Miesiąc przed pełnią - A.Kowalska-Bojar - ebook

Miesiąc przed pełnią ebook

A.Kowalska-Bojar

5,0

Opis

Luźna interpretacja baśni rosyjskiej w wersji dla dorosłych. Livia decyduje się porzucić swoje dotychczasowe życie i używając fortelu, trafia na zamek Niwara, czarnoksiężnika, o którym krążą przerażające plotki. Tam przekonuje się, że nie tylko są prawdziwe, ale także nie opisują w pełni skali okrucieństw popełnianych przez tego, kto nie jest nawet człowiekiem. Niestety, na ucieczkę jest za późno i Livia musi stawić czoła temu, co tak lekkomyślnie wybrała.

Historia należy do cyklu Demony. Upadająca oraz wszechpotężna rasa demonów pragnie odzyskać swą świetność. Jest jednak jeden problem – wśród żywych nie pozostała ani jedna kobieta. Dlatego ich przywódcy otwierają magiczną bramę między światami i sprowadzają do swej ojczyzny grupę obcych. Ludzi. Po kilkunastu latach upadlającej i pełnej okrucieństw niewoli przybysze buntują się, podejmując walkę ze znacznie silniejszym od siebie przeciwnikiem. Akcja toczy się w różnych częściach świata oraz w różnych okresach czasu, które czasami dzielą setki lat. To całkiem nowe uniwersum i nie znajdziecie podobnego w żadnej innej książce. Moi bohaterowie przeżywają te same rozterki co wy, kochają, nienawidzą i umierają. Czasami towarzyszy im magia, pulsująca w takt każdego oddechu, czasami namiętność tak wielka, że wykracza poza ramy ludzkiego pojmowania.
Bo demony kochają inaczej… 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 64

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Mężczyzna w kapturze na czerwonym tle.

seria Demony

Miesiąc

przed pełnią

księżyca

Agnieszka Kowalska-Bojar

Wydawnictwo Motylewnosie

Poznań 2026

Copyright © Agnieszka Kowalska-Bojar

Copyright © Motylewnosie

Wydanie I

Poznań 2026

Ebook ISBN 978-83-66352-73-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji w jakiejkolwiek postaci zabronione bez wcześniejsze pisemnej zgody autora oraz wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pomocą nośników elektronicznych.

Korekta i redakcja:  Sylwia Dziemińska, korektaprzykawie.pl

Wydawnictwo:

motyleWnosie

[email protected]

Ebooki i książki kupisz na stronie:

www.motylewnosie.pl

www.sklep.motylewnosie.pl

O złym czarodzieju, upartej księżniczce

i szlachetnym księciu...

Miesiąc przed pełnią księżyca

Małżeństwo miało przypieczętować sojusz. Było doskonale przemyślanym układem politycznym, w obliczu korzyści którego, nie liczyły się nawet uczucia dwojga przeznaczonych sobie ludzi. Zresztą, wiedzieli oni o swym losie już od kołyski. Taki był zwyczaj i nikt się z nim nie kłócił, nikt nie starał się go zmienić. Królewskie rody rządziły się własnymi prawami, jakkolwiek brutalne by one się nie wydawały.

Stolica Lacetonii była potężnym, rozległym miastem. Wieże zamku pięły się w górę, a ich czubki znikały w gęstych chmurach. Za zamkiem rozciągał się nieprzebyty ocean, a u jego podnóża płynęła wzburzona rzeka, oddzielająca twierdzę do zabudowań miejskich. Lecz nic tu nie było dziełem przypadku, wszystko starannie rozplanowano, każdy detal rozmieszczenia budynków i ich murów. Jedynie wnętrze raziło pewną kiczowatością, bowiem ostatnie władczynie miewały dość kiepski gust oraz żywiły nieopanowaną miłość do różnego rodzaju bibelotów i ozdób pochodzących z zamorskich krain. Władców zaś bardziej zajmowały wyprawy wojenne i rządzenie niż szczegóły urządzania zamkowych komnat.

Na jednej z wież w okiennym wykuszu siedziała dziewczyna. Uciekła tu, by choć przez chwilę odetchnąć od nałożonych na nią obowiązków. Też pochodziła ze szlacheckiego rodu, ale od dawna nikt się tym szlachectwem nie przejmował. Konkretnie od dnia, gdy pradziadek przehulał w karczmie resztę rodzinnego majątku. Teraz to ona i jej siostry płaciły za rozrzutność przodków. Każda z nich ciężko pracowała na swe utrzymanie. Jedna z nich, Livia, często myślała z przekąsem, że słowo „ciężko” nie było eufemizmem. Posłała ostatnie, tęskne spojrzenie dalekiemu światu, po czym pośpieszyła do komnat księżniczki.

Wielkimi krokami zbliżał się długo oczekiwany dzień. Wesele i ślub. Sojusz. Nawet odrobinę zazdrościła pannie młodej, bo narzeczony, kiedy przybył z wizytą, wydał się wszystkim niezwykle przystojny i szarmancki. Legendy głosiły też, że był niezwykle waleczny. Same zalety, niewiele wad. Uśmiechnęła się pod nosem. Cóż, służba o jednej wiedziała na pewno. Pan książę nie pozostał obojętny na uroki pewnej panny pokojowej i podczas pobytu tutaj spędził wiele miłych chwil w jej towarzystwie. Oczywiście sowicie ją za to wynagradzając. Wiążąc tasiemki fartucha, Livia myślała, że nie był tak zupełnie bez skazy. Zresztą, to nie była jej sprawa.

Z westchnieniem przystąpiła do wypełniania swych obowiązków, czyli czyszczenia ogromnych arrasów, na których przedstawiono bohaterskie czyny członków królewskiego rodu. Nawet weszła za jeden z nich, znajdując za grubą, ciężką tkaniną niewielką wnękę. Zanim zdążyła się zastanowić, co robi, usiadła na kamiennej ławce i zamarła.

Do pomieszczenia, które pełniło też często rolę królewskiej komnaty narad, weszło kilka osób. Wzburzony głos władcy przeplatał się z innymi, wśród których Livia poznała jeszcze dwóch doradców, trzech ministrów i bardzo zasmucony głos królowej.

– Jak to przysłał żądanie? Przecież już od wieków nie dawał znaku życia! – mówiła władczyni. – I dlaczego akurat nasza córka?

– Dawał, moja droga, dawał. Ale zazwyczaj żądał niewolników, kamieni szlachetnych, czasem broni.

– Nic nie mówiłeś.

– Nie chciałem cię martwić.

– I widzisz, do czego to doprowadziło – wytknęła mu, podczas gdy cała reszta zachowała milczenie pełne zadumy. Za to Livia siedziała jak przysłowiowa mysz pod miotłą. Od razu zorientowała się, o czym rozmawia królewska para.

Lacetoni było potężne, bogate i niezależne. Lecz istniał ktoś, kto zwyciężył całą armię, dotarł do stolicy, a następnie zażądał płacenia sobie corocznego okupu. To było dawno, bardzo dawno temu, nawet pradziadek hulaka dziewczyny był wtedy jeszcze zasmarkanym chłopaczkiem. Wielki Czarnoksiężnik nie niszczył, nie palił i nie brał do niewoli, choć nic nie stało mu na przeszkodzie. Zawarł umowę, skrupulatnie realizowaną przez kolejnych władców. Z czasem upominał się o swój legat coraz rzadziej. Zwykli ludzie opowiadali sobie o nim legendy, myśląc, że już dawno umarł, a ich świat został ocalony od złego ducha, zamieszkującego wyspę na samym środku wielkiego oceanu. Jak widać, nie była to prawda, a kłamstwo, skrzętnie ukrywane przez panującą władzę.

– Co teraz zrobimy? – spytała drżącym głosem królowa.

– Nic. Olina niech się przygotuje.

– Nie! – krzyknęła. – Moja jedyna córka! Takie wiązaliśmy z nią nadzieje! Nie możesz!

– Arleno, muszę. – Król, choć przybity, był również stanowczy. – Wiesz, czym grozi niedotrzymanie warunków umowy? Zagładą naszego kraju.

– Co mnie to obchodzi. Moja Olina! – zawodziła królowa. – Przecież wiesz, że poprzednie panny przepadały bez śladu. Twoja siostra, siostra twego ojca i cała reszta. Bez najmniejszego śladu! Zamordowane przez to monstrum! Kto wie, może też torturowane!

– Najdroższa, nie przesadzaj. Nie ma żadnego potwierdzenia…

– Jest! Brak kontaktu od nich!

– Nikt nie ma kontaktu z Wyspą.

– To sługa zła! Ohydny starzec, o naznaczonym ciemnością ciele i jeszcze mroczniejszej duszy. A ty chcesz mu dać…!

Kolejny jęk, a Livii zrobiło się nieoczekiwanie gorąco. Zły Czarnoksiężnik nie miał imienia, bo prosty lud bał się je wymawiać. W nocy, przy ognisku, opowiadano sobie o jego krwawych czynach, wyuzdanych praktykach, ofiarach składanych z niewinnych, zwłaszcza dzieci, o tym, że żywił się ludzkim mięsem, a ludzką krew pijał jak wino. Był wszechpotężny i całe szczęście niezbyt zainteresowany całkowitą władzą nad światem. Zresztą, już miał takową, bo gdziekolwiek by się nie pojawił, nienawidzono go i wielbiono, niczym jednego z bogów.

Zemdloną królową wyniesiono z komnaty, a król krótko naradził się zresztą. Postanowiono powiedzieć Olinie, aby miała czas z wszystkimi się pożegnać. I przygotować. Najgorsze było odwołanie małżeństwa z księciem, ale nikt nie mógł stanąć na drodze Czarnoksiężnikowi.

Na cały zamek spadła żałoba. Potem wypełzła za jego mury, dotarła do granic i bez problemu je przekroczyła. Olina na przemian mdlała i spazmowała, ale od ojcowskiej decyzji nie było odwołania.

– Idź do komnaty księżniczki, trzeba tam posprzątać – powiedziała ochmistrzyni, przybierając ponury wyraz twarzy. – Za dwa dni przybędzie po nią narzeczony. – Ostatnie słowo niemal wypluła. Nikt nie odważył się sprzeciwić władcy, chociaż wielu po cichu złorzeczyło Czarnoksiężnikowi.

– Dobrze. Czy straż mnie wpuści?

– Tak. Uprzedziłam ich, że przyjdziesz.

Komnata tonęła w półmroku. Sprzęty były poprzewracane, drobne bibeloty chrzęściły pod butami przy każdym kroku. Widać księżniczka dość ogniście okazała swe niezadowolenie. Teraz leżała na ogromnym łożu z baldachimem, nieruchomo, jakby w letargu. Livia ostrożnie zaczęła sprzątać, ale nie dało się tego robić w całkowitej ciszy.

– A, to tylko ty – powiedziała obojętnie dziewczyna. Twarz miała opuchniętą od płaczu, złociste włosy potargane.

– To tylko ja – mruknęła Livia. Układała, wycierała i zbierała, aż dotarła do okna. To, co przez nie ujrzała, zatrzymało ją w półkroku.

– Pani – powiedziała zdławionym głosem. – Przybywa!

– Jak to? Już? – Księżniczka poderwała się z łóżka i jednym susem dopadła okna. – Och bogowie, za wcześnie! On nie zdąży mnie… – I umilkła gwałtownie, wpatrując się w zaskoczoną Livię.

– Domyślasz się, co chciałam powiedzieć?

– Tak. Ale przysięgam, zatrzymam to dla siebie.

– Nie będziesz musiała – Olina skuliła się, opierając o ścianę. – Dawen miał przybyć, aby zmierzyć się z Czarnoksiężnikiem, wyzwać go na pojedynek. Jeszcze się nie pojawił, być może w ogóle nie przybędzie. Nie dziwię mu się – dodała markotnie.

– Nie dziwisz? – Livia również oparła się o ścianę, ramię w ramię z księżniczką.

– To potwór, a nie człowiek. Zamieniłby Dawena w przydrożny pył. Aż tak mój książę mnie nie kocha – dodała z ironią. – Będę musiała zaakceptować nieuniknione i udać się w nieznane.

– W nieznane? – Livia spojrzała na horyzont, na bezkresny ocean i niezwykle błękitne niebo tuż nad nim. – W nieznane – powtórzyła z nagłą tęsknotą.

– Ty byś chciała?

– Nie wiem. Ale istnieją gorsze rzeczy od życia, które wiodę – odparła z goryczą. – A co mam w perspektywie? Pijanych wielmożów, którzy chętnie zaciągnęliby mnie w ustronne miejsce. Zostanie kochanką bogacza albo żoną wiecznie umęczonego biedaka.

– Ładna jesteś, nawet bardzo. – Księżniczka zerknęła na nią z namysłem. – Niejedna na urodzie daleko zaszła.

– Przez alkowę – Livia uśmiechnęła się cynicznie. – Przepraszam, muszę chyba wracać do pracy.

Zmiotła resztę potłuczonych skorup, poprawiła pościel na łóżku i już chciała wyjść, gdy księżniczka nieoczekiwanie zapytała.

– Jak ci na imię?

– Livia, wasza wysokość.