nim refleksja o przemijaniu i naraz poczuł tajemniczą melancholię. Nie miał jednak czasu dłużej zgłębiać swojego stanu ducha, gdyż gościnie właśnie pukały do drzwi. Wyszedł im na spotkanie. Dorotka, ubrana w żółtą sukienkę w niebieskie kwiaty, była smutna i milcząca.
Pani Izabela jak zawsze zaczęła dużo paplać.
– Drogi księże Alku. Przychodzimy tu dziś z ogromną, przeogromną prośbą. Ksiądz od przeszło roku pomaga dzieciom z naszej wsi w nauce. Moja koleżanka, Krysia Haliczukowa, opowiadała mi, że jej syn, ten głąbek Jaś, nie przeszedłby do szóstej klasy, gdyby nie księdza wsparcie. Podobno pomógł mu ksiądz wyjść na prostą z matematyki, polskiego. Dzisiaj z kolei spotkałam na zakupach Teklusię Marchwicką. Przyznała się, że jej wnuczka Marlenka zaliczyła egzamin ósmoklasisty najlepiej w klasie, dzięki księdzu. Gdyby nie ksiądz, podejrzewam, że ona by nawet nie zdała tych egzaminów, bo ona była bardzo cienka ze wszystkiego. Z kolei Rózię Berwoń wyuczył ksiądz wszystkich czasów w angielskim. Jej ojciec powiedział, że to cud, bo wcześniej żadna wiedza nie wchodziła jej do głowy. Musi ksiądz wiedzieć, że mówi się o nim „cudotwórca” i nie ma w tym cienia przesady.
– I przychodzi pani po to, by mnie trochę powychwalać, jak rozumiem?
– Tak, ale nie tylko. Chodzi o Dorotkę. Bo widzi ksiądz… To bardzo dobra uczennica. Pisze wspaniałe szkolne opowiadania, ładne wiersze, czasem piosenki. Całkiem dobrze liczy, umie też angielski, i to naprawdę zadowalająco. Niestety, geografia w ogóle nie wchodzi jej do głowy. Pani Matuczyńska rozkłada nad nią ręce. Nie ma w niej krzty orientacji przestrzennej. Północ myli jej się z południem, a wschód z zachodem. Nie ma pojęcia, gdzie na mapie leży choćby Polska. Mój mąż i ja nie mamy już do niej cierpliwości. Dziś sobota, a we wtorek Dorotka pisze test poprawkowy z geografii. Na ten moment wiem, że na pewno go nie zaliczy, a przecież wielkimi krokami zbliża się wystawianie ocen i zakończenie roku szkolnego. Dlatego jest ksiądz jej i naszą ostatnią deską ratunku. Czy znalazłby ksiądz dzisiaj czas, by przeprowadzić ją trochę po tajemniczych dla niej mapach, na których wszystkie miejsce są dla niej jak jedna wielka zagadka?
Ksiądz Alek roześmiał się na ten monolog nadgorliwej matki i nie mógł się powstrzymać od spojrzenia na Dorotkę. Dziewczynka była cała czerwona ze wstydu i najprawdopodobniej marzyła o tym, by zapaść się pod ziemię.
Z litości i sympatii dla niej postanowił przerwać monolog jej matki i powiedział po prostu:
– Pani Izabelo, poradzimy sobie. Niech się pani nie martwi. Możemy sobie dać dużo czasu. Proszę wrócić do domu, ja później Dorotkę odprowadzę.
Uszczęśliwiona kobieta nie kazała sobie tego drugi raz powtarzać, tylko czmychnęła czym prędzej, zadowolona z tego, że ktoś przejmie odpowiedzialność za wiedzę geograficzną Dorotki.
Gdy zostali sami, dziewczynka wciąż jeszcze była zażenowana, zmieszana i wstydziła się spojrzeć księdzu Alkowi w oczy. Tymczasem z nim stało się coś bardzo dziwnego. Uruchomiło się w nim dziwne, niespotykane dotąd u niego, tajemnicze wręcz okrucieństwo. Gdzieś ulotniła się jego łagodność, dobroć, wyrozumiałość. Zaczął ją przepytywać, nie spuszczając z niej oka. Z każdym pytaniem – zadawanym ostro, surowo, krytycznie – dziewczynka ponosiła porażkę na całej linii. Był bezlitosny. Tak jakby celowo chciał ją upokorzyć. Co za siły nieczyste podpowiadały mu tę surowość, Bóg jeden raczy wiedzieć.
Mała, co zupełnie zrozumiałe, bliska była płaczu, omdlenia. Jej delikatność, wyczulenie czy też przewrażliwienie na swoim punkcie, a szczególnie na punkcie własnego intelektu, sprawiły, że chciała po prostu zniknąć, zapaść się pod ziemię. Wykoncypowała sobie, że jest totalnie beznadziejna, nic niewarta, głupia, może nawet niedorozwinięta. Pomyślała, że ksiądz Alek na pewno od tej chwili, gdy pokazała się przed nim w całej swojej małości, głupocie, ograniczeniu umysłowym, będzie nią już gardził zawsze. Możliwe, że w ciągu tego odpytywania zaczęła też po raz pierwszy w życiu poważnie myśleć o tym, że lepiej byłoby umrzeć. Miała wrażenie, że już nigdy w życiu nie podniesie się z tego upadku, że dzień ten jest jej ostatnim, że już zawsze naznaczona będzie hańbą swojej niewiedzy, swojej fenomenalnej głupoty – tak była wrażliwa, delikatna, słaba.
Łzy zaczęły spływać po jej zaczerwienionej twarzyczce. W tym właśnie przełomowym, kulminacyjnym momencie ksiądz Aleksander się opamiętał. Pojawiła się w jego głowie myśl: „Co robisz? Co ty robisz, człowieku, okrutniku… Miej litość nad nią!”. Poczuł się jak kat, sadysta, a jednak wiedział, że to wszystko było nieuniknione. Gdy uzmysłowił sobie mękę dziewczynki, naraz przestał ją odpytywać. Zmienił wyraz twarzy. Przywołał swój zwyczajny, ciepły, serdeczny, subtelny uśmiech. Pozbył się tonu surowego, wymagającego belfra, uspokoił swój głos. Był pogodny, żartował jak zawsze. W jednej chwili stał się dawnym księdzem Alkiem Słonecznym: dobrym, łagodnym, wyrozumiałym. Otarł nawet nieznacznie jej łzy, które go rozczuliły, i zapragnął wlać w serce dziewczynki nadzieję i pokrzepienie.
Mężczyzna zabrał się z zapałem za edukowanie dziewczynki. Teraz, gdy już pozbył się maski okrutnika i sadysty, Dorotka uspokoiła się nieco, wyciszyła, odczuła ulgę. Wciąż jednak była przekonana, że na pewno w jego oczach jest stracona na zawsze. Postarała się jednak ze wszystkich sił otworzyć umysł i spróbować pojąć geografię, zrozumieć świat jako uporządkowaną przestrzeń. A ksiądz Alek był dobrym nauczycielem. Gdy przeprowadzał ją po mapach, wykorzystywał swoje liczne talenty pedagogiczne i siłę opowieści. I tak – gdy pokazywał jej położenie jakiegoś miejsca na mapie, dodatkowo opowiadał wtedy jakąś historię, bajkę, legendę związaną z tym miejscem, tak aby pomóc dziewczynce ułożyć sobie w głowię wiedzę, skojarzyć fakty z jakąś – często magiczną – opowieścią. Ona uwielbiała historie. Dzięki nim umysł w końcu zaczął pracować, rozbudzać się.
Gdy ksiądz Alek spostrzegł, jak bardzo – wbrew zapewnieniom rodziców – dziewczynka jest inteligentna, bystra, wzruszył się, poczuł nieokreślone ukłucie w sercu i dziwne wyrzuty sumienia. Bo przecież od początku wiedział, że ona jest pojętna. Bolało go to, że wcześniej tak ją upokorzył. Najpierw jej matka, później on sam. Dlaczego to zrobił? Pytanie to natrętnie świdrowało jego umysł…
Uczyli się efektywnie już od przeszło pięciu godzin. Trzeba przyznać, że oboje odnieśli naukowy sukces. Dorotka, widząc, że jednak udaje jej się przyswajać wiedzę, powoli odbudowywała swój pokruszony, porozbijany obraz samej siebie. Znów zaczynała ufać księdzu Alkowi, temu dobremu, kochanemu kapłanowi. Stała się naraz pewna siebie, uśmiechnięta, radosna, nawet błyskotliwa. Żartowali sobie, przekomarzali się, nawet trochę ze sobą droczyli. Wybierali miejsca, dokąd chcieliby się udać. Jeździli palcem po mapie i mieli wrażenie, jakby rzeczywiście siłą wyobraźni odwiedzali te okolice naprawdę. W pewnym momencie ogarnęła ich gorączka śmiechu, tak jakby chcieli oboje zatrzeć ślad wcześniejszej porażki intelektualnej Dorotki oraz drętwoty i sztywności, jakie wtedy między nimi zapanowały. Gdzieś ulotniły się zawstydzenie, strach, nieśmiałość. Dorotka, czując, że nie jest taką do reszty idiotką – urosła. I stała się zupełnie inną dziewczynką. Z przestraszonej, zgarbionej, pełnej wstydu i lęku trzynastolatki zamieniła się nagle w kobietkę: inteligentną, pojętną, umiejącą żartować, śmiać się.
I tak sobie żartowali, śmiali się, zachwycali nawzajem sobą, a wszystko to odbywało się podczas nauki. Świat jako geograficzna przestrzeń nie był już dla Dorotki taki straszny, obcy, wrogi. Przeciwnie – pojawiło się w niej wszechogarniające pragnienie, by kiedyś odwiedzić wszystkie te magiczne miejsca, o których dziś się dowiedziała, o których usłyszała jakąś wyjątkową historię.
To marzenie rozbudziło jej serce i chęć życia.
– Lasy, góry i pagórki, łąki i łączki, rzeki, jeziora, morza i wyspy… to wszystko dla ciebie, Dorotko – mówił ksiądz Alek.
Ona zaś tylko uśmiechała się słodko. To już nie była ta sama dziewczynka… Z małej, nieśmiałej, wystraszonej, niepewnej siebie Dorotki zamieniała się nagle po prostu w Dorotę, Dolores, Lolę, a może nawet Lolitę…
Gdy ona tak się przemieniała, przeistaczała pod wpływem dobrego nauczyciela, coś dziwnego i tajemniczego zadziało się z nim samym. Stało się to niespodziewanie i przyszło z wielką, wszechogarniającą mocą. Znać na nim było nagłą mękę. Pot wystąpił mu na czoło, ogarnęły go mdłości, zaczął drżeć jak w gorączce. Coś walczyło w jego wnętrzu. Jakieś sprzeczne siły, przeciwstawne moce rywalizowały w nim ze sobą. Każda chciała wygrać, zdobyć pierwszeństwo. Mężczyzna to wstawał z miejsca, to siadał. Łapał się za głowę w akcie bezradności, niemocy, bezsilności. Skronie niemal mu eksplodowały. Z nosa poszła krew. Czuł, że chyba ma gorączkę.
Dorota zdawała się nie zauważać męki swojego nauczyciela. Teraz to ona była silniejsza, pełna dziwnej potęgi, może nawet władzy. Teraz to ona miała oczywistą przewagę i intuicyjnie to wyczuwała. Gdy on się tak męczył w swojej niemocy, dziewczyna roztaczała swój czar. Przypomnijmy raz jeszcze: mała Dorotka nagle umarła, a narodziła się Dolores, Lola, Lolita – pełna niezaprzeczalnego uroku, świadoma własnej atrakcyjności, pewna siebie, kokietująca, a nawet flirtująca.
Na dworze duchota sięgnęła zenitu i nagle lunął deszcz.
Ksiądz Alek był rozrywany przez siły zła i dobra. Wewnętrzne zmagania powodowały mękę somatyczną – potężną fizyczną niemoc. Walczące w nim moce odbierał jako sprzeczne, ambiwalentne, antagonistyczne, stojące w całkowitej do siebie opozycji.
Pierwsza siła, która w nim pracowała, mówiła mu: „Uciekaj! Broń się! Ratuj! Zwróć się ku Bogu. To cię uratuje. Zawierz mu swoją mękę i uciekaj, póki czas”. Ta siła wypływała z rozumu, rozsądku – a właściwie z resztek rozsądku, trzeźwości umysłu, które mu jeszcze pozostały…
Druga z nich ulokowana była w ciele. Miała jeszcze większą, bo potężną, magiczną wręcz moc – moc namiętności. Ona mówiła: „Bierz ją. Czy nie jest twoja? Spójrz, to już nie dziecko. To nie ta dawna nieśmiała, przestraszona dziewczynka. To kobieta. Piękna, dumna, świadoma swojego uroku. Ona cię pragnie – i ty jej pragniesz. Na co jeszcze czekasz? Bierz ją, bierz. Ciesz się, synu, ciesz się w młodości swojej, bo młodość jak zorza poranna przemija…”. Siła cielesna była na tyle przebiegła, że podpowiadała mu nawet cytaty z Biblii jako rzekome myśli przesyłane mu przez samego Boga.
Czas było w końcu zdecydować. Kapłan był już u kresu swoich sił. Osłabiony, złamany, umęczony, wyciągnął ręce ku Dorocie. Spoczęły na jej małej, uroczej twarzyczce. Co zrobi dalej? Gdzie powędrują te dłonie? Jeszcze chwila, a wszystko stanie się jasne. Która siła wygra, a która zostanie ujarzmiona w przełomowym momencie?
Podczas kiedy w sercu księdza Alka rozgrywała się ta wojna namiętności, walka rozumu i ciała, bój z samym sobą, deszcz rozpadał się na dobre. Rozpętała się straszna burza, słychać było grzmoty. Pogoda dopasowała się do stanu, jaki panował w jego duszy, targanej to siłami zła, to mocami świętych wartości. Żywioł natury zdawał się oddawać szaleństwa, które go ogarnęły i wzięły w posiadanie.
Ksiądz Alek obudził się sam około czwartej nad ranem. Zerwał się ze spazmatycznym krzykiem, gwałtownie, z półsnu, z półobłędu. Nikłe, migotliwe wspomnienia tej nocy tak go przerażały, że aby ochronić się od popadnięcia w szaleństwo, sam sobie doradzał: „Nie myśl, nie myśl, bo cię to zabije”. Było mu potwornie duszno, gorąco i paliło go wielkie pragnienie.
Przede wszystkim otworzył okno na oścież. Już nie padało i powietrze było rześkie. Potem podszedł do zlewu, odkręcił kran i bardzo długo, łapczywie pił wodę. Gdy zaspokoił pragnienie, zaczął się tą zimną wodą oblewać, próbując zmniejszyć gorączkę, która go męczyła. Po zlaniu niebotycznej ilości wody w końcu zdał sobie sprawę, że czas się opamiętać, przestać uciekać od prawdy i ułożyć sobie w głowie wydarzenia tej strasznej, dziwacznej, pokręconej nocy. Jego problemem było to, że pamiętał mnóstwo dziwnych szczegółów, ale nie mógł poskładać ich w logiczną całość. Jego umysł dręczyły strzępki myśli.
Boże, jaka ona słodka! Skarbie, do której Karoliny chciałabyś pojechać? Północnej czy Południowej? Czy nie jest ci zimno, słoneczko? Jej wzrok pali mnie od środka… Ładnie ci, Dorotko, w tej żółtej sukience w niebieskie kwiaty. Czy mogłabyś rozpuścić włosy? A teraz dotknę cię tak… Jezu, czy to się dzieje naprawdę? Nie, nie, nie! Tak dużo rozkoszy i jednocześnie cierpienia! Spójrz na tę mapę. Podaj mi swoją dłoń i wybierzmy jakieś miejsce. Pojedźmy tam, gdzie nikt nas nie znajdzie… Czy uciekniemy razem tej nocy? Stolica Belgii, słońce? Boże, ona nie może być tak blisko mnie. Dorotko, Dorotko, jakie jest twoje prawdziwe imię? Loli, Lola, Lolita? Jak ty się nazywasz? Kim jesteś, mała kokietko? Będę cię całował w każdej paryskiej uliczce. Ale czy ty istniejesz realnie? Czy tylko mi się śnisz? Napijesz się soku jabłkowego? Nie, to się nie dzieje naprawdę! Tak, zróbmy sobie przerwę, to dobry pomysł, przecież uczymy się już od sześciu godzin. Boże, ratuj! Odchodzę od zmysłów. Pytasz mnie, czy sobie poradzisz? Na pewno zdasz celująco. Jaką ocenę ja tobie wystawię? Egzamin jeszcze się nie rozpoczął. A jakie są wyspy w linii brzegowej Zatoki Pomorskiej? Będziemy tańczyć i śpiewać we mgle sennej Luizjany. Powiedz mi, nad jaką rzeką leży Paryż? Czy wiesz, że jesteś cudowna? Jakie jest miejsce, o którym marzysz najbardziej? Pij, dziecko, sok, pij, proszę, musisz dużo pić. Jesteś zmęczona. Musisz odpocząć. Spróbujemy raz jeszcze? Czy nie było ci dobrze? Obiecuję, że kiedyś pokażę ci Rzym. Nie musisz się mnie bać. A może uciekniemy stąd i udamy się do Wiednia? Czy wiesz, która godzina jest teraz w Nowym Yorku? A teraz pokażę ci tajemnicę życia. Czy ty się mnie boisz? Ależ nie, przecież to tylko psychologiczna gra…
Chaotyczne, wariackie, niepoukładane zdania, które kołatały się w jego znękanej głowie… Które wypowiedział naprawdę, a które były tylko po prostu jego myślami?
Boże, co wydarzyło się tej nocy? Miał luki w pamięci, ale jednak czuł całym sobą, że był kochankiem Doroty. Pamiętał zapach jej złotych włosów i to, jak je gładził. Pamiętał pocałunki, które sobie oddawali. Pamiętał kolor jej dziecinnej bielizny. Pamiętał swoje gesty wobec niej, dotyk, którym ją obdarzał. To było wciąż tak rzeczywiste! Te zmysłowe obrazy przewijały się w jego rozgorączkowanym umyśle i straszyły niedającą się podważyć realnością. Dlaczego jednak nie pamiętał wszystkiego dokładnie? Dlaczego nie potrafił powiedzieć, o której rozstał się z Dorotą i jak to się stało, że obudził się sam?
A może zabiłem ją w szale, spowodowanym tragicznym uświadomieniem sobie tego, co jej zrobiłem?
Myśl ta przeraziła go nie do opisania, wręcz powaliła na kolana. Zastygł w rozpaczliwym strachu, w półkrzyżu, w półmodlitwie i ryknął płaczem.
Boże, Boże, co ja narobiłem? Czy nie miałeś litości nade mną? Jak mogłeś na to pozwolić? Jak mogłeś pozwolić na to, że ją skrzywdziłem? To biedne, niewinne jeszcze dziecko! Co się z nią stało? Co ja jej uczyniłem? Czy ona żyje? Co teraz będzie ze mną? Co będzie z wiernymi tej parafii, którzy tak mnie pokochali i mi zaufali? Jezusie miłosierny, gdzie byłeś, gdzie byłeś… Tak bardzo się boję!
Z przerażenia, lęku, niemocy wyrwała go chęć poznania prawdy, poukładania w całość tej psychodelicznej rozsypanki. Poderwał się z klęczek i zaczął oglądać swój, pogrążony w wielkim nieładzie, pokój. Na łóżku barłóg, na stole – mapy świata, zakrwawiona chusteczka i krew na prześcieradle.
Krew, krew, a więc chyba naprawdę ją zabiłem lub… A może nie… Pamiętam, że to mnie krew buchnęła z nosa przez to palące pożądanie, a więc to musi być moja krew. Tylko co się stało z Dorotą?
Mężczyzna postanowił doprowadzić się trochę do ładu i zacząć działać. Ale jaki był jego plan? Chciał przede wszystkim w jakiś sposób odkryć wydarzenia tej nocy. Brał pod uwagę również to, że może trzeba będzie uciekać, nawet za granicę.
Tymczasem jednak, drżąc jak w febrze, poszedł pod prysznic. Około szóstej wyszedł z mieszkania. Wciąż cały się trząsł, choć poranek był ciepły i zapowiadał się upalny dzień. Ksiądz Alek nie miał pojęcia, co ze sobą zrobić. Udał się więc najpierw do kościoła. Przed obliczem Jezusa Miłosiernego upadł na podłogę i leżał krzyżem do godziny ósmej trzydzieści. Płakał z rozpaczy i błagał Boga zarówno o litość, jak i o przebaczenie.
Powoli zbierali się w kościele najwierniejsi z wiernych, którzy rozpoczynali swój dzień właśnie mszą świętą. Ksiądz Alek odprawił tę mszę, ale była to dla niego prawdziwa męczarnia, istny przedsionek piekła. Patrzył na tych ludzi z potężnym strachem i niemą prośbą o przebaczenie. Wydawało mu się, że oni wiedzą o jego postępku, że czytają w jego oczach ten grzech cielesny, na dodatek popełniony z udziałem trzynastoletniej dziewczynki. W ich oczach czytał wstręt, odrazę, potępienie dla siebie samego. Ci ludzie zawsze byli mu przychylni, a teraz jawiło mu się, że nim gardzą, że brzydzą się nim i nienawidzą go za to, co zrobił. Dziwił się tylko, że biorą udział we mszy świętej przez niego odprawianej, że jeszcze nie wezwali policji. Jak w tym stanie – na poły obłędnym, psychotycznym – dał radę odprawić tę mszę świętą, Bóg jeden raczy wiedzieć. Czuł się psychicznie i fizycznie totalnie wykończony. Miał wrażenie, że oto rozpoczęła się jego droga krzyżowa, że męka już trwa.
Po skończonym nabożeństwie, powłócząc nogami, wyszedł z kościoła. Blady, z potężnymi sińcami pod oczami, cały trzęsący się jak w delirium alkoholowym, wykańczany przez mdłości i ból głowy – wyglądał jak człowiek w agonii. Zgarbiony, złamany, cierpiący, wlazł w pierwsze lepsze krzaki i zaczął wymiotować. Co za męczarnia! Rzygał na czarno i był święcie przekonany, że to diabelskie upokorzenie nie będzie miało końca. Chyba że w postaci haniebnej śmierci. Mylił się oczywiście, bo torsje minęły, a on wciąż żył. Nie miał jednak w ogóle sił, by się ruszyć. Padł po prostu i przeleżał w tych krzakach trzy, cztery godziny, a może dużo więcej. Stracił poczucie czasu.
Wreszcie wygrzebał się jakoś z zarośli i nie wiedząc, co ze sobą począć, udał się do baru – wiejskiego szynku. Był tak skonany i spragniony, że już nie myślał, co ludzie sobie o nim pomyślą. Kupił trzy piwa i pił je chciwie, zachłannie. Potem, słaniając się na nogach, lekko już pijany, wyszedł stamtąd. Oczywiście zdawało mu się, że wszyscy go obserwują, że drwią z niego, w głos się naśmiewają. Te szyderstwa paliły go. Cierpienia, tak psychiczne, jak fizyczne, przekraczały granice jego wytrzymałości.
Ten młody człowiek był tak znękany, że nagle wykoncypował sobie, że najlepsze – i jedyne – wyjście z sytuacji, w jakiej się znalazł, to odebranie sobie życia. Bo cóż jest teraz warte? Tacy jak on nie mają prawa do życia. Postanowił powiesić się w lesie na gałęzi. Najpierw jednak wrócił na plebanię. Zdjął sutannę i znów pił dużo wody. Potem odnalazł w portfelu zdjęcie swojej mamy, ucałował je. Następnie znalazł jakiś sznur i nie zostawiwszy po sobie żadnego listu, wyszedł i udał się do pobliskiego lasu.
Po drodze spotkał nieznanego mu z parafii, starszego już mężczyznę, odzianego w łachmany. Wyglądał on na dziada, żebraka. Miał długą siwą brodę i bardzo wyniszczoną, lecz przyjazną twarz. Ksiądz Alek minął go, nie zwracając nań większej uwagi, tak bardzo pochłonięty był „sprawą swojej śmierci”. Nagle jednak coś go tknęło i zawrócił. Dogonił szybko dziada i wcisnął mu do ręki wszystkie pieniądze, jakie miał przy sobie – trzydzieści trzy złote. Stary uśmiechnął się tak jakoś wymownie, mądrze i powiedział:
– Bóg ci zapłać, dobry człeku. Ja żem wiedział, że ty się wrócisz. Wiedziałem… Tyś jest człowiek złoty i serce masz miękkie dla biedaków.
Ksiądz Alek roześmiał się pobłażliwie na tę pochwałę.
Taa, ja i dobroć – pomyślał sobie. Chyba nie wiesz, dziadu, co mówisz. Gdybyś ty wiedział, kim ja jestem… Gdybyś ty wiedział… Nie przyjąłbyś ode mnie tego grosza.
Głośno zaś rzucił:
– Lepsi jesteście ode mnie i nie wychwalajcie mnie za trochę marnego grosza.
Starzec nic nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko znów wymownie, znacząco.
Ksiądz Alek pozostawił starca i udał się w dalszą drogę do lasu. Tuż przed linią drzew zaczepiła go młoda kobieta – Kornelia, znana z lekkiego prowadzenia się, atrakcyjna trzydziestolatka, „tirówka”. Była ubrana i umalowana bardzo wulgarnie. Gdy mężczyzna mijał się z nią, zobaczył, że płakała i tusz jej się rozmazał. Coś kazało mu się zatrzymać przy niej na chwilę. I choć sam czuł się jak największy grzesznik i potępieniec, intuicja podpowiadała mu, że trzeba z tą kobietą porozmawiać.
Opowiadała mu, że niedawno dowiedziała się, iż zmarła jej matka; że ona sama ubiegłej nocy została właściwie zgwałcona. Poza tym niesłusznie oskarżono ją o kradzież. Co więcej, jest nękana w sieci, a nawet otrzymuje groźby śmierci.
Ksiądz Alek, choć dziś postarzały, smutny, znękany, w rozpaczy i już nie taki słoneczny jak dawniej, wysłuchał jej relacji i ostatkiem sił starał się wesprzeć ją dobrym słowem.
– Kornelia, Kornelia… Musisz się opamiętać i zacząć dobrze żyć. Masz przecież młodszą siostrę. Ona ma dopiero piętnaście lat. Potrzebuje cię. Żyj dla niej, jeśli już nie potrafisz żyć dla siebie…
Kornelia wzruszyła się. Płakała i szczerze żałowała swoich grzechów.
– Księże drogi… Dziękuję. Czuję, że wlał ksiądz we mnie nadzieję. Tak, muszę się zmienić, muszę w końcu żyć dla innych. Moja siostra mnie potrzebuje, to prawda. Może jest jeszcze szansa dla mnie. Wiem, co zrobię. Wyspowiadam się z całego swojego życia. Tylko muszę się do tego przygotować. A teraz… czy może mnie ksiądz pobłogosławić?
Mężczyzna zawahał się i początkowo nie chciał spełnić prośby. Jednak proszące spojrzenie tej młodej, pogubionej kobiety sprawiło, że ostatecznie udzielił jej błogosławieństwa i obdarzył raz jeszcze dobrym słowem. Gdy się rozstali, zapłakał szczerze, głęboko.
Boże, Boże jedyny… Czy Ty mnie widzisz? Czy widzisz moją mękę? Jak mogłeś, jak mogłeś pozwolić, żebym tak nisko upadł, tak nisko… Ludzie mi zaufali, pokochali mnie, nazywali mnie Alkiem Słonecznym, a ja tak bardzo wszystkich zawiodłem… i siebie też, i Ciebie…
Zbliżała się godzina piętnasta. Z przyzwyczajenia odmówił jeszcze koronkę do Miłosierdzia Bożego, a gdy skończył, znów stało się coś dziwnego. Siedział w lesie, pod drzewem i kończył ostatnią w swoim życiu modlitwę, kiedy nagle zobaczył przemykającego wśród zarośli mężczyznę w wieku około czterdziestu lat. Ubrany był w piżamę i nie miał butów. Oczywiście ksiądz Alek od razu domyślił się, że to musi być pacjent, który uciekł z pobliskiego szpitala psychiatrycznego. Westchnął ciężko, boleśnie i powoli zbliżył się do chorego mężczyzny. Popatrzyli się na siebie i jakby zrozumieli się nawzajem.
Szalony człowiek złapał jakiś patyk i drewienko i zaczął coś rzeźbić z zacięciem na drzewie.
– Co tam strugasz, przyjacielu? – zapytał serdecznie ksiądz Alek, lekko rozbawiony.
Szaleniec rozpromienił się.
– Koronę.
– A dla kogo ta korona?
– To rzecz jasna, że dla ciebie, bo ty jesteś królem. I to dobrym.
Ksiądz Alek uśmiechnął się, ale tym razem bardzo smutno, boleśnie. Zaczął przemawiać do obłąkanego cierpliwie, życzliwie, ciepło. Wyperswadował mu dalszą ucieczkę i zachęcił do powrotu do szpitala. Gdy mężczyzna w końcu się zgodził, ksiądz Alek zadzwonił po karetkę. Do szpitala pojechali razem – chciał jeszcze potowarzyszyć choremu podczas drogi.
Gdy już wypełnił swój obywatelski i chrześcijański obowiązek, uznał, że w końcu należałoby zrobić to, co sobie zamierzył. Jednakże pojawiła się w jego głowie myśl, że chyba warto byłoby skreślić parę słów wyjaśnienia. Nie chciał nikomu robić dodatkowych kłopotów. Policja pewnie i tak miała co robić. Chciał poinformować wszystkich, że nikt nie jest winien jego samobójczej śmierci, że winę ponosi wyłącznie on sam. A za swój grzech, swój występek oddaje się pod sąd Boga, bo on jest dla niego najważniejszym sędzią. Skierował się więc w stronę plebanii. Gdy się tam znalazł, znów padł na ziemię krzyżem i zapłakał gorzko. Potem wziął czystą kartkę i zaczął pisać. Skreślił parę gorzkich słów prawdy o sobie, wstał od biurka i zatopił spojrzenie w tak pięknym teraz ogrodzie rozpościerającym się za oknem. Jakże on uwielbiał ten widok! I jakże będzie mu go brakowało po śmierci…
Naraz uderzyło go coś dziwnego. Znów to tajemnicze déjà vu… Nagle doznał szoku, przeraził się, poczuł się wstrząśnięty. Zobaczył, że w kierunku jego plebanii zbliża się… Pani Izabela ze swoją córką Dorotką! Nie żadną Dorotą, Dolores, Lolą czy Lolitą, tylko jego ukochaną, dobrą, czystą Dorotką! Uderzył go już z daleka wzrok dziewczynki: niewinny, czysty, nieśmiały, tak inny od tego spojrzenia, które zapamiętał po ich wczorajszej nocy – lubieżnego, zmysłowego, pełnego kokieterii.
Kobiety weszły do jego mieszkania. Ksiądz Alek był święcie przekonany, że przyszły tu obie po to, by się z nim skonfrontować, go oskarżać o to, co zrobił, straszyć wymiarem sprawiedliwości. Ważny moment, chwila prawdy. Mężczyzna zamarł w przerażeniu. Pełen lęku, wątpliwości, poczucia winy, nie śmiał spojrzeć w ich stronę. Bliski był omdlenia, może też nawet śmierci, a już na pewno krok dzielił go od obłędu. Tak bardzo się bał i tak bardzo żałował, że przegrał walkę z ciałem, że skrzywdził tę szlachetną dziewczynkę, tak psychicznie, jak i fizycznie, że ona już nigdy nie wróci „do siebie” po tym wszystkim.
Jego tragiczne gościnie stały w milczeniu już dobrych parę chwil, on jednak nie reagował na nie, ponieważ jego dusza cierpiała potworną mękę. Był rozdzierany na strzępy przez wszechogarniające poczucie winy. Drżał na całym ciele, znów ogarnęły go mdłości, naznaczył go przeszywający ból. Czuł się jak tchórz, bo po tym wszystkim bał się nawet spojrzeć im w oczy, szczególnie unikał jak ognia zderzenia wzrokowego z Izabelą. Tak bardzo bał się odczytać w jej wzroku potępienia, wstrętu, pogardy.
– Proszę księdza Alka… – odezwała się w końcu kobieta. – Ja tu przychodzę w sprawie życia i śmierci.
Jej ostry ton sprawił, że zesztywniał z przerażenia, nie był w stanie wydobyć z siebie głosu.
– Tak? – zapytał nieśmiało, jakby bojąc się kolejnych razów, bojąc się prawdy. Cały trwał w napięciu, czuł się jak tropiona zwierzyna, która czeka na kolejny, już śmiertelny cios.
To, co wydarzyło się później, przeszło granice jego pojmowania. Znów bliski był obłędu.
– Księże Alku, chodzi o Dorotkę. To świetna, bardzo zdolna, dobra uczennica. Pięknie pisze, ma podobno lekkie pióro. Po angielsku dogada się bez problemu. Liczy też nieźle. Niestety, geografia w ogóle nie wchodzi jej do głowy. Pani Matuczyńska rozkłada nad nią ręce. Dorotka zupełnie nie ma orientacji przestrzennej. Dziś sobota, a we wtorek test poprawkowy z geografii. Z taką wiedzą, jaką ma dziś, na pewno go dobrze nie zaliczy. Musi nam ksiądz pomóc. Wczoraj uczyliśmy ją z mężem, ale bez większego rezultatu. Teraz nie mamy kogo poprosić. A wiem od innych, że ksiądz pomaga naszym dzieciakom w lekcjach. Możemy na księdza liczyć? Odwdzięczymy się na pewno. Dorotka ma do księdza zaufanie i lubi księdza bardzo, a to już naprawdę dużo, jeśli chodzi o nią. Chyba nie odmówi nam ksiądz pomocy?
Mężczyzna z wrażenia usiadł na krześle, czy raczej się na nie osunął, w bezwładzie, niemocy, szoku. W końcu wyrwał się z odrętwienia, powstał z miejsca i spazmatycznie zapytał:
– Jak to, Dorotka jeszcze nie umie geografii? Przecież wczoraj…
– Tak, wczoraj uczyła się geografii z nami, ale tak jak mówiłam, nie przyniosło to dobrych skutków.
– Wczoraj… Ale przecież wczoraj uczyła się ze mną… – wyszeptał mężczyzna prawie niedosłyszalnie. Głośno zaś powiedział: – Wczoraj, wczoraj… A wczoraj przecież była chyba sobota?
– Drogi księże Alku, coś się księdzu pomyliło. Wczoraj był piątek, dziś mamy sobotę.
Na te słowa mężczyzna znów osunął się bezwładnie na krzesło.
To niemożliwe, wprost niemożliwe! Boże mój, Boże, jeśli dziś jest sobota, to wczoraj był piątek, a ja myślałem inaczej… Ja wczoraj przeżyłem dzisiejszy dzień! Przeżyłem sobotę, choć w rzeczywistości to był piątek. Dzień dzisiejszy jest tylko powtórką wczorajszego dnia. Ale ja, mając wiedzę o tym, co może się stać, mogę temu zapobiec, mogę sam tym dniem pokierować. Czas się dla mnie cofnął… I ten dzień, będący powtórką poprzedniego, jest dziś dla mnie wybawieniem, ratunkiem, oswobodzeniem od tego potężnego cierpienia, które prawie mnie zabiło! Boże, mój Boże, znów mnie uratowałeś. Sprawiłeś, że czas mnie oszukał – tylko po to, by mnie ocalić od ciężkiego grzechu. Zesłałeś mi koszmarną wizję, żeby pokazać, do czego może doprowadzić słabość cielesna. Przemieniłeś dni tylko po to, by mi to uświadomić. Jak wielki jesteś, mój Panie! I jak potężna, niezgłębiona jest Twoja moc… Zadrwiłeś sobie ze mnie, zażartowałeś w dobrej wierze, a jeszcze teraz puszczasz do mnie oko. Przyjmuję to z pokorą, przyjmuję od Ciebie ten akt ulitowania się nade mną, bo jest to dla mnie wyznanie miłości. Umiłowałeś sobie mnie, dlatego dziś oddaliłeś ode mnie kielich goryczy. Sprawiłeś, że koszmarna wizja nie spełniła się jeszcze, wciąż jest tylko wytworem mojej wyobraźni. I kto tu jest szaleńcem? Tak, jesteś szalony, mój Panie, ale kocham Cię za Twoje szaleństwo, bo ono mi uratowało życie. Żyć, żyć, żyć! Ja mogę i mam jednak prawo żyć! Bo przecież tak bardzo kocham życie! Przeszedłem tę mękę, tę moją osobistą drogę krzyżową po to, by oszacować, ile jest warte życie i co można stracić, gdy popełnia się grzech.
Ksiądz Alek, pogrążony we własnych myślach, zajęty umysłowymi odkryciami, uświadamiający sobie swoje mistyczne skłonności, przez dłuższą chwilę jakby nie zauważał obecności pani Izabeli i jej córki. W końcu spostrzegł, że przypatrują mu się z zaciekawieniem i lekkim zdziwieniem.
– Pani Izabelo, proszę się nie martwić. Dorotka jest pojętna i bardzo zdolna. Obiecuję pani, że ona nas jeszcze zaskoczy swoją wiedzą. Dorotko, pomogę ci. Damy radę przejść przez to razem.
Był już spokojny, pewny siebie, wyciszony, niemal pogodny. Poczuł w sobie naraz ogromną moc. Chciało mu się płakać z radości. Ulga nie dawała wyrazić się słowami. Kamienie mu z serca pospadały. Miał wrażenie, że stał się teraz lekki, wolny i jakby… przezroczysty. Bóg wystawił go na próbę, ale to było potrzebne, wręcz konieczne.
Gdy zostali sami, odezwał się do dziewczynki:
– Dorotko, moja perełko. Czy uwierzysz mi, gdy tobie powiem, że możesz zobaczyć w życiu wiele pięknych miejsc; że lasy, góry i pagórki, łąki i łączki, rzeki, jeziora, morza i wyspy… to wszystko dla ciebie, Dorotko… A teraz pomódlmy się do Ducha Świętego i poprośmy go, by otworzył nasze umysły na wiedzę, oświecał je i czuwał nad nami, by nic złego się nie przytrafiło tu nikomu.
– Księże Alku… – odezwała się nieśmiało dziewczynka. – Ja nie wiem, czy dam radę. Jestem taka słaba z tej geografii. Tak się wstydzę…
– Słoneczko, zaufaj mi. Zapamiętaj, proszę, że jesteś w stanie nauczyć się wszystkiego, czego tylko chcesz, że jeśli będziesz powierzać się Bogu, to On ciebie poprowadzi. Dziś, jutro, pojutrze będzie w drodze z tobą. A dziś zapraszam cię do podróży w wiele wspaniałych miejsc. Może kiedyś zobaczysz je naprawdę, a nie tylko w swojej wyobraźni.
– A potem? Co będzie z nami potem? – zapytała dziewczynka smutno.
Ksiądz Alek Słoneczny uśmiechnął się wymownie.
– Potem nauczę cię tańczyć.
12.06.2023
Czerwcowy dzień ślubu i wesela Iwony i Filipa był ciepły, cichy, spokojny, niezapowiadający burzy. Ich święto odbyło się w atmosferze poezji, subtelnego humoru, ukojenia, wzajemnego szacunku oraz dającej się wszystkim odczuć czystej miłości, nieskażonej wcześniejszą cielesnością. Iwona dużo przeszła, a i Filip był także nieźle doświadczony przez życie. Ich połączenie się miało być symbolicznym odrodzeniem, przerwaniem więzów zła, nieszczęścia, cierpienia. Każdy (a szczególnie ich rodzice) autentycznie im kibicował, szczerze życząc powodzenia i wielu radosnych chwil.
Ich ślub był wydarzeniem przeżytym przez wszystkich bardzo duchowo, głęboko religijnie. Nie zabrakło pięknej, poruszającej do głębi homilii ani wzniosłych słów o tym, że miłość cierpliwa jest i łaskawa jest… Nie zabrakło też szczerych modlitw, łez wdzięczności, wewnętrznego poruszenia, zwrócenia się ku Stwórcy: „Boże, czy Ty widzisz jacy oni, ci młodzi ludzie, są piękni? Błogosław im, błogosław na wieki”. Młoda para również była wpatrzona w oblicze Chrystusa, ofiarując mu swoją przeszłość pełną cierpienia i prosząc o wyczekiwany czas łaski.
Wesele było inne niż wszystkie inne. Młodzi zdawali się ulepieni z innej gliny – intelektualiści, artyści, skrajni wrażliwcy, uduchowieni, delikatni, niewinni. Nie lubili ordynarnych oczepin ani zmysłowych tańców, nie umieli uzewnętrzniać na siłę swojej radości. Dlatego też byli nieco skrępowani, sztywni. Gdy to spostrzegli, jakoś z tego wybrnęli siłą swojej inteligencji. Pomogło im w tym poczucie humoru. Gdy nadszedł czas przemów, Iwona zaczęła swoją od cytatu z Księgi Judyty: „I Bóg go pokarał i oddał w ręce kobiety”, czym wywołała salwę śmiechu, szczególnie u tych, którzy dobrze ją znali i wiedzieli, że nie jest prosta, łatwa, lekka. Przeciwnie – była ciężka, skomplikowana, histeryczna, dźwigała brzemię różnych traumatycznych doświadczeń. Z kolei Filip odezwał się do niej następującymi słowami: „Kobieto, szaleją za tobą anieli. A wewnątrz jesteś gorsza niż stu diabłów. Wiedz jednak, że jestem w tobie do szaleństwa zakochany”.
Nadeszła w końcu ich noc poślubna. To miało być coś zgoła niezwykłego, czarownego, nie z tego świata. Gdy wreszcie po wielu trudach kilkunastoletniej znajomości znaleźli się sam na sam w atmosferze zbliżającego się seksu, byli nieco wyczerpani latami oczekiwania, choć oczywiście niezmiernie podnieceni i ciekawi. Iwona, choć drżąca, była bardzo szczęśliwa. Jej znękane trudami życia serduszko trzepotało z niecierpliwością i przejęciem. Była poruszona, nieśmiała, słodka, ładna i niezwykle zachwycająca w swojej niewinności. Zakochanemu w niej Filipowi ze zmęczenia zbierało się na żarciki, subtelnie ironiczne przytyki.
Po grze wstępnej i droczeniu się z Iwoną wziął ją w ramiona i pocałował długo, przeciągle, namiętnie. I zrobił coś jeszcze. Wypowiedział jak najbardziej niewinnie, bez cienia złośliwości takie słowa: „Leć jeszcze umyj ząbki”. I zaśmiał się szelmowsko, ciepło, przyjaźnie, po czym raz jeszcze pocałował Iwonę, tym razem w czoło. Ona zaś na jedną sekundę skamieniała. Zaśmiała się zaraz perliście, odpowiedziała mu coś błyskotliwie, choć nieco nerwowo, i delikatnie wyswobodziła się z jego objęć. Powiedziała, że przypomniała sobie, iż musi koniecznie napisać swojej przyjaciółce Paulinie pewną wiadomość. Obiecała, że wróci za chwilę, spragniona i gotowa. Piotr zaśmiał się wyrozumiale, pobłażliwie i pozwolił jej odejść. Rozsiadł się wygodnie w fotelu i zanurzył w słodkich rojeniach.
Iwona nie napisała tamtej nocy wiadomości do Pauliny. Idąc do drugiego pokoju, czuła się jak nieżywa: przegrana, złamana, przerażona, obolała. Wszystkie jej dawne lęki, fobie, obsesje, traumy uaktywniły się. Była całkowicie pokonana. Po chwili jednak doświadczyła ukojenia. Odetchnęła z ulgą, tak jakby była już po tamtej stronie.
Filip, wciąż pogrążony w swoich rojeniach, zdawał się tracić poczucie czasu. Przywoływał Iwonę w myślach i na głos, a gdy ta nie odpowiadała, zaśmiewał się z jej, jak sądził, zalęknienia i upajającej go niewinności. Z tych na wpół sennych rojeń wyrwały go dopiero krzyki ludzi na ulicy. […]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Miłość i śmierć, cierpienie i szaleństwo
isbn: 978-83-8423-478-5
© Karolina Weronika i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczytjakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazuwymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Małgorzata Piotrowicz
korekta: Agata Ogórek
okładka: Magdalena Czmochowska
konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz | studio skapit
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: sekretariat@grupazaczytani.pl
https://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
