Lost Hope - Karolina Witkowska - ebook
NOWOŚĆ

Lost Hope ebook

Karolina Witkowska

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

17 osób interesuje się tą książką

Opis

Hope wierzyła, że znalazła miłość swojego życia – pełną uczucia, wsparcia i bliskości. W zamian otrzymała jednak ból, strach i kontrolę nad każdym aspektem swojego życia. Kiedy myślała, że nie ma już dla niej nadziei, pojawił się Manson Harper. Silny, bezwzględny i pewny siebie mężczyzna ratuje Hope z rąk oprawcy i wciąga ją do swojego świata, w którym zasady są proste, ale bezlitosne. Razem stają przed wyzwaniami, jakie niesie nowe życie. Czy miłość, która narodziła się z bólu i strachu, przetrwa w świecie pełnym zasad, wrogów i pragnienia zemsty?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 383

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



LOST HOPE

Karolina Witkowska

LOST HOPE ©Karolina Witkowska

Projekt okładki: Agnieszka Makowska

Redakcja: Katarzyna Zioła-Zemczak

Korekta: Katarzyna Zioła Zemczak, Joanna Kłos

Łamanie i skład: Agnieszka Makowska

ISBN: 978-83-68129-22-9

Kraków 2026

Wydawca

Wydawnictwo Orzeł Sp. z o.o.

ul. Dajwór 14/19, 31-052 Kraków

Wydanie I, 2026

Wydawnictwo nie odpowiada za żadne szkody wyrządzone osobom lub podmiotom w wyniku bezpośredniego lub pośredniego korzystania, zastosowania bądź interpretacji treściksiążki.

Prawa autorskie zastrzeżone. Reprodukcja, kopiowanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystanie w publicznych wystąpieniach wymaga zezwolenia właściciela prawautorskich.

Ta książka jest dla tych, którzy pozostawili nadzieję na lepsze jutro za sobą. Pamiętajcie, nigdy się nie poddawajcie, jeśli chodzi o miłość.

Krótka wiadomość dla wszystkich wspaniałych kobiet!

Ostrzeżenie!

Czytając tę książkę, natkniecie się na sceny przemocy fizycznej i psychicznej. Bardzo bym chciała, żebyście wiedziały, że każda scena została przeze mnie wymyślona. Jest jednak jedna kwestia, o której chciałabym wspomnieć. Zdaję sobie sprawę z tego, że czasem w życiu naprawdę bywa tak jak w historii Hope. Jeśli znajdujecie się w takim momencie życia, szukajcie pomocy bliskich lubzadzwońcie…

Ogólnokrajowy bezpłatny telefon zaufania Women’s Aid: 1800 341 900 (czynny 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu).

Wsparcie psychologiczne dla kobiet, których prawa są łamane, w szczególności doświadczających przemocy ‒ FundacjaCentrum Praw Kobiet, telefon interwencyjny (całodobowy) 600 070717.

Jesteście silniejsze, niżmyślicie.

Wstęp

Poczułam uderzenie. Potem następne. Trzecie. Czwarte. Po piątym już nie mam siły liczyć i czekam na błogą ciemność, która jest coraz bliżej mnie. Ciemność. Moje małe wybawienie. Straciłam przytomność… To mnie ratuje. Zawsze tak jest ‒ wiem, że nie skończy, dopóki nie stracę przytomności. Taka to moja miłość. Pewnie się zastanawiacie, jak można robić to komuś, kogo się kocha? A może nie kocha? Nie wiem. Przyzwyczaiłam się do życia w bólu, mogłabym też powiedzieć, że w strachu, i pewnie wielu ludzi tak by to ujęło, ale ja się nie boję. Od jednego pobicia do drugiego mija niewiele czasu. Na tyle mało, że czasem nie zdążę dobrze się zregenerować.

Czuję. Znowu zaczynam odzyskiwać przytomność i widzę przed sobą zmartwioną twarz. A może wcale nie? Twarz w szoku? Zapomnieniu? Może nawet spełnieniu.

Mam na imię Hope, a to moja historia. Historia, w której nie było nadziei na lepsze jutro, siłę i prawdziwą miłość. Na nic. Aż w końcu zjawił się on i podarował mi cały świat. Świat, w którym wszystko stało siępiękniejsze.

Rozdział 1

Jestem zmęczona pracą. Potrzebuję wolnego przynajmniej na jeden dzień. Co prawda bardzo się cieszę, że moja firma przynosi duże zyski i mogę być niezależna, ale z tym też nie jest mi łatwo. Specjalnie zostaję dłużej w pracy, żeby nie wracać do domu. Wiem, co mnie tam czeka. Znasz to uczucie, kiedy w domu jest ci jeszcze gorzej niż w najmniej lubianym miejscu na Ziemi? Jeśli nie, to jesteś szczęściarzem.

Za chwilę mam spotkanie organizacyjne i co robię? Pewnie dziwne pytanie, co? Jasne, że się na nie przygotowuję, ale nie tak, jak bym chciała. W ręku mam lusterko i patrzę, czy na mojej twarzy nie widać żadnego siniaka. Czuję również pulsujące miejsce na wysokości żeber. Tak właśnie wygląda mojarzeczywistość.

‒ Halo? – rzucam dosłuchawki.

‒ Gdzie ty jesteś?! Dlaczego nie odbierasz ode mnie telefonu? Jeszcze się nie nauczyłaś, że nie można mnie lekceważyć? Zapomniałaś już, co było wczoraj? – słyszę jego podniesionygłos.

‒ Przepraszam, Dominic. Byłam w toalecie i nie mogłam odebrać. Za wczoraj też cię przepraszam. Dobrze wiesz, że wylałam tę kawę przez przypadek.

‒ Nie interesuje mnie, czy to był przypadek czy nie. Masz mnie słuchać i kiedy dzwonię, od razu odbierać. I radzę ci nie kłamać, bo i tak nadajnik powie mi, gdzie jesteś.

‒ Jestem w pracy. Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia ‒ odpowiadamspokojnie.

‒ Kiedy skończysz?

‒ Myślę, że za jakieś trzy godziny.

‒ Przyjadę po ciebie ‒ warczy.

‒ Dzięki, ale nie musisz. Theo mnie odwiezie. ‒ Zanim skończę, już wiem, że moja odpowiedź jestbłędna.

‒ Nie będzie cię odwoził jakiś laluś! – ryczy dosłuchawki.

‒ Ale Domi… – Urywam, kiedy on znowu zaczynakrzyczeć.

‒ Powiedziałem coś! Kim on jest dla ciebie? Zawsze go bronisz. Chyba chcesz oberwać za to, że z nim jeździsz.

‒ Dobrze, wrócę z tobą. Muszę kończyć. – Przerywam tę rozmowę. Wiem, że nie ma ona sensu i że znowu poniosę konsekwencje.

Łzy napływają mi do oczu. Tak bardzo chciałabym być wolna.

Theo jest moim najlepszym przyjacielem, jedynym zresztą. Trzymamy się razem już od podstawówki. Po studiach założyłam swoją firmę, a on został moim wspólnikiem. Zajmujemy się organizacją różnych imprez, takich jak bale charytatywne, przyjęcia biznesowe, wesela, urodziny i wiele innych. Każdy, kto chce mieć udaną imprezę, a nie umie jej zorganizować, przychodzi po pomoc do nas. Zatrudniamy wiele osób, ale to właśnie do naszego duetu napływa najwięcej zgłoszeń.

‒ Znowu płakałaś przez tego dupka?

Pytanie wyrwało mnie z zamyślenia. Nawet się nie spostrzegłam, kiedy Theo wszedł do mojego biura. Stanął, oparł się o futrynę drzwi i założył ręce na piersi. Prezentował się nienagannie. Jego włosy, chociaż w artystycznym nieładzie, wyglądały idealnie. Zawsze miał kłopot, żeby ujarzmić swoje blond loki. Na twarzy nosił lekki zarost, co dodawało mu uroku osobistego, a wszystko dopełniały oczy ‒ tajemnicze, w kolorze głębokiej zieleni. Kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy, to właśnie na nie zwróciłam uwagę. Nigdy nie widziałam człowieka o cieplejszym i bardziej kochającym spojrzeniu.

Dziś Theo był ubrany w czarne jeansy, które dobrze podkreślały każdy mięsień jego nóg, oraz w koszulę tego samego koloru. Mogę śmiało powiedzieć, że stanowił ideał w oczach niejednejdziewczyny.

‒ To nic takiego ‒ odpowiedziałam szybko i otarłam wierzchem dłoni wymykające się spod powiek łzy. W środku czułam palący ból. Nienawidziłam się z całych sił, okłamując Theo. Wczoraj prawie zobaczył siniaka, kiedy w biurowej kuchni sięgałam do szafki po kawę, a moja bluzka podjechała niebezpiecznie w górę. To wszystko to jedno wielkie nieporozumienie. Theo myśli, że nie dogaduję się ze swoim narzeczonym, a prawda jest zupełnie inna. Chciałabym mu o tym wszystkim powiedzieć, ale boję się o jego życie.

‒ Tyle razy ci mówiłem, że powinnaś od niego odejść – stwierdził.

‒ Czy bal, który organizujemy dla pani Henderson, jest już dopięty na ostatni guzik? ‒ Skutecznie zmieniłamtemat.

‒ Tak, nie masz się czym martwić, wszystko jest jużzałatwione.

‒ To dobrze, dziękuję ci, że tego dopilnowałeś.

‒ Nie ma za co. Hope? Jak się czujesz, hmm? Mogę ci jakoś pomóc? ‒ zapytał zatroskany.

‒ Wiesz przecież, że nie. Proszę, nie pytaj mnie o to.

‒ Tym razem ci odpuszczę, ale wiesz, że nie może tak być. Musisz zacząć żyćnormalnie.

Oczywiście, że wiem, ale co mogę zrobić? Boję się o własne życie. Boję się, że on mnie zabije, kiedy tylko będę chciała goopuścić.

Siedzę przy biurku i patrzę przez okno na Nowy Jork. Mam piękny widok z biura ‒ odciąga moje myśli od codzienności. Jeszcze tylko jedno spotkanie i będę mogła iść do domu. O ile miejsce, w którym sypiam i dostaję kolejne ciosy, można nazwać domem. Mam ogromną ochotę tam nie wracać. Tak bardzo chciałabym o wszystkim powiedzieć Theo. Po prostu podejść do niego, pokazać mu swoje rany i poprosić o ratunek. Problem tkwi w tym, że gdybym mu o tym powiedziała, Dominic zemściłby się i na nim, i na mnie. Byłby nawet w stanie go zabić. Nie mogę na to pozwolić, dlatego póki co żyję w nadziei, że pewnego dnia mój los się odmieni. Wierzę, że nabiorę na tyle odwagi, by spakować swoje rzeczy i uciec.

Jestem już gotowa do spotkania. Jedyną rzeczą, która mi przeszkadza, jest ból na wysokości żeber w miejscu siniaka. Pojawił się wczoraj, kiedy niechcący wylałam kawę Dominica. Tak, tym sobie zasłużyłam na bicie. Wydawałoby się to śmieszne, gdyby nie fioletowy, kwitnący, rozlewający się na połowę mojego boku siniak.

‒ Dzień dobry ‒ słyszę nagle.

Podrywam się z fotela, krzywiąc się z bólu, i odpowiadam:

‒ Dzień dobry.

‒ Dobrze się czujesz? Widziałem, że się skrzywiłaś.

O, chyba muszę bardziej uważać. Jak widać, trafił mi się bardzo spostrzegawczyklient.

‒ Tak, tak, wszystko w porządku. Nazywam się Hope Davidson, miło mi cię poznać.

‒ Jestem Charles. Reprezentuję Mansona Harpera.

Zaczęłam się zastanawiać, jak wygląda Manson, skoro jego pracownik prezentuje się tak nienagannie i dobrze. Wysoki, dobrze zbudowany i muszę powiedzieć, że bardzo przystojny. Jego ciemnobrązowe włosy były gładko zaczesane do tyłu, co dodawało mu elegancji. Ubrany był cały na czarno, spodnie i sportowa bluza z kapturem zlewały się w jedno, pod mankietami widoczne byłytatuaże.

‒ Bardzo mi miło, w czym mogę pomóc? ‒ Chciałam szybko przejść do sedna, żeby Dominic nie czekał na mnie zbyt długo.

‒ Pan Harper pragnie zwrócić się do ciebie z prośbą o zorganizowanie balu charytatywnego, który miałby odbyć się za trzy tygodnie. Czy jest to możliwe? Dodam tylko, że mój mocodawca nalegał, abyś to ty zajęła się jego organizacją. Przeczytał artykuł o tobie i wydał mi polecenie, bym nie wracał bez twojej zgody.

‒ Bardzo miło mi to słyszeć, ale niestety nie działam w pojedynkę. Zawsze pracuję z moim wspólnikiem Theo. Mam pracowników, którzy przyjmują samodzielne zlecenia, ja natomiast realizuję zlecenia w duecie. ‒ Byłam zdziwiona tą prośbą. Spotkałam się z czymś takim po raz pierwszy, odkąd działa moja firma.

‒ Pan Harper mówił mi, że tak właśnie może być. Znamy twoją stawkę za organizację imprezy i proponujemy jej potrojenie. Czy nadal to cię nie przekonuje? – Mój gość nie dawał zawygraną.

‒ O czym ty mówisz? Potrójną stawkę? Nie wierzę w to.

Potrójna stawka to mnóstwo pieniędzy. Gdybym przyjęła tę ofertę, mogłabym myśleć o odejściu z domu.

‒ Mam od pana Mansona coś jeszcze. Bardzo proszę.

Patrzyłam, jak mężczyzna siedzący naprzeciwko mnie podaje mi dużą złotą kopertę ze starannie wypisanym na niej moim imieniem. Wzięłam ją do ręki i uważnie obejrzałam z każdej strony. No dobra, Hope, otwórz to, inaczej niczego się nie dowiesz.

Widziałem was razem. Wiem, co on Ci robi, Hope. Przyjmij moje zlecenie na zorganizowanie balu, a będę w stanie Cię uratować. Daję Ci czas na zastanowienie do jutra. Do godziny dwunastej.

Widuję Cię od dawna, Hope. Jesteś taką piękną i delikatną kobietą! Nie mogę znieść myśli, że on Cię krzywdzi. Zastanów się ‒ jeśli się zgodzisz, w końcu będziesz mogła poczuć się bezpiecznie. Bardzo chciałbym zrobić to za Twoją zgodą, ale jeśli tak się nie stanie, to zadziałam i bez niej. Możesz ufać mojemu pracownikowi. Charles jest do Twojej dyspozycji. Proś go, o co tylko chcesz, mnie również. Wiem, że się nie znamy, ale zmienię to. Dziś nie mogłem do Ciebie przyjść, ponieważ zatrzymały mnie obowiązki w pracy. Dołączam swój numer telefonu, ale uważaj. Zostaw tę kartkę w swoim biurze, bo nie chcę, żeby ten gnój znowu zrobił Ci krzywdę. Obiecuję, że już niedługo się spotkamy, a wtedy wszystko Ciwyjaśnię.

Zrobiło mi się słabo. Oczy zaszły mi mgłą, a serce zaczęło bić dużo szybciej. Poczułam, że muszę zażyć powietrza. Jak w amoku wstałam i wyszłam na balkon. Złapałam się barierki i ciężko oddychałam. Jak to się stało i kto się o tym dowiedział? Zawsze przecież ukrywam siniaki i nikomu o niczym nie mówię. W głowie zaczęłam analizować, czy gdzieś w ostatnim czasie nie uniosła mi się bluzka albo nie zmył się makijaż, ale nie byłam w stanie sobie tego przypomnieć.

‒ Hope? Wszystko dobrze? Proszę, odsuń się od barierki, bo wypadniesz ‒ usłyszałam za sobą zatroskanygłos.

‒ Tak, wszystko dobrze, już wracam do środka ‒ odpowiedziałam z trudem.

W tej chwili nic już nie było dobrze, ale musiałam zrobić dobrą minę do złejgry.

‒ Dobrze. Ja już wychodzę. Przemyśl to, co napisał pan Harper. Przyjadę do twojego biura jutro o dwunastej. Proszę, podejmij decyzję.

Wyszedł i zostawił mnie z mętlikiem w głowie. Nie wiem, co mam robić. To wszystko to jakiś totalny absurd. Kto może mnie znać i cokolwiek o mnie wiedzieć? Tak bardzo kusi mnie ta oferta, ale nie mogę kupować kota w worku.

Rozdział 2

Manson Harper

Znowu ją widzę. To już kolejny dzień, kiedy drugą stroną ulicy idzie piękna młoda dziewczyna. Kojarzy mi się z aniołem. Patrzę na nią od tygodni. Kiedy pierwszy raz ją zobaczyłem, dosłownie zaparło mi dech. Jest taka urodziwa. Delikatne rysy twarzy, każdy krok postawiony ze starannością. Była wtedy ubrana w delikatną czarną sukienkę i kontrastujące z nią ciężkie buty. Włosy w kolorze jasny blond opadały jej na plecy puklami, które częściowo spięła czarną kokardą. Uśmiechnięta. Kupuje kawę w kawiarni naprzeciwko i codziennie tą samą drogą idzie do swojego biura.

Bardzo chciałem poznać tę piękną blond dziewczynę. Widywałem ją często z chłopakiem, z którym chodziła po kawę i do firmy. Z moich obserwacji wywnioskowałem, że raczej nie są zbyt blisko. Dwukrotnie poczułem się zaniepokojony. Pierwszy raz, kiedy zobaczyłem ją smutną. Chyba nawet płakała, niestety nie mogłem tego dostrzec z odległości, w której się znajdowałem. Głowę miała spuszczoną i była bardzo blada. Zauważyłem również, że przesadnie poprawia swoje ubranie, kiedy idzie. Rozglądała się wokół siebie, jakby czegoś lub kogoś się bała. Dwa dni później dowiedziałem się, co, a raczej kto był źródłem jej strachu. Szła z facetem, ale już zupełnie innym. Przy tym widać było, że czuła się źle. Była spięta, głowę miała zwieszoną i nikła w oczach. Pozwoliłem sobie tego dnia wyjść z kawiarni i pójść kawałek za nimi. Zobaczyłem, jak facet szarpie ją za ramię i na nią krzyczy. Miałem ochotę zareagować, już ruszyłem w jej stronę, ale mój ochroniarz i prawa ręka, Charles, mnie powstrzymał.

‒ Nie możesz tego zrobić, zostaw ich – powiedział, wyczuwając mojezamiary.

‒ Dlaczego nie?! Zobacz, jak on ją traktuje! Co za gnój! – wykrzyknąłem, a wściekłość wylewała się z całego mojegociała.

‒ Szefie, rozumiem twoje wzburzenie, ale nie możesz.

‒ Kurwa, Charles, po co za mną przyszedłeś?! – Jak on mógł być taki spokojny akurat w takiejchwili?

‒ Jestem twoim ochroniarzem, takie mam zadanie. Poza tym dobrze wiemy, jak to by się skończyło – usłyszałem bardzo konkretną i niestety prawdziwąodpowiedź.

‒ O czym ty do mnie mówisz? – zapytałem.

‒ Manson, pomyśl chwilę trzeźwo. Przypomnij sobie najważniejszą zasadę twojego świata. Kiedy pomożesz jakiejś kobiecie albo się w niej zakochasz, automatycznie należy ona do ciebie. Chcesz ją wciągać w niebezpieczeństwo? Dobrze wiesz, że masz wrogów i żeby dobrać się do ciebie, zrobią jej krzywdę. – Kolejny punkt dla Charlesa za trafnąuwagę.

‒ Chcę tego – twardo obstawałem przyswoim.

‒ Wciągniesz ją w większe bagno niż to, w którym jest teraz. Jesteś samolubny. – Charles, mój głos rozsądku, usiłował mnie odwieść od zrobienia czegośgłupiego.

‒ Nie wiesz, kurwa, co on jej robi, kiedy nie są w miejscu publicznym.

‒ A ty wiesz, co robi, kiedy są w domu? Pomyśl trochę.

‒ Już pomyślałem. Muszę jej pomóc. Nie pozwolę, żeby ta świnia dalej ją tak traktowała.

Musiałem działać. Gdyby nie to, że nie byłem sam, już dawno ciało tego typa leżałoby w najbliższym zaułku.

‒ A twoi wrogowie? Co z nimi? Pomyślałeś o tym?

‒ Będziesz miał dodatkową osobę do ochrony i radzę ci, byś znalazł sobie pomocnika. – Byłem zdesperowany. Wiedziałem, że tak tego nie zostawię.

‒ Jak niby chcesz do niej dotrzeć?

‒ Tym się nie martw. Mam już plan, a ty mi pomożesz w jegorealizacji.

Wiedziałem, jak to zrobić. Wejdę do jej świata tak szybko, że nawet sama tego niezauważy.

Rozdział 3

Hope

Po wyjściu Charlesa jakoś nie mogę dojść do siebie. To, co dzieje się teraz w mojej głowie, jest nie do opisania. Jak ktokolwiek mógł coś zauważyć? Zawsze staram się pilnować. Makijaż robię nienaganny, a ubranie dobieram tak, aby nic nie było widać. Miałam wrażenie, że robię to dobrze. Każdy siniak, każde zadrapanie jest starannie chowane i zamalowywane. Co teraz będzie? Jeśli się zgodzę na propozycję pana Harpera, moje życie może zamienić się w jeszcze gorsze piekło niż teraz. Z drugiej strony chciałabym się poczuć wolna i bezpieczna. Chciałabym wrócić sama do domu, pójść po zakupy i umówić się na lunch z Theo bez strachu o niego i o siebie.

Skończyłam spotkanie z Charlesem, więc to oznacza tylko jedno ‒ powrót do domu. Oby było lepiej niż wczoraj. Siedzę zapatrzona w ścianę, kiedy dzwoni mój telefon. Na wyświetlaczu widzę imię Dominica. Mam świadomość tego, że jeśli zaraz nie odbiorę, czeka mnie w domukara.

‒ Halo?

‒ Jestem już na miejscu, schodź do auta. ‒ Jak zawsze zimny i rozkazującyton…

‒ Tak, jużidę.

Następne czynności wykonuję bardzo szybko i automatycznie. Czuję się źle, jakby ktoś zrobił mi w sercu ogromną dziurę. Na usta nakładam swój zwykły codzienny uśmiech i idę na dół do głównego wyjścia. Dominic zawsze się tu zatrzymuje, żeby każdy widział, jaki z niego wzorowy narzeczony, który odwozi do pracy i zabiera swoją ukochaną do domu, troszczy się o nią, a nawet czasem przynosi obiady do biura. Nikt natomiast nie wie, jaką skrywa drugą twarz. Tak naprawdę wystarczy tylko zapalnik. Jeden fałszywy ruch albo słowo, a on wybucha i nic nie jest w stanie gopowstrzymać.

‒ Dzięki wszystkim za dzisiejszy dzień i za ogrom włożonej pracy. Do zobaczenia jutro! – żegnam się i wychodzę nazewnątrz.

‒ Cześć, kochanie. Jesteś blada! Dobrze się czujesz? Co ci jest? ‒ To troska? Chyba musiałam pomylić auto i faceta.

‒ Cześć, Dominic. Wszystko jest dobrze. Może czuję się dzisiaj trochę gorzej, ale to nicgroźnego.

‒ Jadłaś coś?

‒ Mało. Miałam bardzo dużo pracy. ‒ To akurat była prawda. Miałam naprawdę zabieganydzień.

‒ Codziennie ci powtarzam, że powinnaś zamknąć tę firmę i przenieść się do mojej pracy. Moglibyśmy spędzać dużo więcej czasu ze sobą i miałbym cię na oku. ‒ Za każdym razem słyszę to samo. Dominic ciągle mi wypomina, że mam cośswojego.

‒ Dom, mówiłam ci już, że nie zrezygnuję z firmy, bo ona daje mi szczęście. ‒ Znowu się zaczyna. Muszę się tłumaczyć, usprawiedliwiać i uważać na każde moje słowo, jeśli jutro nie chcę zakładać golfu i dokładać kolejnej warstwymakijażu.

‒ Jak sobie chcesz, ale pożałujesz tego. ‒ Koniec z miłymnarzeczonym.

Tak bardzo chciałabym powiedzieć, że jedyną rzeczą, której żałuję, jest związek z nim. Bardzo się cieszę, kiedy po powrocie do domu Dominic mówi mi, że musi jeszcze dzisiaj wrócić do pracy, a potem jedzie do swojego kumpla i wróci późno w nocy. Bardzo mnie to uszczęśliwia. Kiedy wychodzi z domu, robię sobie obiad, biorę go z kuchni i idę do sypialni. Z tyłu głowy ciągle mam dzisiejszą wiadomość. Kim jest Manson Harper i czemu tak bardzo chce mi pomóc? Odpalam komputer i wpisuję jego imię i nazwisko w wyszukiwarkę. Znalazłam dwie informacje. Pierwszą, że Manson prowadzi fundację charytatywną, która pomaga rodzinom i dzieciakom spełniać swoje marzenia. Opłacają im studia, wysyłają na wakacje, ferie i różne kursy ułatwiające znalezienie pracy. Nie powiem, bardzo wzruszyło mnie to, co zobaczyłam. Przekopując informacje, dotarłam do artykułu sprzed dwóch lat. Dotyczył on podejrzeń wobec Mansona o udział w nielegalnych interesach. A potem… Potem natrafiłam na jedyne zdjęcie mężczyzny z balu charytatywnego jego fundacji. Zaparło mi dech w piersiach. Powiedzieć, że jest przystojny, to zbyt mało. On jest po prostu nieziemski. Na fotografii stał przy ściance na czerwonym dywanie, w czarnym garniturze i takiej samej koszuli. Wysoki i umięśniony, spod kołnierza koszuli wyłaniały się tatuaże, tak samo jak spod mankietów. Skomplikowane wzory plątały się w cienkie i grube linie. Włosy czarne, średniej długości, w nieładzie ‒ przynajmniej takie sprawiały wrażenie. A jego oczy… Oczy miał lodowatoniebieskie. Nie wiem, ile czasu w nie patrzyłam, ale kiedy dotarło do mnie, co robię, byłam zdrętwiała od siedzenia w jednej pozycji przy komputerze. Ten człowiek miał niesamowite spojrzenie. A cały był po prostuprzystojny.

Tej nocy prawie nie zmrużyłam oczu. Niestety, nie dlatego, że mój facet był u swojego kumpla, ale dlatego, że gdy tylko je zamykałam, pojawiał się przed nimi Manson. Widziałam jego lodowate oczy… Wyglądał na człowieka, który nie znosi sprzeciwu i twardo stąpa po ziemi. W myślach powracałam do jego listu. Z jednej strony wydaje się trudnym i szorstkim facetem, a z drugiej jest taki ciepły i delikatny…

Kiedy jedna myśl opuszcza moją głowę, pojawia się następna. Dlaczego ja? Dlaczego to właśnie mnie wybrał? Nie jestem nikim szczególnym, a jednak odezwał się do mnie i proponuje mi pomoc. Moja nadzieja na lepsze jutro, moje słodkieukojenie.

Przemyślenia przerywa zgrzyt klucza w drzwiach wejściowych. Szybko obracam się tak, aby nie patrzeć na Dominica, i udaję, że śpię. Materac za moimi plecami się ugina, a kilka minut potem słyszę, że mój oprawca oddycha spokojnie i miarowo. Śpi.

Rano dzwoni budzik ‒ to znak, żeby wstawać do pracy. Szybko i w ciszy schodzę z łóżka i idę pod prysznic. W kuchni rozlega się odgłos ekspresu do kawy i unosi się jej zapach. Wyglądam za okno i widzę szczęśliwych ludzi. Rodziny z dziećmi, zakochane pary. Słońce jest już wysoko, mimo wczesnej pory. Moje myśli znowu uciekają do Mansona. Jego silne ręce, tatuaże, oczy… Z zamyślenia wyrywa mnie dotyk ramion oplatających mojątalię.

‒ Cześć, skarbie, czemu mnie nie obudziłaś? ‒ pyta dziwnie spokojnyDominic.

‒ Późno wróciłeś, nie chciałam ci przeszkadzać ‒ odpowiadam zgodnie z prawdą.

‒ Przecież zawożę cię do pracy, zapomniałaś? ‒ W jego głosie wyczuwamzdenerwowanie.

‒ Nie, nie zapomniałam, po prostu pomyślałam sobie, że dzisiaj pojadę swoimautem.

‒ Wczoraj źle się czułaś, mogłabyś spowodowaćwypadek.

‒ Mogę zadzwonić po taksówkę albo po Theo. ‒ Właśnie popełniłam kolejnybłąd…

‒ Ile razy mam ci mówić, że ten kretyn ma się do ciebie nie zbliżać?! Toleruję go tylko dlatego, że jest twoim wspólnikiem, co dla mnie jest chore. Nie będziesz się z nim spotykać poza pracą i nie chcę widzieć, że cię odwozi do domu albo zabiera do pracy. ‒ Ton Dominica przyprawia mnie o szybsze bicieserca.

‒ Chore to jest twoje zachowanie, Dominic. ‒ Już wiedziałam, że to nie skończy się dla mniedobrze…

Złapał mnie za nadgarstki i ścisnął tak mocno, że odebrało mi czucie. Popchnął mnie na ścianę, a ja poleciałam na nią jak szmaciana lalka. Pociemniało mi w oczach. Tuż po uderzeniu poczułam pieczenie pod powiekami i słony smakłez.

‒ Jeszcze raz się tak do mnie odezwiesz, a źle skończysz. Radzę ci się nie sprzeciwiać, jeśli chcesz, żeby twoja buźka nadal wyglądała jak teraz ‒ syknąłwściekły.

‒ Rozumiem, przepraszam ‒ powiedziałam, chociaż mój wewnętrzny głos krzyczał: „JAKIE PRZEPRASZAM, KRETYNKO! TO ON CIĘ UDERZYŁ! TO ON UDERZYŁ TOBĄ O ŚCIANĘ, A TY GO JESZCZEPRZEPRASZASZ?!”.

Tak, wiem, ale to jedyny sposób, by wszystko wróciło do normy przynajmniej na jakiśczas.

‒ Kochanie, idź i przygotuj się do wyjścia. Za chwilę wyjeżdżamy. ‒ Następuje zmiana frontu. Oczywiście jak zawsze po awanturze, którą wcześniejwywołał.

‒ Dobrze.

Idę na górę i po cichu płaczę. Nie chcę, żeby mnie słyszał. Wchodzę do garderoby i przeglądam swoje ubrania. Wiem, że muszę wybrać coś z długimi rękawami, bo moje nadgarstki robią się fioletowe.

Przechadzam się między wieszakami i staram się wybrać coś odpowiedniego. Z jednego z ramiączek zdejmuję czarne woskowane dopasowane spodnie, top w takim samym kolorze i marynarkę. Jedną z moich ulubionych. Jest zapinana na zakładkę i do tego ma duże złote guziki. Lubię ją nie dlatego, że jest ładna, ale dlatego, że ma dobrze dopasowane rękawy, które nie podnoszą się zbytnio do góry. Robię delikatny makijaż, taki, który przykryje moje cienie pod oczami i odwróci uwagę od zapłakanych oczu. Włosy zaczesuję do tyłu i zbieram delikatnie po obu stronach. Na koniec wpinam w nie małą czarną kokardę. Na nogi wkładam ciężkie czarne buty i jestem gotowa do wyjścia dokładnie wtedy, kiedy Dominic mnie woła. Zerkam ostatni raz do lustra, biorę torebkę i schodzę na dół. Cóż, niech się dzieje, co chce. Dziś postaram się zdać na los.

Rozdział 4

Manson

Wiem, że Charles przekazał Hope mój list. Mam nadzieję i liczę na to, że ona pozwoli mi sobie pomóc. Ciągle mam w głowie jej obraz. Czy to możliwe zakochać się w dziewczynie, którą widuje się prawie codziennie po drugiej stronie ulicy? Jeśli tak, to właśnie to zrobiłem. Nie mogę skupić się na pracy. Mam zobowiązania i liczne kontrakty, konkurencja, która chce mi zaszkodzić, zagląda mi przez ramię, a ja myślę o niej.

‒ Szefie, transport jest gotowy. ‒ Z zamyślenia wyrywa mnie głos mojegopracownika.

‒ Dzięki, Alex. Zapakowaliście wszystko? Niczego niebrakuje?

‒ Jest wszystko. Osobiście sprawdziłem załadunek dwarazy.

‒ Dzięki. Na dziś masz wolne, możesz wracać dodomu.

‒ Super, szefie. Dojutra.

Upewniam się, że zostałem sam, i wybieram numerCharlesa.

‒ Charles? Mam dla ciebie zadanie. ‒ Na niego zawsze mogęliczyć…

‒ Tak, szefie?

‒ Znajdź mi najbardziej zaufanych i wyszkolonychochroniarzy.

‒ Co? Czyżbyś chciał mniezwolnić?

‒ Nic z tych rzeczy, o to nie musisz się martwić. Znajdź ich i przyprowadź do mojego biura jeszczedziś.

‒ Będę zagodzinę.

I to mi się w Charlesie podoba. Jest u mnie od kilku lat ‒ to najbardziej lojalny i oddany pracownik. Poprosiłem go o znalezienie dwóch chłopaków do ochrony Hope. Muszę o nią zadbać, chociażby na odległość. Jestem gotów zapłacić każdą cenę, by zapewnić jej bezpieczeństwo. Na tę chwilę nie mogę się do niej zbliżyć, bo ten świr wykorzysta to przeciwko niej. I tak mam wyrzuty sumienia, że nie zareagowałem wcześniej. Kiedy Charles powiedział mi, że podczas jego wizyty miała zapuchnięte oczy i krzywiła się z bólu, miałem ochotę rozpierdolić tamtego gnoja na kawałki. Codziennie walczę z tą chęcią, ale muszę jeszczezaczekać.

Jakim trzeba być potworem, żeby znęcać się tak nad drugim człowiekiem? Z drugiej strony… kto to mówi. Gość, który rozprowadza nielegalnie broń po całym kraju i radzi sobie z takimi typami w mniej humanitarny sposób niż pójście na policję. Moją przykrywką jest prężnie działająca fundacja charytatywna. Tak naprawdę dochód przynosi mi mój ciemny interes i mogę dzięki niemu pozwolić sobie na wszystkie wygody, jakie tylko chcę. Fundacja zaś pomaga innym i właśnie w tym celu zwróciłem się do Hope. Organizuję z ramienia fundacji bale i inne imprezy. Frekwencja na nich jest ponadprzeciętna, a i zyski spore. Tym razem jednak nie chodzi mi o zysk, a o wyrwanie Hope z rąk tego psychola.

‒ Szefie, przyprowadziłem chłopaków. To jest Aiden, a to Dante ‒ powiedział zadowolony z siebieCharles.

‒ Dziękuję, Charles. Jesteście mi potrzebni, jak już się domyślacie, doochrony.

‒ Do ochrony? Przecież masz już ochronę ‒ zapytał skołowany Charles. ‒ Jeśli nie wypełniam dobrze swoich obowiązków, to po prostu mipowiedz.

‒ Charles, tu nie chodzi ani o ciebie, ani o mnie. Musicie chronić Hope ‒ pospieszyłem z wyjaśnieniami.

‒ Aaa, trzeba było tak od razu ‒ odparł wyraźnieuspokojony.

‒ Dzięki za entuzjazm, Charles. Więc tak, Aiden, Dante, żebyście mieli jasność. Hope to delikatna dziewczyna, nad którą znęca się jej facet. Załatwiłbym go inaczej, ale na razie nie mogę się do niej zbliżyć. Do waszych obowiązków będzie należało pilnowanie jej, reagowanie w każdej niepokojącej was sytuacji i zdawanie mi codziennego raportu. No i najważniejsze. Jeśli zobaczycie, że ten śmieć ją szarpie albo co gorsza bije, interweniujecie natychmiast. Pozwalam wam się z nim pobawić i niekoniecznie musi z tego wyjść żywy, zrozumiano?

‒ Tak, szefie, może być szef spokojny. Hope będzie pilnowana najlepiej, jakpotrafimy.

‒ To dobrze. Zaczynacie od jutra i zero spóźnień. Macie tutaj zdjęcie Hope i dupka. Możecie wracać dodomu.

Gdy nowi ochroniarze wyszli, Charles zadał mipytanie:

‒ Manson, masz pewność, że to dobrypomysł?

‒ A co w nim złego, Charles? – Byłemzdziwiony.

‒ Możesz jej zaszkodzić. Obaj wiemy, jak to się skończy, kiedy ten jej facet się zorientuje, co jest narzeczy.

‒ Słuchaj… od tego są chłopcy, żeby nic jej się nie stało. Dobrze wiesz, że nie odpuszczę. Nie pozwolę, żeby ktoś robił jej krzywdę. Sam będę jąchronić.

‒ Skoro tak uważasz, to niech tak będzie. Jadę na razie dodomu.

Działam na autopilocie. Zabieram rzeczy i wracam do domu. Jadę ulicami Nowego Jorku z pamięci. Nie zwracam uwagi na światła i znaki. Moje myśli wybiegają tylko do Hope. Co robi? Czy już śpi? Jak się czuje? Czy dzisiaj miała szczęście i jej nieuderzył?

Wchodzę do domu, robię drinka i siadam w fotelu. Jest tu tak pusto. Zaczynam sobie wyobrażać, jak by to było, gdyby mieszkała tu Hope. Czy zmieniłaby wystrój? Byłoby jej wszędzie pełno? Pachniałoby jej perfumami? A może byłaby spokojna i nie chciała zaburzyć tego, co zrobiłem sam? Patrzę na zegarek. Północ. Idę pod prysznic, a stamtąd do łóżka. Biorę telefon z szafki nocnej i wpisuję w przeglądarce imię i nazwisko Hope. Znajduję kilka artykułów o niej, jej firmie i coś, czego szukałem. Jej zdjęcie. Patrzę na nią całą. Jest taka piękna. Moją uwagę przyciągają jej oczy. Piękne, duże i smutne. Widać w nich jej zbolałe serce. Na jednym zdjęciu jest z nim. Niby wyglądają jak idealna zakochana para, ale ja widzę co innego. Jej ciało jest spięte, a uśmiech wymuszony. Oczy wołają o pomoc. W głowie układam wszystkie scenariusze. Spokojnie, Hope. Pomoc nadchodzi, wytrzymaj jeszczetrochę.

Dziś budzę się dużo przed budzikiem. To ten dzień, kiedy osobiście spotkam się z Hope. Wiem, miałem zostawić wszystko w rękach Charlesa, ale nie dam rady. Jest to dla mnie zbyt ważne. Ona jest dla mnie zbyt ważna, żebym mógł odpuścić. Nigdy nie myślałem, że mógłbym zakochać się w kobiecie, którą widuję tylko przez okno kawiarni i nawet nie słyszę jej głosu.

Wszystko we mnie buzuje. Nie mogę znieść myśli, że Hope leży teraz w łóżku z tym śmieciem. Boże, tak bardzo chciałbym zabrać ją do siebie. Dziś muszę ją przekonać do swojego pomysłu. Pomogę jej za jej zgodą lub bez niej. Nawet jeśli nie miałaby ze mną być. Uwolnię ją od niego.

‒ Halo, szefie? ‒ Słyszę w słuchawce zaniepokojony głos jednego z moichpracowników.

‒ Tak?

‒ Mamy mały problem. Możesz do nasprzyjechać?

‒ Jaki macie, kurwa, problem o czwartej nad ranem, do cholery?! ‒ warczę dosłuchawki.

‒ Dostawa broni, która miała dzisiaj dotrzeć, przyjechała, aleniepełna.

‒ Sprawdziłeś todokładnie?

‒ Szefie, inaczej bym do ciebie niedzwonił.

‒ Kurwa, zaraz u was będę. Nie dotykać niczego i czekać namnie.

Po tych słowach rozłączam się od razu. Jestem wściekły, że muszę tam jechać. Czy oni nigdy nie mogą poradzić sobie sami? Ten dzień miał wyglądać zupełnie inaczej. Jednak nie mogę pozwolić sobie na opóźnienia z dostawą. Jeśli chociaż raz zawiodę klientów, moja pozycja w biznesie osłabnie. Na to już w ogóle nie mogę sobie pozwolić. Jestem za bardzo szanowany, a dzięki temu nietykalny. Ma to niestety swoje minusy. Są osoby, które chcą mnie wykopać z rynku i przejąć moje miejsce. Zrobią w związku z tym wszystko. Boję się, że będą chciały dotrzeć do mnie przez Hope. Wiem natomiast jedno. Nigdy nie pozwolę jej skrzywdzić. Wystarczy już, że patrzę na to, jak jest traktowanateraz.

Wstaję z łóżka, zbieram swoje rzeczy, ubieram się i jadę na miejsce dostawy. Czeka mnie piętnaście minut drogi, którą pokonuję w ciszy.

‒ Mówcie jeszcze raz, konkretnie, co się nie zgadza. ‒ Jestem wkurwiony całą sytuacją. Dlaczego to wszystko musi dziać się akuratteraz?

‒ Szefie, nie mamy połowydostawy.

‒ Jakieś pomysły, gdzie ona możebyć?

‒ Sprawdziliśmy wszystko, szefie, cztery razy. Nie mamy pojęcia, gdzie może być druga połowa. ‒ Zdenerwowanie bierze górę. Nie dziwi mnie to. Moi ludzie wiedzą, do czego jestemzdolny.

‒ Czy ja pracuję z bandą debili? Rozdzielcie się i szukajcie jeszcze raz! To nie są lizaki, do kurwy. Nie mam całego dnia wolnego, żeby tu z wami siedzieć i was pilnować. Doroboty!

Sam zabieram się do pracy i przeszukuję okolicę. Spieszę się. Muszę zdążyć do firmy Hope. Przeszedłem już prawie cały plac, gdy w pewnym momencie widzę za drzewami swoją ciężarówkę. Jestem zdziwiony, bo mamy przecież garaż, w którym auta powinny być zaparkowane. Podchodzę do samochodu i… Nie wierzę własnym oczom. W kabinie jeden z moich pracowników śpi w najlepsze!

‒ Adam! Co tu, do cholery jasnej, robisz?! ‒ krzyczę.

‒ Szefie? A co szef tu robi? ‒ mówi Adam średnio przytomnym i zaspanymgłosem.

‒ To ja się pytam, co ty tu robisz? Czemu śpisz w ciężarówce? I co masz na pace? Otwieraj!

‒ Szefie, spokojnie. Mam drugą część dzisiejszejdostawy.

‒ Maszwszystko?

‒ Właśnie o tymmówię.

Niech mnie ktoś powstrzyma, bo wybiję wszystkich swoich pracowników i zwolnią mi się etaty! Złapałem się za głowę. Tego było już zbytwiele.

‒ Chcesz mi powiedzieć, że masz na pace drugą część dostawy i sobie smacznie śpisz, podczas gdy Alex ściąga mnie z łóżka o czwartej rano?! Kurwa, dlaczego ty w ogóle tu śpisz, co?

‒ Szefie, przepraszam, ale moje dziecko płakało całą poprzednią noc. Nie zmrużyłem wtedy oka. Byłem wykończony. Pomyślałem, że jak na chwilę przymknę oczy, to nic się złego nie stanie ‒ tłumaczy sięzdenerwowany.

‒ Kurwa, Adam, masz szczęście, że lubię twojego dzieciaka. W tej chwili wjeżdżaj do garażu i powiedz chłopakom, że wszystko się zgadza. Ja jadę do domu, a wy macie do mnie nie dzwonić, chyba że będzie się walić i palić, ale najpierw niech ten pożar ugaszą, a potem dzwonią, jasne?

‒ Tak, szefie, przepraszam jeszcze raz i dziękuję.

Czasem myślę, że pracuję z bezmózgami, ale mogło być gorzej. Muszę teraz wrócić do domu i przygotować się dospotkania.

Rozdział 5

Hope

‒ Cześć wszystkim! ‒ wołam, wchodząc do firmy. Dzisiaj jestemwcześ-niej, ponieważ nie zatrzymywałam się po kawę. Chcę iść po nią sama albo z Theo. Nie chcę, aby Dominic ingerował w jedyną rzecz, którą robię sama bez niego. ‒ Saro, czy jest Theo? Mówił, że chce ze mnąporozmawiać.

‒ Tak jest, już go do ciebiewołam.

‒ Dzięki. ‒ Posyłam krótki uśmiech naszej sekretarce i szybko wchodzę do swojegobiura.

‒ Cześć, Hope. Chciałem porozmawiać o twoim samodzielnym projekcie – mówi mój przyjaciel, wchodząc dogabinetu.

‒ Cześć, Theo. Co takiego cię w nimniepokoi?

‒ Niepokoi mnie twój wygląd po dzisiejszej nocy, a ten projekt po prostu mnie ciekawi, bo nad wszystkim pracujemy razem i trochę zdziwiło mnie to, że przyjęłaś coś sama. ‒ Faktycznie, źle mogło to wyglądać w oczach mojegowspólnika.

‒ Mnie też jest miło cię widzieć, Theo. Ty jak zwykle wyglądasz nienagannie w swojej klasycznej czarnej koszuli. Fryzurę też masz idealnie ułożoną ‒ odpowiadam z nutą złośliwości w głosie.

Tak naprawdę każda część ciała krzyczała we mnie, żebym powiedziała mu, co się ze mną dzieje. Bym poprosiła go, żeby mnie do siebiezabrał.

‒ Hope… Dobrze wiesz, co mam na myśli. Martwię się o ciebie jako twój przyjaciel. Od dłuższego czasu widzę, że coś jest nie tak, a ty mi nie chcesz o niczym powiedzieć. Coś ukrywasz i jest ci z tym ciężko. Martwię się, że możesz sobie nie poradzić z tym projektem sama. To duża impreza. Pozwól sobie pomóc. ‒ Jego zatroskany ton i wyraz twarzy budzą we mnie jeszcze większe rozterki. Może faktycznie powinnam mu o wszystkimpowiedzieć?

‒ Wszystko jest dobrze, nie traktuj mnie jak małego dziecka. Wzięłam ten projekt sama, ponieważ Harper tak chciał. Znalazł jakiś artykuł o mnie, przeczytał go i powiedział, bym to ja zajęła się organizacją imprezy dla jego fundacji. ‒ Mówiąc to, wstaję zza biurka, podchodzę do stolika obok, żeby nalać sobie kawy, i… dzieje się najgorsze. Rękawy mojej marynarki podwijają się niebezpiecznie wysoko, a Theo z sykiem wciągapowietrze.

‒ Boże, Hope! Czy on ci to zrobił? Pokaż mi ręce ‒ rzuca jednym tchem i idzie szybko w mojąstronę.

‒ Theo, to nic takiego. Nic się nie stało, naprawdę.

‒ No jasne. On cię bije! Dlaczego ja, głupi, wcześniej tego nie zauważyłem! Zabieram cię dziś po pracy do siebie. Już więcej nic ci nie zrobi. ‒ Słyszę w jego głosie wyrzuty sumienia, których tak naprawdę nie powinien mieć. To nie on jest wszystkiemuwinien.

‒ Theo, posłuchaj, to nic takiego. Dam sobie radę, a ty… Po prostu się w to nie wtrącaj. Nie chcę, żeby coś ci się stało. ‒ Mam nadzieję, że zdołam się jakoś z tegowykręcić.

‒ O czym ty, do cholery, mówisz? ‒ Theo podnosi głos, a to nie może skończyć siędobrze.

Serce zaczyna mi bić coraz szybciej, dłonie pocą się tak, że kubek, który trzymam, wyślizguje mi się z rąk. Osuwam się na podłogę i nie mogę złapać oddechu. Wszystko wokół mnie się rozmywa, a ja mam wrażenie, że zapadam się w czarnąotchłań.

‒ Hope? Co się dzieje? Mów do mnie. Jak mogę ci pomóc? ‒ Czyżby Theo panikował? Przecież to się nie zdarza.

‒ Ja… ja nie wiem… ‒ dukam z trudem.

‒ Ciii, oddychajspokojnie.

‒ Tak bardzo cię przepraszam, nie chciałam cię zdenerwować. ‒ Zaczynam przepraszać. Ten wyrobiony nawyk nie opuszcza mnie nawet w takichsytuacjach.

‒ Nie zdenerwowałaś mnie. Popatrz na mnie. Hope? Patrz na mnie, jestem tu z tobą i nic się nie dzieje. Spróbuj wstać, dobrze?

Wsłuchuję się w spokojny głos Theo i trzymam się go jak liny. Powoli zaczynam się podnosić. Zachwiałam się na nogach, ale mój przyjaciel złapał mnie i mocnoprzytulił.

‒ Hope? Już ci lepiej? Usiądź, a ja przyniosę ciwodę.

Powoli zaczynam wracać do rzeczywistości. Automatycznie wykonuję polecenia i przestaję się wzbraniać. To już. Właśnie dzisiaj moja największa tajemnica się wydała.

‒ Proszę, napij się. Zaraz doprowadzimy cię doporządku.

‒ Dziękuję ci bardzo, jesteś kochany, ale naprawdę dam sobieradę.

‒ Nie, Hope, nie dasz sobie rady. Przepraszam, ale nie zostawię tak tego.

Boże, proszę, tylko nie to. Teraz będę też bała się o jegożycie.

‒ Pokażesz mi swoje ręce? ‒ Pytanie Theo wyrywa mnie z zamyślenia.

‒ Ręce? ‒ dziwię się. ‒ Ale po co mam ci je pokazywać? Chyba wszystko jużwidziałeś.

‒ Skoro się wzbraniasz, zrobię tosam.

Theo odsuwa rękawy mojej marynarki i przygląda się siniakom. Dotyka mnie delikatnie, jakby się bał, że mogę się rozpaść nakawałki.

‒ Nie wygląda to najlepiej ‒ mówizatroskany.

‒ Za kilka dni będzie dobrze, jestem już przyzwyczajona. Proszę, Theo, czy możesz już wyjść? Zaraz mam spotkanie i chciałabym się do niegoprzygotować.

‒ Może je odwołasz, co? Chciałbym z tobą porozmawiać. Dobrze wiesz, że nie pozbędziesz się mnie takłatwo.

‒ Dobrze. Obiecuję ci, że wrócimy do tematu, ale teraz zostaw mnie samą, w porządku? ‒ Doceniłam jego troskę, ale w tej chwili potrzebowałam odrobiny oddechu.

‒ Okej, ale gdyby coś było nie tak, wołaj, a zaraz przyjdę.

Drzwi za Theo się zamykają, a ja zostaję sama. Wyjmuję swoją kosmetyczkę z szuflady biurka i idę do łazienki. Muszę poprawić makijaż i jakoś się ogarnąć. Zaraz zjawi się Charles, a ja nie chcę wzbudzić podejrzeń swoim wyglądem. To, że ktoś poznał dziś mój sekret, to i tak zbyt wiele jak dlamnie.

Tak bardzo chciałam o wszystkim powiedzieć Theo, ale wizja przyszłości mnie przerasta. Moje życie pewnie się zmieni, a ja nie wiem, czy jestem na togotowa.

Rozdział 6

Hope

Pół godziny spędziłam w łazience na poprawianiu makijażu i doprowadzaniu się do względnego porządku. Nie sądziłam, że będę się tak czuć, kiedy ktoś dowie się o moim sekrecie. W ogóle to do mnie nie dociera. Tak naprawdę wystarczy tylko jedno moje słowo, a Theo zabierze mnie dzisiaj do domu. Do swojego domu, gdzie będę miała ciszę i spokój. Boże, jak ja tego pragnę. Nie mogę natomiast być egoistką i się na to zgodzić. Muszę też pomyśleć o nim. Biorę pod uwagę to, że Dominic może wyrządzić mu krzywdę. Skoro robi to mnie, osobie, którą, jak twierdzi, kocha, nie zawaha się tego zrobić pierwszemu lepszemufacetowi.

Siadam w swoim fotelu i wyglądam przez okno. Widzę pół Nowego Jorku, ale pogoda jest dzisiaj smutna. Ulewa przybiera na sile, podczas gdy mnie sił z każdą minutą i oddechem ubywa. Zastanawiam się, jak to jest żyć u boku kogoś, kto jest w stanie obdarować cię całym swoim sercem i zrobić dla ciebie wszystko. Wydaje się to czystą abstrakcją.

Wstaję zza biurka i chodzę po pomieszczeniu. Podlewam kwiaty, które ostatnio zaniedbałam. Przestawiam zdobyte nagrody. Kilka ich mam, ale nawet one mnie już nie cieszą. Ustawiłam je na dużej komodzie, która stoi tuż obok wejścia do mojego biura. Próbuję zabić czas przed przyjściem Charlesa. Nadal nie mam dla niego konkretnej odpowiedzi. Wiem na pewno, że przyjmę to zlecenie, bo daje mi dużą szansę na to, abym mogła stanąć na nogach, ale nie wiem, czy zgodzę się na pomoc. Tak naprawdę nie znam ani Charlesa, ani Mansona. Charlesa widziałam raz i oczywiście wzbudził we mnie odrobinę zaufania, ale Manson… Cóż, jego nie znam wcale. Widziałam tylko jedno zdjęcie i przeczytałam kilka artykułów o nim w internecie. Wiem mniej więcej, czym się zajmuje, i to tyle. Jest jednak coś, co zwróciło moją uwagę w trakcie przeglądania zdjęć, na których on widnieje. Oczy. Są tak niebieskie, a przy tym tak zimne, że masz wrażenie, jakby wwiercały ci się w głąb duszy. Ciekawe, jak by to było popatrzeć w nie z bliska?

Rozmyślania i przechadzki po biurze przerywa mi telefon z recepcji.

‒ Tak, Saro?

‒ Przepraszam, że przeszkadzam, Hope, ale przyszedłCharles.

‒ Nic się nie stało, Saro. Byliśmy umówieni, proszę, wpuśćgo.

No i stało się. Zaraz moje życie zmieni się o sto osiemdziesiąt stopni. Siadam za biurkiem, próbuję uspokoić oddech i drżenie rąk. W ostatniej chwili przed otwarciem drzwi poprawiam jeszcze rękawy marynarki i czekam.

‒ Dzień dobry, Hope ‒ słyszę głos Charlesa. Ale zanim zdołam odpowiedzieć, nagle odzywa się ktośinny:

‒ Witaj, Hope.

Witaj, Hope. Tyle wystarczyło, żebym rozpadła się na tysiące kawałków. Jest… piękny! Nie umiem go inaczej opisać. Na żywo wygląda jeszcze lepiej niż na zdjęciu. Przyszedł ubrany w czarne dopasowane spodnie jeansowe oraz buty i bluzę w tym samym kolorze. Pod rękawami bluzy widoczne są czarne tatuaże tworzące nieznaną mi plątaninę gałęzi. Włosy ma rozwichrzone, jakby stał na wietrze, co dodaje mu uroku. I te oczy! Lodowate i wpatrzone prosto wemnie.

‒ Hope, czy wszystko dobrze? ‒ pyta mnieManson.

‒ Yyy, tak, wszystko dobrze. Ja również was witam. – Podaję rękę najpierw Charlesowi, a później Mansonowi. Harper przytrzymuje ją trochę dłużej, niż powinien. A ja? No cóż… mięknę od jego ciepłego i delikatnegodotyku.

Zapomniałam, że mężczyzna może dotykać w tak delikatny i subtelnysposób.

‒ Chyba jesteś nieobecna duchem – śmieje się zemnie.

‒ Nie, nie, jestem obecna… Zastanawiam się tylko… Z tego, co pamiętam, byłam na dzisiaj umówiona tylko z Charlesem, prawda? ‒ zadaję pytanie i patrzę na nichwyczekująco.

Charles odchrząkuje i odpowiadazmieszany:

‒ Tak, Hope, ale nastąpiły pewne zmiany… ‒ tłumaczy zaistniałąsytuację.

‒ Musiałem cię po prostu zobaczyć, nie mogłem dłużej czekać ‒ oznajmiaManson.

‒ Mnie również miło cię zobaczyć. – Powoli wracam do pionu. ‒ Proszę, siadajcie, chciałabym przejść dokonkretów.

Mówiąc to, zajmuję swoje miejsce i wyciągniętą ręką wskazuję im fotele, na których mogą usiąść. Łapię za rękaw mojej marynarki, żeby go poprawić, ale już jest za późno. On to zobaczył. Cholera, to nie tak miało wyglądać. W pierwszej chwili widzę iskry wściekłości w jego oczach i zaciśnięte pięści, ale potem patrzy na mnie z taką nieodgadnioną łagodnością, że jestem gotowa do niego podejść i wtulić się w te szerokie ramiona, aby tylko poczuć siębezpiecznie.

‒ Więc… zwróciłeś się do mnie z prośbą o zorganizowanie balu charytatywnego, tak?

‒ Tak, ale oboje wiemy, że celem naszego spotkania nie jest jakiś cholerny bal. ‒ Zdenerwowanie przejmuje nad nimkontrolę.

‒ Dobrze, Manson, więc czego ode mnieoczekujesz?

‒ Jak to czego? Oczekuję tego, że zorganizujesz mi bal na dwieście osób, na którym pojawisz się jako osoba wspierająca moją fundację.

W tym momencie zaczyna brakować mi powietrza. Jest bezpośredni, trzeba mu toprzyznać.

‒ Bal na dwieście osób. W porządku. Masz jakieś wymagania co do miejsca balu, wystroju sali, cateringu, kwiatów, zaproszeń, muzyki albo w ogóleczegokolwiek?

Patrzę w jego oczy, od których od początku spotkania nie mogę oderwać wzroku. Wydaje się taki pewny siebie i silny.

‒ Nie mam głowy do takich rzeczy, zdam się na ciebie ‒ odpowiadaszorstko.

Jest coraz bardziejzdenerwowany.

‒ Rozumiem. Z tego, co pamiętam, bal miałby się odbyć za trzy tygodnie, tak?

‒ Tak. Możemy już przejść do konkretów? ‒ oznajmia głosem nieznoszącymsprzeciwu.

‒ Jakich konkretów? Jeśli chodzi o mnie, to wszystko już wiem i od dzisiaj zaczynam działać, abyś nie musiał się niczym martwić. ‒ Uparcie staram się jak najszybciej skończyć to spotkanie. Zdecydowanie nie przebiega ono po mojejmyśli.

‒ Jedyne, co mnie martwi, to ty, Hope. Kiedy przestaniesz udawać, że nie usłyszałaś drugiej części moich wymagań? Długo jeszcze będziesz ukrywać te siniaki pod rękawami i krzywić się z bólu?!

Manson podniósł głos, nie wiedząc, że właśnie popełnił błąd. Zaczęło się dziać ze mną to, co wcześniej, kiedy rozmawiałam z Theo. Świat zawirował, obraz przykryła mi mgła spowodowana napłynięciem łez, poczułam, że brak mi powietrza. Wstałam z fotela i ruszyłam w stronę balkonu. Nie zwracałam uwagi na deszcz. Po prostu musiałam się wydostać z biura jak najszybciej. Zrobiłam kilka kroków i wyciąg-nęłam dłoń, żeby otworzyć drzwi balkonowe, kiedy nagle poczułam silną rękę owijającą się wokół mojej talii. Spojrzałam na dół i zobaczyłam czarnetatuaże.

‒ Hope, stój! Nie możesz wyjść na balkon. Pada deszcz ‒ usłyszałam jego głos. Mówił do mnie jak do małego dziecka. W następnej chwili zmienił ton głosu na stanowczy: ‒ Charles, wyjdź i poczekaj na mnie przed drzwiami. Nie pozwól nikomu wejść, jasne?

‒ Tak, szefie, nie maproblemu.

‒ Hope, chodź na kanapę. Siadaj i zaczekaj, przyniosę ciwody.

Poczułam, jak ręce Mansona odsuwają się ode mnie, a ja tracę jego ciepło i stabilność. Zachwiałam się podczas siadania, a potem zadrżałam. Nie pamiętam, kiedy ktoś tak serdecznie się mnązajął.

‒ Proszę, to twoja woda. Napij się małymiłykami.

Wzięłam od niego szklankę z wodą, ale nie byłam w stanie się napić. Moje ciało odmówiło mi posłuszeństwa i zaczęło się trząść. Poczułam dłoń Mansona na swojej. Delikatnie podsunął szklankę z wodą do moichust.

‒ Boże, co on z tobą zrobił? Zabiję gnoja, przysięgam. ‒ Popatrzył na mnie uważnie i dodał: ‒ Cała nadaldrżysz.

Odsunął się ode mnie i gwałtownie podniósł ręce, a ja odruchowo się zasłoniłam przed uderzeniem. Spojrzał na mnie z tak ogromną troską, że przytłoczyło mnie to jeszczebardziej.

‒ Hope, popatrz na mnie. Nie uderzę cię, słyszysz? Nigdy nie zrobię ci krzywdy. Chcę dać ci swoją bluzę, bo chyba jest cizimno.

Okrył mnie tą bluzą i usiadł obok na kanapie. Nie mówił nic, tylko patrzył na mnie, a ja powoli sięuspokajałam.

‒ Dziękuję, że się mną zająłeś. Naprawdę niemusiałeś.

‒ Nie ma za co. To dla mnie przyjemność. Chcę ci pomóc, Hope. Nie mogę pozwolić na przemoc wobec ciebie. Kiedy zobaczyłem cię po raz pierwszy i zrozumiałem, co się z tobą dzieje, nie mogłem od siebie odgonić tej myśli. Chcę się tobą zaopiekować i dać ci poczuciebezpieczeństwa.

‒ Bardzo ci dziękuję, ale nie wiem, czy ja tego chcę. Nie rozumiesz, że teraz moje życie zmieni się diametralnie? Dzisiaj o tym, co przeżywam, dowiedział się mój wspólnik Theo. Potem przychodzisz do mnie ty. Nie wiem, co mam zrobić, bo boję się też o wasze życie. Wiem, że Dominic jest zdolny zrobić wszystko. A jeśli się dowie o tobie, to również możesz miećkłopoty.

‒ O mnie się nie martw. Jeśli ktoś miałby mieć kłopoty, to tylko on. Możesz być spokojna. Nie da mirady.

Zdziwiło mnie, że Manson był tak opanowany, kiedy to mówił. Zaczęłam się zastanawiać, skąd u niego wzięły się taka pewność siebie i siła. Z zamyślenia wyrwał mnie dzwoniący telefon. Podniosłam się po niego, ale Manson złapał mnie zarękę.

‒ Zostaw. Porozmawiaj ze mną jeszcze – poprosił.

‒ Nic nie rozumiesz. Nie mogę zignorować tego telefonu. ‒ Rzeczywistość wróciła do mnie szybciej, niż bym tegochciała.

Popatrzył na mnie swoimi lodowatymi oczami i nagle pojął, o co mi chodzi. Wstał z kanapy, poszedł po mój telefon, odebrał i włączył trybgłośnomówiący.

‒ Halo, Dominic. ‒ Starałam się brzmiećnormalnie.

‒ Cześć. Skończyłaś już swojespotkania?

‒ Właśnie jestem na końcówce ostatniego ‒ powiedziałam zgodnie z prawdą.

‒ Dlaczego masz taki dziwny głos? O cochodzi?

‒ Wszystko dobrze, kochanie, po prostu trochę źle sięczuję.

‒ Jadę po ciebie. Za dziesięć minut masz być gotowa, czekaj namnie ‒usłyszałam dźwięk zakończonejrozmowy.

‒ Manson, słyszałeś? Musisz już iść, inaczej będę miałakłopoty.

‒ Wiesz, że pójdę, ale robię to tylko ze względu naciebie.

Zobaczyłam, że kliknął jeszcze kilka razy coś na moim telefonie, a potem podał mi go, mówiąc:

‒ Wpisałem ci swój numer pod nazwą kwiaciarni. Masz mnie w szybkim wybieraniu pod jedynką, a Charlesa pod dwójką. Gdyby cokolwiek się działo, dzwoń. Pomogę ci, czy tego chcesz, czy nie. Odwiedzę cię w tym tygodniu. Obiecuję, że zajmę się tobą jak nikt inny. A on tegopożałuje.

Wyszedł z biura, zabierając swoją bluzę, obecność i zapach. A ja znowu zaczęłam odczuwaćniepokój.

Rozdział 7

Manson

Jechałem do firmy Hope najszybciej, jak potrafiłem. Nie mogłem się doczekać, aż zobaczę ją z bliska i… No właśnie i co? Przecież nie mogę jej pocałować ani liczyć na to, że wpadnie w moje objęcia. Ona mnie w ogóle nie zna. Nigdy mnie nie widziała i nie rozmawiała ze mną. To ja ją obserwuję, daję jej ochronę i martwię się o nią. Im bliżej firmy, tym bardziej się denerwuję. Ręce, które trzymam na kierownicy, tak bardzo mi się spociły, że aż się po niej ślizgają. Muszę być spokojny i opanowany. W żaden sposób nie mogę zrazić do siebie Hope. Parkuję auto i wchodzę do budynku, gdzie już czeka na mnieCharles.

‒ Cześć, szefie. Jesteś pewny, że chcesz do niej iść? Może pozwolisz mi to załatwić na spokojnie? ‒ upewniłsię.

‒ Czy ty, do cholery, uważasz, że będę przy niejniespokojny?!

‒ W zasadzie to tak. ‒ Spojrzał na mnie podejrzliwie, ale nie powiedział nicwięcej.

Jazda windą na dziesiąte piętro ciągnęła się w nieskończoność. Miałem wrażenie, że dzisiaj tam nie