Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Krosno Odrzańskie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 355
Rok wydania: 1991
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Lord
Hornblower
C. S. FORESTER
LordHornblower
„WYDAWNICTWO MORSKIE” GDAŃSK„TEKOP” GLIWICE1991
Tytuł oryginału angielskiego
Lord Hornblower
Tłumaczyła z angielskiego
Henryka Stępień
Redaktor
Alina Walczak
Opracowanie graficzne
Erwin Pawlusiński
Ryszard Bartnik
Korekta
Teresa Kubica
© Copyright 1946 by C. S. Forester
ISBN 83-215-5793-7 (wyd. Morskie)
ISBN 83-85297-72-3 (Tekop)
Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1991
we współpracy z
„Tekop” Spółka z o.o. Gliwice
Bielskie Zakłady Graficzne
zam. 1693/k
Stalla w kaplicy, z rzeźbionego dębu, w której siedział Hornblower, była bardzo niewygodna, a kazanie wygłaszane przez księdza dziekana Westminsteru śmiertelnie nudne. Hornblower wiercił się jak dziecko i jak dziecko rozglądał po kaplicy i zgromadzonych w niej wiernych, aby oderwać myśli od cielesnych niewygód. Nad głową miał subtelnie zdobione żebro wachlarzowego sklepienia budowli, którą zdaniem Hornblowera można było bez przesady uznać za najpiękniejszą na świecie. Było coś radującego umysł matematyka w sposobie, w jaki wzory pokrywające sklepienie spotykały się i rozchodziły, jakaś natchniona logika. Nieznani z nazwisk rzemieślnicy, którzy wykonali te prace rzeźbiarskie, musieli być ludźmi o twórczej wyobraźni.
Kazanie trwało jeszcze, a Hornblower już zaczął się obawiać, że po jego zakończeniu znów się zacznie śpiewanie, znowu te wysokie tony wywodzone przez chopięcy chór w komeżkach będą go nękały bardziej nawet dotkliwie niż kazanie czy stalla dębowa. Jest to cena, jaką musi płacić za prawo noszenia wstęgi i gwiazdy, za to, że jest Kawalerem Wielce Zaszczytnego Orderu Łaźni. Ponieważ było wiadomo, że przebywa w Anglii na urlopie zdrowotnym — i że wraca już całkiem do zdrowia — nie mogło być mowy o wykręceniu się od uczestnictwa w tej najważniejszej uroczystości Orderu. Kaplica wyglądała niewątpliwie dość efektownie w świetle słonecznym, które przedostając się przez okna odbijało się wzmożonym, radującym oko blaskiem od szkarłatnych i lśniących orderami płaszczy braci-kawalerów. Należało w każdym razie przyznać, że ta pompatyczna i owiana próżnością uroczystość była niewątpliwie piękna w jakiś szczególny, efektowny sposób, nawet pomijając jej skojarzenia historyczne. Może stalla, w której siedział, budziła dawnymi laty to samo uczucie niewygody w Hawke’u1 czy Ansonie2, może Marlborough3, tak jak on w szkarłacie i bieli, wiercił się i zżymał na podobnym kazaniu.
Tamten osobnik o ważnym wyglądzie, z posrebrzaną koroną na głowie, w aksamitnym kaftanie haftowanym w herby królewskie, to tylko wysoki dygnitarz kolegium heraldycznego, piastujący tę dobrze płatną synekurę dzięki doskonałym koneksjom; odsiadując kazanie może się z pewnością pocieszać myślą, że zarabia na życie czyniąc to raz do roku. Obok niego był przełożony Orderu, książę regent, pąsowa barwa oblicza kłóciła się ze szkarłatem płaszcza. Byli też wojskowi, generałowie i pułkownicy o nie znanych mu twarzach. Poza tym jednak kaplica pełna była ludzi, z którymi dzielenie braterstwa Orderu napełniało go dumą — Lord St Vincent, potężnej postury i srogiego wyglądu, człowiek, który wprowadził dowodzoną przez siebie flotyllę w sam środek dwakroć silniejszej eskadry hiszpańskiej; Duncan — to on rozbił flotę holenderską pod Camperdown; i jeszcze z tuzin admirałów i kapitanów, niektórzy nawet z krótszym od niego stażem w marynarce wojennej — Lydiard, zdobywca „Pomony” pod Hawaną; Samuel Hood, dowódca „Zealousa” pod Abukirem4; i Yeo, który szturmował fort El Muro. Było coś radującego i grzejącego w serce w fakcie przynależenia do tego samego rycerskiego kręgu odznaczonych wraz z ludźmi tego pokroju — śmieszne to, ale prawdziwe. Zaś bohaterów Orderu przebywających wciąż na morzu (bo przybyć tu mogli tylko ci, co pracują na lądzie lub są na urlopie) i podejmujących ostatni desperacki wysiłek rozdarcia cesarstwa napoleońskiego jest trzy razy tyle co tu obecnych braci-kawalerów. Hornblower poczuł, że wzbiera w nim fala uczuć patriotycznych: ogarną go wzniosły nastrój. Lecz już po chwili zaczął analizować ten przypływ emocji i zastanawiać się, w jakim stopniu został on wywołany romantycznym pięknem otoczenia.
Porucznik w mundurze marynarki wojennej wszedł do kaplicy i stanął wahając się przez chwilę, po czym dojrzawszy Lorda St Vincent, ruszył spiesznie ku niemu i podał mu dużą kopertę (ze złamanymi już pieczęciami), którą trzymał w ręku. Teraz nikt już nie słuchał kazania — cała śmietanka Królewskiej Marynarki Wojennej wyciągając szyje zerkała na St Vincenta, który czytał list przysłany najoczywiściej z Admiralicji, urzędującej na drugim końcu Whitehall5 Dziekan, któremu głos załamał się na moment, podjął żwawo kazanie, mówiąc monotonnie do głuchych uszu, nie słuchających go od dłuższej chwili, gdyż St Vincent, przeczytawszy raz list bez żadnej zmiany wyrazu swej jak w kamieniu ciosanej twarzy natychmiast wrócił do początku i czytał go ponownie. St Vincent, tak odważnie ryzykujący los Anglii w bitwie, co przyniosła mu tytuł para, nie był przecież człowiekiem, który zabierałby się pochopnie do dzieła, mając czas na zastanowienie się.
Skończył powtórne czytanie, złożył list i przesunął spojrzeniem po kaplicy. Każdy z czterdziestu kawalerów Orderu Łaźni zesztywniał z podniecenia w nadziei, że pochwyci jego wzrok. St Vincent wstał i owinął się purpurowym płaszczem; rzucił słówko czekającemu porucznikowi, a potem, sięgnąwszy po kapelusz z pióropuszem, pokuśtykał sztywno ku wyjściu z kaplicy. Uwaga zebranych przeniosła się natychmiast na porucznika; oczy wszystkich obserwowały go idącego transeptem6, a Hornblowerowi szybko zabiło serce i poruszył się niespokojnie, gdy się zorientował, że porucznik zmierza prosto ku niemu.
Teraz na Hornblowera przyszła kolej zapiąć płaszcz i pamiętać o zabraniu kapelusza z piórami. Musi za wszelką cenę wyglądać nonszalancko i nie dać zgromadzonym tu kawalerom Orderu okazji do podśmiewania się, że stracił głowę z powodu wezwania go przez Pierwszego Lorda7. Musi wyglądać, jakby to był dla niego chleb powszedni. Gdy niedbałym krokiem wychodził ze stalli, szpada dostała mu się między nogi i tylko dzięki łasce Opatrzności nie runął jak długi głową naprzód. Wyprostował się z brzękiem ostróg i szpady i ruszył nawą boczną powoli i z godnością. Wszyscy patrzyli na niego; obecni tu oficerowie wojsk lądowych odczuwali pewnie tylko obojętne zaciekawienie, lecz ci z marynarki wojennej — Lydiard i inni — muszą się zastanawiać, jaki to nowy, nieprzewidziany obrót wzięła wojna na morzu i zazdrościć mu czekających go przeżyć i możliwości wyróżnienia się. W tyle kaplicy, na miejscach siedzących zarezerwowanych dla osób uprzywilejowanych, Hornblower spostrzegł Barbarę wychodzącą mu na spotkanie ze swojej ławki. Uśmiechnął się do niej nerwowo — nie był pewny siebie na tyle, aby się odezwać, czując oczy wszystkich na sobie — i podał jej ramię. Poczuł, że wsparła się mocno na nim i usłyszał jej czysty, ostry głos; Barbary oczywiście nie speszył fakt, że wszyscy ich obserwują.
Za drzwiami czekał na nich St Vincent, lekki wiatr kołysał strusimi piórami na jego kapeluszu i szeleścił jedwabiem purpurowego płaszcza. Jego masywne uda rozpierały biały jedwab spodni o długości do kolan; chodził tam i z powrotem na wielkich, zniekształconych podagrą stopach, deformujących białe trzewiki. Ekscentryczny strój nie ujmował jednak nic z jego niezachwianej godności. Barbara wysunęła dłoń spod ramienia Hornblowera i dyskretnie pozostała w tyle, żeby obaj mężczyźni mogli porozmawiać swobodnie.
St Vincent zauważył Barbarę za plecami Hornblowera.
Kareta z Brownem i stangretem na koźle zatrzymała się za powozem St Vincenta i Brown zeskoczył na ziemię.
St Vincent z trudem wgramolił się na siedzenie, Hornblower siadł obok niego i ciężki wehikuł ruszył ze stukotem kopyt końskich o bruk. Blade światło słońca padało przez okienka na grubo ciosane oblicze St Vincenta siedzącego ze zgiętymi plecami na skórzanym siedzeniu; jacyś oberwańcy na ulicy spostrzegli barwnie odzianych panów w powozie i krzyknęli „Hurra” machając postrzępionymi czapkami.
St Vincent potrząsnął pismem trzymanym w pękatej dłoni, wraz z załącznikami, które dopiął po otrzymaniu ich w Opactwie westminsterskim.
Pamiętał Chadwicka z „Indefatigable”, już wtedy, dwadzieścia lat temu, za starego na midszypmena. Teraz chyba po pięćdziesiątce i tylko porucznik. Jako midszypmen miał podły charakter; pomijany wciąż przy awansach, musiał być jeszcze gorszy będąc porucznikiem. Jeśli chciał, mógł zrobić prawdziwe piekło na tak małej jednostce jak „Flame”, gdzie był prawdopodobnie jedynym oficerem z patentem królewskim. Wystarczający powód do buntu. Po straszliwych nauczkach w Spithead i Nore12, po zamordowaniu Pigotta na „Hermionie” wyeliminowano z marynarki wojennej osobników o najgorszych charakterach. Jest to wciąż ciężka, okrutna służba, lecz nie do tego stopnia, żeby doprowadzać marynarzy do tak samobójczego kroku jak bunt, chyba że w grę wchodzą szczególne okoliczności. Dowódca okrętu, okrutny i niesprawiedliwy, zaś wśród załogi przywódca zdeterminowany i bystry — taka kombinacja może wywołać bunt. Niezależnie jednak od przyczyny bunt musi być natychmiast stłumiony, musi się spotkać z najsurowszą karą. Ospa ani cholera nie są bardziej zaraźliwe ani bardziej zgubne niż bunt na jednostce bojowej. Niech jeden buntownik uniknie kary, a wszyscy następni mający jakieś żale będą go wspominać i iść za jego przykładem.
A przecież Anglia jest w krytycznym momencie walki z francuskim despotyzmem. Pięćset okrętów wojennych w morzu — z tego dwieście to jednostki liniowe — broni mórz przed nieprzyjaciółmi. Sto tysięcy wojska pod dowództwem Wellingtona13 przedziera się przez Pireneje do południowej Francji. A cała zbieranina wojsk Europy wschodniej, Rosjanie i Prusacy, Austriacy i Szwedzi, Kroaci, Węgrzy i Holendrzy, jest odziewana, karmiona i uzbrajana staraniem Anglii. Wydawało się, że Anglia nie jest w stanie zdobyć się na jeszcze jeden wysiłek w tej walce; nawet że musi zachwiać się i załamać pod tak straszliwym obciążeniem. Bonaparte walczył o swoje życie z całą przebiegłością i okrucieństwem, jakiego można się było po nim spodziewać. Kilka dalszych miesięcy uporczywych zabiegów, kilka miesięcy straszliwego wysiłku może przywieść go do upadku i przywrócić pokój na tym oszalałym świecie; moment niepewności, chwila zwątpienia, i tyrania może zacisnąć szpony na ludzkości na dalsze pokolenie, na wiele przyszłych pokoleń.
Powóz wtoczył się na dziedziniec Admiralicji i dwaj emerytowani marynarze ciężko stąpając na drewnianych protezach podeszli otworzyć drzwiczki. St Vincent wysiadł pierwszy, za nim Hornblower i obaj w płaszczach ze wspaniałego szkarłatnego i białego jedwabiu udali się do biura Pierwszego Lorda.
— To jest ich ultimatum — powiedział St Vincent rzucając papier na biurko.
Napisane niewprawnym pismem — pomyślał od razu Hornblower — nie pisał tego jakiś zbankrutowany kupiec czy pracownik biura adwokackiego siłą wcielony do marynarki.
Na pokładzie okrętu JKM „Flame”
w pobliżu Hawru.
7 października 1813 roku
Mywszyscy tutaj jesteśmy dusze lojalne i wierne, ale porucznik Augustyn Chadwick nas chłosta i nas głodzi i przez miesiąc wywołuje całą załogę dwa razy na każdej wachcie. Wczoraj zapowiedział, że dziś wychłosta co trzeciego z nas, a resztę z nas jak tylko tym drugim się zagoi. To trzymamy go zamkniętego pod kluczem w jego kajucie i czeka na niego lina przepuszczona przez blok na noku fokrei, bo on powinien być powieszony potem co zrobił chłopcu Jamesowi Jonesowi, on jego zabił i my myślimy, że w swoim raporcie doniósł, że jemu się zmarło od gorączki. Chcemy, żeby Ich Lordowskie Wysokości w Admiralicji obiecali nam osądzić jego za jego zbrodnie i dać nam nowych oficerów i niech co było pójdzie w zapomnienie. Chcemy dalej bić się o swobody dla Anglii, bo z nas dusze lojalne i wierne, jak już żeśmy mówili, ale Francja jest na naszej zawietrznej i wszyscy jesteśmy w tym razem i nie chcemy dać się powiesić jako buntownik! i jak spróbujecie zająć ten okręt, to my jego wciągniemy na nok rei i popłyniemy do Francuzów. Podpisujemy to wszyscy.
Z uniżonym poważaniem
Wszędzie na marginesie listu były podpisy, siedem podpisów i kilkadziesiąt krzyżyków z dopiskiem przy każdym krzyżyku: „Henry Wilson, jego znaczek”, „William Owen, jego znaczek” i tak dalej; podpisy wykazywały zwykłą proporcję piśmiennych i niepiśmiennych w przeciętnej załodze okrętu. Skończywszy czytać, Hornblower podniósł wzrok na St Vincenta.
— Zbuntowane psy — warknął St Vincent.
Może i tak, pomyślał Hornblower. Ale pomyślał również, że mieli swoje racje, by się zbuntować. Mógł doskonale wyobrazić sobie sposób, w jaki byli traktowani, nie kończące się, niczym nie usprawiedliwione pasmo okrucieństw obok normalnych trudów życia na okręcie w służbie blokadowej; niedole, którym kres przynieść może tylko śmierć albo bunt — innego wyjścia nie ma.
Postawieni wobec pewnej chłosty w bliskiej przyszłości zbuntowali się, a on nie potrafił winić ich za to. Widział dosyć pleców pociętych na pasy; wiedział, że sam zrobiłby wszystko, dosłownie wszystko, żeby uniknąć tej tortury, gdyby stanął wobec takiej perspektywy. Skóra na nim ścierpła, gdy zaczął się poważnie zastanawiać, jak by się czuł wiedząc, że ma być wychłostany w przyszłym tygodniu. Ludzie ci mają moralne prawo po swojej stronie; to nie sprawiedliwość, lecz konieczność sprawia, że muszą ponieść karę za ten dający się usprawiedliwić występek. Byt kraju i narodu w znacznej mierze zależy od zamykania buntowników, wieszania prowodyrów i karania chłostą pozostałych; od wypalenia gorącym żelazem tego nowego punktu zapalnego, który pojawił się na prawym ramieniu Anglii, zanim choroba się rozszerzy. Muszą zostać powieszeni, choćby moralnie byli niewinni — jest to taka sama konieczność wojenna jak zabijanie Francuzów będących być może doskonałymi mężami i ojcami. Dobrze też będzie nie dać St Vincentowi odgadnąć jego uczuć — Pierwszy Lord oczywiście nienawidzi buntowników jako takich, bez zadawania sobie trudu głębszego wniknięcia w ich sytuację.
Piękny komplement. Hornblower czuł się trochę pochlebiony; rozmawia tu prawie jak równy z równym z jednym z największych admirałów, których proporzec powiewał kiedykolwiek na maszcie okrętu, i to uczucie jest niesłychanie przyjemne. W dodatku pod wpływem rosnącego nacisku wewnętrznego Pierwszy Lord wyrzucił nagle z siebie jeszcze bardziej zaskakujące stwierdzenie:
Sprawa jest poważna; wysyła się go z niezwykle trudnym zadaniem, i będzie musiał wziąć na siebie całe odium za ewentualne niepowodzenie. Nie wyobrażał sobie, że będzie kiedykolwiek licytować się w argumentach z Pierwszym Lordem, a przecież to właśnie robił zmuszony zwykłą koniecznością. W błysku jasnego widzenia uświadomił sobie, że ostatecznie wiedzie spór nie ze względu na siebie; nie próbuje bronić własnych interesów. Dyskutował zupełnie bezosobowo; oficer który jest wysyłany z zadaniem odbicia „Flame” i którego przyszłość może zależeć od udzielonych mu pełnomocnictw, to nie Hornblower siedzący w tym rzeźbionym fotelu, odziany w biały i szkarłatny jedwab, ale jakieś biedaczysko, którego mu żal i którego interesy leżą mu na sercu, gdyż reprezentują one interes narodowy. Potem obie te istoty stopiły się znowu w jedno i to był on, mąż Barbary, człowiek, który był na przyjęciu u Lorda Liverpoolu14 ubiegłego wieczora i wciąż jeszcze odczuwał po tym lekki ból w czaszce nad czołem, który ma wypłynąć w tej nieprzyjemnej misji, nie dającej za grosz okazji do sławy czy wybicia się, wystawiając się na ogromne ryzyko fiaska mogącego uczynić z niego pośmiewisko marynarki wojennej i przedmiot kpin w całym kraju.
Znowu badał uważnie wyraz twarzy St Vincenta; admirał nie jest głupcem i pod tym kanciastym czołem kry je się inteligentny umysł — boryka się z własnymi uprzedzeniami, próbując zrezygnować z nich przy pełnieniu swej powinności.
Bunt to zaraza roznoszona przez słowa. Miejsce zarażone musi zostać odizolowane do chwili, aż będzie można wypalić je gorącym żelazem.
St Vincent przysunął do siebie plik papierów i sięgnął po pióro — piękne pióro indycze z jedną z tych świeżo wprowadzonych złotych stalówek.
Nie miał pojęcia, jak się zabierze do odzyskania okrętu, któremu wystarczy przesunąć się o dwie mile w kierunku zawietrznym, żeby stał się nie do odzyskania, lecz duma kazała mu stwarzać pozory pewności siebie. Złapał się na tym, iż zastanawia się, czy wszyscy mężczyźni są tacy jak on, silący się na udawanie odwagi cywilnej, gdy faktycznie czują się słabi i bezradni — pamiętał jednak uwagę Swetoniusza15 o Neronie, że uważał on wszystkich ludzi za tak samo zepsutych jak on, chociaż publicznie nie przyznawali się do tego.
Hornblower owinął się płaszczem, poprawił szpadę i ruszył do wyjścia. Jeszcze nie opuścił pokoju, a już wchodził urzędnik wezwany przez St Vincenta dzwonkiem, żeby pisać pod jego dyktando rozkaz dla Hornblowera. Na dworze wiał silny północno-zachodni wiatr, o którym mówił St Vincent, i Hornblower w swoim płaszczu o żywych szkarłatno-białych barwach poczuł się zziębnięty i zagubiony. Ale kareta czekała na niego, tak jak obiecała Barbara.
Ona sama powitała go, gdy dotarł na Bond Street, spokojnym spojrzeniem i opanowanym wyrazem twarzy, jak przystało na przedstawicielkę rasy bojowników. Bała się jednak wyrzec więcej niż jedno słowo.
Niezawodna, przewidująca, opanowana Barbara! Ale „Dziękuję ci, moja droga”, to było wszystko, co potrafił powiedzieć. Nawet teraz, po spędzonym z nią dłuższym okresie, zdarzały się często te trudne momenty; chwile, gdy przepełniony uczuciem (a może właśnie dlatego), nie umiał przecież znaleźć słów.
Barbara nie pisnęłaby nikomu słówka ani nie dałaby niczym poznać, w jakiej misji został wysłany, ale mimo to nie mógł jej nic zdradzić, żeby nie można było obciążyć jej odpowiedzialnością na wypadek rozejścia się wieści o buncie; lecz nie to było rzeczywistym powodem. Jego obowiązkiem było milczeć, a obowiązek nie dopuszcza żadnych wyjątków. Barbara — jak tego wymagała sytuacja — odpowiedziała mu pogodnym uśmiechem. Przeniosła uwagę na jego jedwabny płaszcz i wdzięczniej udrapowała mu go na ramionach.
— Szkoda — zauważyła — że w tych nowoczesnych czasach mężczyźni mają tak mało okazji, żeby się ładnie ubrać. W szkarłacie i bieli jest ci, mój drogi, do twarzy. Bardzo przystojny z ciebie mężczyzna — wiedziałeś o tym?
Wtedy krucha, sztuczna bariera między nimi pękła i rozwiała się jak przekłuta bańka mydlana. Hornblower z usposobienia był człowiekiem spragnionym uczucia, dowodów miłości, jednakże przestrzeganie przez tyle lat dyscypliny wewnętrznej w bezlitosnym świecie utrudniało mu, nawet prawie uniemożliwiało, ujawnienie tej cechy. Czaiła się w nim zawsze obawa przed odtrąceniem, rzecz zbyt straszna, żeby się na to narażać. Miał się zawsze na baczności przed samym sobą, przed światem zewnętrznym. A ona... ona znała te jego nastroje, zdawała sobie z nich sprawę, choć urażało to jej dumę. Stoickie wychowanie angielskie wykształciło w niej nieufność wobec emocji, niechęć do ich uzewnętrzniania. Była tak samo dumna jak on; potrafiła złościć się, że jest od niego zależna w osiąganiu pełni życia, jak on bywał zły, że czuje się niepełny bez jej miłości. Byli dwojgiem dumnych ludzi, którzy z tej czy innej przyczyny uczynili egocentryczną samowystarczalność normą doskonałości, od której odejście wymagało często większego poświęcenia niż to, na jakie byli przygotowani.
W chwilach jednak, gdy kładł się nad nimi cień rozstania, znikała duma i niechęć i potrafili być cudownie naturalni, odrzucając krępujące pancerze nałożone na nich przez lata życia. Znalazła się w jego ramionach, a jej dłonie wyczuwały pod płaszczem ciepło jego ciała poprzez cienki jedwab kubraka; przywarła z żarem do niego, a on objął ją również gorącym uściskiem. Gorsety wyszły już wtedy z mody i suknia Barbary była tylko leciutko usztywniona w talii fiszbinami; czuł, jak w jego objęciach jej śliczne ciało omdlewa i poddaje się mimo dobrze wyrobionych mięśni (dzięki konnej jeździe i długim spacerom), co wreszcie nauczył się uważać za pociągające u kobiety, zamiast dawniej uznawanej wiotkości i słabości. Zwarli się w pocałunku gorącymi wargami, patrząc na siebie śmiejącymi się oczyma.
— Mój najdroższy! Mój skarbie! — rzekła, a potem z ustami przy ustach wymruczała do swego ukochanego czułe słówka bezdzietnej kobiety: — Moje dziecko. Mój drogi dzieciaku!
Nic milszego nie mogła mu powiedzieć. Ulegając jej pozbywając się swego ochronnego pancerza, pragnął być zarówno jej dzieckiem, jak i mężem; podświadomie chciał mieć pewność, że obnażając się tak przed nią znajdzie ją oddaną mu i lojalną, jak matka dziecku, nie wyzyskującą jego bezbronności. Stopniały resztki rezerwy; zlali się w jedno w szalonym porywie namiętności, jaki rzadko zdarzało im się przeżywać. Nic nie mogło zmącić go teraz. Mocne palce Hornblowera rozluźniły jedwabny sznur przytrzymujący płaszcz; zapięcia kubraka, z którymi nie był obeznany, śmieszne sznurówki krótkich spodni — mocowanie się z tym wszystkim nie popsuło mu nastroju. W pewnej chwili Barbara schwytała się na tym, że okrywa pocałunkami jego ręce, te długie piękne palce, których wspomnienie prześladowało ją czasem nocą w okresach rozstań, i był to gest najczystszego uczucia bez żadnej symboliki. Byli wolni dla siebie nawzajem, swobodni, nieskrępowani, zakochani. Stanowili cudowną jedność, nawet gdy już opadła fala namiętności; przeżyli spełnienie bez nasycenia się sobą. Pozostali złączeni, nawet gdy zostawił ją tam leżącą, gdy zerknąwszy w lustro zobaczył, że jego rzedniejące włosy są okropnie potargane.
Mundur wisiał na drzwiach ubieralni. Barbara pomyślała o wszystkim, gdy on był ze St Vincentem. Umył się w miednicy, wytarł gąbką rozgrzane ciało, ale nie miał uczucia, że zmywa brud — był to akt czystej przyjemności. Gdy lokaj zastukał do drzwi, Hornblower już w koszuli i w spodniach narzucił na siebie szlafrok i wyszedł. To były rozkazy dla niego; pokwitował ich odbiór, skruszył pieczęć i usiadł, aby je przeczytać i upewnić się, że nie ma w nich niczego niejasnego, co należałoby wyklarować przed opuszczeniem Londynu. Stare, znane zwroty: „Niniejszym prosi się pana i nakazuje”; „Poleca się zatem panu jak najściślej” — te same, pod których nakazem Nelson szedł do boju pod Trafalgarem, a Blake pod Teneryfą. Sens rozkazów był jasny, a zakres przekazanych uprawnień jednoznaczny. Przeczytane na głos załodze okrętu — lub sądowi wojennemu — zostałyby bez trudu zrozumiane. Czy będzie musiał w ogóle odczytywać je na głos? Oznaczałoby to wszczęcie negocjacji z buntownikami. Miał do tego upoważnienie, lecz byłoby to oznaką słabości, wywołującą unoszenie brwi na tę wiadomość w całej marynarce wojennej, czymś, co rzuciłoby cień rozczarowania na grubo ciosane oblicze St Vincenta. W taki czy inny sposób, oszustwem lub podstępem, musi nakłonić setkę angielskich marynarzy do oddania się w jego ręce, aby można ich było powiesić lub wychłostać za coś, co — jak świetnie wiedział — sam uczyniłby w podobnych okolicznościach. Musi pełnić swój obowiązek; czasem tym obowiązkiem jest zabijanie Francuzów, a czasem może to być coś innego. Jeśli w ogóle trzeba kogoś zabić, to wolałby, aby to byli Francuzi. I jak, u Boga Ojca, ma się zabrać do wykonania swego obecnego zadania?
Drzwi sypialni otwarły się i weszła Barbara, promienna i uśmiechnięta. Spojrzenia ich zetknęły się, a dusze wybiegły sobie naprzeciw; ani groźba fizycznego rozstania, ani rozmyślania Hornblowera nad jego nową, nieprzyjemną misją nie zdołały naruszyć duchowej harmonii między nimi. Ich związek był mocniejszy niż kiedykolwiek i, szczęśliwcy, wiedzieli o tym. Hornblower wstał.
Noc była najciemniejsza, jaką można sobie wyobrazić, a wiatr skręcając ku zachodowi dął z siłą półwichury, i wyglądało, że będzie się nasilał. Owiewał Hornblowera, trzepocząc nogawkami jego spodni przy kolanach nad wysokimi butami morskimi, zaś wszędzie naokoło i nad głową takielunek wył w ciemnościach wściekłym chórem, jak gdyby protestując przeciwko ludzkiej głupocie wystawiającej kruchy, człowieczą ręką wykonany osprzęt na gwałtowne ataki sił natury. Nawet tu, pod osłoną wyspy Wight, mały bryg miotał się pod stopami Hornblowera stojącego na niewielkim pokładzie rufowym. Gdzieś po jego nawietrznej ktoś — chyba podoficer — beształ marynarza za nieznane przewinienie; niewybredne słowa dolatywały do uszu Hornblowera z porywami wiatru.
Człowiek obłąkany, myślał Hornblower, musi znać te szalone kontrasty, te nagłe przeskoki z nastroju w nastrój, te gwałtowne przemiany w otaczającym go świecie; w takim wypadku zmianom podlega szaleniec, ale w jego własnym wypadku zmieniało się otoczenie. Rano, nie więcej jak dwanaście godzin temu, siedział w Opactwie westminsterskim z kawalerami Orderu Łaźni, wszystkimi w szkarłatnych i białych jedwabiach; poprzedniego wieczora jadł obiad z premierem. Był w ramionach Barbary; prowadził luksusowy żywot na Bond Street17, gdzie wystarczyło pociągnąć za sznur dzwonka, aby spełniona została każda zachcianka, jaka mogłaby przyjść do głowy. Było to bytowanie w przyjemnym dogadzaniu sobie. Dwadzieścioro służby byłoby naprawdę zdumione i zmartwione, gdyby zaszło najdrobniejsze zakłócenie w ustabilizowanym toku życia Sir Horiatia — oba te słowa były oczywiście wymawiane przez nich łącznie, z czego tworzyło się jakieś cudaczne „Surroratio”. Barbara chodziła koło niego całe lato, pilnując, żeby resztki rosyjskiego tyfusu, który sprowadził go chorego do domu, zostały zlikwidowane. Przechadzał się w słońcu po ogrodach Smallbridge za rączkę z małym Ryszardem, a ogrodnicy czapkując ustępowali mu z szacunkiem z drogi. Wspominał to złociste popołudnie, kiedy obaj z Ryszardem leżeli obok siebie na brzuchach nad sadzawką z rybkami, próbując łapać rękoma złotego karpia; jak wracali do domu w blasku zachodzącego słońca, zabłoceni, mokrzy i niewymownie szczęśliwi, on i jego dziecko, tak sobie bliscy jak on i Barbara tego ranka. Szczęśliwy żywot, zbyt szczęśliwy.
Tego popołudnia w Smallbridge, gdy Brown z forysiem przenosili jego marynarski kuferek do karety pocztowej, pożegnał się z Ryszardem uściskiem dłoni, jak mężczyzna z mężczyzną.
— Ojcze, idziesz znowu bić się? — spytał Ryszard.
Jeszcze raz mówił Barbarze do widzenia; nie było to rzeczą łatwą. Jeśli szczęście będzie mu sprzyjać, za tydzień może być z powrotem w domu. Nie mógł jednak powiedzieć jej o tym, bo ujawniłby zbytnio charakter swojej misji. To małe kłamstwo przyczyniło się do zniweczenia nastroju jedności i więzi między nimi; znowu stał się trochę chłodny i oficjalny. Odwracając się od Barbary miał uczucie, że traci coś na zawsze. Potem wsiadł do karety, Brown obok niego i w zapadającym zmierzchu ruszyli przez jesienny krajobraz wyżyn Downs do Guildford, a stamtąd nocą wjechali na Portsmouth Road — drogę przemierzaną przez niego przy tylu ważnych okazjach. W krótkim czasie przeszedł od luksusu do niewygód. O północy Hornblower stanął na pokładzie „Porta Coeli”, witany przez Freemana, barczystego, krępego i śniadego jak zawsze, z czarnymi włosami po cygańsku zwisającymi mu na policzki, aż dziw, że nie miał kolczyków w uszach. Potrzeba było nie więcej niż dziesięciu minut, żeby powiedzieć Freemanowi, w absolutnej tajemnicy, z jakim zadaniem jest wysyłana „Porta Coeli”. Zgodnie z rozkazami otrzymanymi cztery godziny wcześniej Freeman miał już bryg przygotowany do wyjścia w morze i gdy dziesiąta minuta dobiegała końca, marynarze u kabestanu zaczęli wyciągać kotwicę.
Freeman podniósł nagle głos do ryku, najgłośniejszego chyba, jaki kiedykolwiek słyszał Hornblower — ta sklepiona jak beczka klatka piersiowa była w stanie wydać z siebie zadziwiająco potężny dźwięk.
Pokład pod stopami Hornblowera drżał lekko od tupotu nóg załogi; gdyby nie to, nie poznałby w tych ciemnościach, że rozkazy Freemana są wykonywane; pisk krążków w blokach tonął w wietrze lub wyciu olinowania, nie można też było dojrzeć marynarzy wdrapujących się na maszty, żeby refować marsie. Hornblower czuł się zziębnięty i zmęczony po dniu, który zaczął się — aż wprost nie do wiary — od przybycia krawca w celu odziania go w uroczysty strój Kawalera Orderu Łaźni.
Freeman odsunął ruchomą pokrywę lukową nad zejściówką — „Porta Coeli” była gładkopokładowcem — i ukazało się słabe światło oświetlające schody; słabe, lecz oślepiające po intensywnej czerni nocy. Hornblower schodził zginając się prawie wpół pod belkami pokładowymi. Drzwi na prawo prowadziły do jego kajuty, o wymiarach sześć stóp na sześć i wysokości czterech stóp i dziesięciu cali; Hornblower musiał aż przykucnąć, żeby ją obejrzeć w chwiejnym świetle lampy zwisającej z pokładu. Wiedział, że ciasnota tego pomieszczenia, najlepszego na brygu, jest niczym w porównaniu z warunkami, w jakich gnieżdżą się pozostali oficerowie, a dwadzieścia razy niczym w porównaniu z warunkami mieszkalnymi załogi. Na dziobie odległość między pokładami jest taka sama jak tu — cztery stopy i dziesięć cali — a marynarze śpią tam w dwóch rzędach hamaków zawieszonych jedne nad drugimi; ci na górze szorują nosami o pokład nad nimi, zaś ci z dolnego rzędu pośladkami uderzają o pokład pod nimi, a w środku nosy tych z dołu stykają się z pośladkami tych z góry. „Porta Coeli” to najlepsza machina bojowa w tej grupie tonażu, zdolna do pływania po morzach; jest uzbrojona w działa mogące zdruzgotać każdego przeciwnika o tej samej wielkości; jej magazyny mieszczą zapasy artyleryjskie wystarczające na całe godziny i dnie walki, a żywności zabiera tyle, że może przebywać miesiącami w morzu bez podchodzenia do lądu; jest podatna w prowadzeniu i na tyle mocna żeby stawić czoło każdej wichurze; jedyna rzecz, jaką można jej zarzucić, to fakt, że aby uzyskiwać takie wyniki z brygiem 190-tonowym, istoty ludzkie żyjące na nim muszą zadowalać się warunkami w jakich żaden troskliwy wieśniak nie trzymałby swego bydła. To właśnie kosztem ludzi Anglia utrzymuje niezliczone małe jednostki zapewniające jej bezpieczeństwo na morzach pod osłoną potężnych okrętów liniowych.
Kajuta, nie dość że mała, cuchnęła potwornie. Pierwsza rzecz, jaką rejestrowały nozdrza, to duszący smród zakopconej lampy, lecz zaraz potem atakowała je cała gama dodatkowych odorów. Był tam mdły smród zęzowy, znośny, faktycznie prawie nie odczuwany przez Hornblowera wąchającego fetor zęz od dwudziestu lat. Była też drażniąca woń sera i jakby dla jej uwydatnienia czuć było wyraźnie szczurami. I jeszcze zapach wilgotnej odzieży i wreszcie mieszanina zapachów ludzkich z dominującym wyziewem nie mytych ciał męskich w długo zamkniętym pomieszczeniu.
Przeciwwagą dla tej całej mieszaniny woni była gama odgłosów. Każda wręga rezonowała skrzyp takielunku; przebywający w kajucie czuł się jak mysz zamknięta w pudle skrzypiec w czasie gry. Nad głową nieustanne stąpania po pokładzie rufowym, w połączeniu ze stukotem rzucanych lin sprawiały wrażenie — żeby kontynuować analogię — jakby równocześnie pukano młoteczkami w pudło skrzypiec. Drewniane poszycie brygu trzeszczało i skrzypiało w takt ruchu okrętu na wodzie, jakby jakiś wielkolud walił w nie pięściami od zewnątrz; a pociski w stojakach też przesuwały się nieco, uderzając o siebie z głuchym, nieoczekiwanym dudnieniem przy końcu przechyłu, gdy już przestawały się przemieszczać.
Ledwie Hornblower wszedł do kajuty, „Porta Coeli” przechyliła się niespodziewanie mocno na burtę; widocznie w momencie wychodzenia na otwarte wody Kanału zachodni wiatr uderzył w nią z całą siłą, kładąc bryg na burtę. Zaskoczony Hornblower — zawsze dość wolno odzyskiwał „morskie nogi” po dłuższym pobycie na lądzie — poleciał do przodu, na szczęście w kierunku koi. Padł na nią twarzą i gdy leżał rozciągnięty, ucho jego pochwyciło znane odgłosy różnych pojedynczych przedmiotów, zazwyczaj nie zamocowanych odpowiednio na początku podróży, lecących kaskadą po pokładach przy tym pierwszym dużym przechyle poprzecznym. Przewracając się na koi Hornblower, zaskoczony następnym przechyłem, wyrżnął głową o belki pokładu i opadł na szorstką poduszkę, spocony w dusznej, wilgotnej kajucie z wysiłku i wskutek zaczynającej się choroby morskiej. Klął cicho, lecz dosadnie; wzbierała w nim głęboka nienawiść do tej wojny, tym głębsza, że zupełnie bezsilna. Nie umiał sobie właściwie wyobrazić, jak to jest, kiedy panuje pokój — był dzieckiem, gdy świat żył jeszcze w pokoju — lecz niewymownie pragnął pokoju jako odpoczynku od wojny. Był nią zmęczony, zbyt zmęczony, a to zmęczenie podkreślały jeszcze i pogarszały przeżycia ubiegłego roku. Wieści o całkowitym rozbiciu armii Bonapartego w Rosji początkowo wzbudziły nadzieje na szybki pokój, ale Francja nie zdradzała żadnych oznak załamania i zebrawszy świeże siły odcięła falę rosyjskiego kontrataku z dala od jakiegokolwiek ważnego punktu cesarstwa. Mędrkowie wskazywali na dotkliwy charakter rekwizycji szeroko stosowanych przez Bonapartego, na surowość przy egzekwowaniu nakładanych podatków i przepowiadali rychłe powstanie wewnątrz cesarstwa, wsparte, być może, buntem generałów. Upłynęło dziesięć miesięcy od czasu, gdy zaczęto powszechnie snuć takie przepowiednie, a wciąż nic nie wskazywało, żeby się miały urzeczywistnić. Gdy Austria i Szwecja dołączyły do szeregów nieprzyjaciół Bonapartego, ludzie zaczęli znowu wyglądać natychmiastowego zwycięstwa. Mieli nadzieję, że kiedy kraje będące wbrew swej woli sprzymierzeńcami Bonapartego — Dania, Holandia i inne — wydostaną się spod tej zależności, będzie to zapowiedzią szybkiego rozpadu cesarstwa i za każdym razem przeżywali rozczarowanie. Rozważniejsi przepowiadali od dawna, że gdy fala wojny wtargnie na terytorium cesarstwa, gdy Bonaparte zostanie zmuszony do przekształcenia jej w wojnę obronną, prowadzoną na ziemi swoich poddanych, nie zaś nieprzyjaciół czy lenników, walka zakończy się prawie automatycznie. A przecież upłynęło trzy miesiące od czasu, kiedy Wellington ze stu tysiącami żołnierzy wdarł się poprzez Pireneje w obręb nienaruszalnych dotąd granic i zmaga się na śmierć i życie daleko na południu, ciągle jeszcze siedemset mil od Paryża. Wygląda, że nie ma końca zasobom czy determinacji Bonapartego.
W obecnym, beznadziejnym nastroju Hornblowerowi wydawało się, że walka musi trwać, póki nie padnie ostatni człowiek w Europie i nie wyczerpią się bezpowrotnie wszystkie zasoby Anglii; a jeśli idzie o niego samego, to zanim starość go uwolni, będzie skazany — wskutek szaleńczego uporu jednego, jedynego człowieka — na brak swobody, spędzania dni i nocy w tak odrażających warunkach jak te tutaj, z dala od żony i syna, nękany przez chorobę morską i zimno, zdeprymowany i załamany. Po raz pierwszy chyba w życiu zaczął pragnąć cudu czy jakiegoś nieprzewidzianego a pomyślnego obrotu losu — żeby zbłąkana kula uśmierciła Bonapartego lub żeby jakiś jego kolosalny błąd pozwolił odnieść niezaprzeczalne i decydujące zwycięstwo; żeby ludność Paryża powstała, z powodzeniem, przeciwko tyranowi, żeby urodzaj we Francji był bardzo zły albo marszałkowie, chcąc zachować swoje majątki, opowiedzieli się przeciwko cesarzowi i zdołali nakłonić wojsko do pójścia w ich ślady. Wiedział jednak, że nie ma najmniejszego prawdopodobieństwa, by cokolwiek z tego mogło się wydarzyć; walka musi toczyć się dalej, a on pozostanie nękanym chorobą morską więźniem w łańcuchach dyscypliny, aż włos mu posiwieje.
Otworzył mocno zamknięte oczy, by stwierdzić, że Brown jest przy nim.
Porządna dawka alkoholu mogłaby go uśpić, zagłuszyć chorobliwe, przygnębiające myśli, dać wytchnienie od czarnej depresji, w jakiej był pogrążony. Hornblower złapał się na tym, że naprawdę zastanawia się, czy nie ulec pokusie i stwierdzenie to było dla niego wstrząsem. Fakt, że on, który przez dwadzieścia lat pił tak, żeby się nie upić, nie znosząc stanu nietrzeźwości u siebie bardziej jeszcze niż u innych, miał choćby na moment dopuścić taką możliwość, wzbudził w nim trwogę i odrazę. To jeszcze jedna brzydka cecha, której istnienia w sobie dotąd nie podejrzewał, a pogarszała się świadomość, że został wysłany w sekretnej misji o wielkiej wadze, gdzie jasność umysłu i zdolność szybkiego osądu będą mu tak potrzebne. Poczuł gorzką wzgardę dla samego siebie.
Zwiesił nogi z koi. „Porta Coeli”, odpłynąwszy daleko od lądu, kiwała się poprzecznie i nurzała jak zwariowana na sfalowanych wodach Kanału. Wiatr z baksztagu przechylał ją tak mocno, że Hornblower wstając poleciałby na przeciwległą grodź, gdyby Brown wyciągnąwszy krzepką dłoń nie przytrzymał go. Brown nigdy nie tracił „nóg morskich”; Brown nigdy nie zapadał na chorobę morską; Brown posiadał tę wielką siłę fizyczną, jaka zawsze była przedmiotem pragnień Hornblowera. Stał na rozkraczonych nogach jak skała, zupełnie niewrażliwy na zwariowane podskoki brygu, gdy Hornblower chwiał się niepewnie. Uderzyłby głową o rozbujaną lampę, gdyby Brown nie odsunął go na bok mocnym chwytem za ramię.
— Podła noc, sir, i chyba długo jeszcze trzeba będzie czekać na poprawę.
Hiob miał takich samych pocieszycieli. Hornblower zerknął z ukosa na Browna w rozdrażnieniu powodowanym złym nastrojem, tym gorszym wobec filozoficznego stosunku Browna do jego humorów. Był zły za traktowanie go jak rozzłoszczone dziecko.
— Sir, niech pan lepiej włoży ten szal, co jej wysokość zrobiła dla pana — ciągnął nieporuszony Brown. — Do rana będzie piekielnie zimno.
Jednym ruchem wyciągnął szufladę i wydobył z niej szal. Był to kawałek niezwykle kosztownego jedwabiu, lekkiego i ciepłego, może najdroższa rzecz, jaką Hornblower posiadał kiedykolwiek, nie wyłączając szpady za sto gwinei. Barbara zadała sobie wiele trudu, żeby przyozdobić go haftem — nie znosiła manipulowania igłą i naparstkiem, i fakt, że się na to zdobyła, był dla niego wyrazem największego oddania z jej strony. Hornblower owinął szalem szyję pod kołnierzem kurtki; jego ciepło i miękkość oraz świadomość, że został zrobiony przez Barbarę, dodały mu otuchy. Uspokoił się i ruszył ku drzwiom i dalej, po pięciu schodkach, na pokład rufowy.
Było tam zupełnie ciemno i Hornblower opuściwszy nawet tak marnie oświetloną kajutę poczuł się jak ślepy. Wokoło wiatr huczał potężnie, aż musiał schylić głowę przed jego podmuchem. „Porta Coeli” była właśnie przechylona na burtę, mimo że pod wiatrem z baksztagu, a nie pod półwiatrem. Kołysała się bocznie i wzdłużnie. Bryzgi fal i pył wodny zmieszane z deszczem zalewającym pokład cięły w twarz Hornblowera posuwającego się z trudem ku zawietrznemu nadburciu. Nawet gdy wzrok przywykł już do ciemności, trudno mu było odróżnić słaby zarys wąskiego prostokąta zrefowanego grotmarsla. Okręcik pod jego stopami wyprawiał szaleńcze skoki, jak rozbrykany koń; morze było wzburzone — nawet przez łoskot wichury Hornblower słyszał stękanie linobloków sterownicy, gdy marynarz u steru starał się nie dopuścić do odpadnięcia brygu od wiatru w dolinę fali.
Hornblower wyczuł obecność Freemana w pobliżu, lecz zignorował go. Nie było nic do powiedzenia, a gdyby nawet było, to utrudniłaby to gwałtowność wiatru. Wparł się łokciem w siatkę do przechowywania hamaków, żeby stać pewnie, i wlepił wzrok w ciemność. Tuż za burtą ukazywał się na moment biały grzbiet każdej nadchodzącej fali, zanim „Porta Coeli” nie weszła na nią. Gdzieś przed nim marynarze pracowali u pomp; ucho Hornblowera chwytało od czasu do czasu ich tępy zgrzyt. Nic w tym nie było dziwnego, bo przy gwałtownym ruchu brygu na falach szwy muszą się otwierać i zamykać jak wargi. Gdzieś w mrokach nocy żeglują okręty miotane wichurą; statki wpadają na brzeg i marynarze giną w kipieli wśród wycia bezlitosnego wiatru. Wloką się kotwice i pękają liny. Ale wichura dmie również nad nędznymi biwakami uwikłanej w wojnę Europy. Miliony nieznanych chłopów wcielonych do wojska, skupione wokół z trudem utrzymywanych ognisk obozowych, przeklinają wiatr i deszcz leżąc, bezsenni i z pustymi brzuchami, w oczekiwaniu na jutrzejszą bitwę. Było rzeczą dziwną myśleć, że to od nich, nieznanych i nieważnych, zależy w znacznej mierze jego uwolnienie od obecnego jarzma. Zwymiotował boleśnie do ścieku burtowego w szczytowym momencie nasilenia choroby morskiej.
Freeman mówił coś do niego niewyraźnie. Nie rozumiał jego słów, więc Freeman musiał wykrzyczeć je głośniej.
— Sir, chyba będę musiał stanąć w dryf.
Zwracając się do Hornblowera Freeman, nieco speszony, mówił początkowo przyciszonym tonem. Był w trudnej sytuacji; mocą prawa i zwyczaju on był dowódcą tego okrętu, a Hornblower, chociaż o tyle wyższy rangą, tylko pasażerem. Jedynie admirał mógł przejąć dowództwo z rąk oficera wyznaczonego do tego celu, bez uprzednich długich i skomplikowanych formalności; inny oficer, nawet w randze komodora, jak Hornblower, nie mógł tego uczynić. Według prawa i Regulaminu Wojennego Hornblower mógł tylko kierować operacjami „Porta Coeli”; Freeman był odpowiedzialny za sposób, w jaki rozkazy Hornblowera były wykonywane. Według prawa wyłącznie Freeman mógł decydować, czy stanąć w dryf, czy też nie; żaden jednak zaledwie w randze porucznika dowodzący osiemnastodziałowym brygiem nie będzie beztrosko lekceważyć życzeń obecnego na okręcie komodora, zwłaszcza gdy tym komodorem jest Hornblower, ze swą opinią niecierpiącego zwłoki i gorliwego w wypełnianiu nałożonych na niego zadań — nie uczyni tego w każdym razie żaden porucznik myślący o własnej przyszłości. Mimo mdłości Hornblower uśmiechnął się na myśl o tym dylemacie Freemana.
Przy sprzątniętym fokmarslu napór wiatru zmniejszył się, zaś sztaksel ustawił bryg pod wiatr. Dotąd okręcik zmagał się z nim; teraz poddawał mu się jak kobieta ulegająca w końcu natarczywemu wielbicielowi. Wyprostował się i zwrócony dziobem z prawej burty do fali podnosił się na niej i opadał rytmicznie zamiast podskakiwać, jak przedtem, nieobliczalnie na falach z baksztagu. Grotwanty prawej burty osłaniały nieco Hornblowera, w miejscu gdzie stał oparty o prawe nadburcie, tak że nawet siła wiatru wydawała się mniejsza.
Sytuacja zmieniła się na dużo lepszą i niewątpliwie bezpieczniejszą. „Porta Coeli” nie musiała już bać się utraty drzewc czy płótnisk ani znaczniejszego otwierania się spoin poszycia. Lecz bryg nie zbliżał się przez to ku „Flame” i jego zbuntowanej załodze; wprost przeciwnie, oznaczało to znoszenie go coraz dalej od nich, i to ku zawietrznej. Zawietrzna! Hornblower, jak każdy żeglarz, miał obsesję na punkcie trzymania się po nawietrznej celu podróży. Gorzko żałował każdego jardu, o jaki bryg przesuwał się w kierunku zawietrznym, dużo bardziej niż sknera rozstający się ze swymi sztukami złota. Tu, na Kanale, w okresie późnej jesieni każdego dnia można się było spodziewać wichur od zachodu i każdy znos na wschód trzeba będzie może odrabiać z dużą nawiązką. Po osłabnięciu wiatru każda godzina dryfu będzie musiała być zrekompensowana dwoma albo i trzema godzinami halsowania z powrotem w kierunku nawietrznym, chyba żeby wiatr zmienił się na wschodni, czego jednak nie można było oczekiwać.
A liczyła się każda godzina; nikt nie mógł przewidzieć, jaki będzie następny nieobliczalny krok zdesperowanych marynarzy na „Flame”. W każdej chwili powodowani paniką mogą się oddać w ręce Francuzów albo prowodyrzy mogą opuścić okręt i szukać schronienia we Francji, gdzie stryczek nie dosięgnie żadnego z nich. I w każdej chwili w marynarce wojennej może się zacząć rozchodzić wiadomość, że jednemu z okrętów królewskich udało się zrzucić więzy dyscypliny, że poniewierani dotąd marynarze prowadzą, jak równy z równym, rokowania z lordami Admiralicji. Hornblower łatwo mógł sobie wyobrazić, jaki byłby wpływ takiej nowiny. Im wcześniej rozprawi Się z „Flame” w sposób przykładowy, tym lepiej, ale wciąż nie wie, jak się do tego zabrać. Obecna wichura nic prawie nie może zrobić tamtemu brygowi — będzie mógł ją przeczekać pod osłoną Półwyspu Normandzkiego. Jednostka o jego tonażu może poruszać się po całej Zatoce Sekwańskiej; może udać się z jednej strony do Hawru lub też popłynąć rzeką w kierunku Caen.
