Lustro dla niewidzialnego człowieka - Jerzy Rzymowski - ebook + audiobook

Lustro dla niewidzialnego człowieka ebook i audiobook

Jerzy Rzymowski

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Niewidzialny człowiek dosłownie zatracił siebie. Na swojej drodze spotyka ludzi, którym odbiera brakujące mu cechy. Kompletuje lustro, by spojrzeć sobie w twarz. Co w nim zobaczy? Przejmująca opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 20

Rok wydania: 2023

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 0 godz. 36 min

Rok wydania: 2023

Lektor: Jacek Rozenek

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Lustro dla niewidzialnego człowieka

Początek był żałosny: piłem do lustra.

Lustro stało na stole, na wprost mojego krzesła, oparte o nudną, pastelowo zieloną ścianę, a wyzierająca z niego tępa morda gapiła się zmętniałym, wolim wzrokiem. Obok mnie stała szklanka, do której co jakiś czas dolewałem z butelki koniaku. Dostałem go kiedyś w prezencie – nie byle jaki, któryś z tych lepszych. Tak przynajmniej mówią, bo dla mnie wszystkie koniaki to jeden syf. Piłem go nie dla przyjemności, ale dlatego, że na upicie się w tak podły dzień szkoda mi było marnować naprawdę dobrego alkoholu. Miałem zamiar go wychlać – nie wypić czy wysączyć, ale właśnie wychlać – a później, jak Bóg da i wątroba pozwoli, wczołgać się do łóżka i stracić przytomność. Dalszych planów nie robiłem. Nawet nie próbowałem zastanawiać się nad kolejnym dniem – myśl, że czeka mnie jakieś jutro, wywoływała we mnie mdłości. W tym momencie chciałem tylko przekonać się, ile brakuje mi do całkowitego upodlenia. Morda w lustrze utwierdzała mnie w przekonaniu, że nie będę musiał się zbytnio wysilać. Pogoda dopasowała się do nastroju – mimo chłodu dzień był duszny, powietrze niemal lepkie, aż otworzyłem balkon, żeby w domu dało się oddychać.

Minął rok, odkąd straciłem pracę. Jednego dnia szalałem na radiowej antenie, a następnego opróżniałem szafkę, zastąpiony przez playlistę z komputera. Nowy dyrektor, o jakże wymownym nazwisku Koniecdupski, był kukłą koncernu, który przejął naszą stację. Zero ambicji, kręgosłupa, wyobraźni – idealny namiestnik medialnego kombinatu. Budowaliśmy tę rozgłośnię przez lata, ale dla tamtych liczyła się tylko częstotliwość do przechwycenia, a słuchacze byli zaledwie słupkami na wykresach. Koniecdupski – jak można mieć takie durne nazwisko? – wyciął z anteny alternatywę razem z całą ekipą didżejów.

Zabiegi, żeby znaleźć nowe miejsce zatrudnienia, niezmiennie spełzały na niczym – człowiek o moich kwalifikacjach nie był nikomu potrzebny, a recesja skutecznie zacieśniła rynek, jak pętlę na szyi skazańca. Kobiety też nie miałem – nigdy do mnie specjalnie nie lgnęły, a odkąd przestałem cokolwiek znaczyć, traktowały mnie co najwyżej w kategoriach królika doświadczalnego: ot, wypróbować parę babskich sztuczek i sprzedać kopa w dupę, żebym przypadkiem czegoś sobie nie pomyślał. Kontakty ze znajomymi sam zerwałem. Nie mogłem liczyć na ich pomoc – to wymagałoby nakładu energii i chęci, a im się nie chciało. Potrafili zaoferować tylko litość – emocjonalną jałmużnę, którą opędzali się ode mnie i uspokajali sumienia. Nie potrzebowałem litości – nie byłem żebrakiem.