Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
118 osób interesuje się tą książką
Stereotypowy playboy? Jest. Drogie sportowe auta i zegarki? Są. Ta jedna dziewczyna, o której on myśli cały czas… Chwila. Co?
Elis Palmer nie ma szczęścia w miłości, co potwierdzają nieudane spotkania z chłopakami poznanymi w aplikacjach randkowych. Gdy kolejny „porządny” facet okazuje się niewypałem, dziewczyna usuwa wszystkie konta i nie zamierza już nigdy mieć nadziei na odnalezienie mężczyzny swojego życia.
Beck nosi na bluzie hokejowej numer dwadzieścia dwa i ma cały tabun uwielbiających go kobiet. Mężczyzna jednak nie wchodzi w żadne bliskie relacje i nigdy do końca nie ufa płci przeciwnej. Elis nie powinna być wyjątkiem, a jednak coraz częściej pojawia się w jego myślach. I gdy dziewczyna potrzebuje pomocy w odpędzeniu natrętnego adoratora, Beck bez wahania proponuje jej udawany związek.
On nie chce się angażować, a teraz staje się tym, który ciągle tęskni. Ona pragnęła miłości, ale zamknęła się na nią całkowicie. Czy ich relacja „na niby” może zamienić się w coś prawdziwego i na zawsze?
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 649
Rok wydania: 2025
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © for the text by Ewa Remek
Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2025
All rights reserved · Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Anna Strączyńska
Korekta: Katarzyna Dziedzicka, Wiktoria Garczewska, Magdalena Kłodowska
Skład i łamanie: Paulina Romanek
Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka
ISBN 978-83-8418-405-9 · Wydawnictwo NieZwykłe · Oświęcim 2025
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Od autorki
Ostrzeżenie
Rozdział 1. Pulchny Świniak
Rozdział 2. Victor, Vilden
Rozdział 3. Produkt
Rozdział 4. Taki mały problem
Rozdział 5. Pieczarka
Rozdział 6. Zacięty zamek
Rozdział 7. Pizza na kawałki
Rozdział 8. Samoświadomość
Rozdział 9. Umowa
Rozdział 10. Pistolety do paintballa
Rozdział 11. Noc jest nasza
Rozdział 12. Szkodliwa dla świata produkcja awokado
Rozdział 13. Dobrze i bezpiecznie
Rozdział 14. Gra i pozory
Rozdział 15. Jeden pocałunek
Rozdział 16. Stawka jest wysoka
Rozdział 17. Impreza zamknięta
Rozdział 18. Czekoladowe ciastko
Rozdział 19. Śmiechy, szepty, plusk wody
Rozdział 20. Co dzieje się w Montanie, zostaje w Montanie
Rozdział 21. Twój uśmiech
Rozdział 22. Te wszystkie czerwone flagi
Rozdział 23. On stał za nami i patrzył
Rozdział 24. Chociaż jedna randka
Rozdział 25. Najpierw wiśnie
Rozdział 26. Rekord szczyli będących w nowych związkach
Rozdział 27. Złodziej, łobuz, krętacz
Rozdział 28. Różowe cudo
Rozdział 29. Było, przepadło
Rozdział 30. Poznajmy się bliżej
Rozdział 31. Skrawki chleba
Rozdział 32. To będzie coś znaczyć
Rozdział 33. Bezradny
Rozdział 34. To jest ten moment
Rozdział 35. Lubię te karty
Rozdział 36. Niespodzianka
Rozdział 37. Osiemnaście spełnionych marzeń
Rozdział 38. Nic nie musisz
Rozdział 39. Trzy oddechy, trzy sekundy
Rozdział 40. Tamten felerny wieczór
Rozdział 41. Na bardzo długi czas
Rozdział 42. Jak rodzina
Epilog. Będziemy się świetnie bawić
Ostrzeżenie dotyczące treści
Przypisy
Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.
Dla tych, którzy wracają, ale tylko po to, by zamknąć jakieś drzwi
Wydarzenia przedstawione w książce są fikcją literacką. Inspiracją dla elementów fabuły pozostaje istniejąca liga hokejowa NHL, lecz nazwy niektórych drużyn zostały zmienione na potrzeby historii. Jakakolwiek zbieżność imion, nazwisk i numerów zawodników jest przypadkowa.
W książce występują treści, które mogą mieć wpływ na wrażliwych czytelników, jednak ich opis mógłby zdradzić elementy fabuły i zaburzyć ogólny odbiór historii, w związku z czym nie zostały zamieszczone tutaj, tylko na ostatniej stronie. Jeżeli jesteś wrażliwym czytelnikiem, możesz zapoznać się z ostrzeżeniem dotyczącym treści na końcu książki.
MINNESOTA WILDCATS – SKŁAD:
Imię i nazwisko – numer – pozycja
NAPASTNICY:
Brayden Wyatt – 39 – środkowy
Carter Hollenbeck – 22 – lewoskrzydłowy
Seth Montgomery – 44 – prawoskrzydłowy
John Calley – 67 – prawoskrzydłowy
Luka Bergstrom – 88 – środkowy
Taylor Brooks – 11 – lewoskrzydłowy
Ulrich Novak – 14 – środkowy
Pat McAllister – 29 – prawoskrzydłowy
Felix Rouz – 81 – lewoskrzydłowy
Sviat Vasiliev – 91 – środkowy
Colton Reyes – 24 – lewoskrzydłowy
Quentin García – 26 – prawoskrzydłowy
OBROŃCY:
Rory Delgado – 15 – defensywny
Tanner Massey – 12 – ofensywny (kapitan)
Adrian Popescu – 43 – ofensywny
Max Brennan – 5 – defensywny
Sergei Datsenko – 55 – ofensywny
Ville Jokinen – 28 – defensywny
BRAMKARZE:
Petro Melnyk – 31 – bramkarz
Moritz Krüger – 35 – bramkarz rezerwowy
SZTAB TRENERSKI:
Sean Collins – trener główny
Lucien Fraser – zastępca trenera
Emmett Connelly – asystent trenera
Zach Bouchard – asystent trenera
BECK
Brayden:
gdzie jesteś?
miałeś wrócić wieczorem
nazwij mnie swoją matką, ale żądam informacji, gdy nie wracasz na noc!
Jestem pewien kilku rzeczy w swoim życiu.
Pierwsza – jestem tydzień po sezonie i w końcu mogę robić, co chcę.
Druga – jakaś rudowłosa dziewczyna leży obok mnie w łóżku i zasypia po intensywnym i gorącym seksie, który jej zafundowałem.
Trzecia – zajebiście się bawiłem. Tak? Chyba tak. Chyba zajebiście. A jednak nie tak zajebiście jak kiedyś, gdy robiłem dokładnie to samo.
Coś jest nie tak. Lekki ucisk w piersi sugeruje, że powinienem przemyśleć, czy przypadkiem się nie starzeję i nie łapie mnie jakiś moralniak.
Nie jestem pewien, w czyjej sypialni się znajduję.
Mamy dość standardowy wtorek pozasezonowy, a ja budzę się po drzemce w łóżku z laską i z kumplem, bo tego wieczoru wyszliśmy z kilkoma zawodnikami do baru na szybkiego drinka. Rudowłosa dziewczyna upatrzyła sobie nas od razu i chyba tylko czekała na potwierdzenie, który byłby chętny wziąć ją do siebie. To miła, pewna siebie kobieta, która wiedziała, czego chce – jednego z nas.
Albo obu, najwyraźniej.
Unoszę się na łokciach, żeby potwierdzić, że za dziewczyną zobaczę jeszcze męską sylwetkę – i widzę. To Petro, bramkarz z drużyny. Jego jasne włosy wykręcają się wokół głowy, gdy smacznie chrapie. Rudowłosa dziewczyna kładzie dłoń na jego plecach i też już prawie odpływa. Jeśli chce się przytulać, to raczej nie ze mną – nigdy do tego nie dopuszczam. To zasada.
Mam ich całkiem sporo. Tak, nazywają mnie królem trójkątów, ale jest wiele wypadkowych, które zawsze wyglądają w ten sam sposób:
1. Nigdy nie chodzę do łóżka z dwiema kobietami. Konfiguracja to wyłącznie ja, drugi mężczyzna i jedna kobieta. Nie ma wyjątków.
2. Zawsze upewniam się, że robię to z osobami, które są w pełni świadome i wyrażają zgodę lub same mnie zapraszają.
3. Nie pozwalam się przytulać.
Ten ostatni punkt nie ma związku z tym, że nie lubię ludzkiego dotyku, czy coś w tym stylu. Po prostu… właściwie nie wiem. Być może to moja przeszłość ma jakiś wpływ na to, że po tak intensywnym wysiłku, po zbliżeniu, wolę się oddalić. Przytulanie mogłoby sprawić, że poczuję się osaczony.
Dlatego tego wieczoru też prędko uciekam. Na podłodze znajduję swoją białą koszulkę i spodnie, wkładam ubrania, nie tracę czasu na znalezienie bielizny. Dobrze, że chociaż mam skarpetki i buty.
W drodze przez nieznane mieszkanie zahaczam o łazienkę, żeby poprawić włosy. Wyglądam świetnie, chociaż mam lekkie sińce pod oczami. Ostatni sezon był naprawdę wymagający. Cieszę się, że podołałem, ale przyznam szczerze – nie miałem zbytnio czasu na dobrą zabawę. Chyba się starzeję. Teraz zrobiłem coś, co jeszcze trzy lata temu byłoby dla mnie wyśmienitą nocą, a dzisiaj… czuję się nieswojo. Podobało mi się, a jednak wracam do domu i mam wrażenie, że coś mnie omija.
Na imprezę trafiłem przez znajomych, ale nikt nie zauważa, gdy się wymykam. Jest kilka minut po północy, zamawiam taksówkę i wracam do penthouse’u, zdając sobie sprawę, że właściwie mogłem zostać na imprezie i bawić się znacznie dłużej. Dopiero zakończyliśmy rozgrywki na trzecim miejscu w tabeli i mam teraz sporo wolnego. Nie tylko ja korzystam z uroków życia – w domu na kanapie leżą Brayden i Jamie. Przyjaciel przykrył partnerkę kocem, sam rozwalił swoje wielkie cielsko na większości siedziska i wpieprza jakieś słodkie bułki, które Jamie mu pewnie upiekła.
Dziewczyna zerka na mnie badawczo.
– Myślałam, że nigdy cię już nie złapię – mówi i zrywa się razem z kocem na równe nogi. – Chyba musimy porozmawiać, co?
Marszczę brwi.
– Proszę?
Ta mała kobieta chce mnie inwigilować, a przecież wcale nie musi. Czasami nawet mi to schlebia. To, że się o mnie realnie martwi i traktuje mnie jak przyjaciela.
– Elis powiedziała mi, że zaprosiłeś ją na dzisiejszą imprezę.
Przewracam oczami.
– A nie wolno mi?
– Chyba nie. Mówiłam ci już, że ona się z kimś spotyka, prawda? Nie rozumiem, co ci strzeliło do głowy.
– To tylko przyjazne zagadywanie – zapewniam.
Wcale nie.
Elis.
Elis Palmer.
Elis przypomina złoto, które błyszczy, nawet gdy nie jest postawione w świetle. Czy mam małą obsesję na punkcie tego, że moje wewnętrzne zwierzę się na nią czai, a ona skutecznie mnie odrzuca? Być może. To jak wyzwanie. Im mocniej się opiera, tym bardziej chcę ją mieć. Nie będę zmyślał – jest w niej coś, co mnie przyciąga, co sprawia, że pojawia się w moich myślach w losowych momentach w życiu. I tak, wysłałem jej wiadomość, czy nie chciałaby się wybrać ze mną na imprezę. To też był impuls.
Rozumiem Jamie i jej zwątpienie. Dziewczynę, z którą wylądowałem w trójkącie, poznałem jakąś godzinę przed tym, jak się przede mną rozbierała.
– A Elis jest dorosłą dziewczynką i chyba potrafi za siebie mówić. Nie uwierzę, że cię na mnie nasłała – dodaję.
– Nie, po prostu wspomniała, że się do niej odzywałeś, i chciała wiedzieć, czy też idziemy – tłumaczy Jamie.
– A ty powiedziałaś jej, że już staliście się dwoma nudnymi dziadkami i znowu będziecie oglądać Breaking Bad.
– Brayden pokazał mi najlepsze seriale, okej? Nigdy sama ich nie oglądałam. Nie moja wina, że to uzależnia.
Brayden szczerzy się jak głupek za jej ramieniem i napycha sobie usta słodką bułką.
– Łap! – krzyczy do mnie i rzuca jedną nad głową Jamie.
No dobra, przyznaję, jej wypieki nie mają sobie równych. Mam ochotę jęczeć, gdy wgryzam się w słodką kruszonkę z rodzynkami.
– Nie możesz wyciągać mojej przyjaciółki na imprezy.
Krzywię się.
– Dlaczego? Nie widzę problemu, żeby ze mną pojechała, wypiła drinka i trochę się pobawiła. Lubi to. Lubi pić te śmieszne różowe koktajle z pianką i lubi jeść finger foody. Dobrze by się tam bawiła.
– To żaden powód. Poza tym chodzi mi o takie – mocno akcentuje to słowo – imprezy. Wesołe miasteczko? Okej. Spacer w parku? Pewnie. Kawa na mieście…
– Jamie, ja nie chcę sprzedać Elis na czarnym rynku.
– Ale wiem, że próbujesz do niej uderzać, a to nie może się dziać, jeżeli znów będziemy widzieć w relacjach obcych ludzi na Instagramie, z kim skończyłeś danego wieczoru.
Trochę wytrąca mnie to z równowagi. Przyzwyczaiłem się, ale teraz po raz pierwszy robi mi się trochę… głupio.
Bo skoro nawet Jamie to widziała, a nie ma tam konta, to Elis, wierna fanka mediów społecznościowych z kontem liczącym jakieś tysiąc postów, na pewno natknęła się na taką informację.
Pewnie nawet przekazała to Jamie.
I żadna z nich nie pochwala mojego zachowania. Są na to zbyt dobre. A ja zbyt beztroski na to, by całkiem się zmienić.
Chciałbym wiedzieć więcej. Zdaję sobie sprawę z tego, że Jamie wie. Czy Elis już kiedyś się zawiodła? Czy w ogóle lubi niezobowiązujące relacje? Czy miewa jednorazowe numerki jak ja? Tyle pytań… na które chciałbym poznać odpowiedź, a jednocześnie trochę się jej boję. Ona jest w mojej głowie niczym bogini, ale sam nie wiem czego.
Chyba piękna.
Tak, to może być piękno, ale nie tylko czysto fizyczne. Nie sądzę, że określiłbym Elis jako perfekcyjną – po prostu coś jest w jej wyglądzie, w aurze i w tym nieco zarozumiałym zachowaniu. Coś, co sprawia, że rozmowa z nią w pewnym momencie odbiera oddech.
– Myślę, że powinnaś wyluzować, dać innym żyć i decydować za siebie – mówię po chwili. – Nie ma żadnego argumentu, który nie pozwoliłby mi zabrać Elis na taką imprezę.
Jamie mruży oczy, a jej wzrok wędruje w dół mojego ciała.
– Serio? To gdzie jest twój pasek od spodni?
Zerkam w dół. O cholera.
Dlaczego musi być tak spostrzegawcza?
– Uch. Zgubił się.
– Tak samo jak twoje majtki?
– Skąd wiesz, że nie mam na sobie majtek?
– O mój Boże! – jęczy Jamie. – Nie masz na sobie majtek?!
– Przecież właśnie to stwierdziłaś!
– To miał być żart sytuacyjny! – krzyczy. – Fuj. Wiesz, myślałam, że może to tylko pasek, ale jeśli… rany. Nie chcę nawet o tym rozmawiać. W każdym razie, skoro byłeś tam ledwie cztery godziny i wróciłeś bez paska i bez majtek, to może sam wywnioskuj sobie, dlaczego Elis nie powinna przebywać z tobą sam na sam albo nawet gdziekolwiek w miejscu publicznym. Rozmawialiśmy o tym, Beck. Jesteś wspaniałym przyjacielem, ale nie możesz próbować zakręcić się wokół Elis i oczekiwać, że zachowa się jak każda inna dziewczyna, którą bajerujesz. Jeżeli kiwniesz w stronę Elis w niewłaściwy sposób palcem, złamię ci ten palec i wsadzę jako świeczkę do tortu na kolejne urodziny Braydena.
Brayden w końcu odkłada talerz z bułkami i podnosi się do pozycji siedzącej. Żaden z nas nic nie mówi. Jamie jest cholernie waleczna, jeśli chodzi o bliskich, i trochę się obawiam, że nie żartuje. Wygląda poważnie.
I ma pieprzoną rację. Znowu wylądowałem z kimś w łóżku. Czy tego chciałem? Jasne, że tak. Czy potrafiłbym odmówić? Pewnie. Ale jednak jest we mnie jakiś pierwiastek, który zawsze będzie zmuszał mnie do takiego postępowania. Nie będę w stanie się poddać, zobowiązać, oddać kontroli nad własnym losem. Chociaż gdy widzę Braydena i Jamie, coś ściska mnie w środku i trochę im zazdroszczę, to wiem, że nie jestem taki jak Brayden i mnie prawdopodobnie coś takiego nigdy nie czeka.
To koniec sezonu. Przyjdzie odpoczynek, przyjdzie zabawa… przyjdzie mierzenie się z własnymi pragnieniami i ograniczeniami.
Muszę odpuścić. Elis nie jest dla mnie – nie mogę dążyć do przespania się z nią tylko dlatego, że śni mi się po nocach. Ma w sobie po prostu coś innego, czego nigdy wcześniej nie widziałem. Co wywołuje mrowienie w moim brzuchu. W lędźwiach. Sprawia, że robi mi się gorąco, gdy tylko na nią patrzę. Nigdy jeszcze nie przeżywałem tak dziwnej fascynacji.
– Możesz zrobić dla mnie jedno i obiecać, że zastanowisz się dwa razy, zanim popełnisz jakiś wielki błąd? – pyta Jamie.
Czyli… zanim zaciągnę Elis do łóżka?
Jamie wzdycha ciężko, patrząc na mnie współczująco. Ciekawe, czy wie, jakie myśli krążą teraz w mojej głowie.
– Mhm.
Nie, nie mogę obiecać. Nie chcę kłamać. Pragnę robić wiele głupot i wszystkie mają związek z Elis Palmer.
– Znam cię zbyt dobrze – mówi Jamie.
– Stary – odzywa się z tyłu Brayden. – Pamiętaj, że wszyscy jesteśmy teraz blisko i nie możemy ryzykować zniszczenia naszych relacji, tak?
Kiwam głową.
Jestem w stanie zaryzykować wiele, by zbliżyć się do Elis, a nie chcę przed nimi kłamać. Im dłużej się znamy, tym bardziej Elis mnie interesuje, ale odrzuca każdy mój flirt, każdy żart i ciągle powtarza tę swoją gadkę: musisz na to zasłużyć.
Och, jak mnie to nakręca. Ona tego nie wie, ale mógłbym na nią zasłużyć.
– Nie mogę wam obiecać, że przestanę z nią rozmawiać. – Obracam się do nich i dalej już idę tyłem. – Ale obiecuję, że jeśli kiedyś ją przelecę, to tylko dlatego, że mnie o to poprosi.
Może to już zakrawa na lekką obsesję. Kolejnego dnia późnym wieczorem wyciągam Rory’ego na romantyczną kolację we dwóch. Tylko my, tłuste burgery w knajpie o wdzięcznej nazwie Animal Burgers, i mountain dew bez cukru.
Być może jest w tym ukryty motyw.
– Czy mogę przyjąć zamówienie? – pyta mnie najpiękniejsza kobieta w promieniu mil świetlnych.
Dosłownie nie mogę oderwać od niej wzroku za każdym razem, gdy ją widzę. Żarcie w tym barze jest mocno przeciętne i zawsze biorę burgery z bekonem, bo on sprawia, że wszystko smakuje lepiej, ale tu nawet nie chodzi o posiłek, tylko o nią. Ma na sobie jak zwykle cukierkoworóżowy uniform i biały fartuszek zawiązany w pasie. W dłoniach trzyma notatnik, w którym kreśli jakieś wzory. Mimo że nas zna, jej postawa w pracy zawsze jest profesjonalna – słodka i miła, a to też niesamowicie mnie kręci.
Ale tylko u niej.
Rory kopie mnie pod stołem w nogę i składa zamówienie:
– To, co zawsze. Z Pulchnym Świniakiem, podwójnym bekonem, frytkami grubo krojonymi i mountain dew.
Elis skrupulatnie notuje, a ja wciąż się na nią gapię. Jakim cudem jest w stanie pozbawić mnie nawet słów?
– Czy jest coś specjalnego w menu deserowym? – zagaduję w końcu.
Dopiero wtedy ledwie zauważalnie przewraca oczami.
– Truskawkowe gofry z mascarpone i frużeliną z owoców leśnych.
Znów różowe. W tej knajpie ogólnie jest dużo różu, a te uniformy nie pozostawiają wiele dla wyobraźni. Sukienka jest krótka, odsłania krągłe uda gdzieś tak od połowy, opina pełne biodra i zwęża się w talii. Elis nie jest specjalnie szczupła, ale jej ciało wydaje się niesamowicie krągłe – od pełnych ud, przez te biodra, aż po piersi, na których ledwie dopinają się guziki sukienki. Przez to, że ogólnie mimo wszystko jest dość drobna, grają na tym materiale, wypychając go od wewnątrz i robiąc mi z mózgu papkę. Jest bardzo kobieca, a moje reakcje są trochę zaskakujące, bo mam tendencję do wybierania sobie nieco innych kobiet – wyższych, smuklejszych.
– Polecasz gofry? – pytam głupio.
Elis słodko marszczy nos.
Muszę się poprawić na siedzeniu.
– Nie za bardzo. Owocowe desery to nie desery, jeśli nie ma w nich też czekolady.
Czekolada. Zanotowane.
– To może jednak obejdziemy się bez deseru – wtrąca Rory. – Byłbym wdzięczny za szybszą obsługę, bo umieram z głodu.
Elis w ogóle nie bierze jego komentarza do siebie, tylko po prostu się uśmiecha i rzuca:
– Jasne. To, co zawsze, i dwa razy. Robi się.
Odchodzi, kręcąc słodkim, pulchnym tyłeczkiem na wszystkie strony, aż muszę przetrzeć oczy.
– Nie mógłbyś po prostu złapać sobie jakiejś chętnej laski i na niej wyładować te swoje posezonowe gody?
Odchrząkuję, sfrustrowany.
– To już nie działa.
– Co? – Rory szerzej otwiera oczy. – W sensie: twój fiut nie działa?
Jakieś dziewczyny ze stolika obok oglądają się na nas.
– Nie, idioto. Zabieranie chętnych lasek nie działa. Coś mi się stało.
Rory krzywi się, jakby zobaczył ducha.
– Okej, rozumiem, że przychodzimy tutaj, bo lubisz sobie popatrzeć na Elis, ale ona jest poza twoim zasięgiem, bracie. Jest przyjaciółką Jamie, a na dodatek skutecznie olewa wszystkie twoje zaloty. Jak ją klepniesz, zrobi się dym.
Sęk w tym, że ja nie chcę jej klepnąć. Wątpię, bym zadowolił się jednym razem. To skomplikowana bestia, u której odkrywanie kolejnych warstw musi być ekscytującym wyzwaniem. Mógłbym zrobić wyjątek i właśnie z nią przespać się kilka razy.
– Przychodzimy tu, bo na dwa zestawy o tej porze mają zniżkę – odpowiadam.
Rory parska śmiechem na całą salę.
– Powiedział gość, który jeździ teraz panamerą.
– Okej, to było głupie – burczę. – Może nie powinniśmy wdawać się w moje intencje. Skupmy się na Pulchnym Świniaku.
– Dobre te nazwy, co? – odzywa się gość obok nas.
Nie wiem, czego chce. Zaczepia nas już po raz kolejny. Siedzą we trzech przy stoliku tuż obok naszego, ich nogi podrygują niespokojnie – to jakieś dzieciaki młodsze od nas, ale wyglądają na chuliganów.
Elis przychodzi z napojami – zawsze ogarnia wszystko dla nas wyjątkowo szybko, bo stara się jeszcze bardziej dla znajomych. No i to jest fast food. Lecz gdy wykłada na stoliku szklanki i butelki mountain dew, chłoptaś ze stolika obok znów zaczyna prawić głośne komentarze.
– Wiem, skąd się wzięły te Pulchne Świniaki. – Zerka na tyłek Elis opięty różową sukienką. – Ciekawe, czy kwiczy, gdy się ją posuwa.
To jest tak abstrakcyjne, że wstaję dosłownie w sekundę. Rory robi to samo, więc wyrastamy z naszej loży niczym dwa ogromne dęby, aż Elis musi się odsunąć o krok.
– Coś ty, kurwa, powiedział? – cedzę.
Nie mieści mi się to w głowie. Czy on naprawdę zasugerował, że Elis kojarzy mu się z prosiakiem? To nierealne. Niedopuszczalne. Kurwa, właśnie tak się rodzą kobiece kompleksy. Co za debile.
Chłopcy nerwowo wstają od stolika.
– Ej, wyluzujcie, to był tylko żart…
– Lepiej stąd spieprzaj, póki jeszcze masz wszystkie zęby – ostrzegam.
Gość blednie.
– Stary, to tylko kelnerka…
Moja kelnerka.
– Nie usłyszałeś mnie?
Chłopaczki trzęsą portkami i spadają, gdzie pieprz rośnie. Elis nalewa nam napoje, jakby w ogóle nie zauważyła całej tej farsy.
– Nie przejmujcie się – mówi. – Ludzie bywają okropni. Myślą, że mogą mi powiedzieć wszystko, bo ich obsługuję, ale przecież wiem, że nie mam aż tak dużego tyłka. Nie biorę tego do siebie.
Tym komentarzem sprawia, że nie mam nic więcej do powiedzenia i znów opadam na siedzenie w loży.
– Tamten tekst mnie nie rusza – dodaje jeszcze. – Szkoda waszych nerwów na takich głupków. Przyniosę wam jedzenie za kilka minut, burgery się już grillują. Średnio wysmażone?
Kiwam głową, Rory też. Zamurowało nas.
Ta dziewczyna musi być chroniona za wszelką cenę. Za wszelką cenę.
ELIS
Jamie:
Dzisiaj pracujesz do późna?
Elis:
zamykam
Jamie:
przyjechać po Ciebie?
Elis:
nie, dzięki, nie jestem pewna, o której dokładnie wyjdę
Jamie:
ja jeszcze się uczę, więc poczekam, aż wrócisz
To kolejny wieczór, kiedy widzę przy stoliku chłopaków z drużyny. Zwykle przychodzi tu Beck, ale naprawdę nie wiem, co on może widzieć w tym żarciu. Ja pracuję tu tylko dlatego, że mają dość dobre warunki finansowe i przede wszystkim pozwalają mi swobodnie łączyć pracę z uczelnią. A Beck? Kurczę, on ma kupę kasy i wcale się z tym nie kryje, bo ciągle jeździ szybkimi samochodami i nosi wielkie, ładne zegarki. Zdecydowanie wygląda na zadbanego, eleganckiego, młodego mężczyznę, i widok jego jedzącego Pulchnego Świniaka jest po prostu… dziwny.
Bardziej pasuje mi do niego wyrafinowany stek z antrykotu w ekskluzywnej restauracji. A jednak mimo jego aparycji, zawsze gdy siedzi z chłopakami, jest wyluzowany i radosny. Podziwiam go za to, że potrafi rozładować napięcie w każdym towarzystwie, ale jednocześnie znam smutną prawdę: jest graczem.
To playboy, jakich mało. Znam jego reputację i prawdopodobnie rozmawiałam w żywe oczy z co najmniej kilkoma dziewczynami, które z nim były. Podobno przydomek „król trójkątów” nadano mu jeszcze w szkole średniej, co dla mnie jest zupełnie niezrozumiałe i wręcz nieco obrzydliwe.
I dlatego nie jestem w stanie spojrzeć na niego poważnie. Gdy widzę tę jego śliczną i symetryczną twarz, te jasnobrązowe, ułożone włosy i arystokratycznie piwne oczy z jaśniejszymi drobinkami wokół źrenic, wyobrażam sobie tylko, że wykorzystuje swój wygląd, by podrywać laski. To, że stanął teraz w mojej obronie, bo jakiś dzieciak nie wie, że niektóre kobiece sylwetki wyglądają inaczej, nic nie oznacza.
Becka widuję bardzo często. Zbyt często w ostatnim czasie. Jakoś tak się do mnie przylepił i nie mogę się go pozbyć. Nie tylko fizycznie, ale też mentalnie – przez to, że jest taki słodki, myślę o nim czasami, gdy zasypiam. Wyobrażam sobie różne rzeczy, które nigdy się nie wydarzą, choćby dlatego, że nie chodzę z chłopcami do łóżka tak po prostu. Naprawdę lubię, kiedy się starają, i chyba to jest mój problem – nie potrafię znaleźć takiego, który to zaakceptuje. Czasami czytam przed snem o pięknej miłości pełnej pasji i zastanawiam się, czy taka jest w ogóle możliwa.
Beck akurat unosi wzrok i nasze spojrzenia się krzyżują, więc od razu udaję, że jestem zajęta czymś za barem. Te głupie dzieciaki na szczęście już poszły. Dochodzi dziesiąta wieczorem, a ja padam na twarz. Bolą mnie nogi, jutro mam zajęcia od dziewiątej rano i jedyne, o czym marzę, to sen, a jeszcze muszę zmieścić w tym dniu dwadzieścia minut jogi.
Mój telefon wibruje w fartuszku. Zerkam na ekran ukradkiem i widzę, że to znów wiadomość od Vincenta. To chłopak, z którym ostatnio co jakiś czas wychodzę, a poznałam go przez aplikację randkową.
Tylko tam da się kogoś spotkać. Nie wiem, o co chodzi, i próbowałam naprawdę wszystkiego. To nie tak, że desperacko szukam sobie kogoś na stałe – po prostu chciałabym tego doświadczyć chociaż raz, bo kończę już dwadzieścia jeden lat i wypadałoby powiedzieć kiedyś, że jakiś chłopak był mną zainteresowany na poważnie. Tak naprawdę dotychczas każdy ze mnie szybko rezygnował i nie do końca wiem, w czym jest problem.
Ale Vincent się nie poddaje, mimo że nie ufam mu tak w stu procentach. Albo raczej nie ufam naszej relacji. Jest wspaniały w słowie pisanym i jego wiadomości poprawiają mi humor, jednak na spotkaniach czuję się odrobinę nieswojo. Być może to kwestia przyzwyczajenia.
Uciekam na chwilę na zaplecze, by przeczytać wiadomość, która mówi:
Vincent:
Co porabiasz?
Bez fajerwerków, ale zaczynam z nim pisać, bo trochę tej atencji też polepszy mój wieczór w nudnej i przewidywalnej pracy.
Vincent:
Chcę cię zabrać na kolację.
Zaciskam usta i staram się nie uśmiechać. Zawsze kochałam koncept takich fajnych i eleganckich randek. Vincent to rozumie.
– Eeeliiis! – woła ktoś z kuchni.
Szybko chowam telefon do fartuszka. Ledwie zdążyłam cokolwiek odpisać i umówić się z nim na randkę. Ma mi jeszcze podesłać dokładniejsze dane lokalizacji restauracji. Aż przebieram nogami, żeby już tam usiąść naprzeciwko niego.
– Tak?
– Ja już wychodzę. Zamkniesz?
Marszczę brwi.
– Ale miałeś dzisiaj zamykać ze mną. Jeśli wyjdziesz, zostanę sama.
Robbie się krzywi.
– Sorry, ale muszę iść, spieszy mi się. Chyba potrafisz przekręcić klucz w zamku?
Słowa wiszą na końcu mojego języka, ale oczywiście nie polemizuję i chociaż będę wyklinać Robbiego cały dzień, to nie zatrzymam go siłą. Gość jest trzy razy większy ode mnie. I rzeczywiście wychodzi, zostawiając mnie w restauracji samą.
Po drodze rzuca jeszcze:
– Tylko nie zapomnij zgasić światła w kuchni, bo wychodzisz ostatnia!
Beck słyszy to ze swojego stolika i natychmiast zaczyna się interesować.
Rozglądam się po sali. Tak naprawdę w barze zostały trzy zajęte stoliki, w tym jeden, przy którym siedzą Beck i Rory.
Teraz już sam Rory, bo Beck idzie w stronę baru.
– Czy ja dobrze usłyszałem? – pyta męskim, aksamitnym głosem. – Wychodzisz ostatnia?
Aż muszę westchnąć. Nawet brzmi zbyt dobrze.
– Tak.
– I nikogo już z tobą nie ma?
– Nie ma.
Marszczy brwi.
– Zamykasz restaurację o dziesiątej wieczorem całkiem sama?
– Wyjątkowo. Zwykle jeszcze powinien być ktoś w kuchni, ale gdy wieczorną zmianę ma Robbie, zawsze coś magicznie mu wypada i musi wyjść wcześniej. Jest przyjacielem szefa, więc nikt mu nic za to nie zrobi.
Beck intensywnie się we mnie wpatruje.
– Nie pozwolę ci wychodzić stąd samej – mówi po prostu.
Odchylam głowę.
– Słucham? Nie czekam na żadne twoje pozwolenie.
Kącik jego ust drga.
– Elis… nie pozwolę ci stąd wyjść samej, kropka.
– Zawsze to robię i nic mi nie jest.
– Dobrze, ale dzisiaj ja tu jestem i skoro zostałaś tu sama, to poczekam, aż skończysz, a potem odwiozę cię do domu.
– Naprawdę nie trzeba – zapewniam.
Trochę mnie to onieśmiela. Nie wyobrażam sobie, jak mogłabym wsiąść do jego eleganckiego i drogiego auta w śmierdzącym ubraniu roboczym.
– Elis, nie zostawię cię tutaj samej, choćbyś nie wiem jak się upierała.
Obserwuję go badawczo. Jest rozluźniony, spokojny, ale też niesamowicie zdecydowany. Aż muszę oblizać usta i zmusić się, by nie zerkać w dół na jego ciało. Stoi na szczęście po drugiej stronie baru i moje kolana nie są aż tak miękkie przez jego wspaniałą sylwetkę i modną bluzę bez kaptura. Pocieram policzek, chcąc wykrzesać z siebie cokolwiek. Brakuje mi słów.
– Możesz nie lubić mnie do woli – dodaje jeszcze Beck – ale dobrze wiesz, że nie powinnaś odmawiać pomocy. To nie jest wyjątkowo zła dzielnica, a mimo to żadna dziewczyna nie powinna wracać po nocach tymi ulicami.
Naprawdę nie jestem pewna, skąd takie przekonanie.
– Wracam tak do domu często i jeszcze nic mi się nie stało.
Beck wznosi wzrok ku lampie nad swoją głową. Czy ja go irytuję?
Odwraca się i idzie do stolika.
Chyba jednak odpuścił.
Mija kilka sekund i widzę, że Rory się zbiera, wychodzi z lokalu, a Beck wraca do baru.
– Myślałam, że odpuściłeś i sobie idziesz.
Jednak on nie wychodzi, tylko siada na wysokim stołku przy blacie.
– Och, Elis – mruczy. – Ja nigdy nie odpuszczam.
Beck naprawdę czekał, aż zamknę cały bar i wyjdę z pracy.
– Śmierdzę jak frytka – oznajmiam, stojąc jak kołek przed jego samochodem.
Nie wiem, co się ze mną dzieje w takich momentach, ale być może to już jakaś choroba. Za każdym razem, gdy staję przed czymś, co wydaje mi się nieosiągalne i zdecydowanie za dobre, zachowuję się tak, jakbym połknęła kij. Jestem sztywna, nieco skrępowana, nie potrafię się rozluźnić. Nie rozumiem tego, bo na osobności jestem naprawdę spoko człowiekiem – a tutaj, gdy mam wsiąść do niskiego, sportowego auta, wyglądając jak mama Sue z lat sześćdziesiątych, jeżdżąca na wrotkach i dolewająca kawy do kubków, nie potrafię postawić nawet kroku.
Wolałabym, by Beck powiedział, że zapach frytki jest niedopuszczalny w jego aucie, a zamiast tego on otwiera mi drzwi. W głowie wciąż słyszę dźwięk piosenek, które puszczamy w barze – wszystko w typie kultowej muzyki Eltona Johna i podobnych wykonawców. To też za cholerę nie pasuje do Becka i całej jego aparycji.
– Twój fotel w aucie będzie śmierdział jak Pulchny Świniak – uprzedzam uczciwie.
Beck śmieje się szczerze.
– Nie wyobrażasz sobie, jakie to jest słodkie.
Zerkam na niego z ukosa.
– Odór Pulchnych Świniaków i frytek?
– Nie do końca o to mi chodziło.
Wsiadam do samochodu, bo Beck dotyka moich łopatek, by mnie do tego zachęcić. Muszę mocno się skulić, żeby w ogóle wejść do niskiego, sportowego pojazdu, ale gdy już zajmuję w nim miejsce, jest całkiem wygodnie. Niestety różowa sukienka robocza wędruje w górę na udach, które zostają odsłonięte i rozpłaszczają się na siedzeniu, a ja nie mam ich nawet czym zakryć. Normalnie nie zwracam na to uwagi na co dzień, ale za każdym razem, gdy znajduję się przy mężczyźnie, zaczynam świrować. To właśnie wtedy przypominam sobie każdy głupi komentarz z mojego życia, na przykład to, jak nazwał mnie dzieciak w barze. Może miał do tego podstawy? Może jednak jest coś…
Jezu, Elis. Ten świat totalnie mnie niszczy, a ja tego nie znoszę. Nie pomaga fakt, że każdy facet zawsze jest mną zainteresowany, dopóki nie oświadczam, że nie zamierzam się pchać do łóżka, o ile nie będzie między nami czegoś poważniejszego. Wszyscy oni robią wtedy dziwne miny i kolejny raz się do mnie nie odzywają. Tak jakbym zasługiwała tylko na to, by mnie przelecieć, żeby raz dotknąć moich cycków, a potem znaleźć sobie jakąś ładniejszą i bardziej uzdolnioną dziewczynę.
– Możemy zawrzeć układ – mówi nagle Beck, odpalając silnik.
W aucie ładnie pachnie i przestaję się nawet skupiać na własnym smrodzie.
– Układ?
– Tak. Nie podoba mi się, że wracasz sama o tej porze do domu, i to komunikacją miejską.
– Mnóstwo dziewczyn musi w ten sposób żyć, Beck.
– No tak, ale jestem pewien, że w końcu znajduje się ktoś, kto ich pilnuje. – Odchrząkuje. – Słyszałem, że spotykasz się z jakimś Victorem.
– Vincentem?
– Kimkolwiek – mamrocze. – Dlaczego więc twój chłopak nie odwozi cię do domu po pracy?
– To nie jest mój chłopak, więc w życiu bym go o to nie poprosiła.
Twarz Becka jakby się rozjaśnia.
– Ale widujesz się z nim.
– Czasami… głównie tylko ze sobą piszemy.
– Jeśli jest zainteresowany, powinien dbać o twoje bezpieczeństwo.
– Nie żyjemy w filmie romantycznym – rzucam z przekąsem. – Nikt nie będzie mnie odwoził do domu, bo jestem dużą dziewczynką i poradzę sobie sama. Jedyną osobą zdolną do takiego poświęcenia jest mój tata, ale rodzice mieszkają w Enderlin, a to kilka godzin drogi stąd. Teraz polegam już tylko na sobie.
– Pochodzisz z tej samej miejscowości co Brayden i Jamie.
– Tak. Jesteśmy z Jamie przyjaciółkami już od dawna.
– Masz kontakt z rodzicami? Nie są rozwiedzeni?
To nieco dziwne pytanie, ale rozumiem, że w dwudziestym pierwszym wieku może być to istotne.
– Mam kontakt i nie są rozwiedzeni – odpowiadam delikatnie rozbawiona. – To bardzo dużo prywatnych pytań, Beck.
– I tak mamy jeszcze piętnaście minut drogi, więc szkoda siedzieć w ciszy. Czy Vilden poznał twoją rodzinę?
Parskam śmiechem.
– Vincent – poprawiam. – Nie, jeszcze nie.
Mam wrażenie, że słyszę jakieś niemrawo powtórzone jeszcze. I Beck pochmurnieje. Pociąga nosem, mocniej zaciska dłoń na kierownicy.
– Hej, chyba pomyliłeś drogę. – Wyglądam przez przyciemnioną z zewnątrz szybę. – Z głównej trzeba było zjechać drugim zjazdem, a nie trzecim.
– Och, serio? – pyta Beck nieco teatralnie.
– No. – Kręcę nosem. – Przez to będziemy jechać dwa razy dłużej, bo trzeba zrobić kółko wokół centrum.
Czy on się… uśmiecha?
Może to moja wyobraźnia.
– Ojejku.
– I możemy stanąć jeszcze na przejeździe kolejowym, który jest po drodze.
– Ups. Ale ze mnie gapa.
Nie wiem, czy to fakt, że obudziłam się tego dnia o piątej rano, a jest już prawie jedenasta wieczorem i moja głowa nie funkcjonuje w pełni sprawnie, czy Beck rzeczywiście zachowuje się dziwnie.
– Ale nie zamierzasz mnie nigdzie wywieźć i obmacywać wbrew mojej woli?
Akurat stajemy przed przejazdem kolejowym, o którym wspominałam. Wokół jest cicho i ciemno, nasz samochód jest tutaj jedyny.
– Żartujesz, prawda?
– Nie wiem. Niby trochę się znamy, ale wiesz, sporo o tobie słyszałam. Masz niezłą reputację. I widziałam te relacje na Instagramie sprzed kilku dni.
Znów zaciska dłoń na kierownicy, chociaż nawet nie jedziemy. Nie wiem, czy powinnam mówić głośno o plotkach, które krążą. Nie chcę go zranić, a nie sądzę, by w pełni transparentne życie seksualne, które na pewno ktoś też trochę koloryzuje, było dla niego wygodnym tematem.
– Słuchaj, ja cię nie oceniam, okej? – dodaję jeszcze. – Jesteś fajnym facetem, Beck. Wierzę w to.
Błysk w jego spojrzeniu, gdy obraca w moim kierunku głowę, jest niesamowity.
– Serio?
– Pewnie. Wiem, że ludzie bywają okrutni. Ja mam swoje życiowe rozczarowania i ty też na pewno je masz. Nie mam nic do twojej reputacji, bo ona przecież mnie nie dotyczy. – Uśmiecham się miękko.
Kąciki jego ust opadają całkowicie. Może nawet wyginają się w dół. Beck przełyka ciężko ślinę.
– Dotyczy też ciebie. Jesteś przyjaciółką Jamie, więc zawsze będziemy gdzieś obok siebie.
– No tak, ale mogę mieć obok siebie naprawdę wielu ludzi. Po prostu… ja nie jestem chętna ani nic z tych rzeczy, Beck. Nie zależy mi na twojej atencji i nie uważam, by twoje działania były dobre. Nie podobają mi się. To tyle.
Jest tak skonsternowany, że ktoś powinien mu teraz zrobić zdjęcie. A jego piwne oczy są tak przenikliwe, że muszę nieco uchylić okno i zażyć trochę wiosennego, ciepłego powietrza.
– Dlatego spytałam, czy przypadkiem mnie gdzieś nie wywozisz.
Obraca się tak, że teraz patrzy na drogę i na pociąg nadjeżdżający z oddali.
– To było głupie, wiem – wzdycham. – Przepraszam. Oceniłam cię przez pryzmat tego, jak o tobie mówią. Naprawdę nie chciałam.
– W porządku.
Ale nie jest w porządku – widzę to po nim. Chyba przegrałam tę sprawę.
Przejazd zostaje zwolniony, więc Beck rusza niemal z piskiem opon, choć za bardzo nie czuć tego w aucie.
– Dlaczego tak bardzo smakuje ci żarcie w Animal Burgers? – podpytuję.
Mam wrażenie, że wcześniej palnęłam głupotę, co jest bardzo prawdopodobne, bo przy inteligentnych i przystojnych chłopakach zawsze robię z siebie idiotkę. Może dlatego nie chcą się ze mną wiązać.
Beck wzrusza ramionami.
– Nie wiem. Ten burger z bekonem jest całkiem niezły i macie długo otwarte, ale teraz już nie jestem pewien, czy to jest dla mnie plusem, bo musisz zamykać sama o tej porze.
– Tylko czasami.
– Dlaczego w ogóle pracujesz do tej godziny?
– W dzień często mam zajęcia – wyznaję. – Studia są drogie, a moi rodzice już wystarczająco mi pomogli, bo dzięki nim mam mieszkanie i nie muszę nic wynajmować. Ale żeby opłacić rachunki i zaplanować przyszłość, muszę mieć pieniądze. Naprawdę sporo już odłożyłam. To mi bardzo potrzebne. Nie sądzę, bym znalazła dobrą pracę po studiach, więc chciałabym zainwestować w coś własnego.
Mimo że Beck stracił tę swoją iskrę, to robi się zaciekawiony.
– Co chcesz robić?
– Jeszcze nie wiem. Coś związanego z jedzeniem albo ze zdrowiem ciała, jak joga. Mam kilka pomysłów, muszę je tylko dopracować i…
– A kiedy będziesz je dopracowywać, skoro rano jesteś na uczelni, a po południu w pracy?
– Miewam wolne dni.
– Ach, tak.
Pewnie zauważył moje przekrwione białka oczu.
– Będę miała stosowne wykształcenie, dyplom z technologii żywności, ale co z tego, skoro staż na stanowisku w firmie przyniesie mi mniej kasy niż ta głupia robota w Animal Burgers?
– Żadna robota nie jest głupia.
– Mówi facet, który zawodowo gra w hokeja i ma tyle kasy, że jeździ panamerą.
Beck wzdycha.
– Nie zawsze miałem tyle kasy.
Nie mam już czasu zapytać o nic więcej, bo Beck parkuje przy krawężniku wzdłuż jednego z budynków na ulicy. Wie, gdzie mieszkam, ale tylko dlatego, że jeszcze niedawno przyjechał tu z Braydenem, gdy ten wracał do Jamie w jej największym kryzysie.
Wyłącza na chwilę silnik.
– Dziękuję – odzywam się jako pierwsza. – I pewnie do zobaczenia.
Dłoń mu drga, jakby chciał wykonać jakiś ruch, ale ostatecznie nic nie robi. Czeka, a ja wysiadam z auta. Widzę, że nie rusza nawet wtedy, kiedy jestem już przy drzwiach do budynku. Wchodzę do środka i dopiero gdy idę na górę schodami, zauważam, jak znów zapalają się światła w aucie. A kiedy już jestem w domu i wyglądam przez okno, Beck odjeżdża. Nie wiem, czy patrzył na mnie, bo ma te głupie przyciemniane szyby. Mam nadzieję, że po prostu rozmawiał przez telefon albo coś w tym stylu, bo jednak wścibsko sprawdzałam, czy jeszcze tam jest. I gapię się na samochód, dopóki nie znika mi z pola widzenia.
– Strasznie długo cię nie było.
Podskakuję, zupełnie zaskoczona, wręcz przerażona. Jamie stoi za mną z rękami skrzyżowanymi na piersi.
– Wystraszyłaś mnie!
– Przepraszam. Mówiłam, że będę na ciebie czekać, bo i tak się uczę. Długo wracałaś z pracy.
Wzruszam ramionami.
– Przepraszam, mamo.
Jamie się śmieje.
– To naprawdę miłe z jego strony. To odwożenie cię do domu.
Otwieram szerzej oczy. O nie, ona widziała? Nie mogła widzieć, bo wyłoniła się ze swojej sypialni, która ma okna na inną stronę.
– To znaczy, że mu zależy.
Opada mi szczęka.
– Ale to nie tak…
– Może warto temu Vincentowi dać szansę – stwierdza jeszcze.
Och.
Oddycham z ulgą. Myślała, że to Vincent.
– Pewnie – potwierdzam ze sztuczną wesołością. – Pewnie.
BECK
Beck:
hej
Jamie:
hej
Beck:
myślisz, że Elis przyjdzie na najbliższy mecz?
Jamie:
mówiła, że tak, a co?
Beck:
tak sobie myślę, czy mogę zaprosić jeszcze dużo znajomych, czy już rozdaliśmy wszystkie bilety, nic takiego
Czuję się bardzo dziwnie. Nie mam siły ani ochoty na imprezy, na zabawę, na wyjście na pyszne rzemieślnicze piwo albo na zajebistą kolację złożoną z żeberek w różnych marynatach. A na deser miękki, ciepły drink z nutą czekolady.
Normalnie gdzieś w tym byłby jeszcze seks. Dużo seksu. Nie jestem od niego uzależniony, ale moje ciało i głowa po prostu potrzebują konkretnych bodźców. Jestem sportowcem, lubię bliskość i skoro nie potrafię zaangażować się w związki, zadowalam siebie oraz kobiety właśnie w taki niezobowiązujący sposób. Nikt na tym nie cierpi. Obie strony wychodzą zadowolone.
I wiem, że ktokolwiek inny byłby teraz też zadowolony. Ktokolwiek, tylko nie ja, bo na myśl o spędzeniu wieczoru w czyimś łóżku robi mi się nieswojo. Do swojej sypialni nikogo nie zapraszam.
To jakaś głupia choroba.
– Wszystko w porządku? – pyta Brayden.
Jesteśmy tuż przed wyjściem na lód. Sezon i rozgrywki się skończyły, ale gramy mecz towarzyski z drużyną z Karoliny Północnej. Przychód z biletów przekazujemy na cele charytatywne. Nasz klub chce się teraz bardziej zaangażować w taką działalność.
Nie wiem, co bardziej mnie frustruje – to, że na lód wychodzi z nami Seth Montgomery, do którego wszyscy żywimy urazę, czy to, że Jamie ma przyjść na mecz z Elis i znów będę się gapił na to, że macha ręcznie zrobionymi pomponami jak cheerleaderka.
Przymykam powieki.
– Stary. Zapytałem cię, czy wszystko w porządku, i trochę mnie przerażasz – dodaje Brayden. – Co się dzieje?
Ściskam w palcach nasadę nosa.
Nie wiem.
Nie wiem, co się dzieje. Coś ściska mnie w dołku, mam wrażenie, że moje działania są złe. Chcę czegoś, co nie może być moje. Myślę o Elis, która rozmawiała ze mną w aucie – odrzuca ją moja reputacja, a naprawdę sądziłem, że jakoś będę w stanie ją do siebie przekonać. Tu nie chodzi o bezmyślne zaliczanie. Nigdy o to nie chodziło. Zawsze lubiłem po prostu korzystać z życia, czuć się dobrze i sprawiać, że inni też się tak czują, ale ona?
Elis jest inna, a ja nigdy nie będę dorastał jej do pięt. Jamie ma rację. Wszyscy mają rację. Elis zasługuje na więcej, a tym więcej nigdy nie będę ja.
I chyba właśnie to mnie denerwuje. Nie wiem dlaczego, ale nie potrafię tak po prostu z niej zrezygnować. Jestem człowiekiem, który nigdy się nie poddaje, już odkąd byłem małym chłopcem. Nauczyłem się tego. Tylko że w tym wypadku może powinienem odpuścić, bo nie będę w stanie dać jej tego, czego ona zapewne pragnie.
– Beck? Beck? Halooo? – powtarza Brayden i macha ręką przed moim nosem. – Boli cię coś? Mam wzywać lekarza?
– Nie – burczę.
– Proktologa może – odzywa się z boku Rory. – Na jego ból dupy.
– Gdybym miał już kij, dostałbyś nim w łeb.
– To nie żadne rozgrywki o Puchar Stanleya, ale mógłbyś chociaż być obecny – odzywa się Brayden. – Bo inaczej…
Do szatni wchodzi Seth i wszyscy milkniemy.
To takie, kurwa, niezręczne. Seth narobił takiego bałaganu, że nie mam pojęcia, jakim cudem mamy z nim grać. To pierwszy raz, gdy wychodzi w naszym towarzystwie na lód – swego rodzaju test naszego zgrania. Nawet trener nie jest pewny, co z tego wyniknie, ale klub nie pozwolił wstrzymać Setha na kolejny sezon.
Rory odchrząkuje i odzywa się jako pierwszy:
– Cześć.
Brayden wygląda, jakby zaraz miał dać Sethowi w pysk, więc wolę nie ryzykować. Łapię go za ramię i wyprowadzam na lód. Muszę wrócić myślami do drużyny i do kumpli, bo nie możemy być rozproszeni wszyscy we trzech… we czterech, jeśli liczyć Setha.
– Wcisnę mu kij w oko – warczy Brayden. – Nie dam rady znieść nawet jego widoku, a co dopiero gry z nim.
– Pomyśl sobie, że jest zupełnie kimś innym, a nie Sethem Montgomerym – proponuję.
O, to świetny pomysł. Zrobię to samo. Pomyślę sobie, że Elis tak naprawdę nie jest Elis i wcale nie potrzebuję jej pomponów i słodkich uśmiechów, żeby oddychać.
– To nie wypali. Jego obecność w drużynie – zauważa Brayden. Bierze swój kij i wkłada kask. – Z nim nic nie wygramy.
– Mamy cały sezon, żeby się dogadać.
Brayden mnie wyśmiewa.
– Żartujesz, prawda?
Wzruszam ramionami.
– Musimy się przyzwyczaić, co mamy zrobić?
– Nie wiem, ale ja nie będę się do niego przyzwyczajał. Nie chcę mieć z nim nic wspólnego, bo zrobił mi okropne świństwo i próbował zaszkodzić mojej dziewczynie. Pieprzyć to.
Wzdycham ciężko.
Zapowiada się naprawdę trudny czas.
To nie działa. Głupio podpowiadałem Braydenowi, żeby wyobrażał sobie kogoś innego – to zupełnie nie zdaje egzaminu. Elis to wciąż Elis. Ma na sobie obcisłą, elastyczną sukienkę i jasne botki, a na ramiona narzuciła puchaty, beżowy płaszcz, bo na arenie jest zimno. Blond włosy ma spięte ciasno z tyłu, w uszach złote kolczyki, jej pełne usta błyszczą nawet z takiej odległości. Gramy pierwszą tercję, jadę po krążek, ale wtedy zauważam, że ktoś obok dziewczyny wstaje.
I ją, kurwa, obejmuje.
Tak bardzo wytrąca mnie to z równowagi, że wpadam na zawodnika przeciwnej drużyny. Lubimy się i gramy charytatywny mecz, więc na szczęście nikt nie będzie się tutaj lał.
Brayden zbiera mnie z lodu, a jego wzrok jest mocno podejrzliwy.
– Zachowujesz się dziwnie, Beck.
– Ja pierdolę – mamroczę. Boli mnie noga, jakoś dziwnie ją wykręciłem. – Kto to jest?
Brayden odszukuje wzrokiem lożę, którą wskazuję. Elis w ogóle nie zwraca uwagi na akcję na lodzie, bo gapi się na tego złamasa i coś mu tłumaczy. Chyba najgorsze jest to, że koleś nie zawodzi wyglądem. Jest dość wysoki, ma dobrą sylwetkę i całkiem niezłą twarz. I jest dobrze ubrany. Już mnie wkurwia.
– Ten, co przyszedł z dziewczynami? – dopytuje Brayden. – To nowy facet Elis.
Każdy włos na moim ciele staje dęba.
– Facet?
– No, spotyka się z nim, czy coś.
Brayden popycha mnie jak dziecko, które uczy się jeździć na lodzie.
– Ogarnij się, Beck. Wznawiamy grę.
Jak ja mam się skupić? Wszystko rozumiem, ale swoich reakcji chyba już nie. Mój żołądek wykręca się tak mocno, jakbym miał zaraz umrzeć.
Czy to… zazdrość?
Elis wygląda, jakby bardzo chciała się poddać temu złamasowi, jakby chciała się do niego zbliżyć. Jej ciało jest drobniejsze od jego i musi być cholernie miękkie i wrażliwe. Nie jestem pewien, czy powinien jej dotykać.
Zaciskam powieki.
Nikt nie powinien jej dotykać.
Tylko ja. Chociaż raz, żeby pokazać jej, jak dobrze może się bawić i co mogę dla niej zrobić.
Wznawiamy pierwszą tercję. Próbuję się skupić, ale mam w głowie coś innego niż lód, kije i krążki. Jestem tak rozkojarzony, że przypadkiem wpadam na naszego bramkarza. Ten zaś mówi, że chyba mnie popieprzyło, bo zachowuję się jak duch i nie gram dobrze. Ale mój wzrok wciąż wędruje w stronę trybun… w to jedno miejsce, a widok, jaki tam zastaję, zupełnie mi się nie podoba. Jestem zazdrosny i nie umiem z tym walczyć. Tak jakby mój mózg uznał po tej jednej akcji na blacie kuchennym dawno temu, że ta dziewczyna powinna trafić do mojego łóżka, tylko i wyłącznie do mojego. Wtedy w żartach powiedziałem, że się zakochałem. Generalnie chodziło mi o to, że ten widok zmiótł mnie z powierzchni ziemi jak nic innego. Normalnie nieco spięta i niezręczna Elis okazała się szalona, wesoła i pełna życia, którego tak bardzo wszędzie szukam. Byłem zachwycony tym, jak puściły jej hamulce, jak śpiewała i tańczyła, jak jej miękkie ciało poruszało się w tamtym momencie, i tym, że nie czuła ani grama skrępowania.
I wciąż pamiętam ten widok.
Myślałem, że to minie.
Teraz jest tylko coraz gorzej.
Kończymy pierwszą tercję i zjeżdżamy na chwilę z lodowiska, a wtedy zauważam coś, co rujnuje mnie doszczętnie – koleś ją całuje. Krztuszę się własną śliną, nie mogę oderwać od tej sceny wzroku, moje serce dudni jak po dragach, aż zapominam, że muszę podnieść łyżwę, by wyjść poza lód, przez co się potykam i lecę prosto na twarz z ochraniaczem, wyginając obie ręce pod bardzo niewygodnym kątem.
Niestety mój upadek powoduje efekt domina. Kolejny zawodnik za mną potyka się o moją nogę i leci na mnie, dając mi w plecy tak mocno, że na moment wszystko staje się czarne.
Ktoś się nade mną pochyla. Ta twarz o okrągłych policzkach i uroczych oczach w kształcie migdałów w kolorze ciepłej zielonkawej szarości. Ta jasna, złota skóra i kosmyk włosów, który wypada z ciasnego upięcia. I te błyszczące, pełne usta. A jej głos… och, kurwa.
– Hej, obudź się – mówi miękko.
Unosi brwi, dotyka palcami mojego policzka.
Chyba straciłem przytomność, ale to okej, bo trafiłem na anioła jako pielęgniarkę. Jestem tak skołowany, że mówię pierwsze, co przychodzi mi do głowy, gdy widzę nad sobą Elis.
– Pocałuj mnie.
Jej twarz zaczyna się wykrzywiać w brzydkim grymasie, a gdy zostaję klepnięty w policzek, Elis znika całkowicie, rozmyta przez znajomą mordę jednego z moich kumpli. Pochyla się nade mną Brayden.
– Co, kurwa? – pyta zniesmaczony.
Udaję odruch wymiotny.
– Jezu.
– Czy ty właśnie poprosiłeś mnie, żebym cię pocałował? – kpi. – Znalazła się śpiąca królewna. Wstawaj. Jesteś wyłączony z gry na resztę meczu, łamago.
– Dzięki za pogodne informacje zaraz po przebudzeniu, patafianie.
Brayden się krzywi i przedrzeźnia mnie ochrypłym, ciężkim głosem:
– Pocałuj mnieee!
Drga mi powieka.
– Uderzyłem się w głowę. W życiu bym cię nie pocałował.
Nachyla się nade mną, bierze w dłonie moje policzki i składa na jednym z nich soczystego całusa.
– Nie mówiłeś tak, jak zapraszałeś mnie kilka razy do trójkąta.
– Fuj! – Odpycham go. Gwałtownie się podnoszę, więc kręci mi się w głowie.
Jestem heteroseksualnym mężczyzną i relacje romantyczne z facetami mnie nie interesują, ale to prawda – kilka razy namawiałem Braydena na trójkąt. To nie jego bajka, a szkoda, bo zabawa mogłaby być przednia. Dziewczyna, która miałaby nas dwóch naraz, zapewne trafiłaby prosto w bramy raju.
Pozostaje mi Rory. Nigdy go nie namówiłem, choć istnieje jeszcze szansa, bo nie jest głupio zakochany, a do tego wciąż leczy złamane serce po ostatnim rozstaniu.
– Pocałuj mnie! – krzyczy znów Brayden.
Krzywię się.
– Jesteś obrzydliwy.
– Ale przynajmniej przytomny i mogę grać. Pa!
Znika w drzwiach szatni. Obok mnie krząta się asystent naszego medyka, sprawdzając jeszcze responsywność moich źrenic.
– Czuję się dobrze. Dziękuję. Niczego nie potrzebuję – zapewniam. – Trochę mnie zamroczyło, może dlatego, że się nie wy spałem.
– Bardzo mocno dostałeś kijem w głowę. Dobrze, że miałeś kask.
Dobrze, że nie wybiłem sobie przednich zębów, bo byłbym wtedy stereotypowym hokeistą i musiałbym wstawiać wszystkie sztuczne.
Gdy asystent kończy pracę i wychodzi, ściągam część odzieży. Przebieram się w coś luźniejszego, w bluzę i spodnie dresowe, a potem wychodzę do części publicznej, na samą górę trybun. Stąd widzę resztę meczu, ale też tę cholerną lożę, gdzie siedzi Elis wraz z tym swoim typkiem, któremu zupełnie nie ufam.
– Hej! – Słyszę obok siebie świergoczący głosik.
Zerkam tylko pobieżnie na gęstą, czarną czuprynę.
– Jesteś Beck, no nie?
– Taaa.
– A ja jestem Mia. Nie wiem, czy mnie kojarzysz. Mogłabym zrobić sobie z tobą zdjęcie?
– Jasne.
Nachylam się i uśmiecham. Staram się wyglądać przyjaźnie, bo nie chcę, by miała na telefonie beznadziejne zdjęcie.
– Dzięki. – Ale dziewczyna nie znika, tylko lustruje moje ciało od góry do dołu. – Wcześniej byłeś tam, na lodzie. Uderzyłeś się, tak?
– Taaa.
– Jesteś mało rozmowny.
W końcu skupiam na niej więcej uwagi.
– Co?
Mruga intensywnie.
– Chyba musi cię naprawdę boleć.
– Nie rozumiem.
– Ja też nie. – Ciągnie swoją bluzkę w dół. – Nie obczajasz mnie.
Odchrząkuję, kompletnie zmieszany.
– Słucham?
– Myślałam, że będziesz ze mną flirtował. Jenna King to moja siostra.
– Kto?
– Jenna King. Mówiła, że jak do ciebie przyjdę, to na pewno będę mogła się zabawić. Ona z tobą spała.
W lekkim szoku wpatruję się w tę dziewczynę. Chyba nigdy nie zwracałem uwagi na to, ile kobiet przychodzi do mnie z konkretnymi zamiarami. Czy to czyni ze mnie już jakiś… produkt?
– Eeee… – Masuję się po karku. – Przepraszam, ale nie jestem zainteresowany.
Dziewczyna krzywi się i patrzy na mnie jak na kosmitę.
– Okej. To trudno. Jakbyś był, możesz znaleźć mnie na Instagramie.
– Jasne. Dzięki.
– Możemy też powysyłać sobie jakieś sprośne fotki. Moja nazwa to MiaKing19.
Posyła mi zdawkowy uśmiech i ucieka.
Czy zawsze byłem takim pewnym towarem?
Odwracam się i chcę wrócić wzrokiem do miejsca, które mnie interesuje, ale nie muszę szukać zbyt daleko, bo Elis stoi tuż przede mną. Wygląda na zmieszaną.
– Hej.
Przyszła do mnie? Kurwa, dlaczego panikuję?
– Hej – odpowiadam głupkowato.
Uśmiecha się.
– Teraz popularne jest umawianie się z dziewczynami na Instagramie, zamiast w rzeczywistości, co?
Powiedz coś elokwentnego, Beck.
Wzruszam ramionami. Brakuje mi słów, bo stresuję się tym, ile usłyszała z tej rozmowy. Jeśli tylko część, znowu pomyśli, że mój kutas ma co noc inną jaskinię do spania.
– Ja się z nią nie…
– Luz, to nie moja sprawa – przerywa mi. – Usłyszałam tylko coś o sprośnych fotkach, ale to przecież nie przestępstwo.
Usłyszała akurat to, co stawia mnie w najgorszym świetle. Świetnie.
– Tylko uważaj, bo wyglądała młodo – zauważa słusznie.
– Co mogę dla ciebie zrobić? – pytam ze skromną nadzieją, że nie przyszła tylko po to, by mnie opierdolić.
– Hmm, przesunąć się, proszę? Blokujesz przejście do łazienek tu na górze.
Wskazuje palcem na drzwi za moimi plecami.
No jasne, Beck, idioto. Nie przyszła tu z tobą rozmawiać, tylko się załatwić. Z uśmiechem puszczam ją do łazienki i gdy drzwi się zamykają, mocno przesuwam dłońmi po twarzy. Chciałbym wymazać swoją reputację z ostatnich sześciu lat tylko po to, żeby Elis chociaż raz spojrzała na mnie jak na kogoś więcej niż tylko ludzkie dildo.
Uciekam stąd. Nic tu po mnie. Wolałbym nie zrobić czegoś głupiego, więc muszę się ewakuować, wymazać z pamięci widok Elis i jej kolegi i jakoś przekonać samego siebie, że coś mi się po prostu ubzdurało.
ELIS
Elis:
co robicie dzisiaj wieczorem?
Jamie:
chłopcy urządzają małą imprezę, chcesz jednak wpaść?
Elis:
idę do Vincenta. Myślisz, że powinnam zostawić włosy rozpuszczone?
Jamie:
myślę, że powinnaś zostawić je tak, by było Ci wygodnie, a jeżeli on jest fajnym facetem, nie będzie miało to dla niego znaczenia.
Piąty raz próbuję namalować na oku kreskę i wciąż mi nie wychodzi. Jestem w domu sama, staram się zmotywować do najbliższej randki, ale po prostu mam złe przeczucia. Najgorsze jest to, że to tylko ja – Jamie powiedziała, że Vincent jest spoko. Brayden jedynie napomknął, że Vincent się na mnie często ukradkiem gapi, ale po krótkiej dyskusji stwierdziliśmy, że to chyba dobrze, bo wygląda na to, że jest zainteresowany.
Teraz szykuję się na randkę u niego w domu. Nie wiem, które to spotkanie. Widujemy się średnio raz w tygodniu, bo właściwie nie mam więcej czasu, a on musi mieć wszystko zaplanowane od A do Z.
Przy piątej próbie udaje mi się osiągnąć efekt ładnej i delikatnej kreski na oku. Nakładam trochę różu, błyszczyk i wybieram niezobowiązujące ubranie – różową koszulę w paski, do której dopasowuję złoty naszyjnik i kolczyki w kształcie grubych złotych kółek. Na tyłek wsuwam niebieskie dżinsy, które bardzo dobrze leżą i nie będą sprawiać wrażenia, jakbym się o coś prosiła.
Przymykam powieki. Czy ja naprawdę o tym myślę? Nie mam już za bardzo z kim pogadać, bo Jamie poszła z Braydenem na jakąś skromną imprezę, więc nie chcę jej zawracać głowy. A jednak rozsądek mi podpowiada, że nie powinnam myśleć w ten sposób i zastanawiać się, czy przypadkiem nie będę go prowokować. Wiem, że to niezdrowe, ale… może mam tak ze wszystkimi mężczyznami. Przy każdym obawiam się, że ten jeden guzik więcej rozpięty w koszuli sprawi, iż pomyślą sobie za dużo.
Wychodzę z domu przed szóstą i dojeżdżam na miejsce komunikacją miejską. Vincent ma dwadzieścia cztery lata, żyje w mieszkaniu, które dostał od rodziców. Jest dość ułożony życiowo.
Stoję przed drzwiami i pukam. Otwiera, a mój żołądek mimowolnie podchodzi do gardła. Jest bardzo wystrojony i pachnie drogimi perfumami.
– Hej – witam się skromnie.
W dłoniach przed sobą trzymam małą białą torebkę.
Vincent wita mnie buziakiem w policzek i wpuszcza do mieszkania. Na nogach mam trampki, których na szczęście nie każe mi ściągać, bo włożyłam skarpetki z arbuzami i wolałabym, żeby tej części odzieży nie widział.
– Pięknie wyglądasz – mówi od razu.
Prowadzi mnie do kuchni, gdzie przygotował już kolację.
– Sam ugotowałeś? Wow!
Parska śmiechem.
– Oczywiście, że nie. Nie jestem kobietą – oznajmia. – Nie będę marnował czasu przy garach. Zamówiłem kolację u prywatnego szefa kuchni. Wszystko jest świeże i dopiero co postawione na stole.
Uśmiecham się krzywo.
Znów czuję się nieswojo. To, co powiedział, zupełnie mi się nie podobało. Właśnie w takich momentach mam dość.
Później rozmowa robi się na szczęście luźniejsza i zaczynam się dobrze bawić. Vincent dolewa mi białego wina i po głównym daniu podsuwa deser. Ciasteczko jest malutkie, ale wygląda pysznie. Klepię się po brzuchu.
– Bardzo się już najadłam, ale na deser zawsze mam miejsce.
Vincent się śmieje.
– Jak już dopasujemy swoje grafiki, zabiorę cię ze sobą na siłownię i podpowiem, jak zrzucić trochę zbędnego tłuszczyku. – Słyszy, jak widelec deserowy wypada mi z dłoni, więc natychmiast dodaje: – To znaczy… jesteś piękna, Elis. Po prostu… wiem, jak idealnie wyrzeźbić ciało, a przecież interesujesz się zdrowiem fizycznym.
Znów krzywo się uśmiecham i tracę ochotę na słodycze. Odsuwam od siebie talerz.
– Jasne. Dziękuję.
Zapijam to kieliszkiem wina. Czy jestem jakąś cholerną desperatką?
Nie. Ale dam mu ostatnią szansę.
Przenosimy się do kuchni, bo wynieśliśmy do zmywarki nasze talerze. To prozaiczne i dość przyjemne. Vincent nie włącza żadnej muzyki, więc ja to robię, ustawiając telefon na blacie obok siebie. Rozmawiamy, a ja stoję oparta o szafkę i szybko i intensywnie opowiadam mu, jak kiedyś uratowałam Animal Burgers przed prawdziwym pożarem, bo jakiś geniusz z kuchni zapomniał wyłączyć na noc grilla.
W pewnym momencie Vincent dopija kieliszek wina i przysuwa się do mnie niebezpiecznie blisko. Jestem dosłownie w połowie zdania i wydaje mi się, że on w ogóle mnie nie słucha, ale za to zaczyna całować. Lekko go odpycham.
– Hej, możemy jeszcze chwilę pogawędzić? – pytam z nadzieją.
Trochę brakuje mi jego odpowiedzi, jego historii.
– Nie, Elis. Kręcisz mnie. – Łapie materiał mojej koszuli i rozpina guzik u góry. To już trzeci, bo dwa rozpięłam w trakcie randki, gdy w pomieszczeniu zrobiło się cieplej. – Pozostawmy rozmowę na później.
Znów mnie całuje. To nawet przyjemne, więc poddaję się i wczuwam w jego rytm. Jest bardzo silny i przyciska mnie do szafki. W pewnym momencie zaczyna się robić trochę niebezpiecznie, bo łapie mnie za pośladek… później wędruje w górę i ściska pierś. Jęczy przy tym ochryple w moje usta i czuję też, że stwardniało mu krocze.
– Poczekaj… poczekaj…
– Nie – protestuje. Napiera na mnie mocniej. – Dość już mam czekania.
Staram się go odepchnąć, ale ani drgnie. Próbuje pakować mi język do ust, a gdy odchylam głowę, przenosi mokre wargi na moją szyję. Rozpina kolejne guziki mojej koszuli.
– Przestań.
Nie reaguje.
– Vincent, proszę – nalegam. – Nie chcę tego.
– Ale czego nie chcesz? – mówi, zatrzymując mnie w miejscu. – Znamy się już długo. Piszesz ze mną codziennie, zabierasz mi tyle czasu, a ja muszę wyobrażać sobie tylko, jak wyglądają twoje cycki, bo jeszcze ich nie widziałem. Pokaż mi je. Zabawmy się.
Znów go odpycham.
– Ale ja nie chcę. Czego nie rozumiesz?
Odsuwa się i przeczesuje dłonią włosy.
– Ciebie – odzywa się. – Jestem dla ciebie dobry i się staram, a ty nie zrobiłaś mi jeszcze nawet loda.
Te słowa są jak uderzenie w policzek. Mocno marszczę brwi, wysuwam się spod niego i obejmuję się ramionami.
– Proszę cię – cedzę. – Naprawdę to powiedziałeś?
Nagle staje się łagodniejszy.
– Kurczę, Elis… to nie tak – mamrocze. – Przepraszam. Po prostu… wariuję, odpierdala mi, bo cię potrzebuję. Jesteś dobrą dziewczyną i pasujesz do mnie idealnie, okej? Potrzebuję tylko mieć cię blisko, w swoim łóżku. Daj mi to, skarbie. Potrzebuję tego.
Znów zaczyna mnie dotykać.
– Nie dotykaj mnie, proszę.
Ale Vincent tego nie rozumie. Dotyka mnie dalej, znów się zbliża i zaczyna mnie całować. Czy ten człowiek nie rozumie słowa „nie”?
– Nie dotykaj mnie! – krzyczę w końcu.
Drga.
– To taka gierka, tak?
Łapie mnie znów za tyłek, a potem przesuwa dłonie naprzód i zaczyna rozpinać mi guzik spodni. Przez moment jestem jak sparaliżowana, a później zaczynam się szamotać. Jezu Chryste, on naprawdę próbuje zrobić coś wbrew mojej woli. Oblewa mnie zimny pot i dosłownie się boję, a do tego jestem w jego domu, gdzie nikt mnie nie znajdzie. W końcu udaje mi się złapać chłopaka za włosy i pociągnąć za nie z całej siły, przez co z jękiem zatacza się do tyłu. W jego oczach błyszczy wściekłość.
– Kurwa mać… – syczy.
– To nie są żadne gierki – mówię drżącym głosem. – Jeśli mówię „nie”, to mam to na myśli. Przetłumaczyć ci to na inny język?
– Ty mała…
Nie kończy. Bierze głębszy wdech i przymyka oczy, a następnie znów zmienia narrację.
– Naprawdę mi na nas zależy, Elis, ale sama powinnaś wiedzieć, że nie możemy kontynuować naszej relacji bez spróbowania siebie nawzajem w łóżku. Wiem, że będziemy kompatybilni. Pokochasz to.
Jak ja mogłam się z nim umawiać?
– Przykro mi, ale twoje zachowanie i brak poszanowania mojej strefy komfortu oraz odmowy mówią same za siebie. Wychodzę i proszę, żebyś już do mnie nie pisał. Tak będzie lepiej dla nas obojga.
– Elis!
Wygląda, jakby miał zacząć mnie gonić, więc robię coś bardzo głupiego – rzucam się w kierunku wyjścia. I mam, kurde, rację, bo zanim dobiegam do drzwi, Vincent łapie mnie za rękę i próbuje ciągnąć z powrotem do domu.
– Nie wygłupiaj się!
Nic mnie już nie obchodzi.
Ani moja torebka, która zostaje u niego w mieszkaniu wraz z ulubionym błyszczykiem oraz telefonem leżącym na blacie w kuchni, ani to, że chyba zaraz się zrzygam, ani to, że jestem niebezpiecznie blisko omdlenia ze strachu.
– Zostaw mnie! Ty… jesteś nienormalny! Zaraz zacznę krzyczeć!
I wtedy chłopak zupełnie mnie zaskakuje – przyciąga do siebie i zakrywa mi usta dłonią.
– Kręcą cię takie zabawy w kotka i myszkę?
Cała jestem już blada i przerażona. To nie może dziać się naprawdę.
Gryzę go w dłoń. Odpuszcza, a wtedy jeszcze z całej siły depczę mu stopę. Vincent się cofa, syczy pod nosem i wyklina mnie, gdy pędem otwieram zamki w drzwiach i wypadam na korytarz, łapiąc powietrze.
Uciekam.
Ja pieprzę, właśnie po raz pierwszy w życiu uciekam w ten sposób z randki. Nie odwracam się, nie myślę o niczym, tylko o tym, by pobiec jak najdalej.
Jestem żałosna. Nie mam gdzie się podziać, nie mam kluczy do domu, bo zostały w torebce u Vincenta w mieszkaniu, a nie ma szans, że tam wrócę. To oznacza, że zostało mi tylko jedno wyjście: jechać na imprezę, na którą poszła Jamie. Wiem, gdzie się odbywa, więc o tyle wygrałam w tym pojedynku z życiem. To tylko mieszkanie hokeistów, a ja znam adres i nawet kiedyś już tam byłam.
Przyjeżdżam do penthouse’u chłopaków już po dziewiątej. Jestem w stanie wejść do budynku i wjechać windą na samą górę, pukam do drzwi, ale ze środka słyszę muzykę i gwar rozmów, więc muszę to zrobić dwa razy mocniej. Otwiera mi Rory.
– Cześć. – Przygląda się mojej twarzy. – Wszystko w porządku? Coś się stało?
– Nie, dlaczego? – rzucam nerwowo jak nigdy. – Jest może Jamie?
– Jest, ale poszli z Braydenem do… hm… zniknęli, więc pewnie poszli do sypialni.
Zaciskam usta. Cudownie.
– Okej, to może wejdę i na nią poczekam?
– Jasne. Śmiało.
Rory wprowadza mnie do towarzystwa. Łapię swoje odbicie gdzieś w lustrze i już wiem, że wyglądam fatalnie. Jeden guzik na górze przy koszuli mam urwany i wisi żałośnie na cienkiej nitce. Sama koszula jest wymięta, kreski na oczach przestały być idealne, a tusz pod dolnymi powiekami odrobinę się rozmazał, bo ze strachu chyba poleciało mi kilka łez. Ślinię palce wskazujące i wycieram skórę, zacierając ślady zbrodni.
Idę za Rorym, ale w pewnym momencie on mnie zostawia, bo zagaduje go jakiś kumpel. Brnę przed siebie, wciąż mając w głowie to, że ktoś mnie ścigał i prawdopodobnie chciał zrobić coś wbrew mojej woli. Dlatego jestem wciąż roztrzęsiona i nie wiem, gdzie się podziać.
Wpadam na czyjeś plecy.
Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna odwraca się i łapie mnie delikatnie za ramiona.
– Spokojnie – mówi przeciągle Beck. – Uważaj, księżniczko.
Nie odzywam się.
