24,99 zł
Komisarz Gunnarstranda otrzymuje nagłe wezwanie. Okazuje się, że zamordowano młodą kobietę. Katrine dzień wcześniej uczestniczyła w imprezie zorganizowanej przez dyrekcję ośrodka dla narkomanów, w którym niedawno skończyła terapię. Wydawało się, że zostawiła za sobą mroczną przeszłość. Czyżby ta upomniała się o nią? Komisarz w asyście niezastąpionego Franka Frølicha próbuje rozwikłać zagadkę okrutnej śmierci kobiety. Przed nimi długie i wymagające śledztwo.
Powieść „Mały złoty pierścionek" przyniosła autorowi światową sławę. W 2000 roku została uznana za najlepszy norweski kryminał roku i otrzymała Nagrodę Rivertona. Była także nominowana do Literackiej Nagrody Brage, nagrody Szklanego Klucza oraz do Nagrody im. Martina Becka.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 512
Kjell Ola Dahl
Przełożyła Milena Skoczko
Saga
Mały złoty pierścionek
Tłumaczenie Milena Skoczko
Tytuł oryginału Liten gyllen ring
Język oryginału norweski (Bokmål)
Zdjęcie na okładce: Shutterstock
Copyright © 2011, 2021 Kjell Ola Dahl i SAGA Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788728057872
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.
www.sagaegmont.com
Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.
To nie był zwyczajny klient. Wiedziała o tym od razu, chociaż mężczyzna niczym szczególnym się nie wyróżniał. Po prostu kątem oka zauważyła, że ktoś wszedł do środka, a ponieważ stanął przed półką z katalogami wycieczek, Elise nie przerwała pracy. Wpatrzona w ekran komputera próbowała sfinalizować sprzedaż wycieczki do Kopenhagi dla trzyosobowej rodziny. Było to o tyle trudne, że kobieta, z którą rozmawiała przez telefon, nie mogła się zdecydować, czy woli lecieć w obie strony samolotem, czy wcisnąć samochód na Stena Saga i pokonać dystans promem, dzięki czemu po Kopenhadze rodzina mogłaby poruszać się autem.
Elise rzuciła przelotne spojrzenie Katrine. Ona również była zajęta. Zestaw słuchawkowy utrzymywał w ryzach jej jasne, niesforne włosy. Jeden kosmyk opadał na zgrabny nos. Od dłuższej chwili nie odrywała wzroku od monitora. Na czole pojawiła się charakterystyczna zmarszczka – jak zawsze, kiedy była maksymalnie skupiona. Przenosiła wzrok znad klawiatury na ekran i z powrotem, a jej długie, ciemne rzęsy poruszały się wolno do góry i na dół. Przypominają wachlarz, pomyślała Elise, przyglądając się twarzy pochylonej nad klawiaturą: profilowi Katrine z nosem delikatnie zaznaczonym nad pomalowanymi na czerwono ustami z charakterystyczną górną wargą, która przyciągała uwagę mężczyzn, ponieważ z jednej strony była lekko spuchnięta.
Elise czuła się czasem jak matka Katrine, która przypominała jej najstarszą córkę – z tą różnicą, że była bardziej spontaniczna i częściej się śmiała. A jednak Elise miała czasem wrażenie, że przy sąsiednim komputerze siedzi jej córka. Wiedziała, że Katrine to wyczuwa i że złości się, uznając tę „matczyną” troskę za zbyteczną.
Kiedy chwilę później klient ruszył w stronę lady, Elise odłożyła słuchawkę i podniosła wzrok, gotowa, by się nim zająć. Jednak mężczyzna zupełnie ją zignorował i stanął przed Katrine. Pochylając się nad biurkiem, Elise zauważyła, że Katrine uśmiechnęła się życzliwie do klienta i rzuciła automatyczne „Tak, słucham” na długo zanim oderwała wzrok od monitora. Elise postanowiła, że zwróci koleżance uwagę na to niestosowne zachowanie. W myślach ułożyła całą wypowiedź: Nigdy nie mów „Tak, słucham”, zanim nie nawiążesz kontaktu wzrokowego z klientem. Po pierwsze: klient zawsze czuje się najważniejszy. Po drugie: klient uważa, że jest pępkiem świata. Po trzecie: klient oczekuje, że poświęcisz mu całą swoją uwagę. W przeciwnym wypadku wpada w złość. To normalna ludzka reakcja.
Kątem oka zauważyła, że Katrine zdjęła słuchawki i powiedziała coś niezrozumiałego. Elise najbardziej utkwiło w pamięci to, co wydarzyło się później. Klient był stosunkowo wysokim mężczyzną, wyposażonym w to, co Elise nazywała wulgarnymi sygnałami totemowymi. Był ubrany w sprane dżinsy z dziurami na kolanach, a na opalony, nagi tors miał narzuconą czarną, skórzaną kamizelkę. Chociaż musiał być już dobrze po czterdziestce, długie, przyprószone siwizną włosy miał związane w pretensjonalny koński ogon. W jednym uchu błyszczał monstrualnych rozmiarów złoty kolczyk, a kiedy mężczyzna pochylił się nad Katrine, Elise zauważyła na jego przedramieniu olbrzymią bliznę. To zwykły menel, pomyślała.
Menel przechylił się przez ladę i rzucił na Katrine, która w odruchu paniki odepchnęła się gwałtownie nogami tak, że jej fotel potoczył się pod ścianę.
– Dzwoń na policję! – krzyknęła w chwili, w której fotel przechylił się do tyłu, a ona sama wylądowała na podłodze z nogami w powietrzu. Elise zdążyła jeszcze pomyśleć, że Katrine wygląda wyjątkowo śmiesznie – leżąc na plecach w fotelu biurowym, z włosami opadającymi na twarz i nogami uniesionymi do góry, przypominała głupawą blondynkę z komedii z lat sześćdziesiątych. Już po fakcie Elise nie była pewna, czy w tamtym momencie uważała, że Katrine wygląda śmiesznie, czy głupio. W każdym razie widząc, co się święci, zerwała się z krzesła i spojrzała na menela z władczą miną. Odtwarzając później w myślach to wydarzenie, wprost nie mogła uwierzyć, że zdobyła się na taki gest. Nigdy wcześniej nie padła ofiarą napadu i właśnie ta myśl przyszła jej do głowy jako pierwsza: Mój Boże, to napad! Nasza równowaga psychiczna zostanie zakłócona na całe lata przez tego brutalnego bandytę!
Tymczasem brutalny bandyta wyczuł nagle obecność Elise. Obrzucił kobietę szybkim spojrzeniem, po czym znowu skierował całą swoją uwagę na blondynkę leżącą na podłodze. Wyglądało na to, że podjął decyzję, bo chwycił ladę obiema rękami, jakby zamierzał przez nią przeskoczyć. Niespodziewanie odezwała się Elise, przerywając ciszę. Ostrym, przenikliwym głosem zapytała:
– Czym mogę służyć, młody człowieku?
Później wiele razy śmiała się z tych słów. Jednak bez względu na to, jak groteskowo w tamtym momencie zabrzmiało jej pytanie, efekt został osiągnięty. Bandyta spojrzał na nią i zamarł w bezruchu. W końcu – to znaczy prawdopodobnie po kilku sekundach, które wydawały się ciągnąć w nieskończoność – zmienił zdanie i z dzikim wyrazem twarzy rzucił się do wyjścia.
– Zrobisz to, co powiedziałem, jasne?! – zawołał do blondynki, która podniosła się na kolana i przyłożyła ręce do głowy.
Po chwili drzwi zatrzasnęły się i zapadła cisza.
Elise stała w bezruchu i przyglądała się drzwiom, które wyglądały dokładnie tak samo jak jeszcze kilka minut temu. To były te same drzwi w tym samym pomieszczeniu, a jednak teraz Elise patrzyła na nie w zupełnie inny sposób.
– Co to było? – zdołała wykrztusić, kompletnie zaskoczona, oniemiała z przerażenia i nie do końca pewna, co się tak naprawdę wydarzyło. – Jezus Maria, co to było?
Katrine, która zdążyła podnieść się z komicznej pozycji, w jakiej się znalazła, odrzuciła włosy do tyłu i złapała się za biodro. Po chwili otrzepała bluzkę obiema rękami i utykając, wróciła za ladę. Ponieważ w czasie szamotaniny zgubiła but, chwiejnym krokiem – w jednym sandałku i z jedną bosą stopą – podeszła do drzwi wyjściowych. Zamknęła je i odwróciła się do Elise. Przez kilka sekund stała oparta o drzwi, z trudem łapiąc powietrze. Przytrzymywała ręką bluzkę, ponieważ gdy upadała, rozpiął jej się jeden z guzików. Kiedy tak stała, w krótkiej spódniczce i z rozczochranymi włosami, bardziej przypominała gwiazdkę z telewizyjnej opery mydlanej niż „rezerwową córkę”, jak Elise miała w zwyczaju o niej myśleć. Tymczasem śmiertelnie przerażona Elise wciąż stała jak wryta. W pomieszczeniu panowała kompletna cisza, nie licząc przyśpieszonego oddechu Katrine i telefonu, który niespodziewanie zaczął dzwonić.
– Nie odbierzesz? – spytała w końcu Katrine.
– Oczywiście, że nie. Chyba oszalałaś!
Elise szybko zdała sobie sprawę z tego, jak komicznie zabrzmiał jej komentarz. Kobiety wymieniły spojrzenia i Katrine wybuchnęła śmiechem. Elise również się uśmiechnęła, po czym zapytała po raz kolejny:
– Kto to był, do cholery?
Widać było, że Katrine powoli odzyskuje humor.
– Do diabła! Uderzyłam się – zachichotała. – I boli mnie tyłek.
Odwróciła się i spojrzała na zakorkowaną ulicę, a potem przekręciła gałkę u drzwi i wyjrzała na zewnątrz.
– Już sobie poszedł – powiedziała. Zamknęła drzwi i pokuśtykała za ladę. Zapięła pasek sandałka i podniosła krzesło z podłogi. – Telefon przestał dzwonić – zauważyła na głos i skrzywiła się.
Tymczasem Elise drążyła temat.
– Dawny znajomy?
Katrine unikała jej wzroku. Odetchnęła głęboko, poprawiła bluzkę i wyregulowała siedzenie krzesła. Widać było, że gorączkowo zbiera myśli i że nie może zdecydować się na żadną wersję odpowiedzi.
Elise czekała cierpliwie, przeszywając ją wzrokiem.
W końcu Katrine powiedziała:
– Myślę, że się wystraszył, kiedy zagroziłam, że wezwę policję. Wątpię, żeby odważył się tu wrócić.
Na jej twarzy malowało się rosnące napięcie. Było oczywiste, że nie udało jej się przekonać koleżanki.
– Słuchaj... – powiedziała powoli. – Mówię prawdę. Myślałam, że to zwyczajny klient.
Elise nie odpowiedziała. Przyglądała jej się sceptycznie niczym podejrzliwa nauczycielka ze szkoły dla panien.
– Nie wiem, co jeszcze mogłabym powiedzieć.
– Co masz na myśli?
Kiedy Katrine odwróciła się w jej stronę, Elise miała wrażenie, że w jej oczach czai się prawdziwa rozpacz. Ale Katrine zawsze trudno było rozgryźć. Teraz na przykład do złudzenia przypominała jej własne dziecko, które w niedzielne przedpołudnie stara się jej wmówić, że z sobotniej imprezy wróciło grubo przed północą. Elise powoli wstała i ciężkim krokiem podeszła do drzwi, żeby je zamknąć. Teraz kolej na nią. Odwróciła się plecami do drzwi i oparła o nie całym swoim grubym ciałem, z rękami autorytarnie skrzyżowanymi nad biustem.
– Katrine?
– Hm?
Błękitne spojrzenie jej oczu było niewinne i szkliste jak u dziecka przygotowanego na atak.
– Czy nic mi tutaj nie grozi? Chodzi mi o pracę.
Katrine wolno skinęła głową.
– Bo jestem już po pięćdziesiątce i chciałabym tu zostać do czasu, gdy skończę sześćdziesiąt siedem lat. Poza tym lubię tę pracę, lubię firmowe gadżety, lubię zniżkowe wycieczki na południe i nie mam ochoty przechodzić na wcześniejszą emeryturę tylko dlatego, że nie potrafisz odróżnić starych przyjaciół od dawnych kochanków.
– Elise...
– Boję się tego, co teraz powiem – ciągnęła Elise. – Nie wiem nawet, czy wyrażam się właściwie, ale wydaje mi się, że próbowano nas obrabować. Nadal cała się trzęsę i boli mnie brzuch.
Katrine przekrzywiła głowę.
– Przepraszam – powiedziała. – Nie przypuszczałam, że...
– Tego mężczyznę, który wybiegł stąd przed chwilą – przerwała jej Elise władczym tonem – najlepiej określa słowo „chuligan”. – Katrine podniosła obie ręce do góry, jakby chciała zaoponować, lecz Elise nie dopuściła jej do głosu. – Nigdy nie rozmawiałyśmy o przeszłości – powiedziała z naciskiem, ale zaraz tego pożałowała, widząc, jakie wrażenie zrobiły na koleżance jej słowa. – I nawet teraz nie ma powodu, żeby o niej rozmawiać. Chcę jedynie wiedzieć, czy mogę czuć się w pracy bezpiecznie, bo jeśli nie, to będę musiała coś z tym zrobić. Czy ten chuligan ma jakiś związek z twoją przeszłością?
Katrine uśmiechnęła się. Jej spojrzenie wciąż było błękitne i szkliste jak u dziecka. Elise żałowała, że w porę nie ugryzła się w język. Nie powinna była zadawać tego pytania w tak obcesowy sposób. Śmiech Katrine zabrzmiał sztucznie i nerwowo.
– Nie – zapewniła. – On nie ma nic wspólnego z moją, tak zwaną, przeszłością.
Elise wiedziała, że to kłamstwo. Niemal natychmiast zganiła w myślach samą siebie. Katrine skłamała, wciągając ją do świata, w którym Elise nie miała ochoty się znaleźć. Czuła, że brakuje jej słów, i widziała, że Katrine jest tego świadoma. Z twarzy młodej kobiety wyczytała, że Katrine wie, iż Elise ją przejrzała. Zapadła cisza. Katrine nawet nie usiłowała wycofać się z kłamstwa, a Elise nie miała siły czekać, aż hałas przejeżdżających samochodów i tramwajów wedrze się przez okno, sprawiając, że dzień znowu wyda im się zwyczajny i monotonny, dlatego powiedziała szybko:
– Więc następnym razem równie dobrze może zaatakować mnie?
– Oczywiście, że nie.
Elise wciągnęła głęboko powietrze.
– To znaczy, że ten mężczyzna ma związek wyłącznie z tobą?
Katrine odwróciła wzrok. Elise czekała.
– Miałaś rację. To ktoś z mojej przeszłości – przyznała po dłuższej chwili.
Elise odetchnęła z ulgą i zamknęła oczy. To wyznanie było w pewnym sensie wydarzeniem dnia, ważniejszym od samego incydentu z mężczyzną. Sprawiło, że równowaga między nimi została przywrócona. Mało tego: ich wzajemnym stosunkom nie zagrażało już kłamstwo.
– Bogu dzięki – wymamrotała. Otworzyła drzwi i powoli wróciła na swoje miejsce. – Bogu dzięki.
Dźwięk otwieranych drzwi sprawił, że obie podskoczyły przestraszone. Spojrzały na siebie. Elise poczuła, że zaschło jej w ustach.
Ale to nie był on. Osobą, która otworzyła drzwi, okazała się młoda kobieta zainteresowana katalogami wycieczek na południe Europy.
Przez pewien czas miały prawdziwe urwanie głowy i chociaż była to zupełnie zwyczajna sobota – z zupełnie zwyczajnymi obowiązkami, zawieszającym się systemem komputerowym i klientami, którzy nie wiedzieli, o co im tak naprawdę chodzi – za każdym razem, gdy otwierały się drzwi, Elise czuła, jak przeszywają dreszcz. Słysząc znajomy dźwięk dzwonka, zerkała szybko na wchodzącą osobę, po czym przelotnie spoglądała na Katrine, która za każdym razem siedziała gotowa do konfrontacji i posyłała jej neutralne spojrzenie błękitnych oczu, z odległości zaledwie dwóch metrów, bez względu na to, czy była zajęta, czy nie.
Dopiero przed drugą biuro opustoszało. Elise obróciła krzesło w stronę Katrine i wciągnęła głęboko powietrze, starając się zachować spokój.
– Wiem, co zaraz powiesz – uprzedziła ją Katrine, masując skronie. – Chcesz, żebym zadzwoniła na policję.
– A ty nie uważasz, że powinnaś to zrobić? – zapytała cicho Elise. – Przecież ci groził.
Katrine przytaknęła.
– Potrzebuję trochę czasu – odpowiedziała. – Muszę to przemyśleć.
– Katrine... – zaczęła ostrożnie Elise.
– Proszę cię! – krzyknęła nagle. – Muszę to sobie poukładać!
– Czego on od ciebie chciał?
Katrine milczała.
– Czy to twój dawny chłopak?
– Możliwe, że tak o sobie myślał. To było dawno temu.
– Myślisz, że nadal jest o ciebie zazdrosny?
– To nie ma nic wspólnego z miłością, możesz mi wierzyć – westchnęła. – On i dziesiątki innych osób są jak cienie ze snu, o którym już dawno zapomniałam. Może to zabrzmi dziwnie, ale dopóki nie stanął w drzwiach, nie pamiętałam, jak wygląda.
– Jak ma na imię?
Katrine zastanawiała się przez kilka sekund.
– Raymond – odpowiedziała po namyśle. – Sama widzisz: jego imię też wyleciało mi z pamięci.
– W takim razie czego chciał?
Katrine podniosła się z krzesła.
– Obiecuję, że ci powiem, ale jeszcze nie teraz. Muszę to przemyśleć i poprosić kogoś o pomoc w rozwiązaniu tej sprawy. Potem ci wszystko wyjaśnię.
Elise wolno skinęła głową.
– W porządku – zgodziła się. – Jakie masz plany na dzisiejszy wieczór?
– Będę robić coś, na co absolutnie nie mam ochoty.
Elise uśmiechnęła się. Od razu przyszedł jej na myśl ogolony niemal do skóry chłopak Katrine.
– Zrywasz z nim?
Katrine uśmiechnęła się, potrząsając głową.
– Zerwać z Olem? To raczej on zerwie kiedyś ze mną. Ale dzisiaj idziemy razem.
– Dokąd się wybieracie?
– Na imprezę.
– Zapowiada się niezła impreza, skoro nie masz ochoty na nią iść.
– Tak właśnie jest – powiedziała Katrine i westchnęła ciężko. – Nie mam najmniejszej ochoty tam iść, ale wiem, że muszę.
Ole z wysiłkiem podniósł się z pozycji leżącej i usiadł na kanapie. Cholernie niewygodnie się na niej siedziało. Katrine kupiła to dziwadło na pchlim targu – skrzyżowanie łóżka z kanapą z połowy lat siedemdziesiątych z twardymi, sosnowymi poręczami i siedziskiem, które było tak głębokie, że nie sposób było na nim siedzieć i równocześnie dotykać plecami oparcia. Na tej kanapie można było albo leżeć, albo siedzieć z podwiniętymi nogami. Wkurzało go, że Katrine trzymała w domu taki mebel. Wkurzało go, że każdy, kto wpadał z wizytą, stawał przed tym samym dylematem: „mam się tutaj położyć czy co?”. Kiedy Katrine siadała na kanapie, zawsze podwijała nogi pod siebie, stwarzając intymny nastrój. Wszystko, co robiła, było zaproszeniem do fizycznej bliskości. Kiedy o tym myślał, ogarniała go złość. Bramka. Viking objął prowadzenie. W telewizji trwał właśnie mecz Molde-Stabæk. Cholernie nudne spotkanie. Jeszcze chwila, a Frode Olsen zacznie podciągać się na poprzeczce, pomyślał Ole. Operatorzy kamer najwidoczniej również się nudzili, bo zamiast gry na boisku filmowali trenerów siedzących na ławce drużyny Molde. Nagle tuż obok niego przeszła Katrine, oczywiście naga, z mokrymi włosami, świeżo spod prysznica, i bez słowa ściszyła telewizor.
– Co jest? – spytał.
– Nic.
– To dlaczego nie mogę oglądać meczu?
– Chryste Panie! Jasne, że możesz oglądać, ale czy telewizor musi ryczeć na cały dom? Chyba można trochę ściszyć? Chcę zadzwonić.
Po chwili wyszła z pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi na korytarz. Przez chropowatą szybę w drzwiach jej ciało przypominało rozmazaną, jasną plamę. Widział, że usiadła obok telefonu. To była cała Katrine: dzwoniła do kogoś, siedząc nago na krześle, i pilnowała, żeby nie mógł jej usłyszeć. Nienawidził takiego sposobu bycia, tych wszystkich sekretów i niedomówień. Tym razem uznał jej zachowanie za jawną prowokację, nie był jednak do końca pewny, co go bardziej zirytowało: jej nonszalancka nagość czy to, że zatrzasnęła mu drzwi przed nosem, jakby nie miał prawa wiedzieć, do kogo dzwoni. Nagle ogarnęła go niepohamowana wściekłość. Zerwał się i z impetem otworzył drzwi.
– To ty ryczysz na cały dom!
Spojrzała na niego pytająco, ze słuchawką pod brodą. Ole stał nieruchomo, śledząc wzrokiem kabel telefoniczny, który okręcił się wokół lewej piersi Katrine. Wyglądało to tak, jakby pozowała do miesięcznika dla mężczyzn.
– I dlaczego nie masz na sobie ubrania? – wrzasnął.
– Przecież widzisz, że właśnie wzięłam prysznic.
– Ale chyba mogłaś się potem ubrać?
– Ole, ja tu mieszkam. Robię to, na co mam ochotę.
– Ale ja też tu jestem.
Odłożyła telefon i uśmiechnęła się, przechylając głowę na bok.
– Od kiedy moja nagość aż tak ci przeszkadza? – spytała.
Podniosła się, chwyciła ręcznik, który wisiał na ścianie, i owinęła się nim w ostentacyjny sposób. Ręcznik sięgał jej do połowy ud i ledwo osłaniał piersi.
Usiadła obok telefonu, wzięła do ręki słuchawkę i spojrzała na Olego.
– Zadowolony?
– Nie – odpowiedział, wciąż rozdrażniony i agresywny. Czuł, że Katrine przez cały czas go prowokuje. Ten jej chłodny, protekcjonalny ton, jakby kpiła sobie z niego w żywe oczy.
– Chcę zadzwonić. Możesz stąd wyjść i pozwolić mi spokojnie porozmawiać? – spytała, przeszywając go wzrokiem.
– Do kogo chcesz zadzwonić?
– Nie twoja sprawa.
Ole Eidesen poczuł, że krew odpływa mu z twarzy.
– Nie moja sprawa?
Katrine westchnęła. Założyła jedną długą nogę na drugą i poprawiła ręcznik.
– Ole – poprosiła. – Daj spokój.
– Chcę wiedzieć, do kogo dzwonisz – powiedział i przełknął ślinę.
– Dlaczego?
– Bo tak.
– Ja nigdy ciebie nie pytam, do kogo dzwonisz.
– Ale ja chcę to wiedzieć.
Wciągnęła głęboko powietrze i przymknęła powieki.
– Dlaczego?
– Mam do tego prawo.
Jej oczy zamieniły się w wąskie szparki. Nienawidził, kiedy stawały się takie. Nienawidził chłodu i zawziętości, które czaiły się w jej niebieskich tęczówkach.
– Lepiej nie zaczynaj tego tematu. Naucz się szanować moje decyzje.
Na sekundę zacisnął powieki. Czuł, że zbliża się lawina. Nie chciał się tak zachowywać, ale nie był w stanie jej zatrzymać. Nie otwierając oczu, powiedział:
– Nie życzę sobie, żebyś zamykała przede mną drzwi.
– Co ty mówisz?
– Nie zamykaj przede mną drzwi.
– To ja decyduję o tym, kiedy chcę zostać sama – warknęła cicho. – I to dotyczy wszystkich bez wyjątku.
– Nie jesteś sama, kiedy rozmawiasz przez telefon.
Katrine wciągnęła powietrze głęboko do płuc. Wpatrywała się w ścianę, jakby w myślach liczyła do dziesięciu. W końcu wypuściła powietrze i powiedziała cichym, błagalnym tonem:
– Ole, nie zaczynaj. Mam dość zazdrosnych mężczyzn!
– Chcę wiedzieć, do kogo dzwonisz. Nie masz prawa robić z tego tajemnicy.
– Nie mam prawa? – powtórzyła chłodno, niemal szeptem.
Nagle Ole postąpił krok do przodu. Zanim zdał sobie sprawę z tego, co robi, złapał ją za włosy i pociągnął do góry.
– Au! – krzyknęła i zerwała się z krzesła. Ręcznik spadł na podłogę, miękka pierś otarła się o jego ramię. – Zostaw mnie w spokoju! – jęknęła.
Puścił ją natychmiast, lodowaty z przerażenia.
– Przepraszam – wyjąkał i wyciągnął rękę, jakby chciał ją objąć. Katrine odepchnęła go ze łzami w oczach, owijając się ręcznikiem.
– Odejdź – powiedziała.
– Przecież cię przeprosiłem.
Dotknęła ręką włosów.
– Zupełnie ci, kurwa, odbiło!
– Przecież powiedziałem przepraszam!
– A ja proszę, żebyś stąd wyszedł! – krzyknęła. – Wynocha! Chcę zadzwonić!
Ole wycofał się do salonu. Był jak sparaliżowany.
– Nie masz prawa mieć przede mną tajemnic – wymamrotał. – Nie masz pieprzonego prawa!
– Wynocha! – rzuciła za nim Katrine, trzaskając drzwiami.
Ole siedział na kanapie i przez chropowatą szybę przyglądał się konturom jej ciała. Widział, jak zbierała się w sobie, jak podniosła się i stała długo przed lustrem odwrócona do niego plecami. W końcu zaczęła poruszać się do przodu i do tyłu. Ole śledził wzrokiem jej cień, kiedy usiadła przy telefonie i podniosła słuchawkę. Zauważył, jak zmienił się język jej ciała, jak odrzuciła głowę do tyłu i długimi, nieśpiesznymi ruchami rozczesywała mokre włosy. Jej głos brzmiał cicho i czule, głos, którym mówiła do kogoś innego, głos, którym wypowiadała słowa, których on nie był w stanie zrozumieć. Słyszał jej śmiech i czuł palącą zazdrość. Chciał wiedzieć, do kogo dzwoniła. Do cholery, nie powinna z nim tak pogrywać! Niemożliwe, cholera jasna, żeby nie widziała, co się z nim dzieje, kiedy tak go traktuje!
Kibice zgromadzeni na trybunach szaleli z radości. Ole Eidesen oglądał powtórkę w zwolnionym tempie. Frode Olsen zawisł w powietrzu i opuszkami trzech palców dotknął piłki, wybijając ją tuż nad bramkę. Zawodnik w niebieskiej koszulce zacisnął dłonie w pięści, dając wyraz swojemu rozczarowaniu. Ole w ogóle się tym nie przejął. Nie był w stanie przestać myśleć o Katrine, która właśnie odłożyła słuchawkę i wybierała kolejny numer. Poczuł przenikliwy chłód. Został zdradzony. Katrine siedziała trzy metry dalej i zdradzała go na jego oczach. Właśnie w tym momencie.
Annabeth i Bjørn nakryli do stołu w ogromnym salonie składającym się z dwóch przylegających do siebie pod kątem prostym części. Stół miał przez to kształt litery L. Przy każdym talerzu leżała starannie wykaligrafowana wizytówka. Miejsce Katrine znajdowało się przy prostokątnym stole tworzącym krótszą odnogę litery L. Większość gości stanowili ludzie, których widziała pierwszy raz w życiu. Jedyne znane jej osoby pracowały w ośrodku, ale z miejsca, w którym siedziała, widziała tylko Sigrid i Annabeth. Naprzeciwko niej siedział mąż Annabeth, Bjørn Gerhardsen. To może być nieprzyjemne, pomyślała, kiedy przez krótką chwilę stali naprzeciwko siebie. To może być bardzo trudne. Ale na szczęście obok Bjørna siedzieli Ole i jakiś gruby facet, którego widywała w ośrodku, ale nie miała pojęcia, jak się nazywał; możliwe, że pełnił jakąś funkcję w zarządzie. Od razu domyśliła się, że to gej – te jego ruchy, egzaltowany sposób wypowiadania się i kobiece gesty. Między Olem i gejem siedziała kobieta przed trzydziestką. Jej również nie znała. Tymczasem Ole wydawał się nią urzeczony. Przyglądał jej się ukradkiem, pożerając ją oczami. Kobieta musiała to zauważyć, bo spuściła nieśmiało wzrok, zachęcając go do przejęcia inicjatywy. Niedobrze to wygląda, pomyślała Katrine, która miała okazję przyjrzeć się figurze nieznajomej kobiety, zanim wszyscy zajęli miejsca przy stole. Była niewysoka, ale miała niewiarygodnie długie, ubrane w pończochy nogi, które niwelowały widoczne mankamenty urody, na przykład zniszczone, matowe włosy rozdwajające się na końcach i krótkie palce z poobgryzanymi do krwi paznokciami. Za to jej twarz o lekko nieregularnych rysach, sarnich oczach i gładkiej, złocistej skórze emanowała zmysłowością. Widząc, że między Olem a nieznajomą kobietą zaczyna iskrzyć, Katrine postanowiła zrewidować własne uczucia. Zainteresowanie, które jej chłopak okazywał nieznajomej, powinno wzbudzić w niej zazdrość. Ku swojemu zdziwieniu Katrine odkryła jednak, że wcale nie jest zazdrosna. Jedyne, co czuła, to rozdrażnienie. Irytowała ją ta jego nieporadność, irytowało ją to, że był tak kiepskim podrywaczem. To uczucie, ten brak zazdrości, trochę ją przerażało. Przypomniały jej się zajęcia terapeutyczne, to wszystko, przez co musiała przejść, a co dotyczyło jej życia uczuciowego i sygnałów ostrzegawczych. I dlatego teraz martwiła się tym, że nie czuje zazdrości. Zastanawiała się, co to oznacza. Niebyła jednak w stanie pogrążyć się w tych rozważaniach, ponieważ lęk przed tym, co może przynieść wieczór, wciąż nie dawał jej spokoju. Brak zazdrości potęgował ten lęk. To, że zachowanie Olego wywoływało w niej wyłącznie rozdrażnienie, sprawiało, iż Bjørn Gerhardsen wydawał się potężniejszy i jeszcze bardziej niebezpieczny niż zwykle. Trudniej było unikać jego spojrzenia, trudniej było go ignorować. Rozmowa przy stole zupełnie się nie kleiła. A najgorsze było to, że Katrine czuła się winna tego stanu rzeczy. Jej oschłość działała na ludzi deprymująco i psuła wszystkim nastrój. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że to przez nią rozmowa jest nudna. To było głupie. Wiedziała o tym, a mimo to nie mogła uwolnić się od tej myśli. Była spocona i miała dość całej imprezy. Krępującą ciszę co jakiś czas przerywała Annabeth, wstając od stołu i wznosząc toast. Tam, gdzie siedziała, to znaczy w miejscu, w którym krótsza odnoga litery L stykała się z dłuższą, wyjątkowo chętnie wznoszono toasty. Katrine piła wodę mineralną i kiedy Bjørn Gerhardsen zaproponował jej czerwone wino, zasłoniła kieliszek dłonią.
Tuż po głównym daniu kobieta z nogami do szyi wyciągnęła papierosa. Bjørn Gerhardsen zaczął przeszukiwać kieszenie marynarki. Ole niczego nie zauważył. A gruby gej w mgnieniu oka wyjął zapalniczkę i eleganckim ruchem podał jej ogień.
– Wygrałem! – zaśmiał się, mrugając do Gerhardsena. – Hura!
Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Dziecinny okrzyk Georga rozładował napięcie. Nawet Katrine się roześmiała. Poczuła ulgę.
– Cicho bądź! – krzyknęła Annabeth z rogu litery L, unosząc kieliszek. – Na zdrowie, Georg!
– Goggen! – zawołał gej. – Wszyscy mówią na mnie Goggen... Oglądałaś sobotni program, z tym nowym? – zwrócił się do młodej kobiety z długimi nogami. – Pamiętasz, co odpowiedział psychologowi?
Długonoga zaczęła chichotać. Dym papierosa musiał podrażnić jej gardło, bo zakaszlała. Ole nie odrywał wzroku od zagłębienia między jej falującymi piersiami.
Nie pasuję do tego miejsca, pomyślała Katrine.
– A klient na to: to nie mnie... – Goggen poprawił się na krześle, wydął policzki i zrobił głupią minę. Katrine domyśliła się, że grubas kogoś naśladuje. Goggen męskim, tubalnym głosem zacytował: – ...powiedział do psychologa: to panu wszystko kojarzy się z seksem, bo przecież to pan w kółko mnie o to pyta!
Kobieta z nogami do szyi zanosiła się od śmiechu. Ole również. Tymczasem Katrine poczuła na plecach dreszcze. Czyjaś stopa zaczęła głaskać ją po nodze. To nie mógł być Ole. Nie miała odwagi podnieść wzroku. Oby to nie był Bjørn, pomyślała. Chyba nie jest aż takim skurwysynem. Ale nie było innej możliwości. To musiał być on. Wzdrygnęła się. Zrobiło jej się gorąco. Stopa sunęła po jej łydce. Ocierała się o nią, powoli, w górę i w dół. Chociaż Katrine wiedziała, czyja to stopa, nie była w stanie zmusić się do żadnej gwałtownej reakcji. Przywarła do krzesła i spojrzała w górę. Grubas, który chciał, by go nazywano Goggenem, przez cały czas zabawiał gości rozmową.
– Cholernie dobry – powiedział poważnym tonem. – Cholernie dobry. Ma osobowość, błysk w oku i...
Katrine dalej nie słuchała. Zamknęła oczy i zrzuciła stopę. W tej samej sekundzie, w której podniosła powieki, Bjørn Gerhardsen posłał jej łagodny, zachęcający uśmiech.
Poczuła na policzku palące spojrzenie. Odwróciła głowę. To była Annabeth; Patrzyła na nią w sposób, który nie pozostawiał żadnych złudzeń. Musiała się domyślać. Nagle Katrine oblała się potem. Annabeth wie o wszystkim, pomyślała. Cholerna suka. Wie o wszystkim. A Bjørn wie, że ona wie. Musiał jej o tym powiedzieć. Odwróciła głowę i zerknęła przelotnie na męża Annabeth. Uśmiechał się. Śledził wzrokiem jej spojrzenie, a teraz mrugał do niej, nawet w najmniejszym stopniu nie starając się tego ukryć. Czy ktoś to zauważył? Oczywiście Annabeth. I Goggen. Gruby gej wyczuwał magnetyzm w powietrzu, tak jak sarna wietrzy spojrzenie myśliwego. Georg przyglądał się jej z niekłamanym zainteresowaniem. A Bjørn Gerhardsen nie przestawał się uśmiechać... Nienawidziła tego mężczyzny. Nienawidziła Bjørna Gerhardsena, a mimo to spuściła wzrok. Gardziła sobą za to, że nie podjęła walki. Wpatrywała się w obrus, czując na karku krople potu.
– Strasznie tu dużo dymu! – zawołała nagle. – Muszę zaczerpnąć świeżego powietrza.
Wstała i chwiejnym krokiem ruszyła w stronę werandy. Czyjaś kobieca ręka otworzyła jej drzwi. W tej samej chwili, w której znalazła się na tarasie, usłyszała, jak ktoś krzyczy od stołu. Głos Annabeth rozległ się echem:
– Kawa i koniak w salonie! Bardzo proszę, częstujcie się! Nie mam siły wam wszystkim nalewać... Samoobsługa – ostatnie słowo wypowiedziała łamiącym się głosem.
Katrine oddychała głęboko. Zapadał zmierzch. Był czerwcowy wieczór. Oparła się o poręcz werandy i zerknęła na dół, na niebieski, jasno oświetlony basen. Można by stąd skoczyć na główkę, pomyślała. Niebieska, lśniącą woda stanowiła centrum czegoś, co przypominało wykafelkowane podwórze. Za linią kafelków rosły drzewa owocowe. Między nimi majaczyła zapalona latarnia, która rzucała pomarańczowe światło na chodnik znajdujący się za ogrodzeniem. Katrine powędrowała dalej, aż do miejsca, w którym widok na miasto zasłaniały olbrzymie korony drzew.
Wiedziała, że to on, zanim jeszcze się odezwał. Świadomość, że stoi tuż za nią, sprawiła, że Katrine znowu oblała się potem.
– A więc tu się schowałaś? – powiedział cichym, przymilnym głosem. Dźwięk jego obcasów stukających o gres, którym był wyłożony taras, wydał jej się obrzydliwy. Nie odwróciła się. Nie odpowiedziała.
Zobaczyła w basenie jego odbicie.
– Koniaku? – spytał, stawiając kieliszek na szerokiej poręczy. Kwadratowa szyba jasnożółtych drzwi werandy odbijała się w kieliszku z brunatnym płynem. Jego palce były szorstkie, a skóra wokół obrączki wyglądała na lekko opuchniętą. Zegarek w stylu macho na szerokiej, metalowej bransolecie miał niebieskawą, podświetlaną tarczę. Pasowałby do filmu o Jamesie Bondzie, pomyślała.
– Nie, dziękuję – odpowiedziała. – Widziałeś Olego?
– Podoba ci się nasz ogród? – spytał Bjørn Gerhardsen, jakby nie słyszał jej pytania.
Przyglądała się swojemu odbiciu w niebieskiej wodzie basenu. I przyglądała się odbiciu Bjørna Gerhadsena. Stuprocentowy macho, ubrany w charakterystyczny dla tego typu sposób, z gadżetami w odpowiednim stylu, z wymalowaną blondynką u boku. Cholera jasna, wyglądamy jakby żywcem wyjęci z filmu o Jamesie Bondzie! przemknęło jej przez myśl.
– Robi wrażenie – powiedziała uprzejmie. – Na pewno wymaga dużo pracy.
Oparł się plecami o poręcz i uniósł kieliszek do ust.
– Zawsze możesz wpaść i trochę nam pomóc – powiedział z uśmiechem. – Masz takie zwinne palce.
Zamarła w bezruchu. Udawał macho. Uśmiechał się jak pewny siebie facet. Nie robiło to jednak na niej wrażenia. Ten błysk w oku i niedwuznaczne gesty były częścią gry, w którą grała od lat. Poradzę sobie, pomyślała, starając się skoncentrować. Kiedy spojrzała mu prosto w oczy, poczuła, że odzyskuje spokój.
– Masz dobrą pamięć – powiedziała, ale zaraz pożałowała tych słów, bo ich sens był niejednoznaczny. Bała się, że Bjørn odczyta je niezgodnie z jej intencją. Były jak koło ratunkowe, z którego skwapliwie skorzystał.
– Ty również – odpowiedział.
Cisza była nie do zniesienia. Z domu dobiegały głośny śmiech i zwykłe, pijackie okrzyki.
– Jeśli chcesz, mogę oprowadzić cię po ogrodzie – powiedział z krzywym uśmiechem.
Twarz Katrine zastygła. Przeszywając go wzrokiem, poczuła, jak jej wargi wykrzywiają się w sztucznym, łatwym do rozszyfrowania uśmiechu.
– Jesteś żałosnym, pieprzonym dupkiem – powiedziała wolno i wyraźnie, żeby nie umknęło mu żadne słowo. Ale to nie pomogło. Szybko zdała sobie z tego sprawę. To było jego terytorium. Jego dom. Była na jego łasce i niełasce, tego wieczoru stanowiła część tego wnętrza, niczym egzotyczny mebel, którym Annabeth i Bjørn mogli pochwalić się przed gośćmi: „Oto nasz dom – afrykańska waza, rzeźbione maski na ścianie, włoski stół i ta żałosna narkomanka, którą Annabeth sprowadziła ze złej drogi. Pytacie, która to? Tamta blondynka. Ładna dziewczyna, prawda?”
W tej samej chwili poczuła jego dłoń na swoich pośladkach.
– Nie dotykaj mnie – syknęła. Oczy zaszły jej łzami.
Odchrząknął i wsunął dłoń między jej uda.
– Będę krzyczeć – zagroziła. Była żałosna. Najchętniej zapadłaby się pod ziemię. Gdyby to działo się gdzieś indziej, na ulicy, na schodach jakiegoś domu, gdziekolwiek – byle nie tutaj, kopnęłaby go w jaja i splunęła mu w twarz. Ale tutaj czuła się obco. Obco i niepewnie.
Zabrał rękę.
– Zostaw sobie krzyki na inną okazję – rzucił chłodnym tonem.
Odwróciła się. Przez oszklone drzwi zobaczyła, że Annabeth wypatruje męża.
– Żona cię szuka.
– Mylisz się – odpowiedział i uśmiechnął się ironicznie. – Szuka nas obojga.
Uniósł kieliszek do ust, próbując spojrzeć jej w oczy. Katrine patrzyła przed siebie. Kiedy się odezwała, miała wrażenie, że jej głos dochodzi z bardzo daleka:
– Nic dla mnie nie znaczysz. Absolutnie nic.
Miała dość tej gry, dość udawania, dość wychodzenia na idiotkę. Rzuciła się w stronę drzwi i z impetem weszła do zadymionego pokoju. Przeciskała się między odświętnie ubranymi ludźmi. Było jej niedobrze. Czuła na sobie palące spojrzenia gości. Kątem oka widziała, jak stykają się głowami. Poruszała się ciężko i niezgrabnie. Czuła się jak słoń w składzie porcelany. Była cała zesztywniała. W drugim końcu pokoju zobaczyła, jak Ole pochyla się nad długonogą nieznajomą i szepcze jej coś od ucha. Kobieta zachichotała, odrzucając głowę do tyłu. Poza nimi rozpoznawała tylko twarze Sigrid z ośrodka i Bjørna Gerhardsena.
Stanęła obok Olego, wytrącając go tym samym z równowagi. Odchrząknął.
– Cześć – wymamrotał z wyraźnym wysiłkiem. Bocianica wyjęła kolejnego papierosa, ale Katrine nie zamierzała odejść. Kobieta odwróciła się jak modelka na wybiegu i ruszyła przed siebie, torując sobie drogę między gośćmi.
Ole chwycił Katrine za rękę.
– Pokręcimy się trochę?
Weszli do pokoju, w którym stało pianino. Przy klawiaturze siedział znajomy grubas – Georg Beck, zwany również Goggenem. Ole przytrzymał ją za ramię.
– Tylko nie on – szepnął jej do ucha. – To gej.
Spojrzała na Olego zmęczonym wzrokiem. Nagle wydał jej się obcy.
– Zawołaj mnie, jeśli zacznie się do ciebie dobierać – powiedziała.
Podeszli do grupki osób zebranych wokół Goggena, który opowiadał o sobie i swoim kochanku kelnerze oraz erotycznej przygodzie ze znaną celebrytką. Goggen twierdził, że kobieta była zachwycona, kiedy po jakiejś imprezie została z nimi sam na sam. Perspektywa wspólnej nocy z parą gejów działała na nią jak afrodyzjak. Pili ostro przez całą noc, a kiedy bladym świtem zaczęła oprowadzać ich po mieszkaniu, wszyscy troje wylądowali na olbrzymim łożu z baldachimem i „zrobili to”.
– Mieliśmy ją. Obaj – zasyczał. – Obaj równocześnie.
Mrugnął do Katrine, a zwracając się do Olego, powiedział:
– No wiesz: on zaparkował tam, gdzie panienki lubią najbardziej... – (sceniczna pauza, publiczność szaleje) – a ja zająłem miejsce trochę bardziej z tyłu. – (Ryk publiczności).
Goggen mówił dalej podniesionym głosem, niemal krzyczał:
– To było bardzo podniecające, bo przez cały czas czuliśmy, że nasze penisy ocierają się o siebie. W końcu dzieliła je tylko cienka błona!
Katrine spojrzała na Olego. Był albo zażenowany, albo wściekły – w każdym razie czerwony na twarzy. Tak samo jak Goggen. Jesteście do siebie bardzo podobni, pomyślała i przeniosła wzrok na geja, który zaczął odgrywać pantomimę. Gruby i zaróżowiony, wykrzywił wargi w chorobliwym grymasie i wydął policzki, jakby grał na trąbce. Następnie otworzył usta, odsłaniając język pokryty białymi plamami. Jego spojrzenie było puste i martwe. Błądząc wzrokiem po pokoju, powiedział:
– Przez cały czas krzyczała.
Grubas naśladował kobietę. Z jego pełnej, dolnej wargi ściekała ślina.
– Ach... ach... ach... – piszczał.
Ole chwycił Katrine za ramię. Chciał iść. Nagle poczuła, że jej uczucie wyobcowania zamienia się w agresję. W nagłą wściekłość, która wzbierała w niej od dłuższego czasu, a którą wyzwoliła świętoszkowatość Olego. Nie ruszyła się nawet na krok. Kątem oka zauważyła, że jej chłopak również postanowił zostać.
Kiedy śmiech słuchaczy ucichł, długonoga bocianica, która dziwnym zrządzeniem losu znalazła się tuż obok nich, zwróciła się do mężczyzny stojącego po jej prawej stronie i powiedziała scenicznym szeptem:
– Trochę to wulgarne, nie sądzisz?
– I cholernie nudne! – odpowiedział tamten i zaczął ziewać, demonstracyjnie zasłaniając dłonią usta. – Oby tylko nie zaczął opowiadać historii o stołku do pianina. Ooops! – wzdrygnął się i dodał: – Za późno!
– W Bristolu... – zaczął Goggen. – ...Wchodzę do środka i widzę wyjątkowo piękny stołek do pianina. Rzecz dzieje się w barze w Bristolu. Po prostu nie mogę się opanować, siadam i zaczynam grać lekką sonatę. Zapominam o bożym świecie, zatracam się w grze... Nagle odkrywam, że wokół mnie panuje idealna cisza. Mój Boże, co robić? Już nie mogę się wycofać. Gram do końca, a kiedy zdejmuję dłonie z klawiatury, czuję, że obok stoi jakiś mężczyzna...
– Mężczyzna! – zawołała Bocianica z udawanym entuzjazmem. – Jakie to podniecające!
Na to jej współtowarzysz:
– Tak, kobiety i stołki do pianina. Ta ciota, która tak dobrze gra, no wiesz, słyszałem, że na każdym koncercie załatwia dwa stołki do pianina!
Ole zarechotał. Teraz, kiedy Goggen był ofiarą, Ole czuł się o wiele swobodniej. Jego oczy błyszczały z emocji.
– Załatwia stołki do pianina? – Bocianica mrugnęła do Olego.
– Właśnie tak. To są delikatne przedmioty, ręczna robota, sama rozumiesz!
– Czuję... – krzyknął poirytowany Goggen. – Czuję czyjąś dłoń...
Głos z tłumu:
– To nie jest moja ręka!
Śmiech.
– Bardzo śmieszne, bardzo śmieszne – powiedział obrażony Goggen. – No więc – mówił dalej, znowu skupiając na sobie uwagę wszystkich słuchaczy. – Siedzę i gram, a potem ktoś kładzie dłoń na moim ramieniu – wyszeptał z nabożeństwem. Siedział z przymkniętymi powiekami, a jego czerwona twarz promieniała. – Obracam się – powiedział dobitnie – podnoszę wzrok... i podskakuję z wrażenia, słysząc czyjś głos mówiący: „Cudowne”.
Goggen, który czuł, że ma za sobą całą widownię, na moment przerwał opowieść, żeby wzbudzić większą ciekawość. – Miły, dźwięczny, aksamitny głos – ciągnął wzruszony. – „Cudowne” – powtórzył. Położył sobie dłoń na ramieniu, jakby chciał poczuć ten sam dreszcz emocji co wtedy. Poruszył się na krześle, dając do zrozumienia, że ręka nadal go przytrzymuje. Po chwili odwrócił się, żeby zobaczyć, do kogo należy. – ...„To było naprawdę cudowne”, odezwał się tajemniczy głos. I dopiero wtedy mężczyzna cofa rękę i daje mi...
– No dalej! – zawołała jedna z kobiet siedzących przy stole. Przekrzywiła głowę. Chciała, żeby inni śmiali się z jej dowcipu. – Co takiego ci dał?
– O kurwa! Ręką też ci dał? – odezwał się głos z końca stołu.
– Tym mężczyzną – ciągnął niezrażony Goggen – tym mężczyzną był Per Aabel !
Nazwisko zrobiło wrażenie. Wokół stołu przetoczyła się fala głębokich westchnień. Goggen rozejrzał się triumfująco dookoła, skinął głową i powtórzył:
– Per Aabel!
Katrine zauważyła, że w drzwiach stoi Annabeth. Była pijana. Wszyscy byli pijani w sztok. Ci wspaniali ludzie, którzy żyli z leczenia uzależnień, byli wstawieni. Pijani, napaleni i starzy. Zrobiło jej się niedobrze.
Jakiś mężczyzna, który nie zrozumiał, o co chodziło w historii ze stołkiem do pianina, zerknął na pozostałych i zachichotał:
– Per Aabel? Czy on nie jest przypadkiem w twoim wieku?
Rozległy się salwy śmiechu.
– Kto to powiedział? – Goggen wstał i uniósł do góry rękę. Nalane policzki drżały z wściekłości. – Kto to powiedział? Ktokolwiek to był, wyzywam go na pojedynek!
– Siadaj, ty stary kutasie! – zawołała jakaś kobieta. – Siadaj i popraw sobie pas przepuklinowy!
Znowu śmiech, kieliszki uniesione do góry. Katrine odwróciła się, ponieważ wyczuła, że coś dzieje się za jej plecami. To była Annabeth. Zataczając się, szła w jej stronę. Katrine ścisnęła Olego za rękę i dała się poprowadzić do wyjścia. Usłyszała za sobą czyjś głos:
– Ta gruba od pianina... Goggen, mógłbyś nam pokazać, w jaki sposób dosiadała stołka?
Annabeth zagrodziła im drogę. Zachwiała się i walczyła, żeby nie stracić równowagi.
– Katrine! – zawołała przymilnym głosem. – Mam nadzieję, że jesteś zadowolona z imprezy – nie czekając na odpowiedź, lekko łamiącym się głosem mówiła dalej: – Mam nadzieję, Katrine, że dobrze się bawisz!
Była tak pijana, że połykała kocówki najdłuższych wyrazów, a głoska „r” w jej wykonaniu przypominała zgrzyt noża po szkle. Katrine uśmiechnęła się, chociaż żołądek podchodził jej do gardła.
– Jedzenie było pyszne. Naprawdę wyśmienite.
Annabeth złapała ją za rękę. Katrine zerknęła na jej dłoń. To była ręka starzejącej się kobiety, z lekko brązową skórą i pomarszczonymi palcami z mnóstwem pierścionków. Katrine podniosła wzrok. Policzki Annabeth pokrywała gruba warstwa pudru.
– My wszyscy tak bardzo cię kochamy – powiedziała i rozpłakała się.
– Annabeth, ty płaczesz?
Chociaż Katrine wolałaby teraz być wiele mil stąd, udało jej się wykrzesać odrobinę serdeczności. Przed nią stała gospodyni, Annabeth, szefowa ośrodka, pijana w trupa. Katrine żałowała, że zjawiła się na imprezie. To nieprzyjemne kłucie w żołądku, które poczuła, jak tylko przestąpiła próg tego domu, to drobne kłucie, które starała się utrzymać w ryzach, to kłucie właśnie gwałtownie się wzmogło. Fala mdłości zalewała jej ciało niczym gorąca lawa. Paraliżujący ból, który zaatakował jej żołądek, teraz przesuwał się w stronę przełyku. Podczas gdy jej ciało stopniowo ustępowało pod naporem bolesnych nudności, Katrine przyszło do głowy, że widziała już w życiu gorsze rzeczy. Zamknęła oczy, a kiedy je otworzyła, zobaczyła Olego. Stał za Annabeth i przyglądał jej się z wyraźną niechęcią. Przez kilka sekund Katrine czuła ogromną pogardę dla niego i całej reszty: dla Annabeth i jej wytwornych znajomych, którzy wlewali w siebie wino, piwo i wódkę, żeby mieć odwagę zwierzać się obcym ludziom z największych sekretów, obmacywać cudze żony i zdradzać mężów. I wśród tych wszystkich ludzi stała Annabeth i nachylała się nad nią, żeby wyszeptać jej do ucha swoje tajemnice. Tajemnice, których Katrine nie chciała słuchać, których nie była w stanie słuchać. Ale ból, który trawił jej ciało, paraliżował również procesy myślowe. Szumiało jej w uszach. Dopiero po chwili dotarło do niej, że nic nie słyszy. Annabeth chwiała się na nogach, a jej wargi poruszały się, nie wydając żadnych dźwięków. Zęby Annabeth były długie, pokryte czarnym nalotem. To były zęby starego człowieka. Człowieka, który wypalił w życiu za dużo papierosów i wypowiedział zbyt dużo pustych słów. Jej oczy były czerwone i mokre od łez. W ręce trzymała coś, co przypominało otwartą butelkę czerwonego wina. Chwiejąc się na nogach, wymachiwała butelką. Nagle wykonała nieskoordynowany ruch, butelka trafiła we framugę drzwi i eksplodowała jej nad głową. Katrine miała wrażenie, że ogląda film w zwolnionym tempie. Czerwona woda spływała po twarzy Annabeth. Wyglądało to tak, jakby ktoś rozciął jej skórę na głowie, a krew trysnęła na wszystkie strony, plamiąc włosy, oblewając czoło, spływając po szyi, zamieniając twarz w otwartą ranę. Nagle Katrine odzyskała słuch. Wrócił w tej samej chwili, w której stara kobieta wydała z siebie chrapliwy krzyk. Krzyk zbił Katrine z nóg, a ból trawiący jej ciało chwycił ją za gardło niczym dławiący skurcz. Annabeth, z twarzą zalaną czerwoną cieczą i ustami wykrzywionymi w dzikim, histerycznym grymasie wykrzykiwała coś. A może to był śmiech? Dźwięk, który wydobywał się z gardła Annabeth, w uszach Katrine zamieniał się w nieokreślony szum. Przez sekundę patrzyła jej prosto w oczy, wpatrywała się w dwa puste, ciemne tunele w mózgu, który nie był mózgiem, tylko pulsującą kiścią białych robaków. Żołądek podszedł jej do gardła. Wiedziała, że zaraz zwymiotuje, to było oczywiste, zawartość żołądka znajdowała się na wysokości przełyku. Pole widzenia stało się jeszcze bardziej zamglone. Białe robaki podpełzły bliżej. Szyja Annabeth tryskała czerwienią jak krwią, jak fontanna krwi.
*
Ktoś dotknął jej ramienia. Katrine poczuła chłód kafelków. Musiałam zwymiotować, pomyślała. Zwróciła do muszli klozetowej. Dźwięki imprezy wdzierały się przez drzwi toalety. Podniosła wzrok i zobaczyła Olego. Wyglądał na zmartwionego.
– Wyjdź stąd – jęknęła.
– Zemdlałaś – powiedział. – Ta suka rozbiła butelkę wina i wtedy odpłynęłaś. Niezła impreza. Nie powinnaś tyle pić.
Spojrzała na niego kątem oka.
– Jestem trzeźwa. Przez cały wieczór nie wypiłam ani kropli.
– To po czym się rozchorowałaś?
Nie zdążyła odpowiedzieć, ponieważ żołądek znowu podszedł jej do gardła. Tym razem to nie było jedzenie. Czuła się tak, jakby wymiotowała wrzącą herbatą. Po omacku szukała papieru toaletowego, ale jej palce natknęły się na jakiś materiał. To Ole podał jej ręcznik.
– Nie wiem – jęknęła. – Może coś mi zaszkodziło?
Nacisnął spłuczkę. Szum spuszczanej wody zagłuszył odgłosy imprezy. Otarła twarz ze śliny i łez.
– Jeszcze tu jesteś? – spytała. – Chcę zostać sama. Nie chcę, żebyś oglądał mnie w takim stanie.
– Myślisz, że bez ciebie dam sobie radę z tą całą bandą?
Skinęła głową i zwymiotowała. Znowu. Nic nie wyleciało. Na język spłynęła tylko kropla żrącego kwasu. Kiedy Ole otworzył drzwi i wyszedł z toalety, poczuła zimny powiew. Ulżyło jej. Poczuła się lepiej.
Ole był tak samo zakłamany jak oni. Czuł się między nimi jak ryba w wodzie. Pasował, do tego miejsca. Był wygadany, umiał prawić kobietom komplementy i prowadzić z innymi mężczyznami jałowe rozmowy. Ole był w swoim żywiole. Tylko ona była tu obca. Nie miała tu nic do roboty. Chciała jak najszybciej wrócić do domu. O ile miała jakiś dom.
Czuła się trochę lepiej. Podniosła się z kolan i usiadła na sedesie. Siedziała i przyglądała się swojemu odbiciu w olbrzymim lustrze. A więc w tym domu każdy, kto siedział na kiblu, przyglądał się sobie w lustrze. Łącznie z mężem Annabeth, Bjørnem Gerhardsenęm. Może stawał wieczorem przed lustrem i onanizował się? Potrząsnęła głową, żeby usunąć ten obraz ze świadomości. Żołądek był pusty. Mdłości ustąpiły. Za to bolały ją mięśnie brzucha. Wyglądała jak nastoletnia dziwka, która pierwszy raz zaćpała. Kolana złączone, ślina ściekająca po brodzie, błędny wzrok, chorobliwie blada skóra i obrzygane włosy opadające na czoło. Łzy, które napłynęły jej do oczu, kiedy wymiotowała, rozmazały jej tusz do rzęs. Nagle przypomniała jej się pijana Annabeth z twarzą oblaną winem. Znowu zrobiło jej się niedobrze. Przełknęła ślinę. Siedziała z zamkniętymi oczami i przełykała ślinę, czekając, aż poczuje się lepiej. Już wiedziała, o czym nie powinna myśleć. Powoli otworzyła oczy i przyjrzała się swojemu odbiciu w lustrze. Zza drzwi łazienki dobiegały dźwięki muzyki, śmiech i pijackie okrzyki.
Jeśli do tej pory nie była obiektem kpin tej bandy za drzwiami, na pewno teraz nim została. „Czy ktoś słyszał coś podobnego? Ta żałosna pacjentka ośrodka rozchorowała się i od godziny wymiotuje! Na przyjęciu u Annabeth! Jak tak można!”
Ktoś zapukał do drzwi.
Chciała być sama, zupełnie sama. Ponowne pukanie. Energiczne pukanie terapeutyczne. Nigdy-się-nie-pod-dam pukanie. Chcesz-o-tym-porozmawiać pukanie. Pukanie namolnej baby.
– Katrine? – To był głos Sigrid. – Katrine? Dobrze się czujesz?
Chciała być sama. Nie. Chciała, żeby był z nią Henning. Chciała siedzieć obok niego i pić herbatę. Miała dość cudzych oczekiwań i ciekawskich spojrzeń.
– Katrine!
Pukanie. Sigrid była zawzięta.
Katrine podniosła się i uchyliła drzwi.
– Chryste Panie! Jak ty wyglądasz, moje dziecko!
Opiekuńcza jak zawsze. Wcisnęła się do toalety i zaczęła obmywać twarz Katrine.
– I jak? Od razu lepiej, prawda?
– Chyba wrócę do domu – powiedziała Katrine, przeglądając się w lustrze i wykrzywiając twarz w grymasie. – Możesz poprosić Olego, żeby zadzwonił po taksówkę?
– Ja to zrobię. Ole zniknął w ogrodzie.
– W ogrodzie?
– Tak. Annabeth namówiła gości na kąpiel w basenie. Poza tym chce się pochwalić nowym stawem rybnym. Poczekaj tu chwilę, a ja postaram się załatwić ci jakiś samochód. Może ktoś będzie mógł cię odwieźć.
– W całym domu nie znajdziesz ani jednej trzeźwej osoby.
– Może to tak wygląda – powiedziała zmartwiona Sigrid, marszcząc czoło: – Ale jest tu wiele osób, które niczego nie biorą.
– Nie ma o czym mówić – westchnęła.
Przyglądały się swoim odbiciom w lustrze. Sigrid, wykształcona kobieta w średnim wieku, szczupła, siwa i ładna, o miękkich, troskliwych dłoniach. Katrine, młoda, z lekko matowym wzrokiem.
– Powinnaś zostać pielęgniarką – powiedziała Katrine, obejmując Sigrid ramieniem. Popatrzyła na portret przyjaciółki odbity w lustrze. – Widzę to bardzo wyraźnie.
– Co takiego?
– Masz nocny dyżur. Idziesz korytarzem w białym fartuchu, a pacjenci, mężczyźni, czekają na ciebie w ciemnościach, czekają, aż mignie w drzwiach kobieta ich marzeń.
Sigrid uśmiechnęła się w lustrze do Katrine, wdzięczna za komplement, a równocześnie zmartwiona i zatroskana.
– Jestem stara – powiedziała, marszcząc czoło.
– Dojrzała – poprawiła ją Katrine i zdjęła rękę z jej ramienia. – A ja, chociaż jestem młodsza, nie mam już siły na nic. Zadzwonię po kogoś, kto mnie odwiezie, a ty wracaj do gości.
Nagle zapragnęła, żeby Ole był tu przy niej, żeby wziął ją w ramiona. Chciała, żeby powiedział: „Zostań ze mną”. Stanęła w drzwiach i rzuciła okiem na salon. Odprowadziła wzrokiem Sigrid, która po chwili zniknęła w tłumie, a potem przyglądała się Olemu, który właśnie wrócił z tarasu. Ole i kobieta z nogami do szyi. Było widać, że łączy ich coraz większa zażyłość. Katrine zamknęła oczy i zobaczyła ich razem w łóżku, nagich. Widziała ich bardzo wyraźnie, ale nie czuła zazdrości, tylko przytłaczający smutek.
Co chciała, żeby jej powiedział? „Mam dość tego miejsca”. Mógł to powiedzieć. Mógł do niej podejść, wziąć w ramiona i zapewnić, że zabiera ją do domu, że resztę wieczoru chcę spędzić tylko z nią. Czuła narastającą złość. Dlaczego tego nie robił? Dlaczego nie był tym, kim chciała, żeby był?
W tym samym momencie poczuła na sobie jego spojrzenie. Szedł w jej stronę. Zamknęła oczy. Widziała to bardzo wyraźnie. Zbliżającą się kłótnię. Wszystkie okropne rzeczy, które mu wykrzyczy, wszystkie okropne słowa, które Olę rzuci jej w twarz. Podniosła powieki. Im był bliżej niej, tym bardziej pragnęła, żeby to był Henning. Nikt inny, tylko Henning.
– Jak się czujesz? – spytał Ole.
– Lepiej – wymamrotała. – Ale widzę, że ty też dobrze się bawisz.
Podążył za jej spojrzeniem. Bocianica przyglądała im się intensywnie. Gdy tylko Ole się odwrócił, zrobiła krok w lewo i zmieszała się z tłumem.
– Część gości wybiera się do miasta – powiedział po chwili. – Do Smuget. Pedał i kilka innych osób. Masz ochotę się przyłączyć?
– Nie – odpowiedziała. – A ty?
– Jeszcze nie wiem. Może.
– Wracam do domu.
– Do domu?
Uśmiechnęła się z wysiłkiem.
– Wyluzuj, nie musisz jechać ze mną. Zostań na imprezie albo jedź z nimi do miasta.
Wyraźnie się ucieszył.
– Jesteś pewna?
Skinęła głową.
– Jesteś pewna? – powtórzył.
Grupa hałaśliwych gości wcisnęła się między nich. Goggen poklepał Olego po tyłku.
– Jedziesz z nami, słodziaku?
Ole zarechotał.
Goggen objął go w pasie i zaczął tańczyć z nim walca. Katrine wycofała się z powrotem do toalety, zamknęła drzwi na klucz i postanowiła zaczekać, aż będzie pewna, że na korytarzu nikogo nie ma. Przez ściany łazienki dobiegały ją głosy i pojedyncze hałaśliwe okrzyki. Kilka osób wyżywało się na pianinie. Kiedy upewniła się, że wszyscy, którzy stali na korytarzu, w końcu sobie poszli, zakradła się do przedpokoju, wzięła do ręki białą słuchawkę telefonu, który wisiał na ścianie, i wykręciła numer Henninga. Zerknęła na zegarek. Jeszcze nie minęła północ. Po długiej chwili z drugiego końca rozległo się zmęczone „halo”.
– Tu Katrine – rzuciła krótko. – Spisz już?
Żałowała, że w porę nie ugryzła się w język. Wykrzywiła twarz w grymasie, jakby się bała, że Henning powie „tak” i zacznie się złościć.
– Ja? Nie – zaprzeczył, głośno ziewając. A więc jednak go obudziła.
– Masz samochód?
– Brata. Wypasiona bryka.
– Możesz po mnie przyjechać? Do Annabeth? Zaraz?
Chwała niech będzie Henningowi za to, że nigdy o nic nie pyta.
– Zacznij iść w moją stronę – powiedział. – Spotkamy się po drodze.
Dwadzieścia minut później przyjęcie było sto metrów za nią. Szła wolnym krokiem cichą, pustą ulicą. Tylko ciemność i ona. Właściwie było bardziej szaro niż ciemno, przyćmione światło letniej nocy. Czuła się o wiele lepiej, chociaż wciąż bolały ją mięśnie brzucha i przepona. Świeże, wieczorne powietrze delikatnie owiewało jej twarz. Mijając latarnię, usłyszała monotonne brzęczenie lampy, która rzucała blade światło – jakby nie była w stanie świecić jaśniej niż sama noc. Szła w dół ulicy. Obcasy stukały o asfalt. Wkrótce brzęczenie instalacji elektrycznej przestało być słyszalne. Tuż przy jej uchu przeleciał komar, a chwilę później usłyszała warkot silnika. Światła reflektorów migotały między masywnymi drzewami rosnącymi wzdłuż drogi. Szła wolno pogrążoną w ciemności Voksenkollveien. Daleko w dole leżało miasto. Całe Oslo przypominało gigantyczne, dogasające ognisko. Czarne wody fiordu odbijały światło, potęgując je. Warkot silnika przybrał na sile. Wkrótce zauważyła blask reflektorów i po chwili zza zakrętu wyłonił się sznur samochodów. Pierwszy z nich był niski i miał otwierany dach. Nagły podmuch bocznego wiatru sprawił, że długie włosy Henninga zasłoniły mu twarz. Odgarnął je ręką i gwałtownie zahamował. Wskoczyła do środka.
Siedzieli, przyglądając się sobie z uśmiechem.
– Co się dzieje? – spytał.
Uśmiechnęła się jeszcze promienniej.
– A jak myślisz?
– Rozbiłaś bank?
Zaśmiała się.
– Nie.
– To powiedz, o co chodzi!
Zebrała się w sobie i zamknęła oczy.
– Czyżby przydarzyło ci się coś niezwykłego? – próbował odgadnąć.
Skinęła głową. Nie potrafiła się nie uśmiechać.
– Powiesz mi, co się stało?
– Później – powiedziała, ściskając go za rękę. – Później – powtórzyła i wskazała głową na deskę rozdzielczą. – Skąd go wytrzasnąłeś?
– Nie ja, mój brat – wyjaśnił. – Pilnuję mu samochodu, kiedy wyjeżdża za granicę.
– Poważnie? Masz brata, który pożycza ci taki samochód?
Uśmiechnął się krzywo, przechylając głowę.
– W końcu to mój brat.
– Zmęczony? – spytała.
– Już nie.
– Na co masz ochotę?
Zawahał się.
– A ile mamy czasu?
– Całą noc.
Odchylił głowę do tyłu. Jego mała kozia bródka wiła się na szpiczastym podbródku niczym kępka mchu.
– Niebo usiane gwiazdami – wymamrotał. – Wiem, co zrobimy.
– Ale najpierw muszę coś zjeść – powiedziała. – Mam ochotę na coś kalorycznego i okropnie niezdrowego.
Włosy falowały na wietrze. Kiedy mijali Holmenkollbakken , które nocą przypominało olbrzymi, tajemniczy cień, Henning dodał gazu. Na ostrych zakrętach wpadali na siebie, splątane włosy chłostały jej twarz. Bez wahania zdjęła bluzkę i zawiązała ją sobie na głowie jak chustkę. Henning zerknął na nią i zawołał, przekrzykując warkot silnika:
– Zupełnie jak u Felliniego! Ja i mój kabriolet jedziemy nocą z dziewczyną w czarnym staniku!
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
