Miłość i śmierć, cierpienie i szaleństwo - Karolina Weronika - ebook

Miłość i śmierć, cierpienie i szaleństwo ebook

Karolina Weronika

0,0

Opis

Nikt nie dąży do śmierci, jeśli jest mu w życiu dobrze

„Miłość i śmierć, cierpienie i szaleństwo” to zbiór dogłębnie poruszających opowiadań, które odkrywają mroczne oblicza ludzkiej psychiki. Karolina Weronika prowadzi czytelników przez świat potężnych uczuć, rozpadu i kryzysu, w którym trudno odróżnić ból od miłości, a pragnienie śmierci od tęsknoty za życiem.

Zawarte w tym zbiorze historie są szczere, przewrotne, a niekiedy groteskowe i wszystkie obnażają różne odcienie szaleństwa. Mówią o ludziach balansujących na krawędzi – współczesnych Werterach i Ofeliach, którzy doświadczają samotności i dla których własne myśli potrafią być największymi wrogami.

W tych opowieściach możesz się zatracić i dostrzec odbicia samego siebie. Zwłaszcza, jeśli widzisz więcej, czujesz mocniej i zadajesz pytania, na jakie nie ma prostych odpowiedzi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 371

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Opo­wia­da­nia opar­te na mo­ty­wach mi­ło­snych

Ław­ka od­kry­tych my­śli

By­łam w kla­sie ma­tu­ral­nej, kie­dy po raz pierw­szy praw­dzi­wie osza­la­łam.

Kwie­cień. Cie­pły, sło­necz­ny dzień, przed po­łu­dniem. Nie, nie, a mo­że to by­ło jed­nak pięć lat póź­niej, po dru­gim epi­zo­dzie? Nie wiem, nie je­stem pew­na. Pa­mię­tam jed­nak pew­ną ław­kę. Po wi­zy­cie u psy­chia­try ma­ma po­szła coś ku­pić czy za­ła­twić, ja zaś usia­dłam na ław­ce, na uli­cy Mic­kie­wi­cza, na tak zwa­nym Man­hat­ta­nie. Dłu­go na nią cze­ka­łam, ale wca­le mi to nie prze­szka­dza­ło. Sie­dząc na tej ław­ce, wi­dzia­łam du­żo mi­ja­ją­cych mnie prze­chod­niów. A ja by­łam ta­ka sa­ma, sa­miu­teń­ka, nie czu­łam się z tym jed­nak źle. Prze­ciw­nie, by­ło mi wte­dy do­brze ze so­bą. By­łam spo­koj­na. Czu­łam nie­waż­kość. Uśmie­cha­łam się de­li­kat­nie, z za­dzi­wia­ją­cą mnie mi­ło­ścią do sa­mej sie­bie. Cie­pły i jed­no­cze­śnie orzeź­wia­ją­cy wiatr przy­jem­nie mu­skał mnie po twa­rzy, wło­sach. Słoń­ce świe­ci­ło w oczy. Tak na­praw­dę by­ło mi bło­go nie z po­wo­du wia­tru i słoń­ca, lecz dla­te­go, że stru­mień świa­do­mo­ści za­le­wa­ją­cy mój umysł był in­try­gu­ją­cy, waż­ny, pro­fe­tycz­ny. Jak błysk. Co ja do­kład­nie so­bie wte­dy my­śla­łam, co wy­obra­ża­łam – nie pa­mię­tam. Przy­po­mi­nam so­bie jed­nak wra­że­nie: że to by­ło fa­scy­nu­ją­ce prze­ży­cie, mo­ja chwi­la, mo­je wspa­nia­łe, cu­dow­ne pięć mi­nut. My­śla­łam na pew­no o prze­mi­ja­niu, o tym, że za chwi­lę bę­dę w zu­peł­nie in­nym miej­scu, że wła­śnie chwi­la ta ule­ci jak wio­sen­ny wie­trzyk. Na po­cząt­ku jed­nak mnie to nie prze­ra­ża­ło – by­ło me­lan­cho­lij­nie przy­jem­nie, eks­cy­tu­ją­co. Po­dob­nie eks­cy­tu­ją­ca by­ła pew­ność, że my­śli mo­je są wy­jąt­ko­we, po­nad­prze­cięt­ne, że naj­pew­niej nikt z mi­ja­ją­cych mnie lu­dzi nie miał w gło­wie ta­kich re­flek­sji i mo­że ni­g­dy mieć nie bę­dzie. Tym­cza­sem mnie za­le­wa­ły de­li­kat­nie prze­pły­wa­ją­ce in­spi­ra­cje, in­tu­icje.

Czu­łam się jak Su­san, bo­ha­ter­ka Prze­rwa­nej lek­cji mu­zy­ki, lub jej przy­ja­ciół­ka Li­sa, jak Don­nie Dar­ko, jak Sy­lvia Plath, jak Vir­gi­nia Wo­olf. Czu­łam się wy­jąt­ko­wa, je­dy­na w swo­im ro­dza­ju. I przez tę jed­ną chwil­kę ko­cha­łam sie­bie. I choć cier­pia­łam w tam­tym okre­sie ży­cia bar­dzo, to by­łam tor­tu­ro­wa­ną, lecz jed­no­cze­śnie wy­ra­fi­no­wa­ną, sub­tel­ną du­szą. My­śli wy­le­wa­ły się z gło­wy, prze­peł­nio­nej nad­mia­rem alu­zji i sko­ja­rzeń li­te­rac­ko-fil­mo­wych oraz mo­imi wła­sny­mi re­flek­sja­mi i wspo­mnie­nia­mi. Chcia­łam za­trzy­mać czas, za­ko­do­wać go na za­wsze. Wie­dzia­łam, że gdy wró­ci ma­ma, trze­ba bę­dzie wra­cać do sa­mo­cho­du i wte­dy czar pry­śnie, a mo­ment ten się ulot­ni, sta­nie się od­le­głym wspo­mnie­niem. Jak więc za­pa­mię­tać tę chwi­lę, gdy sie­dzę na ław­ce i mam w so­bie tak wie­le od­kry­tych my­śli? Czy w ogó­le moż­na ja­koś za­trzy­mać czas, zła­pać go, uchwy­cić?

Prze­czu­wa­łam, że czas le­ci nie­ubła­ga­nie, i kil­ka łez spły­nę­ło mi po twa­rzy. Wie­dzia­łam, że w mo­im do­tknię­tym cho­ro­bą umy­śle ta myśl za­nik­nie, zmie­sza się, po­my­li z in­ny­mi, i przy­wo­łam ją przy­pad­kiem mo­że do­pie­ro za ja­kieś dzie­sięć lat. Prze­ra­zi­ła mnie myśl, że gdy wsta­nę z ław­ki, na­gle mi­nie dzie­sięć lat! Że wspo­mnie­nia o Su­san, Lisie, Don­nie’m Dar­ko, Sy­lvii Plath i Vir­gi­nii Wo­olf, o lo­cie nad ku­kuł­czym gniaz­dem, o mi­ło­wa­niu sa­mej sie­bie znik­ną jak mgła, bez mo­jej zgo­dy. Wie­dzia­łam, że mo­że wró­cą – że wró­cą kie­dyś na pew­no – ale tyl­ko wte­dy, gdy bę­dą te­go chcia­ły, gdy ta­ki bę­dzie ka­prys Wszech­świa­ta. Wró­cą przy­pad­kiem, a ja za­le­ję się łza­mi no­stal­gii za tym mi­nio­nym, utra­co­nym dzie­się­cio­le­ciem i znów usią­dę na ław­ce od­kry­tych my­śli.

7.07.2024

Wi­zja kosz­mar­na

Ksiądz Alek był trzy­dzie­sto­trzy­let­nim, świet­nie wy­kształ­co­nym, wraż­li­wym i nie­zwy­kle udu­cho­wio­nym, cha­ry­zma­tycz­nym ka­pła­nem. Miał pew­ne mi­stycz­ne skłon­no­ści. Wła­śnie przy­był na swo­ją no­wą pa­ra­fię, do pod­la­skiej wio­secz­ki. Uwa­żał to tro­chę za swo­ją po­raż­kę. Był po­kor­ny, bar­dzo do­bry, od­da­ny swo­jej po­słu­dze, ale miał też oczy­wi­ście am­bi­cje i wiel­kie na­dzie­je oraz swój ego­cen­tryzm. Po­sta­no­wił jed­nak za­ak­cep­to­wać tę de­cy­zję i przy­jąć ją z po­ko­rą wła­śnie.

Po­ja­wił się tam w pięk­ną, sło­necz­ną ma­jo­wą nie­dzie­lę, a do­kład­niej – nie­dziel­ny po­ra­nek. Ple­ba­nia, w któ­rej miał się za­kwa­te­ro­wać, by­ła bar­dzo skrom­na, je­śli nie ubo­ga. Je­go sy­pia­len­ka przy­po­mi­na­ła ce­lę: wą­skie, ob­skur­ne ło­że, pół­ka noc­na, sta­ra sza­fa, sfa­ty­go­wa­na umy­wal­ka z wi­szą­cym nad nią roz­bi­tym lu­strem. To by­ło chy­ba ca­łe jej wy­po­sa­że­nie. Za oknem roz­cią­gał się jed­nak ma­ły ogró­dek, któ­ry cie­szył je­go wraż­li­we na es­te­ty­kę oczy. Gdy wyj­rzał, zo­ba­czył zbli­ża­ją­cą się do ple­ba­nii ele­ganc­ką ko­bie­tę, idą­cą pod rę­kę z ja­kąś dziew­czyn­ką.

Oka­za­ło się, że to przy­by­ły je­go pa­ra­fian­ki – pa­ni Iza­be­la ze swo­ją dwu­na­sto­let­nią cór­ką Do­rot­ką. Przy­szły, po­nie­waż chcia­ły ja­ko pierw­sze po­wi­tać no­we­go na ich pa­ra­fii ka­pła­na. Pa­ni Iza­be­la wrę­czy­ła księ­dzu Al­ko­wi ko­szy­czek, w któ­rym by­ła cie­pła jesz­cze szar­lot­ka z bi­tą śmie­ta­ną, trzy bu­te­lecz­ki so­ku wi­śnio­we­go, jabł­ka, wi­no­gro­na, po­ma­rań­cze, swoj­ska wę­dli­na i rów­nież świe­żo upie­czo­ny chleb. Ko­bie­ta na­wią­za­ła z nim mi­łą, ser­decz­ną roz­mo­wę. Jej cór­ka Do­rot­ka by­ła z ko­lei bar­dzo za­wsty­dzo­na, za­że­no­wa­na. Pa­ni Iza­be­la wy­ja­śni­ła, że dziew­czyn­ka jest wy­jąt­ko­wo nie­śmia­ła, a w szko­le nie ma żad­nych ko­le­ża­nek. Męż­czy­zna ser­decz­nie po­dzię­ko­wał za przy­nie­sio­ny po­da­ru­nek i za­pro­po­no­wał, by wy­szli do ogro­du i na­pi­li się przy­nie­sio­ne­go so­ku wi­śnio­we­go. Tak też zro­bi­li.

Usie­dli na ła­wecz­ce. Ko­bie­ta po­szła do kuch­ni, zna­la­zła trzy szklan­ki, na­la­ła każ­de­mu so­ku, a po­tem za­czę­ła wy­py­ty­wać księ­dza Al­ka o róż­ne rze­czy. By­ła go bar­dzo cie­ka­wa. Jej có­recz­ka wciąż sie­dzia­ła mil­czą­ca, za­wsty­dzo­na, wpa­trzo­na w je­den punkt.

Ksiądz Alek na­gle za­pra­gnął, by się uśmiech­nę­ła i prze­sta­ła się tak bać. Je­go ży­cze­nie zo­sta­ło na­raz speł­nio­ne – nie­da­le­ko drze­wa li­po­we­go po­ja­wił się ma­ły ru­dy kot. Dziew­czyn­ka, gdy go uj­rza­ła, mi­mo­wol­nie wy­rwa­ła się z odrę­twie­nia i wy­krzyk­nę­ła gło­śno:

– Ja­ki ślicz­ny ko­tek!

Na ten słod­ki, uro­czy gło­sik ksiądz Alek za­śmiał się cie­pło, ser­decz­nie i ode­zwał się do dziew­czyn­ki ta­ki­mi sło­wa­mi:

– Czy spró­bu­je­my go zła­pać? A mo­że da­my mu tro­chę mlecz­ka?

I męż­czy­zna po­dał Do­rot­ce rę­kę.

Dziew­czyn­ka za­chi­cho­ta­ła ci­chut­ko, wciąż nie­śmia­ło. Po­da­ła jed­nak księ­dzu swo­ją bia­łą, spo­co­ną rącz­kę i po­szli szu­kać w krza­kach ru­de­go kot­ka.

Gdy uda­ło się im go zna­leźć, ksiądz Alek wziął go na rę­ce, po­gła­skał i po­dał dziew­czyn­ce. Trzy­ma­ła go w swo­ich ma­łych dło­niach i tu­li­ła do pier­si z lu­bo­ścią.

Męż­czy­zna mó­wił do Do­rot­ki cie­pło, ser­decz­nie, ko­ją­co, tak jak on tyl­ko po­tra­fił. Dziew­czyn­ka za­raz się oży­wi­ła. Uśmiech ra­do­ści wy­kwitł na jej bla­dej twa­rzycz­ce i na­raz za­czę­ła słod­ko szcze­bio­tać o kot­ku i do kot­ka. W ma­gicz­ny spo­sób znik­nę­ła jej wcze­śniej­sza nie­śmia­łość, roz­pły­nę­ło się uciąż­li­we dla niej za­że­no­wa­nie. Mat­ka pa­trzy­ła i nie po­zna­wa­ła swo­jej cór­ki. Jesz­cze ni­ko­mu nie uda­ło się w tak krót­kim cza­sie jej roz­bro­ić, za­chę­cić do roz­mo­wy.

Po­de­szła ku nim i ode­zwa­ła się do księ­dza Al­ka:

– Jest ksiądz praw­dzi­wym cza­ro­dzie­jem! Do­rot­ka prze­mó­wi­ła i uśmie­cha się. To rzad­ki dla mnie wi­dok.

Nie od­po­wie­dział, tyl­ko uśmiech­nął się sub­tel­nie.

Gdy uro­cze go­ści­nie w koń­cu ode­szły, męż­czy­zna po­czuł się na­gle dziw­nie zmę­czo­ny i sła­by. Tłu­ma­czył to so­bie nie­prze­spa­ną no­cą, dłu­gą po­dró­żą, gło­dem. Ogar­nę­ły go ja­kieś dusz­no­ści, ze­mdli­ło go, za­krę­ci­ło mu się w gło­wie. Za­pra­gnął jak naj­szyb­ciej po­ło­żyć się do łóż­ka i za­snąć. Wszedł więc do izby, skie­ro­wał się do swo­jej ubo­giej sy­pia­len­ki i rzu­cił się na ło­że, któ­re od chwi­li tej fi­zycz­nej, so­ma­tycz­nej nie­mo­cy miał in­tu­icyj­nie zwać ło­żem bo­le­ści.

Ksiądz Alek roz­po­czął swo­ją po­słu­gę z du­żym im­pe­tem. Dzia­łał ak­tyw­nie dla dzie­ci, mło­dzie­ży, osób do­ro­słych, star­szych, nie­peł­no­spraw­nych. Or­ga­ni­zo­wał prze­róż­ne ak­cje, cie­ka­we wy­da­rze­nia, piel­grzym­ki. Wszy­scy ra­do­wa­li się tak cha­ry­zma­tycz­nym, wy­jąt­ko­wym ka­pła­nem. Każ­dy mógł zna­leźć dla sie­bie miej­sce w je­go skrom­nym, ci­chym azy­lu. Sta­rał się zna­leźć czas dla tych, któ­rzy po­trze­bo­wa­li wspar­cia, roz­mo­wy, po­ra­dy, do­bre­go sło­wa, uśmie­chu. Na­zy­wa­no go księ­dzem Al­kiem od wszyst­kich trosk lub Al­kiem Sło­necz­nym – ze wzglę­du na je­go ja­sne, ra­do­sne, życz­li­we uspo­so­bie­nie.

Szcze­gól­nie uko­cha­ły go dzie­ci. One wręcz do nie­go lgnę­ły. Uwiel­bia­ły opo­wie­ści, któ­re dla nich snuł na mszy nie­dziel­nej, ka­te­che­zie w szko­le czy wte­dy, gdy zwy­czaj­nie od­wie­dza­ły go na ple­ba­nii. Za­wsze po skoń­czo­nej hi­sto­ryj­ce pro­wa­dził oży­wio­ne dys­ku­sje o tym, co po­ucza­ją­ce­go dzie­ci usły­sza­ły. Nie bra­ko­wa­ło też wspól­ne­go za­ja­da­nia się sło­dy­cza­mi, owo­ca­mi. Do­broć, po­go­da du­cha, po­czu­cie hu­mo­ru i je­go licz­ne ta­len­ty mia­ły ma­gicz­ną moc przy­cią­ga­nia.

Z ko­lei sam ksiądz Alek szcze­gól­nie po­lu­bił cór­kę Iza­be­li, nie­śmia­łą Do­rot­kę. Dzię­ki nie­mu dziew­czyn­ka oży­wi­ła się nie­co, sta­ła się po pro­stu bar­dziej ra­do­sna, na­uczy­ła się ba­wić i śmiać, choć cza­sem wciąż zda­rza­ły jej się słab­sze chwi­le i na­pa­dy dziw­ne­go przy­gnę­bie­nia.

To by­ło prze­pięk­ne i cie­płe czwart­ko­we po­po­łu­dnie, gdy z oka­zji Dnia Dziec­ka ka­płan zor­ga­ni­zo­wał wspa­nia­łe przy­ję­cie dla dzie­ci. Nie za­bra­kło ła­ko­ci, słod­kich nie­spo­dzia­nek, wy­myśl­nych de­se­rów lo­do­wych, ale i cie­ka­wych za­baw, gier, a przede wszyst­kim wspól­nej mo­dli­twy. Gdy fe­styn po­wo­li zbli­żał się ku koń­co­wi, ksiądz Alek za­pro­po­no­wał spon­ta­nicz­nie wspól­ną mo­dli­twę po­przez ta­niec i śpiew. Ad hoc na­uczył dzie­ci pie­śni Bę­dzie­my tań­czyć, bę­dzie­my śpie­wać i za­chę­cał do tej ak­tyw­no­ści. Dzie­ci śpie­wa­ły i tań­czy­ły uszczę­śli­wio­ne. Uko­cha­ny przez nich ka­płan ta­necz­nym kro­kiem pod­szedł do uro­czej, ciem­no­wło­sej trzy­na­sto­let­niej Lu­si i za­pro­sił ją do za­ba­wy. Od­waż­na, pew­na sie­bie, ro­ze­śmia­na od ucha do ucha dziew­czyn­ka by­ła prze­szczę­śli­wa, gdy tań­czy­ła i śpie­wa­ła we­spół z księ­dzem Al­kiem. Tym­cza­sem Do­rot­ka, któ­ra sta­ła z bo­ku, na­raz po­czu­ła się bar­dzo smut­na. Pa­trzy­ła na ro­ze­śmia­ną Lu­się z nie­mą za­zdro­ścią i dziw­nym bó­lem w ser­cu. W koń­cu od­da­li­ła się od roz­śpie­wa­nej, roz­tań­czo­nej gro­mad­ki w kie­run­ku swo­je­go do­mu.

Szła bar­dzo po­wo­li, po­chy­lo­na jak sta­rusz­ka, w rę­ku trzy­ma­ła zna­le­zio­ny gdzieś kij i za­pal­czy­wie sie­kła nim tra­wę.

Na­gle usły­sza­ła za so­bą ci­chut­kie, słod­kie we­zwa­nie:

– Do­rot­ko…

Od­wró­ci­ła się – prze­ra­żo­na, za­wsty­dzo­na. Za nią w od­da­le­niu stał ksiądz Alek i uśmie­chał się de­li­kat­nie.

– Do­rot­ko, ser­ce mo­je, nie chcia­łaś śpie­wać, tań­czyć?

– Ja… ja nie umiem…

– Ro­zu­miem. Kie­dyś cię na­uczę. Tym­cza­sem po­zwo­lisz, że od­pro­wa­dzę cię do do­mu?

– Do­brze.

Ru­szy­li w dro­gę. Dziew­czyn­ka, czer­wie­niąc się, wy­rzu­ci­ła kij.

– Po­wiedz mi, sło­necz­ko, czy coś cię mar­twi? Czy ty się cze­goś bo­isz?

– Cza­sem… Cza­sem tak bar­dzo się smu­cę. Łzy sa­me chcą mi pły­nąć. Jest mi tak smut­no, a ja… a ja na­wet nie wiem, dla­cze­go… To mi tak na­gle przy­cho­dzi. I bo­ję się, bo­ję się, że ja już ni­g­dy nie bę­dę szczę­śli­wa…

– Do­rot­ko, bę­dziesz szczę­śli­wa. Dziś da­ję ci na to mo­je sło­wo. Pa­mię­taj, że gdy jest ci tak bar­dzo smut­no, Je­zus ko­cha cię wte­dy jesz­cze moc­niej. Dla nie­go je­steś anioł­kiem, bo masz czy­stą, do­brą du­szycz­kę.

Ksiądz Alek dłu­go jesz­cze roz­ma­wiał w ten spo­sób ze słod­ką Do­rot­ką. Opo­wia­dał jej też krze­pią­ce hi­sto­rie, te­ra­peu­tycz­ne baj­ki. Dziew­czyn­ka po­wo­li się uspo­ka­ja­ła, a na jej twa­rzy znów za­kwitł uśmiech. W koń­cu do­tar­li pod jej dom. Ksiądz Alek po­że­gnał ją bło­go­sła­wień­stwem i ży­cze­niem do­brej no­cy. Chwy­cił jej bia­łą, spo­co­ną rącz­kę i moc­no uści­snął.

Wra­ca­jąc na ple­ba­nię, szedł dziw­nie chwiej­nym kro­kiem. Po­czuł się na­raz tak zmę­czo­ny, że le­d­wo do­tarł na miej­sce. Opa­no­wa­ły go mdło­ści, gło­wa pę­ka­ła mu z bó­lu, cia­ło drża­ło jak w fe­brze. Mę­czy­ło go po­tęż­ne pra­gnie­nie. Pił więc łap­czy­wie zim­ną wo­dę, po­tem zaś po­wlókł się do swo­jej sy­pia­len­ki, rzu­cił się na łóż­ko i za­snął pra­wie od ra­zu. Ale był to nie­spo­koj­ny sen. Ogar­nia­ły go ja­kieś pro­jek­cje i ma­ja­ki, wi­zje i wi­zyj­ki, sce­ny i scen­ki.

Ksiądz Alek bar­dzo szyb­ko zżył się z tą ma­łą wio­ską i swo­imi pa­ra­fia­na­mi. Był tu szczę­śli­wy, choć raz na ja­kiś czas, w po­nu­re dni i dusz­ne no­ce, coś go drę­czy­ło, stra­szy­ło, nie da­wa­ło mu spo­ko­ju. Je­go lę­ki i fo­bie ko­iły spo­tka­nia z wier­ny­mi, któ­rzy spra­wia­li, że wy­zby­wał się na mo­ment swo­je­go ego­cen­try­zmu i sku­piał się na ży­ciu dru­giej oso­by za­miast na swo­ich we­wnętrz­nych prze­ży­ciach.

To by­ła ci­cha czerw­co­wa so­bo­ta, dusz­na i par­na. Za­po­wia­da­ło się na deszcz. Mi­nął już rok od cza­su przy­by­cia księ­dza Al­ka do te­go miej­sca. Męż­czy­zna stał z ró­żań­cem i wpa­try­wał się w pięk­ny ogród, któ­ry był te­raz bar­dzo za­dba­ny, cie­szą­cy oko. Ale czy aby na pew­no wi­dział ogród? Czy w ogó­le co­kol­wiek wi­dział? O czym my­ślał wte­dy? Co czuł?

Na­gle do­znał ta­jem­ni­cze­go déjà vu. Na chwi­lę je­go umysł jak­by się za­trzy­mał, znie­ru­cho­miał, tak jak je­go cia­ło. Miał po­czu­cie, że w tym wła­śnie mo­men­cie po­wta­rza się ja­kaś chwi­la z prze­szło­ści, że czas – mó­wiąc ję­zy­kiem pew­ne­go zna­ne­go mu pa­cjen­ta psy­chia­trii – „za­co­fu­je się”. Tak jak­by raz jesz­cze po­wta­rzał się ja­kiś dzień z prze­szło­ści. Nie mógł jed­nak w tym sta­nie za­mro­cze­nia i przy­ćmie­nia umy­sło­we­go ro­ze­znać, co by się tu mia­ło po­wta­rzać, cze­go i ko­go do­ty­czy to déjà vu.

Na­gle do­znał olśnie­nia. Ach, prze­cież! Idzie do nie­go pa­ni Iza­be­la z Do­rot­ką! On stoi i wy­glą­da przez okno, pa­trzy na ogród. One zbli­ża­ją się ku nie­mu. Pra­wie do­kład­nie tak jak rok te­mu! Jak­że to go po­ru­szy­ło. Uru­cho­mi­ła się w nim re­flek­sja o prze­mi­ja­niu i na­raz po­czuł ta­jem­ni­czą me­lan­cho­lię. Nie miał jed­nak cza­su dłu­żej zgłę­biać swo­je­go sta­nu du­cha, gdyż go­ści­nie wła­śnie pu­ka­ły do drzwi. Wy­szedł im na spo­tka­nie. Do­rot­ka, ubra­na w żół­tą su­kien­kę w nie­bie­skie kwia­ty, by­ła smut­na i mil­czą­ca.

Pa­ni Iza­be­la jak za­wsze za­czę­ła du­żo pa­plać.

– Dro­gi księ­że Al­ku. Przy­cho­dzi­my tu dziś z ogrom­ną, prze­ogrom­ną proś­bą. Ksiądz od prze­szło ro­ku po­ma­ga dzie­ciom z na­szej wsi w na­uce. Mo­ja ko­le­żan­ka, Kry­sia Ha­li­czu­ko­wa, opo­wia­da­ła mi, że jej syn, ten głą­bek Jaś, nie prze­szedł­by do szó­stej kla­sy, gdy­by nie księ­dza wspar­cie. Po­dob­no po­mógł mu ksiądz wyjść na pro­stą z ma­te­ma­ty­ki, pol­skie­go. Dzi­siaj z ko­lei spo­tka­łam na za­ku­pach Te­klu­się Mar­chwic­ką. Przy­zna­ła się, że jej wnucz­ka Mar­len­ka za­li­czy­ła eg­za­min ósmo­kla­si­sty naj­le­piej w kla­sie, dzię­ki księ­dzu. Gdy­by nie ksiądz, po­dej­rze­wam, że ona by na­wet nie zda­ła tych eg­za­mi­nów, bo ona by­ła bar­dzo cien­ka ze wszyst­kie­go. Z ko­lei Ró­zię Ber­woń wy­uczył ksiądz wszyst­kich cza­sów w an­giel­skim. Jej oj­ciec po­wie­dział, że to cud, bo wcze­śniej żad­na wie­dza nie wcho­dzi­ła jej do gło­wy. Mu­si ksiądz wie­dzieć, że mó­wi się o nim „cu­do­twór­ca” i nie ma w tym cie­nia prze­sa­dy.

– I przy­cho­dzi pa­ni po to, by mnie tro­chę po­wy­chwa­lać, jak ro­zu­miem?

– Tak, ale nie tyl­ko. Cho­dzi o Do­rot­kę. Bo wi­dzi ksiądz… To bar­dzo do­bra uczen­ni­ca. Pi­sze wspa­nia­łe szkol­ne opo­wia­da­nia, ład­ne wier­sze, cza­sem pio­sen­ki. Cał­kiem do­brze li­czy, umie też an­giel­ski, i to na­praw­dę za­do­wa­la­ją­co. Nie­ste­ty, geo­gra­fia w ogó­le nie wcho­dzi jej do gło­wy. Pa­ni Ma­tu­czyń­ska roz­kła­da nad nią rę­ce. Nie ma w niej krzty orien­ta­cji prze­strzen­nej. Pół­noc my­li jej się z po­łu­dniem, a wschód z za­cho­dem. Nie ma po­ję­cia, gdzie na ma­pie le­ży choć­by Pol­ska. Mój mąż i ja nie ma­my już do niej cier­pli­wo­ści. Dziś so­bo­ta, a we wto­rek Do­rot­ka pi­sze test po­praw­ko­wy z geo­gra­fii. Na ten mo­ment wiem, że na pew­no go nie za­li­czy, a prze­cież wiel­ki­mi kro­ka­mi zbli­ża się wy­sta­wia­nie ocen i za­koń­cze­nie ro­ku szkol­ne­go. Dla­te­go jest ksiądz jej i na­szą ostat­nią de­ską ra­tun­ku. Czy zna­la­zł­by ksiądz dzi­siaj czas, by prze­pro­wa­dzić ją tro­chę po ta­jem­ni­czych dla niej ma­pach, na któ­rych wszyst­kie miej­sce są dla niej jak jed­na wiel­ka za­gad­ka?

Ksiądz Alek ro­ze­śmiał się na ten mo­no­log nad­gor­li­wej mat­ki i nie mógł się po­wstrzy­mać od spoj­rze­nia na Do­rot­kę. Dziew­czyn­ka by­ła ca­ła czer­wo­na ze wsty­du i naj­praw­do­po­dob­niej ma­rzy­ła o tym, by za­paść się pod zie­mię.

Z li­to­ści i sym­pa­tii dla niej po­sta­no­wił prze­rwać mo­no­log jej mat­ki i po­wie­dział po pro­stu:

– Pa­ni Iza­be­lo, po­ra­dzi­my so­bie. Niech się pa­ni nie mar­twi. Mo­że­my so­bie dać du­żo cza­su. Pro­szę wró­cić do do­mu, ja póź­niej Do­rot­kę od­pro­wa­dzę.

Uszczę­śli­wio­na ko­bie­ta nie ka­za­ła so­bie te­go dru­gi raz po­wta­rzać, tyl­ko czmych­nę­ła czym prę­dzej, za­do­wo­lo­na z te­go, że ktoś przej­mie od­po­wie­dzial­ność za wie­dzę geo­gra­ficz­ną Do­rot­ki.

Gdy zo­sta­li sa­mi, dziew­czyn­ka wciąż jesz­cze by­ła za­że­no­wa­na, zmie­sza­na i wsty­dzi­ła się spoj­rzeć księ­dzu Al­ko­wi w oczy. Tym­cza­sem z nim sta­ło się coś bar­dzo dziw­ne­go. Uru­cho­mi­ło się w nim dziw­ne, nie­spo­ty­ka­ne do­tąd u nie­go, ta­jem­ni­cze wręcz okru­cień­stwo. Gdzieś ulot­ni­ła się je­go ła­god­ność, do­broć, wy­ro­zu­mia­łość. Za­czął ją prze­py­ty­wać, nie spusz­cza­jąc z niej oka. Z każ­dym py­ta­niem – za­da­wa­nym ostro, su­ro­wo, kry­tycz­nie – dziew­czyn­ka po­no­si­ła po­raż­kę na ca­łej li­nii. Był bez­li­to­sny. Tak jak­by ce­lo­wo chciał ją upo­ko­rzyć. Co za si­ły nie­czy­ste pod­po­wia­da­ły mu tę su­ro­wość, Bóg je­den ra­czy wie­dzieć.

Ma­ła, co zu­peł­nie zro­zu­mia­łe, bli­ska by­ła pła­czu, omdle­nia. Jej de­li­kat­ność, wy­czu­le­nie czy też prze­wraż­li­wie­nie na swo­im punk­cie, a szcze­gól­nie na punk­cie wła­sne­go in­te­lek­tu, spra­wi­ły, że chcia­ła po pro­stu znik­nąć, za­paść się pod zie­mię. Wy­kon­cy­po­wa­ła so­bie, że jest to­tal­nie bez­na­dziej­na, nic nie­war­ta, głu­pia, mo­że na­wet nie­do­ro­zwi­nię­ta. Po­my­śla­ła, że ksiądz Alek na pew­no od tej chwi­li, gdy po­ka­za­ła się przed nim w ca­łej swo­jej ma­ło­ści, głu­po­cie, ogra­ni­cze­niu umy­sło­wym, bę­dzie nią już gar­dził za­wsze. Moż­li­we, że w cią­gu te­go od­py­ty­wa­nia za­czę­ła też po raz pierw­szy w ży­ciu po­waż­nie my­śleć o tym, że le­piej by­ło­by umrzeć. Mia­ła wra­że­nie, że już ni­g­dy w ży­ciu nie pod­nie­sie się z te­go upad­ku, że dzień ten jest jej ostat­nim, że już za­wsze na­zna­czo­na bę­dzie hań­bą swo­jej nie­wie­dzy, swo­jej fe­no­me­nal­nej głu­po­ty – tak by­ła wraż­li­wa, de­li­kat­na, sła­ba.

Łzy za­czę­ły spły­wać po jej za­czer­wie­nio­nej twa­rzycz­ce. W tym wła­śnie prze­ło­mo­wym, kul­mi­na­cyj­nym mo­men­cie ksiądz Alek­san­der się opa­mię­tał. Po­ja­wi­ła się w je­go gło­wie myśl: „Co ro­bisz? Co ty ro­bisz, czło­wie­ku, okrut­ni­ku… Miej li­tość nad nią!”. Po­czuł się jak kat, sa­dy­sta, a jed­nak wie­dział, że to wszyst­ko by­ło nie­unik­nione. Gdy uzmy­sło­wił so­bie mę­kę dziew­czyn­ki, na­raz prze­stał ją od­py­ty­wać. Zmie­nił wy­raz twa­rzy. Przy­wo­łał swój zwy­czaj­ny, cie­pły, ser­decz­ny, sub­tel­ny uśmiech. Po­zbył się to­nu su­ro­we­go, wy­ma­ga­ją­ce­go bel­fra, uspo­ko­ił swój głos. Był po­god­ny, żar­to­wał jak za­wsze. W jed­nej chwi­li stał się daw­nym księ­dzem Al­kiem Sło­necz­nym: do­brym, ła­god­nym, wy­ro­zu­mia­łym. Otarł na­wet nie­znacz­nie jej łzy, któ­re go roz­czu­li­ły, i za­pra­gnął wlać w ser­ce dziew­czyn­ki na­dzie­ję i po­krze­pie­nie.

Męż­czy­zna za­brał się z za­pa­łem za edu­ko­wa­nie dziew­czyn­ki. Te­raz, gdy już po­zbył się ma­ski okrut­ni­ka i sa­dy­sty, Do­rot­ka uspo­ko­iła się nie­co, wy­ci­szy­ła, od­czu­ła ulgę. Wciąż jed­nak by­ła prze­ko­na­na, że na pew­no w je­go oczach jest stra­co­na na za­wsze. Po­sta­ra­ła się jed­nak ze wszyst­kich sił otwo­rzyć umysł i spró­bo­wać po­jąć geo­gra­fię, zro­zu­mieć świat ja­ko upo­rząd­ko­wa­ną prze­strzeń. A ksiądz Alek był do­brym na­uczy­cie­lem. Gdy prze­pro­wa­dzał ją po ma­pach, wy­ko­rzy­sty­wał swo­je licz­ne ta­len­ty pe­da­go­gicz­ne i si­łę opo­wie­ści. I tak – gdy po­ka­zy­wał jej po­ło­że­nie ja­kie­goś miej­sca na ma­pie, do­dat­ko­wo opo­wia­dał wte­dy ja­kąś hi­sto­rię, baj­kę, le­gen­dę zwią­za­ną z tym miej­scem, tak aby po­móc dziew­czyn­ce uło­żyć so­bie w gło­wię wie­dzę, sko­ja­rzyć fak­ty z ja­kąś – czę­sto ma­gicz­ną – opo­wie­ścią. Ona uwiel­bia­ła hi­sto­rie. Dzię­ki nim umysł w koń­cu za­czął pra­co­wać, roz­bu­dzać się.

Gdy ksiądz Alek spo­strzegł, jak bar­dzo – wbrew za­pew­nie­niom ro­dzi­ców – dziew­czyn­ka jest in­te­li­gent­na, by­stra, wzru­szył się, po­czuł nie­okre­ślo­ne ukłu­cie w ser­cu i dziw­ne wy­rzu­ty su­mie­nia. Bo prze­cież od po­cząt­ku wie­dział, że ona jest po­jęt­na. Bo­la­ło go to, że wcze­śniej tak ją upo­ko­rzył. Naj­pierw jej mat­ka, póź­niej on sam. Dla­cze­go to zro­bił? Py­ta­nie to na­tręt­nie świ­dro­wa­ło je­go umysł…

Uczy­li się efek­tyw­nie już od prze­szło pię­ciu go­dzin. Trze­ba przy­znać, że obo­je od­nie­śli na­uko­wy suk­ces. Do­rot­ka, wi­dząc, że jed­nak uda­je jej się przy­swa­jać wie­dzę, po­wo­li od­bu­do­wy­wa­ła swój po­kru­szo­ny, po­roz­bi­ja­ny ob­raz sa­mej sie­bie. Znów za­czy­na­ła ufać księ­dzu Al­ko­wi, te­mu do­bre­mu, ko­cha­ne­mu ka­pła­no­wi. Sta­ła się na­raz pew­na sie­bie, uśmiech­nię­ta, ra­do­sna, na­wet bły­sko­tli­wa. Żar­to­wa­li so­bie, prze­ko­ma­rza­li się, na­wet tro­chę ze so­bą dro­czy­li. Wy­bie­ra­li miej­sca, do­kąd chcie­li­by się udać. Jeź­dzi­li pal­cem po ma­pie i mie­li wra­że­nie, jak­by rze­czy­wi­ście si­łą wy­obraź­ni od­wie­dza­li te oko­li­ce na­praw­dę. W pew­nym mo­men­cie ogar­nę­ła ich go­rącz­ka śmie­chu, tak jak­by chcie­li obo­je za­trzeć ślad wcze­śniej­szej po­raż­ki in­te­lek­tu­al­nej Do­rot­ki oraz drę­two­ty i sztyw­no­ści, ja­kie wte­dy mię­dzy ni­mi za­pa­no­wa­ły. Gdzieś ulot­ni­ły się za­wsty­dze­nie, strach, nie­śmia­łość. Do­rot­ka, czu­jąc, że nie jest ta­ką do resz­ty idiot­ką – uro­sła. I sta­ła się zu­peł­nie in­ną dziew­czyn­ką. Z prze­stra­szo­nej, zgar­bio­nej, peł­nej wsty­du i lę­ku trzy­na­sto­lat­ki za­mie­ni­ła się na­gle w ko­biet­kę: in­te­li­gent­ną, po­jęt­ną, umie­ją­cą żar­to­wać, śmiać się.

I tak so­bie żar­to­wa­li, śmia­li się, za­chwy­ca­li na­wza­jem so­bą, a wszyst­ko to od­by­wa­ło się pod­czas na­uki. Świat ja­ko geo­gra­ficz­na prze­strzeń nie był już dla Do­rot­ki ta­ki strasz­ny, ob­cy, wro­gi. Prze­ciw­nie – po­ja­wi­ło się w niej wszech­ogar­nia­ją­ce pra­gnie­nie, by kie­dyś od­wie­dzić wszyst­kie te ma­gicz­ne miej­sca, o któ­rych dziś się do­wie­dzia­ła, o któ­rych usły­sza­ła ja­kąś wy­jąt­ko­wą hi­sto­rię.

To ma­rze­nie roz­bu­dzi­ło jej ser­ce i chęć ży­cia.

– La­sy, gó­ry i pa­gór­ki, łą­ki i łącz­ki, rze­ki, je­zio­ra, mo­rza i wy­spy… to wszyst­ko dla cie­bie, Do­rot­ko – mó­wił ksiądz Alek.

Ona zaś tyl­ko uśmie­cha­ła się słod­ko. To już nie by­ła ta sa­ma dziew­czyn­ka… Z ma­łej, nie­śmia­łej, wy­stra­szo­nej, nie­pew­nej sie­bie Do­rot­ki za­mie­nia­ła się na­gle po pro­stu w Do­ro­tę, Do­lo­res, Lo­lę, a mo­że na­wet Lo­li­tę…

Gdy ona tak się prze­mie­nia­ła, prze­ista­cza­ła pod wpły­wem do­bre­go na­uczy­cie­la, coś dziw­ne­go i ta­jem­ni­cze­go za­dzia­ło się z nim sa­mym. Sta­ło się to nie­spo­dzie­wa­nie i przy­szło z wiel­ką, wszech­ogar­nia­ją­cą mo­cą. Znać na nim by­ło na­głą mę­kę. Pot wy­stą­pił mu na czo­ło, ogar­nę­ły go mdło­ści, za­czął drżeć jak w go­rącz­ce. Coś wal­czy­ło w je­go wnę­trzu. Ja­kieś sprzecz­ne si­ły, prze­ciw­staw­ne mo­ce ry­wa­li­zo­wa­ły w nim ze so­bą. Każ­da chcia­ła wy­grać, zdo­być pierw­szeń­stwo. Męż­czy­zna to wsta­wał z miej­sca, to sia­dał. Ła­pał się za gło­wę w ak­cie bez­rad­no­ści, nie­mo­cy, bez­sil­no­ści. Skro­nie nie­mal mu eks­plo­do­wa­ły. Z no­sa po­szła krew. Czuł, że chy­ba ma go­rącz­kę.

Do­ro­ta zda­wa­ła się nie za­uwa­żać mę­ki swo­je­go na­uczy­cie­la. Te­raz to ona by­ła sil­niej­sza, peł­na dziw­nej po­tę­gi, mo­że na­wet wła­dzy. Te­raz to ona mia­ła oczy­wi­stą prze­wa­gę i in­tu­icyj­nie to wy­czu­wa­ła. Gdy on się tak mę­czył w swo­jej nie­mo­cy, dziew­czy­na roz­ta­cza­ła swój czar. Przy­po­mnij­my raz jesz­cze: ma­ła Do­rot­ka na­gle umar­ła, a na­ro­dzi­ła się Do­lo­res, Lo­la, Lo­li­ta – peł­na nie­za­prze­czal­ne­go uro­ku, świa­do­ma wła­snej atrak­cyj­no­ści, pew­na sie­bie, ko­kie­tu­ją­ca, a na­wet flir­tu­ją­ca.

Na dwo­rze du­cho­ta się­gnę­ła ze­ni­tu i na­gle lu­nął deszcz.

Ksiądz Alek był roz­ry­wa­ny przez si­ły zła i do­bra. We­wnętrz­ne zma­ga­nia po­wo­do­wa­ły mę­kę so­ma­tycz­ną – po­tęż­ną fi­zycz­ną nie­moc. Wal­czą­ce w nim mo­ce od­bie­rał ja­ko sprzecz­ne, am­bi­wa­lent­ne, an­ta­go­ni­stycz­ne, sto­ją­ce w cał­ko­wi­tej do sie­bie opo­zy­cji.

Pierw­sza si­ła, któ­ra w nim pra­co­wa­ła, mó­wi­ła mu: „Ucie­kaj! Broń się! Ra­tuj! Zwróć się ku Bo­gu. To cię ura­tu­je. Za­wierz mu swo­ją mę­kę i ucie­kaj, pó­ki czas”. Ta si­ła wy­pły­wa­ła z ro­zu­mu, roz­sąd­ku – a wła­ści­wie z resz­tek roz­sąd­ku, trzeź­wo­ści umy­słu, któ­re mu jesz­cze po­zo­sta­ły…

Dru­ga z nich ulo­ko­wa­na by­ła w cie­le. Mia­ła jesz­cze więk­szą, bo po­tęż­ną, ma­gicz­ną wręcz moc – moc na­mięt­no­ści. Ona mó­wi­ła: „Bierz ją. Czy nie jest two­ja? Spójrz, to już nie dziec­ko. To nie ta daw­na nie­śmia­ła, prze­stra­szo­na dziew­czyn­ka. To ko­bie­ta. Pięk­na, dum­na, świa­do­ma swo­je­go uro­ku. Ona cię pra­gnie – i ty jej pra­gniesz. Na co jesz­cze cze­kasz? Bierz ją, bierz. Ciesz się, sy­nu, ciesz się w mło­do­ści swo­jej, bo mło­dość jak zo­rza po­ran­na prze­mi­ja…”. Si­ła cie­le­sna by­ła na ty­le prze­bie­gła, że pod­po­wia­da­ła mu na­wet cy­ta­ty z Bi­blii ja­ko rze­ko­me my­śli prze­sy­ła­ne mu przez sa­me­go Bo­ga.

Czas by­ło w koń­cu zde­cy­do­wać. Ka­płan był już u kre­su swo­ich sił. Osła­bio­ny, zła­ma­ny, umę­czo­ny, wy­cią­gnął rę­ce ku Do­ro­cie. Spo­czę­ły na jej ma­łej, uro­czej twa­rzycz­ce. Co zro­bi da­lej? Gdzie po­wę­dru­ją te dło­nie? Jesz­cze chwi­la, a wszyst­ko sta­nie się ja­sne. Któ­ra si­ła wy­gra, a któ­ra zo­sta­nie ujarz­mio­na w prze­ło­mo­wym mo­men­cie?

Pod­czas kie­dy w ser­cu księ­dza Al­ka roz­gry­wa­ła się ta woj­na na­mięt­no­ści, wal­ka ro­zu­mu i cia­ła, bój z sa­mym so­bą, deszcz roz­pa­dał się na do­bre. Roz­pę­ta­ła się strasz­na bu­rza, sły­chać by­ło grzmo­ty. Po­go­da do­pa­so­wa­ła się do sta­nu, ja­ki pa­no­wał w je­go du­szy, tar­ga­nej to si­ła­mi zła, to mo­ca­mi świę­tych war­to­ści. Ży­wioł na­tu­ry zda­wał się od­da­wać sza­leń­stwa, któ­re go ogar­nę­ły i wzię­ły w po­sia­da­nie.

Ksiądz Alek obu­dził się sam oko­ło czwar­tej nad ra­nem. Ze­rwał się ze spa­zma­tycz­nym krzy­kiem, gwał­tow­nie, z pół­snu, z pół­obłę­du. Ni­kłe, mi­go­tli­we wspo­mnie­nia tej no­cy tak go prze­ra­ża­ły, że aby ochro­nić się od po­pad­nię­cia w sza­leń­stwo, sam so­bie do­ra­dzał: „Nie myśl, nie myśl, bo cię to za­bi­je”. By­ło mu po­twor­nie dusz­no, go­rą­co i pa­li­ło go wiel­kie pra­gnie­nie.

Przede wszyst­kim otwo­rzył okno na oścież. Już nie pa­da­ło i po­wie­trze by­ło rześ­kie. Po­tem pod­szedł do zle­wu, od­krę­cił kran i bar­dzo dłu­go, łap­czy­wie pił wo­dę. Gdy za­spo­ko­ił pra­gnie­nie, za­czął się tą zim­ną wo­dą ob­le­wać, pró­bu­jąc zmniej­szyć go­rącz­kę, któ­ra go mę­czy­ła. Po zla­niu nie­bo­tycz­nej ilo­ści wo­dy w koń­cu zdał so­bie spra­wę, że czas się opa­mię­tać, prze­stać ucie­kać od praw­dy i uło­żyć so­bie w gło­wie wy­da­rze­nia tej strasz­nej, dzi­wacz­nej, po­krę­co­nej no­cy. Je­go pro­ble­mem by­ło to, że pa­mię­tał mnó­stwo dziw­nych szcze­gó­łów, ale nie mógł po­skła­dać ich w lo­gicz­ną ca­łość. Je­go umysł drę­czy­ły strzęp­ki my­śli.

Bo­że, ja­ka ona słod­ka! Skar­bie, do któ­rej Ka­ro­li­ny chcia­ła­byś po­je­chać? Pół­noc­nej czy Po­łu­dnio­wej? Czy nie jest ci zim­no, sło­necz­ko? Jej wzrok pa­li mnie od środ­ka… Ład­nie ci, Do­rot­ko, w tej żół­tej su­kien­ce w nie­bie­skie kwia­ty. Czy mo­gła­byś roz­pu­ścić wło­sy? A te­raz do­tknę cię tak… Je­zu, czy to się dzie­je na­praw­dę? Nie, nie, nie! Tak du­żo roz­ko­szy i jed­no­cze­śnie cier­pie­nia! Spójrz na tę ma­pę. Po­daj mi swo­ją dłoń i wy­bierz­my ja­kieś miej­sce. Po­jedź­my tam, gdzie nikt nas nie znaj­dzie… Czy uciek­nie­my ra­zem tej no­cy? Sto­li­ca Bel­gii, słoń­ce? Bo­że, ona nie mo­że być tak bli­sko mnie. Do­rot­ko, Do­rot­ko, ja­kie jest two­je praw­dzi­we imię? Lo­li, Lo­la, Lo­li­ta? Jak ty się na­zy­wasz? Kim je­steś, ma­ła ko­kiet­ko? Bę­dę cię ca­ło­wał w każ­dej pa­ry­skiej ulicz­ce. Ale czy ty ist­nie­jesz re­al­nie? Czy tyl­ko mi się śnisz? Na­pi­jesz się so­ku jabł­ko­we­go? Nie, to się nie dzie­je na­praw­dę! Tak, zrób­my so­bie prze­rwę, to do­bry po­mysł, prze­cież uczy­my się już od sze­ściu go­dzin. Bo­że, ra­tuj! Od­cho­dzę od zmy­słów. Py­tasz mnie, czy so­bie po­ra­dzisz? Na pew­no zdasz ce­lu­ją­co. Ja­ką oce­nę ja to­bie wy­sta­wię? Eg­za­min jesz­cze się nie roz­po­czął. A ja­kie są wy­spy w li­nii brze­go­wej Za­to­ki Po­mor­skiej? Bę­dzie­my tań­czyć i śpie­wać we mgle sen­nej Lu­izja­ny. Po­wiedz mi, nad ja­ką rze­ką le­ży Pa­ryż? Czy wiesz, że je­steś cu­dow­na? Ja­kie jest miej­sce, o któ­rym ma­rzysz naj­bar­dziej? Pij, dziec­ko, sok, pij, pro­szę, mu­sisz du­żo pić. Je­steś zmę­czo­na. Mu­sisz od­po­cząć. Spró­bu­je­my raz jesz­cze? Czy nie by­ło ci do­brze? Obie­cu­ję, że kie­dyś po­ka­żę ci Rzym. Nie mu­sisz się mnie bać. A mo­że uciek­nie­my stąd i uda­my się do Wied­nia? Czy wiesz, któ­ra go­dzi­na jest te­raz w No­wym Yor­ku? A te­raz po­ka­żę ci ta­jem­ni­cę ży­cia. Czy ty się mnie bo­isz? Ależ nie, prze­cież to tyl­ko psy­cho­lo­gicz­na gra…

Cha­otycz­ne, wa­riac­kie, nie­po­ukła­da­ne zda­nia, któ­re ko­ła­ta­ły się w je­go znę­ka­nej gło­wie… Któ­re wy­po­wie­dział na­praw­dę, a któ­re by­ły tyl­ko po pro­stu je­go my­śla­mi?

Bo­że, co wy­da­rzy­ło się tej no­cy? Miał lu­ki w pa­mię­ci, ale jed­nak czuł ca­łym so­bą, że był ko­chan­kiem Do­ro­ty. Pa­mię­tał za­pach jej zło­tych wło­sów i to, jak je gła­dził. Pa­mię­tał po­ca­łun­ki, któ­re so­bie od­da­wa­li. Pa­mię­tał ko­lor jej dzie­cin­nej bie­li­zny. Pa­mię­tał swo­je ge­sty wo­bec niej, do­tyk, któ­rym ją ob­da­rzał. To by­ło wciąż tak rze­czy­wi­ste! Te zmy­sło­we ob­ra­zy prze­wi­ja­ły się w je­go roz­go­rącz­ko­wa­nym umy­śle i stra­szy­ły nie­da­ją­cą się pod­wa­żyć re­al­no­ścią. Dla­cze­go jed­nak nie pa­mię­tał wszyst­kie­go do­kład­nie? Dla­cze­go nie po­tra­fił po­wie­dzieć, o któ­rej roz­stał się z Do­ro­tą i jak to się sta­ło, że obu­dził się sam?

A mo­że za­bi­łem ją w sza­le, spo­wo­do­wa­nym tra­gicz­nym uświa­do­mie­niem so­bie te­go, co jej zro­bi­łem?

Myśl ta prze­ra­zi­ła go nie do opi­sa­nia, wręcz po­wa­li­ła na ko­la­na. Za­stygł w roz­pacz­li­wym stra­chu, w pół­krzy­żu, w pół­mo­dli­twie i ryk­nął pła­czem.

Bo­że, Bo­że, co ja na­ro­bi­łem? Czy nie mia­łeś li­to­ści na­de mną? Jak mo­głeś na to po­zwo­lić? Jak mo­głeś po­zwo­lić na to, że ją skrzyw­dzi­łem? To bied­ne, nie­win­ne jesz­cze dziec­ko! Co się z nią sta­ło? Co ja jej uczy­ni­łem? Czy ona ży­je? Co te­raz bę­dzie ze mną? Co bę­dzie z wier­ny­mi tej pa­ra­fii, któ­rzy tak mnie po­ko­cha­li i mi za­ufa­li? Je­zu­sie mi­ło­sier­ny, gdzie by­łeś, gdzie by­łeś… Tak bar­dzo się bo­ję!

Z prze­ra­że­nia, lę­ku, nie­mo­cy wy­rwa­ła go chęć po­zna­nia praw­dy, po­ukła­da­nia w ca­łość tej psy­cho­de­licz­nej roz­sy­pan­ki. Po­de­rwał się z klę­czek i za­czął oglą­dać swój, po­grą­żo­ny w wiel­kim nie­ła­dzie, po­kój. Na łóż­ku bar­łóg, na sto­le – ma­py świa­ta, za­krwa­wio­na chu­s­tecz­ka i krew na prze­ście­ra­dle.

Krew, krew, a więc chy­ba na­praw­dę ją za­bi­łem lub… A mo­że nie… Pa­mię­tam, że to mnie krew buch­nę­ła z no­sa przez to pa­lą­ce po­żą­da­nie, a więc to mu­si być mo­ja krew. Tyl­ko co się sta­ło z Do­ro­tą?

Męż­czy­zna po­sta­no­wił do­pro­wa­dzić się tro­chę do ła­du i za­cząć dzia­łać. Ale ja­ki był je­go plan? Chciał przede wszyst­kim w ja­kiś spo­sób od­kryć wy­da­rze­nia tej no­cy. Brał pod uwa­gę rów­nież to, że mo­że trze­ba bę­dzie ucie­kać, na­wet za gra­ni­cę.

Tym­cza­sem jed­nak, drżąc jak w fe­brze, po­szedł pod prysz­nic. Oko­ło szó­stej wy­szedł z miesz­ka­nia. Wciąż ca­ły się trząsł, choć po­ra­nek był cie­pły i za­po­wia­dał się upal­ny dzień. Ksiądz Alek nie miał po­ję­cia, co ze so­bą zro­bić. Udał się więc naj­pierw do ko­ścio­ła. Przed ob­li­czem Je­zu­sa Mi­ło­sier­ne­go upadł na pod­ło­gę i le­żał krzy­żem do go­dzi­ny ósmej trzy­dzie­ści. Pła­kał z roz­pa­czy i bła­gał Bo­ga za­rów­no o li­tość, jak i o prze­ba­cze­nie.

Po­wo­li zbie­ra­li się w ko­ście­le naj­wier­niej­si z wier­nych, któ­rzy roz­po­czy­na­li swój dzień wła­śnie mszą świę­tą. Ksiądz Alek od­pra­wił tę mszę, ale by­ła to dla nie­go praw­dzi­wa mę­czar­nia, ist­ny przed­sio­nek pie­kła. Pa­trzył na tych lu­dzi z po­tęż­nym stra­chem i nie­mą proś­bą o prze­ba­cze­nie. Wy­da­wa­ło mu się, że oni wie­dzą o je­go po­stęp­ku, że czy­ta­ją w je­go oczach ten grzech cie­le­sny, na do­da­tek po­peł­nio­ny z udzia­łem trzy­na­sto­let­niej dziew­czyn­ki. W ich oczach czy­tał wstręt, od­ra­zę, po­tę­pie­nie dla sie­bie sa­me­go. Ci lu­dzie za­wsze by­li mu przy­chyl­ni, a te­raz ja­wi­ło mu się, że nim gar­dzą, że brzy­dzą się nim i nie­na­wi­dzą go za to, co zro­bił. Dzi­wił się tyl­ko, że bio­rą udział we mszy świę­tej przez nie­go od­pra­wia­nej, że jesz­cze nie we­zwa­li po­li­cji. Jak w tym sta­nie – na po­ły obłęd­nym, psy­cho­tycz­nym – dał ra­dę od­pra­wić tę mszę świę­tą, Bóg je­den ra­czy wie­dzieć. Czuł się psy­chicz­nie i fi­zycz­nie to­tal­nie wy­koń­czo­ny. Miał wra­że­nie, że oto roz­po­czę­ła się je­go dro­ga krzy­żo­wa, że mę­ka już trwa.

Po skoń­czo­nym na­bo­żeń­stwie, po­włó­cząc no­ga­mi, wy­szedł z ko­ścio­ła. Bla­dy, z po­tęż­ny­mi siń­ca­mi pod ocza­mi, ca­ły trzę­są­cy się jak w de­li­rium al­ko­ho­lo­wym, wy­kań­cza­ny przez mdło­ści i ból gło­wy – wy­glą­dał jak czło­wiek w ago­nii. Zgar­bio­ny, zła­ma­ny, cier­pią­cy, wlazł w pierw­sze lep­sze krza­ki i za­czął wy­mio­to­wać. Co za mę­czar­nia! Rzy­gał na czar­no i był świę­cie prze­ko­na­ny, że to dia­bel­skie upo­ko­rze­nie nie bę­dzie mia­ło koń­ca. Chy­ba że w po­sta­ci ha­nieb­nej śmier­ci. My­lił się oczy­wi­ście, bo tor­sje mi­nę­ły, a on wciąż żył. Nie miał jed­nak w ogó­le sił, by się ru­szyć. Padł po pro­stu i prze­le­żał w tych krza­kach trzy, czte­ry go­dzi­ny, a mo­że du­żo wię­cej. Stra­cił po­czu­cie cza­su.

Wresz­cie wy­grze­bał się ja­koś z za­ro­śli i nie wie­dząc, co ze so­bą po­cząć, udał się do ba­ru – wiej­skie­go szyn­ku. Był tak sko­na­ny i spra­gnio­ny, że już nie my­ślał, co lu­dzie so­bie o nim po­my­ślą. Ku­pił trzy pi­wa i pił je chci­wie, za­chłan­nie. Po­tem, sła­nia­jąc się na no­gach, lek­ko już pi­ja­ny, wy­szedł stam­tąd. Oczy­wi­ście zda­wa­ło mu się, że wszy­scy go ob­ser­wu­ją, że drwią z nie­go, w głos się na­śmie­wa­ją. Te szy­der­stwa pa­li­ły go. Cier­pie­nia, tak psy­chicz­ne, jak fi­zycz­ne, prze­kra­cza­ły gra­ni­ce je­go wy­trzy­ma­ło­ści.

Ten mło­dy czło­wiek był tak znę­ka­ny, że na­gle wy­kon­cy­po­wał so­bie, że naj­lep­sze – i je­dy­ne – wyj­ście z sy­tu­acji, w ja­kiej się zna­lazł, to ode­bra­nie so­bie ży­cia. Bo cóż jest te­raz war­te? Ta­cy jak on nie ma­ją pra­wa do ży­cia. Po­sta­no­wił po­wie­sić się w le­sie na ga­łę­zi. Naj­pierw jed­nak wró­cił na ple­ba­nię. Zdjął su­tan­nę i znów pił du­żo wo­dy. Po­tem od­na­lazł w port­fe­lu zdję­cie swo­jej ma­my, uca­ło­wał je. Na­stęp­nie zna­lazł ja­kiś sznur i nie zo­sta­wiw­szy po so­bie żad­ne­go li­stu, wy­szedł i udał się do po­bli­skie­go la­su.

Po dro­dze spo­tkał nie­zna­ne­go mu z pa­ra­fii, star­sze­go już męż­czy­znę, odzia­ne­go w łach­ma­ny. Wy­glą­dał on na dzia­da, że­bra­ka. Miał dłu­gą si­wą bro­dę i bar­dzo wy­nisz­czo­ną, lecz przy­ja­zną twarz. Ksiądz Alek mi­nął go, nie zwra­ca­jąc nań więk­szej uwa­gi, tak bar­dzo po­chło­nię­ty był „spra­wą swo­jej śmier­ci”. Na­gle jed­nak coś go tknę­ło i za­wró­cił. Do­go­nił szyb­ko dzia­da i wci­snął mu do rę­ki wszyst­kie pie­nią­dze, ja­kie miał przy so­bie – trzy­dzie­ści trzy zło­te. Sta­ry uśmiech­nął się tak ja­koś wy­mow­nie, mą­drze i po­wie­dział:

– Bóg ci za­płać, do­bry człe­ku. Ja żem wie­dział, że ty się wró­cisz. Wie­dzia­łem… Tyś jest czło­wiek zło­ty i ser­ce masz mięk­kie dla bie­da­ków.

Ksiądz Alek ro­ze­śmiał się po­błaż­li­wie na tę po­chwa­łę.

Taa, ja i do­broć – po­my­ślał so­bie. Chy­ba nie wiesz, dzia­du, co mó­wisz. Gdy­byś ty wie­dział, kim ja je­stem… Gdy­byś ty wie­dział… Nie przy­jął­byś ode mnie te­go gro­sza.

Gło­śno zaś rzu­cił:

– Lep­si je­ste­ście ode mnie i nie wy­chwa­laj­cie mnie za tro­chę mar­ne­go gro­sza.

Sta­rzec nic nie od­po­wie­dział. Uśmiech­nął się tyl­ko znów wy­mow­nie, zna­czą­co.

Ksiądz Alek po­zo­sta­wił star­ca i udał się w dal­szą dro­gę do la­su. Tuż przed li­nią drzew za­cze­pi­ła go mło­da ko­bie­ta – Kor­ne­lia, zna­na z lek­kie­go pro­wa­dze­nia się, atrak­cyj­na trzy­dzie­sto­lat­ka, „ti­rów­ka”. By­ła ubra­na i uma­lo­wa­na bar­dzo wul­gar­nie. Gdy męż­czy­zna mi­jał się z nią, zo­ba­czył, że pła­ka­ła i tusz jej się roz­ma­zał. Coś ka­za­ło mu się za­trzy­mać przy niej na chwi­lę. I choć sam czuł się jak naj­więk­szy grzesz­nik i po­tę­pie­niec, in­tu­icja pod­po­wia­da­ła mu, że trze­ba z tą ko­bie­tą po­roz­ma­wiać.

Opo­wia­da­ła mu, że nie­daw­no do­wie­dzia­ła się, iż zmar­ła jej mat­ka; że ona sa­ma ubie­głej no­cy zo­sta­ła wła­ści­wie zgwał­co­na. Po­za tym nie­słusz­nie oskar­żo­no ją o kra­dzież. Co wię­cej, jest nę­ka­na w sie­ci, a na­wet otrzy­mu­je groź­by śmier­ci.

Ksiądz Alek, choć dziś po­sta­rza­ły, smut­ny, znę­ka­ny, w roz­pa­czy i już nie ta­ki sło­necz­ny jak daw­niej, wy­słu­chał jej re­la­cji i ostat­kiem sił sta­rał się wes­przeć ją do­brym sło­wem.

– Kor­ne­lia, Kor­ne­lia… Mu­sisz się opa­mię­tać i za­cząć do­brze żyć. Masz prze­cież młod­szą sio­strę. Ona ma do­pie­ro pięt­na­ście lat. Po­trze­bu­je cię. Żyj dla niej, je­śli już nie po­tra­fisz żyć dla sie­bie…

Kor­ne­lia wzru­szy­ła się. Pła­ka­ła i szcze­rze ża­ło­wa­ła swo­ich grze­chów.

– Księ­że dro­gi… Dzię­ku­ję. Czu­ję, że wlał ksiądz we mnie na­dzie­ję. Tak, mu­szę się zmie­nić, mu­szę w koń­cu żyć dla in­nych. Mo­ja sio­stra mnie po­trze­bu­je, to praw­da. Mo­że jest jesz­cze szan­sa dla mnie. Wiem, co zro­bię. Wy­spo­wia­dam się z ca­łe­go swo­je­go ży­cia. Tyl­ko mu­szę się do te­go przy­go­to­wać. A te­raz… czy mo­że mnie ksiądz po­bło­go­sła­wić?

Męż­czy­zna za­wa­hał się i po­cząt­ko­wo nie chciał speł­nić proś­by. Jed­nak pro­szą­ce spoj­rze­nie tej mło­dej, po­gu­bio­nej ko­bie­ty spra­wi­ło, że osta­tecz­nie udzie­lił jej bło­go­sła­wień­stwa i ob­da­rzył raz jesz­cze do­brym sło­wem. Gdy się roz­sta­li, za­pła­kał szcze­rze, głę­bo­ko.

Bo­że, Bo­że je­dy­ny… Czy Ty mnie wi­dzisz? Czy wi­dzisz mo­ją mę­kę? Jak mo­głeś, jak mo­głeś po­zwo­lić, że­bym tak ni­sko upadł, tak ni­sko… Lu­dzie mi za­ufa­li, po­ko­cha­li mnie, na­zy­wa­li mnie Al­kiem Sło­necz­nym, a ja tak bar­dzo wszyst­kich za­wio­dłem… i sie­bie też, i Cie­bie…

Zbli­ża­ła się go­dzi­na pięt­na­sta. Z przy­zwy­cza­je­nia od­mó­wił jesz­cze ko­ron­kę do Mi­ło­sier­dzia Bo­że­go, a gdy skoń­czył, znów sta­ło się coś dziw­ne­go. Sie­dział w le­sie, pod drze­wem i koń­czył ostat­nią w swo­im ży­ciu mo­dli­twę, kie­dy na­gle zo­ba­czył prze­my­ka­ją­ce­go wśród za­ro­śli męż­czy­znę w wie­ku oko­ło czter­dzie­stu lat. Ubra­ny był w pi­ża­mę i nie miał bu­tów. Oczy­wi­ście ksiądz Alek od ra­zu do­my­ślił się, że to mu­si być pa­cjent, któ­ry uciekł z po­bli­skie­go szpi­ta­la psy­chia­trycz­ne­go. Wes­tchnął cięż­ko, bo­le­śnie i po­wo­li zbli­żył się do cho­re­go męż­czy­zny. Po­pa­trzy­li się na sie­bie i jak­by zro­zu­mie­li się na­wza­jem.

Sza­lo­ny czło­wiek zła­pał ja­kiś pa­tyk i dre­wien­ko i za­czął coś rzeź­bić z za­cię­ciem na drze­wie.

– Co tam stru­gasz, przy­ja­cie­lu? – za­py­tał ser­decz­nie ksiądz Alek, lek­ko roz­ba­wio­ny.

Sza­le­niec roz­pro­mie­nił się.

– Ko­ro­nę.

– A dla ko­go ta ko­ro­na?

– To rzecz ja­sna, że dla cie­bie, bo ty je­steś kró­lem. I to do­brym.

Ksiądz Alek uśmiech­nął się, ale tym ra­zem bar­dzo smut­no, bo­le­śnie. Za­czął prze­ma­wiać do obłą­ka­ne­go cier­pli­wie, życz­li­wie, cie­pło. Wy­per­swa­do­wał mu dal­szą uciecz­kę i za­chę­cił do po­wro­tu do szpi­ta­la. Gdy męż­czy­zna w koń­cu się zgo­dził, ksiądz Alek za­dzwo­nił po ka­ret­kę. Do szpi­ta­la po­je­cha­li ra­zem – chciał jesz­cze po­to­wa­rzy­szyć cho­re­mu pod­czas dro­gi.

Gdy już wy­peł­nił swój oby­wa­tel­ski i chrze­ści­jań­ski obo­wią­zek, uznał, że w koń­cu na­le­ża­ło­by zro­bić to, co so­bie za­mie­rzył. Jed­nak­że po­ja­wi­ła się w je­go gło­wie myśl, że chy­ba war­to by­ło­by skre­ślić pa­rę słów wy­ja­śnie­nia. Nie chciał ni­ko­mu ro­bić do­dat­ko­wych kło­po­tów. Po­li­cja pew­nie i tak mia­ła co ro­bić. Chciał po­in­for­mo­wać wszyst­kich, że nikt nie jest wi­nien je­go sa­mo­bój­czej śmier­ci, że wi­nę po­no­si wy­łącz­nie on sam. A za swój grzech, swój wy­stę­pek od­da­je się pod sąd Bo­ga, bo on jest dla nie­go naj­waż­niej­szym sę­dzią. Skie­ro­wał się więc w stro­nę ple­ba­nii. Gdy się tam zna­lazł, znów padł na zie­mię krzy­żem i za­pła­kał gorz­ko. Po­tem wziął czy­stą kart­kę i za­czął pi­sać. Skre­ślił pa­rę gorz­kich słów praw­dy o so­bie, wstał od biur­ka i za­to­pił spoj­rze­nie w tak pięk­nym te­raz ogro­dzie roz­po­ście­ra­ją­cym się za oknem. Jak­że on uwiel­biał ten wi­dok! I jak­że bę­dzie mu go bra­ko­wa­ło po śmier­ci…

Na­raz ude­rzy­ło go coś dziw­ne­go. Znów to ta­jem­ni­cze déjà vu… Na­gle do­znał szo­ku, prze­ra­ził się, po­czuł się wstrzą­śnię­ty. Zo­ba­czył, że w kie­run­ku je­go ple­ba­nii zbli­ża się… Pa­ni Iza­be­la ze swo­ją cór­ką Do­rot­ką! Nie żad­ną Do­ro­tą, Do­lo­res, Lo­lą czy Lo­li­tą, tyl­ko je­go uko­cha­ną, do­brą, czy­stą Do­rot­ką! Ude­rzył go już z da­le­ka wzrok dziew­czyn­ki: nie­win­ny, czy­sty, nie­śmia­ły, tak in­ny od te­go spoj­rze­nia, któ­re za­pa­mię­tał po ich wczo­raj­szej no­cy – lu­bież­ne­go, zmy­sło­we­go, peł­ne­go ko­kie­te­rii.

Ko­bie­ty we­szły do je­go miesz­ka­nia. Ksiądz Alek był świę­cie prze­ko­na­ny, że przy­szły tu obie po to, by się z nim skon­fron­to­wać, go oskar­żać o to, co zro­bił, stra­szyć wy­mia­rem spra­wie­dli­wo­ści. Waż­ny mo­ment, chwi­la praw­dy. Męż­czy­zna za­marł w prze­ra­że­niu. Pe­łen lę­ku, wąt­pli­wo­ści, po­czu­cia wi­ny, nie śmiał spoj­rzeć w ich stro­nę. Bli­ski był omdle­nia, mo­że też na­wet śmier­ci, a już na pew­no krok dzie­lił go od obłę­du. Tak bar­dzo się bał i tak bar­dzo ża­ło­wał, że prze­grał wal­kę z cia­łem, że skrzyw­dził tę szla­chet­ną dziew­czyn­kę, tak psy­chicz­nie, jak i fi­zycz­nie, że ona już ni­g­dy nie wró­ci „do sie­bie” po tym wszyst­kim.

Je­go tra­gicz­ne go­ści­nie sta­ły w mil­cze­niu już do­brych pa­rę chwil, on jed­nak nie re­ago­wał na nie, po­nie­waż je­go du­sza cier­pia­ła po­twor­ną mę­kę. Był roz­dzie­ra­ny na strzę­py przez wszech­ogar­nia­ją­ce po­czu­cie wi­ny. Drżał na ca­łym cie­le, znów ogar­nę­ły go mdło­ści, na­zna­czył go prze­szy­wa­ją­cy ból. Czuł się jak tchórz, bo po tym wszyst­kim bał się na­wet spoj­rzeć im w oczy, szcze­gól­nie uni­kał jak ognia zde­rze­nia wzro­ko­we­go z Iza­be­lą. Tak bar­dzo bał się od­czy­tać w jej wzro­ku po­tę­pie­nia, wstrę­tu, po­gar­dy.

– Pro­szę księ­dza Al­ka… – ode­zwa­ła się w koń­cu ko­bie­ta. – Ja tu przy­cho­dzę w spra­wie ży­cia i śmier­ci.

Jej ostry ton spra­wił, że ze­sztyw­niał z prze­ra­że­nia, nie był w sta­nie wy­do­być z sie­bie gło­su.

– Tak? – za­py­tał nie­śmia­ło, jak­by bo­jąc się ko­lej­nych ra­zów, bo­jąc się praw­dy. Ca­ły trwał w na­pię­ciu, czuł się jak tro­pio­na zwie­rzy­na, któ­ra cze­ka na ko­lej­ny, już śmier­tel­ny cios.

To, co wy­da­rzy­ło się póź­niej, prze­szło gra­ni­ce je­go poj­mo­wa­nia. Znów bli­ski był obłę­du.

– Księ­że Al­ku, cho­dzi o Do­rot­kę. To świet­na, bar­dzo zdol­na, do­bra uczen­ni­ca. Pięk­nie pi­sze, ma po­dob­no lek­kie pió­ro. Po an­giel­sku do­ga­da się bez pro­ble­mu. Li­czy też nie­źle. Nie­ste­ty, geo­gra­fia w ogó­le nie wcho­dzi jej do gło­wy. Pa­ni Ma­tu­czyń­ska roz­kła­da nad nią rę­ce. Do­rot­ka zu­peł­nie nie ma orien­ta­cji prze­strzen­nej. Dziś so­bo­ta, a we wto­rek test po­praw­ko­wy z geo­gra­fii. Z ta­ką wie­dzą, ja­ką ma dziś, na pew­no go do­brze nie za­li­czy. Mu­si nam ksiądz po­móc. Wczo­raj uczy­li­śmy ją z mę­żem, ale bez więk­sze­go re­zul­ta­tu. Te­raz nie ma­my ko­go po­pro­sić. A wiem od in­nych, że ksiądz po­ma­ga na­szym dzie­cia­kom w lek­cjach. Mo­że­my na księ­dza li­czyć? Od­wdzię­czy­my się na pew­no. Do­rot­ka ma do księ­dza za­ufa­nie i lu­bi księ­dza bar­dzo, a to już na­praw­dę du­żo, je­śli cho­dzi o nią. Chy­ba nie od­mó­wi nam ksiądz po­mo­cy?

Męż­czy­zna z wra­że­nia usiadł na krze­śle, czy ra­czej się na nie osu­nął, w bez­wła­dzie, nie­mo­cy, szo­ku. W koń­cu wy­rwał się z odrę­twie­nia, po­wstał z miej­sca i spa­zma­tycz­nie za­py­tał:

– Jak to, Do­rot­ka jesz­cze nie umie geo­gra­fii? Prze­cież wczo­raj…

– Tak, wczo­raj uczy­ła się geo­gra­fii z na­mi, ale tak jak mó­wi­łam, nie przy­nio­sło to do­brych skut­ków.

– Wczo­raj… Ale prze­cież wczo­raj uczy­ła się ze mną… – wy­szep­tał męż­czy­zna pra­wie nie­do­sły­szal­nie. Gło­śno zaś po­wie­dział: – Wczo­raj, wczo­raj… A wczo­raj prze­cież by­ła chy­ba so­bo­ta?

– Dro­gi księ­że Al­ku, coś się księ­dzu po­my­li­ło. Wczo­raj był pią­tek, dziś ma­my so­bo­tę.

Na te sło­wa męż­czy­zna znów osu­nął się bez­wład­nie na krze­sło.

To nie­moż­li­we, wprost nie­moż­li­we! Bo­że mój, Bo­że, je­śli dziś jest so­bo­ta, to wczo­raj był pią­tek, a ja my­śla­łem ina­czej… Ja wczo­raj prze­ży­łem dzi­siej­szy dzień! Prze­ży­łem so­bo­tę, choć w rze­czy­wi­sto­ści to był pią­tek. Dzień dzi­siej­szy jest tyl­ko po­wtór­ką wczo­raj­sze­go dnia. Ale ja, ma­jąc wie­dzę o tym, co mo­że się stać, mo­gę te­mu za­po­biec, mo­gę sam tym dniem po­kie­ro­wać. Czas się dla mnie cof­nął… I ten dzień, bę­dą­cy po­wtór­ką po­przed­nie­go, jest dziś dla mnie wy­ba­wie­niem, ra­tun­kiem, oswo­bo­dze­niem od te­go po­tęż­ne­go cier­pie­nia, któ­re pra­wie mnie za­bi­ło! Bo­że, mój Bo­że, znów mnie ura­to­wa­łeś. Spra­wi­łeś, że czas mnie oszu­kał – tyl­ko po to, by mnie oca­lić od cięż­kie­go grze­chu. Ze­sła­łeś mi kosz­mar­ną wi­zję, że­by po­ka­zać, do cze­go mo­że do­pro­wa­dzić sła­bość cie­le­sna. Prze­mie­ni­łeś dni tyl­ko po to, by mi to uświa­do­mić. Jak wiel­ki je­steś, mój Pa­nie! I jak po­tęż­na, nie­zgłę­bio­na jest Two­ja moc… Za­drwi­łeś so­bie ze mnie, za­żar­to­wa­łeś w do­brej wie­rze, a jesz­cze te­raz pusz­czasz do mnie oko. Przyj­mu­ję to z po­ko­rą, przyj­mu­ję od Cie­bie ten akt uli­to­wa­nia się na­de mną, bo jest to dla mnie wy­zna­nie mi­ło­ści. Umi­ło­wa­łeś so­bie mnie, dla­te­go dziś od­da­li­łeś ode mnie kie­lich go­ry­czy. Spra­wi­łeś, że kosz­mar­na wi­zja nie speł­ni­ła się jesz­cze, wciąż jest tyl­ko wy­two­rem mo­jej wy­obraź­ni. I kto tu jest sza­leń­cem? Tak, je­steś sza­lo­ny, mój Pa­nie, ale ko­cham Cię za Two­je sza­leń­stwo, bo ono mi ura­to­wa­ło ży­cie. Żyć, żyć, żyć! Ja mo­gę i mam jed­nak pra­wo żyć! Bo prze­cież tak bar­dzo ko­cham ży­cie! Prze­sze­dłem tę mę­kę, tę mo­ją oso­bi­stą dro­gę krzy­żo­wą po to, by osza­co­wać, ile jest war­te ży­cie i co moż­na stra­cić, gdy po­peł­nia się grzech.

Ksiądz Alek, po­grą­żo­ny we wła­snych my­ślach, za­ję­ty umy­sło­wy­mi od­kry­cia­mi, uświa­da­mia­ją­cy so­bie swo­je mi­stycz­ne skłon­no­ści, przez dłuż­szą chwi­lę jak­by nie za­uwa­żał obec­no­ści pa­ni Iza­be­li i jej cór­ki. W koń­cu spo­strzegł, że przy­pa­tru­ją mu się z za­cie­ka­wie­niem i lek­kim zdzi­wie­niem.

– Pa­ni Iza­be­lo, pro­szę się nie mar­twić. Do­rot­ka jest po­jęt­na i bar­dzo zdol­na. Obie­cu­ję pa­ni, że ona nas jesz­cze za­sko­czy swo­ją wie­dzą. Do­rot­ko, po­mo­gę ci. Da­my ra­dę przejść przez to ra­zem.

Był już spo­koj­ny, pew­ny sie­bie, wy­ci­szo­ny, nie­mal po­god­ny. Po­czuł w so­bie na­raz ogrom­ną moc. Chcia­ło mu się pła­kać z ra­do­ści. Ulga nie da­wa­ła wy­ra­zić się sło­wa­mi. Ka­mie­nie mu z ser­ca po­spa­da­ły. Miał wra­że­nie, że stał się te­raz lek­ki, wol­ny i jak­by… prze­zro­czy­sty. Bóg wy­sta­wił go na pró­bę, ale to by­ło po­trzeb­ne, wręcz ko­niecz­ne.

Gdy zo­sta­li sa­mi, ode­zwał się do dziew­czyn­ki:

– Do­rot­ko, mo­ja pe­reł­ko. Czy uwie­rzysz mi, gdy to­bie po­wiem, że mo­żesz zo­ba­czyć w ży­ciu wie­le pięk­nych miejsc; że la­sy, gó­ry i pa­gór­ki, łą­ki i łącz­ki, rze­ki, je­zio­ra, mo­rza i wy­spy… to wszyst­ko dla cie­bie, Do­rot­ko… A te­raz po­mó­dl­my się do Du­cha Świę­te­go i po­pro­śmy go, by otwo­rzył na­sze umy­sły na wie­dzę, oświe­cał je i czu­wał nad na­mi, by nic złe­go się nie przy­tra­fi­ło tu ni­ko­mu.

– Księ­że Al­ku… – ode­zwa­ła się nie­śmia­ło dziew­czyn­ka. – Ja nie wiem, czy dam ra­dę. Je­stem ta­ka sła­ba z tej geo­gra­fii. Tak się wsty­dzę…

– Sło­necz­ko, za­ufaj mi. Za­pa­mię­taj, pro­szę, że je­steś w sta­nie na­uczyć się wszyst­kie­go, cze­go tyl­ko chcesz, że je­śli bę­dziesz po­wie­rzać się Bo­gu, to On cie­bie po­pro­wa­dzi. Dziś, ju­tro, po­ju­trze bę­dzie w dro­dze z to­bą. A dziś za­pra­szam cię do po­dró­ży w wie­le wspa­nia­łych miejsc. Mo­że kie­dyś zo­ba­czysz je na­praw­dę, a nie tyl­ko w swo­jej wy­obraź­ni.

– A po­tem? Co bę­dzie z na­mi po­tem? – za­py­ta­ła dziew­czyn­ka smut­no.

Ksiądz Alek Sło­necz­ny uśmiech­nął się wy­mow­nie.

– Po­tem na­uczę cię tań­czyć.

12.06.2023

To tyl­ko krzyn­ka krwi

Czerw­co­wy dzień ślu­bu i we­se­la Iwo­ny i Fi­li­pa był cie­pły, ci­chy, spo­koj­ny, nie­za­po­wia­da­ją­cy bu­rzy. Ich świę­to od­by­ło się w at­mos­fe­rze po­ezji, sub­tel­ne­go hu­mo­ru, uko­je­nia, wza­jem­ne­go sza­cun­ku oraz da­ją­cej się wszyst­kim od­czuć czy­stej mi­ło­ści, nie­ska­żo­nej wcze­śniej­szą cie­le­sno­ścią. Iwo­na du­żo prze­szła, a i Fi­lip był tak­że nie­źle do­świad­czo­ny przez ży­cie. Ich po­łą­cze­nie się mia­ło być sym­bo­licz­nym od­ro­dze­niem, prze­rwa­niem wię­zów zła, nie­szczę­ścia, cier­pie­nia. Każ­dy (a szcze­gól­nie ich ro­dzi­ce) au­ten­tycz­nie im ki­bi­co­wał, szcze­rze ży­cząc po­wo­dze­nia i wie­lu ra­do­snych chwil.

Ich ślub był wy­da­rze­niem prze­ży­tym przez wszyst­kich bar­dzo du­cho­wo, głę­bo­ko re­li­gij­nie. Nie za­bra­kło pięk­nej, po­ru­sza­ją­cej do głę­bi ho­mi­lii ani wznio­słych słów o tym, że mi­łość cier­pli­wa jest i ła­ska­wa jest… Nie za­bra­kło też szcze­rych mo­dlitw, łez wdzięcz­no­ści, we­wnętrz­ne­go po­ru­sze­nia, zwró­ce­nia się ku Stwór­cy: „Bo­że, czy Ty wi­dzisz ja­cy oni, ci mło­dzi lu­dzie, są pięk­ni? Bło­go­sław im, bło­go­sław na wie­ki”. Mło­da pa­ra rów­nież by­ła wpa­trzo­na w ob­li­cze Chry­stu­sa, ofia­ru­jąc mu swo­ją prze­szłość peł­ną cier­pie­nia i pro­sząc o wy­cze­ki­wa­ny czas ła­ski.

We­se­le by­ło in­ne niż wszyst­kie in­ne. Mło­dzi zda­wa­li się ule­pie­ni z in­nej gli­ny – in­te­lek­tu­ali­ści, ar­ty­ści, skraj­ni wraż­liw­cy, udu­cho­wie­ni, de­li­kat­ni, nie­win­ni. Nie lu­bi­li or­dy­nar­nych ocze­pin ani zmy­sło­wych tań­ców, nie umie­li uze­wnętrz­niać na si­łę swo­jej ra­do­ści. Dla­te­go też by­li nie­co skrę­po­wa­ni, sztyw­ni. Gdy to spo­strze­gli, ja­koś z te­go wy­brnę­li si­łą swo­jej in­te­li­gen­cji. Po­mo­gło im w tym po­czu­cie hu­mo­ru. Gdy nad­szedł czas prze­mów, Iwo­na za­czę­ła swo­ją od cy­ta­tu z Księ­gi Ju­dy­ty: „I Bóg go po­ka­rał i od­dał w rę­ce ko­bie­ty”, czym wy­wo­ła­ła sal­wę śmie­chu, szcze­gól­nie u tych, któ­rzy do­brze ją zna­li i wie­dzie­li, że nie jest pro­sta, ła­twa, lek­ka. Prze­ciw­nie – by­ła cięż­ka, skom­pli­ko­wa­na, hi­ste­rycz­na, dźwi­ga­ła brze­mię róż­nych trau­ma­tycz­nych do­świad­czeń. Z ko­lei Fi­lip ode­zwał się do niej na­stę­pu­ją­cy­mi sło­wa­mi: „Ko­bie­to, sza­le­ją za to­bą anie­li. A we­wnątrz je­steś gor­sza niż stu dia­błów. Wiedz jed­nak, że je­stem w to­bie do sza­leń­stwa za­ko­cha­ny”.

Na­de­szła w koń­cu ich noc po­ślub­na. To mia­ło być coś zgo­ła nie­zwy­kłe­go, cza­row­ne­go, nie z te­go świa­ta. Gdy wresz­cie po wie­lu tru­dach kil­ku­na­sto­let­niej zna­jo­mo­ści zna­leź­li się sam na sam w at­mos­fe­rze zbli­ża­ją­ce­go się sek­su, by­li nie­co wy­czer­pa­ni la­ta­mi ocze­ki­wa­nia, choć oczy­wi­ście nie­zmier­nie pod­nie­ce­ni i cie­ka­wi. Iwo­na, choć drżą­ca, by­ła bar­dzo szczę­śli­wa. Jej znę­ka­ne tru­da­mi ży­cia ser­dusz­ko trze­po­ta­ło z nie­cier­pli­wo­ścią i prze­ję­ciem. By­ła po­ru­szo­na, nie­śmia­ła, słod­ka, ład­na i nie­zwy­kle za­chwy­ca­ją­ca w swo­jej nie­win­no­ści. Za­ko­cha­ne­mu w niej Fi­li­po­wi ze zmę­cze­nia zbie­ra­ło się na żar­ci­ki, sub­tel­nie iro­nicz­ne przy­ty­ki.

Po grze wstęp­nej i dro­cze­niu się z Iwo­ną wziął ją w ra­mio­na i po­ca­ło­wał dłu­go, prze­cią­gle, na­mięt­nie. I zro­bił coś jesz­cze. Wy­po­wie­dział jak naj­bar­dziej nie­win­nie, bez cie­nia zło­śli­wo­ści ta­kie sło­wa: „Leć jesz­cze umyj ząb­ki”. I za­śmiał się szel­mow­sko, cie­pło, przy­jaź­nie, po czym raz jesz­cze po­ca­ło­wał Iwo­nę, tym ra­zem w czo­ło. Ona zaś na jed­ną se­kun­dę ska­mie­nia­ła. Za­śmia­ła się za­raz per­li­ście, od­po­wie­dzia­ła mu coś bły­sko­tli­wie, choć nie­co ner­wo­wo, i de­li­kat­nie wy­swo­bo­dzi­ła się z je­go ob­jęć. Po­wie­dzia­ła, że przy­po­mnia­ła so­bie, iż mu­si ko­niecz­nie na­pi­sać swo­jej przy­ja­ciół­ce Pau­li­nie pew­ną wia­do­mość. Obie­ca­ła, że wró­ci za chwi­lę, spra­gnio­na i go­to­wa. Piotr za­śmiał się wy­ro­zu­mia­le, po­błaż­li­wie i po­zwo­lił jej odejść. Roz­siadł się wy­god­nie w fo­te­lu i za­nu­rzył w słod­kich ro­je­niach.

Iwo­na nie na­pi­sa­ła tam­tej no­cy wia­do­mo­ści do Pau­li­ny. Idąc do dru­gie­go po­ko­ju, czu­ła się jak nie­ży­wa: prze­gra­na, zła­ma­na, prze­ra­żo­na, obo­la­ła. Wszyst­kie jej daw­ne lę­ki, fo­bie, ob­se­sje, trau­my uak­tyw­ni­ły się. By­ła cał­ko­wi­cie po­ko­na­na. Po chwi­li jed­nak do­świad­czy­ła uko­je­nia. Ode­tchnę­ła z ulgą, tak jak­by by­ła już po tam­tej stro­nie.

Fi­lip, wciąż po­grą­żo­ny w swo­ich ro­je­niach, zda­wał się tra­cić po­czu­cie cza­su. Przy­wo­ły­wał Iwo­nę w my­ślach i na głos, a gdy ta nie od­po­wia­da­ła, za­śmie­wał się z jej, jak są­dził, za­lęk­nie­nia i upa­ja­ją­cej go nie­win­no­ści. Z tych na wpół sen­nych ro­jeń wy­rwa­ły go do­pie­ro krzy­ki lu­dzi na uli­cy. […]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Mi­łość i śmierć, cier­pie­nie i sza­leń­stwo

isbn: 978-83-8423-478-5

© Ka­ro­li­na We­ro­ni­ka i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czytja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zuwy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Mał­go­rza­ta Pio­tro­wicz

ko­rek­ta: Aga­ta Ogó­rek

okład­ka: Mag­da­le­na Czmo­chow­ska

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz | stu­dio ska­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-ma­il: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.