Lawendowa Woń - Małgorzata Paszko - ebook

Lawendowa Woń ebook

Paszko Małgorzata

0,0

Opis

Gdzie zaprowadzi go wygnanie?

 

Oriel zostaje oskarżony o zbrodnię, której nie popełnił. Otoczony przez wrogów musi opuścić Świat Duchów i ukryć się wśród śmiertelników. Nawet tam jednak czyha na niego niebezpieczeństwo – tym razem pod postacią uczuć, do których sądził, że nie jest już zdolny.

 

Cerys wiedzie spokojne życie, pomagając babci w prowansalskiej kawiarni, aż do dnia, gdy ratuje rannego białego królika. Ten gest otwiera przed nią drzwi do świata, gdzie iluzja ścieli się gęsto i pogrzebane są liczne tajemnice.

 

Złotego Motyla należy odnaleźć. Inaczej Oriel nie odzyska tego, co mu odebrano, ale czy ostatecznie będzie w stanie odejść? 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 330

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Małgorzata Paszko, 2026 rokAll Rights ReservedRedakcja: Małgorzata Paszko, Kamil SiwiaszczykKorekta: Małgorzata Paszko, Kamil SiwiaszczykSkład i łamanie: Małgorzata PaszkoProjekt okładki: Małgorzata PaszkoWydanie IISBN: 978-83-979771-9-8Książka jest objęta ochroną prawa autorskiego. Zabrania się kopiowania oraz udostępniania bez pisemnej zgody Autorki.Książka dostępna również w formie ebooka.

Instagram: @malgorzata_paszko

Kontakt: [email protected]

Tym, którzy idąc przez życie widzieli tylko mrok.W końcu znajdziecie swoje światło.

Rozdział 1

Oriel znany był z tego, że sprawiał liczne problemy. Nikt jednak nie oczekiwał, że zechce ukraść królewski skarb. Świat Duchów miał sztywne zasady, ale przez lata udawało się mu naginać wiele z nich. Robił z innych pośmiewiska, posuwał się do oszustw, złośliwości i żadnego z tych czynów nie żałował.

Więzienie znajdowało się w podziemiach zamku. Gniew Króla Duchów przemienił kłębiącą się wokół energię w wichurę, która bez przerwy katowała mężczyznę. Pozbawione rys ciemnoniebieskie, kamienne ściany doprowadzały go do obłędu. Podobnie jak obrzydliwie słodka, nieznana woń, która unosiła się w powietrzu.

Pragnął stąd wyjść.

Szarpnął złotym łańcuchem, przez co bardziej zmierzwił platynowe włosy. Długie, królicze uszy na czubku głowy zadrżały. Więzy przyczepiono do ziemi i blokowały dostęp do mocy, przez co wpływ tłumiącej siły był mocniej odczuwalny. Cokolwiek mu zarzucano, nie zamierzał przyznać się do winy. Musiałby stracić rozum, aby spróbować ukraść skarb, który jego wysokość przygotował dla ukochanej żony.

Syknął, próbując zmusić ciało do ruchu, ale trzymająca go w uścisku moc nie pozwalała, aby chociaż drgnął. Pot spłynął mu po torsie. Miał na sobie tylko czarne spodnie. Resztę zabrano mu w trakcie przeszukania. Nie dlatego, że szukano ukrytych kieszeni, lecz aby go złamać.

Jęknął.

Prędzej zabije go półmrok niż zimno i wstyd.

Zmrużył oczy, gdy pustą, półokrągłą salę nagle rozświetliło pomarańczowe światło, a wietrzysko się uspokoiło. Kraty zazgrzytały, a zaraz potem wydały z siebie niezadowolony odgłos. Ktoś wkroczył do środka.

Żołnierz był barczysty, a z jego pleców wyrastała skorupa żółwia. Roztaczał wokół umiarkowaną aurę, zdradzając, że nie był pierwszym lepszym duchem.

– Jego Wysokość kazał cię przyprowadzić, Olmeri.

Króliczy duch, słysząc własne nazwisko, uśmiechnął się złośliwie, aby po chwili przybrać bardziej potulną postawę. To nie była pora, aby pokazywać pazurki. Musiał opuścić więzienie i zakończyć absurd, o który go podejrzewano.

Żołnierz wyciągnął z boku token nasączony energią króla, aby cofnąć wiążącą Oriela moc, a następnie pochwycił go szorstko pod ramię i wypchnął na korytarz. Duchowe kajdanki na nadgarstkach zacieśniły się, uprzedzając, że próba ucieczki nie skończyłaby się zbyt dobrze. Wkrótce też w dłoni żółwiego ducha znalazł się ciągnący od więzów łańcuch, który uprzednio odczepił.

– To niepotrzebne – mruknął Oriel.

– Milczeć i maszerować – syknął wojownik, niezainteresowany rozmową.

Uważano, że każdy typ ducha ma specjalne umiejętności. Wilcze wykazywały się niezwykłym węchem, smocze siłą, a królicze urokiem, który pozwalał im zyskiwać sympatię. Nic dziwnego, że Żółw nie chciał komunikować się z Orielem.

Obawiał się go.

Uwięzionemu narzucono bardzo intensywne tempo, a zmęczone, wyziębione ciało ledwie to znosiło. Z ust ducha nie umknął żaden dźwięk. Starał się iść wyprostowany, co poskutkowało nieprzychylnymi spojrzeniami, które posyłały mu mijane na korytarzu osoby. Kamienne ściany otulały miękkie cienie, a duszący zapach osłabł, co ułatwiło spokojne oddychanie.

Żółw szarpnął za łańcuch.

– Szybciej. Król nie będzie na ciebie czekał – warknął, spluwając na podłogę.

Oriel uniósł brew i bez słowa kontynuował marsz, wkrótce opuszczając część więzienną. Lochy w zamku nie były duże, bo więźniowie nigdy nie zostawali w nich na długo. Po wymierzeniu wyroku przenoszono ich w stosowne miejsce.

Rezydencja krzyczała ekstrawagancją. Ściany wykonano z prawdziwego złota, a co jakiś czas znajdował się na nich ozdobny filar z jasnego, żółtego kryształu, który emanował delikatnym blaskiem. Między nimi zawieszono liczne, poruszające się obrazy, z których stworki przyglądały się Orielowi z niepokojem.

– Jak myślicie, zostanie stracony? – zapytał prosiaczek z malunku, na którym były jeszcze dwa.

Od razu został kopnięty racicą i wydał z siebie pisk.

– Ciii! – syknął drugi. – Może to królik, ale wierzcie mi, jest w nim więcej z lisa.

– Nie, nie, z krokodyla! – zawołała świnka z kokardką, włączając się do dyskusji.

Oriel chętnie by przystanął, odpowiedział coś sarkastycznego, ale Żółw ani śnił mu na to pozwolić. Tak też minęli obraz, nie usłyszawszy dalszej części rozmowy.

Dwóch barczystych strażników uchyliło drzwi do sali tronowej, w której zebrali się możni Świata Duchów. Markizowie stali najbliżej tronu i mieli najwięcej władzy. Właściwie w imieniu władcy pełnili funkcję nadzorczą nad konkretnymi terenami i typami dusz, najczęściej powiązanymi z klanem, na którego czele stali. Wśród nich Oriel wypatrzył melancholijną twarz starszego brata. Ciemnoszare królicze uszy trzymał nisko, a wzrok miał utkwiony w królu, zupełnie, jakby cicho błagał o łaskę. Jasne ucho Oriela drgnęło.

Żółw mocniej pociągnął łańcuch, zmuszając więźnia do padnięcia na kolana. Każdy mógł patrzeć, jak syn szanowanego rodu został pozbawiony wierzchnich szat, a eleganckie dotąd, bardzo miękkie włosy trwały w nieładzie, którego powstydziłby się nawet najskromniej żyjący mieszkaniec krainy. Mimo tego jego wzrok był spokojny.

Król Duchów siedział wygodnie na złotym tronie, podtrzymując ciszę. Nawet duchy hien nie ważyły się chichotać. Wszyscy patrzyli w stresie na wysportowanego mężczyznę o długich, czarnych włosach i uszach merfolka.

– Orielu Olmeri, dalej zaprzeczasz, że to ty skradłeś Złotego Motyla? – zapytał ostrym tonem władca.

– Tak – rzucił oschle Oriel. – Nigdy w życiu nie dotknąłbym własności króla.

Pan Duchów zmrużył powieki, a światło subtelnie przebiegło po złotym wieńcu laurowym na jego głowie i licznych, drogocennych łańcuchach zdobiących klatkę piersiową. Często chodził bez wierzchniej szaty, eksponując wysportowany tors. I chociaż tę cechę współdzielił z więźniem, to wyglądali zgoła inaczej.

– Wielu twierdzi, że jesteś w stanie dokonać takiej zbrodni.

Oriel ugryzł się w język, aby nie powiedzieć czegoś nieodpowiedniego.

– Wasza Wysokość, tkwiłem w lochu i nie znaleziono na mnie żadnych śladów wskazujących, że mogłem mieć styczność z królewskim skarbem – zauważył.

Przed uwięzieniem żałował, że nie zdołał skorzystać z okazji i przyjrzeć się artefaktowi, ale teraz uważał to za prawdziwy dar od losu.

– To prawda – zgodził się władca, przenosząc spojrzenie ciemnobrązowych oczu na jednego z markizów. – Doszły mnie jednak słuchy, że już raz dokonałeś tego typu kradzieży.

Nie okazał nerwów ani stresu. Na niekorzyść działała mu reputacja i wcześniejsze dokonania, ale bez dowodów nie zostanie skazany na unicestwienie.

– Królu, nie można porównać zabezpieczeń pałacu z tymi, które posiadał markiz Hartel.

Wspomniany szlachcic cicho prychnął, skłonił się nisko i spojrzał złowrogo na Oriela.

– Ukradłeś wtedy moje jadeitowe spinki i sprzedałeś na czarnym rynku, aby opłacić dziwki! – splunął. – Mój panie – zwrócił się do władcy. – Zapewniam cię, ten duch to zakała naszego świata i musi zostać ukarany za to, co miało miejsce. Jestem pewien, że nawet jeśli to nie on skradł Złotego Motyla, to będzie to jeden z jego szemranych towarzyszy.

Zza pleców Oriela dobiegły odgłosy aprobaty.

Król poruszył się, opierając dłoń o tron, który zdobiły listki z białego złota, imitacje winorośli oraz mchu.

W jednej chwili wszyscy zamilkli.

– Przez trzysta lat życia napsułeś krwi wielu osobom. Zawsze działałeś na granicy prawa, unikając konsekwencji. Nie istnieje jednoznaczny dowód na twoją winę, ale nie ma też niczego, co zmyje twoje poprzednie występki. Twój brat błagał mnie o litość, ale tej zaznałeś w życiu zbyt wiele. Pora, abyś poniósł konsekwencje – zdecydował. – Niech cała Kraina Duchów usłyszy mój wyrok. Oriel Olmeri zostaje pozbawiony większości duchowej energii i wypędzony ze stolicy. Powrócić będzie mógł tylko wtedy, gdy uzyska przebaczenie od dziesięciu z możnych, których niegdyś obraził bądź pomoże odzyskać Złotego Motyla.

Słowa poniosły się echem, a potężne podmuchy powietrza przeszły przez cały Świat Duchów, głosząc nowinę. Oriel wiedział, co to oznaczało.

Nie mógł tu pozostać.

Rozdział 2

Francuskie miasteczko Gordes zachwycało niejedno serce. Światło leniwie otulało kamienne domy, a zapachy świeżych wypieków i kawy krążyły w powietrzu. Cerys westchnęła, szybciej pedałując na rowerze. Zimny wiatr targał jej sztruksową kurtkę, którą pośpiesznie założyła przed podróżą. Wiedziała, że mogła posłuchać babci i ubrać się cieplej, ale bardzo chciała dostać się do piekarni szybciej, aby kupić ulubione rogale. Marzła, ale wciąż się uśmiechała.

W oddali zaskrzeczał ptak, a następnie kościelny dzwon ogłosił początek nowego dnia. Brukowane uliczki wkrótce miały wypełnić się ludźmi.

Przyspieszyła, zaciskając usta, ale po chwili zmuszona była zwolnić. Zmęczyła się. Na moment puściła jedną dłonią kierownicę i odgarnęła ciemnobrązowe pasmo. Standardem było, że sięgające ramion, lekko kręcone włosy pozostawały w nieładzie.

Nagle usłyszała głośne skrzeki. Z pozoru brzmiały normalnie, ale jednocześnie były zbyt obce dla klimatu miasteczka.

Zjechała bardziej na bok i zatrzymała rower, rozglądając się za źródłem, aż ujrzała, jak kilka wielkich, czarnych ptaków atakuje białe, puchate stworzonko. Momentalnie rzuciła się na ratunek, ściągając kurtkę. Cienka, lawendowa koszulka z krótkim rękawem nie dawała wiele ciepła, więc na ciele od razu pojawiła się gęsia skórka.

– Ej! Znikajcie! – zawołała, machając ubraniem, aby odgonić stworzenia.

Po chwili wysiłku się udało, a Cerys mogła uklęknąć obok stworzonka. Drżało, cicho oddychając. Był to biały, niezwykle puchaty króliczek, którego ostrożnie owinęła ubraniem i podniosła. Istota miała kilka ranek i wydawała się oszołomiona. Wyczuwając jednak ruch, szarpnęła się, chcąc uciec. Zdołała zatrzymać zwierzątko, palcem głaszcząc je po czubku głowy. W duchu liczyła, że nie zostanie ugryziona, bo nie wiedziała, czy malec ma wściekliznę albo inną chorobę.

Rozejrzała się, tuląc kulkę do piersi. W alejce nie było niczego szczególnego. Ot, nieco boczne zakątki miejscowości, oświetlane przez promienie słońca.

– Pójdziesz ze mną, dobrze, Mały Bohaterze? Obiecuję, że już nikt cię nie skrzywdzi.

Zbliżyła się do roweru. Miał jasnozieloną ramę noszącą ślady zarysowań oraz duży koszyk, w którym trzymała świeże bochenki i pieniądze.

Spojrzała niepewnie na małą, zawiniętą w kurtkę kulkę. Bała się, że zareaguje na jazdę alergicznie i wyskoczy, a to mogłoby spowodować zamieszanie. Ruch nie był duży, ale wypadki chodzą po ludziach. Dlatego nie wsiadła na siodełko, lecz powoli pokierowała pojazd w stronę kawiarni.

– Spokojnie, nie mieszkam daleko i obiecuję, że w domu dam ci coś smacznego. Masz szczęście, wczoraj robiłam marchewkę z groszkiem na obiad.

Nie rozumiała, jak te okropne ptaki mogły się nad nim znęcać. Biała kulka powoli wyplątała się ze sztruksu, unosząc uszy i pokazując ząbki. Uznała to za urocze i przeniosła spojrzenie na budzące się miasteczko. Niektórzy już zdążyli otworzyć okiennice i teraz powietrze wypełnił zapach posiłków. Wywołało to burczenie w brzuchu, przez które cicho się zaśmiała.

– Widzisz, Mały Bohaterze, wyjechałam z domu bez śniadania. Chciałam być w piekarni przed wszystkimi, aby zdobyć ulubione rogaliki.

Sądziła, że mówienie do stworzenia spokojnym tonem mogło sprawić, że się do niej przekona. Nie życzyła mu źle, a wręcz pragnęła uchronić maluszka przed bólem.

Królik próbował wychylić się z kosza, ale rany i ścianki okazały się na tyle kłopotliwe, że wkrótce po prostu zawinął się w kurtkę. Cerys tymczasem szła dalej, kiwając kilku mijanym osobom głową.

W końcu dotarła na miejsce, a na widok szyldu z napisem Recoin Enchanté, odetchnęła głośno.

Była w domu.

Wąskie drzwi, pomalowane na pastelowy błękit, były otwarte, a przed zamknięciem powstrzymywała je figurka białego kota. Na małym tarasie, osłoniętym winoroślą, stały żelazne stoliki, nad którymi wiatr kołysał delikatnie papierowymi lampionami.

Wystarczyło spojrzeć w górę, aby dostrzec, że budynek ma piętro. To akurat przeznaczone było do użytku mieszkańców, a więc Cerys i jej babci.

– Witam cię w progach Recoin Enchanté – szepnęła, patrząc na królika i poprowadziła pojazd w stronę miejsca do parkowania rowerów. Wyciągnęła blokadę i odczepiła koszyk, biorąc zarówno zwierzątko, jak i zakupy.

– Uwaga, może lekko trząść – uprzedziła, starając się iść tak, aby zbytnio nie poruszać koszem.

Z każdym krokiem w stronę drzwi czuła się coraz radośniejsza. W środku, za drewnianym, pastelowo niebieskim kontuarem, stała jej babcia, która wykładała do gabloty poranne wypieki. Co dzień w kawiarni oferowano ciasta: z rana były dwa, a w południe dochodziło kolejne. Pojawiała się też promocja. Poza słodkościami w Recoin Enchanté sprzedawano różnego rodzaju pieczywo – część robioną na miejscu, a część kupowaną.

W brzuchu Cerys zaburczało, jak tylko ujrzała złociste cruffiny i croissanty. Spojrzała w dół, łapiąc kontakt wzrokowy z króliczkiem. W jasnobrązowych oczach nie widziała strachu, co naprawdę ją ucieszyło.

– Babciu! – zawołała, podchodząc bliżej lady.

Starsza kobieta uniosła na wnuczkę wzrok, ale zaraz wróciła do pracy.

– Nie krzycz, słuch mam dobry – skomentowała mrukliwie. – I gdzie masz kurtkę? Przeziębisz się – karciła.

Światło rozjaśniło przypiętą do piersi starszej plakietkę z napisem: Nadine Belletrose. Szary kawałek metalu dodawał rysom sześćdziesięcioczteroletniej, lekko zgarbionej staruszce powagi, co strasznie kontrastowało z miękkimi, czułymi, brązowymi oczyma. Cerys wiedziała, że babcia nie jest wrogo nastawiona, a jedynie się martwi.

– Wracając do domu, natknęłam się na ptaki, które dręczyły króliczka. Pomogłam mu i owinęłam kurtką – wyjaśniła z lekkim uśmiechem, spoglądając kątem oka na białą, częściowo skrytą pod materiałem kulkę.

Nadine zmrużyła powieki, wychodząc zza lady i zbliżając się do kosza wnuczki. Wyjęła z niego zakupy, mierząc stworzenie poważnym spojrzeniem. Wyglądała na niezadowoloną, ale Cerys wiedziała, że tak naprawdę zmarszczone czoło to oznaka zadumy. Młodsza Belletrose rozejrzała się po kawiarni, chcąc mieć pewność, że posprzątała wcześniej każdy z białych stoliczków, a w wazonach znajdują się świeże kępki lawendy. Kryształowe naczynia lśniły w promieniach słońca wpadających przez okna, a w powietrzu mieszał się zapach wypieków i kwiatów.

– Ten królik powinien u nas zostać – skomentowała w końcu staruszka, uśmiechając się w specyficzny dla siebie sposób. – Wyczuwam, że przyniesie ci szczęście, chociaż nie obejdzie się bez problemów.

Cerys od dzieciństwa słyszała dziwne rzeczy z ust opiekunki. Niektórzy uważali, że Nadine była dziwaczką, co zrzucano na wiek i dramat życiowy, którym było samotne wychowywanie syna, a następnie wnuczki. Inni, starsi mieszkańcy miasteczka, uważali, że pani Belletrose od zawsze wierzyła w cuda, a co gorsza, niektóre z jej przepowiedni okazywały się prawdą. Przypadek bądź pokaz wybitnego zmysłu kalkulacji.

– Babciu, a co jak ma właściciela? – zauważyła spokojnie, kładąc koszyk obok kasy i wyciągając zwierzątko.

Nadine uniosła brew.

– Nikt nie wypuściłby królika na ulicę bez opieki. Nie dyskutuj. Zwierzak zostaje, masz dość miejsca w pokoju na lokatora, a teraz idź. Zanieś go do weterynarza, niech upewni się, że jest zdrowy.

Tylko mówiła tak, jakby nie brała pod uwagę zdania wnuczki. Tak naprawdę starała się uciszyć wszelkie wątpliwości, jakie mogłaby mieć Cerys. I dziewczyna bardzo to doceniała. W jednej chwili podeszła i ucałowała babcię w policzek.

– Dobrze, dobrze, już dość, idź.

Cerys pokręciła głową.

– Wkrótce otwarcie, a mamy czerwiec. Gości jest o wiele więcej niż zwykle. Nie mogę cię zostawić z kawiarnią samą.

– Jedź teraz. Rano sporo turystów śpi, ruch robi się dopiero później. Zresztą, wierz mi, Cerys, musisz spędzić z tym zwierzakiem więcej czasu, bo inaczej ci ucieknie – oceniła, widząc, że puchate stworzonko już macha łapkami, chcąc opuścić ludzkie ramiona. Gdyby nie kurtka, Cerys mogłaby zostać podrapana. – Powiedz Claude’owi, aby obciął mu pazury – poleciła, wracając za ladę i zabierając się do pracy.

Młodsza Belletrose zdziwiła się, podnosząc nieco wyżej króliczka i kładąc kurtkę na stoliczku obok.

– Babciu, skąd wiedziałaś, że to chłopiec?

– To oczywiste, Cerys – rzekła, przesuwając kosz. – Ma charakterystyczną dla mężczyzn energię. Cięższą, ale też elegancką – dodała. – Bierz to i jedź.

Dziewczyna pogłaskała kulkę po głowie i wsadziła ją do kosza rowerowego, ponownie otulając kurtką.

– Musisz mi jeszcze na moment wybaczyć, Mały Bohaterze – szepnęła, podnosząc pojemnik i niepewnie zerkając na babcię.

Naprawdę nie chciała zostawiać jej z tym wszystkim samej. Nadine mogła być w dobrym zdrowiu, a Gordes był spokojną mieściną, ale wciąż… Potrząsnęła głową, idąc w stronę drzwi. Nie mogła tak myśleć! To był piękny dzień, zdołała nawet uratować małą istotkę, a więc nie mogło się stać nic złego.

– Cerys!

Dziewczyna zatrzymała się w pół kroku, zerkając na starszą przez ramię.

– Nadaj mu jakieś imię – dodała Nadine i machnęła ręką.

Panienka Belletrose spojrzała w dół, zastanawiając się, jak mogłoby się nazywać tak urocze stworzenie. Nie była świadoma, że w brązowych oczach pojawiły się złowieszcze iskierki.

Rozdział 3

Miasteczko nie było rozległe, toteż Cerys nie prowadziła roweru zbyt długo. Odstawiła pojazd na bok, przypięła go do żelaznego ogrodzenia i zerknęła w stronę niewielkiego, kamiennego budynku. Claude mieszkał z synem uczęszczającym do szkoły średniej. Ponieważ w Gordes nie było takich placówek, chłopak musiał co dzień dojeżdżać do większej miejscowości. Ilekroć Cerys natykała się na weterynarza, wspominała własne lata edukacji. Po zdaniu matury zrezygnowała z kontynuowania nauki, chcąc się w pełni skupić na pomocy babci w rodzinnym biznesie. Wielu twierdziło, że zamknęła przed sobą drogę do ciekawszej kariery, ale nie zgadzała się z tym. Nie potrzebowała w życiu bogactwa. Pragnęła za to spokoju i wygrzewania się w słońcu na polach lawendy.

Odetchnęła głośno, wyciągając puchatą istotę i tuląc do piersi.

– Zaraz będzie po wszystkim – obiecała, otwierając bramkę z drewnianą tabliczką informującą o przychodni i numerze telefonu.

Claude wiele razy zaznaczał, że mieszkańcy nie muszą się z nim wcale umawiać na wizyty. Powinni po prostu przychodzić. Cerys sprawdziła, czy ma przy sobie pudełko owsianych ciasteczek, które weterynarz tak uwielbiał. Szła po brukowanej ścieżce, uśmiechając się do zwierzaka wpatrującego się w łakocie.

– One akurat nie są dla ciebie – wyznała i trąciła noskiem łebek króliczka. – Muszę się dowiedzieć, co na pewno możesz jeść. Nie chciałabym ci zaszkodzić.

Wcześniej odruchowo wspomniała o marchewce, ale co jeśli mała istotka wcale nie mogła tego jeść? Naprawdę ją to zaniepokoiło. Nie chciała składać obietnic bez pokrycia.

Dom wyróżniał się na tle innych. Rok temu wymieniono dach, przez co budynek wydawał się ładniejszy. W odróżnieniu od pozostałych domów, nie miał porośniętych mchem terakotowych dachówek, a wąskie okiennice pomalowano czarną farbą. Zyskał na powadze, ale i elegancji, która pięknie współgrała z jasnym, nieregularnym kamieniem na ścianach.

Stanęła przed drzwiam i zapukała. Króliczek znowu się szarpnął, a ona z troską starała się przytulić go nieco bardziej, aby czuł, że jest bezpieczny. Niestety, drugą rękę miała zajętą ciastkami i nie chciała ryzykować, że podczas głaskania mogłyby wypaść. W końcu prezent musiał być w dobrym stanie.

Zza drzwi dobiegło szuranie, a wkrótce w progu stanął ubrany w kremową koszulę i ciemne spodnie mężczyzna.

– Panienka Belletrose – zauważył zdziwiony i od razu skupił wzrok na zwierzęciu. – Nie wiedziałem, że masz królika – przyznał, poprawiając ciemne oprawki.

– Dzień dobry, panie Lemoine. Do dzisiaj nie miałam – wyznała uprzejmie. – Uratowałam go przed stadem ptaków i chciałam upewnić się, że jest zdrowy.

Claude zmrużył powieki. Twarz miał poważną i według wielu posępną, ale w oczach czaiła się miękkość. Cerys uważała, że weterynarz jest w pewien sposób podobny do babci. Oboje uchodzili za nieco trudnych rozmówców, ale tak naprawdę mieli złote serca.

– Chodź – zaprosił, dając znak, aby weszła do środka.

Nie wahała się ani chwili. W Gordes mieszkańcy się znali, a w oczach młodej kobiety stanowili też jedną, sporą rodzinę. Nieufnością należało wykazać się wobec osób przyjezdnych bądź nowych.

Wewnątrz panował chłód, grube kamienne mury doskonale chroniły przed ciepłem z zewnątrz, choć zimą bywało to mniej przyjemne. Zadrżała, ciesząc się, że ma przy sobie króliczka, który chcąc nie chcąc, robił za taki mały, a przy tym uroczy grzejniczek.

Claude poprowadził Belletrose przez korytarz, otwierając drzwi na lewo. To za nimi krył się gabinet. Dom Lemoine był urządzony prosto, ale przytulnie. Sufit zdobiły drewniane belki, a w kącie stał wypełniony ceramiką kredens. Zdołała zauważyć tylko fragment salonu, ale była pewna, że stoi tam ogromna, skórzana kanapa.

Przychodnia za to uderzała surowością, bielą oraz delikatną wonią medykamentów. Kamienne ściany typowe dla tutejszego budownictwa tylko podbijały to wrażenie.

Claude ruchem ręki wskazał na stojący pośrodku metalowy stół, a Cerys postawiła tam króliczka, opiekuńczo głaszcząc go po ciałku, gdy lekarz troszczył się o higienę i bezpieczeństwo. Umył dłonie w kraniku i otworzył szufladę, ujawniając ukryte tam rękawiczki, bandaże i maseczki. Z niższej wyciągnął przyrządy weterynaryjne.

Nieśmiało rozglądała się po pomieszczeniu, bo jednak była w nim po raz pierwszy. Dostrzegła na jednym z blatów, niedaleko zlewu, maszynę, której zastosowania nie znała, wagę oraz kilka obcych sobie przedmiotów. Wpadające przez wielkie okno światło pieściło czule ciemnobrązowe włosy, a Cerys sięgnęła dłonią ku grzywce, chcąc ją przeczesać.

Claude podszedł do stołu, spoglądając na królika, który o dziwo nie wydawał się zestresowany. Za to miną przypominał oburzonego pudla.

– Myśli pan, że będzie zdrowy? – zapytała Cerys.

Milczał, długo oglądając królicze ciało.

– Nie ma nawet zadrapań – uspokoił. – Wydziobały mu tylko w kilku miejscach futerko.

Rozdziawiła usta.

– Jak to? Byłam pewna, że widziałam ranki – wyznała, nachylając się nieco za bardzo. Gdy to zauważyła, szybko się wyprostowała i cicho przeprosiła.

– Możliwe, że tak to odebrałaś, bo w miejscu braków jest nieco zaczerwieniona skóra – zauważył. – Na przyszłość, proszę pamiętać o własnym bezpieczeństwie. Ptaki mogły być chore – zganił. – Nie zraniły cię? – upewnił się, patrząc na Cerys niemniej srogo od nauczyciela, który domagał się udzielenia odpowiedzi.

Prędko pokręciła głową, odgarniając ciemnobrązowy lok za ucho.

– Nie, zapewniam, że nawet mnie nie drasnęły. Królik też nie.

Claude westchnął.

– To dobrze. Zdezynfekuję puste miejsca, a po tym obetnę pazury i mogę go zważyć. Jeśli jest ci to potrzebne, wyrobię książeczkę zdrowia. Nie jest to częste, ale nie widzę powodu, aby ci tego nie zaoferować.

Mężczyzna zajął się oczyszczeniem odsłoniętych fragmentów, a Cerys się temu przyglądała, myśląc. Babcia była pewna, że zwierzak do nikogo nie należał, a argumenty były jak najbardziej trafne, tylko… Stworzonko skądś musiało się znaleźć na ulicy. Wyrabiając książeczkę zdrowia, niejako zgodziłaby się na adopcję. Czy tego chciała? Do tego poranka nie rozważała posiadania zwierzęcego towarzysza, bo zawsze uważała, że musi opiekować się babcią.

– Czy w Gordes ktoś ma królika? – zapytała cicho. – Może do kogoś należy, nie chciałabym się przywiązywać, jeśli ma rodzinę, która za nim tęskni.

Opieka była jednym, ale przywiązanie drugim. Samo patrzenie na białe futerko i przytulanie się do króliczka wywoływało ciepło w sercu, a jeśli coś staje się dla nas cenne, to rozstanie zawsze boli.

– Kilka osób, ale zapewniam, nikt nie posiada takiej rasy – poinformował, przytrzymując delikatnie puchate ciałko. – To samiec królika angory. Coralia trzyma parę, ale to francuskie barany. Mogę cię zapewnić, panienko Belletrose, że nikt w Gordes nie hoduje i nie trzyma podobnych do niego.

Zacisnęła usta zmartwiona.

– Jak więc tu trafił?

Wzruszył ramionami, prostując się i przenosząc stworzenie na wagę.

– Ktoś mógł go wyrzucić. Gordes to miejsce turystyczne, a ludzie to wykorzystują i pozostawiają co jakiś czas zwierzęta na skraju miasta. Zwykle odwożę znajdy do schroniska – poinformował. – Opieka nad żywym stworzeniem to wielka odpowiedzialność i rozumiem, że możesz nie chcieć się jej podjąć – zapewnił. – Zrobiłaś wiele, przynosząc go tutaj – pochwalił i spisał wynik, wracając ze zwierzęciem na stół.

Królik od razu zbliżył się do Cerys, poruszając noskiem.

– Ma trzy i pół kilograma – poinformował, zapisując to w notatkach.

Belletrose doceniała, że nie naciskał na odpowiedź. Pogłaskała puchate ciałko, wpatrując w jasnobrązowe oczy. Był uroczy i samotny, a ona miała środki, aby otoczyć go opieką. Chciała to zrobić, nawet babcia to popierała, a wręcz naciskała, ale się bała.

Jak powinna postąpić?

Przez dłoń Cerys rozchodziło się ciepło, sięgając ramienia, a następnie barku i obojczyka, wkrótce docierając do szyi. Zadrżała, bo wydało się to nieco dziwne, ale też rozmyło stres, potęgując pewność siebie.

– Zostanie ze mną – poinformowała. – Nie chcę, aby trafił do schroniska. Tylko… Ma pan jakieś książki o opiece nad króliczkami? – dopytała. – Nie chciałabym mu w żaden sposób zaszkodzić…

Żywienie, pielęgnacja i jakieś informacje o temperamencie. Musiała wiedzieć, jak najwięcej. Było tego dużo i aż wywoływało lekkie zawroty głowy, ale z drugiej strony ją motywowało. Pragnęła z całego serca zapewnić stworzeniu dobry dom. Kawiarnia mogła tylko na tym zyskać. Wyobraziła sobie, że sama ubiera opaskę z króliczymi uszkami i daje maluchowi fioletową wstążkę… o ile by jej nie pogryzł. Zawsze mogłaby urządzić mu gdzieś miejsce i co jakiś czas wynosić.

Cerys wzięła króliczka w ramiona i ucałowała go w czubek główki.

– Zaopiekuję się tobą, Mały Bohaterze – zadeklarowała poważnym tonem.

Niewinna, krucha istota była teraz od niej zależna i nie mogła pozwolić, aby cokolwiek złego ją spotkało. Dobrze, że w mieście był mały sklepik zoologiczny, bo mogłaby kupić najpotrzebniejsze rzeczy, a resztę domówić. Przekalkulowała szybko w głowie wydatki, ciesząc się, że przez tak długi czas zdążyła co nieco odłożyć. Może pierwotnie było to na inne rzeczy, ale priorytety się zmieniły.

– Świetnie, jestem pewny, że nie mógł trafić lepiej. Więc? Jakie imię mam wpisać do książeczki? – zagadnął. – Przyjdź do mnie, gdy skóra przestanie być czerwona – poprosił. – Zaszczepię go wtedy.

Pokiwała prędko głową. Prawdziwą bolączką było wymyślenie nazwy. Spojrzała w dół, chcąc dobrać coś pasującego.

Maluszek? Krakers? Ząbek? Puszek?

Przez umysł dziewczyny przewinęło się wiele imion, a królik coraz bardziej się napinał, poruszając w końcu łapą.

Oriel. Po prostu Oriel.

Uśmiechnęła się rozmarzona. Nie spostrzegła, że nagła myśl była zbyt dziwna i nietypowa, jak na nią.

– Oriel – poinformowała. – Nazwę go Oriel.

Imię nie brzmiało francusko, ale nie musiało. Dziewczyna również nosiła miano, które należało do obcych. W końcu nadano je w ramach hołdu dla Walii, z której pochodziła matka Cerys.

– Oriel – powtórzył Claude i zabrał się za pisanie. – Brzmi elegancko.

Gładząc puchate stworzonko mogła tylko planować, co dzisiaj jeszcze zrobi, a lista była długa.

– Ma pan może na sprzedaż akcesoria dla królików? – zagadnęła, uznając, że przed wizytą w sklepie mogła podpytać weterynarza o pewne rzeczy.

Mężczyzna poprawił okulary.

– Mam – skomentował. – Zaraz ci wszystko pokażę.

Rozpromieniła się.

– Dziękuję!

Cierpliwie czekała, czerpiąc przyjemność z ciepła drobnego ciałka i czując spokojne bicie króliczego serduszka. Delikatnie ucałowała prawe uszko, gotowa na nowe wyzwania.

Rozdział 4

Oriel Olmeri rzadko czuł się zawstydzony. Ostatni raz zdarzyło się to tak dawno i dotyczyło niezwykle delikatnej kwestii. Od tamtej pory obiecał sobie, że ktokolwiek go upokorzy, zapłaci ogromną cenę.

Pokój Cerys był czysty. Stało w nim zaledwie jednoosobowe łóżko, stolik nocny, mała biblioteczka, dwudrzwiowa szafa z trzema szufladami i skromne biurko. Ściany miały pastelową, fioletową barwę, a całość uzupełniał okrągły, biały żyrandol i liczne urocze akcenty. Kojec stał w kącie pokoju, wyłożony zarówno matą, jak i kocem. Posiadał kuwetę, mały, niebieskawy domek, poidełko, sianko i nawet zabawkę.

Wykosztowała się, ale Oriel nie znał wartości ludzkich pieniędzy. Dla niego otoczenie było niczym śmietnik, w którym został zmuszony żyć. Wielokrotnie mógł uciec. I faktycznie, pierwotnie taki był jego plan. Tylko gdy ludzka kobieta przyprowadziła go do kawiarni, wyczuł, że ta znajduje się w wyjątkowym miejscu. Duchowa moc była gęsta, co tłumaczyło, dlaczego Cerys tak ładnie pachniała. Dłuższy pobyt mógł okazać się zbawienny.

Zamknął oczy, wyszedł z kojca i starał się skupić. Był pewien, że zyskał dość sił, aby przeobrazić ciało. To zwierzęce stanowiło najsłabszą formę, którą przyjmowali w świecie ludzi, aby nie zostać zauważonymi.

Powietrze wibrowało, wypełniając się wonią cytryny, gdy królicza forma rozmyła się, a z dymu uformował się nagi mężczyzna. Umięśnione ciało otoczyły kłęby mgły, które wkrótce przeobraziły się w stosowne ubranie. Przeczesał długie, platynowe włosy dłonią. Skrzyżował ramiona na piersiach, podchodząc bliżej do pochłoniętej snem postaci.

Cerys leżała na boku, skierowana twarzą do niego. Włosy miała rozrzucone we wszystkie strony, a spod miętowej kołdry widoczne były beżowe spodnie dresowe i czarna, nieco za duża koszulka.

Podczas dnia wyglądała znośniej.

Mógł się zemścić, sprowadzić na Cerys pecha, a nawet skrzywdzić bez ryzyka, że to zaszkodzi jego własnej rekonwalescencji. Była tylko i wyłącznie człowiekiem, niższą istotą.

– Powinnaś się cieszyć – mruknął. – Jesteś mi potrzebna.

Nie było sensu zadręczać dziewczyny, od której zamierzał pozyskiwać energię. Esencja w otoczeniu była luźniejsza, a przyswajanie zawsze nieco trwało. Duchy nierzadko przechodziły do świata ludzi, aby pozyskiwać dodatkowe siły. Czasami były wzywane, bo niektóre osoby znały odpowiednie sztuczki bądź krzyczały tak głośno, że ktoś zechciał odpowiedzieć. Wtedy za sprawą paktów dawały wiele, odbierając to, czego pragnęły. Innym razem po prostu powoli podkradały siły, a człowiek tego nawet nie zauważał, bo nie dało się naraz zabrać zbyt wiele.

Rzecz w tym, że każda esencja miała smak, który zależał od osoby bądź rzeczy, z której pochodziła.

Oriel zmarszczył brwi, wyczuwając, że śniła koszmar. Usiadł na materacu i pochylił się, opierając dłoń tuż przy głowie kobiety. Długie włosy opadły, tworząc kurtynę i pieszcząc odsłonięte obojczyki śpiącej Francuzki.

– Twój umysł jest mój – mruknął. – I nie chcę w nim żadnych koszmarów.

Pokój wypełniła mgła, która powoli zalśniła srebrem, gdy duch wpatrywał się w Cerys. Używał mocy, aby przepędzić mrok i nie zwracał uwagi na to, co się w nim czaiło. Problemy i lęki obcej go nie interesowały. Chodziło tylko o to, aby się wyspała. Zmęczona nie dostarczyłaby mu wystarczającej ilości energii.

Gwałtownie się wyprostował, przywracając śpiącej przestrzeń osobistą, a następnie sięgnął po jej dłoń. Skórę miał jaśniejszą i delikatniejszą. Splótł palce z tymi ludzkimi i cicho prychnął.

– Powinnaś być zaszczycona…

Skrzywiony przyglądał się drobnej, niepozornej kobiecie, z którą spędził dzień. W Świecie Duchów pomimo reputacji cieszył się sporym zainteresowaniem płci przeciwnej. Sam rzadko z tego korzystał, zrażony do jakiejkowiek idei związku, a gdyby doszło do poważniejszego skandalu, brat zmusiłby go do ślubu. Oriel nie planował się z nikim wiązać. Uważał, że nie istniało coś takiego jak szczere oddanie, a w relacjach tkwiono dla korzyści. Niczego więcej. Uwielbiał pokazywać, że ktoś nie jest tak doskonały, jak się malował.

Przymknął oczy, czując, że nagromadzona energia się kończy i wraca do króliczej formy. Poruszył się w kierunku dłoni Cerys, wtulając się w nią. Musiał przyznać, że łóżko było wygodniejsze od koca i maty, które dla niego przygotowała.

Rozdział 5

Dzień w Gordes zaczynał się dla Cerys wcześnie, dlatego wieczorami bardzo szybko zasypiała. Rzadko miała nieprzespane noce, ale pierwszy raz w życiu tak doskonale spała. Poruszyła się ospała. Dotyk czegoś puchatego z rana był cudownym uczuciem.

Chwileczkę!

Gwałtownie usiadła, patrząc na bok.

– Oriel? Jak się tu znalazłeś?

Włosy miała poplątane, a ubrania nie wyglądały zbyt świeżo. Sięgnęła po stworzonko, nieco zamroczona. Ziewnęła, przecierając oczy.

– Jesteś cały?

Nie potrafiła pojąć, jak króliczek znalazł się aż tutaj. Łóżko było wysoko, a kojec nadal stał nienaruszony. Zacisnęła pełne usta i uniosła białą kuleczkę, aby zetknąć się z nią noskiem.

– Nie wolno ci wychodzić z kojca – zganiła, nie będąc jeszcze do końca przebudzona. – Nie jestem pewna, czy nie mam w pokoju czegoś, co byłoby dla ciebie niebezpieczne i... Orielu, proszę, nie strasz mnie tak.

Sytuacja była nietypowa, nawet bardzo, ale Cerys chyba przywykła do tego, że w życiu spotkało ją wiele dziwności. Najważniejsze, że maluch był cały i zdrowy.

Przeczesała splątane loki ręką i podniosła się z łóżka, trzymając przy piersi Oriela, który był bardzo spokojny.

– Osoba, która cię wyrzuciła, musi być naprawdę okropna. Jesteś taki słodki i grzeczny, jak ktoś mógłby o ciebie nie dbać? – mruknęła pod nosem, wkładając zwierzątko do kojca. – Jedz – zachęciła. – Ja się w tym czasie ubiorę i... może będziesz musiał zostać na moment z moją babcią – wyjaśniała, klęcząc przy osłonie. – Wiesz, jestem pewna, że ci się u nas spodoba. Otwieramy o ósmej, ale wcześniej trzeba wszystko uzupełnić. W końcu klienci muszą mieć co jeść!

Wielu uznałoby wesoły ton głosu Cerys za przyjemny. Oriel za to niezbyt jej słuchał. Wolał być informowany o ewentualnych niespodziankach, ale plan dnia kobiety był mu kompletnie niepotrzebny. Podszedł do poidła, poruszając nastroszonym nosem.

Na pewno nie zamierzał jeść tego czegoś. I nie musiał. Duchy do życia potrzebowały głównie energii. Mimo to tęsknił za wykwintnymi potrawami, jakie serwowała mu służba w Świecie Duchów.

Musiał znaleźć okazję, aby zjeść coś znośnego.

W czasie, gdy arystokrata planował kolejne ruchy, Cerys zdołała wyjść i wrócić odmieniona. Kremowa sukienka na cienkich ramiączkach ze wzorem różyczek przylegała do góry ciała, spływając szerzej od linii talii. Włosy zostały uczesane i chociaż nadal miały w sobie pewien nieład, to ślicznie uzupełniały niewinny wyraz. Podobnie było z wonią lawendy i cienką, złotą bransoletką z zawieszką w kształcie serduszka.

Teraz uznał, że pokazanie się z nią w towarzystwie było akceptowalne.

– Zjadłeś? – zawołała z uśmiechem, sunąc w kapciach po podłodze.

Łypnął kątem oka na pokarm. Problem trzeba było szybko rozwiązać. W kilku susach znalazł się w domku, poruszając ogonem, a dziewczyna parsknęła, skupiając na nim pełną uwagę. W tej samej chwili ledwie widoczna mgiełka otoczyła jedzenie, tworząc iluzję, że całości ubyło.

– Jesteś przeuroczy – skomplementowała, wyciągając dłoń. – Idziemy?

Oriel powoli się zbliżył, widząc, że wzrok kobiety pada na stworzony fałsz.

– Cieszę się – szepnęła, przytulając go. – Masz apetyt, a pan Lemoine mówił, że to istotne w twoim stanie. Najwyraźniej mnie lubisz!

Gdyby mógł, przewróciłby oczami i prychnął kobiecie w twarz. Ludzi było tak łatwo oszukać, wręcz było to prostsze niż w przypadku jakiegokolwiek ducha, którego znał.

Cerys wyszła z pokoju, nawet się nie oglądając za siebie. Schody zaskrzypiały, gdy schodziła na dół, a do nozdrzy dotarł zapach świeżo parzonej kawy. Nadine już kręciła się po kuchni, do której wejście znajdowało się za ladą.

– Dzień dobry, babciu – zawołała, wchodząc do pomieszczenia i powoli obracając się. – Spójrz, Orielu, to nasza kuchnia.

Zwierzę poruszyło nosem i trąciło łapką ludzką rękę. Duch żałował, że obcięto mu pazury.

Nadine spojrzała na wnuczkę, kładąc na wyłożony kwiecistą ceratą stół pieczywo, masło, dżem i kawę. Ściągnęła z kuchenki czajnik i przesunęła jasną, białą ścierką po drewnianym, nieco porysowanym blacie. Kuchnia nosiła na sobie ślady starego stylu, ale Cerys to nie przeszkadzało. Zajęła miejsce, kładąc królika na kolanach.

– Umyj ręce, a jego daj do kartonu – zagrzmiała staruszka, upewniając się, że włosy nadal ma upięte w schludny kok.

Cerys posłała Orielowi nieco przepraszający uśmiech, wykonując polecenie babci. Od razu zaczął atakować łapkami jedną ze ścianek pudełka. Był to rozczulający widok. Po umyciu rąk w kuchennym zlewie usiadła do stołu, wpatrując się w przeżuwającą pieczywo krewną.

– Dzisiaj rano Oriel był na moim łóżku – wyznała Cerys, sięgając po dżem. – Babciu, czy wiesz, jak tam trafił?

Zawsze ceniła wiedzę starszej. Może wiedziała, jak to możliwe, że tak małe stworzonko mogło zrobić coś takiego. Nadine spojrzała w stronę kartonu i cicho prychnęła.

– Ten mały poradzi sobie ze wszystkim – skomentowała. – Jeśli tak się do ciebie pcha, to pozwól mu na to. Oszczędzisz szkody.

Cerys nie była przekonana. W końcu to mały króliczek, a podczas snu mogłaby go skrzywdzić. Jedząc śniadanie, co jakiś czas zerkała w stronę pudełka. Z babcią cicho rozmawiała o wyzwaniach dnia. Omawiano przygotowania, a nawet poinformowano dziewczynę, że nie musiała dzisiaj jechać nigdzie rowerem. Syn piekarza podwiózł zakupy wcześniej, co czasami się zdarzało.

» ✧ «

Były takie dni, gdy na wybicie trzynastej wprost się czekało. Czas sjesty stanowił okres regeneracyjny dla Cerys i Nadine, które same zajmowały się wszystkimi sprawunkami kawiarni. Dla niektórych przerwa była stratą okazji do zwiększenia zarobków, ale przybytek Belletrosów nigdy nie narzekał na brak klientów. Nawet tutejsi twierdzili, że atmosfera knajpki była tak szczególna, że chciało się tam wracać. Dochód za to był wystarczający, a żadna z kobiet nie goniła za sukcesem za wszelką cenę. Stąd wiedziały, na co mogą sobie pozwolić.

Dziewczyna odgarnęła z twarzy luźne kosmyki włosów, które podczas pracy związała i zerknęła na sukienkę. Jeden z klientów był nieco niezdarny i rozlał sok, który zabrudził noszony fartuszek. Najwyraźniej materiał nie przesiąkł i oryginalny strój nie ucierpiał.

– To ja, Orielu – zawołała, wchodząc do pokoju.

Na samym początku, gdy gości nie było wielu, Cerys faktycznie pozwoliła, aby króliczek przebywał w głównej sali. Otrzymał za ladą własny kąt, ale w końcu klientów przybyło, a ona, aby nie stresować płochliwego stworzonka, zaniosła go do pokoju.

Uklękła, patrząc, jak malec śpi.

– Jesteś taki uroczy. Naprawdę nie mogę pojąć, jak ktoś mógł ci zrobić coś takiego.

Oriel uparcie udawał, że faktycznie śpi. Liczył, że dziewczyna wyjdzie, a on na nowo będzie mógł się skupić na pochłanianiu. Kawiarnia była dla ducha niczym kurort, a pokój wypełniony energią Cerys tylko potęgował tempo regeneracji. Może do odbudowania potęgi brakowało wiele, ale wkrótce mógłby przyjąć ludzką postać na dłużej niż kilkanaście minut!

Ucho drgnęło odruchowo, gdy usłyszał dziwny, drażniący dźwięk.

Pośpiesznie podeszła do biurka, sięgając po telefon. Nie miała wielu znajomych, a podczas pracy nie było czasu na przeglądanie sieci. Odblokowała ekran, aby sprawdzić powiadomienia i słabo się uśmiechnęła, widząc, że napisała Clarissa. Otworzyła komunikator i po odczytaniu informacji poczuła niepokój.

Natychmiast zorientował się, że nastrój kobiety się zmienił. Było to niedopuszczalne. Niestety, ludzie byli tacy delikatni… Wydał z siebie cichy dźwięk i skoczył w stronę ścianki kojca. Musiał zrobić wszystko, aby skupić na sobie uwagę. Hałas faktycznie zadziałał, bo Cerys momentalnie znalazła się obok i pogłaskała króliczka po głowie.

– Obudziłam cię? – zmartwiła się. – Przepraszam, następnym razem wyciszę telefon – obiecała. – Wiesz? To Claire, to znaczy, Clarissa – wyjaśniła. – Pisała mi, że ma problem z mamą. Mąż zostawił ją, gdy Claire była mała i przez to zaczęła mieć problemy z alkoholem.

Krótkie i nieco dziwne wyjaśnienie nie zainteresowało Oriela. Dla niego Clarissa była tylko utrapieniem, którego musiał się pozbyć. Trącił nosem palec Cerys, rozważając, jak postąpić.

– Spotkam się z nią – wyznała. – Zostawię cię w pokoju, ale muszę wiedzieć, że będziesz grzeczny i nie zrobisz nic tak ryzykownego, jak rano.

Oriel wydał z siebie kolejny cichy dźwięk.

Wykluczone.

Króliczy Lord nie widział sensu w takim marnowaniu czasu. Wyczuwał zmęczenie Cerys i w ogóle nie rozumiał, co ją motywowało. Była dziwnym człowiekiem i rozpracowywanie jej osoby było pewnego rodzaju rozrywką. Chociaż to miał do roboty między zbieraniem sił.

Dlatego nie mógł pozwolić, aby wyszła poza sferę, którą mógł kontrolować.

– Och? Coś się stało?

Poruszył uszami, wtulając się w wyciągniętą dłoń. Cerys zachichotała, przyciągając kulkę do siebie.

Co za kobieta tak bezwstydnie dotyka mężczyznę…

Mógł myśleć wiele, krytykować, ale w głębi ducha wiedział, że to dlatego, iż postrzegano go jako zwierzę. I było to wygodne.

– Chcesz iść ze mną? Ale… Będę musiała jechać rowerem, a koszyk może się trząść. – Zamyśliła się i chwyciła kocyk. – Wiem. Wyłożę ci nim koszyk, ale nie możesz próbować wyskakiwać. Jesteś mądrym króliczkiem, więc nie będziesz psocić, prawda?

Nie potrafiła oprzeć się wrażeniu, że Oriel był wyjątkowy. Mądry i zdolny pojąć, jak się trzeba zachowywać. Nawet Claude to spostrzegł.

Trącenie noskiem palca uznała za zgodę.

– No dobrze, to chodźmy. Musimy się spieszyć, aby wrócić przed piętnastą – uprzedziła, obracając na pięcie. Po drodze na dwór zabrała koszyk i poinformowała babcię, że jedzie spotkać się z Claire.

Nadine wyszła na dwór, przewieszając przez ramię pastelowo żółtą ścierkę.

– Wróć wkrótce – nakazała surowo. – Nie możesz z powodu tego dziewuszyska ominąć posiłku.

Cerys spojrzała na babcię z uśmiechem.

– Nie chcę po prostu, aby została sama, a pisała, że ma przerwę.

– Ty też – zauważyła ponuro starsza. – Na pewno poprosi cię znowu o pieniądze. Ani się waż dać jej choćby centa!

Dwudziestolatka nie odpowiedziała, ale w sercu poczuła ścisk. Czuła, że babcia ma rację, ale nie potrafiła pogodzić się z tym, że nie warto było pomóc. Współczuła Clarissie sytuacji domowej. Oriel za to zaczynał coraz lepiej rozumieć okoliczności. I się mu nie podobały. W chwili, gdy Cerys umieściła go w koszyku i owinęła kocem, postanowił zrobić wszystko, aby otworzyć głupiej dziewczynie oczy.

Nie mogła marnować zasobów dla nic nieznaczącego człowieka.

Rozdział 6

Dotarcie do księgarni, w której pracowała Clarissa, nie zajęło dużo czasu. Zaledwie kilka minut rowerem. Po zaparkowaniu Cerys zerknęła do koszyka, sprawdzając, czy z Orielem wszystko w porządku. Poruszył noskiem i uniósł głowę, gdy brała go na ręce.

– Byłeś bardzo grzeczny, Mały Bohaterze – pochwaliła. – Muszę skończyć czytanie o króliczkach i dowiedzieć się, jak cię nagradzać.

Doskonale słyszał bicie serca Belletrose i uznał to za przyjemny dźwięk. Nawet lekko się rozluźnił. W tym samym czasie Cerys zbliżyła się do wybudowanego z jasnego kamienia budynku. Wielkie okna wystawowe pozwalały zajrzeć do środka, ukazując półki wypełnione tomami. Księgarnia była mała, kameralna, ale bardzo ładna. Zawsze pachniało w niej pierniczkami, chociaż nikt nie wiedział, dlaczego.

Weszła do środka.

– Claire?

Chociaż jasne kolory kojarzyły się z ciepłem, a barwne okładki z czymś wesołym, Cerys przeszył lodowaty dreszcz. Coś było nie tak, coś zdecydowanie nie działało tak, jak powinno, ale nie miała pojęcia, co. Z nieznanych powodów poczuła potrzebę ucieczki, tak jakby zaraz miał na nią wyskoczyć drapieżnik.