Lumin - Emilia J. Lee - ebook

Lumin ebook

Emilia J. Lee

0,0

Opis

Dawno temu, gdy modlitwy wznosiły się ku niebu, acz słyszane bywały i niżej, w krainie gór, mgieł tudzież cmentarnej ciszy, żyła dziewczyna o sercu gołębim. Alchemiczka, przez matkę nazwana Eleonorą. Żywot miała ciężki, aliści nigdy nań nie narzekała. Była pracowita, cicha i bogobojna.

Dnia pewnego na jej drodze stanął mężczyzna nieznajomy. W płaszczu ciemnym, z kapturem na głowie, dzierżył w dłoni kiść magii zaklętej. Przedstawił się dziewce jako posłaniec.

Niestety nie Tego tam, na górze, co pieczę nad wszystkim sprawuje. Posłańcem bowiem był grajka, który piekielną melodią skrzypiec potrafił strącać anioły z niebios. Zaproponował Eleonorze spełnienie życzeń, a potem wręczył księgę, którą po serii nieszczęsnych zdarzeń okrzyknięto Księgą Upadłych Aniołów.

 

Prequel książki: Sanguis: Księga Upadłych Aniołów.

Historia uczucia tak silnego, iż poruszyło niebo, a potem strąciło Światło w ciemność.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 507

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Lumin

Książę i melodia martwej ciszy

Emilia J. Lee

Prolog

Dwie dusze splątane węzłem, którego nie rozwiąże ni czas, ni śmierć, ni pamięć samych bogów. Dusze tak niewinne, tak szlachetne, że sam anioł mógłby się w nich jak w zwierciadle przejrzeć. Miłość ich była czysta niczym woda z górskiego źródła, a jednak klątwą niemożności życia razem skalana.

Lecz, drogi czytelniku, powiedz mi: kto najchętniej takim duszom się przygląda? Nie jeno Ten, co tron w niebiosach piastuje, sprawuje nad nimi pieczę. Równie bacznie ich losy śledzi drugi władca – ten z królestwa, gdzie światło boże nie sięga. Bo cóż miałby począć diabeł z potępieńcem, który już dawno spadł w otchłań? To nie jego łup. Nie, nie! Najsłodszy dlań kąsek to taki, który z nadzieją ku niebu spogląda. Taki, który wierzy, że dobro w nim przeważy.

Tacy właśnie byli oni.

Od wieków odnajdywali się w ciele i duszy, w różnych czasach i miejscach, zawsze z tym samym wołaniem serca, z tym samym błyskiem rozpoznania w spojrzeniu. A jednak nigdy w pełni szczęścia nie zaznali. Los z nimi igrał, kiedy im dotknąć nawzajem swych dłoni pozwalał, zanim znów je rozdzielił.

Jak dwa fragmenty jednej pieśni byli – pasujące do siebie doskonale, lecz przez czas rozstrojone. Niczym płomień i jego odbicie w tafli wody. Jedno ginęło, gdy drugie się dopiero rodziło.

Aż nadszedł czas, w którym jedna z dusz się przebudziła – nie z łaski niebios, nie przez czar ni wspomnienie, które wtem zapłonęło. Nie. Przebudziła się, bo tak mocno tego zapragnęła, że zwróciła się nie do tego boga, którego wielbiła.

Ach! Aliści sami wiecie, że życzenia swą cenę mają, prawda? Jej życzenie spełnione zostało, owszem, lecz przewrotnie, jak to w naturze magii i przeznaczenia bywa. Bo nim owa dusza mogła po imieniu tę drugą zawołać, pierwej musiała odzyskać własną w całości, bez skazy.

A i Bóg, i diabeł własnymi ścieżkami chadzają, lecz niekiedy drogi ich w tańcu cienia i światła tych samych dusz się splatają. Bo to, co z pozoru błahym się wydaje, często korzeniami sięga głębiej, w przeszłość nie tego, lecz poprzedniego życia.

To opowieść nie jeno o miłości. Też o tym, że to, co dobre, nie zawsze dobre zakończenie znajduje, a to, co złe się zdaje, niekoniecznie złem w istocie się okazuje. Albowiem w życiu, jak i w duszy człowieka rzadko znajdziesz, mój czytelniku drogi, barwy czyste: czarne i białe. Większość prawdy kryje się gdzieś pośrodku, w szarości, tam, gdzie Bóg i diabeł milczą, słuchając, w którym kierunku serce ludzkie bije.

Czy się, cenna duszyczko, rozumiemy? Zapewne jeszcze nie. Ale gdy się w tę przypowieść zagłębisz, wtenczas pojmiesz, że nie każda klątwa jest karą.

Czasem bywa darem i najważniejszą próbą.

Ludzie przed nami odwrócili się z minami srogimi, w budynku bowiem znów rozbrzmiał łoskot drewna, tym razem wywołany uderzeniem mych kolan.

– Proszę wybaczyć – szepnęłam pochylona ku nim. – To jeno…

– Komary. Diabelskie z nich istoty – dokończył Lumin, czarującym uśmiechem przemówiwszy do starszej pary.

Rozdział I

Od kilku dni wiosenne światło kładło się ciepłymi falami na drewnianej podłodze naszego domu. Słońce coraz wcześniej wychylało się zza wysokich wzgórz i czułym pocałunkiem ze snu nocy mnie budziło. Od czwartej siedziałam już na ławie, opierając się o podpróchniały parapet i wzrokiem śledząc taneczny korowód jaskółek, które w powietrznych piruetach cieszyły się rozkwitającym porankiem. To ma ukochana pora – czas przejścia stanowi. Chwila przesiąknięta mrokiem nocnej magii, przetykana jednakowoż ciepłymi nićmi nowego dnia. Jest jak obietnica i nadzieja, które los mi podarowuje, gdy jeno podnoszę powieki.

Uchyliłam okno, a rześkie, wciąż jeszcze muśnięte chłodem powietrze do izby się wdarło. Dziś pachniało dużo intensywniej wilgotną od rosy ziemią. Me maleńkie stworzenia…, powiedziałam w myślach, wodząc spojrzeniem po sadzie, gdzie kwiaty jabłoni pierwszymi pomrukami wiatru były kołysane.

Nasze domostwo, choć niewielkie i skromne, było dla mnie całym światem. Belki sosnowe, układane przed laty ręką mego dziada, wdzięcznie skrzypiały pod stopami. Nie powinnam się wam przyznawać, ale z całego serca wierzyłam, że w tych ścianach oprócz nas coś więcej pomieszkuje. Drewno, kamień i glina przechowywały oddechy minionych pokoleń, ich szepty, miłości i troski. Nader często wieczorami rozmawiałam z echem istnienia swej matki. Ciepło jej oddechu spoczywało na płatku mego ucha za każdym razem, gdym przed snem Mgiełką Nocnej Nebuli1 się otulała.

Ach, no tak! Dobrze, żem sobie przypomniała!

Dziś, gdy z miasteczka będę wracać, napomknijcie mi, proszę, bym wstąpiła do chaty w lesie i zabrała sakiewkę suszonych kwiatów czarnej lawendy tudzież koralową korę wierzby! Ta pierwsza od wieków bowiem znana jest z tego, iż jej zapach niesie ze sobą magię oczyszczania wymiaru, druga zaś przynosi duszy pradawną wiedzę wędrowców, którzy niegdyś odpoczywali pod mocarną, acz delikatną koroną tegoż drzewa.

Przeszłam do korytarzyka i zza wiszącego na krzywej framudze materiału ukradkiem na ojca wyjrzałam. Nie chciałam zaburzać jego porannego rytuału. Mogłoby to się dla mię nietęgo skończyć, pomyślałam, kątem oka spoglądając na swe ramię, wciąż noszące ślady ojcowych palców.

Rodziciel właśnie do pracy w polu się szykował. Nastał bowiem sezon na sadzenie ziemniaków. Pola trzeba było oporządzić, by nowe rośliny w brudzie zaczęły kiełkować. Mogłabym przysiąc, że już czułam smak parującej bulwy skropionej klarowanym masłem, przykrytej świeżym koprem z ogrodu! A wy? Smak ten znacie?

Potem do swego pokoju wróciłam i usiadłam przy starej toaletce, którą odziedziczyłam po matce. Dłonią przeczesałam wciąż przyozdobione snem włosy. Wprawnym gestem w luźny warkocz je zaplotłam. Wtem usłyszałam skrzypnięcie drzwi, a zaraz potem zachrzęścił żwir na naszej ścieżce.

Oznaczało to jedno: ojciec wyszedł.

Teraz mogłam sobie pozwolić na krótki moment beztroski. Wskoczyłam na łóżko, szerzej otworzyłam okno, po czym wychyliłam się ku jabłonce, której gałęzie ścianę domu muskały. Zerwałam jeden kwiat i ostrożnie wsunęłam go we włosy.

Cicho niczym myszka znów stanęłam na drewnianej podłodze tudzież wzrok ku lustrzanej tafli skierowałam. Tam, gdzieś między odbiciem sypialni a wtopionym w nie obrazem mej matki, dostrzegłam swój uśmiech. Na parapecie, tuż za mymi plecami, przysiadł maleńki jak dłoń dziecka wróbelek i powitał mię radosnym świergotem.

Na wieszaku czekał przyjemny w dotyku, wełniany sweter. Poranki w dolinie wciąż nader chłodne były, a ja nie zamierzałam pozwolić zimnu dobrać mi się do skóry.

W kuchni na blacie leżała lniana ścierka, pod którą krył się wiklinowy kosz – mój nieodłączny towarzysz sobotnich wypraw na targ. Przy piecu, gdzie w tlącym się iskrami popiele resztki wczorajszego ciepła dogasały, suszyły się me buty. Wsunęłam je pospiesznie na stopy odziane w zniszczone skarpety. Z szuflady wyjęłam chustę, pod brodą ją związałam i już po chwili znalazłam się na zewnątrz.

Nasz mały sad przywitał me nozdrza feerią zapachów. Wpierw przyjemną woń mchu poczułam, zaraz potem – słodki aromat kwitnącego nieopodal bzu.

– Dzień dobry, maleńki!

Schyliłam się, zanurzyłam dłoń we wciąż mokrą trawę i pogłaskałam muszlę ślimaka, który wdzięcznie jedno źdźbło zajadał. A skoro już o trawie mowa! Ta po kostkach mnie dziś wyjątkowo łaskotała. Zapewne z powodu tego, że przyodziałam suknię bez naciągania pod nią wełnianych pończoch.

Kot mój, czarny jak smoła, od rana po sadzie brykał. Na chwilę wzięłam go w ramiona, by pyszczek mu ucałować, a potem ruszyłam dalej w drogę.

Wysypałam jeszcze szybko paszę dla kur, które z zadowoleniem zagdakały, dziękując za pożywne śniadanie. Z ich gniazd zebrałam świeże, ciepłe jajka i ostrożnie ułożyłam je w swoim koszyku.

Wtem odgłos dzwonków poniósł się po dolinie. Wzrok ku niej gwałtownie przeniosłam i wbiegłam na wzgórze, gdzie czekała na mię trzódka. Pogłaskałam po głowie jedną z puchatych owiec. Jej wełenka gęsta i ciepła była niczym chmura, mgła być może – trochę jak ta, która właśnie leniwie nad wąwo­zem wisiała.

Wiosna oddychała pełną piersią. Bicie jej serca czułam w chłodnych podmuchach, w trelach skowronków, w szeleście świeżych liści i szumie strumienia śpieszącego ku pobliskiej rzece. Była wszędzie – żywa, budząca się ze snu. Zamknęłam oczy i pozwoliłam, by promienie wschodzącego słońca rozgrzały mi policzki.

– Dziś sobota, dzień targowy – wyszeptałam, po czym jak co tydzień w drogę wyruszyłam, wiedząc, że pierwsze i najlepsze ryby trafiają jeno do koszyków tych, którzy nie boją się wstać jeszcze przed kogutem.

W stronę lasu podążałam, a wiaterek niczym stara chusta świętej pamięci babki me ciało owiewał. Znalazłszy się już pośród drzew, odetchnęłam z uśmiechem, a po chwili warkocz i kołyszący się tuż przy mym biodrze kosz poprawiłam.

Przyspieszyłam nieco kroku, by zdążyć, nim całe miasteczko i wioska się w pełni rozbudzą. Ojciec oczekiwał na kolację świeżych okazów, a ja wiedziałam, że jeśli ich nie przyniosę, będzie mną rozczarowany. Wolałabym wam nie mówić, co robi, gdy zawodzę jako córka! Potrząsnęłam głową, próbując z niej myśli o nim wyrzucić.

Ścieżka otulona cieniem rozłożystych drzew ciągnęła się przez dwa kilometry, aż do centrum wioski. Kochałam tę drogę! Las o tej porze magią boskiej ręki się jawił. Był jedynym miejscem, gdzie nie czułam się oceniana. Nikt bowiem nie spoglądał na mnie jak na tę, która swej matce życie odebrała.

– Kwiecie! – wybrzmiało gdzieś z głębin lasu. – Kwiecie!

Zaraz potem bujny krzew rosnący na pagórku ścieżki energicznie się zatrząsnął, a spomiędzy gałęzi wynurzyła się sylwetka. Serce w piersi silniej uderzyło. Wiedziałam, kim jest ten chłopak o nieco chrapliwym, acz łagodnym głosie, nim napotkały mię jego jasne oczy.

– Żeś mnie wystraszył! – Machnęłam ręką i odetchnęłam z ulgą. – Wybierasz się na targ?

Spojrzeniem go omiotłam. Dzisiaj włosy miał w wyjątkowym nieładzie, dłonie – brudne, cienie pod oczami – niezwykle wyraźne, o niemal purpurowym zabarwieniu. Zdawać się mogło, że od kilku dni spokojnego snu nie zaznał.

– Żem się wybierał – przytaknął Ethan. Uśmiechnął się szeroko i uniósł brwi. – Póki ciebie nie zobaczyłem.

Zbiegł z pagórka, prawie na mnie wpadł.

– Uważaj! – Odskoczyłam w ostatniej chwili. – Jajka byś mi rozbił, brutalu! A na targu je na zioła wymienić chciałam! – Wzruszyłam ramieniem i zadarłam brodę.

– Twe jajka taką cenę wysoką mają, że ważniejsze są aniżeli uchronienie przyjaciela przed upadkiem? – Przymknął oko, mocno usta przy tym zaciskając.

– Myślałam, że do wędrówki dołączysz dopiero za lasem. – Poprawiłam spoczywający na przedramieniu uchwyt kosza.

– Taki oto plan miałem – przytaknął – ale dziś wyjątkowo wcześnie kogut mię zbudził. Godziny pomylił, ptasi móżdżek.

Zaśmiałam się i pokręciłam głową.

– Jak twa matka się miewa? – zapytałam, gdy ruszyliśmy naprzód. – Modliłam się za nią.

Choroba Erny od kilku dni nie ustępowała. Raz już nam się wydawało, że odpuszcza, jednak dobę później ze zdwojoną siłą wróciła.

– Naparzyłem jej ziół, ale na marne – odpowiedział, patrząc przed siebie. – Masz może jeszcze suszony rozmaryn gdzieś w szufladzie schowany?

– A snadź mam. – Zerknęłam z boku na przyjaciela. – Nie jestem jeno pewna, czy sam rozmaryn pomoże. – Uśmiechnęłam się blado, kołysząc trzymanym w ręku koszykiem. O biodro go oparłszy, sięgnęłam dłonią do jego dna. Między płótnem a kilkoma jajami dzbanuszek z suszonymi kwiatami lipy spoczywał. Zatrzymałam się i przykucnęłam, by przypadkiem ­niczego nie upuścić. Odwiązałam lnianą szmatkę, żeby wyjąć naczynie. – Może to jej wróci siły. – Z ziemi skocznie się poderwałam, stanęłam przed Ethanem i w dłonie podarek mu włożyłam.

– A cóż to za wspaniałość? – Podniósł go wyżej i otworzył. Powąchawszy suszone liście, spojrzał na mnie.

– Żaden cudowny eliksir, lecz może gorączkę jej nieco złagodzi – powiedziałam. – Zaparz te liście w wodzie deszczowej i co kilka godzin matce podawaj.

Przez chwilę Ethan nie rzekł ni słowa, jeno przed siebie patrzył i dość pewnie kroczył. Potem, zamiast od razu odpowiedzieć, jak przystało na słów swych świadomego gentlemana, pierw mą dłoń ujął i zacisnął na niej palce, a później dopiero odparł:

– Dziękuję, kwiecie. Ojciec twój wciąż pała wściekłością?

I mą rękę ze swego uścisku wyswobodził.

– Pała? – parsknęłam i napompowałam policzki. Powietrze z ust wypuściwszy, po zrobieniu wdechu jęknęłam: – On nią nie pała, Ethanie. On nią jest. Ostatnio oddycha złością, śpi w jej ciasnych objęciach, budzi się z jej szponami zaciśniętymi na gardle. Mym… na dodatek. Aliści jeśli taka wola boża, to nie mnie jego poczynania osądzać.

Przyjaciel patrzył mi w oczy spod zmarszczonych, bujnych brwi. Nieco przekrzywił głowę, jakby nie dowierzał mym słowom.

– Wolą bożą nie jest ukazywanie swej siły na twym ciele – oznajmił stanowczo. – Toż przecie twój najbliższy krewny!

– Ależ wiem, wiem, Ethanie. – Machnęłam ręką i wzięłam głęboki wdech. Być może nieco zbyt drżący, by można go było spokojnym nazwać. – Rodziców nie wybieramy, jeno są nam oni przez Najwyższego przydzielani. Najwyraźniej ma On dla mnie plan.

– Niejasny plan – odparł z nutą goryczy.

– Podążanie za Nim to droga kręta, acz właściwa.

Uśmiechnęłam się, czując spływający na mą duszę specyficzny rodzaj ukojenia. Nie było jednak ono jedyną emocją, której doznałam. Pod tkaniną sukni rozpaliło się bowiem pieczenie – świadectwo gniewu ojca, wylanego na mię ­ostatniego wieczora.

– Godzić się na to nie powinnaś – mruknął dobitnie przyjaciel.

Posłałam mu pokorne spojrzenie.

– Nie wszystko jest w naszych rękach, Ethanie. Niektóre sprawy są z góry założone.

Droga wiodła nas do doliny, gdzie las rzedł, ustępując miejsca łanom żyta ozimego, drobnym sadom i zagrodom pośród wzgórz rozrzuconym. Z centrum wsi, które teraz oboje już mieliśmy w zasięgu wzroku, docierał zapach nie jeno świeżo rozkopanej ziemi, ale i snującego się z kominów dymu.

Nasza służąca miasteczku wioska była rozległa, prężnie działająca, przycupnięta w cieniu Alp. To właśnie tam ojcowe włości się mieściły. W sercu miasta zaś domy, kryte strzechą, ciasno się do siebie przytulały, a brukowane ścieżki prowadziły do niewielkiego rynku, na którym właśnie budził się targ. Kilka budynków wciąż nosiło ślady pożogi2. Stanowiły przypomnienie, że raptem dziesięć lat temu doświadczyliśmy mroku wojny. Ach, nawet nie śmiałabym wspominać tamtych czasów! Słowa bowiem nie opisałyby wam tego dosadnie. Wtenczas tak wielu mężczyzn nigdy już do swych rodzin nie wróciło, a niektóre gospodarstwa, pozbawione rąk do pracy, w ruinę poczęły popadać. Mój biedny Ethan również ogromnych trudów podówczas doświadczył: ojca stracił i z tegoż powodu w wieku piętnastu lat musiał na wysokości zadania stanąć i zostać opiekunem rodziny.

Ale cóż, życie wciąż trwało…

Właśnie przeto sobotni targ był sercem naszych ziem – miejscem, gdzie nie jeno kupcy i rzemieślnicy się od lat spotykali, aliści i kobiety przychodzące po nowiny, i dzieci goniące się między straganami, i starcy przysiadający na kamiennych ławach, by snuć wspomnienia o przeszłości. To tu łączyły się wszystkie dotknięte mrokiem dusze.

Gdy weszliśmy na plac, zapachy uderzyły w me nozdrza niczym wysoka jak kobyła fala. Wpierw zmysły skupiły się na przyjemnej woni ciepłego chleba upieczonego przez chłopów jeszcze przed świtem, potem – na aromacie suszonych grzybów i ziół wiszących w pękach nad straganami, słodkawej nucie miodu sprzedawanego przez starego Johana, oraz na ciężkim, metalicznym zapachu świeżo zarżniętej jagnięciny, której skrawki rzeźnik na drewnianych deskach układał. Ha! Jednak zaraz przez to wszystko przedarł się ostry, gryzący smród smoły i ryb z porannego połowu.

Na moment przystanęłam, pozwalając, by zapachy i gwar jak ciepły koc otuliły me zmysły. Niegdyś, kiedy byłam jeszcze dzieckiem, w to miejsce zabierała mnie babka. Właśnie wtedy ramiona opatulał mi jej miękki, kraciasty pledzik.

Uniosłam wzrok i ujrzałam, że mąż Elfriede dach po ostatnich ulewach naprawia. Potem spojrzałam z ukosa na przyjaciela i delikatnie się uśmiechnęłam. Ethan także się zatrzymał i po miasteczku z mieszaniną ulgi i trwogi rozglądał. Wiedziałam, że myślami wciąż tkwi przy łożu swej matki, ale na targu czekało na niego zadanie – nie jeno miał do domu jadło przynieść, aliści na mąkę i sól wymienić skóry, które ojciec za żywo­ta zostawił mu w spadku.

– Pójdę do Wilhelma – oznajmiłam, przekładając koszyk na drugie przedramię. – On ma najlepsze okazy.

Na pożegnanie skinęłam Ethanowi głową, a on mrugnął porozumiewawczo i zanurzył się w dyskusji ze starym gospodarzem, który podpierał się o kij i z zapałem gestykulował, zapewne narzekając na plony lub ceny mąki.

Ruszyłam ku straganom, lawirując między kobietami z powoli zapełniającymi się koszami w rękach, dziećmi przemykającymi tuż obok dorosłych i między gęstym powietrzem, coraz większym tłumem spowodowanym.

Stoisko Wilhelma znajdywało się na skraju targu, tuż obok wielkiej kadzi z wodą, w której pływały ryby. Ich intensywna, słonawa, przesiąknięta śluzem woń unosiła się wokół. Mężczyzna ten był w okolicy jedynym rybakiem, który połowem na większą skalę się trudnił. Zawsze wyruszał na jezioro jeszcze nocą, by na targu móc najlepszymi zdobyczami zabłysnąć. Nic więc dziwnego, że długie drewniane stoły uginały się pod ciężarem połyskujących w słońcu łusek pstrągów, okoni i szczupaków.

Teraz rybak stał za stoiskiem, z rozchyloną koszulą przy szyi. Upał go nie męczył, bo przecie wciąż wisiał nad nami chłód poranka. Wilhelm był człowiekiem o ramionach szerokich i mocnych jak pnie starych drzew, dłonie zaś miał spękane i zaczerwienione od lodowatej wody. Ślady po sieciach rybackich na jego przedramionach niczym sine pręgi się odznaczały, a broda, dziś na wyjątkowo rzadką, lecz wciąż kędzierzawą wyglądająca, lepiła mu się od potu.

– Eleonoro! – zawołał, gdy jeno dostrzegł mą sylwetkę. Brzmiał jak ktoś, kto już od dziecięcia próbował siłę wiatru przekrzyczeć. – Znowu cię ojciec posłał?

– A jakże, Wilhelmie! – odparłam, unosząc ostentacyjnie koszyk. – Na kolację najlepszych okazów oczekuje.

Handlarz uśmiechnął się spod oprószonego popiołem od fajki wąsa i sięgnął do drewnianej skrzyni, w której na warstwie lodu leżały najdorodniejsze ryby. Ich skrzela wciąż się unosiły i opadały, co w mym wnętrzu powodowało niemal fizyczny ból. Jednak wyboru nie miałam. Mięsa rodziciel oczekiwał, więc mięso musiał dostać.

– Ten oto – Wilhelm wyciągnął wielkiego pstrąga, który srebrzystą łuską się cieszył, z dumą położył go na wadze i zerknął ku mię spod krzaczastych brwi – nie zdążył jeszcze smaku wód jeziornych zapomnieć.

Właśnie po mieszek3 z monetami miałam sięgnąć, gdy wtem na ramieniu poczułam czyjąś dłoń. Nie była ciężka ni szorstka jak większość pracujących na targu rąk. Wręcz przeciwnie, niosła ze sobą uczucie kruchości tudzież subtelność.

Gwałtownie się odwróciłam i od razu przyozdobiłam usta szerokim uśmiechem. Stała tam bowiem o siedem lat młodsza ode mnie dziewczyna. Miała jasne włosy, które spod na wpół przezroczystej chusty się wymknęły, i oczy, które widywałam codziennie w lustrze balii, gdy sama robiłam pranie.

– Ernestine – szepnęłam z ulgą w głosie.

Ma siostra, aczkolwiek nikt oficjalnie o tym wiedzieć nie mógł. Owoc grzechu, o którym ojciec nigdy nie mówił, aliści który znałam ja.

– Eleonoro. – Gdy to rzekła, jej brwi wygięły się w coś na kształt podkówki.

Zacisnęłam palce na uchwycie koszyka, czując na sobie badawczy wzrok Wilhelma. Ten zmrużył oczy, jak gdyby przeczu­wał, że Ernestine i mnie łączy relacja głębsza niż jedynie przyjacielska.

Palcami ledwie spódnicę dziewczyny musnęłam, nakazując w ten sposób, by na chwilę się odsunęła. Nie chciałam wzbudzać naszym zachowaniem niczyich podejrzeń, a już na pewno nie rybaka o bystrych niczym sokół oczach. Po wiosce i tak już plotki krążyły – tego jeszcze wam nie powiedziałam! Podobieństwo me i mej siostry było bowiem niezaprzeczalne. Takie same tęczówki, oprószone błękitem niebios i srebrem kołyszącej się w słońcu wody. Włosy też prawie identycznego koloru miałyśmy, choć jej bardziej w odcienie ognia wpadały. Piegów na nosie zaś… Ach! Tych na oko tyle samo było, choć nigdy czasu nie miałam, by je skrupulatnie zliczyć.

– Matka po chleb cię wysłała? – spytałam, nieco się ku niej pochylając.

Dziewczyna ślinę przełknęła i zerknęła nerwowo przez ramię. Wyglądała tak, jakby żal w jej sercu właśnie się pojawił.

– Potrzebuję twej pomocy – wydusiła.

– Mej? – Ze zdziwienia aż brwi uniosłam.

Przytaknęła.

Policzyłam więc spoczywające na otwartej dłoni monety, za rybę zapłaciłam i szybko ułożyłam ją w koszu, a potem, na handlarza więcej nie spojrzawszy, chwyciłam Ernestine za nadgarstek i pociągnęłam na bok. Między straganami stanęłyśmy, gdzie woń lawendy mieszała się z zapachem końskiego potu.

– Mów – rzuciłam, starając się, by mój głos brzmiał spokojnie. – Co się stało?

Jej ręka, przez mą trzymana, drżała, a w oczach tkwiła mieszanka lęku i desperacji. Siostra patrzyła na mię inaczej niż zazwyczaj, gdy miałyśmy się okazję widywać.

– No mówże – ponaglałam.

Ta zacisnęła wargi, na obliczu poczerwieniała. Czułam, że cokolwiek na duszy dziewczyny ciąży, jest też czymś, co wielce ją zawstydza. W końcu, z trudem, usta otworzyła i wydusiła z siebie cichy jęk. Następnie, nie odrywając spojrzenia od mych oczu, dłoń na brzuchu ułożyła. Zadrżałam, wiedząc, co ów gest oznacza. Serce zamarło mi w piersi, a nogi się pode mną ugięły.

– Nie… – szepnęłam, kręcąc głową, i dyskretnie się rozejrzałam, by sprawdzić, czy ktoś przypadkiem nie przysłuchuje się naszej rozmowie.

Koń przy wozie, obok którego stałyśmy, zarżał głośno i tupnął kopytami.

– Jak to możliwe? – wyszeptałam znów, pochylając się nad jej ramieniem.

Siostra twarz w dłoniach schowała, jakby bała się spojrzenia mówiącego, iż to, co nosi pod sercem, jest hańbą.

– Kiedy to się stało?

Ernestine uniosła wyżej brodę. Oczy jej zaszkliły się winą i strachem, które tłamsiły młodziutką duszę, odbierając iskrę, dotąd zawsze połyskującą w siostrzanym spojrzeniu.

– Pomnisz, kiedy u nas na dwa dni ojciec został? – zapytała głosem ledwie słyszalnym przez poranny gwar targu.

Wypuściłam z ust powietrze.

– Jakżeby nie?

Zapytacie: „Dlaczego pamiętam?”. A otóż dlatego, że te dwa dni dla mnie spokojem i odpoczynkiem od jego ciężkiej ręki były.

– Zległ z mą matką, bo zbyt lekką od wina miał głowę – zaczęła. – Po wszystkim sąsiad z dołu ulicy zapukał i zobaczył go w progu.

– O ich relacji więc wie?

– Wie – przytaknęła. – Lecz słowa o tym nie piśnie.

– Nie rozumiem, Ernestine. – Pokręciłam głową. – Jakże to ma się do twego stanu?

– W zamian za trzymanie gęby na kłódkę, wymianę mu ojciec zaproponował. – Przeniosła wzrok na dłonie przed sobą splecione. – Wpuścił go do mej sypialni, a drzwi na klucz zamknął.

Mimo że rodziciel oficjalnie nigdy się do nieślubnej córki nie przyznał, od czasu do czasu pojawiał się u jej matki, by zaspokoić swe grzeszne żądze. Pieniądze kochance i mej siostrze dawał, próbując uwagę od własnych win odwrócić. Ja, choć zrozumieć się to starałam, uwierzyć nie mogłam, że człek, który krew ze mną dzielił, mógł dopuścić się czegoś tak ohydnego.

– Pewnaś swych słów? Toż to oskarżenie poważne.

– Tak pewna jestem jak drugiego bijącego w mym ciele serca.

Ernestine czternaście lat zaledwie miała. Wiedziałam, co to oznacza: albo ten chłop ją weźmie, albo sama zostanie. Naszego ojca kiedyś zabraknie, wtenczas dziewczyna nie będzie miała środków do życia i w biedę z dzieciem popadnie. Pojęcia nie miałam, co mogę rzec, by choć na chwilę ją na duchu podnieść.

– Któryż to niegodziwiec dopuścił się na tobie przemocy? – Dłońmi ścisnęłam uchwyt kosza, a zębami zazgrzytałam.

Tkwiąca w cieniu wstydu dziewka milczała. Nie podniosła nawet wzroku, by spojrzeć mi w twarz.

– Mówże! – Z nerwów szarpnęłam za rękaw siostrzanej sukni.

– Adelard. – Jeno to słowo z ust się jej wyrwało.

– Karner? Adelard Karner?! – Powiedziawszy to, wzięłam głęboki wdech, powietrze utknęło mi w gardle.

Mężczyznę tego przecie znałam. Był duchownym szanowanym przez całą wieś i miasteczko, uważanym za wzór pobożności i moralności. Jego pomarszczona twarz o latach poświęconych gorliwej modlitwie świadczyła, a czarna sutanna podkreślała księżowską prawość. Zawsze gotów do pomocy niósł pociechę ubogim i był przewodnikiem duchowym, do którego ludzie, także i ja, po radę przychodzili.

– Dopuścił się grzechu, który złamał jego śluby czystości i cię zhańbił? – wymamrotałam.

Duchownego niezdrowa namiętność, najwyraźniej przez lata nader tłumiona, ostatecznie zniszczyła życie dziewczęcia, które niczym innym naznaczone nie było niźli cnotą i niewinnością.

– Nie wiem, co mam począć…

Pragnęłam wziąć ją w ramiona, przed światem schować, ochronić przed tym, co nadchodziło. Ale otaczały nas spojrzenia ciekawskich gapiów, którzy bardziej niż własnym życiem losem sąsiadów się interesowali.

– Jakże mam to naprawić? – jęknęła. – Muszę to jakoś odratować, Eleonoro.

– Trzeba pierw pomówić z Adelardem – odparłam, nie patrząc na nią, by ukryć przerażenie w swych oczach. – Winien jest ponieść jakąś odpowiedzialność za to, co ci uczynił.

– Wiesz, że to nie takie proste… – Sapnęła i zmarszczyła czoło.

Teraz siostra wyglądała jak zranione dziecko. Na mej szyi zaś zacisnęła się pętla z cierni. Nie. Te ciernie przełyk mi wypełniły. Mogłam przysiąc, że słodko-gorzki posmak krwi w ustach czułam.

– Coś wymyślę – rzekłam, choć wyjścia z opresji na tę chwilę nie widziałam. – Nie zostawimy tak tego. – Pogłaskałam jej ramię. – Dziś, przy kolacji, pomówię z ojcem.

– Nie! – krzyknęła niemal bezwiednie. – Przy nim o tym nie miel ozorem i nie wieszcz mi wrogiej przyszłości!

– Czemu drżysz? Toż ojciec ci krzywdy żadnej nie wyrządzi. – Spojrzałam jej głęboko w oczy. – A że to on tę spr… – zająknęłam się – …sprawę zainicjował, powinien ją jakoś rozwiązać. Wie on? Wie, żeś przy nadziei, siostro?

– Nie i niechże tak zostanie. – Znów lękliwie spuściła swą głowę. – Już teraz za nic mnie ma. Czymże będę, gdy się dowie, że bękart, którym dlań jestem, urodzi kolejnego bękarta? Już zawsze jeno dziewką naznaczoną grzechem mężczyzny, którego wszyscy za świętego uznają.

Odstawiłam na ziemię kosz i ułożywszy dłonie na ramionach Ernestine, ku niej się pochyliłam.

– Święty, nieświęty… zbyt dotkliwie cię zranił – odparłam poważnie.

– I tak żadna kara go nie spotka… – pisnęła cicho.

– Jeśli człowiek nie znajdzie w sobie odwagi, by klechę ukarać, to Bóg wymierzy sprawiedliwość w chwili, gdy dusza ciało tego mężczyzny opuści. Nie martw się, w bożych rękach każdy grzech znajdzie swój kres. – Mówiąc to, czułam pulsującą w mym wnętrzu wściekłość. – Ale stan twój jest sprawą inną – dopowiedziałam, spoglądając na siostrę z troską. – O to musimy zadbać. Chcesz rodzić?

Uniosła wzrok.

– A mam wybór?

– Zawsze jest wybór – rzuciłam pochopnie i z trudem przełknęłam ślinę, przypomniawszy sobie właściwości pewnych roślin. Nie powiedziałam jednak o nich ni słowem, gdyż nie potrafiłabym żyć ze świadomością krwi niewinnego dzieciątka na sumieniu.

– Nie skrzywdzę go. – Ernestine położyła ręce na brzuchu, a ja prędko je z niego strzepnęłam.

– Bezmyślnością się wykazujesz, ukazując swój stan gestem, siostro. – Westchnęłam ciężko. – Matka twa o tym wie?

– Tak. Ona wie…

– Może więc niech weźmie na siebie ciężar posiadania drugiego dziecka – powiedziałam bez zastanowienia.

– Ale jak niby? – Jej twarz nie wyrażała nic poza lękiem.

– Gdy dzieciątko przyjdzie na świat, niechże za swe je uzna.

– Przecie ludzie widzieć będą, jak mój brzuch nabiera kształtów, Eleonoro.

– I tę kwestię musimy rozwiązać.

Przymknęłam na moment powieki, by spróbować pozbierać myśli. Skinęłam głową, po czym, pierw po kosz się schyliwszy, wyprostowałam plecy i przyozdobiłam usta uśmiechem.

– Porozmawiam z ojcem. – Mój głos był nader pewny. – Nie dam cię ponownie sponiewierać, droga siostro.

– Ale nie ukryjesz mię przecie…

– Ja? Nie… – Uniosłam wysoko głowę i powolnie mrugnęłam. – Lecz jeśli potrzeba taka zajdzie, pomogę znaleźć kogoś, kto da ci schronienie. Spotkajmy się jutro o…

– Kwiecie! – Ethan swym krzykiem przerwał mi w pół zdania.

– …o zachodzie słońca nad jeziorkiem – szepnęłam pospiesznie, bo za mną wtem znalazł się chłopak.

– Wszystko zdobyłaś? – Zwrócił się obliczem w moją stronę z szerokim uśmiechem na wargach, a potem lekko ukłonił głowę przed młodą dziewką. – Ernestine, jak ci się dzień rozpoczął? – Spojrzał w czyste niebo, by twarz otuliły mu promienie słońca.

Mój przyjaciel jako jedyny wiedział, że ją i mnie łączą więzy krwi, nie mieliśmy bowiem przed sobą tajemnic.

– Rozpoczął się… jak każdy inny, pełen niespodzianek, lecz się raduję, że wciąż w zdrowiu przeżywam ów poranek.

– Mhm… – mruknął pod nosem i wlepił oczy w mój nadal niepełny koszyk.

– Nie wszystko kupiłam – wyjaśniłam, po czym odchrząknąwszy, przytuliłam siostrę i dyskretnie do ucha jej szepnęłam: – Jutro o zachodzie słońca. Przy jeziorku. Pamiętaj.

Odsunęłam się od niej i skocznym ruchem zajęłam miejsce u boku Ethana. Ból w klatce zamaskowałam uśmiechem.

– Czego jeszcze, drogi kwiecie, potrzebujesz?

– Wina od Gotarda, bo ojciec kazał mi je odebrać, no i miodu od Norberta. Małe szkło, acz potrzebne w kuchni – odpowiedziałam.

– Muszę wracać – rzekła Ernestine. – Matka oczekuje mnie w domu. – Ukłoniła się nisko, odwróciła i poszła.

Obserwowałam, jak jej sylwetka za rogiem wąskiej uliczki znika.

– Coś cię trapi? – Ethan się nachylił, by spojrzeć mi w twarz.

Utkwiłam w nim wzrok. Kłamać nie zamierzałam.

– Problem mam… ale jakoś mu zaradzę – rzekłam zdecydowanie.

– Mogę pomóc? – zapytał z troską.

Tak, możesz, pomyślałam. Odpowiedź została podpowiedziana przez mą świadomość, jednak nie wypowiedziałam tychże słów na głos. Ethan miał wystarczająco dużo swych zmartwień, którymi zająć się musiał. Nie chciałam, by i ten ciężar na swe barki brał.

– Nie tym razem. – Uśmiechnęłam się. – Ale dziękuję, że chociaż zapytałeś.

Udaliśmy się w głąb targu, ku straganowi Gotarda. Wino miało być już gotowe do odbioru, a ojciec, choć nigdy słów wdzięczności nie wypowiadał, liczył na mój udział w tej cichej, trochę pokątnej wymianie. Trunek odbierałam bowiem za niego, bo ostatnimi czasy rodziciel nosił miano wiejskiego winochlewcy, ale gdybym to ja miała dać mu jakiś przydomek, zostałby raczej bachusowym sługą.

Wziąwszy pakunek, ja i Ethan jeszcze po miód się wybraliśmy, gdyż ojciec lubił zagryźć obiad nutą słodyczy. Na sam koniec świeże jajka z poranka na zioła wymieniłam.

Chłopak coś do mnie mówił, ale przez swe zamyślenie nie potrafiłam rozszyfrować znaczenia jego słów. Wtem się odsunęłam, by na wąskiej dróżce uliczki nie wpaść na jakąś kobietę.

– Kwiecie, nieco uważaj – odparł przyjaciel i spojrzał za nieznajomą, która wciąż się chybotała po próbie uniknięcia naszego zderzenia.

Skinęłam do niej głową w geście przeprosin, a bujający się wciąż kosz ręką uspokoiłam, by nic z niego nie wypadło.

Po kilku minutach chłopak i ja centrum miasteczka opuściliśmy i teraz w milczeniu kroczyliśmy polną dróżką.

– Odprowadzę cię do domu. – Głos jego przerwał ciszę ubarwioną ćwierkotem ptaków.

Zerknęłam na niego spod oka i parsknęłam lekko z uśmiechem na ustach.

– Do matki że wracaj, Ethanie – odpowiedziałam mu spokojnie. – Ona cię potrzebuje, a ja jak zawsze poradzę sobie sama. Zresztą zajść do chatki jeszcze muszę.

– Tej w lesie? – Odchrząknął. – Miałaś już nie trudnić się tymże rzemiosłem.

– Nie rzemiosłem się trudnię, przyjacielu, jeno darem natury, który snadź zdoła rozwiązać mój kłopot.

Zagrodził mi drogę, więc przystanęłam i ugięłam lekko nogę w kolanie.

– Jakiż to problem masz, kwiecie?

Głowę przechyliłam, brew uniosłam i prędko go ominęłam.

– Nie mnie dotyka ów kłopot, jeno mej siostry – odparłam. – Alem przysięgła strzec tej tajemnicy i w tejże przysiędze wytrwać zamierzam.

– Jeśli czegokolwiek ci trzeba, wiesz, gdzie będę.

– Do matki wracaj – powtórzyłam. – Ja przeżyję ten dzień jak każdy inny – powiedziałam pewnie, choć w mym sercu trwoga się zrodziła.

Przez samą myśl o tak poważnej rozmowie z ojcem na temat Ernestine i jej stanu duszno mi się robiło, płuca zapadały bezlitośnie, zimne poty oblewały ciało. Ale jak nie ja, to kto?, pomyślałam. Pod uśmiechem więc swe obawy ukryłam i pożegnałam przyjaciela w miejscu rozgałęzienia dróg.

Szłam z powrotem ku lasowi. Cienie drzew oplotły mą postać poczuciem bezpieczeństwa niczym ramiona dawno utraconej matki. Szelest liści, wzburzonych lekkim powiewem, w niemal nostalgiczny nastrój mię wprawił. Gdzieś w oddali dzięcioł swe prastare pieśni wystukiwał, a tuż nad mym ramieniem rudowłosa wiewiórka przemknęła po splątanych gałęziach.

W miarę jak wędrowałam, kosz w dłoni zdawał się coraz cięższy, więc z radością przyjęłam widok znajomego zagajnika. Wkroczyłam w gęstwinę, bacząc, by sukni i trzewików dzikiej drogi śladami nie splamić.

Po chwili stanęłam u brzegu strumienia. Woda w świetle słońca migotała, a zimne krople, rozpryskujące się o kamienie, mym łydkom niosły przyjemną ulgę. Stopy raz po raz ostrożnie stawiałam na pięciu płaskich kamieniach. Zaraz potem po drugiej stronie się znalazłam.

Zaledwie kilka kroków dalej, między drzewami, kryła się owa chatka – nie tyle chatka, co raczej szopa zbudowana jeszcze w czasach, gdy ziemie wrogie wojska przemierzały, siejąc zamęt i strach. Wówczas, jak powiadałam, gospodarstwa nie były bezpieczne, stworzyliśmy więc sobie z Ethanem miejsce, do którego jako przestraszone dzieciaki uciekaliśmy. We ­wnętrzu unosiła się woń suszonych ziół i kwiatów. Na belkach pod sufitem wisia­ły pęki lawendy, bylicy i dziurawca. W glinianych dzbanach trzymałam kozłka lekarskiego i arcydzięgla korzenie, które nerwy strapionych koiły, w płóciennych woreczkach spoczywały zaś pokruszone liście babki lancetowatej – najlepszej na rany cięte i zadrapania, które często po pracy w polu na ciele przynosiłam. W kącie za to leżał mały worek wypełniony czarnuszką, której nasiona pomagały na ból głowy, a tuż obok – fiolka z olejkiem z macierzanki, wonnym i silnym, dobrym na febrę. Co potrzebowałam, zabrałam, schowawszy to starannie w kieszenie spódnicy.

Gdy już miałam odejść, coś mię tknęło. Schyliłam się i podważyłam deskę w podłodze. Skarb, który tam skrywałam, spoczywał nienaruszony. Uśmiechnąwszy się do siebie, pocałowałam opuszkę palca i dotknęłam nią szmatki, w którą zawinięta była najcenniejsza owa rzecz. Następnie przykryłam skrytkę i bezgłośnie wyszłam z szopy, zaciągając się zapachem wilgotnego drewna.

Do domu wróciłam jeszcze przed południem. Ojciec nadal przebywał w polu, nadzorując pracę swych pracowników. Łopatami i motykami glebę spulchniali, by potem łatwiej im było zasadzić „diabelskie jabłuszka”4. Gdym jeno przekroczyła próg obejścia, dostrzegł mnie i natychmiast przywołał do siebie gestem dłoni.

– Ruszaj i przyłącz się do reszty – rzekł krótko, a sam powlókł nogami w stronę włości, by w chłodzie izby zaznać odpoczynku.

Posłusznie spełniłam ów rozkaz.

Pracowałam godzin wiele i tak dotrwałam do momentu, w którym słońce poczęło znikać za horyzontem. Wraz z wieczorem nadszedł czas, bym uczyniła to, na co siły od rana zbierałam.

Musiałam wspomnieć o siostrze.

1 Mgiełka Nocnej Nebuli – nazwa autorskiej mikstury głównej bohaterki, która jest alchemiczką [przyp. aut.].

2 Pożoga – to wielki pożar lub dramatyczne wydarzenie, obfitujące w wiele zniszczeń i cierpień [ten przypis i pozostałe pochodzą od redaktorki, chyba że napisano inaczej].

3 Mieszek – to woreczek na pieniądze lub inne drobiazgi.

4 W ówczesnych czasach społeczeństwo było wobec ziemniaków nieufne i podejrzliwe. Warzywa te nazywano „diabelskimi jabłkami” i podejrzewano, że mogą być trujące. To, że rosną pod ziemią, wiązało się też z przesądami, że są roślinami nieczystymi, nieznalezionymi w Biblii.

Melodia była tak piękna, ni to ludzka, ni boska, że bluźnierstwem było słuchanie jej w stroju, który na sobie miałam. Nuty unosiły włoski na karku, wbijały w ciało drobniusieńkie igły zachwytu, acz też strachu.

Rozdział II

Zmierzch zapadał powoli, a wraz z nim chłód nocy zaczął do izby się wdzierać. Po niemal całym dniu spędzonym na roli, gdzie ziemia stawiała opór, wróciłam z rękami brudnymi, paznokciami gliną przyozdobionymi i ramionami obolałymi od noszenia ciężkich koszy. Nie łudziłam się, że będzie łatwo, przeto dwie noce wcześniej przyszła do nas ulewa.

Ojciec jak zwykle siedział przy stole w kuchni, zgarbiony, milczący, a na jego czole widniała twarda zmarszczka niezadowolenia. Nie odwrócił się nawet, gdym zmęczona po pracy weszła do domu.

Długo musiałam mocować się z ogniem w palenisku, by na powrót go rozpalić. Gdy wreszcie zatriumfowałam i palnik rozgrzałam, zajęłam się strawą. Mimo drżących dłoni bulwy z zeszłego roku kroiłam cienko. Przygotowałam też cebulę i skwarki, jak to rodziciel lubił. W żeliwnym garze mieszałam tak, jakbym to w nim chciała ułożyć swe chaotyczne myśli.

– Na targu zdobyłam najokazalszą rybę – rzekłam cicho, nie tyle do niego, co do siebie. – A ziemniaki do niej dobrze będą pasować.

On wciąż się nie odzywał. Jedynie wiatr szumem za ścianą odpowiedział. Zebrałam się na odwagę, cięższą do uniesienia niż wór pełen kamieni.

– Ojcze, muszę ci wyznać coś, co me serce gniecie – rzekłam, a w gardle zagościł mi ucisk. – Lecz to nie jeno ma męka, to i ból tej, co z twej krwi pochodzi niemniej niż ja sama.

Płomień syknął pod rondlem, więc naczynie z paleniska zdjęłam i zaczęłam wyjmować z garnca warzywa na talerz.

– Z Ernestine źle się dzieje. – Głęboko odetchnęłam i uśmiechnęłam się nerwowo. – Spotkałam ją dziś na targu. Pieczywo dla swej matki kupowała.

Rodziciel wreszcie uniósł twardy, obojętny wzrok.

– Tyś pieczywa zapomniała kupić – zauważył z pretensją.

Odchrząknęłam, a na mym karku zrobiła się gęsia skórka. Przeszedł mnie dreszcz, który zakończył swój żywot na opuszkach drżących palców.

– Widziałeś się, ojcze, ostatnio z kapłanem Adelardem?

– Karnerem?

 – Tak jest.

– Widzieć się, widziałem. Ale wszak to nie twój interes, córko, i nie twa sprawa, byś o to pytała.

Wzrokiem mętnym, acz ostrym wskazał, bym mu do kielicha wina nalała.

Odłożyłam nóż, którym właśnie rozcinałam miękkie podbrzusze ryby, i dłońmi otulonymi zapachem czosnku tudzież śliskiej łuski sięgnęłam pośpiesznie po butelkę, na której dnie widniał osad. Jej korek z głuchym huknięciem wyciągnęłam, a me nozdrza raptem wypełniła cierpka, jeżynowa woń.

Czując na sobie nieznoszące zwłoki spojrzenie ojca, pochyliłam się, by kielich mu ostrożnie zapełnić, nie rozlewając choćby kropli.

– Żaden mój w tym interes, ojcze – mruknęłam, stojąc tuż nad nim. – Ale Ernestine już mą sprawą jest, czyż nie? – Popatrzyłam na niego spod rzęs nieśmiało, nie chciałam bowiem go bardziej rozwścieczać.

Bulgot trunku lejącego się do szkła wreszcie ustał, więc mogłam się nieco od rodzica cofnąć. Na powrót podszedłszy do blatu, ułożyłam na talerzu z warzywami rybę, starając się, na ile sił mi starczyło, by danie to choć przypominało coś godne­go podania do stołu. Przy nim sama zasiadłam z naczyniem, na którym spoczywały jeno resztki z dna garnca. Wzięłam kęs do ust i gdy już miałam nowe słowo rzec, płomień świecy na stole zachybotał się w tańcu.

– Dziecię w niej rośnie – wyszeptałam niemal, kłoniąc nisko głowę. – Z twej winy, ojcze.

Sztućce z impetem uderzyły o stół, aż drewno zajęczało pod ciosem. W dużych, zgrubiałych, zaciśniętych dłoniach wciąż tkwiły nóż i widelec. Rodziciel knykcie miał zbielałe od nacisku, aliści skóra wokół przybrała barwę bladej żółci, wtapiającej się w czerwień. Siniejące żyły mu na ręce nabrzmiały, gotowe pęknąć.

– Z czyjej winy, powiadasz? – zapytał głosem niższym niż zwykle.

Powietrze w izbie zgęstniało, gdy nasze spojrzenia się spotkały. Ojciec patrzył tak, jakby chciał mnie uderzyć, acz ręki jeszcze nie uniósł. Być może zdawał sobie sprawę, że jeśli to, co wyznałam, prawdą jest, to on winę jednak ponosi.

– Ernestine jest przy nadziei. Pod jej sercem bije drugie serce, niewinne tak samo, jak i niewinna jest ona.

– Taka ona niewinna, ta nasza Ernestine… – rzekł powoli, jakby każdym z tych słów się delektował – …że z chęcią gziła się w sypialni nie ze swym mężem, nie nawet z umiłowanym, jeno z… plugawcem w sutannie, jak śmiem domniemywać, że ty uważasz. – Zamilkł na moment, by wrzucić do ust kolejny kęs. Przeżuwając z uchylonymi wargami, dodał: – Czystością aż promieniała, kiedy w łożu nogi szeroko rozkładała, nie sądzisz?

Wciągnęłam do płuc powietrze. Coś więcej niż wcześniejsze słowa trudno mi było z siebie teraz wydobyć.

– Ona tego nie chciała, ojcze. Została zhańbiona.

– Przez kapłana? – parsknął i wyprostował się na krześle. Tłuszcz z ryby po jego brodzie spłynął i tam też osiadły kawałki zmielonej pożółkłymi zębami bulwy.

– Kapłan jedynie błogosławi, głupia dziewko – warknął nisko. – Jeśli ktoś zhańbiony został, to bodajże nasz drogi Adelard.

Zacisnęłam zęby, powstrzymując się przed powiedzeniem tego, co na myśl mi się nasuwało.

– On ją zmusił. Legł na niej bez przyzwolenia. Bez zgody…

Na moment między nami cisza zapadła, jeno nóż zaskrzypiał po talerzu niczym pazur po kamieniu. Ojciec pogryzł rybę szkieletem swych zębów, a zaraz potem wypluł ość na brzeg talerza i pogardliwym głosem mówił dalej:

– To ci powiedziała? Z prawdą się mija tak samo jak ze swą cnotą.

– Ojcze…

– Nie bluźnij w mym domu!

– Gdzie i komu mam o tym więc mówić? Gdzie, jeśli nie tu, przed tobą? – Podniosłam ton, serce z piersi mi się bowiem wyrywało. – Ja, jedyna, do której się przyznałeś, najstarsza… Ta, co ci strawę warzy, co za ciebie ludzkie gadanie znosi i wstyd twój przed światem tłumaczeniami przykrywa. Błagam, ojcze, zrób coś z tym. Pomóż Ernestine, nim jej brzuch wyda tę tajemnicę. – Przełknęłam z trudem ślinę. – Zanim sąsiedzi języki rozwiążą.

– Plebs i tak gęb nie zamknie – mruknął głęboko, mieląc żarło, jakby trwoga mej siostry wcale go nie tyczyła.

– Niech wyjedzie – ciągnęłam po chwili. – Gdzieś… Hen! Do krewnych swej matuli. Naszych może? Choćby na wieś, choćby pod fałszywym nazwiskiem. A gdy urodzi… – zawahałam się – …jej matka niechże powie, że to jej dziecię, że z ostatnich sił je zrodziła.

– Za stara jest na to.

– Przecie i tak wszyscy cud w niej widzą. Podziwiają, po rady chadzają, jakby uświęcona została. Sama Ernestine była ongiś zagadką, czyż nie? Jedna łamigłówka więcej losu jej matki nie odmieni, a młodej niewieście życie ocalić może.

– Nie ma to sprawa.

– A więc czyja? Jeśliś nie gotów sam stanąć po jej stronie, to idź do klechy. Niech on, ojciec z krwi, zaopiekuje się swym dziecięciem. Niech uczyni to, co prawe. Niech weźmie Ernestine za żonę.

– Aż tak głupia nie jesteś, Eleonoro. Dobrze pojmujesz, że Adelard żony mieć nie może.

– To niech ją do zakonu pośle. Niech się potomkiem swym zajmie, udając, że to sierota podrzucona przez podróżnego. Niech powie, że jej matka nie żyje. Albo niech mej siostrze męża godziwego znajdzie.

– Czyś ty w lesie rozum zupełnie straciła? Ususzyłaś go tak samo, jak te wszystkie kwiaty i zioła po szafkach pochowane?

Gula w gardle mi stanęła. Rodziciel nie przepadał za mymi zwyczajami. Uważał, że są pogańskie, zakrawające na herezję.

– Do lasu ostatnio nie chodzę, ojcze. Sad i pole potrzebują mych rąk bardziej niżeli ususzone przed laty rośliny.

– Teraz prawisz słusznie. – Z rzadko widywaną aprobatą na twarzy wyciągnął ku mię widelec i nim machnął. – Ernestine prowokowała Adelarda, odkąd w dorosłość zaczęła wchodzić. Boża to kara za jej rozpustę.

– Żadnej rozpusty nie było, tym bardziej żadnego prowokującego zachowania. Na mszę gorliwie przecie ona chodziła. Klęczała przed krzyżem dłużej niżeli ktokolwiek inny z wioski. Czymże zawiniła, aby taką karą ją obarczyć?

– Jakież to odzienie miała, gdy klęczała?

– Chyba nie mówisz poważnie. – W mych trzewiach wezbrał gniew tak ogromny, że ciało zaczęło gotować się od środka. – Dzieckiem była, na miłość Chrystusa! – Mimowolnie uniosłam się złością i zacisnęłam palce na skraju stołu, następnie poderwałam się od niego.

Ojciec, bez namysłu, równie prędko się podniósł i zdzielił mnie ręką w policzek. Nie upadłam, choć zachwiałam się na miękkich nogach.

– Odezwijże się tak choć raz więcej, a wstać nie będziesz mogła, rozumiesz?! – Powiedziawszy to, szurnął krzesłem o drewnianą podłogę i z powrotem do posiłku wrócił.

Chwilę przy ścianie stałam, patrząc, jak beztrosko zajmuje go strawa. Policzek piekł czarą ognia, choć było to nic w porównaniu z tym, co działo się teraz z mą duszą. Zasiadłam znów przy blacie i by jednak coś wskórać, odezwałam się:

– Może ja bym ją, ojcze, dokądś zabrała?

– Środki na to masz? Wóz? Konia?

– Wiesz przecie, że nie, acz mógłbyś…

– Nie – przerwał mi stanowczo. – I słyszeć więcej o tym nie chcę. Nie ma w tym domu miejsca na grzeszne opowieści.

Grzeszne opowieści, pomyślałam. Uwierzylibyście? I to powiedział ten, który największym z winowajców jest.

– Bóg cierpieć Ernestine by nie pozwolił – kontynuowałam, choć głos zaczął mi się załamywać.

– Bogiem nie jestem, córko, jedynie sługą, który wolę jego wypełnia. Nie mym obowiązkiem jest roztaczać miłosierdzie nad twą „niewinną” siostrą, bo ono jeno Najwyższemu przysługuje. Sługa bowiem po to jest, by milczeć, czekać i służyć, nie by rozważać boskie wyroki.

– Ależ ojcze…

Nie dał mi dokończyć i rzekł:

– Bóg już doskonale wie, co z młodą począć, jak ją przez cienie grzechu ku woli swej poprowadzić. Jeśliś masz pretensje o cokolwiek, to się do niego zwróć.

– Do Pana? – Ma twarz się zmarszczyła. Nos zaszedł uczuciem napływania łez do oczu.

– Bóg zsyła, Bóg odbiera.

– Ojcze… Grzechu Najwyższy nie dostarcza, a ten się już zadział. Teraz trzeba go ukryć, przysypać solą, póki większą hańbą nie zakwitnie.

– Idź wypocząć, Eleonoro. Nie twój grzech, nie twe zmartwienia.

Wiatr za oknem znów zaszumiał. Tym razem poruszył okiennicami, które z hukiem obiły się o ścianę, niemal ją uszkadzając. Wzdrygnęłam się, odwróciłam, jakoby w oknie sam diabeł stanął.

Płomień świecy przygasł, więc powstałam, by zapalić ojcu kolejny. Nie odezwałam się więcej, albowiem wiedziałam, że słowami tego człowieka nie przekonam.

Do kuchni bezszelestnie kot mój wkroczył, zapewne w nadziei, że resztki ryby dostanie.

– Kurnik zabezpieczyłaś? Trzy dni temu jedna z kur łeb straciła, boś ty swego na karku nie miała. Lis po wiosce grasuje.

– Kury pozamykałam, ojcze.

– Sprawdź jeszcze przed odpoczynkiem. Nie możemy pozwolić sobie na kolejne straty.

– Ale… – nie dokończyłam, coś mnie bowiem za gardło ścisnęło.

Z jakiegoś powodu lękałam się wyjść. Ciemności się nie obawiałam, bo ta była mi aż nadto znajoma. Niemniej jednak coś w podświadomości mej szepnęło, iż ta noc różnić się będzie od wszelakich innych, które dotąd przeżyłam.

– Pójdę, ojcze – odrzekłam, choć z bólem w sercu.

Nie spojrzał nawet ku mnie, jeno beknął głośno i upił łyk wina z kielicha. Zacisnąwszy dłoń na butli, wlał sobie kolejną porcję.

Lepszy diabeł na zewnątrz, skryty w szumie wiatru i liści, niż ten prawdziwy, który siedział naprzeciw mnie, pomyślałam i zaraz potem, okrywając się szczelnie chustą, wyszłam z domu.

– Jakże gorzki smak ma jego głos, gdy mrok gniewu przyćmiewa mu duszę – mruczałam do siebie pod nosem.

Mimo przytłaczającej ciszy na zewnątrz wciąż dzwoniła mi w uszach kanciasta rozmowa z ojcem.

– Kura łeb straciła – mamrotałam dalej w złości.

Jegoż słowa raniły niczym brzytwy, a ciężar dłoni wciąż pulsował gorącem na mym policzku. Mówił, jakbym to ja winna była, a przecie zawsze podwójnie sprawdzałam, czy bidulki są zamknięte, bezpieczne.

Wieczór, niczym znużony tułaczką żebrak, kładł się przysadziście na ogrzaną słońcem ziemię. Ciemność przytuliła do siebie i wzgórze, i las tudzież pastwiska. Gdzieś daleko owieczki beczały, choć pora była taka, że spać już powinny. Gęste jak śmietana powietrze emanowało chłodem. I nie chłodem takim, jak zimna rosa wiosennego zmierzchu, jeno czymś głębszym – czymś, co między ziemią, źdźbłami traw, gałęziami a niebem pełzło… między mą skórą a duszą.

Opatuliłam się mocniej chustą, idąc w stronę kurnika. Dziwnie się czułam. Może za sprawą gniewu ojca, może z powodu własnych myśli… Wtem się odwróciłam, bo wydawało mi się, że tuż za plecami przemknął czyjś szept, a może westchnienie. Nikogo nie było. „Wybujała wyobraźnia jeno”, rzekłby ktoś. Mnie jednak oddech w gardle uwiązł, serce zaś na chwilę wstrzymało swój bieg.

Podążając na powrót ku kurnikowi, obejrzałam się raz jeszcze przez ramię. Byłam sama, rozmową z ojcem rozgorączkowana. Zaciskałam przed sobą dłonie, aż kostki zbielały. Szorstkie od pracy palce pocierałam. Ze skupieniem, ale i nerwowością zdrapywałam z nich resztki zaschniętej ziemi – tej, która zbyt głęboko pod paznokcie mi wlazła.

Cóż począć…?Cóż począć z mą lilią splugawioną błotem?Gdzież szukać dla niej sprawiedliwości? Pomocy?, głowiłam się jak trosk mej siostrze odjąć. To przecie nie jej wina była, jeno cierpieć za kogoś musiała. Cierpieć, jakby sama diabła do sypialni wpuściła. Tak być nie mogło. Nie godziło się na to ni w niebie, ni w piekle. Milczeć i przyglądać się jej upadkowi nie zamierzałam. Lecz cóżże mogłam uczynić? Ja, dziewka ledwie spod strzechy, z wioski, której nawet na mapach nie uświadczysz. Bez grosza przy duszy, bez siły w ciele. A me słowa? Jak sami żeście widzieli… Na ojca działały tak samo jak pióro gołębia rzucone na wiatr – obaj mieli to drugie za nic.

Dotarłam do płotu, który kurnik przed szkodnikami chronił. Otworzyłam furtkę, weszłam do środka. Sprawdziłam siatkę, tknęłam też zawiasy. Wszystko było wciąż napięte, choć w jednym miejscu lekko załamane. Tu lis by nie wlazł, acz przezornie drut wzięłam i ciaśniej splątałam.

Zamknięte.

Na koniec obeszłam jedną, potem drugą stronę. Opukałam drewno starannie. W niektórych miejscach trochę mokre, trochę spróchniałe, ale bez żadnej dziury.

– Śpijcie słodko – mruknęłam do kurek, uchyliwszy małe drzwiczki.

I zaczęłam kierować się do domu. Głowa mi pękała, bo myśli rwały się jedna za drugą. Nie sposób było je na wodzy utrzymać, niczym konie, które to zrzuciwszy chomąta, tratowały gniewnie rozum i gnały w nieznane, upojone wolnością i lękiem zarazem.

Sama siebie pytałam, jak ktoś, kto z ambony miłość i przebaczenie głosi, mógł dopuścić się czynu takiegoż – rękę krzywdy na młodą dziewkę podnieść. Jak mógł z premedytacją uczynić z mej siostry grzesznicę w oczach sąsiadów? Bo tymże ona dla nich się stanie… Jeno Bóg przecie prawdę poznał, głosy ludu tak łaskawe jak głos Pana nie będą.

O pomoc do Boga kazał mi się zwrócić mój ojciec. Ha! Do Boga! Ale gdzież miałabym go szukać, skoro nie w słowach kapłana? Tym bardziej nie w spojrzeniu i radzie rodziciela.

A on? Nie dość, że zawsze traktował Ernestine jak bękarta, który cudem nie zmarł za młodu, teraz postanowił na dobre krzyżyk na niej postawić. Dla niego najlepiej by było ją pod warstwą głuchych modlitw zakopać i rychło o tym zapomnieć. On by tak uczynił, aliści nie ja. Ja nie jeno z jego krwi zrodzona zostałam. Toż w żyłach miałam też swą matkę – kobietę dobrą, jak słyszałam, o sercu gołębim, lecz duchu nader silnym.

Uniosłam wyżej głowę, w ten sposób chcąc zrzucić z jej tyłu myśli.

I właśnie wtenczas, nagle, zerwał się wiatr. I nie! Nie taki zwykły podmuch! Ten z siłą niebios między drzewami buchnął, niemal poruszając gruntem pod stopami. Chusta wymknęła się z mych kurczowo zaciśniętych na piersi dłoni i uleciała wysoko w powietrze. Zdawać się mogło, że niesiona była czymś, co niepostrzeżenie przez sad przemknęło. Odruchowo się odwróciłam, by kawałeczek materiału chwycić, i… wtem zapadła ciemność.

W coś rąbnęłam. Nie w drzewo, bo ono przede mną nie rosło. Muru też w sadzie nie zbudowaliśmy. Uderzenie to takie było, jakby me ciało wpadło na czyjąś twardą jak skała sylwetkę – ludzką sylwetkę, by swym instynktom nie skłamać. Upadłam na zimną, zroszoną wilgocią ziemię. Zdezorientowana. Przestraszona. Oczy tak szeroko otworzyłam, że aż boleśnie, lecz nikogo nie ujrzałam.

Nikt przecie w sadzie o tej porze nie może przebywać. Nie powinien bynajmniej. Dlaczego więc mnie sparaliżowało?, myślałam gorączkowo.

Ciało odmówiło mi posługi. Wstać nie mogłam, bo mięśnie nóg zakuły się w kajdany, serce zaś łomotało w piersi jak dzwon. Patrzyłam przed siebie, w ciemność dziwnie obcą, niby pustą, a jednak czułam, jakbym spoglądała tej pustce w oczy wlepione w mą twarz.

Wracając do domu, niosłam ze sobą uczucie, którego słowami opisać bym wam nie potrafiła. Coś wężowatego przylgnęło do mnie w sadzie. Kropla, co nie była z deszczu ni z rosy, acz z czegoś złowrogiego, zalegała na mym karku – w miejscu, gdzie skóra najłatwiej chłonie strach. Nie spływała. Nie parowała. Tkwiła tam wtopiona. Zbrakło mi odwagi odwagi, by ­dotknąć jej choćby myślą. Może ojciec miał jednak rację. Może czas klęknąć i prosić o pomoc Stwórcę.

Wpadłam do przedsionka niczym piorun. Drzwi za sobą zaryglowałam, a ogień trzaskający w kominku jak co wieczór przywitał mię w domu. W naszych czterech ścianach bezpieczna byłam, wszelako czyjś oddech przy uchu wciąż czułam.

Z izby wyłonił się rodziciel i zapytał:

– Kury bezpieczne?

Zachybotał się pijany i oparł o framugę.

– Bezpieczne. – Skinęłam głową.

Co sił podążyłam do pokoju kąpielowego, choć nogi wciąż miałam jak z ołowiu. W świetle łojówki zawieszonej na żelaznym haku przy ścianie wszystko mroczniejsze się zdawało. Cienie tańczyły niczym przesycone duszą istoty. W powietrzu unosiły się migoczące z wdzięcznością drobinki kurzu.

Z cebrzyka, który przyniosłam kilka godzin wcześniej z podwórza, przelałam wodę do cynowej wanny. Ta była ciężka, z wyślizganymi bokami i rdzawym obrzeżem. Zdjąwszy z siebie odzienie, przysiadłam na jej boku i zanurzyłam nogi aż po kolana. Wydawało mi się, że kości dosłownie zatrzeszczały w obronie przed lodowatą temperaturą, lecz nie w planach miałam teraz rozniecanie ognia pod kotłem.

Na półce, tuż przy oknie i lnianym ręczniku, stał kamionkowy dzbanek, który niegdyś z babką własnoręcznie w piecu wypaliłam. A w nim? W nim znajdywał się olejek różany zrobiony z płatków krzewu, który zakwitł pierwszy raz niepóźno po tym, jak ma świętej pamięci babulka odeszła. Wlałam go trochę do wody, napawając się nostalgicznych wspomnień zapachem. Był niczym łagodna kołysanka, wyśpiewywana głosem staruszki.

Szybko się obmyłam, by pościeli wstrętnym zapachem robót nie plamić, po czym włożyłam koszulę nocną. Pospiesznie czmychnęłam do sypialni, wsunęłam się pod pierzynę i… zadrżałam. Niby jak zawsze pachniało tu sianem i lawendą z ubiegłego lata, mymi ulubionymi woniami, a jednak coś było nie tak.

W mroku pokoju, gdzie teraz jedyne światło stanowił ostry blask księżyca sączący się przez szyby, zaczęłam szczerze szeptać:

– Boże… jeśli jesteś miłościwy, jak wierzyć pragnę, to powiedz mi, proszę, czy Ernestine to Twe dziecię. Czyś może ją opuścił tak, jak zrobił to jej własny ojciec?

Zamilkłam, nasłuchując i dłonie ściskając na piersi tak, jak przy modłach przystało.

Po kilku oddechach łamiącym się głosem kontynuowałam:

– Jeśli chcesz, bym siostrze pomogła, wskaż mi, proszę ja Ciebie, drogę. Jeśli chronić ją mam, być jej tarczą, siłą mnie obdarz. Nie każ mi, Panie, milczeć. Bo jeśli milczenie ma sta… stać mi się przykładem, to czy nie będę taka jak ten, który ją zhańbił, i ten, który ją porzucił?

Łzy spłynęły mi po policzkach leniwie, a w miejscu, gdzie rodziciel swój gniew okazał, szczypnęły boleśnie.

– Ja wiem, żeś jest przy mnie. Ale przy niej? O niej chybaś zapomniał… Dobrze Ci służę, mój Ojcze najwyższy. Ty wiesz… przecie wiesz najlepiej, że to dzięki Tobie siłę w sobie noszę, by dźwigać dzień po dniu jarzmo życia. Dzięki Tobie umiem zdzierżyć twardość ojca, jego wrzaski, milczenie, żal… ten sam co spoczywa na mię jak zaklęcie, odkąd matka przy porodzie ducha wyzionęła. Skoroś zawsze tkwił u mego boku, w ciszy i hałasie, w ziemi i powietrzu, w spalonych słońcem powiekach tudzież zmarzniętych dłoniach, co kury karmią i zboże wiążą… to czy i teraz mogę śmiało liczyć na Twą łaskę? Czy spojrzysz łaskawie na mą siostrę? Zawstydzoną, zbrukaną nie własnym grzechem, jeno cudzym… Czy ulitujesz się nad nią, skoro rodziciel nasz nie potrafił? Nie proszę Cię, Panie, o cud. Nie śmiałabym! – Zacisnęłam mocniej palce, a po skroniach spłynęły świeże łzy. – Proszę jedynie, byś wzrokiem łagodnym ją obdarzył, a mi pomógł złagodzić jej krzywdę.

Ocknęłam się i otworzyłam oczy. Nie wiedziałam, kiedy żem zasnęła, czas snadź zrobił mi psikusa. Łzy, wciąż ciepłe, lecz chłodem nocy tknięte, tkwiły w kącikach powiek. Leżałam na wznak, bez ruchu, wsłuchując się we własny, rozciągnięty między ulgą a bólem oddech. Miękka poduszka chłonęła wilgoć z mej twarzy niczym matczyne dłonie. Pomiędzy wdechami i wydechami mogłabym przysiąc, że i rodzicielki szept gdzieś przy uchu słyszę.

Wtem zamilkła.

Mój wzrok, jakby czymś przyciągnięty, mimowolnie ku oknu powędrował. Za szybą zalegała ciemność, na której płótnie, zaledwie na uderzenie serca, pojawił się cień. Drzewo może, pomyślałam. Ma jabłonka i jej rozłożyste gałęzie. Cień niepostrzegalny był do końca. Nie dostrzegłam ni twarzy, ni wyraźnych konturów, a jednak miał w sobie coś żywego – coś, co stało tuż za szkłem, oddzielone ode mnie jedynie taflą krótkiego oddechu.

– Boże… – szepnęłam ledwie słyszalnie. – Czy to Ty, Panie, jednak przyszedłeś objąć mą siostrę i mię łaskawym spojrzeniem?

I wtenczas w ścianach naszego domostwa rozległ się wpierw trzask, potem łomot, jakby cielsko ojca obiło się o mebel. Ten dźwięk znałam zbyt dobrze – była to dwudrzwiowa szafa stojąca przy kominku. Rodzic zapewne znów potknął się w pijanym półśnie.

Może tym razem potknął się chociaż o własne sumienie, a nie o splątane nogi, pomyślałam z przekąsem.

Wejrzenie zza szyby, muskające mą sylwetkę niczym wiatr, się rozpłynęło.

Przytuliłam głowę do poduszki mocno, jak dziecko wtulające się w matczyną pierś, która zawsze chroni przed tym, czego dusza się lęka. Powieki opadły mi drżąco, a wraz z nimi spłynęła na mnie cisza niemal święta. Lekko chwiejny rytm mego oddechu stał się podwaliną melodii, która powoli po zmysłach się rozgaszczała.

Wpierw słyszałam bębnienie cichusieńkie niczym skryte w piersi serca bicie. Z każdą mijającą chwilą jednak narastało, gęstniało, stawało się donośniejsze, jakby coś nieuchronnego zbliżało się w mą stronę z ciemności. W końcu zamieniło się w niemal nieznośnie głośne walenie. Mimowolnie ścisnęłam materiał koszuli nocnej, lecz na niewiele się to zdało. Usta zaczęły mi dygotać, choć nie potrafiłam rzec, z jakiego powodu. Ciało przeszywały zimne jak lód dreszcze.

I wtem, aż oddech wstrzymałam, bo ponad owymi regularnymi, niemal wojennymi hałasami przedarły się odgłosy inne, prawdziwe. Dźwięki skrzypiec – momentami radosne, w innej chwili niemal żałobne, jakby ktoś melodię skierowaną ku troskom mej duszy wygrywał. Od razu przypomniał mi się warsztat dziadka, do którego z babką chodziłam, mając zaledwie kilka lat. Oczami wyobraźni zobaczyłam ręce staruszka – naciągające struny, szlifujące drewno, rzeźbiące misterne detale w instrumentach.

Wypuściłam powoli powietrze przez usta. Wraz z ulatującym z płuc oddechem melodia ustała. Spokój przerwało natarczywe pukanie. Serce w piersi zatrzymało się w pół uderzenia. Uniosłam powieki, a ciało me, pchnięte nagłym instynktem, zerwało się z łoża. W gardle czułam dziwny metaliczno-słodkawy posmak, jakby kropla krwi rozlała się na podniebieniu.

– Nie ma u nas miejsca. – Usłyszałam słowa ojca, stłumionym głosem wybełkotane.

Rodziciel z kimś rozmawiał. Ale teraz? W nocy? Kogoż by Bóg zesłał w nasze progi o tak niepewnej, mrocznej porze?, rozmyślałam.

Wyjrzałam dyskretnie do przedsionka zza rogu futryny. Do mych stóp dotarł chłodny, niemal kłujący powiew wiatru – zimniejszy, aniżeli spodziewałabym się po porze roku.

– Mówię ci przecie, wędrowcze, że u nas schronienia nie znajdziesz – rzekł rodziciel tonem wzburzonym, po czym zachwiał się i uderzył ramieniem o kant drewnianego skrzydła.

Jeszcze bardziej wychyliłam się z izby, lecz drzwi przysłaniały mi widok gościa. Głosu jego również nie słyszałam, choć odpowiedzi ojca były nader wyraźne.

– Może tam, za lasem, przyjmą cię do siebie. – Beknął, jakby wstydu i dumy wcale w sobie nie nosił. – Dobrzy ludzie tam mieszkają. Znam ich na wylot. Rad będą ciebie przygarnąć… Idźże więc. – Machnął ręką i zatrzasnął drzwi.

Dopiero wtedy me serce, które dotąd tkwiło w gardle, runęło z powrotem do piersi.

– Ojcze…? – szepnęłam, obawiając się, że wino trzyma go w sidłach mocniej niż rozum. – Któż to w nasze progi tak późno trafił? Czy nie wolą Boga byłoby danie mu schronienia? Noc jest… Zimna na dodatek…

Ten jeno rzucił mi spojrzenie pełne pogardy – takie, które każe zamilknąć.

– Przybłęda – burknął i tak jak na wędrowca, tak i na mię machnął ręką, idąc w stronę kuchni. – Nie przyjmę pod dach nikogo, kogo pierwszy raz widzą me oczy. Do spania, ale już! Żebyś jutro w kościele dobrze wyglądała.

Wciągnęłam do płuc powietrze, gdyż pragnęłam odpowiedzieć. Powstrzymałam się jednak. Skinęłam jeno lekko głową, schyliłam się, by mruczka do piersi przytulić, po czym wróciwszy do sypialni, ułożyłam go przy poduszce.

Siedząc już na łóżku tudzież wsuwając nogi pod pierzynę, poczułam, jak chłód wdziera się między materiał a skórę. Nim się spostrzegłam… melodia skrzypiec wróciła i łagodnie do snu mnie utuliła.

Dziękujemy za przeczytanie fragmentu naszej książki.

Jeśli Ci się spodobała i chcesz poznać ciąg dalszy, koniecznie zajrzyj na stronę

https://wydawnictwokdw.com,

gdzie znajdziesz tę i wiele innych wspaniałych historii.