Między nami zima - K.M.Serafin - ebook
NOWOŚĆ

Między nami zima ebook

K. M. Serafin

4,0

65 osób interesuje się tą książką

Opis

Dwa tygodnie zimowiska w Bieszczadach i uczucie, którego nie było w planach.

Alina, świeżo upieczona pedagożka, przyjeżdża w góry jako wychowawczyni zimowiska dla licealistów. Ma perfekcyjnie przygotowany plan pracy z młodzieżą, regulaminy i jedno postanowienie: zachować pełen profesjonalizm.Wszystko komplikuje się w momencie, gdy poznaje Damiana, współwychowawcę będącego jej zupełnym przeciwieństwem. Wyluzowany, charyzmatyczny i uwielbiany przez młodzież, skutecznie burzy jej uporządkowany świat.

„Między nami zima” to opowieść o uczuciu, które pojawiło się znikąd, oraz o cienkiej granicy między rozsądkiem a sercem i decyzjach, które potrafią zmienić wszystko.

Nowelka z Kolekcji komfortowych romansów Inanny

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 164

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (2 oceny)
1
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
SANNICNIK

Nie oderwiesz się od lektury

Po raz kolejny to mówię UWIELBIAM TWOJE PIÓRO ❤️ Twoja Wiedźma ❤️
00



Między nami zima

K.M.Serafin

Wydawnictwo Inanna

Spis treści

Dedykacja

Rozdział 1

Rozdział 2

Copyright

📖 Informacja o wersji demo

Lista stron

Strona 1

Strona 2

Strona 3

Strona 4

Strona 5

Strona 6

Strona 7

Strona 8

Strona 9

Dedykacja

Dla wszystkich, którzy nie wierzą, że coś wspaniałego może wydarzyć się w najmniej oczekiwanym momencie.

Rozdział 1

Przystanek

Dwa tygodnie, sześćdziesiąt imion, jeden plan. Dam radę.

Powtarzam to sobie jak mantrę, stojąc przed ośrodkiem wypoczynkowym w górach. Śnieg skrzypi pod butami, a mróz szczypie mnie w policzki tak mocno, że czuję, jak górna warga zaczyna drętwieć. Czy wzięłam wystarczającą ilość ciepłych ubrań?!

Ciągnę za sobą wielką walizkę i kieruję się w stronę wejścia do ośrodka. Widzę, że jest tu też drugi budynek, a oba są niemal identyczne, oddzielone długą, częściowo zasypaną śniegiem ścieżką i przedzielone niewielkim pagórkiem. Podchodzę do drzwi, nad którymi wisi tabliczka z napisem „Bieszczadzki Raj”.

Odstawiam walizkę i termos, a także plecak, z którego wyciągam listę uczestników obozu. Sześćdziesiąt nastolatków… Może lepiej było jechać z dzieciakami z podstawówki? Czuję, jak panika zaczyna rozciągać się w moim wnętrzu niczym macki ośmiornicy, więc uskuteczniam serię uspokajających wdechów, których nauczyłam się na zajęciach praktycznych na uczelni. Ponownie zerkam na listę i wpatruję się w komentarze dopisane niemal do każdej z osób. Wszystkich dokładnie opisałam na podstawie otrzymanych od rodziców ankiet. Mam nadzieję, że niczego nie pomyliłam.

– Sześćdziesiąt osób… – mruczę pod nosem – To się nie uda.

Zerkam na zegarek, jest punkt dziewiąta, autokary powinny już tu być. Jak na zawołanie z oddali słyszę dźwięk silników, a chwilę później zza zakrętu wyłaniają się dwa długie pojazdy.

Serce zaczyna mi walić.

Tylko spokojnie– powtarzam w myślach.

Autobusy zatrzymują się z głośnym sykiem, drzwi się otwierają, a idealną ciszę wypełniają gwar, śmiech i organizacyjny chaos. Młodzież wychodzi z autokarów, a ten tłum przypomina kolorowe gumy kulki, które wysypały się z pojemnika na cukierki. Kurtki, czapki, plecaki… Wszystkie kolory tęczy migają mi przed oczami. Boże… Oni wyglądają jak ja… I mam się nimi opiekować?! Chłopakom sięgam do pachy!

– O, to pani pewnie Alina? Nowa wychowawczyni?

Odwracam się i omiatam spojrzeniem postawnego, wysokiego mężczyznę koło czterdziestki.

– Tak, to ja.

– Miło mi, jestem Antoni, ale możesz mi mówić Antek. Sorry, że od razu po imieniu, ale tak będzie łatwiej.

Zerkam na wyciągniętą w moją stronę dłoń, po czym nieco niepewnie ściskam ją na powitanie.

– Nie ma problemu – odpowiadam, siląc się na swobodny uśmiech.

– Młodzież ma temperament, ale nie martw się. Zwykle ja tu wszystko ogarniam. Nie zdziw się, jeśli na początku będą chcieli cię sprawdzić – śmieje się. – To cwane bestie, gdy tylko wyczują, że nie masz siły przebicia, to po tobie.

– Powinnam się bać?

– Jeśli masz wątpliwości, to teraz jest idealny czas na ewakuację.

Przyglądam się pewnemu siebie Antkowi i od razu wiem, że nie znajdzie się w grupie moich najbliższych przyjaciół. Nie przepadam za ludźmi, którzy za wszelką cenę próbują postawić się wyżej od innych.

– Cześć, jestem Kaja. – Wysoka dziewczyna z krótkimi blond włosami wyciąga do mnie rękę. Ma na głowie czerwoną czapkę z ogromnym białym pomponem i na ten widok z ledwością powstrzymuję uśmiech.

– Alina, miło mi – witam się.

– Trochę szkoda, że nie będziemy w jednym budynku – mówi niezadowolona i spogląda znacząco na kolegę, co pokazuje mi, że nasze rozdzielenie to prawdopodobnie jego sprawka. – Fajnie by było w końcu mieć koleżankę…

– Nie będziemy wszyscy w Bieszczadzkim Raju? – dopytuję, zerkając na mężczyznę, który cały czas mi się przygląda.

– Nie czytałaś maila?

– Wczoraj wieczorem nie było nic nowego – odpowiadam zmieszana.

– Ja, Kaja i Krzysiek mieszkamy w Bieszczadzkiej Bryzie, to ten drugi budynek, widzisz?

– Skąd ten podział?

– Bryza ma liczniejsze pokoje i pomieści więcej dzieciaków. My mamy czterdziestkę, a ty i Damian opiekujecie się dwudziestką.

– A gdzie jest ten Damian? – Mój wzrok zatrzymuje się na wysokim mężczyźnie w zielonej czapce, który razem z kierowcą wyciąga walizki z bagażnika autokaru.

– To jest Krzysiek. Krzychu! To Alina! – krzyczy Antek i po chwili wywołany mężczyzna prostuje się i spogląda wprost na mnie. Macha, a potem znów skupia się na bagażach.

– To gdzie Damian?

– Pisał, że się spóźni. Kaja, pomóż Krzyśkowi, zaraz do was dołączę, tylko oprowadzę młodą po Raju.

– Alinę – poprawiam go, znów wymuszając uprzejmy uśmiech.

– Jasne.

– To co z moim współwychowawcą?

– Spóźnialski? – Macha lekceważąco ręką. – Podobno przyjedzie samochodem, ale nie wiem o której. Nie stresuj się, pewnie zaraz będzie.

– Nie ma to jak dobre wejście… – mamroczę pod nosem i wygląda na to, że Antek mnie nie usłyszał.

Ruszamy w stronę ośrodka i gdy oboje stajemy w pustym holu, dociera do mnie zapach gotującego się obiadu i starego drewna. Budynek jest idealnym przykładem ośrodka pamiętającego lata PRL-u. Wszędzie drewniana boazeria, fotele i kanapy z czerwonopomarańczową tapicerką oraz gumoleum, na którym podeszwy moich butów niesamowicie piszczą.

– Listę pokojów przesłałem ci rano, sprawdź maila. Tutaj… – Antek podchodzi do kontuaru recepcji – masz wszystkie klucze. Korytarzem w prawo dojdziecie do stołówki i pierwszej świetlicy. Na piętrze są pokoje i kadrówka.

– Kadrówka?

– Pokój kadry, opiekunów, jak zwał, tak zwał. Chyba zamierzacie planować zajęcia dla dzieciaków?

– Tak, tak! – odpowiadam szybko i czuję, że się czerwienię. – Po prostu nie znałam tego określenia.

– Pierwszy raz na obozie?

– To aż tak widoczne? – Śmieję się nerwowo i ściągam czapkę, po czym przygładzam dwa warkocze.

– Wyglądasz prawie jak te dzieciaki, które wyskoczyły z autokaru, więc nie podejrzewałem stażu stulecia.

– Jestem świeżo po licencjacie…

– Widać – parska i nerwowo się rozgląda.

– A Damian? – pytam z nadzieją, że przydzielono mi kogoś bardziej doświadczonego niż ja sama.

– Ten młody?

– Młody?! – jęczę z rezygnacją, a zobaczywszy uśmiech na twarzy Antoniego, utwierdzam się w przekonaniu, że podział opiekunów faktycznie nie był przypadkowy.

– Chyba kończy magisterkę na AWF. A przynajmniej o czymś takim ostatnio wspominał.

– Znacie się? Był już na obozach?

– Był, ale czy czegokolwiek się nauczył? – Antek wzrusza ramionami i wyciąga z kieszeni dzwoniący telefon. – Tak? Dobra, zaraz przyjdziemy.

Stoję bez ruchu i patrzę, jak nowy kolega zbliża się do drzwi wyjściowych. Na chwilę się zatrzymuje i odwraca w moją stronę.

– Musimy wracać, młodzi robią zadymę. Aha, w kuchni szefuje pani Krysia, lepiej nie wdawaj się z nią w dyskusje. Jest też pan Włodek, nasz woźny, taka złota rączka. Poczciwy chłopina, ale często zapomina, co ma zrobić. Zawsze gdzieś tu się kręci.

Wychodzimy na zewnątrz, a mroźne powietrze od razu szczypie mnie w twarz. Antek rusza przed siebie, a ja próbuję za nim nadążyć, zerkając na młodzież tłoczącą się przed autokarami. Wszędzie panuje kompletny chaos. Ktoś głośno woła kolegę, inni szukają swoich walizek, a jakieś dziewczyny kłócą się o to, która z nich będzie miała lepszy pokój. Jeden z chłopaków ma nawet bezprzewodowy głośnik, z którego wydobywa się głośna muzyka. Widzę również latające w powietrzu śnieżki i piszczące dzieciaki, które przed nimi uciekają.

Ja mam nad tym zapanować?!

– I jak? – Antek spogląda na mnie przez ramię, wyraźnie rozbawiony. – Fajna ekipa, co?

– Fajna? – powtarzam, gdy udaje mi się do niego podbiec. – Przecież oni się tu zaraz pozabijają.

– Nie przesadzaj, to dopiero początek. – Znowu macha ręką. – Ogarną się.

Sekundę później jedna z dziewczyn potyka się o walizkę i ląduje w śniegu, a trójka chłopaków stojących obok wybucha śmiechem. No tak… początek. Przygryzam wargę i odruchowo szukam wzrokiem drugiej opiekunki, ale nigdzie jej nie widzę.

– Dobra, młodzi, chwila uwagi! – krzyczy Antek, klaszcząc w dłonie. – Zanim cokolwiek się zacznie, przedstawię wam kadrę!

Kilka osób cichnie, ale większość wciąż szepcze i robi zdjęcia.

– To jest Alina, nowa wychowawczyni, będzie prowadziła grupę A, która zamieszka w Bieszczadzkim Raju. – Wskazuje na mnie, więc podnoszę rękę i macham do młodych, starając się wyglądać na opanowaną.

– Ale tu zimnooo! – jęczy dziewczyna w różowej czapce, tupiąc nogami.

– Proszę pani, a to jest ten ośrodek z internetu?

– A jakie jest hasło do Wi-Fi?

– Łazienki wyglądają tak jak na zdjęciach?

Przez moment mam wrażenie, że uczestniczę w nagraniach do programu z ukrytą kamerą. Próbuję się uśmiechnąć, ale czuję, że powoli tracę kontrolę.

– Dobrze! Ustawcie się, proszę, w dwóch rzędach! Za chwilę sprawdzę listę! – krzyczę, ale nikt nawet nie drgnie.

Z niedowierzaniem patrzę, jak młodzi nadal rozmawiają między sobą, robią zdjęcia i kompletnie mnie ignorują.

– Selfie na start! – krzyczy dziewczyna z różową czapką i ręką przyciąga do siebie koleżankę.

– Niech pani nie patrzy, bo zaraz będą jęczeć, że przez panią nie wyszło – odzywa się stojący obok mnie chłopak. Wygląda niemal jak mój rówieśnik, ubrany w beżowy płaszcz, który od razu rzuca się w oczy.

Przyglądam mu się chyba o sekundę za długo, bo uśmiecha się szeroko i wyciąga dłoń.

– Kuba.

– Miło mi cię poznać, choć wolałabym, żeby wszyscy się ustawili.

Niespodziewanie wkłada dwa palce do ust i głośno gwiżdże. W jednej chwili zapada cisza.

– Nie słyszeliście?! Wychowawczyni kazała się ustawić!

Cała grupa – jak zaczarowana – tworzy równy rząd, a ja obserwuję to z absolutnym zdziwieniem.

– Dzięki – mówię cicho, speszona.

– Nie ma sprawy, polecam się na przyszłość. – Kuba mruga do mnie i wraca na swoje miejsce.

– To będą wspaniałe dwa tygodnie… – wzdycham pod nosem i zaczynam odczytywać listę z podziałem na grupy.

Po wyczytaniu kilku nazwisk zatrzymuję spojrzenie na dziewczynie z długimi, czarnymi włosami i słuchawkami na uszach. Stoi z boku i kompletnie mnie lekceważy.

– Ty w czarnej kurtce, możesz na moment zdjąć słuchawki? – proszę spokojnie.

Brak reakcji. Zerkam na Antka w poszukiwaniu wsparcia, ale on tylko uśmiecha się złośliwie i wzrusza ramionami.

– Halo! Słuchawki! – powtarzam głośniej.

Dziewczyna powoli zsuwa sprzęt z głowy i spogląda na mnie z obojętną miną.

– Co?

– Nie „co”, a „słucham”! – poprawiam ją ostrzejszym tonem. – Jak masz na imię?

– Lena.

– Świetnie, miło poznać, Leno. Dopóki nie skończymy zakwaterowania, proszę, żebyś miała ściągnięte słuchawki, dobrze?

Wpatruje się we mnie z lekkim wyzwaniem w oczach, ale w końcu ustępuje i zsuwa słuchawki na szyję. Z tłumu rozlega się gwizd.

– Ale ostra! – rzuca jeden z chłopaków, a jego koledzy parskają śmiechem.

– Ty to pewnie Bartek? – pytam ze zmrużonymi oczami.

– Skąd pani wiedziała?

– Intuicja… – odpowiadam ze wzrokiem utkwionym w komentarzu przy jego nazwisku: „żartowniś, problemy wychowawcze”.

Zaraz zauważam, że stojąca obok drobna blondynka robi maślane oczy do Kuby. Chłopak coś do niej szepcze, a ona śmieje się zbyt głośno, nienaturalnie.

– A ty jak masz na imię? – pytam.

– Julia – odpowiada i przygryza wargę, po czym znów zerka na chłopaka.

Przewracam kartkę i sprawdzam kolejne nazwiska.

– A gdzie jest Maja? Nie słyszałam jej.

Z końca grupy unosi się dłoń.

– Tutaj.

– Dobrze, Maju. Stań po prawej stronie z resztą grupy. Tu, obok Leny.

***

Wprowadzam swoich podopiecznych do środka Bieszczadzkiego Raju, a gdy dostrzegam, że rozchodzą się na wszystkie strony, kompletnie nie trzymając szyku, mam wrażenie, że zaraz eksploduję z nerwów. Ponownie uderza mnie zapach starego drewna.

– Tutaj będziemy spać? – pyta Kuba, rozglądający się po holu. – To nie muzeum PRL-u?

– To piękne miejsce – odpowiadam z przekąsem.

– Prawdziwy raj – wzdycha Bartek.

– Tapety takie retro – dorzuca Julka, tłumiąca śmiech.

Nie komentuję, bo sama czuję, jakbym cofnęła się w czasie. Oprowadzam młodych po świetlicy, czyli totalnie pustym pomieszczeniu z krzesłami, i tłumaczę im, że ping-pong, bilard i piłkarzyki są w świetlicy w drugiej części ośrodka.

– A jak się nazywa tamten drugi budynek? – pyta cicho Maja.

– Bieszczadzka Bryza – oznajmiam i już nawet nie reaguję na kolejną salwę śmiechu.

Wchodzimy do stołówki zapełnionej stołami z laminowanymi blatami oraz krzesłami z metalowymi nogami. Z kuchni dobiega stukanie garnków.

– Proszę pani, a będą jakieś imprezy? – pyta Bartek z nadzieją.

– Myślę, że coś fajnego da się zorganizować – odpowiadam ostrożnie.

– Czyli nie… – mruczy Lena i krzyżuje ramiona na piersi.

– Najpierw zakwaterowanie i obiad. Oby drugi opiekun zjawił się już niedługo – dodaję, a w myślach klnę jak szewc.

Przy akompaniamencie narzekań na brak windy wchodzimy na pierwsze piętro, gdzie udaje mi się przydzielić pokoje. Kiedy kończę, widzę uniesioną rękę.

– Tak, Bartku?

– Gdzie pani pokój?

– Na końcu korytarza.

– Szkoda, że tak daleko – rzuca z uśmiechem, a Kuba szturcha go w ramię.

Czuję, że policzki zaczynają mnie piec, ale udaję, że jego sugestie nie robią na mnie żadnego wrażenia.

***

Zapach kolacji unosi się w całej stołówce. Młodzież zajmuje już swoje miejsca, a ja staję przy wejściu, pilnując, by nikt nie rozlał herbaty ani nie zaczął rzucać w innych jedzeniem. Nigdy nie wiadomo, co im może przyjść do głowy.

– Proszę pani, na kolację tylko kanapki? – pyta Kuba, zaglądający do kuchni.

Pani Krysia, przysadzista kobieta z ciemnymi włosami i białym czepkiem, podpiera się pod boki i wychyla w jego stronę.

– Jak się nie podoba, to nie jedz! – fuka i znika w głębi pomieszczenia.

Zerkam z niepokojem na zegar. Drugi opiekun nie pojawił się na obiedzie i zaczynam się zastanawiać, czy w ogóle dotrze do pracy. Podskakuję, gdy drzwi stołówki otwierają się z hukiem, a do środka wchodzi wysoki mężczyzna, otrzepujący kurtkę ze śniegu. Kropelki wody lądują na podłodze, a jego czarne, lekko falowane włosy opadają na czoło, kontrastując z zaróżowionymi od mrozu policzkami.

Rozmowy milkną, jakby ktoś wyłączył dźwięk. Widzę, że większość dziewczyn natychmiast zaczyna szeptać między sobą i błyszczącymi oczami wpatrywać się w przybysza. Wcale im się nie dziwię, bo chłopak jest naprawdę przystojny. W innych okolicznościach prędzej umarłabym ze wstydu, niż odezwała się do niego pierwsza.

Ale teraz nie mam wyboru. Ruszam przed siebie, próbując przywołać resztki profesjonalizmu.

– Przepraszam, ale kurtki zostawiamy przy wejściu – mówię stanowczo, wskazując na drzwi.

Mężczyzna unosi brew i przesuwa po mnie spojrzeniem od stóp do głów.

– Okej, młoda. Nie musisz mnie upominać. Zjem i odwieszę.

Zamieram.

Młoda?!

Czy on właśnie mnie… zgasił?!

Nim zdążę odpowiedzieć, obok pojawia się Antek z talerzem kanapek.

– O, Damian! W końcu jesteś.

– No, korki były po drodze.

– To jest Alina, twoja współwychowawczyni – dodaje z szerokim uśmiechem. – Alino, poznaj Damiana.

Chłopak nieruchomieje z dłonią przy zamku kurtki i patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami.

– Ty jesteś wychowawczynią?

– No… tak?

– Sorry, myślałem, że jesteś uczennicą.

Za moimi plecami rozlega się chichot, a mnie robi się gorąco jak w saunie.

– To będą długie dwa tygodnie… – mamroczę i odwracam się w stronę stołu.

Jak na złość Damian siada naprzeciwko mnie i zaczyna swobodnie rozmawiać z młodzieżą, jakby znali się od lat. Nie mogę oderwać od niego wzroku – nie dlatego, że jest przystojny, ale dlatego, że wszyscy od razu go zaakceptowali. Natychmiast zaczynam się irytować. Spóźniony, zgrywus, a do tego ulubieniec całego zimowiska.

Świetnie.

To z pewnością nie będą udane dwa tygodnie.

Rozdział 2

Plan i chaos

Po nocy, której praktycznie nie przespałam, z trudem poruszam nogami, gdy kieruję się w stronę stołówki. Młodzież nie zawiodła – do trzeciej w nocy biegałam po pokojach i próbowałam uciszyć wszystkich, którzy najwyraźniej postanowili urządzić sobie maraton spotkań po północy.

Ziewam tak szeroko, że aż łzy napływają mi do oczu, i zasłaniam usta dłonią, po czym staję jak wryta w progu jadalni. Harmider i organizacyjny chaos budzą mnie skuteczniej niż poranna kawa. Stołówka przypomina ruchliwy dworzec. Gwar, śmiech… Ktoś przewraca krzesło, a ktoś inny puszcza muzykę z telefonu.

Moja grupa – nocni zakłócacze spokoju – wygląda jak zombie po apokalipsie. Ledwo przytomni, z półprzymkniętymi oczami siedzą pochyleni nad stołami. Za to grupa z Bieszczadzkiej Bryzy tętni energią. Wszyscy się przekrzykują, przepychają, walczą o miejsca, jakby od tego zależało ich życie.

Nim zdążę się ruszyć, z kuchni wypada pani Krysia i z łyżką w dłoni zmierza wprost do mnie.

– Co to za kadra, która nie potrafi zapanować nad zgrają hołoty?!

– Dzień dobry, pani Krysiu! – odpowiadam przesadnie radosna. – Piękny poranek, prawda?

– Niech mi tu pani nie mydli oczu! – fuka. – Albo ich pani uspokoi, albo zaraz wszystkich wyrzucę i nikomu nie dam śniadania!

Zamaszystym ruchem odwraca się i znika w kuchni, zostawiwszy za sobą zapach smażonej cebuli.

Przeczesuję wzrokiem salę, biorę głęboki wdech i już mam coś powiedzieć, gdy do środka wchodzą Antek i Krzysiek. Obaj mówią donośnie, więc po chwili gwar cichnie i wszyscy potulnie siadają na miejscach.

***

– Plan dnia? – słyszę znajomy głos.

Unoszę głowę i widzę jego. Damian siada naprzeciwko mnie z kubkiem w dłoni. Ciemne włosy ma lekko potargane, a na twarzy widnieje wesoły uśmiech. Wygląda świeżo i promiennie, w przeciwieństwie do mnie. Ja czuję się jak po bitwie. Oczywiście, że jest wypoczęty, bo tylko ja ganiałam po pokojach i pilnowałam porządku… – ganię się w myślach i upijam nieco ciepłej kawy, by nie odpowiedzieć mu w jakiś nieprzyjemny sposób.

– Wszystko jest zaplanowane – odpowiadam chłodno, nie odrywając wzroku od notatek.

– Trochę tu gęsto, nie sądzisz? – zagaduje z uśmiechem i pochyla się nad kartkami. Jest tak blisko, że wyraźnie czuję jego perfumy, więc automatycznie się odsuwam.

– Gdybyś wczoraj przybył na czas – cedzę przez zęby – nie musiałabym układać wszystkiego sama.

Zanim zdąży to skomentować, kątem oka widzę zamieszanie przy jednym ze stolików.

– Bartek! – wołam. – Nie bawimy się jedzeniem!

Chłopak podnosi głowę znad wieży z tostów.

– To eksperyment! – odkrzykuje urażony.

– Jeśli znajdę pod stołem okruszki, to będziesz miał dyżur na zmywaku obok pani Krysi!

Obserwuję, jak mamrocze pod nosem i teatralnie rozbraja tostową konstrukcję.

– Jest tu jakaś przerwa na oddech? – dopytuje Damian, czym ponownie ściąga na siebie moją uwagę.

– Słuchaj. Wszystko już rozpisałam i zrobiłam to całkowicie sama – oznajmiam niby urażona, ale dumnie się prostuję.

Nie wiem, czy zrobiłam na nim wrażenie, ale przez dłuższą chwilę przygląda mi się z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

– Po śniadaniu przyjdź do kadrówki – dodaję. – Chcę, żebyś przejrzał plan i dodał coś od siebie. W końcu nie możemy realizować tylko moich pomysłów.

– Spoko, jak chcesz – rzuca obojętnie i wzrusza ramionami, po czym skupia się na jajecznicy.

***

W pokoju kadry panuje taka cisza, że słyszę jedynie tykanie zegara i własny, coraz szybszy oddech. Każda minuta ciągnie się w nieskończoność. Ponownie sprawdzam godzinę. Dwadzieścia trzy minuty spóźnienia.

Zaciskam zęby i wbijam spojrzenie w drzwi, jakbym mogła go tu ściągnąć samą siłą woli.

– No dalej, cudowny współwychowawco… zaskocz mnie – mamroczę pod nosem, stukając długopisem o blat.

Niestety, nie przyszedł.

Opieram czoło na dłoni i próbuję zebrać myśli, a po chwili przeczesuję swoje brązowe włosy dłonią. Na biurku leżą idealnie ułożony plan dnia, kolorowe zakreślacze… Wszystko na nic.

– Nie przyjdzie… – mówię cicho. – Do cholery, przecież to oczywiste, że nie przyjdzie.

Odsuwam krzesło z takim impetem, że skrzypi na starym parkiecie. Wychodzę z dłońmi zaciśniętymi w pięści i klnę pod nosem.

Zbiegam po schodach, próbując nie potknąć się na stopniach, i usłyszawszy hałas dobiegający ze stołówki, kieruję się właśnie tam. Zatrzymuję się w ostatniej chwili, ledwo uniknąwszy zderzenia z kucharką.

– Pani Krysiu! – Kładę rękę na piersi, serce wali mi jak oszalałe. – Co się stało?

– Alinko! – wyrzuca z siebie roztrzęsionym głosem, cała czerwona z oburzenia. – Proszę im powiedzieć, że stołówka to nie śmietnik!

– Słucham?

– Pani zobaczy! Zostawili pod stołem resztki! Jajka, chleb, ogórki… W domu nikt ich nie uczył, że jedzenia się nie marnuje?!

– Ale jak to… – mówię niepewnie, zerkając jej przez ramię.

Udaje mi się wejść do środka i od razu czuję, jak gorąco oblewa mi policzki. Największy bałagan jest, oczywiście, pod stołami mojej grupy.

– Ale przecież… Damian miał ich przypilnować…

– No i właśnie widać, jak przypilnował! – Krysia ponownie sapie i wskazuje na resztki. – Sam jak dzieciak!

Copyright

Między nami zima

Copyright © K.M. Serafin

Copyright © Wydawnictwo Inanna

Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak

Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.

Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2026 r.

ebook ISBN 978-83-7995-912-9

Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski

Redakcja: Paulina Kalinowska

Korekta: Agata Nowak |

Projekt i adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski

Projekt okładki: Ewelina Nawara |

Skład i typografia:

Przygotowanie ebooka:

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

MORGANA Katarzyna Wolszczak

ul. Kormoranów 126/31

85-432 Bydgoszcz

[email protected]

www.inanna.pl

Książkę i ebook najtaniej kupisz w

📖 Informacja o wersji demo

📖 Wersja demonstracyjna

To jest wersja demonstracyjna zawierająca 10% treści książki.

Aby przeczytać pełną treść, skorzystaj z pełnej wersji EPUB.

Konwersja i przygotowanie ebooka Bookiatryk.pl