Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
31 osób interesuje się tą książką
OŚMIORO NIEZNAJOMYCH. JEDEN MORDERCA. ZERO SZANS NA UCIECZKĘ.
Za namową chłopaka Christa decyduje się wziąć udział w wyprawie w ośnieżone Góry Skaliste. To okazja, by poznać jego rodzinne strony i spróbować odciąć się od tragicznego wydarzenia z przeszłości. Jednak z powodu nieoczekiwanej burzy śnieżnej kobieta traci go z oczu. Budzi się ranna w opuszczonej chacie myśliwskiej. Nie ma przy niej ukochanego, a pozostali uczestnicy wyprawy wydają się śmiertelnie przerażeni.
A najgorsze dopiero przed nią.
Odcięta od świata i w otoczeniu obcych ludzi, może jedynie liczyć na to, że gdy pogoda się uspokoi, nadejdzie pomoc.
I wtedy ludzie zaczynają umierać.
Ktoś morduje uczestników wyprawy i inscenizuje ich ciała w okrutny sposób. Liczba ocalałych maleje, a Christa musi zdecydować, komu może zaufać – zanim skute lodem góry staną się jej grobem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 396
Data ważności licencji: 2/21/2030
Tytuł oryginału: Dead of Winter
Projekt okładki: by Erin Fitzsimmons
Zdjęcie na okładce: © Paul Sheen/Trevillion Images
Redaktorka prowadząca: Agata Then
Redakcja: Beata Kostrzewska
Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski
Korekta: Bartosz Szpojda, Beata Kozieł-Kulesza
© 2023 by Darcy Coates
Originally published in the United States by Sourcebooks, LLC. www.sourcebooks.com
All rights reserved.
© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2026
© for the Polish translation by Ewa Ziembińska
ISBN 978-83-287-3879-9
Warszawskie Wydawnictwo Literackie
MUZA SA
Wydanie I
Warszawa 2026
–fragment–
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
MUZA SA
ul. Sienna 73
00-833 Warszawa
tel. +4822 6211775
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz
Mam śnieg w ustach. W nosie. Pieką mnie oczy, bo wiatr szarpie mną jak strzępkiem tkaniny zaplątanym na górskim zboczu.
Kiernan woła o ratunek. Schrypniętym, załamującym się głosem. Mocno ściska moją dłoń, aż do bólu. Pewnie bolałoby bardziej, gdyby ręka mi nie zdrętwiała.
– Zostań ze mną, Christa – powtarza, a huraganowy wiatr porywa jego słowa. – Nie zostawiaj mnie.
Zaspy sięgają mi do kolan. Brniemy w nich, przedzierając się przez teren, którego prawie nie widzimy. Nie wiem, dokąd idziemy. Kiernan chyba też nie wie i ta myśl mnie przeraża.
Wokół nas nic nie wygląda znajomo. Już nie widzę słońca, nie wiem, z której strony jest szczyt, ani czy pod śniegiem, w którym co krok grzęźniemy, kiedykolwiek była jakaś ścieżka. Widzę tylko biel, urozmaiconą plamami czarnych skał sterczących w pustce. Krajobraz jest niegościnny. Skalisty i surowy, nieludzki. Nawet zwierzęta nie chcą tu żyć.
Moja czarna kurtka pod warstwą śniegu wygląda na szarą. Serce mi łomoce, tłukąc się o żebra. Oddycham z trudem. Szalik co chwila zsuwa mi się na brodę i wystawia moją twarz na uderzenia zamieci. Nos mnie piecze. Wyobrażam sobie pękające naczynka krwionośne, czerwoną siateczkę rozrastającą się na mojej skórze.
Podciągam szalik wyżej, próbuję go przytrzymać, ale ślizgam się na nierówności terenu i tracę równowagę. Kiernan ściska mnie kurczowo. Próbuje mnie podnieść, ale za długo już walczymy ze śnieżycą i oboje jesteśmy wyczerpani. Więc sam osuwa się na kolana obok mnie.
Widzę tylko fragment jego twarzy, wąski pasek między kominem, który ma na szyi, a ciepłą czapką: zmrużone oczy i bladą skórę. Brwi i rzęsy ma oblepione drobinkami lodu.
– Już niedaleko – obiecuje. Wokół nas ogłuszająco wyje wicher i Kiernan pochyla się nade mną, żebym mogła usłyszeć jego głos. – Musimy przejść jeszcze tylko kawałek.
To samo mówił niespełna godzinę temu.
Nie tak miało być. Nikt się nie spodziewał takiej zawiei. Nikt nie przewidział, że kiedy widoczność się pogorszy, od razu zabłądzimy.
Kiernan mnie ciągnie, próbuje podnieść, ale moja kurtka wyślizguje mu się z rąk w grubych rękawicach.
– Dalej, Christa. – Szarpnięcie. – Już blisko.
Jestem taka wykończona. Odsłonięte fragmenty skóry albo zdrętwiały, albo pieką. Gramolę się, próbując wstać, i Kiernan przyciąga mnie do siebie.
– No i już – woła w ryku zawiei, a może tylko mi się tak wydaje. Przesuwa dłonią po mojej ręce, w końcu znajduje palce i chwyta je mocno, a ja z całej siły odwzajemniam uścisk.
Od cywilizacji dzieli nas mniej więcej sto sześćdziesiąt kilometrów. Z okna autokaru widziałam nieliczne szlaki turystyczne, ale żadnych domów. Żadnego schronienia. Nic tylko bezkresna, bezlitosna dzicz: ciemne, poszarpane skały i gdzieniegdzie anemiczne sosny. Przed nami wznosiło się górskie pasmo, tnące linię horyzontu niczym wyszczerbiony nóż. Jesteśmy absolutnie, niewiarygodnie sami.
Umrzemy tutaj, myślę i czuję w ustach kwaśny smak strachu.
– Halo! – Kiernan wrzeszczy w pustkę. – Halo!
Początkowo wrzeszczałam razem z nim, z wysiłkiem przekrzykując wycie zawieruchy, ale głos mi się załamał na zimnym powietrzu i przestałam słyszeć sama siebie. Teraz mogę tylko utrzymywać się na nogach. Iść przed siebie.
Znów zsuwa mi się szalik i mam wrażenie, że papier ścierny zdziera mi skórę. Odwracam twarz od wiatru i Kiernan to dostrzega. Ściąga z szyi własny szalik. Z nas dwojga to on był lepiej ubrany. Lepiej przygotowany. Dorastał w miejscu bardzo podobnym do tego; wiedział, jakie potrafi być kapryśne.
Podaje mi szalik. Kręcę głową.
Potrzebujesz go. Łapie mnie za połę kurtki i przyciąga bliżej, a następnie okręca mi szyję grubą warstwą wełny z merynosa.
– Nie bądź taka uparta – mówi.
Szal nie tylko otula moją szyję, ale zakrywa też dolną część twarzy, prawie zasłania mi oczy. Czuć go wilgocią, oddechem Kiernana i potem. Ciepło mojego własnego oddechu rozgrzewa mi policzki.
Kiernan schyla się, żeby nasze głowy znalazły się na tej samej wysokości. Wciąż ma na szyi komin podciągnięty na nos, ale bez szalika chyba niewiele to daje. W kącikach oczu uformowały mu się kryształki i nie wiem, czy to przez ostry wiatr, czy może powstrzymuje łzy.
– Musimy trzymać się razem – mówi. – Tędy.
Krajobraz wokół nas się zmienia, rośnie w górę, czarne skały sterczą wysoko nad naszymi głowami. Otaczają je głębokie zaspy, każdy krok to walka. Wzbiera we mnie poczucie strasznej beznadziei. To ani trochę nie przypomina miejsca, w którym musiał się zatrzymać autokar. Idziemy w złym kierunku. Próbuję zawołać do Kiernana, powiedzieć mu, że musimy zawrócić, ale mam zdarte gardło i jestem w stanie wydobyć z siebie tylko ochrypły szept, którego sama nie słyszę.
Z lewej strony mam nierówne skalne ściany pokryte lodową skorupą. Po prawej rozciąga się bezkresna biel. Grudki śniegu spod moich butów spadają i giną w pustce. Cofam się, przysuwam do Kiernana i chwytam go za rękę, ostrzegając, że stoimy na krawędzi wąwozu. Widzi moje gesty.
– Jest okej – uspokaja mnie głosem, który w ryku wichury jest wątły i cichy. – Musimy go po prostu obejść. Trzymaj się blisko skał. Nie puszczaj mnie.
Nigdy wcześniej nie widziałam Kiernana przerażonego. Ta emocja jest mu kompletnie obca. Jest czymś nienaturalnym, co do niego nie pasuje.
Mimo to Kiernan idzie dalej.
Chwytam go za rękę i próbuję odciągnąć. To zbyt niebezpieczne. Musimy zawrócić. Spróbować odszukać miejsce, gdzie źle skręciliśmy, i zorientować się, która ścieżka zaprowadzi nas z powrotem do reszty wycieczki.
Kiernan coś do mnie krzyczy i prze dalej. Kręcę głową, ale on tego nie widzi. Przysuwa się do skały, ocierając się o nią ramieniem, trzyma się jak najdalej od krawędzi.
Nie namówię go, żeby zawrócił. Co oznacza, że muszę iść za nim.
Teren wydaje się nierówny, choć pod tak grubą warstwą śniegu trudno mieć pewność. Naśladuję ruchy Kiernana i przyciskam się do skalnej ściany, idę wzdłuż niej, sunąc rękawiczką po nierównej powierzchni. W gęstej śnieżycy nie wiem, jak blisko mam do skraju urwiska. Ledwo widzę śnieg wokół swoich nóg, rozmazaną biel za zasłoną nawiewanych wiatrem płatków. W pewnej chwili w ogóle przestaję widzieć ziemię. Nie ma już wyraźnej krawędzi. Ostrej linii, która ostrzegłaby mnie, że jestem za blisko. Wszystko rozpływa się w pustce.
Kiernan porusza się szybko. Wyczuwam rozpacz w jego przygarbionych ramionach i wraca do mnie myśl: umrzemy tutaj. Ciekawe, czy jemu też już przyszło to do głowy, czy się nad tym zastanawia.
Z moich ust dobywają się podmuchy ciepłego powietrza, więzną w szaliku i powodują mrowienie uszkodzonej skóry. Czuję, że się duszę, ale odsunięcie szalika nie przyniesie mi ulgi.
Z prawej strony nadal nie widzę skraju urwiska, ale ziemia pod moimi stopami nachyla się w jego kierunku. Z całej siły przywieram do skały po lewej. Buty ślizgają mi się na lodzie. Kiernan jest coraz dalej. Próbuję krzyknąć, żeby zwolnił, ale z mojego gardła wydobywa się tylko świst.
Wicher smaga nagie skały, próbując mnie od nich oderwać. Serce wściekle tłucze mi się w piersi i nigdy w życiu nie czułam aż tak wyraźnie, że serce jest mięśniem. Mam wrażenie, że za moment pęknie.
Kiernan odwraca się i coś mówi. Wyłapuję pojedyncze samogłoski, ale resztę słów porywa wiatr.
Robię krok naprzód, patrząc na jego twarz zamiast pod nogi. Mój but zagłębia się w śnieg… pod którym nic nie ma.
Gdybym była mniej wykończona – gdybym miała szybszy refleks, gdybym była lepiej przygotowana – może zdołałabym się cofnąć. Ale spadam, otwierając usta do krzyku, który nie wybrzmiewa. Do ust wpada mi śnieg. Rozkładam ręce, szukając jakiegoś punktu zaczepienia, ale napotykają tylko świeży śnieg, sypki i delikatny.
Czuję, że się zsuwam. W stronę krawędzi, w stronę pustki. Wbijam palce w śnieg, gorączkowo macham nogami, ale to nic nie daje, jakbym chwytała powietrze.
Nagle na mojej dłoni zaciska się inna dłoń. Kiernan łapie mnie z oszalałymi, wytrzeszczonymi oczami.
Nie wystarcza.
Moją rękę przeszywa ból, kiedy zaczynam się wyślizgiwać z jego uścisku. Poprawia chwyt i ściąga mi rękawiczkę wraz ze strzępkiem skóry z grzbietu dłoni. A ja spadam.
Nie starcza mi tchu, żeby krzyknąć. Patrzę w niebo, za plecami mam białą pustkę i lecę w dół, ciągnąc za sobą śnieżną falę.
Pąsowy kleks rozlewa się na białym tle.
Pieką mnie oczy. Bolą płuca. W biodrze i nodze czuję bolesne skurcze, ale kiedy próbuję ją obrócić, żeby przestało boleć, okazuje się, że ledwie mogę się ruszać. Wszędzie wokół jest tylko biel skropiona czerwienią i nagle uświadamiam sobie, że choć czuję na sobie lodowaty nacisk, już nie szarpie mną porywisty wiatr.
Jestem pod śniegiem.
Ta myśl napawa mnie grozą. Zaczynam się miotać, ale zaraz z powrotem nieruchomieję. Trudno mi oddychać i czuję, że pod szalikiem zaczyna mi się robić duszno.
Słyszałam, że narciarze porwani przez lawinę często giną, bo nie wiedzą, w którą stronę kopać, żeby się wydostać. Jeśli utkniesz pod wieloma warstwami świeżo przemieszanego śniegu, prawie niemożliwe jest określenie, gdzie masz górę, a gdzie dół. Jest na to rada: spluń, popatrz, dokąd spływa twoja ślina, i zacznij kopać w przeciwną stronę.
W ustach mam sucho jak na pustyni i kiedy zaczynam szukać językiem śladów wilgoci, nagle dociera do mnie, że to głupota. Ślina po prostu wsiąknie w szalik Kiernana, zaciśnięty wokół mojej twarzy tak mocno, że z trudem mogę poruszyć wargami.
Ale widzę światło. Niewiele go – zaledwie odrobina przenikająca przez śnieg. Wyciągam rękę w jego stronę. Rozgarniam zbite grudy i nagle moja ręka jest wolna, kąsa ją lodowaty powiew.
Znów zaczynam się miotać. Drapiąc i kopiąc, przedzieram się na powierzchnię, a śnieg oblepia mi twarz i próbuje mnie udusić. Jestem wykończona. Przy każdym ruchu czuję się, jakby wbijano mi gwoździe w mięśnie, ale uparcie walczę i wreszcie uwalniam głowę spod śniegu.
Wystaje mi tylko ona i wierzch ramion; tkwię tak z ogniem w płucach i przez warstwy szalika wciągam potężne hausty świeżego powietrza. Zamieć szaleje. Nawet mrużąc oczy, nie jestem w stanie niczego zobaczyć, tylko otchłanną biel.
Biel i czerwień. Wyciągam rękę ze śniegu. Gdy Kiernan próbował mnie utrzymać, rozerwał mi skórę. Jaskrawoczerwone smugi pokrywają wierzch dłoni i znikają pod rękawem kurtki. Chyba już nie krwawi, tak mi się wydaje; krew zasycha w podmuchach wiatru. Niewiele czuję. Cała ręka zaczęła mi drętwieć, a czubki palców są przerażająco białe.
Próbuję się obrócić, żeby rozejrzeć się w otaczającym mnie morzu bieli. Jeśli są tu jakieś charakterystyczne punkty, ukrywa je śnieżyca. Jeśli słychać tu jakieś dźwięki, połyka je ryk wichury.
Co się stało z Kiernanem?
Czy on też spadł?
Płuca pieką mnie od lodowatego powietrza, ale biorę głęboki wdech, a potem wrzeszczę tak głośno, jak tylko pozwala mi ochrypłe gardło.
– Halo!
Nie sądzę, żeby mnie usłyszał, nawet jeśli jest blisko. Całe ciało mnie boli na samą myśl o wysiłku, ale zmuszam się do ruchu i centymetr po centymetrze wygrzebuję się ze śniegu. Wypełzam na powierzchnię i padam, dysząc ciężko jak zagoniony wierzchowiec.
Próbuję jeszcze raz, choć wiem, że to na nic.
– Kiernan!
Wiatr dmucha mi w oczy, które zaczynają łzawić. Z nogi i biodra wciąż promieniuje kłujący ból. To raczej nic poważnego – może skręcenie albo uciśnięty nerw – ale będzie mi trudniej chodzić.
Pokusa, żeby odpocząć i złapać oddech, jest nieodparcie atrakcyjna. Wiem, że nie mogę sobie na to pozwolić. Jestem już bliska zamarznięcia. Jeśli posiedzę, nawet minutę czy dwie, wątpię, czy kiedykolwiek zdołam się podnieść.
Więc przekręcam się i staję na czworaka, zanurzając pozbawione czucia palce w śniegu, a potem z jękiem dźwigam się na nogi.
Chwiejnie zataczam coraz większe kręgi. Zapadam się w śniegu powyżej kolan i muszę walczyć o każdy pokonany centymetr, ale nie mogę nie wziąć pod uwagę możliwości, że Kiernan spadł za mną z urwiska. Wąska ścieżka na górze była zdradliwa, a mój upadek oderwał od niej kawały lodu. Jeśli Kiernan spadł, wciąż może być pod śniegiem, na próżno usiłując się wydostać.
Otwór, z którego się wygramoliłam, nadal jest widoczny, ale szybko się wypełnia nawiewanym śniegiem. Krążę wokół niego, upewniając się, że w pobliżu nie ma innych zasp, pod którymi mógłby tkwić uwięziony człowiek.
U stóp zbocza, z którego spadłam, sterczą poszarpane skały. Nie widzę jego szczytu. Próbuję się wdrapać na górę, ale po kilkudziesięciu centymetrach robi się tak stromo, że zjeżdżam z powrotem.
Szczękam zębami. Coraz słabiej czuję ręce i nogi, a stopy zaczynają mi się rozjeżdżać.
Muszę wrócić na górę. Naga skalna ściana ciągnie się w lewo i w prawo. Nie da się stwierdzić jak daleko. Ruszam w lewo.
Przez ryk wiatru przebijają się dziwne dźwięki. Rozmywają się, to głośniejsze, to cichsze, i nie sposób odgadnąć, czy wydaje je człowiek, zwierzę, czy to wiatr gwiżdże w wąskich szczelinach między skałami. Czasem brzmią jak krzyki. Dłuższe niż ludzkie płuca byłyby w stanie z siebie wycisnąć; wyją i wyją bez końca.
Potykam się niemal przy każdym kroku. Oglądam się przez ramię, żeby sprawdzić, jak daleko odeszłam, ale ślady, które za sobą zostawiam, już po chwili rozpływają się w jednolitej bieli. Obok mnie już nie ma urwiska. Nie wiem, kiedy się od niego oddaliłam, ale tak właśnie się stało.
Po mojej drugiej stronie w oddali wyrasta coś ciemnego. Jakby ludzka sylwetka, ale niewyraźna, choć wydaje mi się, że widzę zarys klatki piersiowej. Czuję przypływ energii i zaczynam się przedzierać w tamtą stronę przez coraz większe zaspy.
Ciemny kształt okazuje się drzewem, któremu wiatr oberwał dolne gałęzie. Mam ochotę krzyczeć.
Umrę tutaj.
Ta myśl krąży nade mną jak sęp. Wcześniej była tylko obawa. Teraz praktycznie zmieniła się w pewność. Będę szła, dopóki nogi nie odmówią mi posłuszeństwa, ale nie ujdę tak daleko, jak bym sobie życzyła. Kiedy opadnę z sił, zostanie mi godzina – jeśli dopisze mi szczęście – zanim moje ciało ustąpi pod naporem zimna i pogrążę się we śnie, z którego się już nie obudzę.
Zostawiam za sobą drzewo, które znika w zamieci. Kątem oka dostrzegam majaczące w oddali ciemne wzniesienie. Z braku innych punktów orientacyjnych, którymi mogłabym się kierować, żeby nie zboczyć z kursu, ruszam w jego stronę.
Z początku usiłuję trzymać pozbawioną rękawiczki dłoń pod drugą pachą, żeby ją ochronić, ale przy każdym zachwianiu i potknięciu muszę ją z powrotem wyciągać i wreszcie się poddaję.
Gwizd wiatru przeradza się w krzyki, rozbrzmiewające raz po raz, zawsze za długo, tak długo, że bolą mnie uszy. Nie wiem, od jak dawna idę. Czuję, że tracę i odzyskuję przytomność, choć ciągle trzymam się w pionie i chwiejnie brnę przed siebie. Chciałam odszukać Kiernana, ale nie mam już pojęcia, gdzie mógłby być. Teren wznosi się i opada w nieprzewidywalnym rytmie. Może chodzę w kółko? Sama nie wiem. Kiedy mogę, wybieram drogę w dół, choć nigdy nie ciągnie się tak długo, jak życzyłyby sobie moje odrętwiałe nogi.
Przez ryk zamieci przebija się nowy dźwięk. Mój mózg jest tak otępiały, że rejestruje go dopiero po chwili. Unoszę głowę. Wysuszone usta bolą, oczy pieką. Przed sobą nie widzę niczego prócz śnieżystej białej pustki. Staję i wytężam słuch, spazmatycznie łapiąc powietrze.
Dźwięk rozlega się ponownie. Wyraźniejszy i wyższy od wiatru. Ludzki. To gwizdek.
Tym razem nie muszę nakłaniać nóg do wysiłku. Plącząc się, niosą mnie na oślep przed siebie. Nawet gdybym szła w stronę kolejnego urwiska, nic bym nie zauważyła. Ale gwizd jest coraz wyraźniejszy, a ja, prócz nieprzytomnego pragnienia, żeby dotrzeć do jego źródła, mam w głowie całkowitą pustkę.
Kątem oka widzę ciemne sylwetki, które to pojawiają się, to znikają. Sosny. Więcej niż przedtem. Rosną w nieregularnych kępach, powykręcane pod niewygodnymi kątami, czepiają się korzeniami cienkiej warstewki gleby, jakby na złość otoczeniu, w którym się znalazły.
A za nimi, w oddali, ciemniejszy i szerszy kształt. Przez chwilę wygląda jak następna skalna ściana wyrastająca z ziemi, ale zaraz uświadamiam sobie, że jest zbyt wyraźny, zbyt prosty. To budynek.
A w środku pali się światło.
SZEŚĆ GODZIN WCZEŚNIEJ
Hotel Blackstone Alpine Lodge.
Normalnie byłby nieczynny. Pogoda o tej porze roku jest zbyt surowa, drogi zbyt zawodne, żeby wozić gości tam i z powrotem.
Będziemy mieli cały budynek dla siebie.
Prywatny autokar kołysze się niepokojąco na wąskiej drodze. Zaciskam palce na broszurce, którą trzymam na kolanach. Zdjęcie na pierwszej stronie ukazuje śliczny stary budynek z kamienia wykończony drewnem. Jest ogromny. Nie wygląda jak górska chata, bardziej jak rezydencja. W szczycie sezonu pewnie mieści ze dwie setki gości. Drobnym druczkiem opisano widok na jezioro, trasy narciarskie oraz jelenie i kozice, które pojawiają się w okolicy. Opisy są przeplatane zdjęciami śniegowych czap na sosnach oraz łóżek z ciemnoczerwonymi narzutami.
Obok mnie Kiernan usiłuje powściągnąć swoją energię. Krzątał się od samego rana. Pakował nasze bagaże, pilnował przestrzegania harmonogramu podróży, pomagał przewodnikowi ładować torby do autokaru. Musiał zauważyć, że ściskam tę broszurkę trochę za mocno. Jego dłoń pełznie w moją stronę i bardzo delikatnie gładzi grzbiet mojej. Podoba mi się, że robi tak za każdym razem – nie żąda, tylko pyta, czy może wziąć mnie za rękę.
W odpowiedzi rozkładam palce i gdy Kiernan splata swoją dłoń z moją, niepokój trochę odpuszcza.
Kiedy go poznałam, myślałam, że chyba mnie przerasta. Miał w sobie tyle radości, entuzjazmu do życia, był taki promienny, świeży i nieskalany.
A ja…
Ja byłam wrakiem. Nie umiem tego inaczej ująć. Każdy dzień był walką o prawo do szczęścia, a ja tę walkę najczęściej przegrywałam. To, co Kiernanowi dodawało energii, mnie wykańczało – szykowanie śniadania, wyjście po zakupy, wybieranie filmu. Dla Kiernana nawet prozaiczne rzeczy stanowiły okazję do odkrycia czegoś nowego i dobrego. Dla mnie były przeszkodami, o które obijałam sobie piszczele za każdym razem, kiedy nie udawało mi się ich przeskoczyć.
Kciuk Kiernana głaszcze mój. Przypomina: oddychaj. Spokojnie.
Próbuję.
Od dawna nikomu nie ufałam, ale wbrew zdrowemu rozsądkowi zaczynam ufać jemu.
To on zaplanował tę wycieczkę. Dorastał w jednym z małych miasteczek u stóp górskiego łańcucha i opowiadał mi o latach, które spędził na przemierzaniu urwistych skał i smaganych wiatrem zagajników. Można powiedzieć, że ten krajobraz wrósł w jego duszę. A Kiernan chce się nim ze mną podzielić.
Nie wiem czemu, ale ten wyjazd zdaje się ważniejszy od zwyczajnych wakacji. Jakby był dla nas następnym krokiem. Cztery miesiące – powinno być o wiele za wcześnie na oświadczyny. Moje przyjaciółki, te nieliczne, z którymi nadal jestem w kontakcie, kazałyby mi zwolnić. Ale Kiernan opowiadał o tej wycieczce w szczególny sposób – jego uśmiech zdradzał nerwowe podniecenie, w oczach miał błysk determinacji – więc pomyślałam, że może się nie mylę.
Autokar to czarter z pluszowymi, dosyć czystymi siedzeniami i wielkimi oknami. Zajęta jest mniej niż połowa miejsc. Kiernan i ja siedzimy z tyłu, więc mogę obserwować naszych towarzyszy. Jest ich w sumie ośmioro. Dziewięcioro, jeśli liczyć Briana – kierowcę i koordynatora.
Kiernan wybrał ten wyjazd specjalnie po to, żeby uniknąć tłumów. Znalazł prywatną wycieczkę z zaledwie kilkorgiem uczestników oprócz nas. Spędzimy dwa tygodnie w Blackstone Alpine Lodge niemal bezstresowo. A przynajmniej taki jest plan.
Z tego, co widzę, stanowimy różnorodną zbieraninę. Tuż przed nami siedzi para starszych ludzi i cicho rozmawia. Po prawej młoda blondynka o bladej cerze i surowych rysach opiera się o szybę, spoglądając na przemykający za oknem skalisty krajobraz. Dwa rzędy przed nią miejsce zajmuje mężczyzna z włosami podgolonymi tak precyzyjnie, że musiał to zrobić profesjonalista.
Bliżej czoła autokaru siedzi w milczeniu dwóch mężczyzn – jeden stary, a drugi może ze dwa lata młodszy ode mnie. Ojciec i syn, jak przypuszczam. A dalej jeszcze dwie kobiety po przeciwnych stronach pojazdu: jedna młoda, z jasnymi włosami do ramion i ciemną opalenizną, zapisująca coś w dzienniku czy notesie, i jedna starsza, blada, z siwymi włosami ostrzyżonymi tak krótko, że sterczą jak kolce.
Kobieta przede mną odwraca się, jakby wyczuła, że taksuję wzrokiem pasażerów. Ma farbowane na brązowo włosy z siwiejącymi odrostami i mierzy mnie przenikliwym spojrzeniem.
– Hmm – mówi. – Masz taką twarz…
Odpowiadam szeptem.
– Słucham? – Taką twarz, której chcesz przyłożyć? Taką twarz, którą z rozkoszą skrytykujesz?
Macha palcem przy swojej twarzy o wyrazistych, grubych rysach. Ma duży nos, kwadratową szczękę i zaczynają jej obwisać policzki.
– Taką twarz, która wydaje się znajoma. Nie byłaś w Luizjanie w ciągu ostatnich lat, prawda?
Udaje mi się zaśmiać, choć moje serce bije odrobinę szybciej, niżbym chciała.
– Nie, nigdy nie byłam. Stamtąd pochodzisz?
– Owszem. Mąż też. Chociaż on sporo podróżuje. Kierowca ciężarówki, no wiesz.
Jej towarzysz się odwraca jak na zawołanie. Mimo chłodu ma na głowie czapkę z daszkiem. Jego siwy zarost jest przycięty a la Van Dyke – pasek włosów otaczający usta i znikający pod brodą. Słyszałam, że małżeństwa, które są razem odpowiednio długo, czasem zaczynają się do siebie upodabniać i teraz na własne oczy widzę potwierdzenie tej teorii. Ich twarze mają podobny kwadratowy kształt, skóra pod oczami jest napuchnięta, a wokół nosów rozlewają się plamy trądziku różowatego.
– Steve – rzuca mąż-kierowca ciężarówki i wystawia dłoń za oparcie swojego fotela. Kiernan szybko wkracza i ściska ją w moim imieniu, za co jestem mu wdzięczna. – A moja żona to Miri – ciągnie Steve. – Kiedy usłyszeliśmy o tej wycieczce, pomyślałem, że będę mógł zapolować. Zabrać do domu dziesiątaka. Ale nie pozwolili mi wziąć strzelby.
– O tej porze roku pewnie i tak nie ma w okolicy za wiele jeleni – wtrąca Kiernan. Jest miły, ale wiem, że nie lubi polowania dla sportu. – A jezioro pewnie będzie zamarznięte, więc z łowienia ryb też nici.
Steve wydaje z siebie jęk rozczarowania i kiedy się odwraca, widzę, że ma na sobie kamizelkę. Z wyhaftowaną na plecach wielką rybą wyskakującą z wody. Ryba ma w pysku haczyk, od którego odchodzi żyłka wijąca się w stronę odległego wędkarza. Wiadomość o jeziorze musiał odczuć wyjątkowo boleśnie.
– Znajdziesz sobie zajęcie – mówi Miri ciepło, ale niezbyt współczująco. Puszcza do mnie oko. – To nasze pierwsze porządne wakacje od prawie dziesięciu lat. Musimy jakoś rozruszać to małżeństwo, w taki czy inny sposób.
Parskam śmiechem, ale czuję się niezręcznie, choć nie umiałabym wyjaśnić dlaczego. Miri i Steve wydają się życzliwi, ale jeżą mi się włoski na rękach.
Coś się zmienia w nachyleniu i kołysaniu autokaru. Zwalnia z rykiem silnika. Wyciągam szyję, żeby spojrzeć nad siedzeniami.
Przez przednią szybę widzę fragment drogi. Leży na niej coś ciemnego i dużego.
– Kłopoty? – pyta męski głos, ale wszyscy są plecami do mnie, więc nie wiem, kto się odezwał.
– Możliwe. Pójdę sprawdzić.
Podoba mi się Brian, przewodnik wycieczki. Jest pogodny, niemal beztroski, ale w niewymuszony sposób. Kiedy sprawdzał w autokarze listę obecności przed odjazdem, przypominał mi trochę Kiernana: nie tylko z sylwetki – wysokiej i raczej szczupłej – ale też z zachowania. Jakby ten wyjazd był dla niego taką samą przygodą jak dla nas.
– Zaczekajcie chwilę – rzuca Brian. Wysiada z autokaru i zamyka za sobą drzwi.
Kiernan wychyla się zza siedzenia.
– Niemożliwe, żebyśmy już dojechali do hotelu, prawda?
– No. – Steve, siedzący przed nami typ z rybą wyhaftowaną na kamizelce, przysunął się tak blisko do okna, że para z jego oddechu osadza się na szybie. – Wygląda na zwalone drzewo.
Inni pasażerowie autobusu zaczynają wstawać.
– Czyli co? – pyta kobieta z krótkimi, siwymi włosami. – Będziemy musieli zawrócić?
Skrzypią otwierane drzwi autokaru i do środka wskakuje Brian. Wciąż się uśmiecha, ale na twarzy ma plamy od ukąszeń lodowatego powietrza.
– Okej, najnowsze wieści. Na drogę runęła sosna.
– Nie damy rady przejechać? – pyta Miri. – Nie mów, że odwołujemy wycieczkę.
– Absolutnie nie. – Brian podkreśla swoje słowa klaśnięciem. – Mam piłę łańcuchową i pojemniki z paliwem specjalnie na taką okazję. Pocięcie tego drzewa zajmie jakiś czas, ale uwiniemy się szybciej, jeśli będę mógł liczyć na ochotników do pomocy.
Starszy mężczyzna z przodu wstaje pierwszy. Jest potężny, ma spokojnie ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu i potargane siwe włosy sięgające ramion. Kiedy się porusza, kurtka napina mu się na plecach. Siedzący obok nastolatek wyraźnie próbuje omijać go wzrokiem, ale starszy mężczyzna stuka go w ramię – nie agresywnie, ale i nie łagodnie – więc młody wzrusza ramionami i też wstaje.
– Mam kłopoty z kręgosłupem – wyjaśnia pani z nastroszonymi siwymi włosami, natomiast facet z podgoloną głową zrywa się, żeby iść z Brianem.
Steve prycha i poklepuje Miri po nodze.
– Czas, żeby mężczyźni zabrali się do roboty.
Obok mnie Kiernan sięga po kurtkę.
– Ty możesz tu zostać – szepce do mnie. – Odpocznij trochę.
– Nie, pójdę. – Po całym dniu siedzenia właściwie nie mogę się doczekać, żeby się trochę rozciągnąć. Poza tym ocieplenie autokaru nie zostało zaprojektowane z myślą o śniegu. Przy wyłączonym silniku do środka już zaczyna przenikać zimno. Kiernan z zadowoloną miną czeka, aż wydostanę swoją kurtkę i szalik z górnego schowka na bagaże.
Wysypujemy się z autokaru i widzę, że nikt nie zostaje w środku. Nawet siwa pani z chorym kręgosłupem nie chciała być tam sama.
Opływa mnie lodowate powietrze, więc szybko zapinam kurtkę. Idący za mną Kiernan wręcza mi parę wełnianych rękawic, jedną z kilku, które zapakowałam, a ja z wdzięcznością je zakładam.
Niebo, które wczesnym rankiem było względnie czyste i błękitne, teraz przybrało kolor ponurej plamistej szarości. Góry są piękne. Poszarpane szczyty ciągną się na setki kilometrów w każdą stronę. Teraz ledwo je widać, bo chmury kłębią się jak wzburzony ocean wiszący nam nad głowami, a ja zerkam na Kiernana, żeby mnie uspokoił i zapewnił, że nie złapie nas burza. Ale jego uwagę pochłania przeszkoda na drodze, więc idę za nim, kuląc ramiona, żeby podciągnąć kurtkę wyżej i zasłonić szyję.
Po obu stronach drogi rosną drzewa. Niezbyt gęsto, ale jest ich tyle, że ograniczają widoczność. Jedno z nich – o pniu grubszym od męskiego torsu – runęło na drogę. Zielone na czubkach gałęzie poodłamywały się i rozsypały dookoła niego jak aureola.
– Wygląda to źle, ale damy radę je usunąć, żaden problem – zapewnia Brian, idąc bokiem, żeby móc z nami rozmawiać mimo świszczącego wiatru. – Jeśli się przyłożymy, możemy być na miejscu przed kolacją. I niech pani uważa na plecy, dobrze, proszę pani?
– Jestem Blake – odpowiada kobieta, ale kaptur obszyty futrem zakrywa jej usta i tłumi słowa. Na sterczące siwe włosy naciągnęła czapkę. Jest niska i korpulentna i wyraźnie nie ma zamiaru się zbliżać do drzewa. Nieopodal Miri odchodzi na bok, wytrząsa z kieszeni paczkę papierosów i zapala jednego.
– Potnę drzewo na kawałki – ciągnie Brian. – Jeśli znajdzie się paru ochotników, czeka nas około godziny pracy, może półtorej. Jeśli ktoś nie ma nastroju na dźwiganie drewna, może zostać w autokarze albo skorzystać z okazji i się trochę rozejrzeć, nacieszyć pierwszym dniem w górach. Tylko nie odchodźcie daleko. Mam ubezpieczenie dla wszystkich, ale wolałbym nie musieć z niego skorzystać.
Zimny wiatr dmucha mi w plecy. Oglądam się przez ramię. Mam wrażenie, że przez te kilka minut, które spędziliśmy na zewnątrz, chmury zgęstniały i pociemniały.
Kiernan nie patrzy na skały, tylko na wznoszące się zbocze góry naprzeciwko.
– Co powiesz na spacer?
Uśmiecham się. Urodził się niedaleko tych górskich grzbietów, pewnie nie dalej niż kilkaset kilometrów stąd. Takie tereny pewnie są dla niego jak drugi dom.
– Okej.
– Widzę przerwę między tymi skałami, o tam, wyżej. – Jest coraz bardziej ożywiony. Bierze mnie za rękę i szczerzy zęby w entuzjastycznym uśmiechu. – To znaczy, że w okolicy powinien być dobry punkt widokowy. Chcesz go poszukać?
Kilkoro innych gości już się oddala od autokaru. Większość idzie drogą i albo przestępuje nad drzewem, żeby rozejrzeć się kawałek dalej, albo odchodzi na bok, przyglądając się bliżej roślinom, z rękami w kieszeniach, kuląc się w zimnych podmuchach.
– Brzmi fajnie. – To był długi dzień, spędzony w całości z obcymi ludźmi w autokarze. Myśl o godzinie ciszy i spokoju, zwłaszcza w towarzystwie Kiernana, jest niezwykle kusząca.
– Brian! – woła Kiernan. – Idziemy sprawdzić, czy jest tu gdzieś widok na góry. Będziemy się streszczać.
– Jasne, żaden problem, tylko nie odchodźcie za daleko.
– Okej? – pyta mnie Kiernan, zaciskając ciepłą dłoń na mojej dłoni.
Odpowiadam „Okej” i staram się nie zadrżeć, kiedy pierwszy płatek śniegu ląduje na moim policzku.
Kiernan zazwyczaj chodzi szybko, ale teraz cierpliwie zwalnia, kiedy potykam się o ukryte pod śniegiem gałęzie i kamienie. Trudno powiedzieć, czy wciąż idziemy ścieżką, czy już wędrujemy na dziko. Nie jestem zachwycona, że odeszliśmy tak daleko od autobusu. Ale Kiernan zawsze miał dobry zmysł orientacji, więc pozwalam mu prowadzić, bo sama zaczynam się gubić.
– Powinno być już niedaleko – mówi zdyszany i się uśmiecha. – Patrz, przejaśnia się!
Nie widzę żadnego przejaśnienia. Tylko gęstniejące, ciemniejące chmury, skłębione i wiszące coraz niżej wokół nas. Płatki śniegu opadają coraz szybciej i jest ich coraz więcej. Żałuję, że nie zabrałam grubszej kurtki. Nawet szalik Kiernana wydaje się mizerną osłoną w nasilającym się wietrze.
Jak długo już idziemy? Zerkam za siebie. Zbocze jest usiane ostrymi skałami i drzewami. Już prawie nie widać ścieżki, którą ruszyliśmy. Brian powiedział, że autokar będzie gotowy do odjazdu za godzinę. Jeśli pogoda się pogarsza… jeśli autokarowi grozi unieruchomienie w śniegu… jak długo mogliby na nas czekać?
– Kiernan…
Milknę. Ogląda się na mnie, a w oczach ma tyle czułości, że pęka mi serce.
– Wszystko w porządku? Wytrzymasz jeszcze trochę na tym zimnie? Chcę znaleźć idealną miejscówkę. Chcę pokazać ci coś pięknego.
Niewiele mogę zrobić, więc tylko przytakuję. Kiernan sięga po moją rękę i razem wchodzimy coraz głębiej w biały bezkres.
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji
