Mara - Małgorzata Kuźmińska, Michał Kuźmiński - ebook

98 osób właśnie czyta

Opis

Zatuszowane zabójstwo. Wyparta wojenna przeszłość. I szkielet pod twoim domem.

Dąbrowa Tarnowska. Przed wojną połowę jej mieszkańców stanowili Żydzi. To tu, do pustego rodzinnego domu wraca dziennikarz po przejściach Sebastian Strzygoń, szukając równowagi. Ale nic z tego – w sadzie jego dziadków budowlańcy odkopują szkielet.

Czy, jak podejrzewa doktor Anna Serafin, są to kości ofiary Judenjagd – polowania na ukrywających się w czasie wojny Żydów? Równocześnie śmiertelny wypadek na peryferiach Dąbrowy okazuje się zabójstwem. A na synagodze i grobie ofiary pojawiają się antysemickie graffiti.

Bastian mierzy się z przeszłością miasteczka i własnej rodziny. Ale jak dotrzeć do prawdy, gdy świadkowie wydarzeń nic nie pamiętają, nic nie wiedzą? Albo tylko tak twierdzą? Czy można żądać wyjaśnień, gdy to pod twoim domem leży szkielet? Czy da się żyć pod jednym dachem z marą?

I czy to pytanie tylko do Bastiana?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 583

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Zapraszamy na www.publicat.pl
Projekt okładki TOMASZ MAJEWSKI
Zdjęcia na okładce© CSA Images/ Getty Images © munandme/ Getty Images
Koordynacja projektuNATALIA STECKA
RedakcjaIWONA GAWRYŚ
KorektaBOGUSŁAWA OTFINOWSKA
Redakcja technicznaKRZYSZTOF CHODOROWSKI
Polish edition © Publicat S.A., Małgorzata Fugiel-Kuźmińska i Michał Kuźmiński MMXIX (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
All rights reserved.
ISBN 978-83-271-5909-0
Konwersja: eLitera s.c.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: [email protected]

Dąbrowa nie jest innym, lepszym miastem od innych!

Są w niej tak samo różni ludzie jak wszędzie, tak samo dobrzy i niedobrzy,

zazdrośni i litościwi, biedni i zamożniejsi, szczęśliwi i nieszczęśliwi.

Więc po cóż sobie wmawiać, że zanim zdążą coś złego zrobić, cud się stanie.

(Z pamiętnika dwunastoletniej Melanii Weissenberg,

Dąbrowa Tarnowska, 16 sierpnia 1942 roku)

I

Dąbrowa Tarnowska-Ruda,

sierpień 1943 roku

Coś nie dawało mu spać. Dziecko też poruszyło się na posłaniu, zakwiliło niespokojnie. Wojenne dziecko, czujne jak ptak na gałęzi. Tylko ona się nie obudziła, spała ciężkim snem z koszulą nocną pozwijaną wokół kolan, z zaciśniętymi udami, pięściami kurczowo zasłaniając piersi. Światło księżyca sączyło się przez okno. Maryja ze świętego obrazu patrzyła poważnie, z izby obok dochodziło chrapanie matki. Strach przegnał sen, szarpnął skurczem za żołądek. To mogło być wszystko. Bandyci. Pożar. Oni.

Bezgłośnie usiadł na posłaniu, wstał, naciągnął koszulę i portki. Spojrzał na żonę, zamarł w pół gestu, jakby chciał jej dotknąć, ale cofnął rękę. Niech śpi. Może to tylko wiatr. Straż nocna na patrolu. Skradający się do kurnika lis.

Przemknął przez sień, sięgnął po siekierę. Możliwe, że to lis, ale nie ufał już nawet swoim zmysłom.

Wyszedł na podwórze i nasłuchiwał. Samotna kępa drzew kołysała się na horyzoncie, odcinając się od nieba rozjaśnionego zimnym światłem księżyca. Chłód przyniósł ulgę po gorącym dniu. Było cicho. Bardzo cicho. Może mu się wydawało. A może znowu przyśnił mu się ten krzyk, który niósł się wtedy po polach jak pogłos burzy. Rozkazy w języku ostrym jak smagnięcie bykowcem i skargi w języku tak podobnym, a tak różnym. Ludzie chodzili patrzeć, jak klęczą do wysiedlenia. On też poszedł i chyba na zawsze ten jęk zostanie mu w uszach.

Puszczyk. Przytłumiony kwik z chlewika, gdzie spał ich największy skarb i źródło zagrożenia – maciora żywicielka. Wiedzieli, co grozi za nielegalny ubój, ale grzecznie oddawali kontyngent i żaden żandarm nigdy nie pofatygował się do nich, by liczyć prosiaki. Żyli z tego, co wyrosło, do tego wygłodniałe miasto ściągało na wieś, płacąc za każde pęto kiełbasy i worek kaszy żywą gotówką. Dziecko chowało się dobrze. Tylko on w nocy nie mógł spać.

Czy mu się wydawało, czy wrota do stodoły były uchylone? Dałby sobie rękę uciąć, że zamykał je na łańcuch, który teraz zwisał smętnie. Zdało mu się, że jeszcze się kołysał.

Lis by sam sobie nie otworzył. Mocniej ścisnął trzonek siekiery.

Na sztywnych nogach zbliżył się do stodoły, zajrzał. Chwilę trwało, zanim wzrok przyzwyczaił się do ciemności, zanim w sączącym się między deskami świetle księżyca zaczął rozpoznawać kształty. Nic się nie poruszyło. Chwycił grabie, szturchnął siano. Nic. Tylko mysz śmignęła mu między nogami.

„Duchy”, sapnął. Przemykają cienie po miedzach. Czasem coś z pola ginie: główka kapusty, parę marchewek, kalarepa. Czasem kura. W lesie ktoś widział dym. Lisy raczej nie palą ognisk.

Zamknął ostrożnie wrota stodoły. Stanął na środku podwórza, próbując dostrzec ruch. Wychwycić dźwięk. Coś ucięło go w szyję, klepnął się w kark, poczuł na dłoni coś ciepłego. Zaklął, podniósł rękę do oczu, wytarł w spodnie.

„Sen mara, Bóg wiara”, mruknął do siebie.

Skrzypnięcie drzwi zabrzmiało w ciszy jak wybuch. Nalał do miski mleka, sięgnął po kromkę chleba. Duchy, cienie, lisy, myszy. Wszystko to boże stworzenia. Zostawił miskę za wrotami stodoły, tym razem ich nie zamykając.

Siekierę odłożył w sieni i wrócił do łóżka. Gdy zasypiał, miał wrażenie, że Maryja z obrazu uśmiechnęła się do niego smutno.

W blasku księżyca zalśnił miecz przebijający jej gorejące serce.

.

Dąbrowa Tarnowska-Ruda,

sierpień 1988 roku

Chłopiec stał w sieni i nie mógł się zdecydować. Jasny pokój z rozsypanymi na podłodze klockami kusił zabawą w kręgu mlecznego światła lampy. Ale mrok za drzwiami też wzywał.

Mężczyzna wyszedł z kuchni i zastygł z papierosem w ustach, patrząc na chłopca.

– Co tam?

– Dziadziu, bo ja... – Chłopiec nabrał powietrza i zaczął nawijać na palec brzeg sweterka. – Bo ja się bawiłem w sadzie, to znaczy budowałem na Marsie stację kosmiczną jak w Gwiezdnych wojnach, koparką, a potem babcia zawołała mnie na racuchy, i ja zjadłem te racuchy, ale zrobiło się ciemno i jak wróciłem do bazy, to się okazało, że moi kosmonauci zostawili na Marsie koparkę, i ona tam leży, i ja teraz nie wiem, bo mógłbym pójść, ale...

– Boisz się sam lecieć na Marsa? – zapytał dziadek.

– No niby nie, bo w kosmosie to ja się nie boję, tam jest zawsze ciemno i Han Solo się nie boi, ale w sadzie... – Chłopiec zawiesił głos i rzucił błagalne spojrzenie.

– To chodź, mały.

Mężczyzna wziął go na ręce. Chłopca owionął zapach tytoniu, potu i wsi, ni to mleka, ni to ziemi, ni to zwierząt. Poczuł dotyk szorstkiego, pokrytego krótką siwą szczeciną policzka, chropowatych, żylastych dłoni, grubego materiału koszuli, mocny uścisk spracowanych ramion. Zesztywniał i wywinął się jak piskorz. Mężczyzna spoważniał, postawił chłopca na ziemi i chwycił za rękę, zabrał z półki płaską latarkę. Wyszli w parny wieczór.

– Nie, ja się wcale nie boję kosmosu – opowiadał dalej chłopiec, ściskając kurczowo dłoń dziadka, gdy szli w stronę sadu. – Ale tutaj mogą być wampiry. No i tu jest las, to mogą być wilkołaki albo czarownica, albo upiór jak w „Scooby-Doo”, mnie to się śnią czasem takie straszne rzeczy, mumie albo duchy...

– Sen mara, Bóg wiara – mruknął dziadek.

Chłopiec ciągnął go pod czereśnię. Szli coraz wolniej, przed nimi pełzł snop światła. Aż wreszcie stanęli kilka kroków od drzewa.

– Przypatrz się, jest twoja koparka, idże po nią.

Chłopiec ostrożnie puścił dłoń dziadka. Zrobił kilka kroków w trawę, z której podnosiła się pachnąca owocami wilgoć. Odwrócił się. Dziadek stał na tle wieczornego nieba, patrzył gdzieś w przestrzeń, w stronę kępy drzew podświetlonej ginącym za horyzontem światłem zmierzchu. Przez światło latarki chłopiec nie widział jego twarzy, tylko zarys gestu, jakby dziadek żegnał się znakiem krzyża albo może odganiał gza.

Rozejrzał się, podniósł koparkę i otrzepał ją z ziemi. Przytulił zabawkę do piersi, puścił się pędem i przypadł do kolan mężczyzny.

– Widzisz, dziadku? Wcale że się nie bałem! – zawołał. – A tam mogły być wampiry! Albo wilkołaki! Albo...

– Bać to się trza tylko ludzi – przerwał mu dziadek. Ruszyli w stronę domu, przyzywającego chrypiącym głosem radia, pachnącego racuchami z jabłkiem, rozświetlonego mlecznym światłem lampy. Chłopiec opuścił głowę, musiał patrzeć pod nogi, żeby się nie potknąć. Próbował nadążyć za dziadkiem, który trzymał jego rękę w wilgotnym uścisku.

Dziwne. Niby dziadek niczego się nie boi, a ucieka do domu, jakby go coś goniło.

.

Aż dotąd pomagał mi zdumiewający dar zapominania.

Albert Camus, Upadek

(przeł. Joanna Guze)

ROZDZIAŁ 1

Bastian wyszedł przed dom i otworzył bramę. Ogrodzenie było gotowe, brakowało tylko dzikiego wina, żeby sąsiedzi nie zaglądali. Wszystkich nagle zaczęło interesować, co się dzieje na podwórku – a działo się dużo, bo remont szedł pełną parą. Bastian czekał, aż ktoś przyniesie sobie popcorn i leżak. Inna sprawa, że dokładnie tak Dąbrowę Tarnowską zapamiętał: sąsiedzi u płotu, zioranie przez bramę, kontrolny rzut oka każdego, kto przechodził poboczem albo jechał na rowerze.

Czarny motor zatrzymał się na skraju pokrytego piaskiem podjazdu. Dalej rozciągało się rozjeżdżone gąsienicami maszyn budowlanych podwórze.

– Cześć, gdzie zgubiłeś Ankę? – zapytał Bastian, patrząc na puste siodełko za plecami motocyklisty, gdy ten zdjął kask i kiwnął mu głową na powitanie.

– Jedzie. – Gerard przeczesał palcami płowe włosy i odruchowo poklepał się po kieszeniach kurtki. Wygrzebał paczkę gum do żucia, wsunął jedną w usta.

– O, zdała? Za którym razem?

– Nie pytaj. Drażliwy temat. To twoje? – Gerard wskazał podbródkiem na dom.

– Nie, teraz już siostry – odpowiedział dziennikarz. – Robię tu za ciecia, póki ona siedzi w Stanach. Chcesz zobaczyć?

Ruszyli w głąb podwórka. Mały wiejski dom z cegły, ale odnowiony zgodnie z najnowszą modą z pisemek o dizajnie. W kolorystyce szarość i czerwień. Okiennice ze szczotkowanego drewna, blaszany gont na dachu. Grunt wokół domu był już splantowany, ziemia przygotowana do wysiania trawy i zasadzenia roślin.

Spojrzenie Gerarda prześlizgnęło się bez entuzjazmu po domu i powędrowało ku zabudowaniom. Przystanął, zmrużył oczy. Porośnięty gdzieniegdzie mchem dach zapadał się nieco pośrodku, ale harde deski ścian sugerowały, że budynek jeszcze chce tu postać. Gerard podszedł do wrót i uchylił je na tyle, na ile pozwalał łańcuch. Z wydeptanego klepiska podniósł się obłoczek pyłu, z wnętrza buchnęło gorącem. Zapachniało starym drewnem, słomą i kurzem – wonią, której nie da się z niczym pomylić.

– A to? – zapytał.

– Stodoła. – Bastian wzruszył ramionami. – Jeszcze nie wiem, co Bella z nią zrobi, pewnie rozwali, bo ta ruina trochę straszy.

– Nie! – zaprotestował gwałtownie Gerard. – To jest warte więcej niż wszystko, co do tej pory wpakowaliście w dom. Bezcenne!

Bastian wytrzeszczył oczy i też podszedł do wrót stodoły. Gerard pogładził czule drewno wierzchem dłoni.

– Te deski mają ze sto lat. Wysezonowane na amen. – Przebiegł palcami wzdłuż ostrych rysów słojów. Wciągnął zapach starego drewna, aż zadrgały mu nozdrza. – Piękne.

Bastian też przesunął palcem po chropowatej powierzchni. Skóra zamrowiła, jakby popieścił go prąd. Przypomniały mu się drzazgi, które wbiły mu się kiedyś pod paznokcie.

– Ostatnio szukaliśmy z ojcem takiego drewna na elewację do jednej realizacji – mówił dalej Gerard. – Zapłaciliśmy majątek.

Bastian kopnął lekko w drzwi i odwrócił się na pięcie. Znowu się jej udało. Spłaciła wszystkich jakimiś groszami, a okazuje się, że już jest do przodu. Bella zawsze miała szczęście. Kupowała kota w worku i okazywało się, że w środku jest złoto. Kiedy on kupował kota w worku, w najlepszym wypadku był tam kot.

Jak to się w ogóle stało? Odkąd tu przyjechał, wciąż zadawał sobie to pytanie. Babcia Aniela odeszła pierwsza, gdy Bastian – późne dziecko swoich rodziców – był w liceum. Dziadek Adam żył potem już jakby z rozpędu. Bastian, który przez ten czas odwiedził go może dwa razy, patrzył w jego kościstą twarz obciągniętą pomarszczoną skórą, cienką, niemal półprzezroczystą, jakby patrzył na wygasły lampion, zażenowany tym, że on, kuglarz słów, nie ma pojęcia, co powiedzieć.

Kiedy skończył te naście lat, zaczął się buntować, że tu nuda i śmierdzi, wielkomiejski bon vivant w najmodniejszych ciuchach już od szkoły średniej. Ale dopiero po śmierci babci i wylewie dziadka zorientował się, że miejsce jego dziecięcych zabaw nie jest już ani trochę zabawne. Nie mógł znieść tej myśli.

Dziadek dożył osiemdziesięciu dwóch lat i zmarł, gdy Bastian był na studiach. Dom Anieli i Adama Świątków z gospodarstwem, sadem i kawałkiem pola ostatecznie oddryfował z jego orbity. Mieszkał tam wuj Marian, który coraz częściej utyskiwał, że już nie ma zdrowia do biegania po obejściu i że chętnie przeniósłby się do kawalerki, bo jak tu mieszkać w takim domu. Aż wreszcie w zeszłym roku zwichnął staw biodrowy i kwestia przeprowadzki do miasta stała się paląca.

Familia zastygła w zamyśleniu, co robić – bo trzeba zachować, ale nie zmarnować. Tylko Bella się nie zastanawiała. Krótka peregrynacja po rodzinie, propozycja prosto z mostu, konkretnie, notarialnie, przelewem. Wuj i ciotka zgodzili się od razu. Matka Belli i Bastiana miała opory przed braniem pieniędzy od córki, która przy świątecznym stole wypaliła z powagą, że przecież i tak prędzej czy później je odziedziczy. Bastian obserwował w milczeniu swoją siedem lat starszą siostrę, tę obrotniejszą i na wiele innych sposobów pierwszą, szczerzącą zęby w uśmiechu rekina biznesu. I wybuch wymuszonej wesołości rodziców po tym oświadczeniu.

Wtedy do niego dotarło, że jemu nie należy się nic.

Nie żeby planował rzucić wszystko i wyjechać na wieś. Ale Raport Strzygonia był ciągle pod kreską, przydałby się każdy grosz. W rodzinie jednak o takich rzeczach się nie rozmawia. Chyba że jest się Bellą.

Pomyślał, że nie tylko mu się nie należało – właściwie mu nie zależało. To miejsce zawsze było ledwie pamiętaną wakacyjną scenerią, która dla chłopca z miasta stawała się a to Dzikim Zachodem, a to źródłem zatruć pokarmowych. Ale teraz, gdy cieciował na siostrzanych włościach, przychodziło mu czasem do głowy, że cała ta ziemia przesypała mu się przez palce.

Choć z początku propozycję siostry, by popilnował budowy, gdy ona wyjedzie na trzy miesiące do Stanów, uznał za absurdalną, to stopniowo wydawała mu się coraz lepszym pomysłem. Miałby gdzie mieszkać za darmo, nie musiałby wracać do rodziców ani nic wynajmować. A była to jedna z wielu rzeczy, na które nie starczało mu pieniędzy.

Wrócili z Gerardem na podjazd i zobaczyli, jak od strony miasteczka zbliża się czerwony motor.

– O, jedzie – mruknął Bastian, nagle straciwszy humor.

– Zła jest. – Gerard się skrzywił. Blizna na twarzy, mimo że blada i częściowo niknąca w krótkiej, starannie wypielęgnowanej brodzie, podzieliła jego policzek na dwie połówki.

– Skąd wiesz?

– Patrz, jak trzyma głowę. Ale przynajmniej jedzie szybciej niż pięćdziesiąt, a to już postęp.

Dziennikarz musiał przyznać, że to robi wrażenie. Zatrzymała basujący lekko motor pośrodku podwórza, oparła się nogami o ziemię i swobodnym ruchem zdjęła kask, a rude włosy rozsypały się jej na ramionach. Miała na sobie skórzaną pomarańczową kurtkę i obcisłe dżinsy, motocyklowe buty i rękawice. Przypomniał ją sobie sprzed kilku lat, gdy nabzdyczona ganiała po Podhalu w długiej spódnicy z indyjskiego sklepu.

Doktor Anna Serafin, pomyślał. No, no.

– Nie tak, Bastian, patrz, już się pali... – Złapała go za rękę i obróciła kolbę kukurydzy, która z jednej strony zrobiła się brązowa.

Wyrwał dłoń i upuścił szczypce. Zaklął. Odskoczyła.

– Wiolka, zajmij się czymś i nie wpieprzaj mi się, okej? – syknął. – Możesz na przykład nakryć. W każdym razie zejdź mi z oczu, dobrze?

Na czole Bastiana perliły się kropelki potu. Odłożył szczypce i wytarł ręce w spodnie.

– Chodź, rozstawimy stół – rzucił Gerard i ujął dziewczynę pod łokieć. Wiolka odwróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie. Anka miała wrażenie, że drżą jej ramiona.

– Co to było, Bastian? – zapytała. – Nie możesz jej tak traktować. Już na pierwszy rzut oka widać, że ona...

– Masz rację, Anka – przerwał jej, wzdychając. – Nie mogę jej tak traktować, bo tylko ona mi została.

Zajął się odwracaniem mięsa na grillu. Anka pomyślała, że rozumie. Jeśli zostałoby powiedziane wprost, że dawna koleżanka z redakcji „Flesza”, a dzisiaj jego prawa ręka w Raporcie Strzygonia kocha się w nim jak nastolatka, to nie mógłby dłużej udawać, że tak nie jest. I musiałby coś z tym zrobić, na co teraz nie miał ani siły, ani pomysłu.

– Myślałam, że walą do ciebie tłumy młodych dziennikarskich orłów – zauważyła. Wydał się wdzięczny za to, że Anka nie chce ciągnąć tematu. – Twój serwis, bo to już nie blog, to przecież zjawisko na tym zabetonowanym rynku medialnym.

– Tak, walą drzwiami i oknami, a potem są zdziwieni, że nie zarobią od razu na własny kwadrat w lofcie i że nie będą pisać słusznej publicystyki o Polsce – prychnął. – Zostają miesiąc, dwa i idą dalej, bo „to nie to, czego się spodziewali”.

– Jesteś sfrustrowany – stwierdziła raczej, niż zapytała Anka.

Nie odezwał się, co zabrzmiało jak potwierdzenie.

– Ale popatrz, ile osiągnąłeś. Zupełnie sam. Nie stoi za tobą żaden duży tytuł, żaden wielki wydawca nie szasta na ciebie pieniędzmi, żaden znajomy nie przewiózł cię na plecach. Możesz mieć własny głos...

– ...którego i tak nikt nie usłyszy – dokończył za nią.

– To co, wolałbyś dalej pracować dla „Flesza” i gonić za sensacją?

– Anka, to ściema, że ludzie chcą być ciągle zaskakiwani. Ludzie oczekują, żeby mówić im to, co chcą usłyszeć. Należy im to uatrakcyjniać, żeby mieli wrażenie, że dostają coś nowego, ale w sprawdzonych, bezpiecznych ramach. Opowiadać tę samą historię, tylko trochę inaczej. Lekko, krótko, za to często. I wszyscy będą zadowoleni.

Obracała w dłoni kieliszek wina, który pocił się w upale.

– Publikowaliśmy reportaże interwencyjne, rzetelne do wyrzygania analizy ekonomiczne, demaskowaliśmy parówkowych skrytożerców w spółkach skarbu państwa, ale wiesz, co się do tej pory najlepiej nosiło? – Zawiesił głos. – Na święta Wiolka zrobiła klikadełko: celebryci składają życzenia swoim pupilom. Pani z telewizji z pieskiem. Trenerka fitness z papugą. Brakowało tylko prezesa z kotem.

– A tekst o Romach z Kamienia? – zapytała.

Tylko machnął ręką.

– No okej, to był ostatni raz, kiedy czułem, że robię coś ważnego. Dobra, zejdźmy ze mnie, pani doktor, koniec tej psychoanalizy – powiedział, wysilając się na lekki ton. – Lepiej mów, co ciebie budzi w nocy i nie daje ci zasnąć.

Anka, zamiast zbyć go banałem o habilitacji, profesorze albo studentach, zamyśliła się, patrząc w ogień. Wyglądała dziewczęco w sukience w kwiatki, z piegami na bladych ramionach i dekolcie, który już zaczynał różowieć od słońca.

– Czasem budzę się w nocy i wyobrażam sobie, że on się zabił. Że wracał ode mnie do Gliwic, był zmęczony albo trafił na jakiegoś idiotę, który nie popatrzył w lusterko. I zastanawiam się, czy zginie na miejscu, czy trzeba go będzie odłączyć od respiratora. Czy jego rodzice będą mnie obwiniać. Co zrobię z jego rzeczami... – Urwała i wypiła łyk wina.

Nie spodziewał się tego. Anka zwykle tak się przed nim nie odsłaniała.

– Ale się wam układa? – spytał. Miał wrażenie, że Gerard się zmienił, nawet wyglądał inaczej: rysy jego twarzy się wyostrzyły, jakby trochę schudł, nie tracąc tężyzny.

– Skończył studia, pracuje u ojca, więc jest ciężko – zaczęła Anka niechętnie. – Nie mamy dla siebie czasu, a kiedy Gert przyjeżdża, jest zmęczony, wściekły albo nakręcony na jakiś projekt. Będzie z niego taki sam pracoholik perfekcjonista jak z Huberta. Po pracy on potrzebuje wyciszenia, uspokojenia, a ja...

– A ty wręcz przeciwnie – dokończył Bastian.

– Wiem, powinnam go wspierać, ale to nie moja walka – westchnęła. – A ja sama też muszę mieć trochę...

– Adrenaliny? – wszedł jej w słowo Bastian. Popatrzyła na niego z wdzięcznością. – Jesteśmy ćpunami, Anka. Oboje jesteśmy uzależnieni.

– Po tej historii z Murzasichla poszłam na terapię, bo wszystkiego się bałam. Cztery razy o mało mnie nie zabili. Ale teraz... Zaczynam za tym tęsknić. Bo wtedy każdy kieliszek wina, każdy pocałunek, każda kromka z masłem smakują inaczej. Słońce mocniej świeci, świat się szybciej obraca. Krew żwawiej krąży.

– Czujesz, że żyjesz – rzucił.

Rozejrzał się. Dom, stodoła i rozgrzebany wykop pod basen z tyłu za ogrodem. Sad, po którym biegał jako dziecko, ślizgając się na zgniłkach. Samotna kępa drzew nad Breńką, która wydawała mu się kiedyś tak oddalona, że sam nigdy nie odważył się tam pójść na przełaj przez pola. Odkąd tu przyjechał, zastanawiał się, czy mógłby tak żyć.

– Nie da się z rollercoastera przesiąść z powrotem na traktor, co nie?

– Gdybyś trafił kiedyś na ciekawą historię... – Uśmiechnęła się nieśmiało. – To pamiętaj o mnie.

– I vice versa. – Sięgnął po puszkę i przepił do niej. – Kto pierwszy obczai działkę, daje znać. Jak ćpun z ćpunem.

– Deal. – Uniosła kieliszek i duszkiem wypiła wino. – A swoją drogą, nigdy się nie zdradzałeś, że masz rodzinę na wsi. Wtedy, w Murzasichlu, sprawiałeś wrażenie, jakbyś pierwszy raz na oczy widział chałupę, stóg siana i owcze bobki. Wstydziłeś się?

– Nie, to nie tak – odpowiedział bez przekonania. – Ja tu jeździłem za dzieciaka, na święta i wakacje. Dawno i nieprawda. Potem już mi się nie chciało, nie moje klimaty, odkleiłem się. A poza tym to są osobiste sprawy, nie z każdym się o tym gada.

– Więc co się zmieniło, że teraz mnie tu zaprosiłeś? – zapytała.

– Jak to co? – Podniósł kufel do ust. – Wszystko.

– Maciek, idże do sklepu. Piwo się skończyło. – Mężczyzna zgniótł puszkę i przewrócił kiełbaskę na drugą stronę. Zaskwierczał na węglach palony tłuszcz.

– Czemu ja?

– Żebyś się do czegoś przydał – sapnął tamten. – Ślipiesz tylko w telewizor i nic nie robisz. Ile ty masz lat? Trzydzieści i siedzisz w domu! Matce nie pomagasz, to przynajmniej skocz po piwo.

Syn skulił się, podrapał po karku. Miał na sobie wytarte dżinsy, sprany podkoszulek wisiał na jego wątłych ramionach jak na manekinie.

– Ty też nie pracujesz – odciął się, chociaż głos mu zadrżał. – I też siedzisz w domu.

– A za czyje pieniądze będziesz dziś żarł?! – Starszy mężczyzna aż poczerwieniał. Szczypcami podniósł z grilla kiełbaskę i podsunął synowi pod nos. Tamten cofnął się, niezgrabnie złapał równowagę. – Nierób jeden. Wstyd przynosisz! Ja przynajmniej kombinuję, mam jakieś plany...

– Niby jakie?

– Nie twój zasrany interes!

– Władek, przestań. – Kobieta postawiła w trawie koszyk i zaczęła wypakowywać na turystyczny stolik chleb, plastikowe talerzyki, słoik z ogórkami. – Jak chcesz, to ja pójdę, tylko daj mu spokój.

Władysław Wężyk już miał coś powiedzieć, ale w jego kieszeni zawibrował telefon. Mężczyzna popatrzył na wyświetlacz. Na czoło wystąpił mu pot. Wężyk wiedział, że czas ucieka, nie trzeba mu było przypominać.

Wtem usłyszał pomruk tuningowanego silnika. Czarne nisko zawieszone stare bmw o przyciemnianych szybach sunęło powoli od strony Dąbrowy wzdłuż ogrodzenia, po którym wspinało się dzikie wino. Obserwował, jak auto znika za węgłem domu. Rozległ się ryk silnika i pisk opon, jakby samochód ruszył z kopyta. Z drogi podniósł się obłoczek pyłu.

– A, odechciało mi się – mruknął.

Bastian odłożył miskę na suszarkę i zrobiło się cicho. Przez otwarte okno słyszał żaby i poświstywanie puszczyka. Brakowało mu nocnych odgłosów miasta. W dzwoniącej w uszach ciszy odruchowo zaczynał mówić szeptem.

Nie lubił zostawać w tym domu sam, wolał, jak po obejściu kręcili się robotnicy, pokrzykiwali do siebie niecenzuralnie albo wołali do niego: „Panie kierowniku!”. Tu zawsze ktoś się krzątał, trzaskały drzwi, dzwoniły garnki, grało radio. Ta cisza była nienaturalna, nie pasowała do tego miejsca. W tej ciszy każdy szelest podnosił mu włoski na przedramionach.

Wiolkę zostawił w ogrodzie, Anka i Gerard gdzieś zniknęli. Znów był sam. Wyszedł na zewnątrz. Upał odpuścił, rześkie powietrze pachniało zielenią i dymiącym jeszcze niemrawo grillem. W świetle księżyca zobaczył, jak Wiolka chwieje się na leżaku. Ramiączko bluzki zsunęło jej się z ramienia, szorty wpijały się w uda. Czknęła, gdy go zobaczyła.

– Chodź do domu. – Wydął wargi. – Nawaliłaś się.

Podał jej rękę, uwiesiła się na nim, tak że o mało się nie przewrócił. Zarzucił sobie jej ramię na plecy, przylgnęła do jego boku, wiotka, ciepła, pachnąca grillem, potem i jabłkami. Mruczała coś, kiedy prowadził ją po schodkach do środka. W półmroku zawahał się i pokierował ją do swojej sypialni. Pomógł jej się położyć, zwaliła się na łóżko, wyciągnęła na wznak, czarne włosy rozsypały się na poduszce. Zdjął jej ze stóp klapki i zarzucił na nią kołdrę.

– Tylko nie zarzygaj mi łóżka – mruknął i zabrał koc.

– Ale gdzie idziesz...? – Nie lubił tego płaczliwego tonu. – Bastian!

Umył zęby i w podkoszulku i bokserkach wyszedł przed dom. Gdzieś z oddali niosło się szczekanie psa. Coś było – w zapachu ziemi, w temperaturze powietrza, w kształcie drzew na horyzoncie. I jeszcze gwiazdy, których w sierpniu migotało tyle, że niebo bielało, przeprute smugą Drogi Mlecznej. Odwrócił się, jakby spodziewał się zobaczyć za sobą rozświetlone okna, pełgający za ciasno utkaną firanką błękitny poblask telewizora i cień zgromadzonych wokół niego głów. Jakby spodziewał się usłyszeć śmiech ciotki Wery, jakby wisząca w drzwiach kolorowa zasłona z koralików miała zaraz poruszyć się i na schodki miał wyjść dziadek. Ale okna były ciemne, drzwi zamknięte, a w środku rozlegało się tylko chrapanie pijanej Wiolki.

Zrobił krok. Tak poszerzał kiedyś swoje granice. Zakładał się sam ze sobą, że wyjdzie poza bezpieczny zasięg trapezów światła z okien, w wilgotny mrok sadu, między poskręcane konary owocowych drzew. Dzisiaj pewnie przeparadował przez podwórko, ominął wykop pod basen i wszedł między drzewa. Patrzył pod nogi, żeby nie wdepnąć w zgniłka, gdy coś smagnęło go w twarz. Zaufał wspomnieniu, w którym gałęzie znajdowały się wyżej.

Miał na to ochotę od początku, ale widocznie dalej siedział w nim chłopiec, który bał się ciemności. Dzisiaj jednak ma pretekst, a noc jest upojnie ciepła.

Kiedy nachylił się nad rozpiętym między jabłonkami hamakiem, znowu zrzedła mu mina. Hamak był zajęty – Anka i Gerard spali w najlepsze. On ledwie się w hamaku mieścił, ona przytulała się do jego boku. Gerard jedną rękę podłożył pod głowę, drugą obejmował Ankę, trzymając dłoń na jej biodrze. Twarz miał spokojną, pogodną, ona też – spomiędzy jej brwi zniknęła zmarszczka, która nadawała jej twarzy sceptyczny wyraz. Anka obejmowała kolanem udo Gerarda, rękę wsunęła pod jego podkoszulek, zwijając dłoń na jego piersi w piąstkę jak mała dziewczynka.

Miałby prawo ich obudzić i wysłać do domu. Pościelił im i naszykował ręczniki. A teraz w jego łóżku śpi Wiolka, a w hamaku oni. Znowu ktoś go ubiegł. Popatrzył na Ankę, sukienka zwijała jej się dookoła kolan.

A może z nią jest tak jak z tym miejscem?

Zawsze wydawało mu się, że nie trzeba by wiele, żeby zaciągnąć ją do łóżka. Wystarczyłaby butelka wina, czekoladki i powtarzanie, jaka jest mądra. Tylko później musiałby albo się z nią ożenić, albo wyemigrować, bo w Krakowie byłoby za mało miejsca dla niego i jej urażonej dumy. Śmiał się w duchu, że facet, który byłby w stanie z nią wytrzymać, to albo święty, albo masochista. I sprawdziło się. Doprawdy, podziwiał ten śląski etos pracy. Mało komu chciałoby się ledwie widzialnymi ruchami, jak na kole garncarskim, wygładzać jej kanty i wydobywać z niej całkiem fajną babkę. W każdym razie nie jemu. Więc zajął się tym Gert.

Anka poruszyła się, znowu przez sen ściągnęła brwi i czar prysł. A do tego miała rozstępy. Przykrył ich kocem, ostrożnie, żeby ich nie obudzić.

Czasem fantazjował, że gdyby wszystkie jego życiowe plany szlag trafił, mógłby tu wrócić. Uprawiać chrzan, czosnek niedźwiedzi albo jabłka na cydr. Zostać wiecznie podchmielonym rolnikiem, do którego przyjeżdżaliby kucharze celebryci, a on opowiadałby im o tym, jak współczesna cywilizacja nie daje człowiekowi szczęścia, więc zdecydował się zostawić medialne targowisko próżności dla życia zgodnie z naturą. Ten plan nigdy nawet nie otarł się o prawdopodobieństwo, bo pomysłów na życie Bastian miał zawsze więcej niż szans na ich urzeczywistnienie. Ale i tak go nie zrealizuje, bo zajęła się tym jego przedsiębiorcza siostra.

Nie rozglądając się, wrócił do domu, położył się na kanapie i zasnął.

Drzwi się otworzyły. W plamie światła stanął mężczyzna w piżamie i podrapał się w pokryty szpakowatym zarostem policzek.

– Kochanie, chodź do łóżka. Jest pierwsza w nocy.

– Muszę jeszcze popracować. – Kobieta opuściła dokument i poprawiła okulary. Siwiejące włosy zebrane miała w ciasny kucyk, drobne zmarszczki wokół oczu i ust nadawały jej twarzy surowy wyraz. – Daj mi godzinę.

Było gorąco, w kącie obracał się wentylator. Lampa na biurku wydobywała z mroku pokój pełen książek na wspinających się aż pod sufit półkach. Część jeszcze nierozpakowanych tomów leżała w kartonach. Potężne biurko, ledwie się mieszczące w świeżo pomalowanym pokoju, pokryte było papierami poukładanymi w zgrabne stosy. Na blacie parował kubek z herbatą.

– Pół godziny – powiedział mężczyzna.

– Czterdzieści pięć minut.

– No dobrze. Co robisz?

– Przeglądam notatki. W poniedziałek ostatnia rozprawa.

Leżący na biurku telefon komórkowy ożył nagle, zawibrował i zaświecił ekranem. Wzięła go w szczupłe palce. Przez jej twarz przebiegł grymas. Rzuciła smartfona na kupkę papierów.

– Co tym razem? – zapytał z westchnieniem mężczyzna.

– Nic nowego. Ty stara kurwo i tak dalej – odparła beznamiętnie.

– Zgłoś to!

– A po co? – Na jej twarzy pojawił się ten uśmiech, który na sali sądowej zwykle zwiastował kłopoty. As z rękawa. Niezbity dowód. – W poniedziałek facet i tak pójdzie siedzieć, a ja się postaram, żeby w pierdlu nie miał dostępu do telefonu i jeszcze kilku innych rzeczy. Nie mam się czym przejmować.

– A ja? – Mężczyzna gwałtownie poczerwieniał. – Ja się przejmuję.

– Ożeniłeś się z prokuratorem. – Wzruszyła ramionami. – Wiedziałeś, co to oznacza. Że nie będę prasować ci koszul. I że czasem będą przychodzić takie SMS-y. 

– Wtedy nie było SMS-ów – burknął. – Myślałem, że z tych przenosin wyjdzie choć tyle dobrego, że będziesz miała więcej spokoju.

Odwrócił się na pięcie i na korytarzu zgasło światło.

– A ja się tego obawiałam – mruknęła do siebie, wracając do notatek.

Coś nie dawało mu spać.

Bastian zamrugał. Lodówka niebieskimi diodami wyświetlała temperaturę. Zalśniły kafelki nad zlewem. Dwa cienie przemknęły przez pokój, stuknęły drzwi sypialni.

Sen mara, Bóg wiara, przypomniało mu się dziadkowe powiedzenie.

Przekręcił się na drugi bok. Resztki wczorajszego alkoholu zachlupotały mu w głowie i w żołądku, poczuł je w oddechu, zapiekły go pod powiekami. Naciągnął koc na głowę i zasnął.

Nie pospał. O świcie zaczął się ptasi koncert, ledwie zdążył się do niego przyzwyczaić, gdy zawyły dwa odpalane motory. Widać Anka i Gerard postanowili go nie budzić. Która jest godzina? – pomyślał, a za tą myślą przypłynęła fala kolejnych: o tekstach do przejrzenia, o kampaniach do zaplanowania, o rachunkach do opłacenia. Odkąd Raport Strzygonia z bloga rozwinął się w trendujący serwis dziennikarskiego kolektywu, Bastian nie miał czasu pisać. Nie miał też pomysłu na temat. I to uczucie było najgorsze.

Wreszcie rozklekotał się i rozdzwonił potężny silnik koparki. Skrzypnięcie, przegazowanie, rytmiczny pisk sygnału cofania. I pohukujące głosy budowlańców. Jasna cholera.

Usiadł na kanapie. Przeciągnął się i podrapał po twarzy. Drzwi do sypialni były zamknięte, widocznie Wiolka pielęgnowała kaca i urazę. Będzie musiał zagonić ją do roboty, sam wszystkiego nie ogarnie. Ale najpierw zrobi jajecznicę z tutejszych jajek, tak starannie umazanych kurzym gównem, jakby nakazywały to unijne przepisy o żywności ekologicznej.

Sięgnął do kastlika po papierosy. Z trudem rozpoznał w nim tamten kastlik, kiedyś cały w naklejkach z samochodami, które zbierał kuzyn Bogdan, gdy mieszkali tu jeszcze z ciotką. Bella znalazła mebel na strychu i oddała go do renowacji. Wyglądał teraz dostojnie – i zupełnie nie tak.

Dziennikarz wsunął stopy w adidasy. Ubrany w podkoszulek i bokserki wyszedł, mrużąc oczy, oparł się o ścianę i zapalił.

Zatrzymał wzrok na koparce stojącej na skraju sadu. Na Marsie, uśmiechnął się. Maszyna zamarła w bezruchu. Łoskot silnika ustał. Dwie postacie w żółtych kamizelkach to zaglądały do dołu, to chodziły wokół masywnej łyżki, unieruchomionej metr nad ziemią. W końcu jeden z robotników odwrócił się, dostrzegł Bastiana, wskazał go drugiemu ręką. I ruszył w jego stronę.

Bastian zdusił papierosa i wyszedł mu naprzeciw.

– Panie kierowniku, trza, żebyś pan coś zobaczył – wydyszał ogorzały budowlaniec. Na jego zwykle misiowato pogodnym obliczu malował się teraz niepokój. Nie oglądając się na dziennikarza, poszedł przodem.

Na miejscu czekał operator koparki. Palił.

– Przypatrzże się pan – zachrypiał, machając w stronę łyżki, a Bastian miał wrażenie, że w jego głosie usłyszał pretensję.

W łyżce leżał czubaty kopiec tłustej, gliniastej ziemi z paroma kamieniami. Z czubka wystawał solidny pręt. Albo rura. Nie. Bastian podszedł bliżej. Nie rura, bo powierzchnia była chropowata, raczej kij. Zakrzywiony na końcu prawie pod kątem prostym i zwieńczony jakby gałką. Laska? Bastian usiłował pojąć, na co patrzy.

Już wiedział, ale jeszcze nie rozumiał. To była dobrze zachowana, choć oblepiona ziemią kość udowa.

Wyciągnął ku niej rękę, cofnął. Obejrzał się na robotników, otworzył usta.

– Ale nie... – zaczął.

Gdzieś tutaj dziadek chował łańcuchowe psy. Duże, groźne, wiejskie burki. Nigdy nie pozwalał mu w tym uczestniczyć, jeszcze wieczorem pies był chory, a rano już go nie było. Zdechł i został zakopany – bo o psach nie mówiło się jak dzisiaj, że umarł i został pogrzebany. Gdzie? Pewnie właśnie tu, daleko od domu, na skraju sadu. Chyba że to kości po świniobiciu.

Dziennikarz złapał wbitą w pryzmę ziemi łopatę i wskoczył do dołu. Glina oblepiła mu adidasy. Przy krawędzi wykopu, między werżniętymi w ziemię na długości przeszło metra śladami zębów łyżki, dostrzegł dwie kolejne burobrązowe kości: cienką i łukowatą, mogącą być żebrem, i niewielką, wystającą z grudy gliny, co absurdalnie skojarzyło mu się z podudziem kurczaka. Zamachnął się łopatą, ale się powstrzymał. Zamiast ją wbić, przegarnął delikatnie ziemię, lekko podważył. Kątem oka dostrzegł, że budowlańcy trzymają się z dala od krawędzi wykopu. Rozkruszył grudy, aż trafił na większy kształt.

Przykucnął. Palcami rozgrzebał kamyki i bryłki gliny.

Z wykopu zapchanymi ziemią oczodołami patrzyła na niego czaszka. Całkowicie ludzka.

ROZDZIAŁ 2

– Jak się czujesz, Bastian?

– Nie wiem.

Wiolka cofnęła dłoń znad jego ramienia. To nie zabrzmiało mile, ale on naprawdę nie wiedział. Dziwnie mu było z tym, że przez cały ten czas one tam leżały.

Ale kości to tylko kości.

Zaśmiał się i zaciągnął głęboko dymem. Doprawdy, trzeba mieć jego szczęście.

To samo powiedział jowialny wąsaty prokurator, który przyjechał wraz z policją po jego telefonie. Kogut – tak się przedstawił, bodajże Zdzisław. Zajrzał do wykopu, cmoknął i pokręcił głową. Przez czas, który Bastianowi zdawał się wiecznością podobną do tej, jaka poprzedza złą diagnozę, naradzał się z technikami. Potem usadowił się na jego krzesełku ogrodowym i zaczął monotonną litanię pytań. Imię, nazwisko, PESEL, do kogo należy posesja, gdzie przebywa teraz siostra, kto był poprzednim właścicielem i od kiedy, miejsce stałego zamieszkania, zawód wykonywany.

– Jestem dziennikarzem.

Urzędnik po raz pierwszy podniósł na niego wzrok.

– Wiedziałem, że kojarzę nazwisko. Czyli trafił pan na temacik z własnego podwórka. – Pokiwał głową, zadowolony z bon motu. – Szczęście pan ma. A może sam pan się o takie atrakcje prosi?

Jak mówiła babcia, gdy wyrwało mu się „do diabła”? „Nie wzywaj diabła, bo do ciebie przyjdzie”.

– Pan też pewnie często trafia na takie atrakcje, panie prokuratorze, prawda? – syknął Bastian, nie wyjmując papierosa z ust. – Taka praca.

Technicy skończyli fotografować, wstawili do wykopu stalową drabinkę i wynurzali się na zmianę, układając na rozpostartym na trawie brezencie kolejne kości, obłupując je z gliny i omiatając z piasku. Grubsze kawałki ziemi rozcierali w palcach, za każdym razem z tym samym skutkiem: nic nie znalazłszy, rutynowym gestem strzepywali pył z lateksowych rękawiczek. Na dnie dołu rozstawili duży prostokątny przetak i rzucali nań każdą skibę ziemi, przesiewając uważnie. Porcja za porcją przelatywały przez oka do ostatniego ziarenka, pozostawiając pustą powierzchnię sita. Wzdłuż policyjnej taśmy przechadzało się dwóch funkcjonariuszy w czapkach z daszkiem.

– Oni nie powinni zrobić najpierw jakiegoś odlewu? – mruknął Bastian. – Wezwać archeologów? Przecież ważny jest chyba układ kości...

Prokurator potrząsnął głową, aż zafalowała mu obwisła grdyka.

– My się znamy na robocie, panie redaktorze. A układ to jużeś pan zepsuł tą koparką. Pan mi lepiej zezna do protokołu, czy ma pan podejrzenia co do pochodzenia tego szkieletu.

– Ja? – żachnął się dziennikarz. – Skąd?!

– Nikt w rodzinie nic nie opowiadał? Nie podsłuchał pan nigdy żadnych mrożących krew w żyłach historii?

Bastian pokręcił głową i zapalił kolejnego papierosa. Na podjazd wjechał następny radiowóz. Od strony pasażera wysiadł łysawy mężczyzna w średnim wieku z czarnym kuferkiem ze skóry.

– O, przyjechał pan doktor. – Prokurator podniósł się z krzesła i poszedł przywitać się z lekarzem. Bastian przyglądał się z dala, jak stają nad wykopem, jak lekarz kuca przy plandece, wciąga lateksowe rękawiczki i ogląda czaszkę, delikatnie odklejając od niej grudki ziemi.

Wzdłuż ulicy zatrzymywali się gapie, próbując zajrzeć za ogrodzenie. Wiolka kręciła się między policjantami, starając się z ukrycia robić zdjęcia komórką. Wrzuci sobie na fejsa, pomyślał z uczuciem gorzkiego drapania w gardle, zaraz zacznie robić selfiki z dzióbkiem.

Prokurator i lekarz wracali już na podwórze. Kogut położył na masce radiowozu papiery, medyk podpisał. Zamienili parę słów, w końcu łysawy mężczyzna pożegnał się z prokuratorem, Bastiana nie zaszczycając nawet skinieniem głowy, i odjechał bez słowa wyjaśnienia.

– Kiedy pańska rodzina weszła w posiadanie tego gospodarstwa? – Pytanie prokuratora, który na powrót mościł się w ogrodowym krzesełku, przerwało gonitwę myśli w głowie dziennikarza.

Już miał powiedzieć, że mieszkali tu od zawsze, gdy uzmysłowił sobie, że nigdy się tym nie interesował – początki tego miejsca sięgały w bezczas.

– W czasie wojny już tu mieszkali. Chyba. To znaczy dziadkowie z pradziadkami. Tak dokładnie to nie wiem – przyznał. – Musiałby pan zapytać mamę. Albo ciotkę czy wujka. A jeśli jest ich tam więcej?

Prokurator Kogut popatrzył na niego zaskoczony.

– Kogo?

– Kości. Ludzi. Trzeba by rozkopać, poszerzyć...

– Chodź pan. – Urzędnik dźwignął się z krzesła i ruszył w stronę wykopu. Uniósł taśmę i przepuścił pod nią Bastiana. – Bo widzę, że pan mi się tu zaraz ugotujesz. Grzesiek! – huknął, przystanąwszy na krawędzi.

Z dziury wynurzyła się głowa technika w grubych okularach.

– Pan redaktor naoglądał się seriali kryminalnych i chciałby nam teraz mówić, co mamy robić – powiedział prokurator.

– Ja pana nawet rozumiem – stwierdził z sympatią technik. – Takie znaleziska nie zdarzają się często.

– Nie zdarzają się często? – wychrypiał Bastian.

– No wie pan, żeby tak szkielet trafić w szczerym polu. Co innego jak są prowadzone, dajmy na to, roboty ziemne w centrach starych miast, bo w średniowieczu cmentarze znajdowały się przy kościołach. Albo w okolicach pól bitew. Ale tak w środku niczego to rzadkość.

Nie jesteśmy w środku niczego, pomyślał dziennikarz. Jesteśmy u nas.

– Była kiedyś historia z seryjnym mordercą – rozgadał się tymczasem technik – co sobie w lesie urządził prywatny cmentarzyk swoich ofiar. Gdzie to było, panie prokuratorze?

Urzędnik spojrzał na niego ciężko. Technik odchrząknął.

– Morderca? Cmentarzyk? – zapytał cicho Bastian.

– To co tam mamy? – rzucił prokurator w głąb wykopu.

– Tak od razu nie da się powiedzieć. – Mężczyzna zwany Grześkiem zrobił przepraszającą minę. – Mamy pojedynczy komplecik, nie powtórzyły się czaszka, kości długie czy miednica, ale biegli będą musieli sprawdzić, czy wśród tego drobiazgu – wskazał na drobne kostki ułożone na plandece – nie ma kawałków kogoś innego. Nie widać też, żeby zachowały się jakieś pozostałości charakterystyczne dla pochówków: kawałki trumny, całunu. Nie ma żadnych ozdób, guzików, klamer, sprzączek.

– A wiadomo – wtrącił Bastian – co tej osobie się... Dlaczego ona...?

Prokurator już otwierał usta, gdy odezwał się technik:

– To się nie da tak od razu powiedzieć. Z tego, co my tu patrzyli i co nam pan doktor mówił, to na czaszce nie ma żadnych typowych śladów, takich jak otwór postrzałowy czy pęknięcia sklepienia mózgoczaszki. A czaszka jest zapchana gliną, dopiero w laboratorium ją dobrze obejrzą. Dużo my wyciągnęli połamanych kości, ale nie ma się co dziwić, jak żeś się pan w ten szkielet wtarasił łychą koparki. Kości w ziemi pękają też od bioturbacji czy ruchów gruntu i od cieków wodnych. Przy wyjmowaniu też nam kilka trachnęło.

– Tak czy inaczej – przerwał mu prokurator – będą to badać biegli na dalszych etapach. O ile nie zakończy się na pierwszym.

– Jak to? – Bastian uniósł brwi.

– Grzesiu, stare są według ciebie? – zapytał prokurator, zamiast odpowiedzieć.

– To też się nie da tak od razu powiedzieć – powtórzył technik swoją mantrę i środkowym palcem poprawił okulary na nosie. – Ale raczej starsze niż młodsze. Pociemniałe, lekkie i kruche. Leżały głęboko, a w takich warunkach człowiek się długo rozkłada, bo nie dochodzi powietrze i nie dobierają się do niego muchy ani inne zwierzęta. Tu mamy czyściutkie kości, nie znaleźli my żadnego mięska. Czyli trochę sobie już tu leżą. Ale to muszą zbadać biegli.

– I od tego, panie redaktorze – prokurator wycelował palec w Bastiana – wiele zależy.

Dziennikarz zrozumiał. Jeżeli kości leżą tu dłużej niż trzydzieści lat, to znaczy, że jeśli nawet wydarzyła się zbrodnia, to prokurator Kogut, bodajże Zdzisław, zgodnie z prawem umorzy sprawę. Bo będzie przedawniona. I problem z głowy.

– I co wtedy? – Podążył za urzędnikiem, który ruszył w stronę ogrodowych krzeseł. – Tak to zostawicie?

Kogut spojrzał na niego przeciągle.

– Trochę pana nie rozumiem. Na pana miejscu bym się cieszył, gdyby kości okazały się stare. W przeciwnym razie będę musiał inaczej z panem rozmawiać. Uwzględnić pana i pańską rodzinę w którejś wersji śledczej. Rozumie pan.

Przez chwilę otyły prokurator o obwisłym podgardlu patrzył na Bastiana jak na świeży salceson.

– Panie redaktorze – powiedział urzędnik z powagą. – Mediom się wydaje, że my tylko przerzucamy papiery, umarzamy śledztwa z powodu niewykrycia sprawcy, a najchętniej utrudniamy pracę bezkompromisowym reporterom. Niech się pan nie obawia, na pewno sprawy nie umorzymy, dopóki się nie dowiemy, co to za kości. Na pewno przekopiemy panu ogródek, a potem się okaże, jak jeszcze panu poprzeszkadzamy. No i z basenem będzie pan musiał poczekać przynajmniej do czasu decyzji o kontynuacji bądź umorzeniu śledztwa. A to potrwa.

Dziennikarz westchnął. Trzeba to powiedzieć Belli.

– Ile? – jęknął.

Prokurator wzruszył ramionami.

Nagle Bastian poczuł się bardzo zmęczony. Odwrócił się w stronę wykopu i przyglądał się, jak technicy pakują kości.

– Do wora i do magazynu, co? – Zaśmiał się nerwowo.

– A pan oczekiwał trumny na lawecie? – Prokurator ponownie wzruszył ramionami.

– Dowiemy się kiedykolwiek, kim on jest? – zapytał Bastian.

Prokurator Kogut wzruszył ramionami po raz trzeci.

– Kim ona jest – poprawił technik nazywany Grześkiem.

– Słucham? – Dziennikarz zdębiał.

– To się nie da tak od razu powiedzieć. – Technik podrapał się po karku. – Ale z tego, co my z panem doktorem patrzyli na miednicę i na czaszkę, to zdecydowanie kobitka będzie.

Zadzwonił telefon. Anka strąciła śpiącego na jej brzuchu kota i wstała z kanapy. Naburmuszone zwierzę wpatrywało się w nią żółtymi ślepiami, zamiatając podłogę ogonem. Imię Pluto wymyślił Gert w akcie semantycznej rebelii. Jej też się spodobało, bo Pluto to rzymski Hades, a kociak był cały czarny. Potem kotek urósł i zrobiło się z niego wielkie humorzaste bydlę, które charakterem rzeczywiście bardziej przypominało podziemne bóstwo niż psiaka z kreskówki.

– Dzień dobry, pani doktor! – powitał ją serdeczny głos. – Nazywam się Róża Wiśniewska. – Kobieta zrobiła pauzę. Anka zamrugała. Nic jej to nie mówiło. Przyciskając telefon do ucha, podeszła do komputera. – Przygotowuję teraz cykl materiałów „Kobiety mediów”...

Anka wpisała „Róża Wiśniewska” w przeglądarkę. Jako pierwszy wpadł jej w oko biogram w Wikipedii.

– ...i jest pani dla mnie idealną bohaterką!

– Ale ja nie jestem dziennikarką – zaczęła Anka skromnie, chociaż wyprostowała się i wypięła pierś. – Ja się nie znam...

– Rozmawiałam już z dziennikarkami – zaśmiała się kobieta. – I zdradzę pani sekret. Otóż my, dziennikarze, my się znamy na wszystkim, czyli na niczym. A pani – znowu zrobiła pauzę – pani ma wiedzę! I to, jak pani tej wiedzy używa, jest godne pokazania szerszej publiczności!

– Chodziło mi o to, że na mediach się nie znam – weszła jej w słowo Anka.

Z jednej strony poczuła się dumna, że Róża Wiśniewska, według Wikipedii ikona polskiego reportażu i medialna osobowość, wybrała właśnie ją. A z drugiej dopadła ją typowo uniwersytecka obawa, że nie jest godna tego zaszczytu, że wpycha się przed kogoś w kolejkę do sławy i ten ktoś na pewno będzie mieć pretensje.

– Współpracuję z Sebastianem Strzygoniem i to on jest od mediów. Ja tylko interpretuję, przeprowadzam rozumowanie, a on...

– Pani doktor – przerwała jej kobieta – to jest cykl „Kobiety mediów”. Mężczyźni kradną nam ten show, odkąd istnieje. Ja chcę porozmawiać z panią.

Anka bezradnie rozejrzała się po pokoju w poszukiwaniu rady. Pluto zmrużył oczy, jakby mówił: „Nie waż się”.

– W takim razie z przyjemnością – odpowiedziała mu na złość. – Tylko chciałabym wiedzieć, o czym będziemy rozmawiać, żebym mogła się przygotować.

– Świetnie! – ucieszyła się Wiśniewska. – Zamierzam się odnieść do pani wykształcenia i pracy naukowej. Brała pani udział w śledztwach, tych dziennikarskich i nie tylko, chciałabym więc wiedzieć, jak pani sobie poradziła w tym męskim świecie. Ale żeby nie było tak słodko, będę też wyciągać trupy z szafy. – Anka wstrzymała oddech. – Jak się pani układa z rodziną z Podhala po tej sprawie z Goralenvolkiem? Czy ma pani jakiś kontakt z Romami z Kamienia? No i są jeszcze te sprawy ze Śląska... – Dziennikarka zawiesiła głos, a Anka nie odważyła się odezwać. – Pani chyba udało się znaleźć najbliżej Normana Pionka, chciałabym podrążyć kwestię waszej relacji i jej końca...

– Jasne – bąknęła Anka bez entuzjazmu.

– To jeszcze się zdzwonimy! – Róża Wiśniewska nie dała jej szansy na odpowiedź i się rozłączyła.

Anka zaklęła bezgłośnie. Jaki miała kontakt z rodziną z Podhala? Wysyłają sobie z Kaśką życzenia na urodziny. Romowie z Kamienia? Nie miała pojęcia, co się z nimi stało. Co jakiś czas zastanawiała się, czy nie zagadać, ale im więcej czasu mijało, tym trudniej było jej zadzwonić albo wysłać SMS-a. I do tego Norman Pionek. Poza tym Wiśniewska powiedziała „sprawy”, nie „sprawa” ze Śląska – co mogła mieć na myśli? Anka miała nadzieję, że nie padnie pytanie o Gerta.

Wróciła do wyników wyszukiwania. Reporterski skandal! Dziennikarka udowadnia plagiat znanemu autorowi non fiction. Uruchomiła film na YouTubie. W studiu kobieta w kremowym kostiumie z czerwoną różą wpiętą w klapę żakietu. Naprzeciwko niej zwijał się na krześle nieszczęśnik w kraciastej marynarce i z koralikami na szyi.

– Ja nie znam tych państwa – tłumaczył się – i proszę wybaczyć, ale nikt nie ma monopolu na to, żeby pisać o Armenii...

– Ale tymi samymi słowami? – przerwała mu Róża Wiśniewska. Podniosła garść wydruków i zaprezentowała rozmówcy. – Zacytować panu?

– Ale ja... ja... ja... – zająknął się facet i zakrył twarz dłonią.

Ale go grilluje – przeczytała na forum.

A co w tym złego, że coś przepisał? Wszyscy tak robią, a tu nagle wielkie oburzenie.

Czego ona się przyczepiła, ważne, że to się czyta z dreszczykiem emocji!

Dla leniuszków zrzynających z Wikipedii i ekologów recyklingujących prace kolegów z poprzedniego semestru Anka nie miała litości. Ale im dłużej obserwowała to przesłuchanie, tym bardziej robiło jej się faceta szkoda. Wyobraziła sobie siebie na jego miejscu. I po co jej to było? Mogła powiedzieć, że nie ma czasu.

Telefon znowu zadzwonił. Chwyciła go z furią.

– Cześć, Anka. – Głos Bastiana był inny niż zwykle. – Zgodnie z umową daję znać. Znalazłem trupa.

– W szafie? – mruknęła, wpatrując się w zmrużone oczy Róży Wiśniewskiej na stop-klatce.

– Nie, w sadzie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki