Miasteczko Anterrey. Znamię - Daniel Radziejewski - ebook
Opis

Cichym i spokojnym dotychczas miasteczkiem Anterrey wstrząsa seria makabrycznych zbrodni. Gdy jedną z zaginionych okazuje się atrakcyjna sąsiadka detektywa Richarda Murraya, ten rozpoczyna śledztwo, mając nadzieję, że uda mu się odnaleźć kobietę, zanim wydarzy się najgorsze. Tymczasem Anthony O'Donnell, pisarz cierpiący na amnezję, walczy o odzyskanie swojej tożsamości. Wkrótce przekona się, że jego pamięć skrywa tajemnice, o których wolałby nie wiedzieć, a które mogą stanowić klucz do rozwiązania zagadkowych morderstw w Anterrey...

Kim jest ta kobieta? Czy moja własna żona mogłaby coś przede mną ukrywać? Jeśli tak, to dlaczego? Czy jej chłód i dystans mają jakiś związek z tym wszystkim? Wiele pytań kłębiło mu się w głowie i pragnął jak najszybciej znaleźć na nie odpowiedzi. Bez pomocy Barbary. Bez niczyjej pomocy. Rozejrzał się po salonie, ale nie dostrzegł niczego, co mogło świadczyć o ich związku. Żadnych zdjęć na półkach, żadnych uroczych wiadomości. Nie było ich też w sypialni, gdzie miał wystarczająco dużo czasu na poznanie otoczenia z pozycji leżącej. Nie przypominał sobie jej wzroku, czułości, pocałunków czy objęć podczas porannych rozmów w kuchni. Jedynie krótki, letni dotyk jej dłoni. Zaledwie słaby, ledwo widoczny ułamek uśmiechu. Ogarnął go nagły strach. Strach przed poznaniem przeszłości.

Daniel Radziejewski śmiało balansuje na granicy thrillera i horroru. Duszny mroczny klimat, intryga i bohater uwięziony w pułapce własnego umysłu. O tak, to lektura, która na długo nie da o sobie zapomnieć!
Agnieszka Lingas-Łoniewska
pisarka


Mroczne zaświaty przenikają do rzeczywistości, czego efektem są przerażające zbrodnie. Daniel Radziejewski intryguje czytelnika, wodzi go za nos, jednocześnie przyprawiając o gęsią skórkę. Ta powieść to idealny przepis na samotną deszczową noc przy zasłoniętych oknach. Dreszcze gwarantowane!
Adrian Bednarek
pisarz, autor thrillerów

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 278

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


PROLOG

Historia Anterrey sięga tysięcy lat wstecz. Przestrzeń niczyja, kamienista płaszczyzna zrodziła to tajemnicze miasteczko za sprawą grupy mędrców – wędrowców o nadludzkiej wrażliwości i wewnętrznej duchowej mocy, jakich nie posiadał żaden inny śmiertelnik. Przebyli setki wyżyn i dolin, by zatrzymać się właśnie tutaj, na końcu świata, tuż przed samym Królem, który władał tym, co wieczne. Wszyscy czuli, że w tym miejscu kończył się doczesny bieg, a krok dalej niewidzialne wrota dawały początek niekończącej się wędrówce. Nikt nie oddawał Mu czci za życia w przedziwnych obrzędach w obawie przed potępieniem. Żyli w zgodzie z naturą, jedząc i pijąc to, co zrodziła ziemia, bez wyrządzania krzywd i sprowadzania nieszczęść. Legenda głosi, że to jedyny punkt na ziemi, gdzie granica między życiem a śmiercią jest niczym tysięczna część włosa. Bo każdy, kto tu osiądzie, jest wciąż żywy, lecz jakby poza egzystencją. Miejsce to nazwano „Przed Królem”, choć nikt nie pamięta już pierwotnej nazwy miasta, w języku znanym jedynie tej niezwykłej wędrownej komunie. „Przed Królem” ewoluowało w każdej mowie i każdym piśmie, aż wreszcie, za sprawą silnych wpływów latynoskich, przybrało nazwę „Anterrey”. Z biegiem lat ze wszystkich zakątków świata przybywali nowi wędrowcy, by osiąść właśnie tutaj. Skąd wiedzieli o tym miejscu, nie wiadomo. Mówi się, że ma ono niewytłumaczalną moc, magiczną energię, która przyciąga niektóre jednostki, jak tylko przyjdzie na nie pora w zaplanowanym porządku wszechświata.

ROZDZIAŁ 1

Deszcz nie ustawał. Fale oceanu odbijały się od linii brzegowej, napierając na szeroki pas mokrego piasku. To nie była jedna z tych plaż ciągnących się po horyzont, od samej północy, aż po krańce południa. Wręcz przeciwnie, zajmowała niewielką powierzchnię i stanowiła trudno dostępną enklawę, uwięzioną w skalnym półokręgu z wyrastającymi konarami, wysokim na dwanaście metrów. Ale ludzie i tak tam chodzili.

Krople rozbryzgiwały się o twarz mężczyzny, wsiąkały w czarną kurtkę i wytarte dżinsy. Przedzierały się przez czuprynę i mieszając się z rozrzedzoną krwią z rozbitej czaszki, wolno wsiąkały w grunt. Leżał nieruchomo na plecach, rozpostarty u stóp skalnego progu. W odkrytej szyi coraz wolniej pulsowało życie. Samochody policyjne ustawiły się rzędem przy samym brzegu przepaści. Warkot motorówki wyłonił się z nicości i rósł z każdym uderzeniem fal o brzeg. Dziób jeszcze dobrze nie osiadł na piasku, a czwórka młodych ratowników w niebieskich uniformach już biegła w stronę mężczyzny, ściskając w dłoniach nosze. Postaci pochyliły się nad ciałem i w mgnieniu oka przystąpiły do reanimacji. Szybkie uciski na klatkę piersiową przywracały świadomość. Dusza nieprzytomnego człowieka powracała do sfery profanum. Z przytłaczającej, niemej ciemności wyłoniły się niezrozumiałe dla mężczyzny obrazy.

Na tle szerokiej fontanny stała piękna kobieta. Papierowe żaglówki przesuwały się po tafli wody mieniącej się promieniami słońca. Jeszcze dalej okazały, poprzecinany ścieżkami park otaczał spokojem spacerujące pary. Blask słońca rzucał się na trawniki, kwitnące kwiaty i drzewa. Kobieta ubrana była w kremowy kapelusz przyozdobiony główką krwistoczerwonej róży. Kolor sukni doskonale komponował się z nakryciem głowy i małą torebką. W oczy rzucał się obfity biust, podkreślony głębokim dekoltem. W jej wyglądzie było coś niewinnego i dostojnego. Jej duże ciemne oczy wpatrywały się w jedno miejsce, jakby przed nią siedział jakiś człowiek. Nic nie mówiła. Wydawała się tylko słuchać, delikatnie się uśmiechając.

Wnet przyjemne majaki przed oczami nieprzytomnego mężczyzny zaczęły nasuwać złowrogie, gorszące sceny.

Smukłe, nagie ciało, ciągnięte za rękę, sunęło po drewnianej podłodze, by po chwili opaść na dno wanny. Ciężki tasak odcinał kończyny, a krew tryskała na wszystkie strony i spływała po ciele. Silna męska dłoń bezlitośnie ćwiartowała zwłoki, by co jakiś czas poddać się odruchowi chorej czułości. Palce przesuwały się czule po naskórku, jakby w głębokiej tęsknocie za wygasłą egzystencją, do niedawna pulsującą w żyłach. Kilka minut później sentyment znikał w mgnieniu oka, a mężczyzna kontynuował rzeź. Ostrze tasaka ścięło powietrze i wbiło się w szyję. Głowa podskoczyła niemrawo. Krew rozbryzgnęła się na ścianach wanny. Czerwone krople spłynęły z ust – piękny obraz twarzy namalowany farbami zgonu.

Dziwne sny rozwiały się w całkowitej nicości, nie wiadomo na jak długo. Minuty, godziny, a może dni. Wyłonił się dźwięk. W końcu świadomość również potrzebowała czasu, by się przebudzić i zacząć rejestrować impulsy rzeczywistości.

– Anthony! Anthony, słyszysz mnie?

Głos wyłaniał się z głębi umysłowych otchłani, na początku wyraźnie zniekształcony. Z każdym kolejnym powtórzeniem nabierał wyrazistości, ludzkich barw i czystości. Poważna twarz szatynki spoglądała w oblicze starszego mężczyzny. To była piękna kobieta; nie najmłodsza, lecz niewyglądająca na swoje czterdzieści lat. Miała wschodnioeuropejską urodę z nutą śródziemnomorskiego piękna hiszpańskich dam. W pierwszych sekundach Anthony nie rozpoznawał otoczenia ani kobiety pochylonej nad łóżkiem. Mózg dopiero wybudzał się z głębokiego snu.

– Gdzie ja jestem? – Nie znał jej imienia ani nie rozpoznawał twarzy.

– Jesteśmy w domu. Wróciliśmy dzisiaj w południe. Od razu położyłeś się i spałeś aż do teraz.

– Która godzina? – wyszeptał, zrywając się z łóżka.

– Nie wstawaj. Musisz się oszczędzać. Dochodzi piętnasta dwadzieścia. Zjesz trochę zupy, zrobiłam twoją ulubioną.

Ale on nie pamiętał, jaką lubi zupę. Przez głowę przelatywały mu jakieś obrazy, jednak skrawki pamięci za nic nie chciały ułożyć się w logiczną całość. Kim jest ta kobieta? Miał wrażenie, jakby widział ją po raz pierwszy w życiu. Trudno mu było cokolwiek zatrzymać na dłużej i przyjrzeć się wspomnieniom. Jego mózg szalał.

Rozejrzał się wokół siebie. Był sam. Przez chwilę zwątpił, czy krótka wymiana zdań w ogóle miała miejsce, jednak odgłosy dobiegające z korytarza przekonały go do prawdziwości własnych myśli. Leżał w białej pościeli w dwuosobowym łóżku. Pokój, najwyraźniej będący skromną sypialnią, wydawał się stary, ale niebrzydki. Drewniane belki na ścianach kładły się jedna na drugiej, dając poczucie ciepła i bezpieczeństwa. Sypialnia nie oferowała nic więcej poza łóżkiem, szafą i stolikami nocnymi po obu stronach legowiska.

Wyszedł powolnym krokiem na korytarz i rozglądał się dookoła. Był otumaniony, lecz chłonął każdy obraz, za wszelką cenę próbując zrozumieć, co się z nim dzieje. Ogarniały go strach i niepewność. Chciał się jak najszybciej obudzić i zakończyć ten koszmar, ale nie zdawał sobie sprawy, że najgorsze miało dopiero nadejść, a niezrozumiała teraźniejszość była namacalnym, a zarazem najlepszym momentem, jakiego doświadczał.

Dzień był ponury, jak przez większą część roku. Dom spowijał półmrok. Niewielki korytarz prowadził do łazienki, kuchni, drugiej sypialni i salonu. Tuż przed salonem, za zamkniętymi drzwiami strome schody wspinały się ku górze i kończyły na poddaszu. Natychmiast zauważył, że budynek stanowi niewielką leśniczówkę; starą, lecz przyzwoicie urządzoną; ciemną, lecz dającą poczucie ciepła i bezpieczeństwa. Stanął naprzeciw starego ściennego lustra, a jego oczom ukazała się sylwetka siwiejącego mężczyzny w średnim wieku. Worki pod oczami i opadające policzki zdradzały upływ czasu. Ciało emanowało zmęczeniem. Trwał tak przez chwilę. Szukał sam siebie w zakamarkach pamięci, ale wkrótce zrozumiał, że teraźniejszość była jedynie małą wysepką na nieskończonym pustkowiu amnezji. Powolny oddech zadrżał w wewnętrznej rozpaczy i strachu.

Przystanął w wejściu do kuchni. Spore pomieszczenie było dobrze oświetlone za sprawą dużego okna. Urządzenia kuchenne oferowały wszystko, co potrzebne, by zrobić przyzwoity obiad. Niewielkie kremowe drzwi po lewej kryły za sobą jeszcze jedno nieznane pomieszczenie. Wysoka szatynka o smukłej figurze nalewała zupę na talerz. Stała plecami do Anthony’ego, co dawało mu okazję, by przyjrzeć się jej uważnie jeszcze przez kilka sekund. Musiała słyszeć, że wchodził, a jednak się nie odwróciła.

– Mówiłam, żebyś nie wstawał. Jesteś jeszcze zbyt słaby – rzekła jakby do siebie, nie odwracając głowy.

Anthony wszedł do środka, sięgnął po taboret i powolnym ruchem usiadł przy stole.

– Ja nic nie rozumiem, nic nie pamiętam. Co się ze mną dzieje? – wyszeptał wolno drżącym głosem, niemal płacząc.

– Musisz odpocząć. Z czasem wszystko zrozumiesz – odparła kobieta, stawiając przed nim talerz parującej zupy.

Pomidorowa, moja ulubiona. Anthony kodował w pamięci całe otoczenie, każdy obraz, każdy ruch i słowo pięknej szatynki. Odnosił wrażenie, że jego życie zaczęło się piętnaście minut temu. Nie był niemowlakiem, lecz znów wszystkiego się uczył. Wyczuwał jej zmartwienie i troskę, dostrzegał też dziwny chłód i dystans.

– Nawet nie pamiętam, jak masz na imię – wyszeptał.

– Wiem, Anthony, masz prawo niczego nie pamiętać. Jestem Barbara, miło mi cię poznać. – Na ustach kobiety zarysował się delikatny uśmiech, pierwszy przejaw ciepła posłany w jego stronę.

– Czy ty jesteś moją… – Zawahał się przez chwilę.

Zapadła krótka cisza. Na twarzy kobiety ukazała się konsternacja.

– Jedz, proszę, zupę. Musisz nabrać sił – odpowiedziała z drżeniem w głosie.

Barbara wciąż krzątała się po kuchni, unikając spojrzeń Anthony’ego. Wyczuł, że coś jest nie w porządku, ale zdecydował się nie ciągnąć tematu. Wiedział, że musi na niej polegać, skoro zawiodła go własna pamięć. Nie zamierzał jednak brać wszystkich jej słów za pewnik. Czas i kolejne skrawki informacji miały dać mu jasny ogląd rzeczywistości, ale to nie był ten moment. Jeszcze nie teraz. Poczuł się niekomfortowo w jej obecności.

– Usiądź, proszę, i powiedz, co się ze mną stało. Mam pustkę w głowie. Zaraz zwariuję! – Chwycił się za skronie. Żal i beznadzieja wyzierały z jego oczu.

Barbara usiadła naprzeciw niego. Dopiero teraz dostrzegł bladość i zmęczenie na jej twarzy. Była piękną kobietą pogrążoną w smutku.

– Nie wiem, co się z tobą stało, Anthony. Miałeś wypadek, a przynajmniej tak to wyglądało.

– Wypadek? – powtórzył z niedowierzaniem.

– Byłeś nad skarpą, gdzie często spędzasz czas. Ktoś znalazł cię nieprzytomnego na dole. Lekarze uznali za cud to, że nawet się nie połamałeś. Widocznie gałęzie wystające z urwiska zamortyzowały upadek.

– Nic nie rozumiem. Dlaczego nad skarpą? – pytał z zainteresowaniem.

– Tam zawsze szukasz natchnienia do pisania swojej książki. Tego dnia wiał wiatr, padał deszcz. Być może stałeś zbyt blisko krawędzi, poślizgnąłeś się i spadłeś. A może po prostu chciałeś się… – Zesztywniałe gardło nie pozwoliło jej dokończyć myśli.

– Co chciałem?

– Anthony, wybacz, ale zbyt dużo się działo w ostatnim czasie. Lekarze zabronili ci się przemęczać. – Wolała nie drążyć tematu.

– Barbaro, ale dlaczego nic nie pamiętam? Boję się i nic z tego wszystkiego nie rozumiem. – W Anthonym wzmagała się niecierpliwość zmieszana z niemocą.

– Byłeś w szpitalu dziesięć dni. Pierwsze trzy dni spędziłeś w śpiączce. Straciłeś pamięć, Anthony. Amnezja wsteczna.

Z każdym jej słowem bladość coraz bardziej przenikała jego twarz. Słuchał jej słów z niedowierzaniem. Jakby opowiadała o zupełnie obcym mu mężczyźnie.

– Amnezja wsteczna?

– Podobno nie pamiętasz niczego sprzed wypadku.

– Kiedy ją odzyskam? – Podniósł głos. Drżenie strun głosowych nie ustępowało.

– Nie wiem. W szpitalu powiedziano mi, że… – Zawahała się. – Że jest podejrzenie uszkodzenia mózgu, choć nie było wylewu.

Anthony nie odpowiedział. Po jego policzku potoczyła się łza. Chwycił wolno łyżkę i w milczeniu jadł zupę. Chciał wiedzieć wszystko, ale im więcej zadawał pytań, im więcej dostawał informacji, tym bardziej czuł się zagubiony w nowej sytuacji. Nie wiedział, jak bardzo może ufać kobiecie, która kreuje się na jego żonę. Wszak nie dostał od niej jasnej odpowiedzi. Była zimna, a może po prostu radziła sobie z jego wypadkiem na swój własny sposób.

– Anthony, musisz być cierpliwy i dużo odpoczywać. Nie forsuj się. Dokończ zupę i połóż się, proszę.

Wysunął dłoń ku Barbarze. Ta położyła swoją na jego palcach i lekko zacisnęła. Po chwili cofnęła rękę i wstała od stołu. W jej dotyku nie było czułości ani ciepła. Nie był to uścisk kochającej żony, tylko zwykły, ludzki, a w tym wypadku wymuszony odruch skierowany ku drugiemu człowiekowi w potrzebie.

– Barbaro, czy ja ci coś zrobiłem? – zapytał instynktownie.

Barbara westchnęła głęboko, spoglądając na niego znad stołu.

– Anthony, ja również ostatnio sporo przeszłam. To nie jest odpowiedni czas na takie rozmowy. Nie mogę cię zamęczać natłokiem informacji. Odpoczywaj, proszę. Pojadę do miasta po zakupy. Wrócę za półtorej godziny.

Kilka minut później był już sam. Dom wydawał mu się obcy, a jednak umiał się po nim poruszać. Tak jakby znał jego rozkład. Niestety, w tej chwili nie miał dostępu do swoich wspomnień. Jedynym skutecznym lekarstwem był czas. Trzeba było czekać.

Anthony stał w niewielkim salonie urządzonym w drewnie, podobnie jak reszta pomieszczeń. Pokój wyglądał dość skromnie: kanapa, stary telewizor, stół z gazetą pod blatem i kilka mebli dookoła. Tyle, a może nawet mniej niż w każdym innym domostwie. Leśniczówka nie oferowała żadnych luksusów, żadnych ochów i achów, jedynie przedmioty codziennego użytku. Nie dało się nie zauważyć wszechobecnych książek. Kilka pozycji w biblioteczce przykuło jego uwagę. Stały w wyeksponowanym miejscu, czekając na podziw gości. „Z zaświatów”, „Cień przeznaczenia”, „Tam, gdzie kończy się piekło”, „Wysypisko dusz”, „Skowyt” – na wszystkich widniało nazwisko tego samego autora: Anthony’ego O’Donnella. Tytuły mówiły same za siebie. Powieści grozy były jego specjalnością. Każdy szczegół, jaki dostrzegał wokół siebie, wyrywał wspomnienie ze szponów niepamięci i przywracał do życia. Ziarnko do ziarnka, przeszłość i teraźniejszość znów stawały się jednością.

Zrozumiem wszystko prędzej, jeśli sam spróbuję poznać prawdę, zamiast czekać, aż ustąpi amnezja. Wziął do ręki „Przegląd Anterrey”, lokalny tygodnik. Anthony kartkował go, skanował artykuły wzrokiem, co jakiś czas zatrzymując się na dłużej. Nigdy nie czytał ostatnich stron i tak też było tym razem. Horoskop i sport nie leżały w centrum jego zainteresowań. Artykuł o firmie transportowej w cieniu bankructwa przykuł jego uwagę. Dobrze było znów coś poczytać, rozruszać umysł i wyobraźnię. Uśmiechnął się z optymizmem. A jednak coś było nie tak. Ostatnia linijka na stronie nie miała swojej kontynuacji na kolejnej. Upewnił się, że niczego nie przeoczył. Nie ma końca artykułu. Brakuje strony. I rzeczywiście, numery stron zupełnie się nie zgadzały. Strona czwarta i siódma? Błąd w druku? Kilka minut później już nie czytał. Rozłożył gazetę i przyglądał się jej uważnie. Nie siedział już zdumiony. Niezrozumienie i podejrzliwość wzięły w nim górę. Czy możliwe jest dopuszczenie tak dużego niechlujstwa? To mało prawdopodobne. A może ktoś celowo usunął te strony? Czy to ty, Barbaro?

Ledwo ją na nowo poznał, a już jej nie ufał. Nie potrafił znaleźć innego wytłumaczenia braku stron. Zostały wyrwane z chirurgiczną dokładnością, bez żadnych śladów.

Kim jest ta kobieta? Czy moja własna żona mogłaby coś przede mną ukrywać? Jeśli tak, to dlaczego? Czy jej chłód i dystans mają jakiś związek z tym wszystkim? Wiele pytań kłębiło mu się w głowie i pragnął jak najszybciej znaleźć na nie odpowiedzi. Bez pomocy Barbary. Bez niczyjej pomocy. Rozejrzał się po salonie, ale nie dostrzegł niczego, co mogło świadczyć o ich związku. Żadnych zdjęć na półkach, żadnych uroczych wiadomości. Nie było ich też w sypialni, gdzie miał wystarczająco dużo czasu na poznanie otoczenia z pozycji leżącej. Nie przypominał sobie jej czułości, pocałunków czy objęć podczas porannych rozmów w kuchni. Jedynie krótki, letni dotyk jej dłoni. Zaledwie słaby, ledwo widoczny ułamek uśmiechu.Ogarnął go nagły strach. Strach przed poznaniem przeszłości. Brnął w dywagacje, insynuacje i podejrzenia bez absolutnie żadnych podstaw. Nie chciał i nie mógł powiedzieć żonie o brakujących stronach w „Przeglądzie Anterrey”. Nie zamierzał też jawnie kwestionować jej zachowania, przynajmniej nie teraz. Dlaczego miałby jej nie ufać? Czemu miałby ufać sobie, będąc człowiekiem bez przeszłości? W jego głowie zapanował chaos. Spoczął na oparciu kanapy Uporczywe myśli coraz słabiej uderzały w zmęczoną świadomość. Czy to na pewno moja żona? Czemu jest taka chłodna wobec mnie? Przez co przeszła, zanim straciłem pamięć? Czy na pewno pojechała na zakupy? Powieki Anthony’ego robiły się ciężkie. Organizm wciąż szybko się męczył. Zamknął oczy. Z ciemności znów wyłoniły się złowrogie sny. Nowe wizje mieszały się z tymi, których już wcześniej doświadczył.

Elegancko ubrana kobieta stała na tle fontanny. Dalej wysokie drzewa spoglądały cierpliwie na dziesiątki przechodniów – dostojne damy kroczące pod rękę z nienagannie odzianymi dżentelmenami, młode kobiety popychające wózki z dziećmi, aż wreszcie starsze panie siedzące na ławkach.

Teraz szła chodnikiem zajęta rozmową. Mężczyźni i damy w samochodach i dorożkach przesuwali się monotonnie po brukowanej ulicy.

Wanna na czterech nogach wypełniała się gęstą czerwienią. Krwiste krople spływały ku dołowi, ściągane siłą grawitacji. Widok z góry ukazywał makabryczną mozaikę, złożoną z pociętych części ciała poplamionych krwią. Blady korpus leżał na dnie wyścielonym zastygającą kałużą krwi.

Stare, brudne dłonie, na pewno nie jego. Palce były niemal czarne, pokryte ciemnym popiołem. Zerknął przed siebie i ujrzał coś przejmującego. Żeliwne drzwiczki wprowadzały w ciemność głębokiej komory pieca. Zanurzył ręce w jej wnętrzu. Żar już dawno ostygł. Zagarnął proch i przysunął do siebie. Czarny pył wydobywał się z wnętrza i jak sypki wodospad wpadał prosto do blaszanego pojemnika. W popiele prześwitywały drobne kawałki kości.

Na zewnątrz panowała chłodna noc. Opustoszała ulica przesuwała się pod biegnącymi nogami. Odgłos butów uderzających o bruk odbijał się od okolicznych budynków. Mężczyzna uciekał. Gardła za jego plecami wykrzykiwały niezrozumiałe komendy. Charakterystyczny dźwięk wyróżniał się spośród innych: „Ru! Ru!”. Wzrok biegnącego człowieka automatycznie skierował się w górę i zatrzymał na wmurowanej tabliczce. Nazwa ulicy. Nieczytelna. Mężczyzna skręcił w wąską uliczkę. Dwie wysokie ceglane ściany eskortowały nierówną alejkę pokrytą brudem i wodą. Głosy za plecami przybierały na sile. Przesiąkały agresją i grozą. „Ru! Ru!”

Anthony otworzył oczy. „Ru” zabrzmiało po raz ostatni i zgasło w cichym salonie. Podłużna plama na karku nieprzyjemnie szczypała. Potarł skórę palcami, by uśmierzyć ból. Myślał. Wyrwane sceny łączyły się ze sobą bez większego ładu i składu. Nic nie rozumiał. Podniósł głowę z oparcia sofy i zamarł przez chwilę. Przed nim stała ta sama kobieta, o której niemal zapomniał wśród wszystkich myśli i makabrycznych majaków. Jej dłoń ściskała przezroczystą siatkę z zakupami. Wyglądała pięknie z burzą brązowych włosów i parą ciemnych oczu. Cienki wełniany, czarny sweter luźno spływał po ciele. Wąskie dżinsy podkreślały szczupłe nogi. A jednak Anthony nie umiał się zakochać. Wokół siebie roztaczała aurę chłodu. Lodowy mur oziębiał uczucia, które być może kiedyś kwitły między nimi.

– Wróciłam – rzekła spokojnym głosem. – Wypijesz kubek herbaty? Dobrze ci zrobi.

– Tak, poproszę – odpowiedział, skinąwszy głową, półprzytomny po głębokiej drzemce.

Po chwili znów był sam. Gazeta zaśmiecała podłogę przy stole. Ruszył się ociężale, złożył ją starannie i odłożył pod blat, tak jak ją zastał dwie godziny temu. Podszedł do okna przy drzwiach wejściowych i spojrzał w niebo. Za szybą skraj lasu krył się w mroku jesiennego wieczoru. Pojedyncze myśli drążyły umysł Anthony’ego. Nie domyśla się, że zauważyłem brak paru stron. Nie może się domyślać!

Anterrey ogarniała ciemność. Miasteczko nie kładło się jeszcze do snu, a może po prostu nigdy się z niego nie wybudzało. Czasami wydawało się, że żyje własnym życiem; niby spokojnym, aczkolwiek tajemniczym, radosnym, lecz bez uśmiechów na ustach, żywym, a jednak zaledwie na skraju egzystencji. Tu nikt nie przyjeżdżał w odwiedziny, bo odwiedzić Anterrey na chwilę to się osiedlić, a osiedlić się to nigdy już nie wyjechać. Była w nim jakaś niewytłumaczalna magiczna moc, której nawet najstarsi mieszkańcy nie potrafili wytłumaczyć. To tutaj jesień trwała przez większą część roku; to tutaj mieszkańcy zrywali kontakty z rodziną i przyjaciółmi z zewnątrz, jakby nigdy ich nie mieli. Pozostanie w Anterrey było przejściem na emeryturę od życia, ku lenistwu i obojętności duszy, ku beztroskiemu marazmowi i błogiej apatii. Miasto dziwne, a nawet mistyczne, lecz tajemnicze i pociągające. Co ciekawe, mieszkańcy nigdy nie potrafili określić jego dokładnej lokalizacji na mapie.

– Prawdziwe położenie zna tylko Indianin Yakshit – mówili tajemniczo i kończyli temat.

Pomarszczony starzec o ciemnej karnacji i czarnych oczach nigdy nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości. Twierdził, że zna odpowiedzi na wszystkie pytania o sacrum i profanum. Nikt nie ośmielał się tego podważać. Stary Indianin mieszkał na obrzeżach tej aglomeracji. Niezwykła dusza była jego nadprzyrodzonym darem, którego nie posiadał nikt inny. A ten, kto jej nie miał, nie potrafił tego zrozumieć i nie dawał temu wiary. Miejska legenda głosiła, że już w chwili narodzin wyrwał się z objęć śmierci. W dżungli, gdzie przyszedł na świat, uznano go za cud. Nazwano go Yakshit – stały, trwający wiecznie.

– Anterrey – mówił ochrypłym, przepalonym ziołami głosem – nie jest zwykłym miasteczkiem. To miejsce na pograniczu wymiarów, gdzie moc z zaświatów przenika do naszego życia doczesnego. To miejsce, do którego wkraczają dusze, by zamknąć niedokończone sprawy z poprzedniego wcielenia. To miasto po drugiej stronie życia, ale jeszcze nie w objęciach śmierci.

Nieliczni uważali go za dziwaka. Większość nie chciała się wypowiadać – może w obawie przed jego nadprzyrodzonymi mocami – a może po prostu nie miała własnego zdania. Yakshit był samotnikiem. Miał gości, lecz sam nigdy nie był gościem. Mieszkańcy często go odwiedzali z koszykiem strawy i ziaren dla kur w zamian za zioła lecznicze, wróżby, porady życiowe i przepowiednie. To wszystko, czego zdawał się potrzebować. Sfera duchowa dawała mu pełnię życia, zaś sfera fizyczna – według miejscowych – egzystencję na granicy ubóstwa. Natomiast według niego samego – dostatni żywot wedle nakazów minimalizmu. Otoczony szerokim polem na skraju miasta, w zagrodzie z kurami, studnią i starą lepianką, żył tak niezmiennie być może od siedemdziesięciu lub osiemdziesięciu lat, a według miejskich legend aż od stu dwudziestu.

– Przemów do mnie – szeptał do siebie z głową zwróconą ku gwiazdom. Siedział na ganku po turecku przed okrągłym domem z gliny i słomy. U jego stóp leżała dymiąca bambusowa fajka i lokalna gazeta, otwarta na piątej stronie. Lewa dłoń unosiła się nad zdjęciem nastolatka.

– Przemów do mnie.

Nagły podmuch wiatru wzburzył długie czarne włosy. Kosmyki smagały jego szyję i szerokie ramiona. Zamknął oczy. Niewielka przestrzeń pomiędzy otwartą dłonią i papierem gazety zdawała się w niewytłumaczalny sposób rozjaśniać. Pomarańczowa, ledwo widoczna kula zaczęła pulsować w zgodzie z żyłami na skroniach, a z ciemności pod powiekami wyłoniły się złowrogie wizje.

To były złe obrazy. Widział bezwładne ciało nastolatka szurające po betonowej podłodze. Ktoś trzymał je za kołnierz i z trudem ciągnął za sobą. Kurz brudził ubranie, a echo czyichś kroków odbijało się o zimne ściany z czerwonej cegły. Zielony but wysunął się ze stopy nieprzytomnego człowieka i pozostał w tyle. Jego twarz była rozmazana, tylko usta wydawały się wyraźne. Drgały, lecz nic nie mówiły. W starej wannie na środku surowego pomieszczenia bulgotała woda. Ogień tańczył na połamanych deskach. Światło rozświetlało kawałek ciemności. Majaki targały starym Yakshitem. Dostrzegł bąble na skórze. Wyskakiwały na rękach, nogach, szyi i policzkach. Niczym ospa wietrzna rozprzestrzeniały się w mgnieniu oka. Wrzątek zalał gardło i płuca, a głowa zniknęła pod powierzchnią wody. Bąbelki powietrza wypływały z otwartych ust, niosąc paniczny skowyt. Krzyk tak straszny, że okrywał gęsią skórką dusze w zaświatach.

Rzucające się pod wpływem wizji ciało szamana z każdą kolejną pominutą wracało do równowagi. Źrenice oczu wróciły na swoje miejsce, oddech zwolnił. Starzec leżał w milczeniu na ganku przed wejściem do chaty. Palenisko w środku pokoju dogorywało, a mieniący się żar powoli gasł. Rzadki dym uciekał przez otwór pośrodku strzechy.

– Zło dotarło do Anterrey – wyszeptał resztkami sił.

ROZDZIAŁ 2

Tego dnia poranek był dość chłodny. Słońce musiało zaspać, bo przez chmury nie przebijał się żaden promyk. W powietrzu wisiała dziwna atmosfera. Ciężkie powietrze zwiastowało coś niedobrego. Nawet ptaki przestały śpiewać, a uliczny kundel skomlał pod nosem bez powodu.

Richard Murray zatrzymał się przed budynkiem i wysiadł ze swojego starego audi w kolorze bieli. Ubrany w długi płaszcz mężczyzna stał niepewnie przed komendą policji. Sam nie wiedział, czemu tak dziwnie się czuje. Jego instynkt nie podpowiadał mu, że to będzie dobry dzień, ale zawsze mógł się mylić. Murray przetarł dłonią kilkudniowy zarost, zawahał się jeszcze przez chwilę i żwawym krokiem skierował ku szklanym drzwiom wejściowym. Jego nażelowane, zaczesane do tyłu włosy, pewne spojrzenie i dobrze zbudowane ciało – to właśnie podobało się miejscowym kobietom, choć nigdy mu się nie narzucały. Zbliżał się do czterdziestki, więc nie był jeszcze stary; do tego nie miał żony i dzieci. Nosił w uchu kolczyk, to był jego styl, w pewnym sensie wyjątkowy jak na spokojne i nieco staroświeckie Anterrey.

– Dzień dobry, Richardzie!

Usłyszał to pięć czy sześć razy, zanim dotarł do swojego biurka. W pomieszczeniu atmosfera wydawała się luźna, trwały rozmowy i śmiechy, ale tak naprawdę każdy działał i nikt się za bardzo nie obijał. Richard zdjął prochowiec, przewiesił przez oparcie i rozsiadł się na krześle. Jasną koszulę opinała brązowa kabura z pistoletem, chyba bardziej dla szpanu niż z konieczności. Murray włączył komputer i gapił się w wyłączony monitor, próbując się obudzić.

– Może kawy? – Nieznajomy stał nad nim z ręką w kieszeni. W dłoni dzierżył plastikowy kubek z parującym napojem.

– Już jedną wypiłem, ale dziękuję! To już kawę za darmo do każdego biurka donoszą? – Wyciągnął rękę na przywitanie. – Richard Murray, miło mi.

– Steve Smith. – Szczupły, rudowłosy mężczyzna z przerzedzonymi włosami zaczesanymi na bok odwzajemnił uścisk. – Kupiłem cappuccino, ale maszyna nalała mi czarną, a nie chciałem wylewać. Poza tym chciałem się przedstawić. Szef przeniósł mnie dzisiaj z parteru na pierwsze piętro i przydzielił biurko obok. Mówił, że będziemy pracować razem.

– Co ci się stało w rękę? – Spostrzegawcze oko Richarda dostrzegło czerwone zadarcie po wewnętrznej stronie dłoni.

– To? – Steve spojrzał na ranę. – Wypieprzyłem się wczoraj przy wieczornym joggingu. Zdarta ręka, zdarte kolano i dziura w ulubionym dresie. Uroki biegania po ciemku w lesie.

– To zacznij biegać o świcie. Przynajmniej się nie zabijesz.

– Może i tak, ale wiesz, mieszkam sam, więc nie ma mnie kto wykopać z łóżka o tak wczesnej porze! – Pokiwał głową. – Zresztą, jestem tu dopiero od dwóch miesięcy, więc dobrze poznać miasto o każdej porze dnia i nocy.

– No proszę, nowy mieszkaniec Anterrey. – Richard przedłużał rozmowę, przełykając kawę. – Więc w naszej komendzie też od niedawna?

– Od sześciu tygodni, ale dopiero teraz wylądowałem tutaj, gdy szefowi się przypomniało, że mam spore doświadczenie w prowadzeniu śledztw. – Steve miał sympatyczną twarz i robił dobre wrażenie.

– Jakieś wieści na temat zaginionego księdza?

– Na razie nic nowego. Znasz Anterrey lepiej niż ja. Tu ludzie zawsze się niepokoją, nawet jak nie mają ku temu najmniejszych powodów. Znajdzie się!

W tym momencie otworzyły się drzwi do gabinetu komendanta. Stał w wejściu do swojego biura, oddzielonego od reszty pomieszczenia ścianą z szeroką prostokątną szybą. Każdy z zewnątrz mógł widzieć, co dzieje się w środku i w jakim humorze jest szef tego dnia. Łysy, krępy, w białej koszuli i czarnych spodniach, wyglądem przypominał czarnoskórą wersję serialowego Kojaka. Spojrzał na Richarda i skinieniem głowy zaprosił go do siebie. Murray ruszył się z miejsca i po chwili siedział już przy jego biurku. Papiery i foldery walały się na blacie, zasłaniając tabliczkę z imieniem i nazwiskiem: Danny Jones.

– Nie zajmę ci dużo czasu, więc tak się nie rozsiadaj – rzekł stanowczo Danny.

– Jakieś wieści o ojcu Malcolmie? – zapytał Richard z nadzieją w głosie. – Mam nadzieję, że jest cały i zdrowy!

– Nic! Przepadł bez wieści. Znajomi też nie mają pojęcia, gdzie jest. Póki co podstawili jakiegoś młodego księdza, żeby odprawiał msze w niedziele, ale gość nie ma posłuchu wśród wiernych.

– To naprawdę dziwne! Musi się znaleźć, bo ludzie zaczynają się niepokoić – stwierdził Richard.

– Ale nie po to cię tu wezwałem! – Uśmiech nieczęsto gościł na twarzy Danny’ego i tym razem nie należało się go spodziewać. – Mamy kolejne zaginięcie! Młoda kobieta, Tatiana Zharkova, lat trzydzieści.

– Tatiana Zharkova… – wyszeptał w zamyśleniu Richard. Jego twarz pobladła w mgnieniu oka. – To trzecia osoba w ostatnim miesiącu! Co się tu dzieje, do cholery?

– Znałeś ją? Wyglądasz, jakbyś się postarzał o co najmniej dziesięć lat!

– Dziewczyna z sąsiedztwa. Mieszka tu od niedawna. Tyle wiem. – Richard dochodził do siebie.

– Na razie nie wiemy, od kiedy jej nie ma, ale się dowiemy. W miejscu pracy powiedzieli nam, że jest na urlopie. Tu masz jej zdjęcie. – Danny wyciągnął przed siebie rękę z fotografią w dłoni. – Dostaliśmy je od kobiety, która zgłosiła zaginięcie. Zajmiesz się tą sprawą, bo reszta zajmuje się Malcolmem i tym cholernym chłopakiem. Ten ostatni jest w tej chwili priorytetem, ale póki co przydzielam cię do tej sprawy. Aha, byłbym zapomniał! Od dzisiaj będziesz współpracował ze Steve’em. To policjant z Walii, jest u nas od niedawna. Ma doświadczenie, myślę, że się zgracie.

– Tak, wiem. Zdążyliśmy się już poznać.

– Jakby co, jestem pod komórką dzień i noc. Informuj mnie o wszystkim. – To powiedziawszy, Jones zakończył rozmowę z podwładnym.

– Jasne, szefie! – Richard wyszedł z gabinetu i wrócił do biurka.

Obejrzał zdjęcie. To była ona. Siedziała na podłodze wśród porozrzucanych zabawek z jakimś chłopcem z zespołem Downa. Wyglądała tak uroczo jak wtedy, gdy się poznali. Wyciągnął komórkę z kieszeni prochowca i otworzył listę kontaktów. Ten numer wciąż tam był. Tatiana. Wcisnął ikonę słuchawki i połączył się z automatyczną sekretarką: „Nie mogę w tej chwili odebrać. Oddzwonię, kiedy będę wolna”. Aksamitny głos przywołał twarz dziewczyny przed oczy Richarda.

Odłożył telefon na biurko i oparł się o krzesło. Poczuł, że opada z sił. Nie wiedział, co go bardziej zdenerwowało – fakt zaginięcia trzeciej osoby w ciągu mniej więcej dwóch tygodni czy może to, że ostatnią zaginioną była właśnie Tatiana. Ta Tatiana! To był naprawdę dziwny miesiąc. Najdziwniejszy w jego karierze. W Anterrey ludzie nie znikali, a przynajmniej do teraz. Ktoś znikał tylko wtedy, gdy umierał, tak jak w każdym innym miejscu na Ziemi, nigdy inaczej. Trudno przypuszczać, by ktoś z mieszkańców mógł się dopuszczać porwań czy morderstw. Przeklęta apatia, jaka się udzielała każdemu w tym mieście, nie pozwalała na zrobienie niczego ponad codzienne obowiązki, a już na pewno niczego tak wyrachowanego i skomplikowanego jak uprowadzenie czy może zabójstwo. Drobne wykroczenia na granicy przestępstw i sporadyczne stłuczki na ulicach to wszystko, na co było ich stać.

Richard Murray rozpoczął poszukiwania Tatiany Zharkovej. Odwiedziny w szpitalu nie przyniosły rezultatu. Nikt w ostatnim czasie pod tymże nazwiskiem nie został przyjęty na oddział. Nikt też nie był umówiony na wizytę. Mylny trop – to było raczej oczywiste. Nie spodziewał się znaleźć zaginionej tak od razu. Inni też jeszcze się nie znaleźli. Rzecz jasna, mógł zadzwonić do szpitala. Tak byłoby łatwiej i szybciej, ale wolał wyjść z komendy. Twarz mogła coś zdradzać, a nie chciał się narażać na pytania lub komentarze kolegów. Wsiadł do auta na szpitalnym parkingu i otworzył notes. Odnotował brak jej nazwiska w szpitalnym rejestrze. Nie było też żadnych pacjentów o nieznanej tożsamości.

Podrapał się po zaroście i wpatrzył w dal. W dłoni trzymał zdjęcie Tatiany. Wracał w myślach do dnia, kiedy się poznali. To była bardzo atrakcyjna kobieta. Tamtego wieczoru dręczyła go migrena. Na dodatek przez cały dzień miał pecha. Najpierw spóźnił się do pracy, potem na spotkanie z szefem. Dochodziła dwudziesta dziesięć. Apteka była już zamknięta, ale w środku ktoś jeszcze się krzątał. Szarpnął za drzwi. Przysunął twarz do szyby. Widok przymrużonych oczu i spłaszczonego nosa na szkle musiał wyglądać komicznie od drugiej strony. Mężczyzna w potrzebie wzbudzał litość niczym smutny pies na deszczu szukający schronienia.

– Przepraszam, ale apteka jest już zamknięta. – Drzwi uchyliły się, a w szparze pojawiła się młoda twarz kobiety. Zwróciła uwagę na policyjną oznakę.

– Uratuje mi pani życie, jeśli tylko dostanę paczkę aspiryny. Głowa mi pęka – mówił z lekką desperacją w głosie.

– Zamknęłam już kasę, ale proszę wejść.

Richard wszedł do środka. Ból głowy nie pozwalał mu się skupić na czymkolwiek.

– Dwie na miejscu, reszta na wynos – zebrał się na żart. – Ile się należy? – Wyciągnął piątkę z portfela i podał kobiecie przez okienko.

– Właśnie tyle.

Aptekarka uśmiechnęła się nieśmiało. Dopiero teraz detektyw zauważył, że ma do czynienia z naprawdę piękną kobietą. Aż dziwne, że nie spotkał jej tu nigdy wcześniej, bo apteka była mu jak najbardziej znana.

– Dziękuję. Uratowała pani życie funkcjonariuszowi. – Humor znacznie mu się poprawił. – Nie będę zabierał już więcej czasu. Na pewno się pani spieszy.

Młoda kobieta zerknęła przez ramię Richarda. Przejeżdżający autobus nie zatrzymał się na pustym przystanku, minął aptekę.

– Już nie. Właśnie uciekł mi autobus – westchnęła głęboko kobieta.

– Odwiozę panią, jeśli to nie problem – zaproponował. Przytłaczała go jej uroda, choć nie dawał tego po sobie poznać.

Zapadła chwilowa cisza. Aptekarka wpatrywała się w oczy Richarda.

– Czy zna pan ulicę Rocha?

Murray odchylił głowę w zdziwieniu. Myślał, że żartuje.

– Ulica Rocha? Mieszkam na samym końcu! Wygląda na to, że jesteśmy sąsiadami.

Tak rozpoczęła się znajomość. Krótka, ale Richard jeszcze wtedy o tym nie wiedział. Reszta potoczyła się zwyczajnie. Ciekawa pogawędka w samochodzie, wymiana numerów telefonów oraz zaproszenie na kawę po sąsiedzku w kolejny weekend, w domu Tatiany. Detektyw nie spodziewał się takiego końca dnia. Usiadł na kanapie w swoim salonie kompletnie oczarowany i zaskoczony. Zaskoczony, bo już od dawna nikt go nie zauroczył; nie spodziewał się też poznać tak pięknej kobiety, i to ze swojej ulicy. Oczarowany, bo w zachowaniu Tatiany widział podobieństwo do swojej dawnej dziewczyny. Pomimo wrażenia, jakie na nim wywarła, nie chciał sobie niczego obiecywać. Jeszcze nie teraz. Wszak wiedział o niej naprawdę niewiele.

W sobotę wieczorem, ubrany w niebieską koszulę i czarne spodnie, siedział na kanapie w domu Tatiany i rozglądał się po pokoju.

– Dziękuję za zaproszenie. Ależ te dni szybko minęły. Już mamy sobotę.

– Mówią, że im starszy jesteś, tym szybciej płynie czas. To prawda? – Postawiła filiżanki z herbatą na szklanym stoliku i usiadła na drugim końcu kanapy.

– Powinnaś znać odpowiedź na to pytanie. Nie jestem dużo starszy od ciebie – ripostował z wdziękiem.

– Trzydzieści osiem? – szacowała wiek, ostentacyjnie oglądając jego twarz ze wszystkich stron.

– W tym roku stuknie mi trzydzieści dziewięć. Ty pewnie masz koło trzydziestu.

– Dokładnie tak! Trzydzieści. Intuicja detektywa czy może sprawdziłeś mnie w bazie komputerowej? – pozwoliła sobie na żart.

– Powinnaś była zostać dziennikarką, nie aptekarką – odparł wymijająco.

– Może w kolejnym wcieleniu – rzekła z uśmiechem.

Sporą część ściany w głównym pokoju pokrywały antyramy z fotografiami ptaków, roślin w zbliżeniu i zjawisk naturalnych. Na innych zdjęciach twarze ludzi pochłonięte codziennymi obowiązkami prowokowały do przemyśleń. Mieszkanie było bardzo małe i stanowiło jedynie przybudówkę do głównego budynku zajmowanego przez właścicieli. Pokój z kuchnią, łazienka oraz sypialnia na piętrze – tanie i przytulne, ale nie na zawsze. Tatiana nie była wyniosła ani przesadnie skromna. Normalna dziewczyna z sąsiedztwa o nieprzeciętnej urodzie i świetnym poczuciu humoru. I właśnie jej zachowanie było czymś, co tak bardzo urzekło detektywa. Przypominała mu jego dawną miłość. Tatiana nie była też pedantką. Luźny komplet, wyglądający na sportowy dres, zwisał niedbale przewieszony przez krzesło w kuchni. Był jeszcze jeden ciekawy szczegół, który nie umknął uwadze Richarda. Dwie fotografie w ramkach na parapecie, a na nich Tatiana i nastolatek z zespołem Downa. Trzecia ramka obok leżała płasko, zdjęciem na dół. Nieuwaga czy celowe działanie?

– Skąd tu przyjechałaś?

– Z Nowosybirska w Rosji. Tam się wychowałam i skończyłam farmakologię. Ale po studiach zaczęłam odczuwać brak satysfakcji. Czegoś mi brakowało, bym mogła czuć się spełnioną.

– A dlaczego przyjechałaś właśnie do Anterrey?

Tatiana zamyśliła się, zastanawiając się nad odpowiedzią.

– Nie wiem. Może to kobieca intuicja, może jakieś przeczucie. Od dłuższego czasu coś chyba ciągnęło mnie do tego miejsca, jakbym miała nagle zrealizować swój główny cel w życiu. Trudno to wyjaśnić racjonalnie, ale jednak coś w tym jest. Z drugiej strony odnoszę nieraz wrażenie, że niewiele czasu mi zostało w Anterrey, więc kto wie, może wkrótce już mnie tu nie będzie.

– Ludzie mówią, że to magiczne miasto, cokolwiek mają na myśli – wtrącił Richard.