Miecz Głębin - Paszko Małgorzata - ebook
NOWOŚĆ

Miecz Głębin ebook

Paszko Małgorzata

0,0

30 osób interesuje się tą książką

Opis

Nie ma miłości czystszej niż ta zrodzona w blasku ognia i krwi.

 

Laith Argenis to smoczy książę, którego wielu uważa za szaleńca. Pod maską wielkiego wojownika kryje się mężczyzna gotowy na każde poświęcenie dla dobra najbliższych. Teraz otrzymał zadanie wytropienia spiskowców, którzy pragną wywrócić porządek świata do góry nogami.

 

Eve, jedna z ostatnich potomków Pierwotnego Feniksa, ma jasny cel: zdobyć serce Krwawego Księcia. Wychowała się w nienawiści i w przekonaniu, że dla przetrwania własnego ludu nie cofnie się przed niczym. Pierwsze spotkanie z księciem zmienia wszystko. W końcu, jak może zabić kogoś, z kim łączy ją święta więź dusz?

 

Nici przeznaczenia zaciskają się, prowadząc parę wprost na Pustynię Umarlaków, gdzie z pomocą żaru i stali zapiszą losy tysięcy. Ona musi wybrać, czy porzuci wiekową zemstę, a on, czy poskromi szalejący w jego żyłach głód zniszczenia. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 603

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Miecz GłębinMałgorzata Paszko

Copyright © Małgorzata Paszko, 2026 rokAll Rights ReservedRedakcja: Małgorzata Paszko, Kamil SiwiaszczykKorekta: Małgorzata Paszko, Kamil SiwiaszczykSkład i łamanie: Małgorzata PaszkoProjekt okładki: Małgorzata PaszkoWydanie IISBN: 978-83-979771-3-6Książka jest objęta ochroną prawa autorskiego. Zabrania się kopiowania oraz udostępniania bez pisemnej zgody Autorki.Książka dostępna również w formie ebooka. Instagram: @malgorzata_paszko Kontakt: [email protected]

Każdemu, kto trafił do Piekła; w końcu odnajdziecie swoje Niebo.

Rozdział 1

Nie pierwszy raz witał w Piekle.

Głębiny uważano za straszliwe miejsce, w którym mieszkańcy Powierzchni mogli z łatwością oszaleć. Mroczna energia mąciła w głowach, sprawiając, że smok coraz bardziej zatracał się w swoich instynktach. Ciemność i dzikość mieszały się z pięknem, którego na próżno było szukać gdzie indziej.

Wielu nie chciało nigdy postawić stopy w Otchłani, a jednak Laith Argenis nieraz czuł się w niej swobodniej niż w rodzinnym królestwie. Ogień, który płonął w nim nieprzerwanie od chwili narodzin, uspokajał się jedynie pod pogrążonym w ciemnościach nieboskłonem Głębin. Niebo tutaj było inne. Czerń pokrywały rozmaite niebiesko-zielone żyłki, które przypominały lśniącą winorośl. Gdzieniegdzie znajdowały się białe punkty wyglądające niczym pąki kwiatów. Rozkwitały jednak raz na trzynaście lat.

Książę z beznamiętnym wyrazem twarzy przyglądał się pulsującym barwami liniom, stojąc na jednym z balkonów pałacu Pana Głębin. Aynur wezwał go do siebie zaledwie dwa dni po balu w Isterii, na którym siostra Argenisa zdecydowała się poświęcić swoją wolność w imię pokoju, oświadczając się władcy wrogiego królestwa. Nie udałoby się to bez interwencji najpotężniejszego ze smoków.

Czekał, sącząc wino ze złotego kielicha, w którym odbijała się jego twarz. Czarne, lekko przydługie włosy były niedbale zaczesane do tyłu, a czerwone oczy emanowały wrogością i siłą, reprezentując żar, którym smok się posługiwał. Wojna była jego domeną. Wśród echa odbijanych mieczy, krzyków, ryków i dźwięków szarpanych pazurami ciał oraz trzepotu potężnych smoczych skrzydeł odnajdywał spokój. Niczego innego nie dało się oczekiwać od młodzieńca, w którego matka wszczepiła ducha legendarnego artefaktu – potężnej broni ofiarowującej posiadaczowi siłę, kosztem rozbudzenia w nim agresji i pragnienia zniszczenia.

Ile lat zajęło Laithowi nauczenie się samokontroli? Wiele, a wciąż niektórzy sądzili, że jest ona minimalna.

Mylili się, albowiem gniew w nim wzbierał każdego dnia, a gdy robił wszystko, aby nie obrócić swojej mocy przeciwko otoczeniu, ta sprawiała mu niewyobrażalny ból. Ilekroć słońce znajdowało się w zenicie, tylekroć smok był torturowany, jakby ktoś palił go żywym ogniem.

I wszystko to znosił w ciszy.

– Zastanawiałem się, jak długo każesz mi czekać – mruknął książę, przeczesując włosy.

Odwrócił się, opierając się nonszalancko o kamienną balustradę. Upił wino, rzucając mężowi swojej najmłodszej siostry Isry chłodne spojrzenie. Był zły, bo Aynur wmieszał się w spór, a Thana w rezultacie postąpiła głupio. Wolałby wymordować każdego Yannijczyka, niż pozwolić, aby ich król dotknął choćby włosa na głowie jego krewnej. Nie każdy kraj był jak Orinia. Niektóre zezwalały na niewolnictwo, haremy czy inne dziwne procesy, a Yanna była właśnie jednym z nich.

Na niezwykłym niebie zamigotała smocza sylwetka, ale dość prędko zniknęła. Mimo wszystko ta mrożąca krew w żyłach kraina była dla niektórych domem.

Władca Głębin był spokojnym, wyglądającym dość młodo smokiem o bladej cerze. W czasie gdy oczy Laitha przerażały karmazynem, Aynur porażał tym, jak lodowaty i zimny się wydawał. Był bestią, która przez wieki swojego panowania zdołała zmusić do posłuszeństwa wszystkie sześć królestw Powierzchni. Nie tylko to – związał każde z nich umową, która nieustannie miała przypominać o jego władzy.

– Twoja siostra sama tego chciała – rzekł niewzruszony Pan Głębin. – Wasz zmarły ojciec pozwolił jej wybrać swojego męża, co wykorzystała. Pokój zaś był przy tym niezbędny.

Ze względu na to, że Laith czuł rezerwę przed potęgą Aynura, powstrzymał odruch prychnięcia. Nie było sensu prowokować władcy, a żaden smok nie lubił, gdy okazywało się mu brak szacunku.

– Pytanie: dla kogo? Dla nas, Powierzchni, czy dla ciebie? – zagadnął książę, zdradzając, że nie uwierzył w żadne altruistyczne pobudki szwagra.

Władca Głębin wzniósł wzrok na niebo, a delikatny wietrzyk potargał jego czarne loki. Noc była zimna, a jednak obaj ubrani byli w proste, ciemne koszule i skórzane spodnie, zupełnie jakby chłód nie robił na nich wrażenia.

Może i tak było.

Jeden w końcu był wulkanem, a drugi ucieleśniał mrok i lód. Laith nie mógłby się równać z Pierwotnym Smokiem, jakim był Aynur, ale dzięki Smoczej Żądzy faktycznie miał większe możliwości od zwykłego przedstawiciela ich gatunku.

– Potrzebuję, abyś coś zrobił – skomentował król, ignorując zadane pytanie. Nie kontynuował jednak poruszonej kwestii, a obrócił się i wszedł do pomieszczenia.

Laith dopił wino i sam wkroczył do kamiennego, eleganckiego pokoju gościnnego. Ściany były niemal w całości zasłonięte przez ustawione dookoła wysokie do sufitu, drewniane regały z niezliczonymi tomami oraz pergaminami. Podłogę pośrodku zasłaniał biały, puszysty dywan, na którym znajdował się niski, drewniany stolik z pozłacanymi krawędziami. Zwieńczeniem pomieszczenia był kominek ustawiony naprzeciwko jednej z kanap, w którym palił się ogień. Drewno trzeszczało, roznosząc po otoczeniu swoją woń. Nad ozdobioną obsydianem wnęką zawieszono natomiast dziwny, drżący i emanujący mocą obraz wirującego i ciągle zmieniającego się płatka śniegu.

Drzwi na balkon zamknęły się, a książę, którego z racji dokonań wojennych okrzyknięto Krwawym, zajął miejsce naprzeciwko szwagra. Światło, którego dostarczały unoszące się dookoła kule, sprawiało, że niebieskie tęczówki Pana Głębin wydawały się jeszcze intensywniejsze.

– Tydzień temu w Świątyni Smoka Ognia doszło do incydentu – rzekł starszy, a Laith odłożył kielich na blat.

Nic o tym nie wiedział, co nie było zaskoczeniem. Świątynie, chociaż mieściły się na terenach królestw, cechowały się dość sporą niezależnością. Uważano je za ziemię świętą, w której oddawano cześć Przodkom.

– Problemy kapłanów sprawiły, że zdecydowałeś się ingerować i pozwoliłeś Thanie oświadczyć się królowi Yanny?

– Gdyby chodziło tylko o to, pozwoliłbym wam się dalej wyżynać – odparł bez śladu emocji w głosie Pierwotny. – Pod Świątynią Smoka Ognia odnaleziono broń, którą należy odzyskać i najlepiej zniszczyć.

Laith słuchał, chociaż na usta cisnęło mu się wiele złośliwości.

– To Miecz Głębin.

Książę nagle cały się spiął. Rozluźnienie i kpina zniknęły z jego twarzy, gdy pochylił się i westchnął.

– Zaginął podczas pojedynku Pierwotnego Smoka Ognia i Pierwotnego Feniksa – zauważył Argenis, doskonale pamiętając tę informację z zajęć historii.

Istnienie artefaktu było dla niektórych rzeczą sporną, ale uważało się, że mógł być bronią, której używał Przodek w walce z potężnym wrogiem. Podczas podboju Powierzchni smoki nauczyły się przyjmować ludzką formę i potrzebowały oręża. Najznamienitszym z nich miał być miecz, który został zahartowany w mocy i krwi Czterech Pierwotnych. Ostatecznie przebił serce Władcy Feniksów i zniknął, aż uznano go za bajkę.

– Konający feniks przenosi się do miejsca, gdzie przyszedł na świat. Miecz musiał tam przebywać przez tysiąclecia, a teraz został odkryty. Do tego kwiat, który nakazałem wyplenić ze świata pod groźbą śmierci, powrócił. To bunt – podsumował Aynur. – Ktoś rzuca mi wyzwanie, Laithcie, a ja chcę, abyś pozbawił mojego wroga broni, którą zyskał.

Krwawy Książę zmrużył powieki. Nie mógłby się sprzeciwić rozkazowi, który zostałby wydany, a jednak chciał wiedzieć. Pragnął pojąć, dlaczego wybrano właśnie jego.

– Skąd pomysł, że nawet kiedy znajdę miecz, to ci go zwrócę?

Pan Głębin nawet nie drgnął, ale powietrze dookoła zgęstniało. Przyjemne ciepło, którym emanował kominek, zostało zastąpione przez chłód. To było ostrzeżenie.

– Ta broń może zburzyć porządek – kontynuował. – Potrzebuję, aby oddział Cienistych Smoków odszukał wrogów tutaj, a nawet gdyby został posłany, to mógłby zbyt szybko zaalarmować przeciwników na Powierzchni. Ty za to już raz prowadziłeś dla mnie dochodzenie i dowiodłeś swoich umiejętności. Jesteś też księciem Orinii, a Thanę okradziono. Dowody prowadziły do Pustyni Umarlaków, więc masz liczne powody, aby się tam udać.

Żaden z nich nie należał do nazbyt wylewnych, ale słowa, jakie padały, świadczyły o sympatii. Swoboda Laitha, nawet jeśli kontrolowana również była oznaką pewnej relacji. Trudnej do określenia i dalekiej od przyjaźni. Nie ufali sobie, jednocześnie będąc pewnym, że każdy z nich postąpi w konkretny sposób.

Płomienie świec wzrosły, odpowiadając na kotłujące się emocje w księciu. Wosk skapywał po złotych świecznikach, a ciepło nieprzerwanie wychodziło naprzeciw zimnu. Decyzję podjął już dawno. Nie mógł stać z boku. Te psy dostały się niedawno na zamek królewski Orinii i okradły Thanę, pozostawiając na jej łóżku zakazany kwiat.

Phylio symbolizowało zniewolenie.

Teraz wrogowie pozyskali broń, przy której pomocy mogliby wzbudzić strach. Laith zgadzał się, że z tą sprawą należało coś zrobić, ale nie uważał, żeby przeciwnicy rzucali wyzwanie tylko Aynurowi.

Nie, oni kpili również z jego rodziny, a tego nie zamierzał wybaczyć.

Rozdział 2

Promienie słońca jedynie wzmagały cierpienie Krwawego Księcia. Ciało zdawało się płonąć żywym ogniem, a jednak ani się nie krzywił, ani nie krzyczał. Ból tego rodzaju był mu doskonale znany. Napiął się, zaciskając szczękę, i uspokajał umysł.

Próbował uciszyć tę burzę od lat, niestety, bez większych skutków.

Spojrzał na niebo, gdzie krążyły smoki, po czym znów skupił wzrok na ćwiczących żołnierzach. Koszary pod stolicą Orinii były idealne dla członków elitarnego oddziału księcia. Kamienna budowla widziała wiele rzeczy, a ślady pazurów i pęknięcia pozwalały pobudzić wyobraźnię. Piasek wzbił się w powietrze, a po placu rozszedł się huk. Jeden z wojowników rzucił drugim o ziemię. Kaszlał, ale zaraz powstał z pomocą towarzysza.

Szczęk mieczy i echo używanych mocy tworzyły w uszach wspaniałą melodię. Argenis opierał się o jedną ze ścian i obserwował. Żołnierze dawali z siebie wszystko. Wykonywali podcięcia, wymachy i starali się zdominować przeciwnika. Pragnęli się wykazać.

W pewnej chwili musiał gwałtownie odchylić głowę. Wszyscy nagle znieruchomieli, obserwując, jak ciecz rozbryzguje się na kamiennej powierzchni. Chłodne krople spadły na bladą twarz Laitha.

– Wybacz, Wasza Wysokość! – zawołał zestresowany podwładny.

Krwawy Książę machnął ręką, dając znać, aby każdy wrócił do treningu. I tak też się stało. Nikt nie wspomniał o tym incydencie.

Cztery Pierwotne Smoki dały początek mocom większości żyjących bestii. Ogień, woda, ziemia i powietrze były najpopularniejszymi z darów, z jakimi można było się urodzić, chociaż nie jedynymi. Czasami pojawiały się jednostki podwójnie obdarzone. Jeszcze rzadziej zdarzało się, że w społeczeństwie rodziło się dziecko zwane Pierwotnym Smokiem. Był to okaz, który jako pierwszy reprezentował daną umiejętność, cechował się większą wytrzymałością i długowiecznością.

Urodzenie się z możliwością do kontroli danego żywiołu było pierwszym krokiem na drodze do ciągłego rozwoju. Były smoki, jak brat Laitha, które podmuchami powietrza potrafiły ściąć głowy, a w walkach na wolę niemal zawsze wygrywały. Istnieli jednak również tacy, którzy potrafili stworzyć zaledwie słaby zefirek i stawali się bezbronni w chwili, gdy ktoś silniejszy psychicznie przejmował władzę nad powietrzem dookoła nich.

Smoki ceniły siłę, a o słabych wspominano jedynie z pogardą.

Laith ruszył spokojnym krokiem na lewo. Tam mieściły się skrzynie z bronią treningową i innymi pomocami oraz stara, drewniana ławka, na której lepiej było nie siadać. Wszedł pod arkady, przyglądając się dość charakterystycznym śladom na murze.

Uśmiechnął się złośliwie, wspominając, jak w wieku dziesięciu lat zirytowany poleceniami nauczycieli uderzył pięścią z całej siły w bruk. Skończyło się na opatrunkach i bólu, chociaż ten wydawał się niczym w porównaniu z uczuciem, które trapiło ciało na skutek artefaktu.

Do nozdrzy dotarł znajomy zapach. Nie musiał się odwracać, aby dzięki wyczulonym zmysłom wiedzieć, że zbliżał się do niego brat. Wkrótce dźwięki trenujących zastąpiły odgłosy szurania.

Nagle ucichły, a nowo przybyły ruchem ręki nakazał ochroniarzom pozostać z tyłu. Słońce igrało w blond lokach króla Orinii. Bracia byli do siebie podobni z rysów, ale ich włosy i wyraz twarzy stanowiły prawdziwe przeciwieństwo.

– Tak sądziłem, że cię tutaj znajdę – przyznał król, a brązowe tęczówki rozbłysnęły. – Powinieneś wypocząć.

Laith uśmiechnął się kpiąco. Chętnie by to zrobił, bo wprost uwielbiał spać, ale w tej chwili niemożliwe było dla niego zanurzyć się w ciemnościach. Nie, gdy już czuł ból. Nigdy nie powiedział bratu o katuszach, które musi przechodzić każdego dnia. Od najmłodszych lat Keon był jego autorytetem.

Wielu sugerowało, że bestialski smok pragnie uzurpować tron. Błąd, bowiem nosiciel Smoczej Żądzy prędzej zamieniłby Orinię w pustkowia, niż pozwolił, aby ktokolwiek odebrał Niezwyciężonemu Królowi koronę.

– Wyprawa do Lasu Tysiąca Ścieżek to nie spacerek rekreacyjny. Muszą być gotowi – uznał Laith, wzruszając ramionami. – A ty? Jak tam? Kiedy mogę spodziewać się bratanka?

Starszy Argenis rzucił bratu spojrzenie pełne politowania, ignorując pytanie. Laith wzniósł oczy ku górze, napotykając sufit. Przy kątach arkad wisiały pajęczyny. Musiał komuś powiedzieć, aby tutaj posprzątano.

– Na wszystko nadejdzie czas, więc jak na razie pogódź się z tym, że to ty jesteś moim spadkobiercą.

– Kluczowe słowa. Na razie – powtórzył za królem. – Dość już spędziłem czasu w tym cyrku, potrzebuję odświeżenia.

Polityka nużyła go i odpychała. Wolał mierzyć się z wrogami na polu bitwy, ciąć ich i kroczyć do celu niż znosić zakłamaną arystokrację. Ostatnim razem przez sugestię, aby z racji stanu zdrowia Keona przejął tytuł regenta, niemal nie rozkwasił jednemu ze szlachciców twarzy. Nie uważał, że postąpił źle, nawet jeśli dał się ponieść emocjom.

– Pogoń za czymś, co może być bujdą, nie będzie odpoczynkiem – spostrzegł Keon.

Młodszy musiał się zgodzić. Bez słowa przeczesał czarne włosy, nadając fryzurze bardziej nieokrzesanego wyglądu, i spojrzał wymownie w stronę straży. Wyczuwał powietrzną barierę brata, ale i tak nie chciał rozmawiać o zadaniu przydzielonym przez Pana Głębin w takim miejscu.

Uszy czaić się mogły wszędzie. Tak jak wrogowie.

– Podróż jak podróż. W życiu przeżyłem już ich wiele – podsumował. – Rzadko za to obiera się kierunek w stronę Pustyni Umarlaków. Może zobaczę w końcu coś nowego.

Przeklęta ziemia, na której żyją ci, którym nie pozwolono nigdy odejść. Niegdyś niektóre z królestw chciały pomóc nieszczęśnikom, ale Pan Głębin tego zakazał. Wniosek, że był winny zniszczeniu dawnych terenów wymarłego królestwa Savia, nasuwał się sam.

Ku pustyni uciekali tylko ci, którzy nie mieli innego wyjścia, a do wioski Hyon mieszczącej się za Lasem Tysiąca Ścieżek przybywano, aby kupić to, co na zwykłych rynkach było niedostępne.

– Uważaj na siebie – poprosił Keon. – Jeśli cokolwiek się stanie, wróć.

Zawiesił wzrok na bracie, którego brązowe tęczówki wydawały się w tym momencie zarówno ostre, jak i ciepłe. Po narodzinach najmłodszej z ich rodzeństwa i śmierci matki, ojciec Argenisów, król Saxon, zaczął się załamywać. Strata bratniej duszy przeważnie była katastrofalna dla smoka. W obliczu takiego obrotu spraw Keon przez wiele lat go zastępował, doszło nawet do tego, że w niektórych kręgach zwano go Królem bez Korony, bowiem nie chciał zmuszać ojca do abdykacji.

Laith czasami się zastanawiał, czy Keon patrzył na niego jak na brata, czy też jak na syna, ale ostatecznie nic by to nie zmieniło, bowiem w oczach Krwawego Księcia smok zasługiwał na najwyższy szacunek.

Cenił go ponad własnych przeklętych rodziców.

– Wrócę, gdy znajdę wykałaczkę albo potwierdzę, że to tylko stek bzdur – podsumował i przymknął oczy. – Martw się lepiej o Thanę, bo właśnie zniszczyła sobie życie.

W odpowiedzi usłyszał głębokie westchnięcie.

– Ojciec dał jej przed śmiercią prawo wyboru własnego męża i je wykorzystała. Ja…

Laith gwałtownie się wyprostował, posyłając królowi mroczne spojrzenie.

– Nawet nie zaczynaj. Nie jesteś winny temu, że głupia zdecydowała się poświęcić. To była jej decyzja.

Keon mógł nie mówić głośno tego, co czuł i myślał, ale jego brat domyślał się prawdy. Starszy obwiniał się o to, że tak sporo jego rodzeństwa zmarło, a inni niejednokrotnie napotykali trudności. Wiele z tego nie było jego winą, i równie dobrze mógłby być wściekły na innych.

Kwestia Thany była drażliwa, a Laith nie zamierzał wyrażać słownie aprobaty wobec jej zachowania, ale w duchu był pełen podziwu dla odwagi smoczycy. Pomimo pełnej świadomości tego, co przyniosą te decyzje, zdecydowała się je podjąć, a nawet uknuć wszystko tak, aby nikt nie mógł jej przeszkodzić. Miała odważne serce i dla rodziny była gotowa na wszystko.

Prawdopodobnie Krwawy Książę sam dołożył cegiełkę do tego, kim się stała, bo gdyby nie ta jedna, nieco niecelna strzała, mogłaby do końca być marionetką w dłoniach ich zmarłej matki.

Wspomnienia same odżyły w jego umyśle.

Celował w tarczę przed sobą, a jednak ciągłe pomruki trenera go rozpraszały. W piętnastoletnim księciu wezbrał niewytłumaczalny gniew, a gdy wypuścił srebrną strzałę, pokierował ją ku źródłu irytacji. Trener przekierował pocik swoją mocą, cofając się z przerażeniem. Nie bał się ataku, lecz wyglądu księcia. Biała koszula, jasna cera, a jednocześnie obłęd wypisany na twarzy. To nie był koniec, bo szybko dotarł też do ich uszu kobiecy krzyk.

Laith odrzucił łuk na bok i pomknął na lewo, zauważając, że siostra siedziała na ziemi, a strzała, którą wypuścił, wbiła się w grunt obok niej. Dotąd rzadko miał kontakt z Kwiecistą Księżniczką i uważał ją za nudną. W końcu bez przerwy robiła tylko to, co chciała królowa.

Zbliżył się do młodszej o osiem lat dziewczynki, a krótki rekonesans pozwolił mu oszacować, że właśnie miała w ogrodach lekcję tańca. Grajek patrzył na niego z niedowierzaniem, a służące odwracały wzrok. Nikt nie widział w nim dziecka, lecz potwora, który w wieku trzynastu lat zmasakrował starszych od siebie.

Przywykł do tego.

Oczekiwał nawet, że jego rodzeństwo będzie patrzeć na niego w ten sam sposób. Zniósłby to od każdego, tylko nie od starszego brata.

Uklęknął obok Thany i zdziwiło go, że miała w spojrzeniu coś z udręczonej duszy. Nie przypominała dziecka, lecz żołnierza, który miał okazję być świadkiem nieopisanych okropieństw.

– Nic jej nie będzie. W końcu to moja siostra – rzucił lekceważąco, sięgając ręką do ramienia księżniczki.

Drgnęła, patrząc na niego swoimi wielkimi, brązowymi oczyma i zacisnęła wolną dłoń na materiale fioletowej, długiej do kostek, ale przy tym prostej sukienki. Blond włosy miała uczesane na wzór królowej Ether, na co się skrzywił.

Nienawidził matki.

Odważniejsza ze sług wystąpiła z szeregu.

– Książę, księżniczka…

– O? – prychnął, przerywając wypowiedź pracownicy. – Od kiedy to lalki mojej matki potrafią same mówić? – chrząknął, robiąc moment przerwy. – Zejdź mi z oczu – rzekł z pogardą. – Wszystkie się wynoście!

Wyczuł, że jego siostra również zadrżała, chociaż to nie ją chciał przerazić. Po prostu nie miał ochoty patrzeć na twarze tych wszystkich zakłamanych ludzi, którzy pomimo wiedzy, co robiła Ether swoim dzieciom, dalej przy niej stali.

Ktoś drgnął, chcąc się odezwać, ale pod naciskiem spojrzenia księcia prędko odszedł. Wkrótce Laith i Thana zostali sami. Sądził, że ta zacznie płakać, ale zamiast tego uniosła głowę i posłała mu uśmiech. Mało kto to robił. Laith za to wiedział jedno. Thana nie musiała słuchać królowej, bo sama skrywała w sobie piękno, którym mogłaby oczarować każdego. W końcu to ona była ukochaną wnuczką jednego z kapłanów i wyjątkowym dzieckiem, które Przodkowie obdarzyli dwoma darami. Na pewno tego nie wiedziała, ale rozumiał dlaczego. Ich matka, potrafiła sprawić, że uwierzysz w to, jak niedoskonały byłeś. I robiła to, aby mieć nad tobą kontrolę.

– Naprawdę chcesz taka być? – spytał niespodziewanie Laith. – Chcesz być lalką, Thano?

Księżniczka spuściła głowę, a blond loki zakryły całą jej twarz.

– Nie chcesz bawić się z Elodie i Edurne? – pytał dalej. – Myślisz, że nie widzę, jak patrzysz na ogród? Kiedyś faktycznie był piękny, ale teraz? To sterta bezwartościowych krzewów. Wiesz dlaczego?

Książę zacisnął szczękę i wstał, otrzepując spodnie. Dostrzegł, że po policzkach siostry zaczęły płynąć łzy, ale nie zamierzał przestać.

– Wiesz?

Thana pociągnęła nosem, unosząc wzrok na starszego brata i otarła piąstkami policzki.

– Stracił duszę – odpowiedziała tak cicho, że gdyby nie jego wyostrzone zmysły, to nie zdołałby jej usłyszeć.

Laith pokiwał głową, wyciągając rękę.

– Coś jeszcze w tobie zostało – pochwalił. – Wstawaj, idziemy na spacer. Co do matki… Pierdol ją. Jeśli się ciebie przyczepi, sam się nią zajmę – zakomunikował. – Można też wykorzystać Keona, niech się na coś staruszek przyda.

Księżniczka ujęła dłoń brata, a słuchając go, zaśmiała się głośno. Coś w sercu małego smoka drgnęło, chociaż na jego twarzy odbijała się tylko złość.

Laith spiął się, wyczuwając na swoim ramieniu dotyk Keona. W jednej chwili wyrwał się z wód wspomnień i wrócił do rzeczywistości. Wcale nie prostszej i przyjemniejszej.

– Wracajmy do pałacu.

Król nie odpuszczał, najwyraźniej za punkt honoru stawiając sobie, aby jego brat wypoczął. Laith w duchu przewrócił oczami i ruszył za starszym. Nie z uległości, lecz chęci spokoju i faktu, że słońce przestawało być w zenicie, a on faktycznie mógłby się przespać. Jeśli nie w sposób naturalny to znał mieszankę, która w odpowiedni sposób otępiłaby jego umysł.

Chociaż na krótki czas.

» ✧ «

Sen nie nadchodził długo, a gdy w końcu pochłonął męski umysł, trzymał go w szponach do wieczora. Potem Krwawy Książę leżał w swojej karmazynowej pościeli i wpatrywał się w czarny baldachim nad głową, delektując się wszechogarniającą ciszą.

Ogień w nim coraz bardziej przypominał pożar i tylko szlifowana przez lata samokontrola sprawiła, że młodzieniec nie stracił nad nim kontroli. Nie oznaczało to jednak, że było mu przyjemnie.

Skrzywił się, siadając i odrzucając kołdrę. Dość niechętnym spojrzeniem przesunął po pustym, okrytym cieniami pomieszczeniu i po broni. Miecz, który miał zawsze przy sobie, leżał na biurku, a pozostałe okazy zawieszono na ścianie. Oręż był jedynym elementem, który zdradzał tożsamość właściciela komnaty. Cała reszta była bowiem jakby pozbawiona ducha. Nic dziwnego. Laith nie sypiał tu często i nie miał pomysłu, co mógłby kolekcjonować. Może nawet zbieractwo uważał za stratę czasu. Każda jego rzecz musiała być użyteczna.

Zszedł z łóżka, wkładając buty. Nawet przez moment nie pomyślał, aby zawołać kogokolwiek do pomocy. Lata spędzone w obozach wojskowych skutecznie wypleniły z niego potrzebę posiadania blisko siebie sług, więc jego świta była najmniejsza na zamku. Głównie odpowiadała za przynoszenie mu listów, posiłków i sprzątanie. Rzadko kiedy zdarzało się, że jej członkowie otrzymywali inne zadania, a gdy ich pan był poza pałacem, to pomagali w ogólnych pracach. Wiedli spokojny żywot, nie licząc tego, że każdy czuł lęk przed księciem. W końcu istniało ryzyko, że w każdej chwili mógłby wpaść w gniew. Igrali z ogniem, a przy tym łatwo było się sparzyć.

Wyszedł z pokoju, a świece w świecznikach od razu się zapaliły. Straże natomiast wyprostowały się, a światło przebiegło po ich eleganckich zbrojach. Nie tak wyglądali wojownicy, do których widoku przywykł. Ci, których mijał, byli zbyt ładni, ale przy tym pasujący do jasnych ścian z zawieszonymi obrazami i lśniącymi podłogami, które służba musiała niedawno wypolerować.

Trwał wieczór, toteż każdy krok Laitha był słyszalny. Nie starał się stąpać cicho.

Przeszedł przez korytarzu i wyszedł na arkady, z których miał doskonały widok na wciąż kwitnący ogród. Rośliny w nim wychodziły naprzeciw pokrywającego je śniegu, a wszystko to zawdzięczały pracy pałacowych ogrodników i Thanie. Tej samej, która miała wkrótce odejść.

Chłód zderzył się ze skórą księcia, ale ani drgnął, przypatrując się krzewom. Miał wrażenie, że wyczuwa w delikatny zapach kwiatów, który mieszał się z zimowym powietrzem. To było tak dziwne.

Zacisnął dłonie w pięści, czując, że oblewa go fala ciepła. Chciał coś zniszczyć, spalić, a przecież cele miał tuż przed sobą. Wystarczyła chwila, a mógłby zamienić tę piękną nocną scenerię w morze ognia.

Co go powstrzymywało?

Co sprawiało, że stał teraz tutaj, chcąc stłumić swoje instynkty?

Wierność samemu sobie.

Nigdy nie zamierzał pozwolić, aby Smocza Żądza całkowicie go pochłonęła. Nie dałby swojej matce tej satysfakcji. Ether mogła być martwa, ale Laith dalej robił wszystko, aby się jej sprzeciwić.

Zacisnął szczękę i pośpiesznym krokiem skierował się w stronę kolejnych drzwi. Mijał wiele kamiennych i marmurowych ścian, stąpając niejednokrotnie po dywanach i mierząc nieprzyjemnym spojrzeniem obrazy, które, chociaż widział tak wiele razy, wciąż nie potrafił rozpoznać.

Teraz natomiast nie byłby w stanie się na nich choćby skupić.

Płonął.

Z każdym krokiem coraz to bardziej, a jego kości wydawały się trzeszczeć od bólu. Wiedział, że jeśli teraz było tak źle, to w nadchodzące południe mógł stracić kontrolę. Dlatego musiał coś na to zaradzić.

Szedł przed siebie, a mijające go osoby nie były w stanie dostrzec, jak bardzo cierpiał. W końcu wyglądał jak zwykle; oczy świeciły mu mordem, a wyraz twarzy odstraszał.

W końcu dostał się pod drzwi jednej z kwater sług i otworzył je bez pytania. To nie był pierwszy raz, gdy odwiedzał Rosalind. Kobieta uśmiechnęła się, wstając ze swojego łóżka i uniosła rękę, chcąc dotknąć twarzy księcia. Jak zwykle na to nie pozwolił, chwytając za kobiecy nadgarstek i jednym ruchem odwrócił ją tak, aby oparła się o niego plecami.

To był układ pasujący obu stronom. Nie kochali się, więc aktu nie traktowali tak, jak było to przyjęte w Orinii. W końcu oczekiwanie do ślubu było wyrazem szacunku wobec ukochanej osoby, a ich… Łączyła tylko przyjemność i pieniądze. To była jedyna metoda ugaszenia jego żaru, która nie zakładała zniszczenia.

Rozdział 3

Słońce dopiero pojawiało się na horyzoncie, ale Laith był na nogach od dawna. Wkrótce po rozstaniu z Rosalind wrócił do swojego pokoju, aby się przespać. Drzemka trwała zaledwie godzinę, bo na więcej nie pozwolił mu organizm. Po pobudce zdecydował się udać do pałacowej stajni. Pachniało w niej sianem. Część boksów była pusta, a w pozostałych rezydowały królewskie wierzchowce.

Chociaż smoki mogły podróżować bez pomocy wozów i koni, nieraz wykorzystywały te stworzenia do przewozu towarów. Trwało to dłużej, ale było wygodniejsze niż obładowywanie się skrzyniami i ryzykowanie, że podczas burzy bądź przy lądowaniu uszkodzi się ładunek. Książę zwykle przemieszczał się w gadziej postaci, ale z uwagi na to, że wyprawa miała odbyć się w tajemnicy, zdecydował się zmienić sposób podróżowania. Dotąd swojego rumaka dosiadał jedynie dla przyjemności; dzisiaj wraz z nim miał wyruszyć w drogę. Z pustym spojrzeniem wyczesywał czarną sierść zwierzęcia. W stajni nie było nikogo więcej. Słudzy stali na zewnątrz, trzymając wartę przy przesuwnych, wielkich drzwiach i oczekiwali na wezwanie.

– Zamienię cię w pieczeń, jeśli spróbujesz uciec – mruknął groźnie.

Chociaż nie spędzał z Silasem wiele czasu, to bardzo cenił zwierzę. Tak samo jak sygnet, który nosił na serdecznym palcu lewej dłoni. Szmaragd w nim błyszczał w półmroku. Rozsądnie byłoby go zdjąć na czas zadania, ale nie potrafił. Błyskotka towarzyszyła mu od dnia, gdy wrócił z pierwszej wyprawy wojennej, i stanowiła dar od ojca. Prawdę powiedziawszy, niejednokrotnie kpił z siebie, uważając przywiązanie do pierścienia za żałosne.

– Chciałeś odejść bez pożegnania?

Laith napiął mięśnie, ale po chwili poczuł obecność brata.

– Czy nie pożegnaliśmy się wczoraj w koszarach? – zagadnął znudzony.

Kontynuował szczotkowanie konia, a tymczasem Keon nieznacznie się do niego zbliżył.

– Mała dyplomatka cię uczesała? – Laith spojrzał przez ramię na króla.

Blond włosy monarchy były ulizane, co wraz z białą, elegancką szatą i złotymi ozdobami dodawało mu wręcz niebiańskich rysów. Był światłem, gdy młodszy z rodzeństwa reprezentował mrok. Wieczny kontrast, ale i harmonia.

– Naprawdę zabierasz tylko czterech ludzi ze swojego oddziału?

Keon nie zamierzał się bawić, toteż w swoich pytaniach dość prędko przeszedł do konkretów. Laith pojął, że przyszedł tutaj z tego samego powodu, co do koszar. Chodziło o troskę. Skrzywił się, uznając tę za niepotrzebną. Nie był dzieckiem, aby potrzebować ciągłej ochrony. To przed nim należało bronić innych, a nie na odwrót.

– Axor, Cynthia, Noe i Tristan mi wystarczą – zauważył. – Reszta ma się dalej szkolić i strzec stolicy. To tajna misja, nie mogę wejść do Lasu Tysiąca Ścieżek, jakbym wybierał się na paradę – prychnął i odrzucił szczotkę do stojącego obok wiadra.

Przeczesując czarne pasma, odwrócił się ku rozmówcy.

– Są najlepsi, więc nie bój się, staruszku, wrócę cały i zdrowy, aby patrzeć, jak ty i mała dyplomatka bierzecie ślub.

Brzmiał nonszalancko, ale żadna siła nie powstrzymałaby go przed powrotem na wiosenną uroczystość.

– Oby, bo inaczej sam po ciebie przyjdę – podsumował król, a w jego brązowych tęczówkach zalśniła niewypowiedziana groźba.

Laith wiedział, że mówił poważnie. Uśmiechnął się nieco złośliwie i ponownie skupił się na koniu. Wkrótce plotki o jego nieobecności wypłyną, ale i to zostało zaplanowane. Pogłoski były uciążliwe, ale można je było wykorzystać. I tak właśnie zamierzał postąpić. Niech świat wierzy, że zajmuje się jedną z drobniejszych spraw dla swojego brata.

» ✧«

Wyruszyli nocą. Pozostawili za sobą wysokie mury stolicy i bliskich, którzy nie zawsze wiedzieli, gdzie tak naprawdę zmierzają. Nigdy też nie było pewności, czy członkowie Straszliwego Oddziału wrócą cali i zdrowi. Pozostała jedenastka tuż przed odjazdem życzyła swoim towarzyszom, aby Przodkowie zawsze ich chronili.

Laith popędził konia, będąc na czele korowodu. Każdy miał zapasy i rozumiał wagę zadania, którego się podejmowali. Wiatr smagał bladą twarz Krwawego Księcia, targając skryte pod kapturem kosmyki. To jednak nie miało znaczenia. Ważniejsze było poczucie wolności, które go ogarniało. Jazda była niczym w porównaniu z lotem we własnej postaci, ale dawała namiastkę tego uczucia.

Końskie kopyta uderzały w ziemię, a całun nocy pokrywał okoliczne równiny. Orinia obfitowała w takie krajobrazy. Dookoła leżał śnieg, a zimno wdzierało się do płuc jeźdźców. Biały puch sprawiał, że ciemność nie wydawała się tak gęsta. Towarzysze księcia przemierzyli wiele miejsc, ale rzadko mieli okazję jechać galopem po tak spokojnych terenach. Jedynym, który wydawał się obojętny na piękno i nastrój, był sam dowódca. Laith parł naprzód, widząc tylko cel, którym był Las Tysiąca Ścieżek.

» ✧«

Ci, którzy służyli pod Krwawym Księciem, przywykli do wysiłku i pracy ponad własne siły. Przełamywanie ograniczeń stało się dla nich codziennością. Chłód był jednak najtrudniejszym przeciwnikiem. Wokół roztopili śnieg mocą ognia. Palenisko ustawiono pośrodku i wesoło trzeszczało.

Laith objął pierwszą wartę. Nie wykrywał niczego dziwnego, ale wciąż był czujny i nieufny. Niestety, posiadanie obozowiska na otwartym terenie było zawsze bardziej niebezpieczne. Gdyby nie ciągłe podtrzymywanie przez niego ognia, płomienie już dawno by wygasły.

Przyglądał się śpiącym, a jego uwadze nie uszło, jak Cynthia pod kocem ściskała czerwony kryształ. Klejnot wypełniono mocą i był jedną z najpopularniejszych metod rozgrzania się w niskich temperaturach. Im więcej potęgi się w niego wlało, tym dłużej działał. To było podstawowe wyposażenie żołnierzy na froncie.

Było cicho, wręcz nienaturalnie i dręcząco. Skrzywił się, wpatrując w ogień i sięgnął do własnej torby po jedną z przygotowanych ampułek. Czuł na sobie badawcze spojrzenie niebiesko-szarych oczu Axora Ortela, swojego zastępcy. Bez słowa wypił miksturę.

Trzask ogniska zbiegł się z nieprzyjemnym dreszczem, który wstrząsnął jego ciałem.

– Czy to na pewno konieczne, dowódco? – spytał Axor. – Ta mieszanka sprawi, że będziesz odczuwać dyskomfort, a ostrość twojego widzenia może…

– Nie przesadzaj, obaj wiemy, że mierzyłem się już z rzeczami trudniejszymi – parsknął Laith, nie pozwalając smokowi skończyć. – Moje oczy zbyt się wyróżniają, więc nawet jeśli będę widział gorzej, istotne jest wtopienie się w tłum – zauważył. – Nie chcę żadnego ciepłego powitania.

Czerwone tęczówki były oznaką rozpoznawalną Krwawego Księcia. Ktokolwiek by je zobaczył, bez trudu odkryłby jego tożsamość. Chciał tego uniknąć, stąd zdecydował się na zmianę ich barwy z pomocą mikstury. Ból nie miał przy tym znaczenia. To nie był pierwszy raz, gdy musiał mierzyć się z cierpieniem.

Axor pokiwał głową.

– Dowódco…

– Idź spać – rzucił Laith, kładąc się na ziemi. Oczy miał osłabione, ale jego słuch wciąż był doskonały. – Wyruszamy o świcie.

Odpowiedź nie nadeszła. Ortel wiedział, że nie było sensu dyskutować.

Książę wpatrywał się w niebo i nie czuł nic. Nie zachwycał go zawieszony nad głową księżyc w pełni czy gwiazdy. Widział wszystko, ale to ignorował. Wolał skupić się na ciemności, jakby próbując coś w niej dostrzec.

Rozdział 4

Choć podróżowali niemal bez wytchnienia, na skraj lasu dotarli dopiero po dwóch dniach. Laith chciał czym prędzej znaleźć się przy wiosce Hyon, świadomy, że liczy się każda sekunda. Zgodnie z informacjami, które przekazał Aynur, złodzieje zamierzali właśnie tam dostarczyć broń. Pojawiało się pytanie, czy chcieli ją sprzedać, czy też po prostu komuś przekazać.

Korzystając z okazji, że byli już niedaleko, rozbili obóz, aby odpocząć i zaplanować kolejne kroki. Cała czwórka rozsiadła się dookoła ogniska, chcąc się ogrzać. Ich oddechy tworzyły w powietrzu obłoki białej pary. Laith sprawdzał otoczenie, doładowując kryształy. Proces wymagał precyzji i spokoju. Zbyt wiele mocy mogło zaszkodzić, zbyt mało czyniło przedmiot bezużytecznym.

– Co za ziąb… – stęknęła Cynthia, okrywając się szczelnie kocem, który miał futrzaną podszewkę.

– Nie jest tak źle. Teraz to chociaż drzewa chronią nas przed wiatrem – zauważył Tristan, wgryzając się w kawałek suszonej wołowiny.

Zabrali ze sobą właśnie takie mięso i bukłaki z wodą. Racje musiały być zdatne do warunków podróży, chociaż nikt nie wykluczał opcji polowania.

Cynthia westchnęła, sięgając po drewniany kubek. Wlała do niego nieco zagotowanej wody z garnuszka, który stał na palenisku. Sama zabrała ze sobą ten sprzęt, chcąc mieć możliwość picia herbaty.

– Idealna – szepnęła z zachwytem, odgarniając za ucho blond kosmyki. Jej zielone oczy od razu nabrały nieco psotnych iskierek.

Laith słuchał rozmów, ale się do nich nie mieszał. Tak było zawsze. Jako że znajdował się dalej od ogniska, chłód o wiele mocniej napierał na jego ciało. Było to nieprzyjemne, ale utrzymywało umysł w ryzach. Energia Smoczej Żądzy ponownie czyniła go niestabilnym, agresywnym i głodnym zniszczenia.

– Dowódco, masz ochotę?

Kobiecy głos dotarł do uszu Laitha, a ten parsknął.

– Szkoda marnować ziół i tak nie zdołam zrozumieć, dlaczego tak się tym zachwycasz.

Pokiwała głową, odwracając się i ukradkiem wywróciła oczami, co wywołało chichot Tristana.

– Co się śmiejesz? Guza szukasz? – mruknęła.

Po zakończeniu pracy z kryształami Laith skierował się po wodę.

– No co ty – rzucił rozbawiony Tristan, a brązowe loki opadły mu na twarz. Z wszystkich mężczyzn miał najdłuższe włosy.

Cynthia i Tristan zaczęli walkę na spojrzenia, aby po chwili wesoło się roześmiać. Axor tymczasem skończył jeść, otrzepał dłonie i wstał.

– Dowódco, pozwól, że to ja przejmę pierwszą wartę – poprosił, zginając lekko kark.

Laith uniósł brew, odsuwając bukłak od swoich ust i mierząc żołnierza spojrzeniem. Każdy z nich wyglądał podobnie. Ocieplane płaszcze zdolne ukryć twarze i skórzane ubrania, które wzmocniono tak, aby nie było łatwo ich przeciąć.

W jednej chwili wszelkie rozmowy ucichły, a oczy całego oddziału spoczęły na Krwawym Księciu, który doskonale wiedział, jaki był powód prośby.

Banda przewrażliwionych bachorów.

– Rób, co chcesz – odparł Laith, kierując się w stronę koni.

Ciężka atmosfera zniknęła. Pozostał tylko szum wiatru i chłód. Korony drzew skutecznie ograniczały widok na niebo, a ciemności dodawały obozowisku czegoś niesamowitego. Światło zawsze walczyło z ciemnością.

– Słyszeliście Legendę o Lesie Tysiąca Ścieżek? – zapytał nagle Noe i uśmiechnął się konspiracyjnie.

– Nie – odparła Cynthia. – Jeśli chcesz nas przestraszyć jakąś bajeczką, to pamiętaj, że widziałam już niestworzone rzeczy.

Rzuciła mu wyzwanie, a usta Laitha wygięły się złośliwie, gdy czekał na odpowiedź wojownika, ciekawy, czy ten stawi jej czoła. Pogłaskał przy tym swojego konia, który cicho zarżał.

– Ha! Czy ktokolwiek mówił o strachu? – skomentował. – Chcę tylko z dobroci serca podzielić się z wami swoją wiedzą, a ty…

– Przejdź do rzeczy! – poprosił Tristan, cicho ziewając.

Noe wzniósł oczy ku niebu i westchnął.

– Tysiąclecia temu żyć miała Pierwotna, której moc umożliwiała poznać największy ból serca. Sekret bądź sprawa, której nie dało się zapomnieć – objaśnił. – Mówiło się, że ma wgląd w duszę.

Dar był wyjątkowy, ale w oczach Laitha również problematyczny i obciążający umysł. Miał wiele swoich własnych trosk i utrudnień, nie potrzebowałby, aby do tego wszystkiego doszło coś takiego. Nie chciałby również, aby ktokolwiek poznał jego własne wnętrze.

– Mieszkała w małej wiosce i używała swojej umiejętności, aby pomagać mieszkańcom. Pragnęła, aby pojęli, że pewnych spraw nie da się naprawić, a istotne jest kroczyć naprzód. Jak się spodziewacie, nie każdemu było łatwo przyjąć wiedzę, że ktoś zna jego mroczne sekrety. No więc...

Ogień wesoło zatrzeszczał w palenisku, a wszyscy poza księciem wpatrywali się w twarz Noe z wyczekiwaniem. Atmosfera nabrała barw, a cienie tańcowały na ziemi, zupełnie jakby i one dołączyły do tej opowieści.

– Znienawidzono ją – podsumował, ruszając patykiem ognisko. – Pewnego dnia poznała sekret kogoś bardzo ważnego, a ten wzburzony zmanipulował tłum i zaczął na nią polować.

Laith podszedł do ogniska, siadając na swoim miejscu. Musiał przyznać, że był to przewidywalny przebieg zdarzeń. Smoki nienawidziły słabości, a jeszcze bardziej, gdy ktoś poznawał ich własną.

– Ścigano ją aż do Lasu Tysiąca Ścieżek. Krwawiła, zostawiając za sobą masę śladów i budząc ze snu drapieżniki zamieszkujące te gęstwiny.

Jak na zawołanie coś zaszumiało z boku. Głowy całej piątki odwróciły się w tym kierunku. Axor i Laith wydawali się najspokojniejsi, ale Cynthia zaciskała nerwowo wargi. Atmosfera robiła swoje. Wkrótce zza zaspy wyłoniło się królicze ucho, a zwierzę pomknęło naprzód.

– Przodkowie… – jęknął Tristan. – No, co było dalej? – zapytał, ponaglając kolegę.

– Znaleźli ją i przybyli do drzewa, katując i ostatecznie odbierając życie. Pierwotne Smoki są silniejsze, a ich zdolności regeneracyjne mogą czynić cuda, więc męka trwała długo. Krzyczała i błagała, ale nikt nie okazał jej łaski. Zmarła, a Przodkowie bardzo się rozgniewali.

– Mam nadzieję, że zabili tych drani – mruknęła pod nosem Cynthia.

Laith wpatrzył się w palenisko. Ogień tańcował, a nawet przez moment miał wrażenie, że widzi w nim jakąś postać.

– Zabili – zgodził się Noe. – Przodkowie przeklęli las, a ci, którzy byli winni masakry, zasnęli i do śmierci byli uwięzieni w swoich koszmarach. Im bliżej nocuje się Przeklętego Drzewa, tym mniejsza szansa, że się wyśpisz – podsumował.

Cynthia odgarnęła z czoła blond kosmyki włosów i westchnęła.

– Zapowiada się więc nieprzespana noc?

Tristan pokręcił głową.

– Co ty, to przecież tylko legenda – zauważył i spojrzał na Noego. – Prawda?

Bajarz wyszczerzył się, wzruszając ramionami.

– Przekonamy się – podsumował.

Axor i Laith nie zmienili wyrazów twarzy. Księcia pochłonęło rozmyślanie o tym, co oznacza śmierć. Koniec męki, jaką było życie. Cisza i spokój do chwili odrodzenia. Według wiary smoków część zmarłych dołączała do Przodków, a cała reszta powracała na ziemię. W ten sposób mieli zapracować na wyróżnienie i mieć szansę spotkania swojej bratniej duszy. Więź oblubieńców była podobno wspaniała. Połączenie nie wywoływało uczuć, ale bliskość, potrzebę i wrażenie, że tej drugiej osobie można było zaufać. Cała reszta emocji rodziła się sama. Do chwili spotkania konsekwencje śmierci jednego z nich były dla drugiego nikłe, ale jeśli doszłoby do aktywowania powiązania, strata partnera mogłaby zniszczyć. Zabić, sprawić, że osoba oszaleje, a może po prostu dokona samozagłady. Ostatecznie wieczna samotność nie brzmiała tak źle. Argenis uważał, że to paskudny wynalazek. Więź, która sprawiała, że chciałeś komuś tak po prostu zaufać, była zdradliwa i kłopotliwa. Keon zaparł się, że poślubi tylko tę, która będzie mu przeznaczona i ostatecznie tak się miało stać. Nawet Aynur łagodniał dla swojej bratniej duszy. Laith za to czuł tylko wstręt. Nie chciał spotykać przeznaczonej, a może właśnie chciał, tylko nie wiedział, co stanie się dalej.

Niewiedza za to była straszliwą rzeczą.

Wspomnisz jeszcze moje słowa. Zakochasz się w kimś, kto będzie cię nienawidzić i przekonasz się sam, jak wielką siłę ma miłość.

Słowa, które Isra wypowiedziała do niego dawno temu, na nowo zabrzmiały w umyśle. Parsknął, przykuwając tym uwagę wszystkich zgromadzonych. Wciąż uważał życzenie siostry za niepoważne.

– Pora spać – rzekł, nie mówiąc nic więcej.

» ✧«

Nocny płaszcz okryły twarze śpiących smoków, przy których czuwał wartownik. Jedynie tańczący ogień stawał przeciwko mrokowi, jakby chcąc chronić podróżników. Był jednak bezradny wobec tego, co działo się w ich umysłach. Wpływ lasu, a może opowieść Noego, sprawiły, że każdemu śniło się coś nieprzyjemnego.

Laith zmarszczył brwi przez sen, zaciskając dłoń na krysztale grzewczym tak mocno, że pojawiło się na nim delikatne pęknięcie.

Wspomnienie pewnego jesiennego dnia odżyło.

Przechadzał się po koszarach, bo uciekł od nauczycieli, znudzony tym, co próbowali mu przekazać. Tak natknął się na rówieśnika. Axor nie rozpoznał go, a od słowa do słowa doszło do tego, że dwójka młodzieńców stoczyła mały pojedynek.

Ogień stanął naprzeciwko wody i zwyciężył.

Dla Laitha wynik był pewny, ale i tak to starcie uznał za niezwykle radosne. Axor nie irytował go tak, jak wielu innych. Nie wahał się, a walczył z całych sił. Chociaż rozpoczęli znajomość od starcia, to ono stanowiło podwalinę pod wszystko, co później przeszli – w tym ich przyjaźń.

Czerwone oczy księcia rozbłysnęły, gdy wpatrywał się w chłopaka.

– To nic. Nawet jakbyś stanął na głowie, to nie byłbyś w stanie mnie pokonać.

Obudził się nagle, prostując się i dotykając czoła. Axor od razu wbił w niego spojrzenie, ale nie zamierzał przemówić. Laith tymczasem nieznacznie się skrzywił. Chociaż wspomnienie nie było nieprzyjemne, to nie lubił śnić o przeszłości. Nigdy bowiem nie wiedział, w której chwili ukaże się to, czego nie chciał pamiętać.

– Idę na patrol, a gdy wrócę, zmienimy się – oświadczył, wstając ze swojego miejsca i skierował się ku leśnej gęstwinie.

– Jak rozkażesz, dowódco.

Szedł, scalając się z mrokiem. Mijane krzaki pozostawiały na płaszczu śnieg, a i tak parł przed siebie, wsuwając do kieszeni grzewczy kryształ. Tylko jego czerwona barwa wydawała się rozświetlać ciemność. Zwykle był w stanie widzieć nocą dość dobrze, ale na skutek mieszanki jego zmysł wzroku uległ pogorszeniu. Może nawet teraz działał tak, jak u każdego smoka. Niewyraźne, mroczne sylwetki drzew nie pomagały w nawigacji po obcym terenie, więc ostatecznie zdecydował się unieść dłoń i wzniecić nad nią płomień.

Ogień od razu wyszedł na spotkanie nocnej toni. Drzewa iglaste i nagie konary, runo pokryte śniegiem i nieco nierówności. Wiosną musiało tutaj niesamowicie pachnieć, ale teraz do nozdrzy bestii docierał tylko chłód. Szedł przed siebie, nasłuchując. Sowy huczały, coś wydawało z siebie dźwięk cykania. W końcu dotarły do niego również odgłosy skradania.

Przystanął, oczekując, aż zwierzę ucieknie bądź się na niego rzuci. Pragnął walki, więc liczył na to drugie. Słysząc warczenie, uśmiechnął się złowróżbnie i spojrzał przez ramię. Wprost w zielone ślepia białego, pokrytego lodowym osadem wilka.

– Już zmieniłeś futro – zanucił.

Zwierz warknął, a z boku wysunął się kolejny łeb. Ten gatunek dostosowywał się do pory roku, przyjmując adekwatne do niej umaszczenie. Teraz białe futro pokrywały kryształki lodu, jesienią za to były to listki, a on sam był rudy.

Do drapieżników dołączył trzeci, a Laith ani drgnął. Czekał, a ekscytacja wypełniła jego serce.

– No dalej – zachęcił, rozkładając ramiona zapraszająco. Zacisnął pięść, a ogień zgasł.

I w tej samej chwili przeciwnicy ruszyli do ataku. Skoczyli, warcząc i otwierając szczęki. Każdy na miejscu księcia już by uciekał, chcąc się ratować, niektórzy rozdzieliliby bestie, aby pokonać jedną po drugiej. Laith działał jednak inaczej.

W jednej chwili jego dłonie stały się podobne do smoczych łap. Dokonał częściowej przemiany, do czego zdolni byli tylko najzdolniejsi ze smoków. Zamachnął się, rozdzierając skórę na szyi wilka. Wykonał też unik, a ślina z paszczy przeciwnika opadła mu na twarz. Zamiast obrzydzenia, poczuł dziką radość i zaatakował. Miał w kieszeni nóż, ale nie zamierzał go używać.

Chciał czuć na rękach krew.

Ruchy miał szybkie, drapieżne, a lata szkoleń połączone z morderczymi instynktami sprawiły, że już wkrótce było po wszystkim. Dwa wilki padły, a trzeci zbiegł.

Śnieg pokryła szkarłatna ciecz, tak podobna do oryginalnego koloru oczu Laitha. Z zakrwawionymi rękoma spojrzał w stronę nieba. Dłonie wróciły mu do ludzkiej formy i jedną z nich przeczesał swoje czarne włosy, barwiąc je karmazynem. Uśmiechał się, a jego serce biło szaleńczo.

Marzył o więcej, ale na razie musiał zadowolić się tą przekąską.

Pragnienie zniszczenia zostało nieznacznie zaspokojone. Bez emocji zmierzył wzrokiem ciała stworzeń i westchnął. Wtedy do jego uszu dotarł dźwięk wody, co postanowił sprawdzić. Zamierzał obmyć krew i zanieść zdobycze do obozu. Futro mogło się przydać. Mięso było niesmaczne, ale w ostateczności nadawało się do zjedzenia.

– I w ten sposób drapieżnik stał się ofiarą – mruknął pod nosem, sunąc powoli po śniegu.

Było mu coraz chłodniej w stopy. Wkrótce dotarł na miejsce i się rozejrzał. W lesie znajdował się niewielki wodospad, z którego woda wciąż wypływała. Jezioro również nie było zamarznięte. Podszedł do jego skraju, stojąc na w połowie ośnieżonym kamieniu i się pochylił. Tak jak się spodziewał, woda była przyjemna, a to oznaczało, że źródłem musiało być jedno z ciepłych, górskich źródeł pasma przebiegającego przez pobliską Dumelię. Wyjaśniało skąd wodospad w pokrytym śniegiem lesie.

Wzniósł spojrzenie, śledząc strukturę skał, a następnie spojrzał na odbicie w wodzie. Było niewyraźne, ale po pewnym czasie dostrzegł zarys swojej osoby i drzewa. Woń krwi za to coraz bardziej wypełniała jego nozdrza, gdy spróbował zmyć ślady jatki.

Rozdział 5

Pierwsza noc spędzona w Lesie Tysiąca Ścieżek okazała się mało korzystna dla podróżników. Żaden z nich się nie wyspał, co skutkowało parszywym humorem z rana. Jedynie srogie spojrzenie dowódcy sprawiało, że nie zaczęli głośno marudzić i fukać na wszystko, co ich otaczało. Książę zdecydował, że prześpią w obozowisku jeszcze jedną noc, a Noe otrzymał kategoryczny zakaz snucia historii. W końcu należało znaleźć kozła ofiarnego. Dla Laitha kolejny wieczór był równie beznadziejny, co poprzedni. Nie mógł spać i długo wpatrywał się w niebo. W końcu nie wytrzymał i wstał, udając na patrol.

Wśród drzew kryły się niezliczone ścieżki, a według historii były ich tysiące, co wiązało się z nadaną lasowi nazwą. Teraz wszystko było przykryte przez biel. Do płuc wdzierał się chłód, a śnieg trzeszczał pod stopami. Po chwili marszu dotarł do miejsca, w którym dnia wcześniejszego pozbawił życia dwa wilki. Cynthia i Tristan już je oskórowali. Pomimo słabych nastrojów wykonywali każdy z wydanych rozkazów. Tak działali żołnierze.

Szum wody zmieszał się z innym dźwiękiem. Przystanął, chcąc dobrze się w niego wsłuchać. Wtedy też usłyszał niewiarygodnie piękny śpiew. Był jednak w języku, którego nie znał, co nie było tak alarmujące. Na świecie wciąż istniały mniejszości, które nie przyjęły mowy powszechnej. Isteria była jedynym królestwem, które uparcie trwało przy własnym języku.

– Asharies aemra seris tu…

Nucenie było przyjemne, podobne do muzyki młodszego brata księcia, Esiasa. Młody smok potrafił za sprawą instrumentów poruszyć duszę.

– Teramieris aeuro saera katareis monumetirs…

Pomimo dziwnego rwania w sercu, nie zamierzał jeszcze zakłócać występu. Oparł się o drzewo i próbował namierzyć śpiewaka.

– Akaere monumetirs sareio saera…

Wzrok księcia napotkał kobiecą postać, stojącą na jednym z większych kamieni na uboczu. Śpiewała, unosząc dłoń i patrząc na niebo. Jej twarz okrywała maska ze srebrnymi zdobieniami. Dzięki nim wydawała się lśnić.

Nad palcami mężczyzny pojawił się płomień, a dziewczyna od razu się odwróciła, przyjmując pozycję obronną.

Blask ją zaalarmował.

– Kto tu jest? – syknęła.

Ani drgnął, wciąż przyglądając się czerwonemu językowi, który stworzył. Żadna słowna forma ogłoszenia swojej obecności mu nie odpowiadała. Wolał inną metodę. Światło zdradzało jego lokalizację oraz ujawniało twarz. Kobieta podeszła kilka kroków, ale czyniła to z ostrożnością. Wkrótce mógł dokładnie ujrzeć jej posturę.

– Jesteś niemową? – zapytała ostrożnie.

– Skąd taki wniosek? – zagadnął, próbując dostrzec w nieznajomej coś charakterystycznego.

Ubrana była ciepło, co nie zaskakiwało z racji warunków. Chociaż futro przy jej płaszczu było o wiele grubsze niż w standardowym, a dłonie kryła pod porządnymi rękawicami. Najwyraźniej chłód był dla niej gorszym wrogiem niż dla niego.

– Nie podgląda się innych – spostrzegła, lekko zadzierając głowę ku górze. Laith był od niej wyższy o około pięć centymetrów.

– I tego nie robiłem. To miejsce publiczne, a ja dałem o sobie znać. Jeśli to zostało wyjaśnione, to czy masz coś jeszcze mi do zarzucenia, Śpiewaczko?

Nie brzmiał poważnie, jego ton był niski, a oczy pomimo zmiany barwy błyszczały w dziwny sposób, który mógł wzbudzić czujność. Nie odpowiedziała, mrucząc coś w obcym języku pod nosem.

– Podróżujesz sama? – zapytał. – Czy może uciekłaś od swoich towarzyszy, aby pośpiewać?

Atmosfera daleka była do przyjaznej, ale Laith liczył, że poprzez pytania pozyska informacje. Spotkanie innych osób w Lesie Tysiąca Ścieżek nie było dziwne, wielu podróżowało do wioski Hyon, ale nie zamierzał tego bagatelizować.

– Sądzisz, że muszę uciekać?

Odpowiadanie pytaniem na pytanie było ciekawą i dość często widzianą przez księcia metodą. Ludzie w ten sposób próbowali wybić rozmówcę z rytmu.

– Nie masz przy sobie za wiele, a piesza wędrówka zimą nie brzmi najrozsądniej. Do tego dookoła nie ma nikogo poza nami. Wnioski nasuwają się same – spostrzegł, mocniej przylegając plecami do kory. Ciepło ognia przyjemnie pieściło skórę jego dłoni.

Ciszę przerywał jedynie delikatny szum wiatru. Do nozdrzy smoka dotarła woń wody. Wyprostował się, lekko odsuwając od drzewa i stawiając krok w stronę rozmówczyni. Musiał przerwać ten impas. Niczego nie wyczuwał. Kobieta przed nim wydawała się nie mieć zapachu, a przecież to było niemożliwe. Spoważniał, mierząc drobniejszą postać uważnym spojrzeniem.

Z tą dziewczyną było coś nie tak.

– Zaskakujące, mało kto ukrywa swój zapach.

Kobiece dłonie lekko się zacisnęły.

– Dzięki temu można stać się nieuchwytnym dla drapieżników. Polecam spróbować – podsumowała.

To mogła być prawda bądź nie. Nie miał powodów, aby wierzyć obcej. Ironicznie, brak zapachu przyciągnął do niej coś gorszego niż wilk.

– Myślę, że to niesprawiedliwie – zaczął. – Widzisz moją twarz, a ja wciąż nie dostrzegłem twojej.

Spodziewał się każdej możliwej reakcji. Celowo prowokował, chcąc, aby pokazano mu nieco więcej kart. Nieistotne, co przy tym by o nim pomyślano.

Nic nie powiedziała, po prostu sięgając rękami do swojej maski. Laith czekał, obserwując uważnie, więc gdy niespodziewanie doskoczyła ku niemu ze sztyletem w dłoni, uśmiechnął się i bez trudu zrobił unik.

– Ktoś taki jak ty z pewnością nie powinien na mnie patrzeć – rzekła poważnie, obracając w dłoniach oręż.

– Każdego, kto zapyta o twoją twarz, atakujesz?

Obserwował, samemu nie wykonując żadnego ruchu. Płomień nad jego dłonią nabrał na sile, a srebrne zdobienia z maski zalśniły mocniejszym blaskiem. Zaatakowała ponownie, wykonując wymach i próbując podciąć Laitha.

Ogień zgasł, a noc otoczyła tę dwójkę swoim płaszczem.

Atak się nie powiódł. Książę chwycił ją mocno za nadgarstek, zmuszając, aby niemal oparła się o jego pierś. Wyczuwał szarpnięcia, ale i tak ani drgnął. Do czasu, aż nie dostrzegł, że wyciągnęła kolejny sztylet i zaatakowała nim z pomocą drugiej dłoni.

Uśmiechnął się złowrogo, a jego oczy rozbłysnęły tak, jakby właśnie zobaczył coś ciekawego. Śnieg dookoła zatrzeszczał, gdy wykonał ruch, aby wytrącić broń z ręki napastniczki.

Wykorzystała to i gdy sztylet spadał, uniosła kolano, uderzając Laitha w brzuch, a następnie szarpnęła za więzioną kończynę. Okoliczności sprawiły, że zdołała się wyzwolić i ciąć swoim ostrzem wewnętrzną część dłoni smoka. Następnie rzuciła się w głąb lasu.

Słyszał jej oddech i trzeszczenie puchu pod stopami, aż w końcu zniknęła poza zasięgiem jego słuchu. Uśmiechnął się, patrząc na powierzchowne zranienie.

– Doprawdy osobliwy z ciebie króliczek – mruknął, prostując się i przyglądając krwawiącej szramie.

Po chwili ciszy roześmiał się w taki sposób, że zmroziłby krew w żyłach niejednej osoby. Czuł się zaintrygowany dziewczyną, która nie tylko miała piękny głos, ale i najwyraźniej uwielbiała uciekać. Może ją przestraszył, ale również istniała opcja, że ona sama skrywała coś interesującego.

Rozdział 6

Biegła przed siebie, celowo wracając do obozu okrężną drogą. Nie wiedziała, czy obcy ją ściga. Nie miała smoczego słuchu, by to stwierdzić. Padający z nieba śnieg osadzał się na brązowych lokach, a gałęzie nieprzyjemnie uderzały w ciało. Najgorsze w tym wszystkim było zimno, które wyczuwała pomimo dobrze ocieplonego ubrania. Dla takich jak ona chłód był najgorszym wrogiem.

Dostała zadyszki, ale wciąż przemierzała ciemności, aż w końcu dojrzała blask i znane sobie namioty. Przystanęła na skraju obozu, aby wyrównać oddech. Pochyliła głowę, zrywając ze swojej twarzy maskę, a włosy od razu przybrały rudą barwę. Gwałtowne wdechy i wydechy tworzyły wokół niej obłoki białej pary.

– Eve?

Została zauważona przez jednego z towarzyszy. Młodzieniec podbiegł do niej i dotknął ramienia, ale odruchowo się cofnęła, dalej dość szybko oddychając.

– Dlaczego jesteś w takim stanie? Przecież wiesz, jak zimno na nas działa! – zganił, zaciskając usta i poprawiając futrzaną czapkę, która skrywała czarne kosmyki.

Barwa przypomniała kobiecie o napotkanym niedawno smoku i sprawiła, że ze złością uderzyła pięścią w drzewo. Ocieplane rękawice zamortyzowały cios. Była wściekła, bo to, co wyczuła od obcego, było wprost niewiarygodne.

Ta bestia była jej bratnią duszą. I wciąż nie dowierzała, że to możliwe.

– Pierwotny Ojcze, musisz sobie żartować – mruknęła pod nosem, a jej towarzysz coraz bardziej się niepokoił.

Powolnym krokiem zbliżył się i wziął ją pod ramię, prowadząc bliżej ogniska. Tym razem się nie sprzeciwiała, ale zarazem milczała. W ciszy usiadła i zaczęła delektować się ciepłem. Każdy z obecnych pomimo żaru nosił mocno ocieplane ubrania. Feniksy nienawidziły zimna, ale za to miłowały ogień.

– Co jest z księżniczką? – szepnął jeden z mężczyzn, siedzących tuż obok Eve.

Towarzysz wzruszył ramionami.

– Pewnie zmarzła.

Nerwowo strzepała śnieg z ramion, wykrzywiając usta w grymasie. Niewiarygodne, że ona, córka przywódcy feniksów miała być sparowana z przedstawicielem wrogiej nacji. Nie chciała więzi i marzyła jedynie o tym, aby nigdy już nie spotkać smoka. Kimkolwiek był, nie obchodziło jej to.

Pomimo całej wrogości i niechęci, Eve była świadoma, że tylko z tą bestią mogłaby mieć potomstwo. Na tym polegała istota takiej relacji dla jej rodzaju. Chociaż sama więź nie wywoływała uczuć, to była kluczowa dla wydawania na świat następnych pokoleń. Ta piękna sprawa przez ostatnie wieki była dla feniksów również największym utrudnieniem i powodem, dla którego ich populacja spadła. Nie pomagał fakt, że rasa uchodziła powszechnie za wymarłą.

Przygryzła dolną wargę, wyczuwając padający na siebie cień. Od razu uniosła głowę do góry, napotykając postać kapitana grupy. Starszy feniks zmarszczył swoje krzaczaste, ciemne brwi i westchnął.

– Gdzie byłaś, Eve? Przecież wiesz, że nie powinniśmy się rozdzielać – zaznaczył, zaciskając usta w wąską kreskę.

– Przy wodospadzie – odparła zgodnie z prawdą, pomijając informacje o spotkaniu ze smokiem.

Feniksy znały dość dobrze Las Tysiąca Ścieżek. Nie pierwszy raz przez niego podróżowały. Eve uwielbiała to miejsce wiosną i wielokrotnie mając okazję, zapuszczała się w te regiony, aby poobserwować rośliny i zwierzęta. Kwitło w nim życie, ale teraz to wszystko zostało zasłonięte przez śnieg. Spało, oczekując dnia, gdy nadejdzie pora przebudzenia.

– Nie powinnaś odchodzić tak daleko – upomniał i potarł czoło. – Jutro wyruszamy, musimy dostać się do Hyon i zabezpieczyć miecz.

Wystarczyła wzmianka o zadaniu, a atmosfera od razu zrobiła się poważniejsza. Każdy wiedział, jak istotna była ta broń.

Eve z niechęcią wsunęła dłoń w kieszonkę płaszcza. Brak jednego ze sztyletów wywołał w niej dziwne uczucie pustki.

– Grupa ze świątyni nie mogła po prostu dostarczyć go bezpośrednio? – mruknął niezadowolony członek grupy.

Kapitan odwrócił się ku niemu i skrzyżował dłonie na ramionach.

– Doskonale wiesz, że musieli się rozdzielić. Smoki ruszyły w pościg, nie zdziwi mnie, jak w wiosce będzie ktoś na nas czekał. Sami za to nie byliby w stanie dobrze chronić artefaktu. Aukcja to najbezpieczniejszy punkt przerzutu.

– Jednocześnie najbardziej przewidywalny – spostrzegła Eve. – Wydostanie broni z Hyon będzie jednym z najtrudniejszych zadań. Możemy ją zabrać z aukcji, ale cichy transport to coś innego. Nie wiemy też, czy nasi towarzysze nie będą mieć opóźnienia. Zimno źle na nas działa – podsumowała.

Feniksy spuściły głowy. Sytuacja w smoczej świątyni nie miała tak wyglądać. Artefakt zamierzano wydostać z niej po cichu, tak, aby kapłani nie zauważyli kopalni, ale jedna z podpór się zawaliła i wtedy rozpoczęły się komplikacje. Wielką stratą dla feniksów była utrata dóbr, jakie skrywały tunele, ale mogły to znieść. Poświęciłyby wiele, aby zachować miecz, bo tylko z nim mogły stanąć naprzeciw smokom.

– Jego Wysokość przez lata budował wpływy i teraz jest jedną z kluczowych figur półświatka w Hyon. Będziemy mieć utrudnienia, ale z pewnością podołamy – zaznaczył kapitan, a na wspomnienie króla, zgromadzone feniksy przyłożyły dłonie do piersi.

– Niech ogień wiecznie w nim płonie.

Życzenie poniosło się po otoczeniu niczym pochlebna pieśń. Jedynie Eve rzuciła to mimochodem i z obowiązku, a głos miała przy tym pusty. Zamiast o ojcu i tym, jak był uwielbiany, wolała myśleć o zadaniu.

I mężczyźnie, którego woń wciąż tkwił jej w głowie.

Miała szczęście – gdyby nie maska i biżuteria tłumiąca zapach, on by ją rozpoznał. Zmysły musiały poczuć partnera, aby dana istota mogła bezsprzecznie stwierdzić, że to on. Wtedy dochodziło do aktywacji.

Wstała i bardzo szybko zanurkowała do wnętrza jednego z białych, niewielkich namiotów. Dzieliła go z młodą kobietą, ale teraz nie było jej w środku. Mogła więc cieszyć się samotnością. Domyślała się, że smok zmierza do Hyon. Możliwe, że na aukcję bądź jako jej wróg. Krzywiła się na samą myśl o kolejnym spotkaniu.

Rozpuściła włosy i nerwowo zaczęła je rozczesywać. Czuła, że potrzebuje snu, bo nie potrafiła do końca trzeźwo myśleć. Gniew i zagubienie tańczyły w jej sercu, nie chcąc się z niego wynieść, a co gorsza zaburzały osąd sytuacji.

Powinna powiedzieć o spotkaniu z obcym. Nie byłby pierwszym napotkanym, więc nic by się nie stało. A jednak milczała. Może dlatego, że chciała wymazać istnienie smoka ze swojego umysłu.

Uderzyła się w policzek, krzywiąc i wzdychając. Po chwili ułożyła się na swoim legowisku i przymknęła oczy.

Teraz najistotniejsze było wykonać zadanie.

Rozdział 7

Grupa Laitha stanęła przed wyborem. Mogli podróżować przez drzewa, co utrudniało transport koni, ale gwarantowałoby większe bezpieczeństwo, bądź udać się na główną ścieżkę i to nią podążyć wprost do wioski, co z pewnością sprawiłoby, że na miejscu pojawiliby się szybciej. O ile nie pomylą kierunku. Ostatecznie wybrali wygodniejszą dla zwierząt trasę.

O świcie zwinęli obozowisko i udali się w drogę. Cynthia przyglądała się mapie, odszukując przy tym drobne oznaczenia, które wraz ze swoimi towarzyszami pozostawiła. Ryt na jednym z drzew został zasypany śniegiem, ale ostatecznie i tak go odnaleziono.

Laith stał przy swoim koniu, przyglądając się broni, którą straciła spotkana przy wodospadzie kobieta. Ostrze było dobrze wyważone i miało złote zdobienia na rękojeści, a pomimo braku klejnotów, łatwo było stwierdzić, że nie była tania. Żałował, że nie posiadała inicjałów właścicielki.

– Wszystko w porządku, wasza wysokość? – zagadnął Axor, lekko się kłaniając.

Laith spojrzał ku niemu i skinął głową, podając zastępcy broń.

– Co o niej sądzisz?

Proste, niezobowiązujące pytanie – tak wyglądało. Szkoda, że żadne z zapytań Laitha nigdy nie było tak powierzchowne, jak to ludzie uważali. Axor żył z nim długo, toteż od razu pojął, że jego wysokość go testuje.

Smok sprawdził wagę sztyletu, wykonał nim ruch i pewnie chwycił w dłoń. Wszystko to pod czujnym spojrzeniem księcia. Następnie oddał mu ostrze.

– Jest dobrze wyważony i chociaż ma zdobienia, to są one subtelne, co sprawia, że wydaje się niepozorny. Jest nieco lżejszy od sztyletów używanych armii, więc przypuszczam, że musiał zostać wykonany dla kobiety bądź naprawdę młodej osoby – poinformował. – Rączka jest dość charakterystyczna, bo chociaż wydaje się mieć powszechny kształt, to przy łączeniu została ozdobiona lekkimi falami. Nie jest to wada, a celowe działanie.

Laith pokiwał głową.

– I co ja bym zrobił bez twoich czujnych oczu?

– Jestem przekonany, że wasza wysokość już dawno to zauważył – stwierdził Axor. – Czy mogę spytać, skąd książę ma tę broń? Nie wydaje się zrobiona przez znanych mi kowali.

I nie mogła należeć do niego. Jak słusznie zauważył, wydawała się kobieca. Laith spojrzał wprost w niebieskie oczy smoka i schował sztylet za jeden z pasków.

– Spotkałem kogoś – podsumował. – Dziewczynie najwyraźniej nie przypadło do gustu moje towarzystwo.

Coś na twarzy Axora nieznacznie złagodniało, a jego wzrok mimowolnie podążył ku ręce, na której teraz widniał strup. Rana była ledwie widoczna, a i wkrótce miała zniknąć. Smoki szybciej się regenerowały, chociaż było to nieporównywalne do efektów w ich gadziej postaci.

– Dowódco! – zawołała Cynthia. – Wszystko gotowe.

– Świetnie, a więc wchodzić na konie! – rozkazał książę zajmując miejsce na grzbiecie.

Las od razu zaczął wydawać się inny. Wierzchowiec otrzymał znak i ruszył, a cienkie gałązki drzew zadrżały pod wpływem wiatru. Stukot kopyt i trzeszczenie śniegu były jedynym, co wychodziło naprzeciw ciszy. Laith jechał przodem, chociaż dla bezpieczeństwa powinien w środku. Dla każdego z członków oddziału dowódca był najważniejszy, ale ten znany był z tego, że nie krył się za czyimiś plecami. Nikt więc nie próbował sprawić, aby zmienił miejsce.

Oddechy tworzyły w powietrzu delikatne, białe obłoki, a właściciele pięciu par oczu parli naprzód, skanując przy tym otoczenie. Kto tam wiedział, czy na tak oczywistej trasie nie czaili się bandyci.

– Co z tobą Noe? – mruknął jadący po lewej stronie księcia Tristan.

Laith od razu spojrzał przez ramię, dostrzegając, że będący w środku formacji żołnierz jest dziwnie blady. Najwyraźniej nocleg źle na niego wpłynął.

– Nic – burknął żołnierz. – Pilnuj lepiej skór ze zdobyczy księcia. Może uda się ją sprzedać – mruczał.

Tristan nic nie odpowiedział, jedynie sprawdzając, czy pokryte lodowymi zdobieniami futro było dobrze przymocowane do jego siodła.

Mijali ośnieżone kamienie, a oczy co niektórych zdołały nawet uchwycić ruch małych, leśnych stworzonek. Ptaszki tuliły się do siebie na gałązce, a wiewiórka przypatrywała się gościom z czujnością. Każdy, kto wjeżdżał do lasu, był wizytatorem.

– Patrzcie jakie ma jasne futerko. Musi być mięciutki – uznała Cynthia, wprost oczarowana widokiem zająca, który właśnie trącił łapką swoje ucho.

Tylko Tristan się z nią zgodził, bo reszta wciąż milczała. Rudawy koń Axora cicho zarżał, gdy został popędzony. Wkrótce zrównał się z Silasem.

– Jest spokojnie – spostrzegł wicekapitan zamyślony.

Każdego cieszyłby ten stan rzeczy, ale nie Laitha. Wydawał się wręcz nienaturalny. Uniósł dłoń ku górze, a smoki napięły ciała, czekając na rozkaz. Każdy skierował ręce w stronę ukrytego oręża. Zagrożenie mogło wcale nie nadejść, ale rozsądniej było go oczekiwać.

Rozniósł się świst wiatru, który przypominał zbolały jęk, a gałązki ponownie zafalowały. Płatki białego puchu tańcowały w powietrzu, aby ostatecznie wylądować na kapturach bądź włosach smoków.

Laith kątem oka dostrzegł porzucone obozowisko, ale zrezygnował ze sprawdzenia go. Równie dobrze to mogłaby być pułapka. W końcu nierozsądnym byłoby nocować tak blisko drogi. Zwolnił konia, obserwując podłoże. Śnieg mógł coś ukryć, więc należało działać ostrożnie, a przy tym powoli.

Nikt nie odważył się odezwać. Cisza za to wydawała się coś zapowiadać. Wkrótce odkryto co. Laith pociągnął za lejce. Czerwień przebijała się ponad dopiero co opadłe płatki. Na lewo leżało martwe ciało. Szkarłatny szlak prowadził w głąb drzew. Coś tam było, ale nie był w stanie tego dostrzec. Inaczej jednak było z jego towarzyszami.

– Przodkowie, oni przybili ich do drzew – mruknął blady i nieznacznie ożywiony Noe.

Cynthia zacisnęła usta.

– Wyglądają na zbójców, ale po raz pierwszy widzę, aby ktoś był wobec nich tak bestialski.