Mandolina kapitana Corellego - Louis de Bernières - ebook

Mandolina kapitana Corellego ebook

Louis De Bernieres

0,0
67,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

„Mandolina kapitana Corellego” to nie jest zwykły wojenny romans. To mistrzowsko skomponowana, epicka, a zarazem intymna narracja, w której tragizm historii idealnie łączy się z nieskrępowanym humorem. Piękny, poetycki język zderza się z okrucieństwem wojny, ukazując niezłomność ludzkiego ducha. To wzruszająca opowieść o muzyce, przyjaźni, poświęceniu i ponadczasowej sile miłości.

Na skąpanej w słońcu greckiej wyspie Kefalonii, w mrocznych czasach II wojny światowej życie Pelagii, pięknej i niezależnej córki miejscowego doktora, zostanie wywrócone do góry nogami, gdy w jej domu zamieszka oficer włoskich wojsk okupacyjnych, Antonio Corelli. Szybko okaże się, że jest niepoprawnym optymistą, który chętniej dzierży w dłoni mandolinę niż karabin. Dzieli ich niemal wszystko: wojna, obowiązki i narzeczony Pelagii, grecki partyzant. Mimo to nie zdołają oprzeć się rozkwitającemu uczuciu. Jak potoczą się losy dumnej Greczynki i ekscentrycznego kapitana? Na jakie próby wystawi ich historia? Czy ta miłość przetrwa, gdy na wyspie rozpęta się prawdziwe piekło wojny?

Na podstawie tej wzruszającej i zabawnej powieści Louisa de Bernièresa powstał film z Nicolasem Cage’em i Penélope Cruz w rolach głównych, który sprawił, że książka jest międzynarodowym bestsellerem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 772

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału:Captain Corelli’s Mandolin

Copyright © Louis de Bernières 1994

For the Polish edition Copyright © 2026, Noir sur Blanc, Warszawa

For the Polish translation Copyright © Marek Fedyszak

ISBN 978-83-8403-112-4

Wydanie II

Poprzednie wydanie ukazało się, pod tytułem Kapitan Corelli,nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka.

Opieka redakcyjnaMonika Szewczyk

KorektaDorota Jabłońska, Elwira Wyszyńska

Projekt okładkiUrszula Gireń

Zamówienia prosimy kierować: – telefonicznie: 800 42 10 40 (linia bezpłatna) – e-mailem: [email protected] księgarnia internetowa: www.noir.pl

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o., 2026 ul. Frascati 18, 00‐483 Warszawa

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Zgodnie z art. 4 Dyrektywy 2019/790/UE oraz odpowiednimi przepisami krajowymi, niniejszym zastrzegamy prawo do wyłączenia z eksploatacji tekstów i danych (TDM) dla celów innych niż badawcze, w odniesieniu do materiałów znajdujących się w tej publikacji niezależnie od formy jej udostępnienia. Wykorzystywanie tych materiałów w ramach działań TDM jest niedozwolone.

Moim rodzicom,

którzy w różnych miejscach i na różne sposoby

walczyli przeciwko faszystom i nazistom,

stracili wielu najbliższych przyjaciół

i nigdy nie usłyszeli słowa podziękowania

Choć uśmiech wesoły nie schodzi im z warg

I okrzyki radosne – tu, w tym świecie niemym,

Młodzieńcy smukli wędrują bez skarg,

Lecz wśród tych pól zimnych słowo – jeno cieniem.

Tutaj lok złoty w mroku traci blask,

A powietrze zbyt rzadkie, żeby unieść słowa.

Siwizny włosów nie rozjaśni brzask,

Zbyt wczesna starość o miłości słuchać niegotowa.

Lecz jęków bezgłośnych rozlega się chór

I jeden drugiego tu pyta wzajemnie:

Czy warto było stać w walce jak mur?

Kto wie, czy nie zginęliśmy daremnie?

Po rajskich polach bezkresnych, hen, hen,

Niespokojni młodzieńcy błądzą niby we śnie,

Odnaleźć pragnąc piękny, złoty sen

O świecie, który im zabrano nazbyt wcześnie.

The Soldier, Humbert Wolfprzeł. Marek Fedyszak

Rozdział 1

Doktor Janis zaczyna pisać historię wyspyi jest niezadowolony

Doktor Janis był zadowolony z dnia, w którym żaden z jego pacjentów nie umarł ani nie poczuł się gorzej. Asystował przy zaskakująco łatwym cieleniu się krowy, naciął jeden ropień, usunął jeden trzonowy ząb, zaaplikował pewnej kobiecie lekkich obyczajów salwarsan, wykonał nieprzyjemną, lecz wzorcowo wręcz skuteczną lewatywę i dokonał cudu dzięki kuglarskiej sztuczce medycznej.

Zachichotał pod nosem, gdyż ów cud bez wątpienia był już przedstawiany jako wyczyn godny Świętego Jerasimosa. Poszedł do domu starego Stamatisa, wezwany, by zająć się jego bolącym uchem, i w pewnym momencie zapuścił spojrzenie w przewód słuchowy – wilgotniejszy, bardziej liszajowaty i bardziej wypełniony stalagmitami niż jaskinia Drongarati. Zabrał się do usuwania liszajów małym wacikiem, nasączonym alkoholem i owiniętym wokół długiej zapałki. Zdawał sobie sprawę, że stary Stamatis jest głuchy na owo ucho od dzieciństwa i że stale go ono boli, ale mimo to był zaskoczony, gdy głęboko w tej włochatej niszy natrafił końcem zapałki na coś twardego i nieruchomego – coś, czego obecności nie dało się wytłumaczyć ani fizjologicznie, ani anatomicznie. Podprowadził starca do okna i otworzył na oścież okiennice. Eksplozja południowego ciepła i światła natychmiast zalała pokój promiennym, oślepiającym blaskiem, jakby jakiś natrętny i zbyt świetlisty anioł nieopatrznie wybrał to miejsce na objawienie. Sędziwa żona Stamatisa cmoknęła z dezaprobatą; dobra gospodyni nie wpuszcza tyle światła do domu o tej porze dnia. Stamatisowa była pewna, że światło wzbiło kurz; wyraźnie widziała pyłki unoszące się z powierzchni sprzętów.

Doktor Janis przechylił głowę starca i zajrzał mu do ucha. Długą zapałką odgarnął poszycie ze sztywnych siwych włosów, osypanych płatkami złuszczonego strupa. W środku przewodu znajdował się kulisty obiekt. Janis oskrobał jego powierzchnię, usuwając twardą brązową powłokę z woskowiny, i ujrzał ziarnko grochu. Był to bezspornie groch – jasnozielony, lekko pomarszczony – i nie mogło być co do tego wątpliwości.

– Czy wepchnąłeś sobie kiedyś coś do ucha? – zapytał.

– Tylko palec – odparł Stamatis.

– Od jak dawna jesteś głuchy na to ucho?

– Odkąd tylko pamiętam.

Przed oczyma doktora pojawił się absurdalny obraz. Ujrzał Stamatisa jako małego berbecia, z tą samą guzowatą twarzą, zgarbionego w identyczny sposób, z takimi samymi kępami włosów w uszach, wyciągającego rękę do kuchennego stołu i wyjmującego suszone ziarnko z drewnianej misy. Mały Stamatis wsunął groszek do ust, stwierdził, że jest zbyt twardy, by go rozgryźć, i wepchnął sobie ziarenko do ucha. Doktor zachichotał i zauważył:

– Musiałeś być naprawdę nieznośnym dzieckiem!

– Był istnym diabłem.

– Milcz, kobieto, wtedy mnie jeszcze w ogóle nie znałaś.

– Wiem to od twojej matki, niech jej Bóg da wieczne odpoczywanie – odparła staruszka, ściągając usta i zakładając ręce na piersi – i od twoich sióstr.

Doktor Janis rozważał zaistniały problem. Niewątpliwie było to ziarnko uparte i oporne i utkwiło zbyt mocno, by je podważyć.

– Macie haczyk do połowu kiełbi, taki długi? I lekki młotek?

Małżonkowie spojrzeli na siebie, myśląc, że ich doktor musiał postradać zmysły.

– A co to ma wspólnego z bólem mojego ucha? – podejrzliwie zapytał Stamatis.

– Masz zator narządu słuchu – odparł doktor, świadom konieczności zachowania pewnej lekarskiej mistyki. Doskonale zdawał sobie sprawę, że diagnoza „masz ziarnko grochu w uchu” nie przysporzyłaby mu sławy.

– Mogę usunąć ciało obce za pomocą haczyka i małego młotka. To idealny sposób pokonania un embarras de petit pois1. – Wymówił francuskie słowa z przesadnie paryskim akcentem, choć ironia w nich zawarta była oczywista tylko dla niego.

Haczyk i młotek zostały przyniesione zgodnie z jego życzeniem i Janis ostrożnie wyprostował drut na kamiennych płytach posadzki. Potem przywołał starca i kazał mu położyć głowę na parapecie, gdzie było dość światła. Stamatis czekał na interwencję, przewracając oczyma, a staruszka zakryła oczy rękami i obserwowała go przez palce.

– Niech się pan pośpieszy, doktorze! – zawołał Stamatis. – Ten parapet jest rozpalony jak diabli.

Doktor ostrożnie włożył wyprostowany haczyk do włochatego otworu i uniósł młotek, by zaraz potem opuścić go pod wpływem ochrypłego wrzasku, bardzo przypominającego krzyk kruka. Sędziwa żona Stamatisa, zdumiona i przerażona, lamentowała, załamując ręce:

– Ooooo, wbijesz mu haczyk w mózg! Chryste, miej litość, chrońcie nas, Maryjo i wszyscy święci!

Jej krzyk sprawił, że doktor znieruchomiał; doszedł do wniosku, że jeżeli ziarno jest bardzo twarde, wąs haczyka najprawdopodobniej nie przejdzie na drugą stronę, lecz wepchnie groszek jeszcze głębiej. Mógłby nawet przebić bębenek. Janis wyprostował się i w zadumie podkręcił białego wąsa.

– Zmiana planu – oznajmił. – Po głębszym namyśle postanowiłem, że lepiej będzie napełnić ucho wodą i rozmiękczyć ciało obce. Kobieto, musisz napełniać jego ucho ciepłą wodą, do czasu, aż wrócę dziś wieczorem. Nie pozwalaj, by pacjent się ruszał, dopilnuj, by cały czas leżał na boku z pełnym uchem wody. Czy to jasne?

Doktor Janis wrócił o szóstej i udało mu się wydobyć haczykiem rozmiękłe ziarnko bez pomocy młotka. Usunął je dość zgrabnie i zademonstrował małżonkom. Żadne z nich nie rozpoznało w powleczonej grubą skorupą ciemnego wosku, obrzydliwej i cuchnącej bryłce ziarnka rośliny strączkowej.

– Jest bardzo motylkowa, nieprawdaż? – zapytał lekarz.

Staruszka pokiwała głową z wyrazem udawanego zrozumienia na twarzy, a zarazem błyskiem zdumienia w oczach. Stamatis przytknął dłoń do głowy i wykrzyknął:

– Zimno tu! Mój Boże, ale głośno. Chodzi mi o to, że wszystko jest głośne. Mój własny głos jest głośny.

– Twoja głuchota została uleczona – obwieścił doktor Janis. – Myślę, że to była bardzo udana operacja.

– Miałem operację – rzekł zadowolony Stamatis. – Nie znam nikogo innego, kto ją przeszedł. I teraz słyszę. To cud, prawdziwy cud. Czuję pustkę w głowie, coś takiego, jakby była wypełniona po brzegi źródlaną wodą, zimną i czystą.

– Więc jak, jest pusta czy pełna? – zapytała staruszka. – Mów z sensem, skoro pan doktor był łaskaw cię uleczyć. – Ujęła dłoń Janisa w obie ręce i ucałowała ją.

Niedługo potem doktor szedł do domu z tłustą pulardą pod każdą pachą, ciemnymi, lśniącymi bakłażanami powtykanymi we wszystkie kieszenie marynarki i antycznym ziarnkiem grochu zawiniętym w chusteczkę. Miało ono wzbogacić zbiory jego prywatnego muzeum medycyny.

Opłaty tego dnia były sowite; Janis otrzymał także dwie bardzo duże langusty, garnek smażonych młodych rybek, bazylię oraz propozycję odbycia stosunku (w dogodnym dla niego terminie). Doszedł do wniosku, że nie skorzysta z tej szczególnej oferty, nawet gdyby salwarsan poskutkował. Został mu jeszcze cały wieczór na pisanie historii Kefalonii, oczywiście jeśli Pelagia nie zapomniała dokupić oliwy do lamp.

Okazało się, że Nowa historia Kefalonii przysparza mu problemów; odnosił wrażenie, iż nie można jej napisać bez wtrętów w postaci własnych odczuć i przesądów. Obiektywizm wydawał się zupełnie nieosiągalny i Janis czuł, że na swoje falstarty zużył chyba więcej papieru, niż normalnie zużywano na wyspie w ciągu roku. Krnąbrny głos uparcie pojawiający się w relacji był jego głosem – nigdy nie był głosem historyka. Brakowało mu podniosłości i bezstronności. Nie był głosem z Olimpu.

Janis usiadł i napisał:

Kefalonia to fabryka produkująca dzieci na eksport. Za granicą i na morzu żyje więcej Kefalończyków niż na wyspie. Nie ma tu przemysłu, który scala rodziny, brakuje ziemi uprawnej, ryb w morzu nie starcza dla wszystkich. Nasi ludzie wyjeżdżają za granicę i wracają tu, żeby umrzeć, jesteśmy więc wyspą dzieci, starych panien, księży i starców. Jedyną dobrą stroną tej sytuacji jest to, że tylko piękne kobiety znajdują mężów wśród tych mężczyzn, którzy zostali, a presja doboru naturalnego doprowadziła do tego, iż mamy najpiękniejsze kobiety w całej Grecji, a być może i w całym basenie Morza Śródziemnego. Nieszczęście polega na tym, że piękne i pełne werwy kobiety wychodzą u nas za mąż za najbardziej groteskowo wyglądających i całkowicie nieodpowiednich mężczyzn, którzy nie są i nigdy nie mogliby być nic warci, a kobiety smutne i brzydkie, których nikt nie chce, rodzą się, by żyć jako wdowy po nieistniejących mężach.

Doktor nabił fajkę i przeczytał powyższe słowa. Przez chwilę słuchał, jak Pelagia hałaśliwie krząta się na podwórzu, czyniąc przygotowania – miała ugotować langusty. Przeczytał to, co napisał o pięknych kobietach, i przypomniał sobie swoją żonę, równie śliczną jak teraz jej córka, a zmarłą na gruźlicę mimo wszelkich jego wysiłków. Ta wyspa zdradza jej rdzennych mieszkańców przez sam fakt swego istnienia, zapisał, po czym zmiął kartkę i cisnął ją w róg pokoju. To na nic; dlaczego nie potrafi pisać jak prawdziwy historyk? I obiektywnie? Bez złości? Bez poczucia zdrady i bez przygnębienia? Podniósł kartkę, pozaginaną już na rogach, którą zapisał na początku. Była to strona tytułowa: Nowa historia Kefalonii. Skreślił pierwsze słowo i zastąpił je określeniem „Prywatna”. Teraz mógł nie pamiętać o pomijaniu naładowanych emocjami przymiotników i urazach z zamierzchłej przeszłości, teraz mógł mówić językiem pełnym jadu o Rzymianach, Normanach, Wenecjanach, Turkach, Brytyjczykach, a nawet o samych wyspiarzach. Napisał:

Na poły zapomniana Kefalonia wyrasta nieprzezornie i nieroztropnie z Morza Jońskiego; jest wyspą tak bezgranicznie antyczną, że same skały tchną nostalgią, a czerwona ziemia leży otępiała nie tylko od słońca, ale i od potwornego brzemienia dziejów. Okręty Odyseusza zostały zbudowane z kefalońskiej sosny, członkowie jego straży przybocznej byli olbrzymami z Kefalonii, a co poniektórzy twierdzą, że jego pałac znajdował się nie na Itace, lecz na Kefalonii.

Ale zanim jeszcze ów przebiegły wędrowny król stał się faworytem Ateny bądź zaczął dryfować zdany na łaskę fal rozpętanych złośliwością nieprzejednanego Posejdona, ludy mezolitu i neolitu łupały noże z obsydianu i zarzucały sieci na ryby. Potem pojawili się Achajowie, władcy Myken; pozostawili po sobie skorupy amfor i groby w kształcie piersi oraz potomków, którzy długo po wyjeżdzie Odyseusza walczyli po stronie Aten, byli ciemiężeni przez Spartan, a następnie pokonali nawet cierpiącego na megalomanię Filipa Macedońskiego, ojca Aleksandra, znanego jako Wielki, i jeszcze większego niż on sam megalomana.

Była to wyspa pełna bogów. Na szczycie góry Enos znajdowała się świątynia Zeusa; następną wzniesiono na maleńkiej wyspie Thios. Demeter czczono za to, że uczyniła z wyspy spichlerz Jonii; podobną czcią darzono Posejdona – boga, który zgwałcił ją, zmieniwszy się w ogiera. Urodziła potem czarnego konia i tajemniczą córkę, której imię odeszło w niepamięć, gdy misteria eleuzyńskie zostały zakazane przez chrześcijan. Tutaj także przebywał Apollo, zabójca Pytona, strażnika wnętrza ziemi, piękny, młodzieńczy, mądry, sprawiedliwy, silny, biseksualny aż do przesady, i jedyny bóg, któremu pszczoły zbudowały świątynię z wosku i piór. Czcią darzono tu również Dionizosa, boga wina, przyjemności i odradzającej się przyrody, ojca małego chłopca, przywiązanego do najpotężniejszego penisa, jaki kiedykolwiek krępował ruchy człowieka lub boga, spłodzonego w związku z Afrodytą. Miała tu także swoich czcicieli Artemida, łowczyni o wielu piersiach, bogini o przekonaniach tak radykalnie feministycznych, że Akteona, który przypadkiem ujrzał ją nagą w kąpieli, zmieniła za karę w jelenia i pozwoliła rozszarpać własnym psom, a zakochanego w niej Oriona ukarała za przypadkowe dotknięcie śmiertelnym ukąszeniem skorpiona. Etykiety przestrzegała tak pedantycznie i karała za jej naruszenie tak błyskawicznie, że całe dynastie mogły stracić władzę i życie za jedno niestosowne słowo lub ofiarę spóźnioną o pięć minut. Na wyspie znajdowały się także świątynie ku czci Ateny, wiecznej dziewicy, która (z wielką wyrozumiałością w porównaniu z Artemidą) oślepiła Tejrezjasza za to, że zobaczył ją nagą w kąpieli, wykazywała niezwykłe uzdolnienia w rzemiosłach nieodzownych w gospodarce i życiu domowym oraz patronowała hodowli wołów i koni oraz uprawie oliwek.

W wyborze bogów mieszkańcy wyspy wykazywali się wielkim rozsądkiem, stanowiącym tajemnicę ich przetrwania przez wieki; jest rzeczą oczywistą, że należy czcić króla bóstw i że winiarze powinni darzyć czcią Dionizosa (to nadal najczęściej spotykane imię na wyspie), że Demeter powinna być czczona za zapewnienie samowystarczalności jej mieszkańcom, że Atenie należy oddawać cześć za jej dary mądrości i umiejętności radzenia sobie w życiu codziennym (przypadła jej także w udziale piecza nad niezliczonymi kryzysami militarnymi). Nie należy się też dziwić kultowi Artemidy, stanowił on bowiem ekwiwalent niezawodnej polisy ubezpieczeniowej; Artemida była kłopotliwym gzem, który najlepiej, żeby dokazywał gdzie indziej.

Wybór Apollina na obiekt kultu Kefalończyków jest najbardziej, a zarazem najmniej zagadkowy. Nie można go wyjaśnić tym, którzy nigdy nie przebywali na wyspie, dla tych zaś, którzy ją znają, jest oczywisty, gdyż Apollo to bóg kojarzony z potęgą światła. Cudzoziemcy, którzy tu lądują, na dwa dni tracą wzrok.

To światło, które wydaje się biec w próżni, jest zupełnie dziewicze, daje nieprawdopodobną ostrość obrazu, ma w sobie heroiczną siłę i jaskrawość. Ukazuje barwy w stanie poprzedzającym upadek pierwszych ludzi, jakby wprost z wyobraźni Boga z czasów Jego młodości, gdy jeszcze wierzył, że wszystko jest dobre. Ciemna zieleń sosen jest nieprawdopodobnie wręcz głęboka, a ocean oglądany ze szczytu urwiska nader szczodry w swym pokazie błękitu i turkusu, szmaragdu, zieleni Guigneta i lapis-lazuli. Kozie oko to żywy kamień półszlachetny, przypomina trochę bursztyn, świerszcze zaś mają barwę fluoryzującej zieleni najświeższych źdźbeł trawy w biblijnym Edenie. Z chwilą gdy oczy oswajają się z dziewiczą czystością tego światła, światło każdego innego miejsca staje się w porównaniu z nim marne i mętne jak brudna woda; staje się ledwie czymś, co widzi się mimochodem – rozczarowaniem, skazą. Na Kefalonii nawet woda morska jest bardziej przejrzysta niż powietrze gdziekolwiek indziej; można w niej pływać, obserwując odległe dno morza, i wyraźnie widzieć ponure drętwy, którym z jakiegoś powodu zawsze towarzyszą drobne płastugi.

Uczony lekarz odchylił się do tyłu i czytał to, co właśnie napisał. Tekst wydał mu się naprawdę bardzo poetyczny. Przeczytał go znowu i delektował się niektórymi zwrotami. Na marginesie zapisał: Uwaga, wszyscy Kefalończycy to poeci. W którym miejscu mogę o tym wspomnieć?

Potem wyszedł do ogrodu i oddał mocz na grządkę z miętą. Nawoził zioła azotem na przemian; dziś mięta, jutro oregano. Wrócił do pokoju dokładnie w chwili, gdy mały koziołek Pelagii z wyraźnym zadowoleniem pożerał jego twórczość. Wyrwał papier z pyska zwierzęcia i wygonił je na dwór. Koziołek zwinnie umknął za próg i beczał oburzony za masywnym pniem drzewa oliwnego.

– Pelagio – uniósł się oburzeniem doktor – ten twój przeklęty przeżuwacz pożarł wszystko, co dzisiaj napisałem! Ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie wpuszczała go do domu? Jeszcze parę takich wybryków, a skończy na rożnie. To moje ostatnie ostrzeżenie. Mam dość problemów z trzymaniem się tematu, żeby jeszcze ta bestia niszczyła wszystko, co napisałem.

Pelagia spojrzała na ojca, uśmiechnęła się i rzekła:

– Kolację zjemy około dziesiątej.

– Słyszałaś, co powiedziałem? Powiedziałem: odtąd żadnych kóz w domu, czy to jasne?

Pelagia przestała kroić paprykę w krążki, odgarnęła zabłąkany włos z twarzy i odparła:

– Lubisz go tak samo jak ja.

– Po pierwsze, nie lubię tego przeżuwacza, a po drugie, nie będziesz ze mną dyskutować. Za moich czasów córki nie dyskutowały z ojcami. Nie pozwolę na to.

Pelagia oparła rękę na biodrze i skrzywiła twarz.

– Tatku, twoje czasy jeszcze nie minęły. Nie umarłeś jeszcze, prawda? Tak czy owak, koziołek cię lubi.

Doktor Janis odwrócił się, rozbrojony i pokonany. Nie było sytuacji paskudniejszej niż ta, gdy córka stosowała kobiece fortele wobec własnego ojca, a zarazem przypominała mu o swej matce. Janis wrócił do stołu i wziął nową kartkę. Pamiętał, że w ostatnim podejściu zdołał jakoś odejść od tematu bogów i napisać o rybach. Z literackiego punktu widzenia to, że tekst został zjedzony, prawdopodobnie nie było żadną stratą. Zapisał:

Tylko wyspa tak zuchwała jak Kefalonia byłaby na tyle beztroska, by usadowić się na linii uskoku, który naraża ją na okresowe niebezpieczeństwo katastrofalnych trzęsień ziemi. Jedynie wyspa tak zmanierowana, jak ta, dopuściłaby do inwazji tabunów beztroskich i zuchwałych kóz.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

1 Kłopotu z ziarnkiem grochu (fr.) ↩