Mikeneko Holmes i morderstwo na uniwersytecie - Jirō Akagawa - ebook + książka

Mikeneko Holmes i morderstwo na uniwersytecie ebook

Jirō Akagawa

0,0
49,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Detektyw Yoshitarō Katayama boi się wielu rzeczy: wysokości, ciemnych pomieszczeń, krwi oraz… kobiet. Wraz z inteligentną kotką Holmes rozwiązują zagadki, tworząc jeden z najbardziej niezwykłych duetów w historii japońskiego kryminału.

 

Kiedy zamordowana zostaje młoda studentka, Katayama staje przed niełatwym wyborem: przejrzeć wstrząsające zdjęcia z miejsca zbrodni albo udać się do żeńskiego college’u Hagoromo, by poprowadzić śledztwo. Niechętnie wybiera drugą opcję.

Sytuacja szybko się komplikuje. Dochodzi do kolejnych morderstw, a na Katayamę czeka jeszcze jedna niespodzianka: tricolorka o imieniu Holmes, osierocona po tym, jak ofiarą zbrodni pada sam dziekan uczelni. Wydaje się, że to ostatnie, czego potrzebuje niepewny siebie detektyw. Wszystko zmienia się jednak, gdy Holmes zaczyna wykazywać zdumiewający talent do rozwiązywania zagadek kryminalnych…

 

Pełna humoru i zagadek powieść otwierająca kultową serię kryminalną Jiro Akagawy – jednego z najpoczytniejszych autorów Japonii.

 

Pytania czytelników:

Czy w książce znajdują się brutalne opisy zbrodni? Nie. Powieść reprezentuje nurt łagodnej, nastrojowej literatury detektywistycznej (cozy crime). Autor kładzie nacisk na logiczne zagadki, relacje między bohaterami oraz humor sytuacyjny, całkowicie unikając epatowania drastycznymi szczegółami czy krwawą przemocą.

Czy postać kota jest tu magiczna lub fantastyczna? Kotka Holmes nie mówi ludzkim głosem ani nie posiada nadprzyrodzonych mocy. Jej geniusz opiera się na niezwykle rozwiniętej kociej intuicji, spostrzegawczości oraz specyficznej więzi z detektywem, co sprawia, że historia pozostaje realistyczna, dojrzała i niezwykle urocza.

Czy książkę można czytać bez znajomości innych japońskich kryminałów? Zdecydowanie tak. Jest to powieść autonomiczna, która otwiera całą legendarną serię. Stanowi idealny punkt wejścia dla każdego, kto chce rozpocząć swoją przygodę z japońską prozą i szuka w literaturze emocjonalnej głębi, wyciszenia oraz inteligentnej rozrywki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 315

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Jirō Akagawa

Mikeneko Holmes i morderstwo na uniwersytecie

Tytuł oryginału: 三毛猫ホームズの推理 MIKENEKO HOLMES NO SUIRI

Przekład z języka japońskiego: Anna Zalewska

© Jirō Akagawa 1985

All rights reserved.

Polish translation copyright © Grupa Wydawnicza Relacja sp. z o.o. 2026

Original Japanese edition published by Kobunsha Co., Ltd., Tokyo.

Polish language translation rights arranged with Kobunsha Co., Ltd. through The English Agency (Japan) Ltd. and New River Literary Ltd.

Redakcja: Dorota Marcinkowska

Korekta: Kamila Wrzesińska

Projekt okładki i skład: Sylwia Budzyńska

ISBN 978-83-8435-197-0

Grupa Wydawnicza Relacja sp. z o.o.

ul. Marszałkowska 4 lok. 5

00-590 Warszawa

www.relacja.net

Prolog

– No, wejdź.

Yumiko otworzyła drzwi, po czym pierwsza weszła do przedpokoju, włączyła światło i wpuściła czekającego na zewnątrz mężczyznę do środka. Wszedł powoli, prawie jakby był astronautą, który po raz pierwszy stawia stopę na Księżycu, i rozejrzał się po pokoju wyraźnie zdziwiony.

– Sypialnia jest w głębi.

Yumiko zamknęła drzwi na klucz i weszła do kuchni połączonej z jadalnią.

– Chodź już!

W czasie kiedy on zdejmował buty, ona przeszła szybko do sypialni. Znała to miejsce doskonale. Usiadła na łóżku, wyjęła papierosy, zapaliła jednego i czekała na mężczyznę.

„Facet jakich wiele”, pomyślała. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to solidny pracownik firmy, w średnim wieku. Nie, nie wydaje się, na pewno w pracy i w domu jest wzorowym pracownikiem i mężem. Na twarzy ma wypisane, że nigdy by mu nie przyszło do głowy zapłacić młodej dziewczynie za seks. Aż do tej chwili.

– Wejdź, wejdź – pospieszyła go, gdyż stał w drzwiach, jakby skamieniał. – To mieszkanie mojej koleżanki. Jeśli się nie pospieszymy, może zdążyć wrócić. Chodź, tylko zamknij drzwi.

Zrobiło jej się go żal. Miał zapłacić trzydzieści tysięcy, ale nie wyglądał, jakby się dobrze bawił. Zaniepokoiła się, czy taki facet będzie miał tyle pieniędzy. Ale płaszcz ma raczej z tych drogich, więc pewnie jej nie oszuka.

– Hej, może zaczniemy? Bo jak moja koleżanka wróci w trakcie, to nie będzie fajnie. Ona nie ma jeszcze mężczyzny, nie chcesz chyba zainspirować biedulki? – powiedziała Yumiko, starając się, by brzmiało to jak żarty, bo chciała, żeby się trochę zrelaksował.

Zdusiła papierosa w popielniczce, wstała, odwróciła się do mężczyzny plecami i zaczęła zdejmować ubranie.

„No, jeśli wpadną mi te pieniądze, to powinny wystarczyć do opłacenia tego przelotu na Guam. Musiałam się sporo namęczyć, żeby zapracować na tę wycieczkę. Gdybym jako studentka miała jakąś zwykłą pracę dorywczą, to i przez rok nie zdołałabym tyle odłożyć, więc nie ma rady. Zakończmy to szybko”, pomyślała.

Zakładała, że będzie chciał ją rozebrać, ale w końcu sama zdjęła z siebie wszystko, bo tak było łatwiej, i odwróciła się do niego.

– Ty też się rozbierz.

Mężczyzna stał nieruchomo jak manekin, z rękami wciśniętymi w kieszenie płaszcza. Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć, zupełnie jak twarz lalki.

– Co jest? – zirytowała się w końcu.

Czemu on się tak guzdrze?

– Zdecyduj się wreszcie, bo jak tak dalej będę czekać, to się przeziębię. Masz ochotę na to, czy…

Słowa uwięzły jej w gardle. Szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w srebrzysty przedmiot, który mężczyzna wyjął z kieszeni.

Hiroko stanęła przed domem i zmarszczyła brwi, widząc światło w oknie swojego pokoju. Ech, ta Yumiko, czyżby jeszcze nie skończyła? Zegarek na ręce wskazywał pierwszą w nocy. Przecież pozwoliła jej korzystać z pokoju tylko do dwunastej, a ta się zupełnie nie przejmuje umowami!

Weszła po schodach i kiedy znalazła się przed drzwiami, zawahała się przez chwilę. Już jej się zdarzyło kiedyś wejść niespodziewanie i stanąć twarzą w twarz z całkiem gołym facetem. Hiroko spróbowała po cichu otworzyć drzwi. No nie, Yumiko nawet nie zamknęła ich na klucz! Nadstawiła uszu, ale nie było słychać żadnych głosów czy dźwięków, jakich można by się spodziewać w tej sytuacji. Może zasnęli.

W przedpokoju nie było męskich butów, więc już spokojniej weszła do środka. Wstawiła do lodówki mleko w kartonie, które kupiła w automacie, i przeszła do sypialni.

– Yumiko, wstawaj – powiedziała, otwierając drzwi.

A chwilę potem nawet nie była w stanie krzyknąć.

Zakrywając sobie usta dłonią, cofnęła się chwiejnie i usiadła na podłodze, jakby się miała przewrócić. Zebrała wszystkie siły, żeby na czworakach przesunąć się w stronę drzwi wyjściowych, ale nie wytrzymała i zwymiotowała… Kilka razy zwróciła treść żołądka, zanim udało jej się wstać i z trudem wyjść na korytarz, żeby tam szukać pomocy.

Rozdział 1Hagoromo i zabójstwo

1

– Ej, Panienka, stary cię woła.

Katayama wreszcie podniósł ciężkie powieki. Twarz kolegi, Okady, widział trochę jak przez mgłę.

– Co takiego? – zapytał.

– Stary cię woła.

– Aa…

Podniósł się ciężko z krzesła. Nazywano go Panienką, ale z całą pewnością był mężczyzną, miał dwadzieścia osiem lat i był pełen sił młodości. Choć teraz może jeszcze bardziej był pełen senności.

Na wysokim i szczupłym ciele osadzona była okrągła, trochę dziecinna głowa. Chodził tak, jakby zawadzały mu długie nogi, ale miał też w sobie coś uroczo zabawnego i nie wiadomo dlaczego przypominał żyrafę. Miał lekko opadające ramiona, okrągłe oczy i nos. To wszystko w połączeniu ze spokojną twarzą sprawiało, że robił wrażenie łagodnej kobiety. Ale nie tylko stąd wziął się jego przydomek Panienka.

– Wołał mnie pan? – zapytał detektyw Katayama, stając przed naczelnikiem I Wydziału Śledczego, Shigeru Mitamurą.

– Tak, usiądź.

Mitamura był w średnim wieku, nie wyróżniał się niczym szczególnym i robił wrażenie miłego wujaszka, ale nawet na komendzie głównej był znany jako chytry lis, a kto wie, o co chodzi, ten wie. Na co dzień był życzliwym przełożonym, ale wszyscy wiedzieli, że kiedy się rozgniewa, to w całym budynku będą się rozlegać jego krzyki niczym uderzenia gromu.

Katayama usiadł na chybotliwym krześle i przyjrzał się uważnie twarzy przełożonego. Chyba nie jest tak źle? Tak na poziomie „lekkie zachmurzenie, nie ma potrzeby zabierania środków ochrony przed deszczem”.

– Mam tu dla ciebie takie zadanie – oznajmił Mitamura, podnosząc twarz znad grubej teczki z dokumentami.

– Słucham.

– To sprawa morderstwa studentki, sprzed trzech dni.

Niedobrze. Katayama przełknął ślinę. Morderstwo studentki? Całe ciało miała pocięte czymś ostrym…

– Wygląda na to, że wytypowanie sprawcy może potrwać – zaczął mówić naczelnik. – Mamy listę podejrzanych, ale jest ich za dużo.

Katayama przypomniał sobie, że kolega wrócił z miejsca zbrodni bardzo blady. Pokój był cały zalany krwią, ciało studentki zsuwało się z łóżka, tak że głowa i wykręcone ramiona opadały na podłogę, szeroko otwarte, przerażone oczy, wpatrujące się w coś, jakby ofiara wciąż jeszcze żyła, podbrzusze pocięte tak, że wnętrzności aż się z niego wylewały…

– Dlatego ciebie chcę poprosić… Ej, co jest? Wszystko w porządku?

– Ta… tak – wykrztusił Katayama.

Po jego pobladłej twarzy spływały wielkie krople potu. „Weź się w garść! Co ty wyprawiasz!”, strofował w myślach sam siebie.

– W porządku… Przepraszam.

Na twarzy Mitamury widać było zniecierpliwienie.

– Co ja mam z tobą zrobić? Długo już jestem w służbie, ale jeszcze nie słyszałem o takim policjancie, który by mdlał za każdym razem, kiedy widzi krew.

– Najmocniej przepraszam, taka ze mnie lebiega.

– Nic się nie bój. Nie zamierzam kazać ci się tym zajmować. Nie będziesz musiał oglądać ofiary.

– Ach tak? – Katayama trochę się ożywił.

– Zabita Yumiko Kurihara była studentką trzeciego roku na Żeńskim Uniwersytecie Hagoromo.

– Hagoromo? Tak jak ta szata z piór, w którą była ubrana niebianka w opowieściach?

– Pisze się tak samo, ale żadnych niebianek tu nie mamy. Założyciel uniwersytetu nazywał się Kōichi Hagoromo.

– Ach tak.

– I pewnie wiesz, że ofiara korzystała z mieszkania koleżanki i zajmowała się czymś, co można nazwać prostytucją. Cóż, w dzisiejszych czasach to jest chyba uważane za jedną z lżejszych prac dorywczych. Ze względu na naciski ze strony uniwersytetu nie upublicznialiśmy sprawy, nic nie poszło do gazet.

Katayama przypomniał sobie, że widział w gazecie artykuł z aluzjami do tego wydarzenia.

– Tak się składa, że z obecnym dziekanem Wydziału Humanistycznego na Żeńskim Uniwersytecie Hagoromo, Morisaki się nazywa, studiowaliśmy jednocześnie na tym samym uniwerku. Dał mi znać, że chciałby, żebym coś sprawdził w związku z tym, że ofiara zajmowała się prostytucją. Wiadomo, chętnie bym go wsparł, no ale nie mogę rzucić wszystkiego w kąt i tam polecieć. I dlatego ciebie chcę prosić, żebyś mnie zastąpił, wybrał się tam i dowiedział wszystkiego.

– Tak jest – odpowiedział znacznie już spokojniejszy Katayama. – Czyli mam tam pójść i wysłuchać, co ma do powiedzenia?

– Słuchaj uważnie i raportuj. I powiedz mu, że postaramy się dostosować do ich potrzeb.

– Jasne.

– Żadnych kałuż krwi tam nie będzie, więc to chyba coś dla ciebie.

Zabrzmiało to trochę kpiąco, ale Katayama starał się przyjmować to, co ludzie do niego mówili, za dobrą monetę.

– Czy coś jeszcze?

– Tylko tyle. Myślę, że Morisaki czeka. Pojedź tam od razu.

– Tak jest!

– Żeński Uniwersytet Hagoromo.

– Tak, rozumiem.

Katayama podniósł się z krzesła, ale naraz coś go tknęło.

– To jest żeński uniwersytet… Czyli studiują tam same dziewczęta?

– Jeszcze nigdy nie słyszałem, żeby na żeńskim uniwersytecie studiowali jacyś faceci.

Katayama znowu pobladł. Kolory na jego twarzy zmieniały się niczym na światłach ulicznych.

– Szefie… Ja bardzo przepraszam, ale czy ktoś inny mógłby tam pójść?

– A to czemu?

– Ja to nie daję sobie rady z kobietami… Kiedy choćby zbliżam się do miejsca, gdzie jest ich dużo, głowa zaczyna mnie boleć i mam mroczki przed oczami, a potem robi mi się niedobrze. Czasami nawet wysypki dostaję.

Wtem zorientował się, że twarz szefa wygląda coraz groźniej, i zasznurował usta. To już był etap „chmury burzowe”.

– Ach tak? Mam ci pokazać zdjęcia ofiary z miejsca zbrodni?

– N… nie! Nie trzeba!

– Czyli pojedziesz na uniwersytet?

– Tt… tak! Już lecę!

Detektyw pospiesznie ruszył w stronę drzwi, ale znów się zatrzymał.

– Jak mam tam pojechać?

Mitamura popatrzył na niego z narastającą irytacją, ale w końcu wyjął z kieszeni notes, a z niego karteczkę, którą podał podwładnemu.

– Tu masz adres. Możesz taksówką.

– Czyli dostanę zwrot za taksówkę.

– No.

Udało się, będzie mógł się zdrzemnąć. Spoglądając na kartkę, przeszedł ze trzy kroki i znowu stanął. Co by tu zrobić? Nawet jeśli nie będzie tego wiedział, nic takiego się nie stanie… Ale policjant jest przecież urzędnikiem państwowym, powinien dołożyć wszelkich starań…

– Szefie…

– Jeszcze coś? – burknął Mitamura, jakby miał go już zupełnie dość.

– Jeśli chodzi o ten adres…

– Jakiś błąd?

– Nie, nie. A jaki jest kod pocztowy?

Burza z piorunami!

– Proszę jechać pod ten adres.

Katayama wsiadł do taksówki, podał kierowcy karteczkę i opadł ciężko na siedzenie, obojętny na wszystko wokół. Tymczasem taksówka uparcie stała w miejscu.

– Ej, nie zamierzasz się ruszyć?

– A dokąd?

Taksówkarz z kwaśną miną pokazał mu kartkę:

– Miska ryżu z kotletem – 350 jenów, miska ryżu z tempurą – 400 jenów… Gdzie niby są takie miejsca?

– A, pomyliłem się, to nie ta kartka.

Katayama pospiesznie podał mu właściwą notatkę i odebrał kupony do stołówki. Bez nich aż do wypłaty musiałby zrezygnować z lunchu.

– Żeński Uniwersytet Hagoromo… A pan to detektyw?

– Zgadza się.

– Jedzie pan w sprawie tego niedawnego zabójstwa studentki?

– A owszem – odpowiedział Katayama z pewną dumą.

– To dość daleko będzie – stwierdził kierowca, włączając się do ruchu. – Nie lepiej, żeby pan pojechał pociągiem? Szkoda pieniędzy.

Detektyw milczał zaskoczony, a tamten ciągnął:

– To przecież pójdzie z naszych podatków, ta opłata za taksówkę.

– No… No rzeczywiście, tak.

– Chciałoby się, żebyście ich trochę bardziej roztropnie używali.

– No przecież nie musi pan ze mną jechać – odpowiedział trochę zrezygnowanym tonem Katayama.

– Jak to? Ja tylko odbieram nadpłacone podatki – odparł taksówkarz.

Katayama pomyślał, że dziwna ta jego logika, ale właściwie nie umiał dojść, co w niej jest dziwnego, więc dał sobie z tym spokój i nieuważnie spojrzał za okno. Jakoś tak wyszło, że odechciało mu się spać.

Był pierwszy października, dzień zawieszony gdzieś między jesienią a zimą, pora między dniem a nocą. Właśnie minęło południe i ciepłe promienie słoneczne ogrzewały spacerujących w czasie przerwy na lunch urzędników i ubrane w służbowe kostiumy panienki z biur.

„Ech, a czemu ja też nie pracuję tak po prostu w jakiejś firmie? A, bo niby detektyw to ma łatwiej, przyjemna praca, dobre zarobki. No co, gdybym chciał, mógłbym się przekwalifikować. Jeszcze nie jest za późno”, myślał.

Yoshitarō Katayama. Jego imię trochę trąci myszką, ale przecież sam się tak nie nazwał. Jego ojciec był znany w komendzie jako stary diabeł i słynął ze swojej zręczności w prowadzeniu śledztw. Pewnego dnia, akurat nie był nawet na służbie, chciał zatrzymać włamywacza, na którego wpadł przypadkiem, gdy tamten właśnie wyszedł z pustego domu, i niespodziewanie został zabity. Katayama miał wtedy dwadzieścia lat. Matka opuściła ten świat wiele lat wcześniej, więc zostali we dwoje – on i młodsza od niego o siedem lat siostra, Harumi. Ojciec przed śmiercią przykazał mu, żeby został wspaniałym policjantem, a on starał się, by tak właśnie było, ale… – z tym „wspaniałym” to może trochę na wyrost – miał wrażenie, że ojciec w głębi ducha tak naprawdę wcale tego się po nim nie spodziewał. Stary Katayama często mówił i myślał co innego. Krzyczał na Harumi, że ma nie rozmawiać z chłopakami, a potem dziwił się, że nie ma powodzenia, i w tajemnicy kazał synowi pójść kiedyś za nią. Dopiero kiedy usłyszał, że była otoczona adoratorami, odetchnął z ulgą.

W tych ostatnich słowach kryło się pewnie tylko tyle, że stary detektyw nie mógł przecież powiedzieć przed śmiercią synowi: „Zostań wspaniałym opiekunem w przedszkolu”, nawet jeśli nie wierzył, że syn z tego powodu zostanie policjantem. A Katayama w końcu został detektywem, bo kolega ojca, Mitamura, który wtedy był inspektorem, wziął, biedaczysko, te słowa na poważnie i obiecał, że teraz on przejmie odpowiedzialność za młodego. Gdyby Katayama powiedział, że nie ma ochoty, pewnie na tym by się skończyło, ale on nie lubił się sprzeciwiać losowi.

I w ten sposób w ciągu kilku lat… Harumi ukończyła dwuletnią uczelnię i teraz pracowała jako asystentka sprzedaży w domu towarowym. Miała dwadzieścia jeden lat. Wyglądała już całkiem dorośle. „Niedługo trzeba będzie pomyśleć…”.

Katayama powoli zaczął widzieć coraz wyraźniej obramowanie okna taksówki, ale jego myśli wciąż gdzieś błądziły. Nie wiadomo, jak długo jeszcze będzie chciała tak się o mnie troszczyć. Być może kiedyś powie, że chce się zatroszczyć o kogoś innego. I co ja wtedy zrobię z jedzeniem na co dzień? A właśnie, ciekawe, co dziś na kolację. Resztka wczorajszego gulaszu?

To nie jest tak, że Harumi źle gotuje, ale gotuje na zapas i potem co wieczór jest to samo przez ileś dni, naprawdę można mieć tego dość. Dziś gulasz i jutro też.

W tym momencie (no, może niedokładnie w tym) taksówka dotarła w końcu do Fuchū. Zdążył pomyśleć, że pewnie niedługo będą na miejscu, kiedy samochód wyhamował i się zatrzymał.

– Dojechaliśmy.

– Dziękuję.

Katayama zapłacił, choć czuł się tym trochę zawstydzony, wziął rachunek i wysiadł. Skoro był to uniwersytet, spodziewał się okazałej bramy, ale nie było tu nic takiego: z głównej ulicy wchodziło się na żwirową aleję, otoczoną z obu stron szpalerem drzew, i to już był kampus Żeńskiego Uniwersytetu Hagoromo. Gdyby nie prosta tablica z nazwą, mógłby się w ogóle nie zorientować.

Dookoła rozciągała się dzielnica mieszkaniowa, ale nie czuło się ciasnoty, przeciwnie: widać było wiele całkiem luksusowych domów z dużymi ogrodami. Ale przede wszystkim nie było tam wysokich budynków i nic nie zasłaniało błękitnego nieba.

Przez chwilę Katayama poczuł się całkiem beztrosko i śmiało ruszył żwirową aleją, ale zaraz z naprzeciwka zaczęło się zbliżać do niego kilka studentek, które prowadziły ożywioną rozmowę, i jego dobry nastrój prysł w jednej chwili. Opuścił głowę, ale gdyby opuścił ją za bardzo, mógłby na nie wpaść, więc starał się mieć ją opuszczoną na tyle tylko, by widzieć przynajmniej czubki palców tych dziewcząt, i tak szedł. Kiedy roześmiane głosy studentek były już blisko, jego serce zaczęło bić tak mocno, że niemal wyskakiwało mu z piersi. Tuż przed tym, kiedy mieli się minąć, nagle rozmowy dziewcząt ucichły. „Patrzą na mnie!”.

Minęli się i poszli dalej każde w swoim kierunku, a odległość między nimi cały czas rosła. Zupełnie jakby to było spotkanie dawnych mistrzów miecza. Znów zza pleców usłyszał śmiech młodych panien. „Śmieją się ze mnie…”. I tak jak ci szermierze kiedyś wyczuwali to, że ktoś chciał ich zabić, tak też on wyczuwał szydercze spojrzenia. Tyle że w tym przypadku to była po prostu jego bujna wyobraźnia.

2

– Przepraszam, że musiał pan tyle czekać.

Sekretarka dziekana Wydziału Humanistycznego pojawiła się na korytarzu i zagadnęła Katayamę, który siedział na ławce pod ścianą.

– Pan dziekan właśnie wrócił. Proszę wejść.

– Dziękuję.

Sekretarka nie budziła w nim strachu. Owszem, była kobietą, ale ani młodą, ani szczególnie kobiecą. Jakby duży kloc drewna owinął się tkaniną i założył okulary. Katayama przeszedł przez pozbawiony jakichkolwiek ozdób pokoik z biurkiem sekretarki i już chciał otworzyć drzwi na końcu, z napisem „Gabinet dziekana”, ale się zatrzymał. A to co? W prawym dolnym rogu drzwi był wycięty kwadratowy otwór o boku około dwudziestu centymetrów. Nie była to jednak po prostu dziura, ale raczej drzwiczki zawieszone na zawiasach. Obejrzał się i zobaczył, że drzwi wiodące na korytarz wyglądały tak samo. O co tu może chodzić?

Wszedł do gabinetu i odruchowo się wyprostował. Podłogę od ściany do ściany pokrywał miękki dywan, a na samym środku ustawiony był stolik otoczony fotelami dla gości, które robiły wrażenie jakichś ludwików z którejś dynastii. Przy ścianach po obu stronach gabinetu stały regały zastawione rzędami grubych oprawionych w skórę książek. Trudno się było spodziewać, że znajdą się wśród nich mangi czy tygodniki.

Zza solidnego, mahoniowego biurka w głębi podniósł się wysoki mężczyzna, który zdawał się idealnie pasować do tego miejsca.

– Nazywam się Tomoo Morisaki, jestem dziekanem Wydziału Humanistycznego – powiedział z uśmiechem i podszedł do Katayamy.

Morisaki mógł być pod pięćdziesiątkę. Miał na sobie uszyty w Anglii garnitur w stonowanym kolorze i wyglądał, jakby się w nim urodził. Srebrnowłosy dżentelmen, te słowa dobrze do niego pasowały.

– Przepraszam…

– Pan Katayama z komendy policji? Przed chwilą miałem telefon od Mitamury. Przepraszam, że musiał się pan specjalnie fatygować. Bardzo proszę, niech pan siada.

– Dziękuję.

Katayama z pewnym niepokojem w sercu opadł na fotel.

– Może cygaro? – zaproponował Morisaki, otworzył misternie rzeźbione pudełko z cygarami i mu je podsunął.

– Nie, dziękuję.

– Ach tak. Tak naprawdę ja też ich nie palę, ale trzymam je dla gości. Proszę chwilę zaczekać.

Nacisnął guzik interkomu.

– Pani Ōshima? Poproszę o kawę – powiedział, po czym zwrócił się znów do gościa. – Przepraszam, że musiał pan czekać. Zebranie nam się przeciągnęło. Nie wiem, dlaczego one nigdy nie mogą się skończyć na czas.

Katayama uśmiechnął się niepewnie, ale siedział jak na szpilkach. „On mnie chyba bierze za kogoś innego. Myśli, że jestem kimś ważnym. Skoro tak się ze mną obchodzi jak z jajkiem… Musiał nie słyszeć, że jestem tylko zwykłym śledczym”.

– Zapewne kolega Mitamura powiedział panu, dlaczego poprosiłem, żeby zechciał pan się tutaj pofatygować. Zamordowana ostatnio Yumiko Kurihara była u nas na trzecim roku studiów. Wydaje się, że planowała wyjazd za granicę w czasie wolnych dni w listopadzie i żeby na to zarobić, uprawiała coś w rodzaju prostytucji. Jako pedagog czuję się naprawdę zażenowany całą tą sytuacją.

– Aha.

– Jednakże studentki są dorosłe i nie za bardzo mogę się wtrącać w to, co robią poza zajęciami.

– Oczywiście.

– Być może ich ojcowie i bracia pogniewaliby się na mnie, ale ja nie uważam, że powinienem relegować z uczelni osobę, która dorabia sobie w taki sposób. Raczej chciałbym im wytłumaczyć, że nie jest to zbyt dobry sposób zarobku: zawsze istnieje obawa, że mogą trafić na takiego szaleńca jak tamten, że mogą złapać jakąś chorobę albo zajść w ciążę.

Katayama zauważył, że czuje do niego sympatię. Zwykle tacy intelektualiści mieli na twarzy wypisane, że doskonale rozumieją młodych ludzi, ale tak naprawdę wielu z nich było prawdziwymi tradycjonalistami. Dziekan robił inne wrażenie.

– Tak się składa, że w całej tej sprawie jest jeden punkt, który budzi moje obawy – powiedział Morisaki i zmarszczył brwi, po czym kontynuował. – Kurihara została zamordowana w mieszkaniu Hiroko Misaki, z tej samej grupy. Podobno już wcześniej ileś razy użyczała jej tego mieszkania. Pewnego razu…

Właśnie weszła sekretarka z kawą, więc dziekan zasznurował usta.

– Przepraszam. Rozumie pan, chciałbym choć trochę zachować to w tajemnicy – wyjaśnił, kiedy już opuściła gabinet.

Morisaki napił się kawy z wyglądającej luksusowo filiżanki i mówił dalej:

– Podobno pewnego razu Misaki powiedziała drwiąco: „Ty to zawsze znajdziesz sobie kogoś”, a Kurihara odpowiedziała jej: „A tak, dla mnie zawsze znajduje się praca”.

– Rzeczywiście.

Katayama był przecież detektywem i rozumiał, co oznaczają te słowa. Krótko mówiąc, że ma kogoś, kto jej dostarcza klientów.

– A w takim razie, czy miała jakieś powiązania z grupami przestępczymi? – zapytał.

– Mitamura mówił mi, że raczej nie. Ja też tak uważam. Jak się jest na smyczy grupy przestępczej, to większość zysku z prostytucji się traci i dla kobiety nie byłoby to opłacalne – odpowiedział Morisaki.

– Racja.

Kto tu jest właściwie detektywem? Katayama poczuł, że nie dorównuje swojemu rozmówcy.

– A właśnie, Misaki usłyszała coś jeszcze, coś, co brzmiało bardzo interesująco.

W tym momencie od drzwi dobiegł dźwięk jakby stuknięcia.

– To ty, Holmes? Chodź do środka – powiedział dziekan swobodnie, jakby zwracał się do przyjaciela.

Katayama obejrzał się i w tych małych, wyciętych w rogu drzwi drzwiczkach, które tak go wcześniej zdziwiły, zobaczył kocią głowę. Ach, więc to było wejście dla kota? Ale że pan dziekan tak na kampusie uniwersyteckim kota trzyma?

– Wie pan, to mój kot. Chodź, kochanie. Przywitaj się z gościem.

Rzeczony kot wypchnął drzwiczki głową, przyjrzał się Katayamie podejrzliwie i w końcu zdecydował się wejść do środka. Oczom detektywa ukazała się szczupła kotka o trójkolorowym futerku, którego kolory rozłożone były w niepospolity sposób: grzbiecik był w większości czarno-rudy, a brzuszek biały. Z przednich łapek prawa była czarniuteńka, a lewa – biała jak śnieg. Wibrysy sterczały w różne strony zawadiacko i młodzieńczo, a pyszczek, wydłużony i wyrazisty, był podzielony niemal idealnie na trzy części: białą, czarną i rudą. Zapewne dzięki temu, że kotka mieszkała w takim miejscu, jej futerko było gładkie niczym jedwab, po prostu aż lśniło.

Tymczasem Holmes, jak nazwał ją dziekan, zamiast przywitać się z gościem, zupełnie go zignorowała, przeszła dziarsko przez pokój i lekko wskoczyła na mahoniowe biurko. Paroma machnięciami ogonem rozsunęła ułożone tam dokumenty na boki, po czym zaległa na miejscu, które sobie w ten sposób zrobiła, zwinęła się w kłębek i zasnęła.

– Tak to już z nią jest, nie ma rady – powiedział dziekan z uśmiechem. – Bardzo pana przepraszam. Niby kobieta, a taka nieuprzejma.

– Czy tutaj ją pan trzyma?

– Wie pan, ja mieszkam na terenie uniwersytetu. Ach, ta swoboda życia kawalera, tylko Holmes i ja. I dlatego może zawsze wchodzić do budynków dydaktycznych.

– Rozumiem.

Katayama popatrzył na kotkę, która z takim wdziękiem zwinęła się w kłębek na biurku, i pomyślał, że przynajmniej jest bardziej kobieca niż sekretarka.

– A wracając do naszej rozmowy – odezwał się Morisaki znów poważnym tonem. – Misaki mówiła Kuriharze, żeby lepiej zrezygnowała z tego zajęcia. Raz nawet całkiem stanowczo ją do tego przekonywała, ale wtedy Kurihara odpowiedziała jej tak: „Ale przecież w akademiku wiele…”. To znaczy, zaczęła tak mówić, ale w pośpiechu przerwała i już więcej nic na ten temat nie powiedziała.

– Mówi pan: akademik?

– Na kampusie jest akademik. Mieszkają w nim dziewczęta, które przyjeżdżają na studia do stolicy. Nie ma możliwości, żeby pomieścić wszystkie, więc mieszka tam jakaś połowa z nich i Kurihara też tam była.

– Czyli mówi pan, że również inne osoby, mieszkające w tym akademiku, parają się prostytucją.

– Jeśli wierzyć słowom Misaki, to cóż, Kurihara powiedziała, że „wiele”, i ja nie mogę tego tak zostawić. Dlatego właśnie poprosiłem, żeby zechciał pan dziś nas odwiedzić.

Katayama kiwnął głową.

– Rozumiem. Jeśli są też inne studentki, które zajmują się prostytucją, chciałby pan, żebym sprawdził, kto za tym stoi.

– Zgadza się.

– Przypuszczalnie w akademiku jest jedna osoba odpowiedzialna za kontakty z otoczeniem. Myślę, że jeśli tylko namierzy się tę osobę, będzie można rozpracować całą siatkę. Nie wiem, jaka jest sytuacja, w każdym razie nie mogę tutaj sam decydować, więc wrócę teraz na komendę. Złożę raport naczelnikowi Mitamurze i potem znów się skontaktuję.

– Oczywiście, to zrozumiałe. Przepraszam, że poprosiłem pana o coś tak dziwnego.

– To nic takiego.

Katayama uśmiechnął się uprzejmie i sięgnął po swoją stygnącą już kawę. Wtem drzwi otworzyły się gwałtownie i usłyszeli okrzyk:

– Kolego Morisaki!

Do gabinetu wparował łysiejący, czerwony na twarzy mężczyzna około sześćdziesiątki. Musiał być mocno wzburzony, a jego naturalnie gniewna twarz wyglądała, jakby miał zaraz wybuchnąć.

– A, to pan rektor. Zapraszam.

Morisaki zdawał się niewzruszony.

– Co pan wyprawia, Morisaki?! To skandal!

– Słucham, panie rektorze?

Rektor zerknął na Katayamę z miną, jakby zobaczył coś obrzydliwego.

– To detektyw z komendy policji?

– Zgadza się, to detektyw, pan Katayama. A to jest rektor, Shunzō Abe.

– Może pan sobie darować te ceregiele!

Najwyraźniej ten spokój Morisakiego nie podobał się rektorowi, który był coraz bliższy wybuchu.

– Co pan sobie wyobraża?! Kontaktować się z policją za moimi plecami?! Proszę go odesłać czym prędzej!

– Chwileczkę! – powiedział stanowczo Morisaki i to jedno słowo zamknęło usta rektorowi. – Pan Katayama jest tutaj jako mój prywatny gość. Nawet pan jako rektor nie ma prawa go stąd wyrzucać. A poza tym, czy jeszcze wczoraj nie mówił pan, że za to wszystko ja jeden jestem odpowiedzialny? W takim razie zapewne mam obowiązek, by się tym zająć.

Stanowcze słowa dziekana chyba trochę ostudziły gniew rektora Abego, ale dalej nie spuszczał z tonu:

– Nie mówiłem, że ma pan wzywać policję! A jeśli już, to najpierw należy się skonsultować z radą nadzorczą.

– A to dopiero. – Morisaki uśmiechnął się ironicznie. – Czy w czasie protestów studenckich pan rektor przypadkiem nie wprowadził na teren uczelni oddziałów policyjnych na podstawie własnej, samodzielnej decyzji? Wskutek tego ileś osób zostało poszkodowanych i chyba był wtedy mały problem z radą nadzorczą.

Rektor zacisnął usta z urazą i zerknął spod oka na Morisakiego. Stojąc pomiędzy nimi, Katayama pomyślał, że ci dwaj muszą chyba się tak ścierać każdego dnia. Trudno byłoby uwierzyć, że ich konflikt ogranicza się do tej chwili. Musiał jednak przyznać, że jako człowiek, rektor nie dorastał dziekanowi Wydziału Humanistycznego do pięt. O ile dziekan doskonale wyglądał za biurkiem uczonego, o tyle rektor robił raczej wrażenie dziadka z kiepskiej księgarenki, który goni z miotłą uczniaków, bo za długo czytają, stojąc między półkami, i nic nie kupują.

Poczuł na nodze dotyk, więc spojrzał w dół: nie wiadomo kiedy trójkolorowa Holmes zeszła z biurka. Podeszła do foteli dla gości, lekko wskoczyła na stolik, usiadła przed rektorem i ziewnęła szeroko. Wyglądało to, jakby sobie z niego kpiła, i Katayama musiał z całej siły się powstrzymywać, żeby nie parsknąć śmiechem.

Oj, rektor chyba też tak to odebrał. Gniewnie spoglądał na kotkę, która patrzyła na niego obojętnie, wreszcie wstał bez słowa i wyszedł, z całej siły trzaskając drzwiami na pożegnanie. Morisaki potrząsnął głową i westchnął cicho.

– No doprawdy, drzwi można by zamykać trochę ciszej. Panie Katayama, przepraszam bardzo. Z panem rektorem jest mi jakoś nie po drodze. Proszę nie zwracać na niego uwagi.

– Ale jeśli przeze mnie miałoby dojść do nieprzyjemnej sytuacji…

– Nie, nie, nic takiego nie będzie. Ten człowiek złości się od razu, ale jeśli tylko ktoś mu się stanowczo przeciwstawi, milknie i się wycofuje. Proszę się nie przejmować.

– Dobrze. A tymczasem…

– Odprowadzę pana.

Morisaki wstał, a wtedy Holmes, zupełnie jakby tylko na to czekała, wykonała skok ze stolika prosto na jego ramię.

– Wygląda, jakby była do tego przyzwyczajona – stwierdził Katayama z pewnym podziwem.

Morisaki podrapał ją po nosie i odpowiedział:

– Dobrze się z nią rozmawia.

– Wygląda na mądrą kocicę – pochwalił Katayama, a wtedy Morisaki się ucieszył:

– Lubi pan koty?

– Dawno temu miałem kota, ale to kiedy jeszcze byłem całkiem mały.

– Niezwykłe z nich zwierzęta.

Morisaki podrapał Holmes pod brodą. Kotka wyciągnęła szyjkę najdłużej jak się dało, przymknęła oczy i nadstawiała pyszczek, wyraźnie bardzo zadowolona.

– Ludzie często mówią, że koty są niemądre, bo nie uczą się sztuczek jak psy. Ale jak to jest? O ludziach też przecież nie można powiedzieć, że lepsi są ci, którzy słuchają każdego polecenia swojego pana, od tych, którzy odmawiają podążania za innymi. Chyba zwykle jest odwrotnie, prawda? Jeśli pies jest lepszy od kota, to tylko z ludzkiego punktu widzenia. Tak naprawdę porównywanie dwóch różnych zwierząt kompletnie nie ma sensu.

– Rzeczywiście.

– Ja wyczuwam w kotach coś wręcz mistycznego – mówił Morisaki w zamyśleniu. – Nie mamy żadnej szansy dowiedzieć się, co się dzieje w tych ich małych główkach. Kto wie, może koty rozumieją człowieka o wiele, wiele lepiej, niż nam się wydaje… Ale przepraszam pana bardzo! Nie chciałem zawracać panu głowy takimi nudnymi rozważaniami.

Morisaki poprowadził gościa do drzwi i w chwili, kiedy wychodzili, zapytał:

– A teraz nie ma pan żadnego zwierzęcia?

– Mam tylko małe mieszkanko.

– A, no tak.

– A czy pana kotka miała kiedyś kocięta?

– Nie, bo wie pan, jakiś czas temu okazało się, że ma guz na macicy, i ponieważ to mogło ją zabić, miała operację i cała macica została usunięta. I co ciekawe, od tego czasu Holmes coraz częściej się zamyśla, tak jak teraz. Ale może to tylko takie skrzywienie kociarza, że tak to widzę – powiedział Morisaki i się roześmiał.

Katayama spojrzał na kotkę. Miała zmrużone oczy i na jej pyszczku nie malowało się nic szczególnego, ale faktycznie, mogła wyglądać na pogrążoną w rozmyślaniach.

Budynek z gabinetem dziekana był trzypiętrowy, o żelbetowej konstrukcji, i stał na końcu tej alei, która prowadziła od bramy uniwersyteckiej (chociaż bramy tak naprawdę nie było).

– Może wyjaśnię panu, jaki tu jest układ zabudowań – powiedział Morisaki, kiedy znaleźli się na zewnątrz, i poprowadził Katayamę dookoła budynku.

Wyszli na rozległy dziedziniec i policjant aż zapragnął zrobić głęboki wdech. Odkąd zaczął pracować jako detektyw, często musiał chodzić po ciasnych, wąskich miejscach. Rzadko mu się zdarzało znaleźć w takiej przestrzeni i oddychać świeżym powietrzem.

Po przeciwnej stronie dziedzińca trwała budowa. Czyżby nowe sale wykładowe? Konstrukcja dużego gmachu była doprowadzona już do trzeciego, czwartego piętra, a ze środka wyrastał żuraw wieżowy, z ramieniem wyciągniętym jak u modliszki.

– To będzie nasz nowy budynek dydaktyczny. Żelazna konstrukcja, sześć pięter.

W głosie Morisakiego dało się słyszeć coś jakby gorycz.

– Mam wrażenie, że wcale to pana nie cieszy.

– Tak, zdecydowanie mnie nie cieszy. Nic, tylko zwiększa się liczbę studentek, co z tego wyniknie? Biblioteka jest ciasna, książek brakuje, ale zamiast zwiększyć na nie budżet, to przeciwnie, jeszcze go zmniejszają, żeby załatać dziury w wydatkach na budowę. Oczywiście, to pomysł rektora Abego. Ale to nic dziwnego, jest też jednocześnie prezesem rady nadzorczej, więc może robić, co chce.

„A więc to tak, rzeczywiście”, przytaknął w duchu Katayama.

– Za tą budową jest akademik dla naszych studentek. Jeśli chce pan… ale nie, najpierw chciał się pan naradzić z Mitamurą.

– Tak.

We troje – jeśli wliczyć Holmes na ramieniu dziekana – ruszyli aleją prowadzącą ku wyjściu z uczelni. Katayama zauważył studentkę, która nadchodziła z przeciwnej strony. Ona też wydała mu się mało kobieca, choć inaczej niż sekretarka dziekana. Plecy proste jak struna, stanowcze kroki, nieznające strachu spojrzenie skierowane śmiało w przód – wszystko to kojarzyło się raczej z męskością. A jak rzeczywiście wyglądała ta dziewczyna? Proporcjonalne ciało, twarz nieco wydłużona, oczy w kształcie migdałów i prosty nos, lekko zaciśnięte usta… Ta piękna kobieta robiła wrażenie intelektualistki, a niebieska sukienka w delikatne wzory to wrażenie potęgowała.

– Dzień dobry, panie profesorze Morisaki – przywitała się, podchodząc do nich z zadziwiająco łagodnym uśmiechem. – U Holmes wszystko w porządku?

– Dziękuję, tak. Wracasz z pracy? – odpowiedział oczywiście dziekan, a nie Holmes we własnej osobie.

– Tak, dorabiam sobie pisaniem na maszynie. Słabo mi jeszcze idzie i ramiona bolą…

– Należy ci się trochę odpoczynku.

Dziewczyna zerknęła na Katayamę i kiwnąwszy głową, pożegnała się.

– Nazywa się Yukiko Yoshizuka – wyjaśnił dziekan, odprowadzając ją wzrokiem. – Zawsze ma najlepsze oceny na całym wydziale. I mieszka w akademiku. Piękność o białej twarzy, prawda? I tak jak to mówi jej imię, urodziła się w krainie śniegu, to znaczy, przyjechała z Akity… Co się panu stało? Źle się pan poczuł?

– I co? Jak to się skończyło? – zapytała Harumi, podając bratu dokładkę ryżu.

Rodzeństwo Katayama zajmowało mieszkanie na piętrze, w budynku oddalonym o kilka minut drogi wzdłuż torów od stacji Higashi Nakano.

– Wygląda na to, że Mitamura też chce ich tam wesprzeć, na ile to możliwe, więc polecił mi, żebym na razie odłożył inne zajęcia i zajął się śledztwem na uniwersytecie.

– Aha.

– Ale wiesz, to trudna sprawa.

– Dlaczego? Chyba lepsza niż śledztwo w sprawie morderstwa?

– Ja bym tak tego nie ujął – westchnął Katayama. – Jutro nie wrócę na noc.

– Ojej, a gdzie będziesz nocował?

– W akademiku.

Harumi otworzyła szeroko oczy.

– Ty? I co, może masz się przebrać za studentkę?

Teraz jej brat się zdziwił.

– Nie żartuj sobie! Przez całą noc będę na obserwacji.

– Ach, rzeczywiście! – zachichotała Harumi. – Przez chwilę się zdziwiłam. Ale myślę, że w przebraniu studentki byłoby ci do twarzy.

– Ale ty jesteś! Nawet nie pomyślisz, jak ja się czuję.

– Przecież to świetna fucha! Sam w otoczeniu tych wszystkich dziewcząt. Każdy by się ucieszył.

Katayama westchnął w duchu, bo on wcale się nie cieszył. Koledzy z policji, słysząc o jego zadaniu, mówili z zazdrością: „Ale ci się udało!”, a jeden – z całkowicie poważną miną – poprosił nawet, żeby go wpuścił w nocy chyłkiem do akademika. Szkoda, że nie może go poprosić, żeby się z nim zamienił zadaniami.

– To pomysł wujka Mitamury? – spytała Harumi.

Naczelnik Mitamura po śmierci ojca Katayamów przy różnych okazjach troszczył się o nich, dlatego Harumi zawsze tak go nazywała.

– O ile wiem, Morisaki, dziekan Wydziału Humanistycznego, ustalił to z Mitamurą.

– No to powodzenia. A mnie jutro smutno tu będzie samej – powiedziała półżartem.

Harumi miała dwadzieścia jeden lat. Niewysoka, trochę pulchna, dobrze zbudowana, miała okrągłą twarz, duże, wyraziste oczy i pogodny uśmiech, a wszystko to sprawiało, że każdy ją lubił. Katayama żywił pewne obawy, czy pozwolić jej podjąć pracę w tak wymagającym miejscu jak dom towarowy, ale zdziałał tylko tyle, że zaczęła się bardziej przejmować ubraniami i czasem przychodziła z nowym krawatem dla niego, a poza tym nie zmieniła się jakoś szczególnie, więc w końcu przestał się o nią martwić.

 – Skoro ma ci być smutno samej, może zaproś tu kogoś.

– Rzeczywiście. Może tak zrobię…

– Oczywiście, jakąś koleżankę – powiedział Katayama surowo, a Harumi roześmiała się bez zastanowienia.

– Hej, Harumi? – zagadnął ją, gdy wzięła się za zmywanie, a on ułożył się wygodnie i otworzył gazetę.

– Co takiego?

– Czy ty masz chłopaka?

– Pewnie, że mam, czterech czy pięciu.

– Aż tylu?

– Jeśli policzyć tych, z którymi czasem idziemy na drinka.

Harumi miała dość mocną głowę. Nie raz i nie dwa zdarzało się, że to ona odprowadzała aż do domu kolegów, z którymi się bawiła. Jej brat za to zupełnie nie mógł pić, jakby miał alergię na alkohol, wystarczyło, że wypił pół szklanki piwa, a zwalał się na podłogę.

– Dlaczego chcesz to wiedzieć? – zapytała teraz ona, nie przerywając zmywania.

– A, tak sobie… Bez powodu.

– Możesz się nie martwić – zapewniła, odwracając się do niego. – Nie wyjdę za mąż, dopóki ty nie znajdziesz sobie żony.

– Nawet nie mów takich rzeczy.

– Naprawdę… Wcale nie mam jeszcze ochoty na ślub.

W jej słowach można było wyczuć nutkę goryczy, ale brat tego nie zauważył.

– Może raczej ty się trochę bardziej postarasz? – powiedziała Harumi, wracając do poprzedniego lekkiego tonu. – A właśnie! Czy to nie dobra okazja?

– Do czego?

– Przecież jutro wybierasz się do miejsca, gdzie będą całe tłumy młodych kobiet! Koniecznie poszukaj tam sobie ukochanej.

– Daj spokój, to moja praca.

– Nie jesteś chyba na służbie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Na pewno znajdziesz chwilę, żeby uwieść jakąś dziewczynę.

Katayama ze śmiechem opuścił wzrok na swoją gazetę. Naraz przypomniała mu się ta piękna studentka, którą spotkali w drodze do wyjścia. Yukiko, tak się chyba nazywała. Yukiko Yoshizuka. Wyglądała na naprawdę inteligentną. „Cóż, raczej nie spojrzy na kogoś takiego jak ja”, pomyślał. Zresztą, takie inteligentki są często wyniosłe, pogardzają mężczyznami i zawsze mają rację. Trzeba poszukać kogoś, kto bardziej będzie do mnie pasował.

Brat i siostra spędzili noc tak jak zawsze, w swoim mieszkanku składającym się raptem z dwóch małych pokoików, jeden o wielkości sześciu, a drugi – czterech i pół maty1.

– Co sądzisz o tym młodym mężczyźnie, którego spotkaliśmy w południe?

– Jakim mężczyźnie?

– Pamiętasz, w alei.

– A, taki wysoki. Kto to może być?

– To był detektyw.

– Naprawdę? A nie wyglądał.

– To całkiem porządny człowiek.

– Nie sprawiał wrażenia zbyt bystrego.

– I to jest właśnie twoja wielka wada. W człowieku liczy się nie tylko inteligencja. Rzadko się teraz zdarzają ludzie tak prostolinijni jak ten młody człowiek.

– Widzę, że bardzo ci się spodobał.

Rozmowa odbywała się w całkowitej ciemności, ale naraz zabłysnął mały krążek światła. Miękkie światło lampki na stoliku nocnym oświetliło dziekana Morisakiego i Yukiko Yoshizukę, przytulonych do siebie w łóżku.

– Ale dlaczego ten policjant był u nas? Czy to ma związek z morderstwem Yumiko?

– Pośrednio.

– Co to znaczy? Chodzi o prostytucję?

– Zgadza się.

– Naprawdę są wśród nas osoby, które się tym zajmują?

– A myślisz, że nie ma?

– Nie – odpowiedziała rzeczowo Yukiko, kręcąc głową. – Myślę, że są. Nawet bym się nie zdziwiła, gdyby się okazało, że większość. Oczywiście, oprócz mnie.

– Jesteś pewna, że ty nie masz tego problemu? – zapytał Morisaki ze śmiechem.

– Ja z tobą jednym mam pełne ręce roboty. I do tego za darmo.

Yukiko wyciągnęła nagie ramię, przytuliła głowę Morisakiego i pocałowała go.

– Ale dlaczego musiałeś aż sprowadzić detektywa? Przecież ja mogłabym się wszystkiego dowiedzieć.

– Nie mogę cię narażać na niebezpieczeństwo.

– Dam sobie radę.

– Niebezpieczna jest właśnie twoja nadmierna pewność siebie. A policjant to przecież profesjonalista.

Yukiko przyjrzała się uważnie jego twarzy, jakby chciała z niej coś wyczytać.

– Naprawdę nie chodziło ci o to, żeby przy okazji jeszcze coś wybadał?

Morisaki nie odpowiedział.

– Czyli to jednak prawda. Chcesz się dowiedzieć, czy coś stoi za tamtą plotką.

– Na pewno jeśli wyjdzie na jaw, że zaprosiłem tu śledczego, osoby skryte w cieniu mogą zacząć coś robić. Ale moim celem naprawdę było tylko zbadanie sprawy prostytucji.

– No dobrze, na razie ci wierzę.

Morisaki się zaśmiał.

– Ech, ty panno ironiczna.

– A kto mi kiedyś mówił, że to moja wielka zaleta?

Yukiko spojrzała na zegarek leżący na stoliku nocnym.

– O, już dziesiąta. Muszę wracać do akademika, bo pan Komine będzie się czepiać.

Pan Komine był stróżem w akademiku.

– Ja też mam małe śledztwo do przeprowadzenia.

– Ach tak?

Ale żadne z nich nie próbowało wstać.

Chyba każde czekało, aż to drugie zacznie się zbierać. Spojrzeli na siebie i zaczęli się śmiać.

– Ale to moje śledztwo aż tyle czasu nie zajmie.

– A z panem Komine wystarczy chwilę uprzejmie porozmawiać i potem już złego słowa nie powie.

Morisaki wyciągnął rękę, zgasił lampkę i znów przytulił nagą Yukiko.

Holmes leżała w nogach, zwinięta w kłębek, ale z niechęcią otworzyła oczy, kiedy to, co się działo na łóżku, zaczęło zakłócać jej spokój. Z miną, jakby miała tego dość, zeskoczyła na podłogę, wbiła pazurki w dywan i przeciągnęła się energicznie. Potem wyszła przez te specjalnie dla niej zrobione drzwiczki, zupełnie jakby z uprzejmości nie chciała im przeszkadzać.

3

Żeński Uniwersytet Hagoromo znajdował się na przedmieściach Fuchū, na Trakcie Kōshū, w pobliżu Chōfu, a jego kampus zajmował teren o kształcie niemal kwadratowym. Na wprost bramy, za obsadzoną drzewami aleją, znajdował się budynek dydaktyczny numer 1, w którym były też pomieszczenia dziekanatu, a w głębi za nim wznosiły się budynek dydaktyczny numer 2 oraz budynek badawczy. A jeszcze dalej w głębi, wzdłuż ogrodzenia naprzeciwko bramy, ciągnęły się budynki mieszkalne dla wykładowców, sala gimnastyczna i basen, a następnie nowy budynek dydaktyczny, w budowie, i akademik dla studentek. Cała uczelnia wydawała się raczej niewielka, a liczba studentek nie przekraczała pięciuset.

Katayama dotarł na uniwersytet w sobotnie popołudnie. Zajęcia już się skończyły, więc może również dlatego na kampusie panowała cisza, a studentek widział tyle, że mógłby je policzyć na palcach obu rąk. W duchu odetchnął z ulgą.

Również poprzedniego dnia spotkał się z Morisakim w jego gabinecie. Dziekan, chociaż nie miał tego dnia zajęć, był porządnie ubrany w garnitur i w całym jego wyglądzie nie można było zauważyć najmniejszego zaniedbania.

– Skonsultowałem się z kolegą Mitamurą i ustaliliśmy, że na razie poprosimy pana o obserwację akademika przez jedną noc.

– Rozumiem. – Katayama skinął głową.

Na stole leżała Holmes, zwinięta w kłębek.

– Jeśli założyć, że może dojść do jakichś aktów prostytucji, to zapewne sobotnia noc jest do zbadania tego najwłaściwsza – powiedział Morisaki. – Tak się składa, że zaraz obok tej budowy jest stołówka dla pracowników budowlanych, urządzona w baraku z prefabrykatów. To chyba najlepsze miejsce do obserwowania akademika.

– Czy w akademiku jest ktoś taki jak stróż?

– Tak. Pan Komine. Pełni tę funkcję, odkąd mamy akademik w tym czteropiętrowym budynku. Będzie chyba już pięć lat? Bywa trochę męczący, ale w razie czego może warto, żeby pan go wypytał.

– A, tak, jeśli będzie można prosić.

– Jak najbardziej. W takim razie chodźmy razem, zaprowadzę pana.

Telefon zadzwonił w chwili, kiedy Morisaki wstał. Odebrał go i rozmawiał chwilę z miną, jakby ktoś bardzo zawracał mu głowę, wreszcie odłożył słuchawkę i powiedział:

– Przepraszam, dziekanat życzy sobie, żebym wpadł tam na chwilę. Czy może pan tutaj na mnie poczekać?

– Nie trzeba, pójdę sam. Pan Komine, prawda?

– Tak jest. W takim razie tylko porozmawiam z nim przez telefon. Przepraszam pana.

– Nie, nie, nic nie szkodzi.

Katayama wyszedł z gabinetu, a ponieważ uznał, że schodzenie z trzeciego piętra jest męczące, wsiadł do windy. W chwili, kiedy chciał już nacisnąć przycisk zamykania drzwi, do windy wślizgnęła się Holmes.

– Tutaj koty też jeżdżą windą? – zagadnął ją Katayama przyjaźnie.

Holmes z miną jakby nigdy nic usiadła elegancko na podłodze.

– Czy szanowna pani wysiada na parterze? – zapytał dla żartu.

– Miau! – odpowiedziała Holmes z tak idealnym wyczuciem czasu, że aż się roześmiał głośno.

Winda dotarła na parter i Katayama już chciał ruszyć do głównego wyjścia, kiedy poczuł, że nogawka spodni o coś się zahaczyła: to Holmes ciągnęła go pazurkami przedniej łapki.

– Ej, daj spokój. Mam tylko ten jeden garnitur.

Holmes była całym ciałem zwrócona w przeciwną stronę korytarza, tylko główkę wykręciła do niego i miauczała, jakby czegoś się od niego domagała.

– Co takiego? Mam iść tam?

– Miau.

– Ach, tak… Jak się wyjdzie tamtędy, to może być bliżej. Ale ty chyba nie prowadzisz mnie tak specjalnie, prawda?

Holmes dziarskim krokiem ruszyła przodem. Katayama pokręcił głową, ale zaraz ruszył za kotką. Kto by pomyślał, że będzie zwiedzał uniwersytet oprowadzany przez kota!

Z pewnym niedowierzaniem szedł za swoją przewodniczką i zaraz tylnym wyjściem wyszli z budynku dydaktycznego numer 1. Przez dziedziniec wciśnięty między budynek dydaktyczny numer 2 i budynek badawczy prowadziła geometryczna ścieżka z białych płyt, złożona z kół i linii prostych i obramowana rabatkami. Była piękna pogoda i blask słoneczny odbijał się od kamieni ścieżki tak, że aż raził w oczy.

– No tak, od razu widać, że to uniwersytet żeński – wyrwało się Katayamie.

Holmes, widać poważnie traktująca swoją rolę przewodniczki, bez zwłoki poprowadziła go tą ścieżką. Na środku dziedzińca był mały staw, otoczony ławkami, a na jednej z nich siedziała para, mężczyzna i kobieta. Byli zwróceni plecami do Katayamy i rozmawiali cały czas, nie zauważając go, ale naraz mężczyzna spróbował objąć kobietę. Katayama, który akurat znalazł się zaraz za nimi, stanął jak wryty. Ale ciekawsze było to, co się wydarzyło zaraz potem: kobieta wysunęła się z niechcianych objęć, podniosła rękę, w której trzymała gruby słownik, i z rozmachem zdzieliła nim mężczyznę w głowę. Ten chwycił się za nią i, jęcząc, opadł na ławkę, bo uderzenie najwyraźniej było dość silne.

– Chyba mnie z kimś pomyliłeś! – wykrzyknęła na finał i odwróciła się gwałtownie, tak że stanęła twarzą w twarz z Katayamą.

– Ojej!