Lustro - Krzysztof Blinka - ebook

Lustro ebook

Krzysztof Blinka

5,0

Opis

Gdzie Google nie może, tam rozum poślij

Wolność, równość, poprawność polityczna – oto główne hasła XXI wieku. Powielane przez polityków, aktywistów oraz zaangażowanych społecznie przedstawicieli młodego pokolenia. Czy coś z nimi nie tak? Przecież wydają się słuszne i oczywiste. No właśnie: wydają, bo gdy skonfrontować je z rzeczywistością, okazuje się, że ich miejsce jest tylko na sztandarach. Jeśli przyjrzymy się naszemu światu uważniej, dostrzeżemy, że wolność zaczyna pożerać własny ogon…

Autor „Lustra” w błyskotliwy sposób analizuje absurdy współczesnej mentalności, które są niczym pułapka zastawiona przez nas… na nas. Jednak aby ją dostrzec, trzeba znaleźć odpowiednią perspektywę – właśnie w tym pomagają zebrane w tej publikacji historie.

Skąd przyszliśmy i dokąd zmierzamy, kim byłeś wczoraj, a kim będziesz jutro? Czy na pewno jesteś jeszcze sobą… czy może już tylko zlepkiem ideologii? Odpowiedzi szukaj w „Lustrze”.

– Ty, który to jest rok?
– Mówiłem ci, mam-masz pięćdziesiąt sześć lat. Policz sobie.
– Dwa tysiące dwudziesty pierwszy?
– Nie, dwa tysiące dwudziesty drugi.
– Bez jaj!
– Może ty, ja jeszcze mam swoje na miejscu. – Ostentacyjnie załapałem się za rozporek. Tym idiotycznym grepsem zawsze wnerwiałem w młodości swoich rozmówców.
– Nie o to mi chodzi. A komuna?
– Ta pani już jest out. Chociaż od czasu do czasu jakiś zombie podnosi się z grobu.
– Zombie?
– No taki… wampir, który niby zdechł, ale ma synów, wnuki.
– Jaruzela i Kiszczaka nie ma?
– Nie ma. Mamy, panie, demokrację, jak na Zachodzie. Przynajmniej teoretycznie.
– To kto rządzi?
– My, naród.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 379

Rok wydania: 2024

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Krzysztof Blinka

Lustro

Lustro

Tam

Właściwie, jak to się stało, jak do tego doszło, że zamiast do domu pojechałem w to cholerne miejsce? W kierunku cegielni, gdzie niby on zniknął, ale nikt nie wiedział, czy naprawdę zniknął, zginął czy skurwysyn znowu kogoś oszukał. Czemu tam pojechałem? Miałem po drodze, wystarczyło skręcić samochodem w lewo, potem w prawo i już. Minęło już prawie czterdzieści lat, kiedy byłem tam ostatni raz, i nic tam już nie wyglądało jak wtedy.

Wtedy – w połowie lat osiemdziesiątych – po drugiej, a może trzeciej już lekturze książki, której bohaterowie pojawiają się w miejscach będących częścią mojego własnego życia, nie byłem pewien, czy to wszystko nie wydarzyło się naprawdę. Ba, nie byłem pewien, czy ja sam nie byłem częścią tej opowieści, gdy pchany tą samą siłą poszedłem tam pieszo. Wówczas wydawało się to niepoważną wyprawą do krainy, gdzie Alicja przeszła na drugą stronę lustra. Po trzech, może czterech piwach wypitych z kolegami z klasy w knajpie Pod Łososiem, mając dziewiętnaście lat i pewnie z osiem dziesiątych promila – co wówczas było dawką wystarczającą, żeby zmierzyć się nie tylko z nędzą ustroju, ale także z metafizyką bytu – przez Bażyńskiego, osiedle, aleję brzozową i zerwany most powędrowałem TAM. Doszedłem wtedy do miejsca, gdzie, jak mi się wydawało, musiał rozegrać się ów akt przeniesienia bohatera w wieczność.

– Weiser, bydlaku, wyłaź!

W szumie i bulgotaniu wody z potoku nie było odpowiedzi.

– Wiem, że tam jesteś, nie oszukuj mnie, skurwysynu, wyłaź! – krzyknąłem ponownie, zaśmiewając się z cytatu z książki jak z dobrego dowcipu.

– „Weiser Dawidek nie chodzi na religię” – wyrecytowałem.

Zakręciło mi się w głowie. Zamknąłem oczy, wypuściłem powietrze i przykucnąłem, jak zawsze, gdy brała mnie czkawka, i trwałem tak przez chwilę.

– Proszę pana, wszystko w porządku? – Ktoś klepnął mnie w ramię.

– To tylko czkawka, już mi przechodzi – mruknąłem.

– Ale ty tak siedzisz w kucki już z pięć minut. – Stojący nade mną rudzielec przeszedł na ty, mówił z nieukrywaną troską w głosie.

– Bo medytuję, kolego, a ty wyrwałeś mnie z duchowego uniesienia. Żegnam.

Tyle zapamiętałem. Przynajmniej tyle pamiętam ze swoich opowieści, gdy przez lata do opowiadań gawiedzi przy piwie dorzucałem swoje: „A ja miałem lepszy numer, posłuchajcie…”.

Dzisiaj już nic nie było jak dawniej. Dudniący pogłos kolejki PKM, tramwaj na estakadzie, niekończący się szum samochodów na Potokowej i górujące nad wszystkim bloki „Moreny” – betonowego reliktu Peerelu, twórczo rozwijanego przez kolejne ekipy rządzące miastem.

„No, teraz to tu się wszystko zdarzyć może, poza metafizyką”, bardziej pomyślałem, niż powiedziałem, stojąc w miejscu, w którym, jak mi się wydawało, stałem czterdzieści lat wcześniej.

– Weiser, bydlaku, wyłaź – szepnąłem do siebie. W szumie i bulgotaniu wody z potoku wciąż nie było odpowiedzi.

„Weiser Dawidek nie chodzi na religię”, pomyślałem, uśmiechając się pod nosem.

– Pan do mnie mówił? – Ktoś z tyłu zaskoczył mnie jak kiedyś rudzielec.

Odwróciłem głowę i zobaczyłem… lustro. Nie takie zwyczajne. Takie, w którym przeglądał się doktor Faust, z tym że zamiast Małgorzaty, w lustrze odbijało się moje własne oblicze – ja w swojej pięknej okazałości. Pięknej, bo o dwadzieścia kilogramów młodszej. O pomyłce nie mogło być mowy. Kogo jak kogo, ale siebie znam. Ze zdjęć i z lustra właśnie. Głosu swojego mógłbym nie poznać. Własny głos, gdy go słuchasz z nagrania, głos, który na co dzień uważasz za swój własny, tworzy się w głowie. Odbierasz go poprzez ucho środkowe, wypełnione powietrzem, i wewnętrzne, które z kolei zawiera płyny ustrojowe i przez to wydaje się głębszy i niższy, niż jest w rzeczywistości. Odbicie lustrzane, jak zdjęcie, nie kłamie. Jak głos na taśmie odzwierciedla rzeczywistość.

Przed sobą miałem zdjęcie. Siebie. Sprzed trzydziestu, a może i czterdziestu lat.

– O kurwa! – wyrwało mi się, nim zdążyłem się skarcić za przeklinanie w towarzystwie małoletniego.

Staliśmy tak przez chwilę, patrząc na siebie, ja i tamten ja. Stałem jak zaczarowany. Widziałem przed sobą swój cholerny hologram, który przeniósł się w czasie. Miałem znowu… nie wiem ile, osiemnaście, może dziewiętnaście lat? Kruczoczarne, kręcone włosy, z sześćdziesiąt kilogramów, wzrost ten sam i to samo cyniczne spojrzenie spod lekko przymkniętych powiek. Patrzyłem tak przez chwilę i napawałem się sobą. Jak słodko widzieć się znowu w dobrej formie. Nie na zdjęciach, na żywo!

Po chwili spojrzałem na czubki moich butów, potem w górę do pasa – wciąż levisy, ale już dwa rozmiary większe w pasie. Poprawiłem mimowolnie fotochromatyczne okulary, ciemne w pełnym słońcu, które zasłaniały mi oczy i rzucały cień na część twarzy.

– W mordę! – dodałem, podkreślając swoje zdumienie zaistniałą sytuacją. – To się nie dzieje!

Obszedłem jego-siebie, mierząc jego-siebie wzrokiem.

– No ładnie, dwa razy ładnie – kontynuowałem monolog.

Zamiast się uszczypnąć, jak to przewiduje protokół w takich sytuacjach, wyciągnąłem rękę i dotknąłem jego-siebie palcem wskazującym.

– Aaa! To żyje.

– Panie, łapy przy sobie – odpowiedział on-ja.

– Spokojnie… yyy… młody. – Z braku lepszego słowa pod ręką zwróciłem się do niego niczym starszy brat. – To tylko ja.

– Panie starszy, wal się pan, ja pana nie znam i nie tykaj mnie pan – odpowiedziało lustro.

Ja, to cały ja! Tak samo bym zareagował. Zawsze i wszędzie, pod każdą szerokością geograficzną i o każdej godzinie, gdyby mnie tykał i mierzył wzrokiem jakiś stary pryk. Zrobiło mi się głupio.

– Ty, nie poznajesz mnie?

– A powinienem?

No tak, łajza jestem. Czas leczy rany i owszem, ale także bez litości obchodzi się z naszą fizjonomią. Do tego jeszcze te przyciemniane okulary. Sam bym siebie pewnie nie poznał.

– A teraz? – zapytałem. Ściągnąłem okulary, mrugając oczami z powodu oślepiającego słońca.

Tym razem to lustro mnie zmierzyło od stóp do głowy. On-ja odchylił głowę najpierw w lewo, potem w prawo i jeszcze raz mnie zlustrował z dołu do góry. Dłuższą chwilę patrzył mi w oczy.

– To niemożliwe, o kurwa! – przemówił, nie wiem, czy bardziej on, czy już bardziej ja.

Staliśmy tak przez dobrą chwilę, patrząc we własne lustra: moje odmładzające, jego postarzające.

– Taaa… – popisałem się elokwencją.

– Taaa… – odpowiedziało lustro. – To jakiś żart? – bardziej stwierdził, niż zapytał on-ja.

Skubaniec był szybszy. Chciałem zadać dokładnie to samo pytanie. No cóż, młodość ma swoje przywileje: refleks. Postanowiłem wykorzystać przewagę wieku i doświadczenia.

– Obawiam się, że to nie żart, skoro ty i ja jesteśmy realnymi bytami – odpowiedziałem z miną, z jaką musiał oznajmiać Arystoteles swoim uczniom zawiłości pojęcia istnienia.

– Co ty, dziadziu, pieprzysz? – spróbowała mnie obrazić młodsza wersja mnie samego. – Ładny ten fenderek na koszulce, nie powiem, levisy i cichobiegi jak moje, ale włosy, jak nie przymierzając, u mojego dziadka. No i ta blizna na gębie. Ty i ja to raczej nie my! You are not me, że tak powiem.

Aha, on-ja musiał być w wieku lat kilkunastu, czyli w szkole średniej, bo w podstawówce po angielsku to ja tylko mruczałem piosenki Beatlesów, chociaż równie dobrze mógł to być norweski. Ówczesna władza postanowiła jednak, że dzieci w podstawówce należy uczyć wyłącznie języka naszych wschodnich sąsiadów, pomimo że ich literatura skończyła się tak naprawdę na Lermontowie i Tołstoju, no powiedzmy na Wysockim czy Okudżawie, których twórczości jednak ze względu na niepoprawne treści nie uczono. Ten ostatni znany był szerzej przede wszystkim dzięki przekładom, czasami lepszym niż oryginał.

– Masz wyjątkową okazję rzucić okiem w przyszłość, koleś. – Postanowiłem przestać być miły. – Tak będziesz wyglądał za… Ile ty właściwie masz lat?

– A pan co? Z WRON-u czy z PRON-u?

Uśmiechnąłem się, słysząc zapomniane już nazwy organizacji politycznych, bezskutecznie zbawiających Polskę od ekstremy z Solidarności, jak uprzejmi byli nazywać partyjni dziennikarze w latach osiemdziesiątych opozycję stanu wojennego. Punkowe kapele odmieniały w swoich utworach te skróty przez wszystkie przypadki, najczęściej w towarzystwie niecenzuralnych słów składających się na teksty piosenek.

– Jam jest Anzelm Bohatyrowicz – odpaliłem bez składu i ładu.

Surrealizm całej sytuacji brał wyraźnie górę nad zdrowym rozsądkiem. On-ja patrzył na mnie, nic nie rozumiejąc.

– Nieważne – dodałem. – A ta blizna – postanowiłem zmienić temat – to wypadek.

– Rana odniesiona na wojnie? Spotkanie z wrogiem? – On-ja postanowił dobić mnie jego-moim sarkazmem.

– Nie, ze schodami. Po pijaku – wyznałem jak na spowiedzi, licząc na to, że go tym zawstydzę.

Nic nie powiedział, jakby bał się zajrzeć za kurtynę przyszłości.

– Mam… to jest: masz córkę. – Tym razem to ja postanowiłem gnojka dobić.

– Bardzo się starałeś? Masz jeszcze coś ciekawego? – zapytało mendowato krzywe zwierciadło.

– Mam motor. – Znacząco uniosłem brwi dwa razy. – Choppera – dodałem, patrząc sobie-mu w oczy. Dostrzegłem rozszerzające się źrenice.

Wiedziałem, że trafiłem w dziesiątkę. Nie było to trudne, bo w końcu strzelałem sam do siebie. To były jego-moje marzenia o junaku z przedłużonym przednim widelcem. Przed laty wokół tego wymarzonego motoru, który ostatecznie jakoś mnie tam ukształtował, chciałem budować swoją przyszłość. Niezależność czy może bardziej swobodę (easy od easy rider, oczywiście) i konie mechaniczne pod tyłkiem miałem zamiar połączyć w atrybut wolności, tak wówczas reglamentowanej przez wojskowych zarządców Peerelu. Zamienić szare na kolorowe, oglądanie dwóch programów w telewizji na dłubanie przy motorze. A potem motocyklem wyjechać z garażu w dżinsowej kamizelce założonej na skórzaną kurtkę i odjechać w kierunku zachodzącego słońca. Jakby to z perspektywy czasu nie brzmiało infantylnie, wtedy określało mój cel w życiu. Nie zastanawiałem się, skąd wezmę pieniądze na benzynę, jedzenie, życie. Wydawało mi się wówczas, że zamiast do szkoły po prostu pójdę do pracy. Na statku. Popracuję pół roku na morzu i pół roku będę miał dla siebie. Mój Boże, jakie życie kiedyś wydawało się proste.

– Mam też całą dyskografię Bitlesów na płytach – dodałem, dając mu do zrozumienia, że wiem o nim wszystko.

– Bitelsów – nieśmiało poprawiło mnie blade już lusterko.

– Bitlesów, bo taki jest zapis fonetyczny – palnąłem, bo tak naprawdę do dzisiaj nie wiem, jak jest prawidłowo. – Całą dyskografię nagrywałeś na kaseciaku Grundiga, kombinując z kasetami Stilonu, na których dostępny czas nagrywania nigdy nie chciał się dopasować do czasu na longplejach. No co? Nie było tak?

Zachowywałem się jak esbek, który odczytuje szczegółowe zeznanie tajnego współpracownika. On-ja z wrażenia usiadł na pniu zwalonej sosny. Właśnie dowiedział się, że jego najgłębiej przechowywane tajemnice, najbardziej intymne przeżycia ktoś wyciągnął na światło dzienne. Ten ktoś go zdradził. I tym kimś był najprawdopodobniej on sam. Ja tymczasem kontynuowałem odczytywanie zeznań. Przypomniałem mu audycję Jerzego Janiszewskiego z programu czwartego Polskiego Radia, z której nagrywał po kolei wszystkie płyty długogrające Beatlesów, a potem ich single i bootlegi. Ta audycja stała się dla niego-mnie przyspieszonym kursem kształtowania gustu muzycznego.

Żeby pozbawić go złudzeń, że to wszystko może być zbiegiem okoliczności, opisałem mu, jak stojąc na balkonie, wsłuchiwał się z niemal religijnym uniesieniem w gitarowe intro Stairway to heaven, które puszczał nasz sąsiad, rówieśnik naszego starszego brata. Podałem daty i towarzyszące im okoliczności. To było w 1974, wtedy gdy polska reprezentacja potrafiła jeszcze grać w piłkę, a „Panorama” na ostatniej stronie zamieszczała co tydzień zdjęcie kolejnej reprezentacji, która uczestniczyła w Mistrzostwach Świata w NRF. Tej cholernej „Panoramy” prawie nigdy nie można było dostać, bo centralny rozdzielnik przewidywał kilka egzemplarzy dla osiedlowego kiosku, a chłopaków chętnych do jej kupienia było co najmniej kilkudziesięciu.

Potem cofnąłem się trochę w czasie i przypomniałem mu wojny na proce między chłopakami z Rodakowskiego i połączonymi siłami chłopaków z Chełmońskiego i Abrahama.

Następnie przyszedł czas na pozornie nic nieznaczące szczegóły: kupowanie w osiedlowej piekarni gorącego jeszcze chleba. Po godzinie dwudziestej drugiej, gdy pierwsze bochenki piekarze wyjmowali z pieca, my już staliśmy przy drzwiach piekarni z napisem: „Tylko dla personelu”. Chwilę po naciśnięciu dzwonka zjawiał się piekarz, cały oprószony mąką, a my dukaliśmy ciągle to samo błagalne: „Proszę pana, chleba mamie zabrakło, niech pan sprzeda bochenek”. Piekarze zawsze uśmiechali się pod nosem, brali pięć złotych i w zamian przynosili gorący bochenek z chrupiącą skórką. Chleb oczywiście nigdy nie trafiał na domowy stół. Gdy tylko piekarz zamykał drzwi, małe piranie, które zrzuciły się na zakup i czekały za rogiem, rozszarpywały bochenek na części.

Ten chleb z piekarni osiedlowej był takim samym artefaktem kulinarnym jak oranżada w krachlach, którą unieśmiertelnił Paweł Huelle. Kupowana u tego samego Cyrsona, który jako odrzut gospodarki socjalistycznej handlował w małej zielonej budzie wbrew ustrojowym pryncypiom. Ale ten chleb z socjalistycznej piekarni i ta oranżada od kapitalisty Cyrsona smakowały tak, że żadne frykasy dwudziestego pierwszego wieku nie mogą stawać z nimi w szranki.

– A to jak z Małym próbowaliście odmienić nudę? – kontynuowałem lobotomię małolata.

Mały, mój imiennik, o głowę wyższy ode mnie. Wysoki blondyn o nieco iksowatych nogach. Ktoś więcej niż kolega, ale jak się okazało po latach, jednak nie do końca przyjaciel. Mój przewodnik po nieznanym mi świecie. Świecie wyobraźni, która nie chciała dać się sformatować według obowiązujących wzorów i mód. Gdy po latach opowiadałem córce o naszych młodzieńczych marzeniach, patrzyła na mnie tak, jak ja patrzyłem na swojego dziadka, gdy mi opowiadał, jak modlił się w Kazachstanie do kromki chleba, żeby ta była się uprzejma rozmnożyć bez pośrednictwa Jezusa.

Gdy Mały otwierał mi drzwi od swojego mieszkania, w którym mieszkał z ciotką, do której zawsze zwracał się „mamo”, tak naprawdę otwierał mi drzwi do swojego matrixa. Na początek wyprawy w kolejne nieznane puszczał mi coś, co akurat nagrał na magnetofon z radia lub od sąsiada.

– Posłuchaj tego. – Zawsze robił swoją idiotyczną i tajemniczą minę.

A potem malował obrazy. Słowami. On mówił, a ja to wszystko widziałem. Nas na scenie z gitarami, na motorach, nas przebierających w dziewczynach… No bo jak się gra na gitarze elektrycznej i jeździ na motorze, to laski ustawiają się w szeregu i można sobie wybierać do woli. O tym, że jest w tym sporo prawdy, dowiedziałem się po latach, czytając biografie tuzów rock’n’rolla. Mnie nie było dane zakosztować tych i innych rozkoszy sławy, ale matrix wciągał mnie całkowicie, a my, w miarę sił i środków, próbowaliśmy odmieniać swój socjalistyczny żywot. Wbrew rodzicom, nauczycielom, kolegom i koleżankom.

Te ostatnie z wyższością właściwą dla dojrzewających panienek oczekiwały, że się określimy. I nie chodziło bynajmniej o seksualny coming out.

Pamiętam, łaziliśmy po osiedlu ubrani w buraczkowe koszule z czarnymi krawatami śledzikami pod szyją. To był akurat nasz tydzień fascynacji płytami Kraftwerk. Zarzuciły nas wtedy pytaniami: „Co wy sobą reprezentujecie?”, „Jaką macie ideologię?”, „Czemu się tak ubieracie, co?”. Mały zmrużył oczy i wystrzelił serią: „Jesteśmy faszystami, naszą ideologią jest Mein Kampf, a w ogóle to Heil Hitler! Idiotki łyknęły te brednie i postanowiły przestać z nami gadać.

Trzeba było zobaczyć ich miny dwa miesiące później, gdy naszła nas era fascynacji festiwalem w Woodstock i hippisami, gdy rozpuściliśmy zaczesane na brylantynę włosy, bure koszule zastąpiliśmy flanelami wypuszczonymi na podarte dżinsy, a krawaty zamieniliśmy na paciorki zawieszone na szyi i przegubach rąk. Tak. Nie było wtedy dla nas żadnej świętości. Zmienialiśmy bogów i wyznanie co parę miesięcy, bez żalu rozstając się ze swoim poprzednim emploi. Próbowaliśmy chyba wszystkiego, poza używkami i seksem ze sobą. Byliśmy aktorami wcielającymi się w role, a naszą sceną było podwórko, szkoła, a gdy uznaliśmy, że rola nam odpowiada, wyjeżdżaliśmy na tournée do Sopotu na Monciak lub na Długi Targ pod kino Leningrad. Groziło to co prawda dostaniem po ryju od gitopodobnych półgłówków, ale można też było spotkać podobnych do siebie odmieńców, co z reguły wesoło się kończyło u kogoś, u kogo akurat w domu nie było starych.

Z kolegami też nie szło łatwo. W mojej klasie rządziła frakcja Wodzusia, który wychowany na książkach w rodzaju Wodzu, wyspa jest twoja, nie tolerował niczego poza sportową rywalizacją. Ja miałem przechlapane podwójnie, bo rywalizacja sportowa powiewała mi jak kilo kitu, a w dodatku Mały był z innej, niesportowej klasy. Gdzieś tak w wieku trzynastu lat skazałem się więc na banicję. I gdy po roku czy dwóch w ósmej klasie dokonał się pałacowy przewrót, którego niewątpliwą przyczyną były buzujące hormony, a wczorajszy król stał się klasowym niedojdą, niespecjalnie mnie to obeszło. Ja już byłem lata świetlne do przodu i teraz to koledzy z klasy mogli próbować co najwyżej do mnie doszlusować, przynosząc na wymianę płyty, kasety albo książki bez głowy tygrysa na okładce. Gdy oni odkrywali glamrockowych Slade czy Sweet, ja już odlatywałem przy The End Doorsów. Gdy oni pod kołdrą męczyli jakieś tandetne erotyki, ja zarykiwałem się ze śmiechu, oglądając rysunek zdjęcia bobra u Vonneguta. I tak miało już pozostać. I pewnie dlatego w końcu zostałem sam.

On-ja siedział na pniu niczym przesłuchiwany przez milicję opozycjonista, który porzucił już wszelką nadzieję. Patrzyłem na niego-siebie z góry, ale bez wyższości, bez politowania, raczej z empatią, w końcu patrzyłem na samego siebie.

– Kim pan… kim ty jesteś, do cholery?

– Tobą, mną… trudno powiedzieć. A, i mam-masz pięćdziesiąt sześć lat, szczylu.

– Ale jak ja mogę rozmawiać z tobą… ze sobą… z przyszłości?

– Pewnie przeniosłeś się w czasie.

Sam nie wierzyłem w to, co właśnie powiedziałem. Hawking bowiem stwierdził, że jeżeli do dzisiaj nie zostaliśmy zaatakowani przez hordy turystów z przyszłości, to jest to dowód na to, że podróże w przyszłość nie są możliwe. Z kolei Einstein dowodził, że osobnik poruszający się z prędkością zbliżoną do prędkości światła będzie doświadczał czasu ze wszystkimi jego następstwami znacznie wolniej niż osoba pozostająca w spoczynku. Teorie czarnych dziur i horyzontu zdarzeń wciąż dają nadzieję na przenoszenie się w czasie. A w końcu, do cholery, na kogo ja właśnie patrzyłem i z kim rozmawiałem? I co pan na to, panie Hawking?

– Wbrew pozorom – bredziłem dalej jak nakręcony – gdybyś rozmawiał sam ze sobą w swoich czasach, zostałbyś uznany za schizofrenika, chorego umysłowo znaczy się. W moich, czyli też twoich czasach, ale później, za trzydzieści czy czterdzieści lat, można już sobie wybrać, kim chce się być, i gadać do siebie do woli. Taki, panie, postęp. Jest pewna teoria, która zakłada co prawda, że spotkanie się ze sobą z przyszłości będzie prowadzić do anihilacji materii, czyli do dematerializacji. Niestety naukowcy zajmujący się tą teorią w moich czasach nie wyszli jak dotąd poza wzory matematyczne, pomimo znacznego wspomagania komputerowego. Skoro więc doświadczasz mnie z przyszłości empirycznie, mówiąc po ludzku: namacalnie, i nie jesteś pijany, nie wąchałeś kleju, nie jesteś zaćpany heroiną, a ja sobie nie przypominam także, żebym w twoim wieku miał objawienia, więc przyjmijmy, że to, co ty widzisz, jest rzeczywistością i to, co ja widzę, jest tym samym. Będzie nam łatwiej nawiązać dialog. Tak sądzę, chociaż ten pogląd jest sprzeczny z rozumowaniem części filozofów dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku.

– Że co? – zapytało pacholę obleczone w moją skórę sprzed trzydziestu kilku lat.

– Nic, „pójdź, dziecię, ja cię uczyć każę”[1]. – Postanowiłem zakończyć tę nierówną walkę.

W drodze

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Spis treści:

Okładka
Strona tytułowa
Lustro
Tam
W drodze
W domu
Zmiany, zmiany, zmiany
Pierwszy krok w tył
Dwa kroki w tył
Z powrotem
Okop
Piaskownica
Hetman
Ostatnia struna
Rozmowa
Czarne i białe

Lustro

ISBN: 978-83-8373-316-6

© Krzysztof Blinka i Wydawnictwo Novae Res 2024

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Magdalena Białek

KOREKTA: Julia Żak

OKŁADKA: Magdalena Muszyńska

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek