Magia między nami - Agata Franczak - ebook
NOWOŚĆ

Magia między nami ebook

Agata Franczak

0,0

132 osoby interesują się tą książką

Opis

W świecie, w którym magia budzi strach, wszystko, co obdarowane mocą, staje się zagrożeniem.
Albo towarem wartym fortunę.

Aleksander jest bogatym samotnikiem, który skrywa niebezpieczne sekrety.
Luna – dziewczyną wychowaną w sierocińcu, jedną z nielicznych, które wciąż potrafią wyczuć magię.

Ich drogi krzyżują się w chwili, gdy Luna decyduje się na kradzież. To, co miało być prostym zadaniem, szybko wymyka się spod kontroli. Ktoś jeszcze pragnie tej samej mocy. I nie cofnie się przed niczym, żeby ją zdobyć.

Zmuszeni do współpracy, Luna i Aleksander wchodzą w niebezpieczną grę pełną napięcia i tajemnic. Im dłużej są blisko siebie, tym trudniej zachować dystans.

Aleksander nie wierzy, że ma prawo kochać.
Luna nie wierzy, że ma prawo być kochaną.
A jednak magia przyciąga ich do siebie. Tak samo jak uczucie, którego nie sposób zatrzymać.

„Magia między nami” to urban romantasy o tajemnicach, pożądaniu i wyborach, które mogą kosztować wszystko.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 287

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Magia między nami

Agata Franczak

Wydawnictwo Inanna

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

NOTA COPYRIGHT

📖 Informacja o wersji demo

Lista stron

Strona 1

Strona 2

Strona 3

Strona 4

Strona 5

Strona 6

Strona 7

Strona 8

Strona 9

Strona 10

Strona 11

Strona 12

Strona 13

Strona 14

Strona 15

Strona 16

Rozdział 1

Obecnie

Ktoś szedł korytarzem. Bardziej to wyczuła, niż usłyszała. Zresztą kroki były ciche, ostrożne, jakby ktoś doskonale zdawał sobie sprawę z jej obecności.

Luna zaklęła w duchu i włożyła kaganek do zamszowego woreczka, a ten do plecaka. Palce ją bolały od magii skumulowanej w artefakcie. Zamknęła skrzynkę, włożyła ją do sejfu, a ten zamknęła. Odwróciła się w stronę drzwi akurat w momencie, gdy te się otworzyły i stanęła w nich wysoka postać, która odezwała się niskim, głębokim głosem.

– Kogóż my tu mamy? Tak od razu do sypialni? Bez standardowego „cześć, podobasz mi się, chodźmy do łóżka”?

12 godzin wcześniej

Kolejny bus zatrzymał się na podjeździe, a ludzie z cateringu zaczęli wyjmować z niego pudła, pojemniki i termosy, i wnosić je do domu. Przyglądał się im z okna biblioteki przez dłuższy czas, gdy to poczuł. Mrowienie w całym ciele. Skrzywił się i omiótł spojrzeniem teren dookoła domu. Nagle zobaczył kobietę, która stała koło busa i trzymała w rękach szklany klosz z wypiekami. Niby wszystko było w porządku, ale zamiast iść od razu do kuchni, popatrzyła wprost w okno, przez które ją obserwował. Zmrużył oczy i skupił się na niej. Długie, kasztanowe włosy szarpane przez wiatr zasłaniały jej twarz, więc nie widział dokładnie, jak wygląda. Ubrana w burą szarość, nie wyróżniała się zanadto. Ale poczuł to natychmiast, w tym jednym nigdy się nie mylił – miała w sobie moc, a on od wielu lat nie spotkał nikogo nowego nią obdarowanego. Zastanawiał się również, czy jej pojawienie się nie było dziełem przypadku. Włożył ręce do kieszeni spodni i wpatrywał się w kobietę. Nie był pewien, czy go zobaczyła, ale odwróciła wzrok, spojrzała na boki i w końcu ruszyła do domu.

Westchnął z ulgą, gdy pieczenie minęło, choć nie do końca. Jego echo wciąż nieprzyjemnie rezonowało w jego ciele. Taka była cena magii. Mógł robić wiele dobrych rzeczy, ale zawsze były one okupione większym lub mniejszym dyskomfortem, często też cierpieniem. Dzisiejsze przyjęcie, do którego przygotowania właśnie trwały, miało pomóc mu osiągnąć to, co zawsze, czyli zebranie pieniędzy i odwrócenie uwagi od jego życia. Każdego roku organizował charytatywną galę, podczas której przesadnie wystrojeni i nieszczerzy ludzie z kasą wpłacali środki na wybrany przez niego cel, byleby tylko pochwalić się tym, że gościli w domu stroniącego od ludzi bogacza, na temat którego krążyło mnóstwo plotek, ale nikt nie wiedział, jaka jest prawda.

A prawda była taka, że jako jeden z nielicznych ludzi wciąż posiadał moc, głęboko ukrywaną, chronioną przed oczami innych, ale silną, nieustającą. Gdy magia została prawie całkowicie wyrugowana, ludzie nią obdarzeni ukrywali się, unikali jej używania, blokowali ją, aż coraz mniej osób potrafiło z niej korzystać, on niezmiennie był jej pełen, czasami wręcz miał wrażenie, że tylko z niej się składa.

Odwrócił się w stronę biurka, na którym stało małe drewniane pudełko. Podszedł do niego i je otworzył. Na wyłożonym pluszem dnie leżał niewielki cynowy kaganek. Niby nic, ale gdy tylko go dotknął, jego ciało przeszył ból, przy którym wcześniejsze pieczenie wydawało się łaskotkami. To maleństwo było artefaktem, pełnym mocy, za którą niejeden byłby skłonny sprzedać nie tylko własną matkę, żonę i pierworodnego syna, ale i swoją duszę. W świecie, gdzie magia znikła, takie przedmioty były bezcenne, a w jego ręce przypadkowo wpadł jeden z najsilniejszych artefaktów, z jakimi miał w swoim życiu do czynienia. Ten mały przedmiot był źródłem i z jakiegoś powodu moc się w nim nie kończyła. Zwykłe artefakty, przedmioty nasączone magią, po pewnym czasie się wyczerpywały. Ale nie źródła. Te mogły czerpać ją od każdego i od wszystkiego. Tak samo jak on. Niestety co za tym idzie, znajdował się nieustannie w niebezpieczeństwie, bo inni mogli czerpać z niego. Gdyby prawda wyszła na jaw, zaczęliby na niego polować, a jego ciało stałoby się źródłem dochodu na wiele lat, dla tego, kto by je zdobył. Poczuł jak po plecach przechodzi mu nieprzyjemny dreszcz, i zamknął pudełko, a następnie ruszył do drzwi łączących jego bibliotekę z sypialnią. Tam podszedł do sejfu i włożył artefakt do środka. Wstukał dziesięciocyfrowy kod, a następnie położył na zamku obie ręce, wziął głęboki haust powietrza i poczuł w dłoniach ciepło, gdy jego moc wnikała w zamek sejfu. Potencjalnego włamywacza to nie powstrzyma, ale jego zaalarmuje, gdy ktoś będzie przy nim majstrował. Natychmiast przypomniał sobie kobietę wpatrującą się w okno i uśmiechnął lekko.

Pomyślał, że zapowiada się ciekawa noc.

Obecnie

Luna zamarła. Całe jej ciało stężało, gdy mężczyzna wszedł do środka, zatrzymał się i patrzył na nią przymrużonymi oczami. Było w nim coś dziwnego, jego obecność wywoływała fantomowe swędzenie pod skórą. Spróbowała rozluźnić napięte do granic możliwości mięśnie i z udawanym uśmiechem zrobiła krok do przodu.

– Ktoś w twoim wieku potrzebuje takich słodkich słówek? – zapytała, przechyliwszy głowę.

Brew mężczyzny powędrowała gwałtownie do góry.

– Ktoś w MOIM wieku? – zapytał tonem, który dziwnie przypominał pretensję. Niechciane parsknięcie wymsknęło jej się z ust. Był wysoki, ubrany w ciemny, dopasowany garnitur. Włosy sięgające do uszu miał zaczesane do tyłu, ale kilka kosmyków wymsknęło się ze starannie ułożonej fryzury.

– Nie chciałam cię urazić… – zaczęła, ale jej przerwał.

– I nie uraziłaś. Bynajmniej nie tym. Ale faktem, że wkradłaś się do mojej sypialni i ukradłaś moją własność, już tak – powiedział. Teraz dla odmiany brzmiał prawie na znudzonego.

Próbowała nie pokazać po sobie zaskoczenia. Nie miał prawa wiedzieć, co zrobiła. Pomieszczenie było w takim samym stanie, jak w momencie, gdy tu weszła. Nie zostawiła żadnych śladów, jak zawsze. A jednak mężczyzna się zorientował i zdecydowanie coś z nim było nie tak. Znów poczuła to swędzenie i potarła dłonią przedramię. Jej serce zaczęło bić szybciej, gdy w głowie zaświtała jej myśl – „magia”. Musiała tu zostać użyta magia. Przeklęła w duchu, bo była pewna, że wyczuwa magię z artefaktu, a musiało tu być coś więcej, jakieś zaklęcie. Musiała coś zrobić, aby się wydostać z tego domu, sprzedać artefakt i zniknąć na jakiś czas. Może na dłuższy. Widziała, że mężczyzna wpatruje się w nią z uwagą, śledzi jej każdy ruch, analizuje wyraz jej twarzy. By dodać sobie odwagi, pomyślała, że nie ma nic do stracenia, i ruszyła w jego stronę.

Stał idealnie wyprostowany, wpatrujący się w nią bez mrugnięcia, gdy podchodziła. W końcu zatrzymała się przed nim, tak blisko, że poczuła ciepło promieniujące z jego ciała.

– Skąd pomysł, że coś ukradłam? Może zwyczajnie liczyłam na kilka miłych chwil z tobą? – wymruczała i przysunęła się tak blisko, że prawie się dotykali. Uniosła podbródek i popatrzyła mu w oczy. Były ciemne, granatowe, otoczone przez długie rzęsy. Teraz wpatrujące się w nią z napięciem. Uniosła dłoń i dotknęła jego pokrytego zarostem policzka, a następnie stanęła na palcach i pocałowała go. W pierwszym momencie był tak zaskoczony, że nie zareagował. Ale to były zaledwie sekundy, bo już po chwili westchnął wprost w jej miękkie usta i oddał pocałunek. Jego dłonie pojawiły się na jej plecach i przyciągnęły ją do zaskakująco dobrze umięśnionej klatki piersiowej. Przechylił jej głowę i pogłębił pocałunek. A ona mu się poddała. Czuła gorąco rozlewające się po całym jej ciele, gorąco, którego się nie spodziewała i którego nie chciała. Objęła go w pasie, popchnęła lekko do tyłu i oparła się na nim mocniej. Mężczyzna pogłębił pieszczotę jeszcze bardziej, ich języki się spotkały i z jej gardła wyrwał się drżący oddech. Była oszołomiona i chwilę trwało, zanim dotarło do niej, że zamiast uciekać, wciąż całuje swój cel. Znów naparła na niego, by przesunąć ich oboje w stronę ściany, a on jej na to pozwolił. Westchnęła i otworzyła oczy, a potem odsunęła się od jego kuszących ust i mocnego ciała. Kątem oka zobaczyła, że stoją bokiem do drzwi, i uznała, że to wystarczy. Uśmiechnęła się szeroko i znów uniosła na palach, jakby chciała ponownie go pocałować. W jego oczach zobaczyła przebłysk pożądania. Jednak musnęła tylko ustami jego ucho i wyszeptała wprost do niego:

– Miłego wieczoru.

I zanim mężczyzna się zorientował, odepchnęła go mocno w stronę ściany. Był zaskoczony i zachwiał się na nogach, ale jego reakcja, mimo że spóźniona, okazała się szybka. Wyciągnął rękę, żeby złapać kobietę za ramię, ale jego palce trafiły na szyję. Poczuł miękką skórę i ukłucie metalu. Łańcuszek.

Złapał go, a ten zerwał się, gdy kobieta szarpnęła się do tyłu, skoczyła w stronę drzwi i uciekła. Ruszył za nią, ale zbiegła już na dół. Musiał przyznać, że była szybka. Zwinna i szybka. Wmieszała się w tłum gości i po chwili już jej nie widział. Westchnął i spojrzał na swoją dłoń, na długi srebrny łańcuszek zaczepiony o jego palce. Wisiał na nim zwykły, mały bucik.

– Och, Kopciuszku, niedługo się znów spotkamy – powiedział cicho i schował biżuterię do kieszeni spodni. Poprawił marynarkę i wyszedł, po czym zamknął za sobą drzwi. Ten artefakt – nie musiał nawet sprawdzać, żeby wiedzieć, że go ukradła – był niebezpiecznym i niewyobrażalnie cennym przedmiotem, a ten, kto się o niego starał, bardzo zdeterminowany, aby go zdobyć. Nie miał wątpliwości, że jest już wśród gości i go szuka. Mimo że nie wycofał się ze spotkania, wciąż nie podjął finalnej decyzji, czy sprzeda artefakt, czy nie. Wszystko zależało od tego, kim okaże się kupiec. Poczuł na udzie ciepło łańcuszka i lekkie szczypanie magii. Mógł odczytać go bez problemu i zdobyć potrzebne mu informacje, ale nie był to dobry moment. Stracił artefakt i musiał dobrze to rozegrać, żeby nie stracić również kupca. Zszedł po schodach i wziął z tacy trzymanej przez kelnera lampkę czerwonego wina. Obserwował tłum gości, zdawałoby się, bez większego zainteresowania. Nie minęło dużo czasu, gdy poczuł czyjąś obecność i usłyszał niski, gruby głos.

– Byliśmy umówieni – odezwał się mężczyzna, na oko pięćdziesięcioletni, z krótko przyciętymi włosami, gładko ogoloną twarzą i zbyt blisko osadzonymi oczami w ciemnym kolorze. Cała jego postawa, napięte mięśnie, wyprostowane plecy, emanowała niecierpliwością. Mężczyzna był niższy od niego, mocniejszej budowy. Sprawiał wrażenie przyczajonego drapieżnika.

– To prawda. Ale bal dopiero się rozpoczął, goście oczekują, i słusznie, mojej obecności. Prywatne sprawy zostawiam na później.

Mężczyzna sapnął. Gniew, który starał się kontrolować, a który znalazł sobie drogę na powierzchnię, w tym jednym, krótkim dźwięku.

– Nie po to leciałem taki kawał drogi… – zaczął obcy

Gospodarz przerwał mu i dopiero wtedy przyjrzał mu się uważniej. Zaciśnięta szczęka, wąskie usta i to przeszywająco zimne spojrzenie. Mężczyzna był niebezpieczny, bo pragnął artefaktu zbyt mocno.

– Tak jak ustaliliśmy, porozmawiamy. Ale nie teraz. To panu zależy, panie…?

Mężczyzna skrzywił się nieznacznie.

– Robert – odwarknął w odpowiedzi na niezadane pytanie.

– Rober i…?

– Wystarczy Rober – uciął krótko.

– Niech będzie, chociaż preferuję zwracanie się do siebie po nazwisku – skwitował, choć doskonale znał nazwisko mężczyzny.

– Nie obchodzi mnie to. Jak pisałem w mailu, interesuje mnie tylko artefakt – odparł z coraz większą złością Robert.

– Ale ty wiesz, z kim rozmawiasz, uczciwie byłoby się przedstawić…

– Chyba nie sądzisz, że podam ci swoje nazwisko, Aleksandrze? – zapytał Robert z nutą kpiny w głosie

– Aleks – poprawił go szybko. – Hmm, w takim razie w tej chwili nie mam nic więcej do powiedzenia. Znajdę cię, gdy będzie odpowiedni moment. A teraz – odwrócił się w stronę tańczących ludzi – życzę udanego wieczoru.

Nie czekając na odpowiedź mężczyzny, odszedł.

Rozdział 2

Luna oddychała głośno, pędząc przed siebie. Gdy tylko udało jej się wydostać z domu, pokonała sprintem długi podjazd i ostro skręciła do otaczającego budynek parku. Szybko wskoczyła na wysokie, drewniane ogrodzenie i puściła się biegiem przez dziko rosnący zagajnik. Serce waliło jej w piersi, ale miała dobrą kondycję. W jej fachu to było niezbędne. Drzewa rosły coraz gęściej, gdy przedzierała się w stronę nieużywanej polnej ścieżki, łączącej się za jakiś kilometr z szutrową drogą, przy której zostawiła swój samochód, piętnastoletnią Skodę. Jednak zanim dotarła do auta, płuca ją paliły, a z oczu ciekły łzy wyciskane przez zimny wiatr. Była późna wiosna, ale pogoda nie rozpieszczała. Otworzyła drzwi drżącymi od wysiłku dłońmi i wsiadła do środka. Popatrzyła w lusterko, ale niczego nie widziała w otaczającej ją ciemności. Nie czekała, aż to się zmieni. Włączyła silnik i ruszyła powoli na niskim biegu. Mimo że oddalała się od domu, z którego ukradła artefakt, nie czuła się bezpiecznie. W tym mężczyźnie – Aleksandrze, jak się dowiedziała, gdy szukała o nim informacji – było coś dziwnego, coś, co nie dawało jej spokoju. Przypuszczała, że sejf został obłożony jakimś zaklęciem, ale to nie było tylko to. To nie mogło być jedynie jakieś małe zaklęcie kupione na czarnym rynku. Tkwiła tam moc, która wprawiła w drżenie całe jej ciało, nigdy dotąd nie doświadczyła czegoś takiego. Oczywiście wyczuwała moc ukradzionego artefaktu, paliła jej skórę, wywoływała pieczenie. Ale to też nie to, a na pewno nie tylko to.

Gdy wyjechała na asfaltową drogę, skręciła w lewo, w kierunku przeciwnym niż ten, w którym zmierzała. Wiedziała, że nie może być zbyt pewna siebie, toteż zrobiła ogromne koło, zanim dotarła do Gdańska i zaparkowała w bocznej uliczce na obrzeżach miasta. Resztę drogi do domu pokonała na piechotę, przemykając ciemnymi, bocznymi uliczkami, aż wreszcie dotarła do niepozornej kamienicy niedaleko portu. Obeszła ją i weszła na podwórko otoczone niewielkim ogrodzeniem. Otworzyła kluczem tylne drzwi i dokładnie je za sobą zamknęła. Nie zapaliwszy światła, wspięła się po schodach na poddasze, gdzie znajdowała się jej mała kawalerka, kupiona przy niemałej pomocy sióstr zakonnych, w prowadzonym przez które bidulu dorastała. Gdy weszła do środka, zatrzasnęła dwa zamki, zawiesiła łańcuch i przesunęła masywną sztabę, po czym wypuściła z ulgą powietrze i oparła się o drzwi. Sztaba wżynała jej się w plecy, ale nie zwracała na to uwagi. Świadomość, że jest bezpieczna, była tak duża, że zmiękły jej kolana. Zrobiła coś, na co nigdy wcześniej się nie porwała. Zazwyczaj zdobywała artefakty dzięki swojej mocy, sprytowi i szybkości. Po prostu wyprzedzała innych w poszukiwaniach. Ale tym razem posunęła się do kradzieży. I choć siostry zakonne pewnie padłyby trupem, gdyby się o tym dowiedziały, to zakopała głęboko w sobie wyrzuty sumienia. Potrzebowała pieniędzy, żeby móc skończyć z tym zajęciem. Coraz więcej ludzi zaczynało polować na te same przedmioty i robili się coraz bardziej bezwzględni. Magia praktycznie zanikła, a jeśli ktoś ją posiadał, ukrywał to. Artefaktów było też coraz mniej, bo i nie było już prawie nikogo, kto mógłby je nasączyć swoją mocą. Dlatego ich ceny szybowały w górę, ale tak samo jak ryzyko związane z poszukiwaniem i sprzedażą. A ona chciała spokoju, stabilizacji, chciała wreszcie wychodzić z domu bez obaw, że ktoś ją rozpozna, napadnie. Chciała móc chodzić po ulicach bez lęku sunącego wzdłuż jej kręgosłupa. Miała marzenie, odkąd skończyła dwanaście lat i odkryła, że w bidulu są tylko dwie dobre rzeczy – kawa i książki. Zakonnice zaskakująco wysoko ceniły sobie ten napój i nie żałowały go swoim podopiecznym. I to było właśnie to. Jej kawiarnia, mała przytulna, w której parzyłaby pyszną kawę i piekła ciastka. Ale na to potrzebowała dużego zastrzyku gotówki. Takiej, jaką mogła otrzymać za ten mały przedmiot ukryty w jej plecaku. Ostatni raz. Ostatnie polowanie, ostatni handel.

Odepchnęła się od drzwi i wciąż nie zapaliwszy światła, podeszła do okna. Bez obaw, że o coś się potknie, bo znała w tym małym mieszkaniu każdy centymetr. Popatrzyła w dal, na oświetlony ciepłym światłem latarni port i rozlewającą się za nim czerń zatoki i morza. Noc była spokojna, a jej serce wreszcie zaczęło zwalniać.

– Kawodziejka – wyszeptała i w myślach ujrzała swój wymarzony niewielki lokal. Uśmiechnęła się i pokiwała głową. Czuła, że było warto zaryzykować, aby wreszcie znaleźć swoje miejsce na ziemi.

****

Spotkanie było nerwowe. Gdy Robert wreszcie doczekał się prywatnej rozmowy, nic nie zdołało powstrzymać jego wybuchu złości na wieść, że kaganek istnieje, owszem, ale nie już i nie od ręki. Kwota, jaką kupiec za niego zaproponował, okazała się ogromna, choć dla Aleksa nie miała ona znaczenia. Za to otrzymał coś cenniejszego – wskazówkę, że Robert jest zdesperowany i groźny.

– Tak jak powiedziałem, artefakt jest w moim posiadaniu, nie prowadzę też innych rozmów na jego temat, ale byłbym nierozsądny, gdybym go trzymał tutaj, u siebie w domu. Jest w bezpiecznym miejscu. Jeśli dobijemy targu, za trzy dni spotkamy się w ustalonym przez nas punkcie i dokonamy wymiany – oznajmił Aleks spokojnym głosem, choć w środku czuł nieprzyjemne napięcie. Nie bał się siedzącego przed nim mężczyzny, ale byłby głupcem, gdyby go nie doceniał. Desperacja i pragnienie płonęły w spojrzeniu Roberta zbyt mocno, aby to zignorować.

– Nie interesują mnie trzy dni, oczekuję, że… – zaczął podniesionym głosem.

– Nie muszę ci go sprzedawać – przerwał mu zimnym tonem Aleks. – Nie mam wobec ciebie żadnych zobowiązań. Nie muszę sprzedawać artefaktu, w ogóle nic nie muszę, a ty się zapominasz.

Robert opadł na krzesło, z którego chwilę wcześniej się podniósł, i zacisnął usta w wąską kreskę. Przełknął złość i rozluźnił ręce, które jeszcze przed momentem zaciskał w pięści. Mimo swojej wściekłości, zrozumiał, że agresją nic nie wskóra. Paliła go wściekłość, którą starał się opanować. Kiwnął niechętnie głową i sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Aleks uważnie śledził jego ruchy. Gdy zobaczył, że mężczyzna wyjmuje wizytówkę, rozluźnił się nieco.

– Trzy dni. Ani chwili dłużej. To mój numer telefonu, zadzwoń, gdy artefakt będzie na miejscu, i podaj miejsce wymiany. – Wstał i popatrzył na Aleksa zmrużonymi oczami. – Nie radzę sobie ze mną pogrywać. Nie przyjmę tego dobrze.

Ponownie kiwnął głową i bez słowa pożegnania wyszedł z gabinetu. Aleksander wypuścił powietrze z płuc i w duchu przyznał mu rację. Było po północy, na parterze właśnie kończył się bal, ale mało kto zauważał, że jego już nie ma wśród gości. Odetchnął głęboko kilka razy i sięgnął w głąb kieszeni, gdzie znajdował się łańcuszek z małym bucikiem. Wyjął go ostrożnie, popatrzył na niego w ciepłym świetle stojącej na biurku lampki i przykrył go dłonią. Od razu poczuł pieczenie i gorąco. Magia.

– Zobaczmy, mały Kopciuszku, gdzie mam cię szukać – powiedział cicho i zamknął oczy. Przez chwilę nic się nie działo. minuty mijały, aż wreszcie jego dłonie się rozgrzały, a pieczenie nasiliło. Poczuł, jak moc otacza jego dłonie, sunie po ramionach w górę i miękko otacza jego głowę. Pod powiekami zaczął mu się pojawiać obraz, zobaczył rude włosy i gołe ramiona, po których ściekało kilka kropel wody, a niżej gruby ręcznik otulający smukłe ciało. Poczuł zapach owoców. Obserwował, jak kobieta odwraca się od lustra i wychodzi z łazienki. Na jej mokrej szyi wisiał łańcuszek z bucikiem. Otaczało ją przytłumione światło lampy, które skrywało w cieniu pomieszczenie, do którego weszła. Obraz zafalował, gdy podeszła do okna i spojrzała w dół. Zobaczył port, był blisko. Dojrzał lekko rozmazane latarnie, które go oświetlały, i niewielki jacht zacumowany niedaleko, z wyraźnie wymalowanym na burcie napisem „Lolita”. Następnie znów spojrzał w dół, był wysoko. Na chodniku poniżej zauważył hydrant pomalowany na czerwono, z przypiętym do niego żółtym rowerem, obok stała ławka w białe i niebieskie pasy. Uśmiechnął się szeroko i otworzył oczy, a obraz zniknął.

– Szykuj się, Kopciuszku.

Rozdział 3

Po szybkim prysznicu Luna zrobiła sobie kubek gorącej czekolady i wreszcie usiadła w fotelu, z małym woreczkiem na kolanach. Ubrana w legginsy i zwykłą koszulkę, nawet przez materiał czuła to nieprzyjemne mrowienie. Odstawiła kubek na stolik i wzięła głęboki oddech. Lampa stojąca koło fotela dawała jej wystarczająco dużo światła, aby dokładnie obejrzeć artefakt. Wyjęła kaganek z woreczka i syknęła, gdy tylko poczuła jego chłodną powierzchnię. Pieczenie się nasiliło, teraz nie tylko było nieprzyjemne, ale sprawiało ból. Zdjęła koszulkę i owinęła w nią przedmiot, po czym przyglądała mu się przez długą chwilę. Był miedziany, gładki i lśnił w świetle lampy. Podstawka, małe uszko i niewielki uchwyt na świeczkę. Z pozoru nic ciekawego. Ale zgromadzona w nim magia robiła piorunujące wrażenie. Luna od zawsze wyczuwała magię i artefakty. Odkąd była dzieckiem, gdy jeszcze żyli rodzice i w domu zawsze przechowywano sporo takich przedmiotów, choć wtedy nie wiedziała, że to magia i że ona ją wyczuwa. O tym dowiedziała się później. W jej głowie pojawił się obraz ojca siedzącego w gabinecie, trzymającego w ręku starą fajkę, patrzącego na nią uważnie. Gdy zapytała, co to jest, odparł, że to magia, i schował ją do woreczka, a ten do sejfu. Na małej półce stały już srebrna szkatułka i dziwny świecznik. Luna zmarszczyła brwi, ale wspomnienie jej umknęło, gdy pojawiło się następne. Siedziała w kuchni, jadła naleśniki na śniadanie i zobaczyła, jak podchodzi do niej mama. Miała dłoń zaciśniętą w pięść i uśmiechała się szeroko.

– Mam coś dla ciebie, kruszyno – powiedziała i otworzyła dłoń, na której leżał srebrny łańcuszek ze śmiesznym bucikiem.

– Magiczny wisiorek? – zapytała z nadzieją. Tak bardzo chciała posiadać coś magicznego.

– Wystarczy, że ty jesteś magiczna, nie potrzebujesz dodatkowej magii – odparła z uśmiechem mama i zapięła łańcuszek na jej szczupłej szyi.

Luna dotknęła zawieszki małymi dłońmi.

– Jest cudowny, mamo, dziękuję…

Wspomnienie się rozmyło, a ona zamrugała, zaskoczona wilgocią, która pojawiła się na jej policzkach. Dotknęła dłonią szyi i poczuła… pustkę. Nie było łańcuszka. Zimny dreszcz przebiegł jej po kręgosłupie. Odstawiła kaganek i pobiegła do łazienki. Przejrzała ubrania, które miała na sobie w domu Aleksandra, potem ręcznik, sitko w odpływie prysznica, w końcu na kolanach obmacała podłogę w korytarzu i pokoju. Nic. Nie było go. Tym razem poczuła łzy, które wezbrały w jej oczach i pociekły po policzkach. Usiadła na podłodze i przygryzła dolną wargę. Ten zwykły łańcuszek z bucikiem był jedyną rzeczą, która jej została po rodzicach. Nie miała nic innego. Niedługo po tym dniu, gdy go dostała, oboje zginęli w wypadku samochodowym. Wujek, brat matki, otrzymał zapisem w testamencie cały majątek rodziców, ale nie był zainteresowany siostrzenicą jako dodatkiem do pieniędzy. Zrzekł się do niej praw i tak trafiła do domu dziecka prowadzonego przez zakonnice. A teraz straciła nawet łańcuszek. Łzy piekły pod powiekami. Wstała i wróciła do fotela, popatrzyła z góry na stojący na stoliku kaganek. Okrągła podstawka przykuła jej wzrok, wzięła go więc do ręki i przysunęła do oczu. Okrąg był uszkodzony, miał małe wyszczerbienie w kształcie V o gładkich krawędziach. Wspomnienie zaszeleściło jej w głowie. Znów zobaczyła ojca, w gabinecie. Siedział w fotelu, na biurku stał ten sam dziwny świecznik, a ojciec go polerował.

– Co robisz, tato? – zapytała.

– Jest tu wyrwa, szlifuję jej brzegi, żeby nikogo nie zraniła.

Luna podeszła bliżej i spojrzała uważniej.

– Co to jest?

– Taki rodzaj świecznika. Kaganek. – odparł ojciec i uśmiechnął się na widok efektów swojej pracy. – No proszę, gotowe. Teraz już nikt się nie skaleczy. Zobacz.

Podniósł świecznik i pokazał go Lunie. Na niewielkiej okrągłej podstawce była dokładnie wygładzona szczerba w kształcie V.

– Jasna cholera! – zaklęła głośno Luna, na chwilę zapominając o stracie łańcuszka.

To był ten sam kaganek. Ten sam, który był u nich w domu, który posiadał jej ojciec. I który trafił do jej wujka. W jaki sposób znalazł się w posiadaniu tajemniczego Aleksandra, podobno handlującego antykami? Przełknęła głośno i poczuła, jak pocą jej się dłonie. Szybko schowała kaganek do woreczka, odsunęła mały chodnik leżący przed fotelem i podważyła deskę w podłodze. Była tam wydrążona w belce skrytka, w której teraz umieściła kaganek i szybko położyła deskę z powrotem, jakby przedmiot miał ją zaraz ukąsić. Przykryła miejsce chodnikiem i usiadła w fotelu. Serce mocno biło jej w piersi, w ustach zaschło. Czy to możliwe, żeby to był zbieg okoliczności, pomyślała i zacisnęła usta. Gdy zbierała informacje o Aleksandrze Bodo, enigmatycznym milionerze, handlarzu antykami, który unikał ludzi i tylko z rzadka udzielał się towarzysko, nic nie wskazywało, żeby miał jakieś powiązania z jej wujkiem. Zresztą jej wujek, Robert Mikłos, nie mieszkał już w Polsce. Zabrał pieniądze jej rodziców i wyjechał do Austrii, słuch po nim zaginął. Od lat szukała jakichś jego śladów, ale nie trafiła na nic, co pomogłoby jej go znaleźć. Teraz zastanawiała się, czy ten człowiek, który z taką łatwością ją porzucił, jej jedyna rodzina, mógł mieć cokolwiek wspólnego z tym kagankiem. Może sprzedał go temu bogaczowi, a ona dokonawszy rabunku, właśnie straciła szansę na odszukanie wujka? Ale skąd mogła wiedzieć. Nagle poczuła słabość w całym ciele. Adrenalina opadła. Strata łańcuszka, wspomnienia, odkrycie na temat kaganka… To było dla niej za wiele. Opadła na oparcie i przymknęła ciężkie powieki. Czuła się zmęczona, tak bardzo zmęczona. Od prawie ośmiu lat żyła w ciągłym napięciu, obawiając się, czy nie zostanie złapana. Za handel magicznymi przedmiotami na czarnym rynku groziły surowe kary. Specjalna jednostka do spraw magicznych łapała takich jak ona. Wypuściła drżący oddech i odchyliła głowę, oparła ją o zagłówek. Tylko na chwilę, westchnęła w duchu, tylko na chwilę zamknę oczy. Ale zanim kolejna myśl pojawiła się w jej głowie, zasnęła.

****

Aleks wysiadł z samochodu i zamknął drzwi. Dochodziła druga w nocy, port był spokojny, lekko otulony mgłą. Ubrany na czarno nie rzucał się w oczy, ale i tak trzymał się w cieniu. Ruszył szeroką uliczką i odszukał zacumowaną do nabrzeża Lolitę. Rozejrzał się dookoła i zobaczył hydrant, teraz bez przypiętego do niego roweru, a następnie pomalowaną w pasy ławkę. Spojrzał na kamienicę naprzeciw i zmrużył oczy. Skoncentrował się i poczuł lekkie pulsowanie w dłoni, w której trzymał łańcuszek. Podszedł do pierwszych drzwi, ale pulsowanie osłabło, podszedł więc do kolejnych i to było to. Pulsowanie wzmogło się znacząco. Dotknął klamki i pojawiło się pieczenie. Uśmiechnął się pod nosem i nakrył zamek dłonią, po czym wyobraził sobie, jak rygle wysuwają się z zapadek. Poczuł gorącą moc promieniującą z jego dłoni i usłyszał cichy KLIK. Zamek się otworzył. Wszedł do środka i w świetle latarni wpadającym przez okna zlustrował wnętrze klatki schodowej. Pieczenie lekko się nasiliło. Zacisnął dłoń na łańcuszku i ruszył po schodach w górę. Na pierwszym piętrze nic się nie działo, żadne z drzwi, do których podszedł, nie wywołały reakcji jego magii. Na drugim piętrze pulsowanie się wzmogło, ale tylko odrobinę. Trzecie piętro – tak samo. Spojrzał w górę i zobaczył jeszcze jedne schody, zakręcające w lewo, a na ich końcu kolejne drzwi. Podszedł do nich po cichu i poczuł pieczenie w całym ramieniu. To było to mieszkanie. Schował łańcuszek do kieszeni bluzy i zasunął zamek. Położył dłonie na obu widocznych zamkach i wyczuł więcej niż dwa punkty, gdzie pieczenie się nasilało. Kiwnął w uznaniu głową dla jej instynktu samozachowawczego, ale wiedział, że to może powstrzymać złodzieja, a nie jego moc. Zaczął powoli, od górnego zamka. Zapadki się rozgrzały i szybko cofnęły, gdy pchnął je magią. Powtórzył operację z drugim zamkiem. Przez chwilę wypuszczał moc, szukał następnego zabezpieczenia, aż usłyszał delikatny dźwięk poruszania się jakiegoś przedmiotu i zrozumiał, że to łańcuch. Powoli ruszył dłonią w lewo, aż wyczuł delikatne stuknięcie. Łańcuch wypadł z szyny. Ostatnie zabezpieczenie było bardziej czasochłonne, nie wiedział początkowo, co to może być. Zmrużył oczy, zaczerpnął więcej mocy i przesuwał dłońmi po drzwiach, by wybadać kształt przedmiotu. Wreszcie odgadł, metalowa sztaba. Skupił się i skoncentrował moc, przesłał jej strumień do rąk, które zaczął przesuwać w bok. Czuł opór metalu, ale jego magia była zbyt silna. W końcu, gdy dotarł dłońmi do końca drzwi, usłyszał głośne stuknięcie, gdy sztaba upadła na podłogę. Drzwi były otwarte. Złapał za klamkę i delikatnie je uchylił.

****

Luna była pewna, że śni. I w tym śnie zamki w drzwiach się otwierają, a metalowa sztaba powoli wysuwa się z uchwytów, wydając ten irytująco świdrujący dźwięk. Pomyślała, że to wkurzające, że ktoś tak głośno przesuwa to żelastwo i stara się ją obudzić. Znów miała odpłynąć w sen, gdy nagła świadomość tego, co się dzieje, opadła na nią wraz z brzdękiem spadającej na podłogę sztaby. Zerwała się na równe nogi, obróciła gwałtownie, aż uderzyła kolanem o stolik, i spojrzała na drzwi. Serce waliło jej w piersi, oddech przyspieszył, a po plecach przebiegł dreszcz przerażenia. Zanim zdążyła jakkolwiek zareagować, klamka opadła i drzwi się otworzyły. Na klatce schodowej nie świeciło światło, więc postać stojąca w progu była otoczona przez cienie, ale Luna poczuła skurcz w żołądku, gdy zobaczyła wysoką, smukłą sylwetkę i usłyszała niski, głęboki głos.

– Witam ponownie, Kopciuszku.

Mężczyzna wszedł do mieszkania, a Luna zaklęła pod nosem. Patrzyła na swoją niedawną „ofiarę” i nie mogła uwierzyć, że stoi na wprost mężczyzny, którego okradła. Dłonie jej drżały, więc zacisnęła je w pięści, żeby to ukryć.

Mężczyzna patrzył na nią, a w jego oczach malowała się ciekawość pomieszana z irytacją.

– Jak mnie znalazłeś? – zapytała lekko łamiącym się głosem. Nie było sensu udawać i próbować kłamać. Skoro ją znalazł, musiał iść za nią aż tutaj. – Nie zauważyłam, że mnie śledziłeś.

– Bo nie śledziłem – powiedział spokojnie i zrobił kilka kroków w jej stronę. Luna gwałtownie się cofnęła. – Nie skrzywdzę cię. Tak myślę.

– Och, co za ulga. No więc? Jak mnie znalazłeś? Ochrona? – zapytała i uniosła podbródek.

Mężczyzna sięgnął ręką do kieszeni czarnej bluzy i Luna zadrżała na ten widok. Nieświadomie przestała oddychać i gdy zobaczyła, jak wyjmuje dłoń z kieszeni i wyciąga ją przed siebie, w jej stronę, a na palcach wisi łańcuszek z bucikiem, wypuściła ze świstem powietrze. Popatrzyła na niego i znów na łańcuszek, a na skórze poczuła mrowienie.

– Masz moc… – wyszeptała zaskoczona.

Mężczyzna skrzywił się nieznacznie i zacisnął palce na łańcuszku.

– Owszem. A ty masz coś, co należy do mnie. I chcę, abyś mi to oddała. Dobrowolnie. Nie myśl, że tego nie wyczuwam, wiem, że jest tutaj, na wyciągnięcie ręki. Po prostu nie chcę narobić tu bałaganu, więc proszę – oddaj to – powiedział irytująco opanowanym głosem.

Luna się zawahała. Skoro znalazł ją za pomocą magii, to bez trudu odnajdzie i kaganek. Co więcej, był od niej wyższy, silniejszy i mógł użyć na niej mocy. A jednak stał przed nią i prosił.

– A co, jeśli nie oddam? – zaryzykowała.

Mężczyzna westchnął teatralnie i uśmiechnął się nieznacznie.

– Myślę, że sobie poradzę – odparł, po czym schował łańcuszek na powrót do kieszeni, wyciągnął przed siebie obie dłonie i skierował je wnętrzami w jej stronę. Na jego twarzy odmalowało się skupienie i nagle jego dłonie otoczyła mlecznobiała poświata. Mężczyzna przesunął lekko ręce do przodu i poświata uformowała się w dwie liny, które następnie popłynęły w jej stronę. Luna patrzyła na to jak zahipnotyzowana. Nigdy nie widziała nikogo władającego magią. Gdyby nie jej fascynacja tym, co się dzieje, może szybciej by się zorientowała, co mężczyzna robi. A tak, zanim zdążyła zareagować, coś miękkiego jak wata oplotło jej nadgarstki. Czuła, że ma otwarte usta, więc zamknęła je szybko i próbowała cofnąć dłonie. I zorientowała się, że nie może. To, co wydawało się niematerialną chmurką, nabrało całkiem realnych kształtów i gdy Luna szarpnęła rękoma, zatrzymało ją w miejscu.

– Co ty robisz!? – krzyknęła przestraszona, gdy zobaczyła, jak drugie końce jej magicznych sznurów opadają na podłogę i wtapiają się w nią. – Uwolnij mnie!

– Oddasz kaganek? – zapytał

– Nie! – warknęła i od razu pożałowała swojego uporu.

– Jak chcesz – odparł i rozejrzał się po pokoju. Podszedł do niej, stanął w odległości niewiele większej niż pół kroku i zmrużył oczy. – Nie masz pojęcia, w co się wmieszałaś. A wbrew temu, co sądzisz, wcale nie chcę, aby stała ci się krzywda. Jesteś jeszcze młoda…

Popatrzył na nią, na jej włosy w nieładzie, zaciśnięte usta i zimne spojrzenie. Skierował spojrzenie w dół i zamrugał na widok jej piersi, okrytych jedynie biustonoszem. Luna zauważyła to szybkie mrugnięcie i zdała sobie sprawę, że stoi przed nie całkiem ubrana.

– Nie potrzebujesz tego przedmiotu, i tak jesteś bogaty – wyrzuciła z siebie, aby zamaskować gniewem swoje zakłopotanie.

– Tak? A skąd takie przypuszczenie? Czyżbyś była moją księgową? – Obrzucił ją kpiącym spojrzeniem i rozejrzał się jeszcze raz po oszczędnie umeblowanym pokoju. Kilka regałów, szafa, dwa fotele i stolik. Jedno okno miało niespotykaną witrażową szybę. Przymknął powieki i zaczerpnął trochę mocy. Poczuł pieczenie w stopach i popatrzył pod nogi zaskoczony. Stał na niewielkim chodniku, jedynym, jaki znajdował się w pokoju. Podniósł wzrok i spojrzał kobiecie w oczy. Z jej twarzy można było wyczytać zaskoczenie i strach. I coś na kształt rezygnacji.

– Przewidywalne. Mogłaś postarać się bardziej. – Schylił się, nie czekając na jej odpowiedź, i odsunął chodnik. Dotknął dłonią podłogi i poczuł ból. Przesunął po niej palcami i wyczuł delikatną szczelinę. Podważył lekko jedną z desek, luźną, jak się okazało, i wyjął ją. Usłyszał, że kobieta wciąga głośno powietrze, gdy wyjmował małą sakiewkę. Artefakt był pełen mocy, która paliła go w dłoń nawet przez welurowy materiał. Syknął przez zęby i z kieszeni spodni wyjął woreczek, który wyglądał, jakby był przetykany srebrną nitką. Luna zwróciła uwagę na to, jak ostrożnie mężczyzna wkłada do niego kaganek, po czym wzdycha z ulgą.

– Z czego jest ten woreczek? – zapytała wiedziona ciekawością.

Spojrzał na nią uważnie i zawahał się, zanim odpowiedział.

– Srebro wplecione w materiał. Pomaga – wyjaśnił

Kiwnęła lekko głową.

– Wypuść mnie – odparła z rezygnacją. – Masz, czego chciałeś…

– Mam to, co należy do mnie – przerwał jej. – A co ty ukradłaś.

Luna skrzywiła się na dźwięk tych słów. Chociaż wcześniej nie miała skrupułów, to teraz, patrząc w oczy tego, kogo okradła, czuła wyrzuty sumienia. Mężczyzna przybrał surowy wyraz twarzy, wydawał się jednak zaskakująco spokojny.

– Wypuść mnie. Odebrałeś swoją własność, możesz już iść – powtórzyła prośbę.

– Dlaczego tak zaryzykowałaś? Dla pieniędzy? – zapytał jakby wbrew sobie i wstał.

– Tak. Dla pieniędzy – odparła szczerze. Mimo to w jej głosie był jakiś smutek, który nie pasował do jej hardo uniesionego podbródka. – To jak, wypuścisz mnie w końcu? I oddasz łańcuszek?

Łańcuszek. Całkowicie o nim zapomniał.

– Tak, oddam ci go. Nie potrzebuję twojej własności. – Sięgnął ręką do kieszeni

– Oooo, prawdziwy rycerz z lśniącej zbroi – zadrwiła. – A może to ludzie w twoim wieku są tacy prawi i porządni?

Aleks uniósł brwi zaskoczony.

– Ludzie w MOIM wieku? A co to ma znaczyć? – zapytał

– No wiesz, widać, że masz już swoje lata. – Poczuła satysfakcję, gdy dostrzegła, jak szeroko otwiera oczy, oburzony. Choć gdyby chciała być uczciwa, nie wyglądał na swoje trzydzieści dziewięć lat. Twarz pozbawiona zmarszczek, ciemne włosy bez cienia siwizny, sprężysty krok. A gdy zobaczyła go w garniturze, gdy podczas pocałunku poczuła jego mięśnie pod palcami, nie mogła zaprzeczyć, że to nie było ciało osoby w „średnim” wieku. Na samo wspomnienie poczuła, jak na policzkach pojawia się jej rumieniec.

– Zabawne. – Przyjrzał się jej uważniej. – Kiedy tak patrzę na ciebie, nie widzę między nami zbyt dużej różnicy wieku. Ponadto to, ile mam lat, jest bez znaczenia, więc skupmy się na rzeczach ważnych. Oddam ci łańcuszek i uwolnię twoje ręce. Wyjdę stąd i głęboko pragnę, aby nasze drogi już nigdy więcej się nie przecięły. Czy wyrażam się jasno?

Luna poczuła niespodziewane ukłucie smutku. Mężczyzna wydawał się tak niezainteresowany niczym innym niż odzyskaniem swojego kaganka, że nawet się na nią nie złościł. Pewnie przebywanie z nią uwłaczało jego godności. Bogaty facet i biedna złodziejka. Kiwnęła tylko głową w odpowiedzi, bo żal ścisnął ją za gardło. Obserwowała, jak unosi dłonie, i nagle miękkie pęta zniknęły, jakby nigdy nie istniały, a skóra przestała ją szczypać, gdy magia zniknęła z jej przegubów. Jeszcze przez chwilę patrzyli sobie w oczy, po czym mężczyzna wyjął z kieszeni łańcuszek, który następnie rzucił w jej stronę. Złapała go automatycznie. Kiwnął jej na pożegnanie głową i odwrócił się do wyjścia. Zanim zdążyła zapanować nad tym impulsem, zrobiła krok do przodu i oznajmiła lekko drżącym głosem:

– On był nasz. Ten kaganek. Należał kiedyś do moich rodziców, Aleksandrze – wyznała z nutą desperacji, jakby chciała w jakiś sposób się usprawiedliwić.

Zakryła dłonią usta, gdy zdała sobie sprawę z tego, co powiedziała. Zobaczyła, jak mężczyzna zamiera w pół kroku w drodze do drzwi.

Aleks poczuł dziwny impuls, który przeszył całe jego ciało, gdy usłyszał swoje imię. Zacisnął i rozluźnił pięści i pomyślał, że na pewno będzie tego żałował, po czym odwrócił się powoli w jej stronę.

– Macie na to jakiś dowód? – zapytał i zobaczył, jak jej twarz się zmienia, jak pojawia się na niej ciemna chmura smutku. Pokręciła przecząco głową.

– Nie mam nic. A rodzice nie żyją. Wszystko, cały majątek, przejął brat mojej mamy. Nie wiedziałam, że sprzedał kaganek, w ogóle nic o nim nie wiem, bo wyjechał z kraju zaraz po tym, jak uprawomocnił się testament. Ale pamiętam ten przedmiot, pamiętam, jak ojciec wygładzał tę szczerbę na podstawce i chował go do sejfu.

– Jak nazywa się twój wujek? Może uda nam się go odnaleźć i potwierdzić twoje słowa. Dodam, że kupiłem ten przedmiot od kobiety, która zarzekała się, że należał do niej. – Zawahał się. – Ale w sumie to o niczym nie świadczy.

Luna przełknęła zdenerwowana. Z jakiegoś powodu wierzyła, że Aleksander mówi prawdę.

– Robert. Nazywa się Robert Mikłos.

Zauważyła, jak na dźwięk jej słów oczy Aleksandra szeroko się otwierają, a na jego twarzy maluje się zaskoczenie.

– Jasny szlag! – warknął pod nosem.

– Co? Znasz go? Słyszałeś o nim? – zapytała nagle zaniepokojona Luna.

Aleks pokręcił głową, a mięśnie na jego szczęce się poruszyły, gdy zacisnął zęby.

– Musimy porozmawiać – powiedział po chwili. – Czy możesz mnie poczęstować szklanką wody? I jeśli to nie kłopot, to włożyć jakąś koszulkę?

NOTA COPYRIGHT

Magia między nami

Copyright © Agata Franczak

Copyright © Wydawnictwo Inanna

Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak

Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.

Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2025 r.

ebook ISBN 978-83-7995-893-1

Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski

Redakcja: Paulina Kalinowska | proAutor.pl

Korekta: Agata Nowak | proAutor.pl

Projekt i adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski

Projekt okładki: Ewelina Nawara | proAutor.pl

Skład i typografia: Bookiatryk.pl

Przygotowanie ebooka: Bookiatryk.pl

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

MORGANA Katarzyna Wolszczak

ul. Kormoranów 126/31

85-432 Bydgoszcz

[email protected]

www.inanna.pl

Najtaniej kupisz na www.madbooks.pl

📖 Informacja o wersji demo

📖 Wersja demonstracyjna

To jest wersja demonstracyjna zawierająca 10% treści książki.

Aby przeczytać pełną treść, skorzystaj z pełnej wersji EPUB.

Konwersja i przygotowanie ebooka Bookiatryk.pl