Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Coraz mniej jest miejsca dla bogów w krainie zwanej Czosonem.
Stare porządki zostają zastąpione przez prawa i hierarchie narzucone przez uczonych, zamykające mieszkańców kraju w rolach wyznaczonych przez płeć i klasę. Jednak kobiety nie zamierzają się temu zupełnie podporządkować, biorą udział w rytuałach, wzywają po kryjomu pomocy bogów.
Szamanka Minsu wie, że błagania nie pozostają bez echa, rozpoznaje w staruszce, która pojawiła się w wiosce, boginię Samsin. Niestety dostrzega też coś innego: zwiastujące złe czasy omeny.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 550
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
MAGNOLIE ZAKWITNĄ NOCĄ
INDIGO CIEL
Copyright © by Indigo Ciel
Copyright © 2025 Instytut Wydawniczy „Lepsze Światy”
Wszystkie prawa zastrzeżone
All rights reserved
Redakcja: Katarzyna Okelo
Korekta: Anna Skóra
Ilustracja na okładce: Paweł Witiak
Tekst oraz ilustracje do książki powstały bez użycia sztucznej inteligencji.
Wydanie 1
ISBN 978-83-977539-7-6
Instytut Wydawniczy „Lepsze Światy”
www.lepszeswiaty.pl
Kasi, najdroższej współpasażerce
w podróżach po lepszych światach
Powieść Magnolie zakwitną nocą została zainspirowana historią i kulturą prawdziwego miejsca, tj. historycznej Korei, ale nie rości sobie żadnego prawa do miana książki (czy nawet powieści) historycznej. Przeciwnie. Każda z postaci występujących w mojej opowieści oraz wydarzenia, w których biorą udział, są zupełnie fikcyjne. Wszelkie ewentualne podobieństwo do losów prawdziwych ludzi należy przypisać przypadkowi.
Starałam się wiernie opisać zwyczaje panujące w Korei tamtego okresu, ale i w tej kwestii muszę się powołać na licentia poetica. Nie na wszystkie nasuwające się pytania zdołałam znaleźć odpowiedzi w dostępnych źródłach, tu i ówdzie musiałam się więc posiłkować własną wyobraźnią lub umiejętnością dedukcji. Są też informacje, od których odbiegłam lub które przekręciłam świadomie, priorytetyzując potrzeby fabuły nad zgodność z realiami historycznymi.
Pozwoliłam sobie również na podjęcie pewnych decyzji w kwestii występujących w tekście koreańskich nazw i imion. Wzorowałam się na oficjalnej polskiej transkrypcji, ale wprowadziłam zmiany odnośnie zapisu niektórych koreańskich znaków, starając się lepiej przybliżyć polskiemu czytelnikowi ich oryginalne brzmienie.
Indigo Ciel
Czimin była spóźniona. Kiedy razem z matką opuszczała domostwo, większość kobiet z wioski kroczyła już prowadzącą w góry ścieżką. Łańcuch wielobarwnych spódnic i żakietów ciągnął się między polami młodego jęczmienia, wspinał się po zboczu, aż w końcu znikał w lesie. Ciepły wiatr niósł ze sobą nie tylko zapach pierwszych kwiatów, lecz także strzępki radosnych pieśni.
– Omma2, szybciej! – popędzała dziewczynka. Wydęła policzki i ściągnęła brwi. Sollan z pewnością była już na miejscu.
– Już, już. – Minsu wsunęła pod pachę trzcinową matę i chwyciła owinięte chustą pudełko. – Chodźmy.
Czimin popędziła przed siebie. Wystarczyło kilkanaście kroków, by potknęła się o wystający kamień i straciła równowagę. Niechybnie wylądowałaby na ziemi, gdyby nie mężczyzna wychodzący właśnie z bocznej uliczki. Dziewczynka uderzyła twarzą o jego udo i zachwiała się groźnie, lecz w porę złapał ją za ramię.
– Czimin! – zawołała Minsu.
Córka uczepiła się nogawki spodni młodego arystokraty. Nie tylko biało-niebieskie szaty, opaska zdobiąca czoło oraz upięte w kok włosy świadczyły o pochodzeniu mężczyzny – całą swoją postawą reprezentował najwyższą klasę społeczną: jangban3.
– Proszę nam wybaczyć. – Kobieta ukłoniła się głęboko i pozostała w tej pozycji, dopóki mężczyzna się nie odezwał.
– To nic takiego. – Przykucnął i spojrzał na dziewczynkę. – Musisz bardziej uważać.
Czimin pokiwała głową i rzuciła się matce w ramiona.
– Nie płacz, nic się nie stało – powiedziała ta, poprawiając kokardę spinającą poły żakietu córki. Sprawdziła jeszcze dół czerwonej sukienki. Czimin przydeptała halkę, lecz poza tym strój był w idealnym stanie. – Możemy iść. Tylko nie biegnij, dobrze?
Minsu ukłoniła się raz jeszcze mężczyźnie, po czym odeszły.
Dobry nastrój dziewczynki powrócił, gdy tylko minęły ostatni kryty strzechą dom i weszły na ścieżkę wiodącą przez zielone pola. Zasiany poprzedniej jesieni jęczmień wschodził powoli, jakby nie do końca przekonany, czy rzeczywiście nadeszła wiosna.Pod morelowym drzewem, gdzie ścieżka zwężała się i pięła w górę, a pola ustąpiły miejsca dzikim bylinom i trawom, zatrzymały się dwie zapatrzone na horyzont kobiety. Jedna z nich należała do najbogatszych mieszkanek kraju – strój z jedwabiu oraz towarzyszące mu akcesoria musiały przecież kosztować fortunę. Druga była odziana skromniej. Służka – domyśliła się Czimin. Ciekawiło ją, czy nieznajome mieszkały w wiosce.
– Mamanim4. – Minsu pochyliła głowę i córka poszła jej śladem.
– Ty musisz być Czimin – powiedziała jangban. – Słyszałam o tobie. Z pewnością nie możesz się doczekać, aż wejdziemy na szczyt.
Dziewczynka wzruszyła ramionami.
– Byłam tam wiele razy – odparła.
– Czimin! – upomniała ją matka. – Nie opowiadaj takich rzeczy.
– Mogę się tylko domyślać, co robi mudang5 z córką na szczycie świętej góry, kiedy nikogo nie ma w pobliżu – powiedziała janbgan z uśmiechem. – I chociaż sama nie mam nic przeciwko odprawianiu tam rytuałów, to lepiej o nich nie rozpowiadać.
Pochyliła się i ostatnie słowa wypowiedziała już szeptem, przykładając palec do ust. Czimin pokiwała głową.
– Samdzinnal to jeden z niewielu dni w roku, kiedy nie musimy się martwić, co powiedzą mężczyźni – kontynuowała jangban. – Powinnyśmy wykorzystać ten dzień. Chodźmy.
Ruszyły wijącą się między drzewami drogą. Słońce przemykało między konarami, przyjemnie ogrzewając twarze. Tylko gdzieniegdzie usadowiły się sosny o rozłożystych, lecz nieco płaskich koronach, wypełniające powietrze zapachem żywicy.
Służąca szła przodem, lawirując między kamieniami, w jednej ręce niosła wąską skrzynkę z ciemnobrązowego drewna, a drugą unosiła spódnicę. Niekiedy odwracała się, żeby ostrzec swą panią przed śliską skałą lub wystającym korzeniem. Jangban kroczyła za nią, ale przystanęła kilka razy, by nazrywać kwiatów azalii.
Czimin zaczęła się niecierpliwić. Kiedy na niebie pojawiła się smuga dymu, wiedziała, że kobiety z wioski zaczęły smażyć ryżowe ciasteczka. Przystanęła, by ocenić, jaka odległość została jeszcze do pokonania, gdy matka położyła dłoń na jej ramieniu.
– Nie martw się, będziemy na czas – powiedziała. – Mamy cały dzień.
Dziewczynka zerknęła raz jeszcze na siwą wstęgę wydobywającą się spomiędzy drzew, lecz nie odpowiedziała. Jeszcze zanim wyszły na polanę, do ich uszu dobiegły śpiewy przemieszane z uderzeniami bębna i wesołymi melodiami wygrywanymi przez flety. Na trawie siedziała grupka kobiet. Niektóre pochylały się, wrzucając płatki rododendronów do plecionych półmisków. Jerim – smażąca ryżowe ciastka starsza kobieta – zażądała, by podać jej jedno z naczyń, a potem chwyciła pałeczkami najbardziej zarumieniony placuszek, położyła nań fioletowy kwiatek i obróciła na patelni. Czimin podbiegła i uklękła przy ognisku.
– Halmoni6, czy ja też dostanę?
– Umyłaś się już? – zachrypiała staruszka. Dziewczynka pokręciła głową. – W takim razie się pośpiesz, bo nic nie zostanie.
– Już idziemy. – Minsu kiwnęła na córkę ręką.
Strumień szumiał między sosnami. Na skałach otaczających koryto stały buty – od plecionych ze słomy, po eleganckie pantofleze sterczącymi noskami. Te należące do Sollan dziewczynka rozpoznała bez problemu – skórzane, na niewysokim obcasie i ozdobione haftowanymi kwiatami.
Rozejrzała się. Kilkanaście kobiet podwinęło spódnice i halki, by zamoczyć nogi w płytkiej sadzawce, gdzie kamienie były na tyle drobne, że nie raniły skóry. Po drugiej stronie potoku, na skalnym występie siedziała Sollan – stopami, ledwo wystającymi spod warstw jedwabi, zataczała kółka w górskiej wodzie. Przypudrowaną twarz kiseng7skierowała w stronę wodospadu, w zamyśleniu obserwując, jak strumień wody uderza o taflę. Czimin z kolei zapatrzyła się na samą Sollan, onieśmielona jej urodą.
Dopiero po chwili dziewczynka otrząsnęła się i zawołała imię kiseng.
– O, Czimin! – odkrzyknęła tamta z uśmiechem. – Chodź do nas.
– Tylko najpierw się umyj – zastrzegła Minsu. – Nie chcesz chyba chodzić w brudzie po całej zimie.
Czimin przytaknęła. W mgnieniu oka rozebrała się z butów i skarpetek, rozwiązała sznurki przy nogawkach bieliźnianych spodni i podsunęła je nad kolana. Weszła do strumienia bez wahania, lecz skrzywiła się, gdy lodowata woda obmyła jej nogi. Po chwili ciało przyzwyczaiło się do zimna, więc dziewczynka przykucnęła i umyła także ręce, po czym popędziła w stronę kiseng.
– Sollan! Kiedy przyszłaś?
– Chwilę temu. Podziwiałam scenerię. Skoro już się umyłaś, możemy wracać na ciastka?
– O, cześć, Czimin.
Podeszła do nich wystrojona kobieta. Dziewczynka znała ją doskonale – nie tylko trudniła się tym samym fachem co Sollan i mieszkała w tym samym domu, lecz także była jej najlepszą przyjaciółką. Tahe oparła łokieć o skalną półkę, zmierzyła Czimin od stóp do głów wzrokiem i wydała wyrok.
– Wystroiłaś się dzisiaj nie gorzej od nas. Omonim uszyła ci ten żakiet? – Dotknęła palcem wyszywanych przy stójce motyli. – Sama bym takie chciała.
– Poproś Nuri, żeby coś ci wyszyła – powiedziała Sollan. – Jest w tym najlepsza.
– Daj spokój, Nuri zawoła taką kwotę, że tylko jangban mogłaby sobie na nią pozwolić. Poza tym słyszałam, że teraz większość sukni Nam Insuk zdobiona jest właśnie przez nią. Dziewczyna ledwo znajduje czas na oddychanie.
– Dla ciebie na pewno znajdzie chwilę. A co do ceny, to nie powiesz mi chyba, że Kim Czihun na tobie oszczędza?
Czimin pogubiła się w rozmowie. Przez chwilę kobiety rozmawiały o jedwabiach, biżuterii i wyszywanych podżagi8, wymieniając imiona jeśli nie wszystkich mieszkańców wioski, to przynajmniej całej tutejszej arystokracji. Dziewczynce z zimna zaczęły drętwieć nogi, więc wróciła na brzeg i wsunęła z powrotem buty.
– Wracamy? – spytała Minsu.
– Czekajcie na nas – zawołała Sollan.
Kiedy wróciły na polanę, palenisko otaczała już spora grupka dzieci. Czimin wahała się przez chwilę, czy do nich nie dołączyć, lecz ostatecznie zajęła miejsce przy matce. Dopiero wtedy wśród kręcących się wokół ogniska osób zauważyła znajomą starszą kobietę.
– Halmoni! – zawołała. – Tutaj!
Babka przyszła, niosąc jeden z talerzy. Czimin od razu złapała za ciastko, oderwała spory kawałek i jeszcze zanim go dokładnie przegryzła, wepchnęła do ust resztę. Sięgnęła po następny smakołyk i podała talerz Sollan.
– Może coś zagramy? – spytała kiseng, wybierając placuszek z najładniej zachowanym kwiatem azalii. – Ta adżumma9 strasznie fałszuje.
Odwróciły się w stronę szarpiącej struny lutni staruszki. Wygrywana melodia bardzo się Czimin podobała, lecz przez rozhisteryzowany śpiew bolały ją uszy.
– Zamiast śpiewać i tańczyć, powinnyśmy w pierwszej kolejności złożyć ofiary bogom – żachnęła się halmoni. – Inaczej Sansin wpadnie w złość.
– Myślałam, że rytuał odbędzie się dopiero koło południa. Chyba jeszcze nie wszystkie kobiety się zebrały.
– Pójdę przygotować ołtarz. Poprowadzisz?
Pytanie było skierowane do Minsu, która siedziała teraz ze wzrokiem wbitym w trawę i rękami złożonymi na udach. Minęła dłuższa chwila, nim mudang odpowiedziała. W jej słowach próżno było szukać pasji czy chociaż odrobiny zadowolenia z propozycji.
– Tak, poprowadzę.
Babka kiwnęła głową, po czym wstała, podniosła owinięte w bawełniane chusty pakunki i dała znak kilku innym kobietom, że czas się ruszyć.
– Jesteście pewne, że to dobry pomysł? – spytała Tahe. – Jeśli któraś doniesie magistratowi o rytuale, skażą mudang na chłostę.
– Nikt nie się dowie – odparła Sollan. – Musieliby ukarać nas wszystkie za uczestnictwo, a to przecież niewykonalne. Zawsze możemy powiedzieć, że były to zwykłe pieśni i nie modliłyśmy się do żadnego boga. Zresztą śpiew naszej mudang jest wart odrobiny ryzyka.
– Patrz – rzuciła Tahe, wskazując na dziewczynkę. – Piersi Czimin już napełniają się dumą.
Dziewczynka wstrzymała oddech na samą myśl, że usłyszy śpiew matki – i to właśnie tego dnia, podczas obrzędu ku czci jednego z najważniejszych bogów. Chociaż mieszkańcy wioski nazywali Minsu mudang, Czimin nigdy nie była świadkiem żadnego rytuału, a śpiew matki znała jedynie z wieczornych kołysanek.
Kiedy nadeszło południe, zgromadzone kobiety podniosły się z trawy i ruszyły na szczyt. Wiodła doń ścieżka przez las, na tyle stroma i kamienista, że dziewczynka przekładała ręce od drzewa do drzewa, by uchronić się od upadku. Miała wrażenie, że opuściły już ludzki świat i wspinając się, zagłębiały coraz bardziej w domenę bogów. Kwiaty pachniały tutaj wyraźniej, a gdzieś z oddali dobiegło kukanie ptaków, a potem wesoły świergot. Niespokojny terkot powracających na Samdzinnal jaskółek Czimin usłyszała dopiero po wejściu na polanę.
Poskręcana sosna na samym szczycie rozpościerała gałęzie, pochylając się nad starymi fundamentami. Jasny piaskowiec powoli zarastał mchem, a połamane belki gniły od deszczu. Mimo że zburzona dekady temu świątynia nie przypominała już miejsca kultu, rytuał od lat przeprowadzano w tym samym miejscu. Bo gdzie indziej Sansin wysłuchałby ich próśb, jeśli nie na szczycie góry, którą obrał sobie za dom?
Wszystko było gotowe. Na kamieniach ułożono przeznaczone dla bogów dary – owoce i warzywa, ziarna ryżu i wykonane z nich ciastka, mięso i alkohol – całość otoczono gałązkami sosny oraz pociętymi w różne kształty kawałkami białego papieru. Czereśniowe drzewa, pod którymi zasiadły staruszki z wioski, przyozdobiono wstęgami w pięciu kolorach. Jerim uklękła przed bębnami, a obok niej usiadły dwie inne kobiety; pierwsza trzymała zawieszony na sznurku gong oraz pałkę, a druga dwa miedziane talerze.
Gdy ostatnie z przybyłych zajęły miejsca wokół improwizowanego ołtarza, Minsu wyszła na środek. Szelest sukni z trudem przebijał się przez świszczący między skałami wiatr. Przymocowane do miedzianego drążka dzwonki w kształcie orzechów brzęczały przy każdym kroku. Z całego stroju Czimin najbardziej spodobał się wysoki, czerwony kapelusz przyozdobiony papierowymi kwiatami. Dziewczynka widziała go już wiele razy, choć ukradkiem – matka chowała go na samym dnie komody i pod żadnym pozorem nie pozwalała wyciągać, Czimin przymierzała więc nakrycie głowy tylko wtedy, gdy nikogo nie było w domu.
Kiedy mudang stanęła przed ołtarzem, babka uderzyła w bęben. Niski, rezonujący dźwięk przeszył powietrze. Rozchodził się chwilę po okolicy i gdy całkowicie zanikł, babka zabębniła kolejny raz. I znowu. W równych odstępach, głębokim brzmieniem zwracając uwagę bogów. Minsu wyrzuciła ręce w górę, potrząsnęła dzwonkami, pokłoniła się w cztery strony świata i zaczęła śpiewać.
Dziewięćdziesiąt dziewięć strumieni ma swoje źródło na jednej górze.
Były tu przed nami i po nas życie będzie z nich wypływać.
Na górze, gdzie rośnie dziewięćdziesiąt dziewięć sosen.
Gdzie leżą nasi przodkowie i gdzie i nas zakopią.
Gdzie stara sosna wzrokiem obejmuje wszystko.
Sansin, przybądź na Nosongsan.
Zapraszamy cię, Sansin, stary władco gór.
Zapraszamy cię, Sansin, spójrz na przygotowane przez nas dary.
Minsu otworzyła wachlarz z wizerunkiem starego mężczyzny, dwóch tygrysów i chłopca, po czym uniosła go, nie przestając potrząsać dzwonkami. Przywoływanie boga trwało jeszcze dłuższą chwilę, podczas której Jerim nie przestawała uderzać w bęben. Wiatr wzmógł się, szarpiąc luźnymi kosmykami Czimin. Kiedy kolejny podmuch rzucił jej w twarz porwanymi z pobliskiego drzewa płatkami, przyłożyła dłonie do włosów, próbując ratować zapleciony tego poranka warkocz. Powietrze uspokoiło się, dopiero gdy matka zakończyła pierwszą pieśń, lecz natychmiast musiała rozpocząć kolejną, przyjęła więc miedziane talerze i zaczęła wybijać nowy, szybszy rytm.
Żwawa melodia wprawiła Sollan w radosny nastrój. Kobieta podniosła się i zaczęła tańczyć do muzyki. Mimo że zgrabne ruchy kiseng onieśmielały, wkrótce dołączyła do niej Tahe. Pozostałe kobiety jedna za drugą podrywały się z ziemi i zanim mudang skończyła pierwszą zwrotkę, zarówno nastolatki, jak i pomarszczone staruszki wymachiwały rękami w wesołym tańcu.
Samdzinnal się rozpoczęło.
Miran szarpnęła struny kajagym10 i Sobang uderzył w bęben. Nogi Junso ugięły się, a ręce powędrowały w górę, by w powietrzu zatoczyć kilka kółek. Warstwy jedwabiu zaszeleściły, gdy złapawszy za spódnicę, podciągnęła ją i odsłoniła zakrywające kostki białe skarpety. Kiseng uniosła rekę, po czym zatoczyła kilka obrotów. Każdy ruch był wyliczony – taniec nie pozwalał na improwizację.
Dopiero wtedy spojrzała na mężczyznę, który siedział na podłodze za niskim stolikiem. Czong Ilson uśmiechał się i chociaż jego oczy ukrywał cień szerokiego ronda kapelusza, to Junso wiedziała, że jangban nie odrywa od niej wzroku. Tańczyła dalej, wyrzucając dłonie w górę i rozwiewając warstwy spódnicy, aż w końcu oba instrumenty ucichły. Wykonała ostatni obrót i pochyliła się w lekkim ukłonie.
– Piękny taniec, Sollan – pochwalił.
– Dziękuję, tegam11.
Kiseng usiadła na ułożonej na podłodze poduszce, sięgnęła po gąsior i napełniła czarki ciepłym, przezroczystym alkoholem.
– Nie przestajesz mnie zadziwiać. – Ilson przyłożył naczynie do ust i odchylając głowę, wypił ryżowe wino. Junso bez zbędnej zwłoki ponownie napełniła miseczkę. – Wydaje mi się, że tańczysz nawet lepiej niż ostatnim razem. Kiedy to było?
– Pod koniec lata – przypomniała uprzejmie. – Kwiaty gardenii zdążyły już przekwitnąć, ale jej owoce nie przybrały jeszcze pomarańczowego odcienia. Gdyby nie hibiskusy, które wtedy kwitły pełnią życia, byłby to bardzo smutny dzień…
Wymawiając te słowa, Junso zawiesiła wzrok na ozdobionym drewnianą transenną i zaklejonym papierem oknie. Siedziałaby tak jeszcze chwilę, gdyby nie dobiegające z gardła jangbana chrząknięcie.
– Ach, przepraszam – bąknęła kiseng, widząc, że Ilson się jej przygląda. Szybkim ruchem porwała gąsior z winem ze stolika i już go przechylała, kiedy zdała sobie sprawę, że czarki w dalszym ciągu są pełne. – Przepraszam – powtórzyła.
– Wyglądasz na roztargnioną.
– Przepraszam. To nic poważnego. Nie służy mi zbytnio ta pogoda.
– Pogoda? – powtórzył z powątpiewaniem Czong.
– Zima wszystkie nas zmęczyła – próbowała ratować sytuację Miran. – Każda z nas z utęsknieniem czeka na wiosnę.
Jangban przeniósł wzrok na uśmiechającą się wstydliwie dziewczynę. Junso była w tym samym wieku, kiedy po raz pierwszy – wtedy jeszcze w Sangdżu – poznała Czong Ilsona. Przez dziesięć lat wszystko zdążyło się zmienić…
– Pewnie masz rację – przytaknął mężczyzna. – Chociaż dla was musi to być lepszy okres. Kto nie chciałby spędzić mroźnej nocy w ciepłej pościeli, w objęciach pięknej kobiety?
– To prawda – odpowiedziała Miran, uciekając wzrokiem na własne dłonie, które gładziły opierające się o uda kajagym. – Ale nawet najlepsza kiseng spędza samotnie wiele zimnych wieczorów.
Ilson pokiwał głową, zadowolony z odpowiedzi. Uśmiech nie znikał z twarzy Miran. Junso nie podobał się taki typ urody – buzia dziewczyny przypominała księżyc w pełni, a usta zdawały się nieproporcjonalnie wąskie; jedynym godnym pozazdroszczenia elementem były duże, ciemne oczy. Te przyciągały uwagę nawet teraz, mimo że Miran zamiast odwzajemniać spojrzenie rozmówcy, wodziła wzrokiem po strunach chordofonu.
Jeśli mężczyzna czegoś pragnie, uważaj, jak mu to wręczasz – Junso przypomniała sobie udzieloną rywalce radę.
– Kiedy zadebiutowałam jako kiseng – zaczęła Miran – rodzice ścięli zasadzone w dzień moich narodzin drzewo odong12 i przekazali je najlepszemu lutnikowi w Sangdżu, by wykonał dla mnie ten instrument. Teraz się z nim nie rozstaję.
– Grasz przepięknie. Lecz odong ścina się z okazji zamążpójścia. Nie był to zbyt pochopny ruch?
– A czy kiseng nie poślubia sztuki?
Jangban przytaknął. Z każdą chwilą i każdym wypowiedzianym słowem Miran intrygowała go coraz bardziej. I teraz, kiedy podniosła głowę, Ilson zdawał się oczarowany.
– Znasz taniec, który wykonała Sollan?
– Tak. Ćwiczę go regularnie. Chociaż nie wiem, czy potrafię go wykonać równie perfekcyjnie. Może spróbuję przy naszym następnym spotkaniu?
– Doskonały pomysł. Postaraj się nauczyć od Sollan jak najwięcej, dopóki wciąż masz okazję.
– Tak zrobię, tegam.
Junso najchętniej odpowiedziałaby, że nie zamierza jeszcze kończyć kariery, lecz ta decyzja nie należała do niej. Kiedy cztery lata temu wyraźnie dano jej do zrozumienia, że powinna ustąpić miejsca młodszym dziewczynom, jedynie znajomości Czong Ilsona pozwoliły jej się zatrudnić w domu kiseng na drugim końcu kraju. Mężczyzna w dalszym ciągu miał ochotę oglądać jej taniec, ale może chęć ta wypalała się właśnie tego wieczora? Sława kiseng umierała równie szybko, co niebieskie kwiaty komeliny.
– Przepraszam, muszę na chwilę wyjść – powiedziała Junso.
Na zewnątrz kobaltowe niebo skrywało pod swoją płachtą pogrążoną w spokojnym śnie okolicę. Rozsypane drobinki złota migotały w mroku, a księżyc całkowicie wygasł, wyznaczając początek miesiąca. Chłód nocy z łatwością przenikał przez kilka warstw bawełny i jedwabiu, rozwiewając resztki ciepła otulającego zmęczone zimą ciało. Wiatr wdzierał się za kołnierz oraz pod rękawy i Junso nie wyczuwała w nim nawet okruchu wiosny, która miała niedługo nadejść. Tylko młoda wiśnia rosnąca po drugiej stronie dziedzińca niewzruszenie wypuszczała pąki, wyczuwając w surowym powietrzu jakąś zmianę.
Rośliny szybciej niż ludzie rozpoznają wiosnę, głosiło stare przysłowie. Kiseng wciągnęła głęboko rześkie powietrze i usiadła na drewnianym podeście, opierając plecy o słup na samym jego skraju. Podciągnęła kolana, okrywając spódnicą stopy, i wsłuchiwała się w dochodzące z domu odgłosy – śmiechy, strzępki wygrywanych przez instrumenty melodii. Wyglądało na to, że większość dziewczyn była zajęta tej nocy.
– Wyprosił cię czy sama wyszłaś?
Junso drgnęła i spojrzała przez ramię. Stała za nią hengsu – mistrzyni odpowiedzialna za edukację dziewczyn i zarządzanie całym domem. Choć Hayn od dawna nie tańczyła ani nie grała przed klientami, noszone przez nią haftowane materiały oraz wplecione we włosy szpile nie ustępowały jakością tym, które dostawały od patronów najbardziej popularne kiseng.
– Taki był twój plan? – spytała Junso. – Chciałaś, by dziewczyna zajęła moje miejsce? To dlatego dałaś jej na imię Miran?
– Miran, piękna orchidea, oraz Sollan, śnieżna orchidea. Chciałam, byście się uzupełniały. Nie grasz na kajagym, choć tańczysz do jego dźwięków. Nie sądziłam jednak, że tak szybko uciekniesz.
– Gdyby chodziło jedynie o muzykę, równie dobrze mogła mi towarzyszyć Tahe. Od lat występujemy razem.
– To prawda, ale jak długo możecie to jeszcze robić? Nie jesteście przecież młode, a Czong Ilson ma dopiero czterdzieści lat. Może być naszym klientem przez długi czas, podczas gdy wy za niedługo się wycofacie. Zanim to nastąpi, muszę znaleźć kogoś, kto zwróci jego uwagę.
– I uważasz, że nowa kymgi13 go zainteresuje? Nie z powodu znajomości muzyki utrzymujemy naszą relację już dekadę.
– Nigdy nie wiesz – powiedziała hengsu, uciekając wzrokiem w stronę zamkniętych drzwi prowadzących do kwater. – Może mu się spodoba.
– Biedna dziewczyna – prychnęła Junso. Podniosła się i przejechała dłońmi po spódnicy, by rozprostować niechciane fałdy. – Nawet nie zdaje sobie sprawy, że chcesz z niej zrobić prostytutkę.
Wyminąwszy Hayn, Junso wróciła do budynku. Westchnęła, pocierając zmarznięte dłonie oraz przebierając palcami u stóp – podłoga była przyjemnie ciepła. Ruszyła wąskim korytarzem, rozświetlonym przez kilka uwięzionych w drewnianych latarniach świec. Przystanęła chwilę później, gdy wśród strzępków dochodzących z pokoi rozmów wyłowiła znajomy głos. Przysunęła głowę do najbliższych drzwi i do jej uszu dobiegł dźwięk szarpanych przez Tahe strun. Junso znała wygrywaną melodię – piosenkę o dziewczynie, która wyszła zebrać liście morwy.
Kiedy po długiej zimie ciepłe dni zawitały do wioski,
Omoni powiedziała: „Idź nad rzekę, gdzie morwy rosną,
Zabierz pleciony kosz i poszukaj zielonych liści”.
Ruszyłam więc drogą wśród kwitnących wierzb,
Nad strumień szeroki, do morwowego gaju.
Lecz stamtąd hałas docierał straszliwy,
Szum liści i trzask gałęzi.
Dziewczyna w opowiadanej historii pomyliła morwę, której liśćmi karmiono jedwabniki, z tą używaną do produkcji papieru. Piosenkę tę śpiewano bardzo często wiosną, gdy zaczynał się sezon, ku przestrodze młodych dziewczyn, które po raz pierwszy wychodziły zbierać liście. Kiseng się uśmiechnęła. Wesoły utwór od razu wprawił ją w lepszy nastrój.
Skierowała się w stronę pokoju, do którego zaproszono Czong Ilsona. Natknęła się po drodze na sługę, niosącego niski stolik z winem i czarkami.
– Ja to wezmę – powiedziała.
Uklękła przed drzwiami i wstrzymała na moment oddech, nasłuchując dochodzących z pomieszczenia odgłosów. Chociaż usilnie wytężała słuch, nie wyłapała nawet najmniejszego szmeru czy szeptu. Czyżby Ilson wyszedł? Gdyby tak było, powinna była go spotkać po drodze. Chyba że wiedział o tylnym wyjściu? Albo udał się z Miran do jej pokoju?
– Tegam, czy mogę wejść? – zapytała niepewnie Junso.
– Wchodź – rozkazał.
Rozsunęła drzwi. Mężczyzna obracał w dłoni czarkę, dalej siedząc przed parawanem z dzikimi orchideami. Kiseng wniosła stolik do środka, zamknęła drzwi, po czym usiadła bliżej gościa.
– Gdzie jest Miran? – spytała. Nieobecność Sobanga zignorowała. Ujęła w ręce rozgrzany gąsior. – Dlaczego tegam jest sam?
– Kazałem jej odejść. Gdzie byłaś?
– Przyniosłam wino. – Napełniła miseczki, a gdy odstawiała naczynie na stół, Ilson złapał ją za rękę. Zaskoczona, niemalże wypuściła dzban z ręki.
– Od tego są niewolnicy. Byłaś na zewnątrz? Masz zimne dłonie.
– Wyszłam, by zaczerpnąć świeżego powietrza.
– O tej porze? – dochodził jangban.
– Wybacz mi, tegam. Dla artystki pierwszą inspiracją miłość, a drugą: natura.
– Miłość… – powtórzył, wypuszczając nadgarstek kiseng i opierając plecy o poduszkę. Jego twarz złagodniała. Może zrozumiał, że skoro tego wieczora nie okazywał Junso zainteresowania, pozostało jej szukać pocieszenia w chłodnym uroku nocy.
Junso obrzuciła pokój szybkim spojrzeniem. Po Miran nie było śladu. Zniknął również kajagym, więc gdy dziewczyna wychodziła, wiedziała, że na dobre. Dlaczego jangban kazał jej odejść?
– Ach! – wypaliła Junso, zobaczywszy niski stolik, na którym leżał kamień pisarski z rozrobionym już tuszem, pędzel oraz, co szczególnie przykuło uwagę, kula zgniecionego papieru. – Czy tegam coś napisał?
Rozprostowała papier i przebiegła po nim wzrokiem. Doskonale znała charakter pisma Ilsona, więc fragment sidżo14, który teraz czytała, musiał być autorstwa Miran. Chociaż znaki wyglądały poprawnie, niektóre linie drżały niczym młode listki.
– Sam nie wiem, czego oczekiwałem. Czasami zapominam, że nie wszystkie kiseng interesują się poezją. Zresztą nawet moja własna żona nie potrafi pisać i nigdy nie chciała się tego nauczyć.
– Strumień przybiera żółtą barwę – przeczytała kiseng i zaśmiała się, chociaż mężczyzna nie widział w tej sytuacji niczego zabawnego. – Jaki był temat?
– Strumień właśnie.
Junso wstała i zajęła miejsce obok Ilsona. Przesunęła czarki i rozłożyła na stole nie papier, lecz różowe podżagi haftowane w kwiaty. Zamoczyła pędzel w tuszu i zaczęła kreślić na chuście.
Stoję na brzegu i patrzę, jak strumień zbiera liście.
Unoszę głowę i widzę, jak dzień cicho gaśnie.
Jeśli jutro nas nie będzie, zostań teraz ze mną.
– Przemijanie świata – podsumował jangban. – Podoba mi się. Chcesz więc, żebym został na noc?
Przysunął się bliżej, aż Junso poczuła drażniący zapach alkoholu. Nie drgnęła, gdy Ilson rozwiązał i rozchylił jej żakiet, a potem pocałował nagi obojczyk. Kolejny pocałunek, już w usta, był zachłanniejszy, pozbawił ją na chwilę tchu. Wyswobodziła się dopiero po chwili. Zrzuciła żakiet, pozwoliła kochankowi uporać się ze spódnicą, po czym ułożyła się na posłaniu, a tymczasem Ilson zgasił zbędne świece. Zadrżała, gdy zimna dłoń wtargnęła pod halkę, lecz już po chwili przyciągnęła mężczyznę do siebie.
Tę noc spędziła w objęciach osoby, na którą zawsze czekała.
Nuri zagryzła wargi, uparcie stawiając kolejne kroki. Biegnąca między gołymi polami ścieżka była nie tylko wąska oraz pełna większych i mniejszych kamieni, ale również podmokła, przez co plecione ze słomy buty zapadały się w błocie. Dziewczyna jęknęła, czując przesiąkającą przez skarpety wilgoć, lecz nie spojrzała w dół – niesiony w obu rękach szeroki kosz i tak przysłaniał nieszczęsny widok. Rozglądała się więc na boki – na niezaorane ryżowe tarasy, szarawe od wysypanego niedawno popiołu. Pracujących na polu mężczyzn zobaczyła dopiero po dłuższej chwili.
– Dzień dobry! – zawołała. – Harabodzi15, przyniosłam coś do jedzenia.
Tesik – siwy, przygarbiony mężczyzna o długiej, choć rzadkiej brodzie – spojrzał w kierunku Nuri, następnie przywołał idącego za ciągniętym przez dwa woły pługiem wnuka. Czunho wyprostował się i wytarł kark.
– Usiądźmy. – Ledwo dziadek wskazał góry, jego pomarszczoną twarz wykrzywił grymas bólu. Sześćdziesiąt lat na polu dawało mu się we znaki. – Aiś! – syknął, łapiąc się za lędźwie.
Ruszyli we wskazanym kierunku. Gdzie kończyły się przygotowywane na wiosnę ryżowe tarasy, tam zaczynały się pola krzewiącego się jęczmienia. Po kilkunastu minutach marszu jednak i on ustąpił miejsca dziko rosnącym trawom, za którymi okwiecały się forsycje. Nuri położyła na ziemi kosz i wyciągnęła z niego kilka misek – do większych nałożyła ryż, mniejsze przeznaczyła na przystawkę z alg, z kolei czarki napełniła mętnym alkoholem. Tesik nie zwlekał z rozpoczęciem posiłku, od razu podniósł kopiastą łyżkę do ust. Czunho szybko poszedł śladem dziadka. Dziewczyna ściągnęła łopatki, odwracając twarz ku słońcu tak, by promienie delikatnie pieściły skórę.
Dni powoli robiły się dłuższe, rozciągając tym samym czas pracy. Chociaż na pole wychodzili na razie jedynie mężczyźni, Nuri wiedziała, że latem i ją czeka pielenie ryżowych tarasów. Nienawidziła nie tylko pochylonej pozycji, po której bolały plecy, ale i stąpania po rozmokłej ziemi, z nogami zanurzonymi powyżej kostek. Mimo wszystko wolała to niż tkanie ramii, które od dziesiątek lat było głównym zajęciem kobiet w jej rodzinie. Oddzielanie zębami poszczególnych włókien kaleczyło usta tym dotkliwiej, im bardziej była zmęczona.
– A ty nad czym tak rozmyślasz? – zapytał dziadek.
– Pewnie znowu buja w obłokach – odparł za nią Czunho. – Lepiej zejdź na ziemię, bo ci lata lecą.
Dziewczyna wydęła usta i obrzuciła brata gniewnym spojrzeniem, lecz nie odpowiedziała nawet słowem. Już dawno obiecała sobie, że wyjdzie za mąż za kogoś bogatego, kto nie musi się zajmować polem.
Dziadek i Czunho wrócili do pracy, a po chwili miejsce na polanie zajął drugi brat, Czunsok. Nuri nie czekała, aż skończy posiłek – zabrała pusty kosz i podeszła do obsypanych żółtymi kwiatkami forsycji. Usiadła na trawie zaraz pod krzewem i powoli zrywała rozwinięte pąki. Kilka chwil później dno pojemnika pokrywało jasnozłote morze. Złożyła razem miski i czarki, po czym ułożyła je na kwiatach razem z resztą naczyń. Wstała, przyłożyła dłoń do czoła i spojrzała w stronę wioski – teraz skąpanej w południowym słońcu. Przez moment Nuri wahała się, czy iść w stronę słomianych dachów, czy zostać jeszcze chwilę wśród kolorowych pąków. Kiedy wychodziła z domu, matka kazała wrócić jak najszybciej, oczekując pomocy w przyrządzaniu pasty z fermentowanej soi, dziewczyna nie miała jednak ochoty siedzieć tego dnia w kuchni.
Przycupnęła przy forsycjach i podniosła się, dopiero gdy żółte płatki wypełniały nie tylko koszyk, lecz również puste miski. Już miała odchodzić, kiedy w oddali zobaczyła pochyloną nad trawami czerwoną sosnę. Gruby konar garbił się pod ciężarem gałązek, a najniższe z nich wyglądały jak zawieszone zaraz nad ziemią – ale była to tylko iluzja, wszak kiedy Nuri podeszła bliżej, wyciągniętymi w górę rękami nie była w stanie złapać nawet igiełki. Podskakiwała raz po raz, wymachując ramionami. Zmęczyła się po kilkunastu próbach i zaczęła rozglądać za czymś, co ułatwiłoby zadanie. Na widok wiklinowego kosza przyszedł jej do głowy pewien pomysł.
Wyciągnęła garnek po ryżu, wysypała ze środka kwiaty i ustawiła go do góry dnem, zaraz pod konarem. Naczynie zachwiało się groźnie, gdy stawiała na nim stopy. Wyrzuciła ręce w bok, próbując utrzymać równowagę, lecz dopiero za trzecim razem udało jej się w pełni wyprostować.
Wyciągnęła się w górę najmocniej, jak tylko mogła, opierając ciało jedynie na czubkach palców u stóp, ale ledwo musnęła dłońmi najniższe gałęzie. Jeszcze raz zacisnęła zęby, ugięła nogi w kolanach i już zrywała się do skoku, kiedy usłyszała męski głos.
– Co ty wyprawiasz, Nuri?
Odwróciła się gwałtownie, przez co straciła równowagę i upadła.
– Auć! – pisnęła, podnosząc się na klęczki i pocierając obolałe biodro. Spomiędzy pól wybiegł wysoki mężczyzna w spodniach i koszuli o herbacianym kolorze. Szczupłą twarz, teraz pokrytą rzadkim, kilkudniowym zarostem, Nuri rozpoznała z daleka. – Oraboni16? Kiedy wróciłeś?
– Dzisiaj rano. Byłem u ciebie, ale twoja omonim powiedziała, że wyszłaś. – Simin podał jej rękę, po czym pociągnął tak energicznym ruchem, że Nuri aż na niego wpadła. Odsunęła się prędko. – Czy ty coś jesz? Jesteś lekka jak piórko.
– Oczywiście, że jem – żachnęła się.
– Sosnowe igły? – Wskazał na garbaty konar.
– Nie. Obiecałam, że pomogę dzisiaj w kuchni, i już dawno powinnam być w domu. Omoni będzie się gniewać, więc chciałam przeprosić herbatą z igieł. To jej ulubiona.
Mężczyzna westchnął i spojrzał najpierw na drzewo, następnie na odwrócony do góry dnem garnek. Zwinnym ruchem wskoczył jedną stopą na naczynie, wyprostował się i urwał kilka gałązek.
Nuri trudno było uwierzyć, że to ten sam mężczyzna, którego po raz ostatni widziała ponad rok temu; nie tylko zmężniał i posturą nie przypominał już tyczki, ale i twarz wyrażała więcej pewności siebie.
– Tego chyba nie uczą w wojsku? – spytała Nuri, odbierając gałązki. – Skończyłeś służbę? Nie wracasz już tam, prawda?
– Przyjechałem tylko na tydzień. Pamiętasz tego bogatego kupca z mojej wsi, który handluje jedwabiem? Jego syn ma się stawić za tydzień, więc…
– Znowu to robisz? – przerwała mu w środku zdania. – Dlaczego oni sami nie idą do wojska? Naprawdę płacą ci aż tyle, że warto iść za nich? Poza tym kiedyś cię złapią. Wiem, że rysują portrety każdego rekruta.
– Za odpowiednią zapłatą przymykają na wszystko oko.
Jęknęła zrezygnowana. Przyjaciel znalazł nietypowy sposób zarobku, przez co w ostatnim roku zamiast kilku, spędził w wojsku wszystkie dwanaście miesięcy, podając się za tych, którzy odpowiednio płacili, żeby ich zastąpił. Nuri próbowała go przekonać, by tego nie robił, ale jedyne argumenty, jakie przychodziły jej do głowy – długa nieobecność w rodzinnych stronach i potencjalny wybuch wojny – nie zrobiły na nim żadnego wrażenia. Nie mógł sobie zresztą pewnie pozwolić na stratę tego dochodu, wszak uprawiane przez jego rodzinę pole było dzierżawione i większość plonów trafiała do właściciela. To, co zostało, ledwo starczało na podatki i własne wyżywienie.
– Znalazł się jakiś kandydat na męża? – spytał Simin, kiedy wracali do wioski.
– C-co takiego? Liczyłam, że przynajmniej ty nie będziesz mi zadawać takich pytań.
– Co mogę zrobić, kiedy wszyscy i mnie się pytają! – Zniżył głos i przyłożył dłoń do kącika ust. – Czy córka Czunmo ciągle samotna?
– Daj spokój.
– Ma już siedemnaście lat. Czas najwyższy, by sobie kogoś znalazła! – zawołał Simin piskliwym głosem, przypominającym falset starej żony Teuona. Nuri zaśmiała się, rozbawiona idealnie trafioną tonacją. – A tak na poważnie, masz kogoś na oku?
– Gdyby to było takie proste…
– Wciąż polujesz na jakiegoś jangbana?
– Oczywiście. Nie mam zamiaru obniżać standardów. Właśnie, a ten syn, którego masz zastąpić w wojsku…
– Zapomnij, od dawna mają już upatrzoną jakąś bogatą dziewczynę ze stolicy.
– Rozumiem. – Dziewczyna westchnęła. – Pozostaje mi czekać.
– Tylko nie za długo, bo ci sami wdowcy zostaną.
Wrócili do wioski. Simin pożegnał się przed domem i poczekał, aż przyjaciółka wejdzie do środka. Na podwórzu piętrzyły się gliniane garnki, w których przechowywano jedzenie, a za nim rozpościerał się mały warzywny ogródek, ozdobiony kilkoma drzewami owocowymi.
Judzin siedziała z tyłu domu, na podeście, pod którym składowano drewno na opał. Do podstrzesza przywiązano bloki fermentowanej soi. Z tych, które zawiesiły razem zeszłej jesieni, zostało zaledwie kilka – reszta moczyła się teraz w wodzie z solą.
– Wróciłam.
– Gdzieś była tak długo? – spytała matka. Odwinęła kolejny blok soi i odłożyła na bok.
– Przepraszam, zasiedziałam się. Ale mam coś dla ciebie. – Nuri pomachała sosnowymi gałązkami. Wąskie brwi matki dalej były ściągnięte w wyrazie niezadowolenia, lecz łagodne spojrzenie mówiło, że kobieta przestała się gniewać. – Zrobić ci herbatę?
– Zostaw, jeszcze nie skończyłam.
– Mam ci pomóc?
– Już nie trzeba. I tak wiem, że robisz wszystko, byle tylko nie siedzieć w kuchni. Simin wrócił. Szukał cię.
– Wiem, spotkałam go po drodze.
– Po nim przyszła Hanyl. Ponoć ma dla ciebie zajęcie.
– Naprawdę? – Głos Nuri zdradzał podekscytowanie. – Mówiła jakie?
– Nie pytałam, ale zapewne to samo, co zawsze. Motyle i kwiaty. – Judzin przewróciła oczami, wypowiadając ostatnie słowa.
Dziewczyna wiedziała, że na próżno szukać u matki pasji do haftu. Chociaż kobiety często zajmowały się szyciem, a umiejętności skrojenia i złożenia niezbędnych ubrań nabywały przed ukończeniem czternastu lat, haftowanie było w tej rodzinie uważane za zbędne.
Nuri westchnęła. Wahała się, czy powinna odejść, czy może zostać jeszcze chwilę i pomóc, wszak poza zaniesieniem posiłku pracującym na polu mężczyznom niczego dzisiaj nie zrobiła. Stała więc bez słowa dłuższą chwilę, ze wzrokiem wbitym w pomarszczone dłonie matki, odwijające kolejny blok wysuszonej soi.
– Stoisz tutaj, jakbyś w ziemię wrosła. Idź już.
Podskoczyła z radości i odwróciwszy się, wykonała kilka kroków w stronę furtki, kiedy przypomniała sobie o trzymanych w dalszym ciągu gałęziach sosny. Wróciła na podwórze i troskliwie położyła je na podeście.
Ruszyła ubitą drogą do serca wioski, gdzie zbudowano domostwa bogatszych mieszkańców. Rodzina Hanyl nie należała do arystokracji, ale produkcja materiałów różnych gatunków – od konopnych po jedwabne, i to we wszystkich kolorach – przyniosła im zarówno sławę, jak i pieniądze. Część zarobionej fortuny wykorzystali do zbudowania niewielkiego, acz pyszniącego się kamiennymi fundamentami oraz wypiekanymi dachówkami budynku. Za nim znajdował się dziedziniec, na którym wiatr huśtał płachtami krokoszowej bawełny, oraz chata do hodowli jedwabników.
– Tutaj, Nuri! – Z głębi podwórza dobiegł przyjemny, damski głos.
Dziewczyna ruszyła w jego kierunku, delikatnie rozsuwając kolejne płachty barwionej spaloną żółcią tkaniny, aż w końcu dotarła do ostatniej i zobaczyła pochyloną nad pękatym gliniakiem Hanyl.
Kobieta uniosła głowę i obdarzyła przybyszkę uśmiechem, ledwo dostrzegalnym wśród opadających na twarz pasm włosów. Nie miała jak poprawić sobie fryzury – żółtawe od farby ramiona wyciągała z wody jedynie po to, by włożyć do gara kolejny odcinek bawełnianej roli. Robocze ubranie, niegdyś o barwie naturalnego lnu, pokrywały plamy w najróżniejszych kolorach, które w okolicy brzucha zlewały się w brunatną kałużę.
– Dzień dobry – przywitała się Nuri.
– Wreszcie jesteś. Mam pilne zamówienie. Na stoliku przed wejściem leży zwinięte podżagi. Przynieś je, to ci wyjaśnię, o co chodzi. – Hanyl wskazała w stronę domu i dopiero w tym momencie zauważyła trzymany przez dziewczynę koszyk. – Masz coś dla mnie?
– Zerwałam trochę forsycji – zaczęła ta nieśmiało. – Nie ma ich wiele, ale na motek powinno wystarczyć.
Farbiarka się uśmiechnęła.
– Jutro będziesz mieć nici w ślicznym, słonecznym kolorze – powiedziała.
– Dziękuję! – Nuri ukłoniła się głęboko i odbiegła w stronę domu.
Bez problemu znalazła wspomniany pakunek i wróciwszy do Hanyl, przysiadła na podeście. Odwiązała chustę, odkrywając drewnianą skrzynkę o ośmiu bokach.
Zaniemówiła, kiedy po uniesieniu pokrywy oczom ukazała się zabarwiona na ciemnoczerwony kolor bawełna – gładka niczym płatki lilii, wykonana z długich i cienkich nici, dzięki czemu materiał wręcz wypływał z rąk. Szeroka spódnica oraz służący owijaniu biustu pas stanowiły część bieliźnianej garderoby i chociaż tkanina była delikatna, gęsty splot nadawał jej wytrzymałości.
– Sollan chce, by wyszyć na pasach kwiaty – wyjaśniła Hanyl.
– Orchidee? – domyśliła się dziewczyna.
– Białe. Na pojutrze.
Pilne zlecenie nawet jej nie zdziwiło. Znana kiseng często na ostatnią chwilę prosiła o uszycie lub wyhaftowanie stroju. Nuri sądziła nawet, że jako artystka nie planowała niczego na więcej niż kilka dni do przodu i spośród wszystkich rzeczy, jakie miała: pieniędzy, drogich materiałów, akcesoriów, piękna i talentu, to właśnie wolności można było jej zazdrościć najbardziej.
– W takim razie zabiorę się od razu do pracy – mruknęła dziewczyna, nagle zasępiona. Zabrała ubranie oraz pudełko, w którym znajdowały się nici i przybory do haftowania.
– Nuri – zawołała za nią Hanyl. – Jeśli coś ci z tego zostanie, wyhaftuj sobie coś ładnego.
Nuri zmusiła się do uśmiechu. Nawet jeśli jedwabnych nici wystarczy na kilka dodatkowych kwiatów czy motyli, to gdzie je wyszyje? Na przybrudzonym, lnianym odzieniu? Nawet gdyby było ją stać na cokolwiek bawełnianego, to nigdy nie będzie nosiła jedwabi, które kochała całym sercem – tak samo jak kosztownych peruk i akcesoriów do nich. Nie będzie mogła się uczyć kaligrafii ani grania na kajagym.
Całe życie spędzi pod słomianym dachem, każdą noc prześpi na ohydnym, glinianym klepisku. Los chciał, by kaleczyła sobie usta włóknami ramii, żeby z kawałka materiału szyła dzieciom brzydkie ubranie i co jesień łuskała soję czy liczyła worki zebranego ryżu. I najpewniej przekaże ten parszywy los swoim dzieciom.
Wracała do domu ze wzrokiem wbitym w szarawą ziemię i umorusane błotem sandały. Choć piętrzące się na północy góry chroniły przed mroźnymi wiatrami, ciało ogarniał dziwny ziąb. Nuri uniosła głowę, by upewnić się, że południowe słońce wciąż przebija się przez kłębki chmur. Jeśli to życie muszę spędzić jako biedna chłopka, to w przyszłym chciałabym się odrodzić jako gałązka forsycji, pomyślała i ruszyła do domu.
Rozdział 3. Minsu: gałązki lespedezy
Minsu ułożyła włosy w ciasny warkocz, po czym zwinęła go w kłębek przy potylicy i wpięła drewnianą szpilę. Obejrzała swoje dzieło w lusterku i zadowolona z rezultatu, sięgnęła po czogori. Bawełniany żakiet już dawno zżółkł – podobnie jak założona uprzednio spódnica, która zamiast lśnić bielą, przybrała odcień herbaty z kwiatów magnolii.
– Ta psiajucha znowu cię wzywa? – zaskrzeczała teściowa. – Kiedy w końcu zrozumiesz, że temu mężczyźnie nie można ufać?
– Idę do pracy – odparła beznamiętnie Minsu.
– Omoni, co to jest psiajucha? – spytała Czimin, odkładając na podłogę prostą wsuwkę, którą bawiła się do tej pory. Nowe słowo zaintrygowało dziewczynkę i duże czarne oczy patrzyły to na jedną, to na drugą kobietę.
– To brzydkie słowo, nie możesz go powtarzać – pouczyła matka. Najchętniej dodałaby, że w ogóle nie powinna słuchać babki, lecz przełknęła niewypowiedziane słowa. Zamiast tego uśmiechnęła się i poprawiła córce wstążkę przy warkoczu. – Wrócę przed wieczorem.
Minsu wstała i zerknęła na siedzącą na poduszce pod ścianą kobietę. Pomarszczone ręce wbijały igłę w materiał w równym tempie, łącząc boki czerwonej spódnicy – nowej kreacji dla Czimin na święto Samdzinnal. Spojrzenie czarnych oczu staruszki uparcie odmawiało zwrócenia się w stronę synowej.
– Omonim – zaczęła ta łagodnym tonem. – Mogę wstąpić po drodze do Sudzin.
– Sama potrafię jeszcze chodzić – fuknęła Jerim. – I duchy mnie słuchają, bo nigdy ich nie zaniedbałam. Z tobą to nie wiadomo. Nie tańczysz i nie śpiewasz.
– Omonim wie, że to przez żałobę.
– Jeszcze kłócić się ze mną będziesz? Kiedy Jonsok żył, miałaś więcej szacunku do rodziny. I do naszych przodków.
Minsu zamilkła. Cokolwiek by powiedziała, jedynie zdenerwowałaby teściową jeszcze bardziej. Z jednym musiała się zgodzić: gdy Jonsok był wśród nich, relacje rodzinne były o wiele lepsze.
Wciągnęła powietrze i chociaż chętnie wypuściłaby je od razu z płuc, zatrzymała je tam, by głośnym westchnieniem jeszcze bardziej nie zirytować Jerim. Skierowała się w stronę wyjścia i gdy zamykała drzwi, usłyszała jeszcze:
– I pomyśleć, że zgarnęłam ją z ulicy. Psiamarcha.
– Halmoni, co to jest psiamarcha?
Minsu wreszcie odetchnęła. Słońce przegoniło poranną mgłę i dzień zapowiadał się pogodny. Świt nastał kilka godzin temu i większość mężczyzn opuściła już wioskę, by udać się na pola, które przygotowywano na pierwsze siewy. Mudang szła szeroką drogą, między rozmokłymi koleinami, i tylko raz przystanęła, by ustąpić drogi niosącym drewniany palankin mężczyznom.
Czerwone maty biegnące od dachu po podłogę lektyki zasłaniały siedzącą w środku jangban. Minsu poczuła zapach przepoconych ubrań, kiedy niewolnicy przechodzili obok niej, ściskając drążki. Z wnętrza palankinu nie dochodził żaden szmer i Minsu myślała, że jest pusty, dopóki nie zobaczyła kroczących za nim służek.
– Kto przyjechał? – Obok Minsu zatrzymała się ciekawska kobieta. – Ci nobi17 nie są stąd.
– Żona Czong Ilsona – odpowiedział starzec siedzący przed domem. – To brat tego Czong Minho, który przeprowadził się tutaj trzy lata temu.
– Ach, słyszałam o nim. To naprawdę jego żona? – zaciekawiła się wieśniaczka. – Harabodziwidział ją kiedyś?
Mężczyzna zachichotał, lecz śmiech szybko przeszedł w nieprzyjemnie brzmiący kaszel.
– Takie kobiety nie pokazują się przecież na ulicy.
– Racja… – mruknęła.
Jej ciekawość nie została zaspokojona. Trzymając odpowiedni dystans, by nie wzbudzić żadnych podejrzeń, ruszyła za palankinem. Minsu skierowała się w przeciwną stronę.
Przed główną bramą magistratu zebrał się niewielki tłum. Ciekawscy raz po raz próbowali zaglądać do wnętrza budynku, chociaż kobiecy płacz rozchodził się na całą okolicę. Co odważniejsi mężczyźni podchodzili do strażników czy nawet zadawali im pytania, lecz ci szybko przeganiali zbyt dociekliwych gapiów, nie wahając się użyć przy tym siły.
– Co się stało?
– No doigrała się w końcu. Kto to widział, tak młodego mężczyznę kusić – wycedziła kobieta w średnim wieku. Widząc, że pytające spojrzenie nie znika z twarzy Minsu, dodała: – To Czijun.
Jako samotna wdowa Czijun była częstym tematem wioskowych plotek. Obgadujące ją wieśniaczki co prawda nie mogły jej dotychczas nic zarzucić, lecz nie przeszkadzało im to oczekiwać przyszłych wybryków. I wyglądało na to, że się doczekały.
– Powinni pozwolić biedaczce ponownie wyjść za mąż – kontynuowała rozmówczyni. – Nie ma nawet syna, który by się nią zaopiekował, więc rozgląda się za mężczyznami.
Kiedy kobiece krzyki ustały, Minsu podeszła do strażnika.
– Pak Hesung mnie wezwał.
– Taaa, znowu ty – mruknął, wykrzywiając usta. – Wchodź.
Ze względu na zamieszanie panujące na zewnątrz nie została odprowadzona do środka, jak to zwykle miało miejsce. Nie miało to znaczenia, znała przecież drogę na główny dziedziniec. Chłostano właśnie na nim odzianego w łachmany skazańca – jęki, tłumione przez zaciśnięte zęby, odliczały kolejne uderzenia rózgi w obnażone spod łachów pośladki. Procedurze przyglądał się satto18, człowiek o surowej twarzy i spojrzeniu, który chwilę wcześniej przypieczętował los nieszczęśnika wydanym żołnierzom rozkazem.
Minsu zastanawiała się, o co oskarżono skazańca. Gdyby o cudzołóstwo, zamiast gałązki nagą skórę chłostałby drewniany kij, który po kilkudziesięciu uderzeniach potrafił złamać miednicę. Może więc nie było wystarczających dowodów lub mężczyznę złapano jedynie na nocnej przechadzce z Czijun?
– Patrzysz, co ci może grozić? – Usłyszała za plecami.
Nie wiedziała, czy pierwszy doszedł ją bełkotliwy głos Pak Hesunga, czy odór alkoholu. Jangban słaniał się na nogach i zdawał się nie zwracać uwagi na przechylony kapelusz czy nieudolnie zawiązaną wstęgę przy todze, która zamiast przylegać do ciała, rozchodziła się na boki. Jeszcze gorzej prezentowały się ciężkie, opuchnięte powieki oraz zaczerwienione niczym dwa hibiskusy policzki.
Minsu ukłoniła się niechętnie.
– Ile to już minęło, odkąd zmarł twój mąż? – zapytał Hesung.
– Prawie sześć lat..
– Ach, tak. Była wtedy zima. Kto by pomyślał, że takie rzeczy mogą się człowiekowi przydarzyć, gdy wyjdzie w góry. Trochę czasu już minęło, odkąd zostałaś wdową. Nie chcielibyśmy takich problemów jak z Czijun. – Zachichotał i czekał, aż kobieta coś odpowie. Jego umysł zdawał się trzeźwiejszy niż ciało, przez co Minsu ważyła słowa.
– Miałam męża i założyliśmy rodzinę. Teraz chcę się skupić na wychowaniu córki.
– Ty to nazywasz rodziną, gdy nawet mu nie dałaś syna? – prychnął jangban. – Co z ciebie za żona? Równie dobrze mogłabyś podążyć za swoim mężem.
Minsu zagryzła wargi i wbiła wzrok w ziemię, obdarzając złością piach, a nie mężczyznę, którego nigdy nie mogła obrazić choćby spojrzeniem. Nie po raz pierwszy zresztą słyszała przymówki o tym, że dobra żona powinna iść za mężem nawet do grobu. To, co kiedyś uznawały jedynie kobiety z bogatych rodzin, powoli zaczęły praktykować również chłopki. Siejący te poglądy uczeni trafiali na podatny grunt – wdowy często czuły się jak darmozjady, szczególnie po powierzeniu opieki nad domostwem najstarszej synowej. Minsu nie zamierzała się jednak rozstawać z życiem.
– I co tu z tobą zrobić? – Pak Hesung cmoknął kilkukrotnie przez zaciśnięte zęby. – Minhui mówiła, że bolą ją plecy. Możesz ją odwiedzić, skoro chciałaś zostać uinjo19.
– Dobrze, tak zrobię.
Mężczyzna chwiejnym krokiem oddalił się w stronę głównej bramy. Minsu odprowadziła go wzrokiem, a kiedy zniknął, obrzuciła dziedziniec ostatnim spojrzeniem. Żołnierze pomogli wstać wychłostanemu mężczyźnie, podciągnęli mu spodnie i zawiązali podtrzymujący je sznurek, nie dbając o stan krwawiących pośladków.
Wyszła na zewnątrz. Tłum zdążył już się rozejść i poza strażnikami pilnującymi wejścia drogą przechadzała się zaledwie garstka osób. Minsu powoli skierowała się w stronę rzeki.
Minhui mieszkała na samym krańcu wsi, gdzie zabudowania sąsiadowały po jednej stronie z dzikim lasem, po drugiej z sotde – drewnianymi figurkami przedstawiającymi ptaki, które miały pełnić rolę posłańców między bogami i ludźmi oraz obrońców wioski. Mudang zadarła brodę. Na wysokich palach, tuż obok rzeźb, umościło się ponad dwadzieścia czarnych kaczek. Choć obracały szyjami to w prawo, to w lewo, żadna ani nie zakwakała, ani nie zmieniła pozycji. Siedziały i kręciły się niespokojnie, czarnymi ślepiami pożerając okolicę.
– Niektórzy mówią, że mudang w zachowaniu strażników wioski potrafiły wyczytać przyszłość – przywitała się Minhui. – Czy rzeczywiście da się coś ujrzeć w drewnianych figurkach?
Minsu nie wiedziała, co odpowiedzieć, sama niczego w nich nie dostrzegała, ale może brakowało jej doświadczenia albo talentu. Staruszka nie czekała jednak na odpowiedź. Podeszła do zbitego z desek płotu i otworzyła furtkę, jedną dłoń trzymając cały czas na lędźwiach.
– Czekałam prawie miesiąc, by kogoś przysłali. Już myślałam, że wcześniej mi zasypią ziemią oczy.
– Dopiero dzisiaj się dowiedziałam – odparła Minsu, podążając za kobietą do chaty.
– Nawet się nie dziwię. Pak Hesung uważa się za prawą rękę satto, choć właściwie nie ma żadnego oficjalnego stanowiska. Ba, nawet egzaminów nie zdał. Utrzymuje się na powierzchni tylko dlatego, że jego rodzina zajmuje ważne pozycje w Sangdżu.
Przeszły przez zachwaszczone podwórko, na którym Minhui hodowała karłowate warzywa, ominęły sznury z praniem oraz naznaczone pierwszymi pęknięciami gliniane garnki, aż dotarły do chatki. Pokrywająca dach strzecha nadawała się już do wymiany, malutkie okno na stałe zabito płatami kory, a w schowku na drewno hulał wiatr. Gdyby nie obecność Minhui, dom z pewnością wyglądałby na opuszczony.
– Wiem, co chcesz powiedzieć, mudangnim20. Bogowie opuścili to miejsce.
Stare zawiasy zaskrzypiały i staruszka weszła do środka. Skromna lepianka miała tylko jedno pomieszczenie, służące zarówno za sypialnię, pokój dzienny, jak i kuchnię. Wyposażenie stanowiło kilka prostych mebli oraz pościel – teraz rozłożona na bambusowej macie. Minsu zwróciła szczególną uwagę na stary gliniany garnek przykryty papierem i obwiązany sznurkiem. Dziwiło, że bezdzietna i leciwa kobieta czci boginię płodności – to nie Samsin była potrzebna w tym domu, ale bóg, który wziąłby w opiekę gospodarstwo.
Minhui rozebrała się z żakietu, zsunęła spódnicę poniżej pasa i położyła się na brzuchu, stękając głośno. Minsu sięgnęła po przywiązany do żakietu futerał z igłami, po czym powoli i metodycznie zaczęła je wbijać w nagie plecy.
– Nic nie mówisz, mudangnim – zauważyła staruszka po dłużej chwili. – Czy coś się stało?
– Ach, przepraszam. Sama nie wiem. To miejsce wydaje mi się…
– Opuszczone? Nikogo już nie obchodzi stara, słaba kobieta. Ale jakoś sobie radzę. Bardziej martwię się, co się ze mną stanie po śmierci. Będę błąkać się z resztą zapomnianych duchów.
Minsu nie odpowiedziała, w dalszym ciągu rozglądając się po pomieszczeniu. Za plecami zobaczyła zawieszony woreczek z ryżem, a nawet stary talizman przyklejony wysoko na belce. Mudang westchnęła i spuściwszy wzrok z powrotem na cienką niczym papier skórę, kontynuowała zabieg. Wokół panowała cisza, jeśli nie liczyć świszczącego oddechu staruszki i dochodzącego przez nieszczelne drzwi ćwierkania ptaków. Kilka chwil później Minsu zaczęła podśpiewywać wymyśloną właśnie piosenkę.
Była raz kobieta, która mieszkała na skraju wioski.
Dwóch synów straciła, gdy w morze wypłynęli.
Mieszkała pod samymi sotde, na skraju lasu.
Lecz bogowie nie zwracali na nią uwagi.
Wołała: Tegam, Samsin, Czesoksin, spójrzcie tutaj.
Lecz głos słaby nie docierał do ich uszu.
Minsu przerwała na moment, zastanawiając się nad zakończeniem. Co powinna poradzić kobiecie? Modlitwy pośród czterech ścian na nic się nie zdawały, więc musiała poszukać innego rozwiązania, by wzbudzić zainteresowanie bogów.
Wyszła więc nocą na ciemne podwórze.
Trzy miski ryżu zabrała i przed domem stanęła.
Jedna dla Tegama, co dobrobyt zapewnia,
Druga dla Czesoksina, co długowieczność nam daje,
Trzecia dla Songdżusina, co domostwa strzeże.
Wysypała trzy miski, trzy razy modły wznosząc.
Skończyła tak pieśń, jak i zabieg, więc Minhui podniosła się i ubrała. Kiedy odwróciła się w stronę mudang, Minsu zobaczyła łzy na pomarszczonych policzkach.
– Ach, przepraszam – powiedziała zaskoczona. – Czy akupunktura…
Minhui uniosła rękę.
– Oczywiście, że czuję się lepiej. To przez tę piosenkę, masz taki piękny głos. Dziękuję za pomoc. Dzisiaj tak zrobię, jak tylko zapadnie zmrok. Twoja zapłata. – Wręczyła jej woreczek ryżu. – To niewiele za pomoc mudangnim…
– Wystarczy, dziękuję. – Mudang się ukłoniła. – Będę już szła. Proszę zostać w łóżku i wypoczywać.
Ruszyła w stronę drzwi, pociągnęła za przymocowany do nich sznur, lecz zamiast wykonać krok na zewnątrz, cofnęła się. Klepisko przed domem znalazło się pod panowaniem czarnych niczym tusz kaczek. Minsu nie potrafiłaby się ich doliczyć – człapały jedna przy drugiej, kwacząc głośno. Czarne oczy świdrowały ją na wylot, przez co bała się poruszyć.
– Coś się stało? – spytała Minhui, przechylając głowę, by spojrzeć na dziedziniec. Nie dostrzegłszy niczego nadzwyczajnego, przeniosła wzrok na mudang.
– Nic takiego – odparła nerwowo Minsu. – Do zobaczenia, halmoni.
Stanęła na podeście i zamknęła za sobą drzwi. Ostrożnie stawiając kroki, by ominąć ptaki, przeszła do bramki i przekroczywszy ją, odetchnęła z ulgą. Kaczki nie podążyły śladem Minsu, chyba na dobre zadomowiły się na podwórzu, chociaż pilnie obserwowały każdy jej ruch.
Skierowała się w stronę domu. Przekroczyła drewniany most dzielący obie części wsi, kiedy zobaczyła siedzącego przy drodze mężczyznę. Trzcinowy kapelusz zasłaniał mu twarz, a gładkie i sprawne dłonie w szybkim tempie przeplatały gałązki lespedezy. Minsu omiotła spojrzeniem rząd wyplatanych pojemników, zawiesiła wzrok dopiero na ostatnim z nich – wąskim, lecz wysokim koszu, żywo chybotanym przez wiatr. Kiedy kubeł się przewrócił, wikliniarz westchnął, przerwał na moment pracę, by zerknąć na turlający się teraz po ścieżce przedmiot, po czym wrócił do plecenia.
Minsu, choć zdziwiona obojętnością mężczyzny, nie skomentowała tego zachowania i tylko zdecydowała, że przejdzie obok. Kosz jednak ani myślał na to pozwolić, w którąkolwiek stronę się przesunęła, kopiował jej ruchy i dalej blokował drogę. Twórca niesfornego przedmiotu nie reagował, więc mudang postanowiła sama uporać się z problemem. Chwyciła pleciony pałąk i ustawiła kosz do pionu, mimochodem zerkając do środka.
Krzyk, jaki w tej chwili opuścił gardło, musieli usłyszeć wszyscy mieszkańcy wioski. Odskakując, mudang potknęła się o kamień, przydeptała spódnicę, aż w końcu wylądowała na ziemi.
– Co się stało? – zawołał wikliniarz, podbiegając. – Wszystko w porządku? – Z jego pomocą Minsu podniosła się na nogi. Na szczęście przy upadku nie zrobiła sobie krzywdy, musiała tylko otrzepać z kurzu spódnicę.
– Nic mi się nie stało. Ale ten kosz…
– Najmocniej przepraszam. Powinienem był go uprzątnąć.
Gdy mężczyzna podniósł pojemnik, Minsu wyciągnęła szyję, by zerknąć do wnętrza. Włochaty stwór o krótkim tułowiu, lecz długich ramionach i wielkiej głowie wciąż tkwił w środku, uczepiony rantu pazurami. Ogromne oczy patrzyły wprost na nią, a wykrzywiona w szerokim uśmiechu gęba obnażała szereg ostrych zębów.
– Ile on kosztuje? – spytała mudang.
– Ten kosz? Ćwierć tue21 ryżu.
– Zapłacę pół, jeśli zaniesiesz go do pewnej kobiety – powiedziała, po czym wyjaśniła, gdzie mieści się dom Minhui. Mężczyzna zgodził się, więc wręczyła mu otrzymany od staruszki worek z ryżem, po czym jeszcze raz zerknęła do kosza.
Tokkebi22 dalej się uśmiechał. Już wkrótce znajdzie się w nowym domu, którym od dłuższego czasu nikt się nie opiekował, gdzie będzie mógł rozrabiać do woli.
Junso przekręciła się na drugi bok i wystawiła dłoń spod kołdry, by dotknąć jeszcze ciepłej podłogi. Powinna wstać i przygotować się na ćwiczenia taneczne, które miała tego dnia prowadzić zamiast Hayn, ale zimny poranek zniechęcał do ruszania się z łóżka.
Stęknęła i przetarła zaspane oczy. Gruby papier w oknach zatrzymywał część światła, ale nie podmuchy wiatru – te ze świstem przeciskały się do pokoju między drewnianymi listwami. Gdy igiełka chłodu wbiła się w szyję, kiseng skrzywiła się i mocniej otuliła bawełnianą pościelą. Wiosenną aurę przepędził na kilka dni syberyjski wiatr, a chmury spowiły niebo, odzierając kobietę nie tylko z promieni słonecznych, ale i chęci do pracy. Nie miała ochoty wychodzić na zewnątrz i już przysypiała, kiedy usłyszała znajomy głos.
– Sollan, wstałaś już?
– Dzisiaj nie wstaję.
– Źle się czujesz? Lada moment zaczną się ćwiczenia. – Tahe nie czekała na zaproszenie. Rozsunęła drzwi i Junso zadrżała, czując na plecach falę zimnego powietrza. – Co ty, dalej w łóżku?
– Dzisiaj nie wstaję – powtórzyła uparcie.
– Chyba żartujesz. Nie widziałaś, co się dzieje na zewnątrz?
– To znaczy? – Zsunęła kołdrę z twarzy i spojrzała zaciekawionym wzrokiem na przyjaciółkę.
– Wstawaj i sama zobacz.
Junso wygramoliła się w końcu spod nakrycia, nie szczędząc jednak przy tym jęków i narzekań na ciężki los kiseng. Z pomocą Tahe przygotowała się do wyjścia – założyła perukę, zawiązała kolejne warstwy bielizny, wpięła ozdoby do włosów, wreszcie przypudrowała twarz. Na wszelki wypadek postanowiła również włożyć krótką, futrzaną kamizelkę.
Biegające po dziedzińcu dziewczyny podskakiwały radośnie, chichotały i wymieniały szeptem powszechnie znane plotki. Od wczorajszego poranka głównym obiektem ich kpin była Miran – próbkę poetyckiego talentu tejże Junso zawiesiła na ścianie przed głównym wejściem do budynku.
– Strumień przybiera żółtą barwę – obwieściła jedna z dziewcząt, gdy tylko nieszczęsna artystka pojawiła się w zasięgu wzroku. – Gdzie płyną żółte strumienie?
– Miran, czy ty przypadkiem do niego nie nasikałaś? – zaśmiała się druga.
Wyśmiewana kiseng zgromiła je wzrokiem, co nie poskromiło chichotów ani nie powstrzymało dalszych przytyków.
– Czasami się ciebie boję – szepnęła Tahe, rzucając spłoszone spojrzenie w stronę Junso. – Czym ci biedaczka podpadła?
– Chyba żadna z nas nie lubi niedouczonej konkurencji bez talentu.
– Aiś. Może brakuje jej praktyki albo była zdenerwowana?
Junso prychnęła w odpowiedzi. Potrafiła rozpoznać, które dziewczyny mają talent, i Miran z pewnością nie była jedną z nich.
– Przesunąć się! – zawołał wchodzący na dziedziniec mężczyzna. Za nim podążyło dwóch tragarzy, którzy z potem na czole dźwigali niską, lecz długą szafkę z ciemnego drewna. Drzwiczki każdego segmentu przyozdobione były żłobieniami przedstawiającymi kwiaty czterech pór roku: orchideę, lotos, złocień i kwiat kwitnącej śliwy. Widząc tak piękne wykonanie, Junso aż rozbolał brzuch z zazdrości.
– Komu to przynoszą? – Ledwo wypowiedziała te słowa, mężczyzna podbiegł do niej i się ukłonił.
– Kiseng spała, więc zanieśliśmy wszystkie rzeczy do pustego pokoju.
– To dla mnie? – Odwróciła wzrok z powrotem na obładowanych niewolników, którzy teraz wnosili grube bele materiałów i zapakowane w ozdobne chusty pakunki.
– Ach, zapomniałbym. Miałem przekazać list.
Bez zbędnej zwłoki Junso rozwinęła podany arkusz.
Nie znalazłem żadnej z samymi orchideami, ale mam nadzieję, że cztery pory roku również ci się spodobają.
– Wygląda na to, że moja kariera jeszcze się nie skończyła – westchnęła.
– Ależ skąd. – Hayn podeszła bliżej. – Dostajesz podarunki, jakbyś dopiero miała spędzić pierwszą noc z Czong Ilsonem. Idź i napisz list z podziękowaniami. Ćwiczenia mogą się dzisiaj odbyć bez ciebie.
– Mogę iść z nią? – spytała Tahe.
Hayn uderzyła ją w ramię cienką gałązką, która służyła do karania nieposłusznych uczennic. Przyjaciółka pisnęła.
Junso zabrała się do przeglądania prezentów, gdy tylko tragarze opuścili pokój. Z tkanin najbardziej spodobał jej się półprzezroczysty jedwab, przechodzący od żółtego do czerwonego – w zależności od ułożenia.
Przyłożyła gładki i miękki materiał do policzka. Uwielbiała być obdarowywana i nie ukrywała tego nawet przed samym Ilsonem. Zresztą w jego mniemaniu takie właśnie powinny być kiseng – próżne, lecz nie chciwe, uzdolnione, które za swój talent każą sobie dobrze płacić. W tym temacie się zgadzali i może dlatego ich znajomość utrzymywała się już tak długo. Junso raz jeszcze przejechała dłonią po tkaninie, po czym odłożyła ją na bok i zaczęła rozpakowywać resztę prezentów. Złotych szpil, grzebyków i norige23 było bez końca – podobnie jak białego papieru, którym można byłoby obdzielić wszystkie dziewczyny. Pędzle do kaligrafii Junso położyła na biurku, wszak wypadało, żeby właśnie nimi zakreśliła słowa podziękowania. Powinna napisać poemat? Zaprosić na wieczór? Pomyśli nad tym później.
Rozwiązała podwójny węzeł tkwiący u szczytu pękatej butli i ściągnęła podżagi. Gdy oczom ukazała się biała, ozdobiona zdecydowanymi pociągnięciami pędzla porcelana, kiseng wydała z siebie pełen zachwytu okrzyk. Bambusowe pędy wyrastały z samego dna naczynia i pięły się ku wąskiej szyjce, rozpościerając długie, proste liście.
Junso przejechała palcem po wypukłościach utworzonych przez szkliwo. Rozpoznałaby ten wzór nawet z zamkniętymi oczami. Wstała, uśmiechając się do siebie. Postawi gąsior na nowej szafce. Koniec z nudną, celadonową ceramiką. Obróciła naczynie, by raz jeszcze przyjrzeć się roślinie.
Nagle poczuła, jak uścisk słabnie i gładka szyjka butelki wysuwa się dłoni. Chwyciła ją mocniej, lecz w palcach brakowało siły. Zszokowana, przyciągnęła ręce do piersi i ugięła kolana – niestety za późno. Gąsior z trzaskiem rozbił się o podłogę na kilkanaście kawałków.
Upadła na kolana i spojrzała na dłonie. Kiedy moment później przeniosła wzrok na stłuczone naczynie, oczy zaszły jej łzami.
– Nie, tylko nie to – jęknęła.
Próbowała pozbierać porcelanę, lecz zdrętwiałe palce nie chciały się poruszyć, a wiotkie nadgarstki opadały niczym gałązki wierzby. Klęczała więc, wpatrzona w koszmarny widok, którego nawet nie potrafiła uprzątnąć, przeklinając w myślach własną nieudolność. Najgorsze miało jednak dopiero nadejść. Co powie, jeśli Ilson zauważy nieobecność podarunku?
– Sansu! – zawołała Junso. – Sansu!
– Co się stało? – Chłopak natychmiast pojawił się w drzwiach. Podbiegł do klęczącej na podłodze Junso i otworzył usta, by coś powiedzieć, lecz znalezienie odpowiednich słów zajęło mu chwilę. – Jak to się stało? – zapytał w końcu.
– Pozbieraj to i zawiń w podżagi – rozkazała, po czym wstała i podeszła do postawionej obok biurka szkatułki z biżuterią. Siłowała się z metalowym uchwytem jednej z szufladek, aż w końcu pomógł jej Sansu. – Spakuj wszystkie szpile i ozdoby. Z drugiej szuflady również.
– Sollan, co się dzieje? – naciskał.
– Zabierz to do garncarza i powiedz, że chcę, by identyczny gąsior był gotowy jeszcze dzisiaj.
– Dzisiaj? – zapytał z niedowierzaniem.
– Tak. I pomóż mi założyć to cholerne czonmo24 – warknęła, gdy ozdobiony kwiatowym materiałem kapelusz spadł na podłogę. Sansu bez słowa, choć z lekkim zawstydzeniem zawiązał pod brodą kobiety obie wstążki.
Zapał, z jakim Junso opuściła budynek, zwrócił uwagę tańczących na podwórzu dziewcząt. Kilka z nich odwróciło głowy w jej stronę, całkowicie zapominając o krokach. Hayn wpadła w złość i raz po raz uderzała rózgą zapatrzone kiseng, w tym również Tahe, która z pytającym wyrazem twarzy obserwowała, jak Sansu otwiera bramę.
– No idź już wreszcie. – Junso pogoniła chłopaka i kiedy z nietęgą miną oddalił się w stronę garncarza, sama ruszyła ku wyjściu z wioski.
Szła śmiało przed siebie, nie zwracając uwagi ani na ciekawskie spojrzenia mijanych mężczyzn, ani na na błoto oblepiające dół spódnicy, której i tak nie byłaby w stanie podtrzymać słabymi palcami. Tawerna znajdowała się już poza wioską, na skrzyżowaniu dwóch dróg. Chociaż był to jedyny przybytek w okolicy, w którym podróżujący mogli się zatrzymać i poprosić o strawę oraz pokój, to jednak podwórze oraz szeroka weranda świeciły pustkami i tylko dwa stare psy zaszczekały kiseng na przywitanie, gdy przekraczała bramę.
– W czym mogę pomóc? – Usłyszała za plecami głos właścicielki przybytku.
– Jedam jest w środku?
– U siebie.
U siebie, powtórzyła w myślach Junso i prychnęła. Mężczyzna wynajmował pokój od tak dawna, że nawet właścicielka tawerny uznawała pomieszczenie za jego. Ile czasu minęło? Co najmniej kilka lat.
Gospodyni odeszła, ale Junso nie potrzebowała dodatkowych wskazówek. Ściągnęła buty i do środka weszła już w samych skarpetach. Stanęła przed oklejonymi papierem drzwiami i przez moment wahała się, czy ta wizyta to na pewno dobry pomysł.
– Wejdź, Junso – powiedział Jedam. – Wiem, że to ty. Rozpoznałem twój kapelusz.
W zdrętwiałych palcach powoli wracało czucie, więc kiseng rozsunęła drzwi i weszła do środka. Jedam siedział za niskim biurkiem i odkładał właśnie pędzel, którym wcześniej kreślił na papierze drobne znaki. Na pokrytej niechlujnym, rzadkim zarostem twarzy malowało się znudzenie.
– Ostatnim razem powiedziałaś, że już nigdy tutaj nie zawitasz – powiedział znachor. – A jednak zmieniłaś zdanie.
– A ty mówiłeś, że to się więcej nie powtórzy. – Junso wyciągnęła przed siebie ramiona, wiotkie niczym zwiędnięte kwiaty.
Jedam momentalnie spoważniał i ściągnął brwi w jedną linię. W takich chwilach wyglądał jak bandzior i kiseng przypominała sobie, że ma do czynienia z człowiekiem o mętnej reputacji, a nie z porządnym felczerem, do jakiego poszłaby, gdyby tylko nie musiała ukrywać swojej choroby. Zbliżył się, by zbadać jej przedramię. Obejrzał wierzchnią część dłoni i obrócił, obserwując, jak nadgarstek bezwładnie opada.
– A palce?
– Już jest lepiej, ale stłukłam podarowaną mi dzisiaj porcelanę. – Junso próbowała zacisnąć pięści, lecz palce odmówiły posłuszeństwa w połowie ruchu. – Obiecałeś, że to się nie powtórzy.
– O ile będziesz brać leki. – Jedam spojrzał jej w oczy. – Bierzesz?
Uciekła wzrokiem w kąt pokoju. Odpowiedziała dopiero, gdy powtórzył pytanie.
– Skończyły mi się dwa tygodnie temu – powiedziała tak cicho, że ledwo usłyszała własne słowa.
