Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Czy w świecie bez wartości Lidka ocali to, co najcenniejsze?
Powstająca z ruin Warszawa, euforia odbudowy, rewolucyjne idee w szkole i bolesna codzienność ludzi, którzy z trudem odnajdują się w nowej, socjalistycznej rzeczywistości… W takim pełnym sprzeczności świecie dorasta pierwsze powojenne pokolenie Polaków, poszukując własnej drogi i próbując mimo wszystko spełniać młodzieńcze marzenia o miłości i szczęściu.
O lepszym życiu dla siebie i dla swoich rówieśników marzy także Lidka. Niełatwo jej jednak realizować najskrytsze pragnienia serca, gdy w domu rodzinnym musi być świadkiem nieustającej walki pomiędzy tęsknotą za tym, co bezpowrotnie utracone, a ugodowością wobec reguł nowego systemu. Czy mimo wszystko uda jej się ocalić w sobie zamiłowanie do dobra i piękna oraz znaleźć własne miejsce w świecie, dla którego te wartości niewiele znaczą?
Maja Jaszewska po raz kolejny pokazuje różne oblicza Warszawy, tym razem przełomu lat 50. i 60. XX wieku. Na kartach swej najnowszej książki wyświetla przed czytelnikami pasjonującą kronikę, w której prezentuje zarówno dylematy dawnej inteligencji i zdeklasowanych ziemian, jak i pisane od nowa życiorysy cwaniaków, robotników i prywaciarzy. W tle tej poruszającej opowieści o losach i marzeniach zwykłych ludzi pojawiają się najważniejsze wydarzenia historyczne tamtego okresu: pokazowe procesy sądowe, ubeckie katownie, wypadki poznańskie czy wydarzenia na Węgrzech.
Maja Jaszewska - dziennikarka, pisarka, poetka; autorka wielu artykułów i wywiadów publikowanych w prasie i czasopismach („Tygodnik Powszechny”, „W drodze”, „Więź”, „Zwierciadło”, „Sens”, „Twój Styl”, „Elle”, „Wysokie Obcasy”, „Polityka”, „Kraina Bugu”); opublikowała rozmowy z wybitnymi postaciami kultury w portalu Styl.pl. Autorka książek W co wierzę?, Nie i tak. Rozmowa z Adamem Ferencym, Gwiazdeczka oraz Słoiczki, a także współautorka Psychologia mitów greckich. Prawda symboli i archetypów oraz Archetypy-mity-symbole. Refleksje jungowskie o psyche.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 379
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © 2026 by IWR WE sp. z o.o.
Redaktor prowadzący: Magdalena Kędzierska-Zaporowska
Adiustacja językowo-stylistyczna: Katarzyna Machowska
Korekta: Dorota Marcinkowska | Na pomoc tekstom
Redakcja techniczna: Paweł Kremer
Projekt okładki: Pola Rusiłowicz
Zdjęcie na okładce: Robert_em / Unsplash
Zdjęcie autorki: Nina Jaszewska
Wydanie I | Kraków 2026
ISBN ebook: 978-83-8404-126-0
Emocje Plus Minus, ul. Meissnera 20, 31-457 Kraków
Dział sprzedaży: [email protected]
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk
Płatki rumianku krążyły coraz szybciej, wirowały w zakręcanej patykiem deszczówce zgromadzonej w beczce postawionej w kącie ogrodu, tuż przy warzywniku. Pochyliłam się nad zbiornikiem jeszcze bardziej. Odbijająca się w nim twarz rozpadła się w wirujących kręgach wody na setki kawałków. Kręciłam patykiem coraz szybciej, aż woda rozbryzgiwała się wokół, mocząc mi włosy i piżamę. Wreszcie wyjęłam patyk oblepiony białymi płatkami, ale woda wciąż kręciła się w zwariowanym tańcu. Długo trwało, zanim jej powierzchnia wygładziła się i znowu spokojnie odbijała zielone gałęzie drzew, słoneczne niebo z drobnymi chmurami i dziwaczne miny, jakie do niej stroiłam. Udawałam, że deszczówka w beczce to wielkie morze, a oberwane z rumianku płatki są ławicami śledzi. Wsparta łokciami o krawędź beczki wpatrywałam się w ich drobne, drżące ciałka. Kiedy dmuchnęłam, zbijały się w kupkę niczym prawdziwe ryby.
– Lidka! Gdzie ty jesteś? Śniadanie stygnie! Skaranie boskie z tym dzieckiem! Wracaj natychmiast do domu, bo pożałujesz!
Dźwięczny głos cioci Janeczki wypełniał ogród gniewną niechęcią. Rzuciłam patyk pod najbliższe drzewo i pobiegłam w stronę domu. Mina ciotki nie zapowiadała nic dobrego. Na widok mokrej piżamy prychnęła tylko i złapawszy mnie mocno za ramię, wepchnęła do domu.
– Ile razy ci powtarzałam, żebyś nie wybiegała do ogrodu prosto z łóżka?! Idę cię obudzić i co widzę? Łóżko nieposłane, kapcie rozrzucone na środku pokoju, okno na oścież rozwalone! Aż firankę na zewnątrz wypchnęłaś, wyskakując do ogrodu! Co to, nie ma w tym domu drzwi, żeby wyjść jak człowiek?! – syczała mi nad głową, nerwowo ściągając mokrą piżamę i nakładając domową sukienkę. Nie lubiłam tej perkalowej, uszytej przez mało zdolną krawcową kiecki. Była w brudnoniebieskim kolorze, miała przydługie rękawy i była zbyt luźna w pasie. Zdaniem ciotki tak było praktyczniej, bo sukienka miała mi starczyć na dłużej niż jedne wakacje. Odmawiając przed snem pacierz, prosiłam Boga, żebym znosiła ten bury łach jak najszybciej i mogła częściej zakładać niedzielną sukienkę, która wisiała w szafie obok należącego do ciotki futra. Była najpiękniejszą rzeczą, jaką w życiu miałam. Bladoróżowa, z szerokim jedwabnym paskiem w talii ozdobionym maleńkim bukiecikiem atłasowych różyczek, miała rozkloszowany dół na półhalce, co upodabniało ją do rozwiniętego kwiatu piwonii. Niestety, mogłam ją zakładać tylko do kościoła albo gdy przychodził jakiś ważny zdaniem ciotki gość. Nie wolno mi było w tej sukience wychodzić do ogrodu ani bawić się z psem Puszkiem. Czasami, kiedy ciotka wychodziła z domu, otwierałam na oścież drzwi szafy i wpatrywałam się w różowe cudo. Dotknąć sama nie śmiałam, bojąc się, że poplamię i ciotka odbierze mi sukienkę. Ilekroć ją założyłam, od razu poruszałam się wolniej, jak na prawdziwą księżniczkę przystało. Wydziergane przez ciotkę na szydełku białe skarpetki z kordonka i białe sandałki dopełniały strojny wizerunek, do którego ciotka dobrała mi białe atłasowe kokardy. Wisiały na pałąku obok krawatów wujka i gdy ciotka otwierała szafę, podfruwały w górę niczym spłoszone ptaki. Jedynym, co mi psuło radość z tak wspaniałych rzeczy, był ich zapach. Ciotka całą szafę obłożyła kulkami przeciw molom, wsadziła je nawet do kieszeni futra. Kręciło od nich w nosie i przypominały mi gabinet lekarski, w którym gruba pielęgniarka robiła mi czasami zastrzyki.
– Nie kręć się jak owsik w tyłku. – Słowom ciotki towarzyszyło szarpnięcie włosów. Nienawidziłam, kiedy mnie czesała. Robiła to niecierpliwie i splatała włosy w tak ciasny warkocz, że wyglądałam w tej fryzurze, jakbym była łysa. Bałam się jednak protestować, wiedziałam już bowiem dobrze, że z ciotką nie ma żadnych dyskusji. Nie miała też za grosz poczucia humoru i wszystko, a szczególnie siebie, traktowała ze śmiertelną powagą. Rzadko się uśmiechała, za to nieustannie pouczała, podkreślając, że robi to, bo mnie kocha i pragnie, abym wyrosła na mądrą dziewczynę, a nie latawicę. Nie rozumiałam, co to latawica ani na czym w przyszłości ma polegać moja mądrość, kiedy jednak spróbowałam się dowiedzieć, ciotka przewróciła oczami i zapowiedziała, że jak nic, kiedyś zostanie wzięta żywcem do nieba.
– Teraz będziesz jadła zimne, bo ja nie zamierzam sto razy podgrzewać śniadania – prychnęła, stawiając przede mną talerz po brzegi napełniony lanymi kluskami na mleku. Porcja była w stanie nasycić chłopa podczas młócki. Ciotki bowiem ambicją było odkarmić mnie, ponieważ jej zdaniem wyglądałam jak śmierć na chorągwi. Tego też nie rozumiałam, ale wolałam nie dopytywać.
Siedziała po drugiej stronie stołu i szybkimi zręcznymi ruchami kroiła ciasto na makaron. Cieniutkie jak włos paseczki roztrząsała delikatnie, a kiedy lekko podeschły, przekładała je na szeroką lnianą ścierkę. Dłonie miała duże, ale zgrabne. Szczupłą twarz o regularnych rysach okalały krótkie, ciemne, lekko falowane włosy podpięte nad uszami grzebieniami z szylkretu. Ciotka była ładna, tylko groźna i niezbyt miła. Głos miała donośny i dźwięczny.
– Przestań się wreszcie modlić do tego jedzenia, tylko machaj łyżką, jak Pan Bóg przykazał! Nie wstaniesz od stołu, dopóki nie zjesz. Choćby to miało trwać do południa! Co za niewdzięczne dziecko! Człowiek się stara, ręce urabia, a ta grzebie w talerzu, jakby pomyje dostała. Oj, nie wiesz ty jeszcze, co to głód!
Niechętnie przełknęłam kolejną łyżkę. Z obrzydzeniem odgarniałam złote kółka z masła dodanego do mleka. Mama nigdy nie robiła mi zup mlecznych, bo wiedziała, że ich nie znoszę. Mleko lubiłam tylko mocno podgrzane i z miodem, i takie mi czasami podawała do wypicia przed snem. Mama zawsze robiła tylko to, co lubię, a kiedy na mojej drodze pojawiały się niemiłe rzeczy, starała się usunąć je jak najszybciej bez zbędnych pytań. Mama przypominała puszysty, ciepły pled. Przy niej czułam się spokojnie i bezpiecznie. Ciotki nie interesowało, co lubię, a czego nie znoszę. Zasady ustalała wedle własnego widzimisię i egzekwowała je stanowczo, czasami wręcz boleśnie. Nie bawiła się ze mną ani też nie opowiadała bajek. Podkreślała, że życie to nie bajka i czym szybciej się o tym przekonam, tym lepiej.
Do kuchni wszedł wujek Lucjan. Ogromnie go lubiłam i czułam, że jest moim życzliwym sprzymierzeńcem. Drobny i zazwyczaj milczący samym spojrzeniem dodawał mi nieraz otuchy. Kilka razy próbował ingerować w metody wychowawcze cioci Janeczki, ale raz i drugi ofuknęła go, że o wychowaniu dzieci wie tyle, ile zje. Wujostwo nie mieli dzieci, więc to na mnie ciotka ćwiczyła swoje wychowawcze teorie. Wszedłszy do kuchni, wujek zerknął tylko na mój talerz i po chwili myjąc starannie ręce w miednicy, westchnął ciężko…
– Coś mi się zdaje, że je czarna plamistość zaczyna atakować…
– Co takiego?! – Ciotka, kończąca właśnie rozsypywać ostatnią porcję makaronu, gwałtownie odwróciła się w stronę wujka.
– Nie podobają mi się liście przy tych czerwonych różach, a i na krzakach porzeczek po tych ostatnich deszczach coś się chyba zaczyna dziać.
– Matko Boska! Trzeba natychmiast działać! Zaraza gotowa nam zmarnować cały zbiór! Trzeba koniecznie zaparzyć pokrzywę i wszystko spryskać. A może nawet napar z czosnku zrobić… – Ciotka otrzepała ręce z resztek mąki i wybiegła do ogrodu. Wujek bez chwili wahania zlał moją nieszczęsną lodowatą już zupę mleczną do malutkiego wiaderka i schował je za skrzynię z węglem.
– Potem wyniosę dla Puszka – mrugnął do mnie porozumiewawczo – ale swoją drogą, Liduś, musisz jeść, żeby mieć siłę! I żebyś urosła nam piękna i zdrowa. Nie smakuje ci jedzenie ciotki? Może ją poproś o to, co lubisz? Może jajeczko byś zjadła? A może nastawimy twarożek? Przecież mleka nie brakuje, a i my ci niczego nie żałujemy. Powiedz tylko, co chcesz zjeść. Przecież ty ledwo co skubiesz, jak ptaszek. Zmarniejesz nam.
– Kiedy naprawdę nie jestem głodna, wujku…
– Ale ciasto drożdżowe to byś na pewno zjadła. – Wujek się zaśmiał, znając moją słabość do słodkiego i tłustego od masła placka hojnie obsypanego kruszonką, który ciotka zagniatała co niedzielę.
– Ze słodką herbatą – przytaknęłam gorliwie.
– Co to się zachciewa! Herbata dla dziecka nie jest zdrowa! – Ciotka, wchodząc do sieni, usłyszała końcówkę naszej rozmowy. – Z różami nic się nie dzieje, nie ma powodu do obaw, ale porzeczki warto spryskać po zachodzie słońca. Zaraz zrobię napar, niech naciąga – i spojrzawszy na mój pusty talerz, zapytała podejrzliwie: – Zjadłaś?
Struchlałam i już miałam wyznać prawdę, kiedy wujek wyjątkowo zniecierpliwionym tonem przerwał ciotki indagacje:
– Zjadła, zjadła, przestań już wiercić dziurę w brzuchu. Od tego twojego gadania starego głowa może rozboleć, a co dopiero dziecko. – I nic sobie nie robiąc ze zmarszczonych brwi ciotki, zmienił temat: – Weź się za tę pokrzywę, a ja przepłuczę spryskiwacz. I zaparz więcej, to się przy okazji agrest spryska. Strzeżonego Pan Bóg strzeże. A ty, Liduś, chodź mi pomóc, weźmiesz tę małą konewkę i podlejesz pelargonie z tyłu domu. Tam jeszcze jest cień, a pamiętasz, jak cię uczyłem? Nie wolno podlewać kwiatów w pełnym słońcu, bo się mogą od tego poparzyć.
Czmychnęłam z kuchni jak zając, nie oglądając się na minę ciotki. Uwielbiałam pomagać wujkowi, najpierw jednak poszłam do Puszka. Nieduży, kudłaty piesek przypominał zabawkę. Mimo drobnego ciałka charakter miał zadziorny i bronił domu niegorzej od niejednego wilczura. Ktokolwiek podszedł do furtki, zaraz został obszczekany na potęgę. Puszek uspokajał się dopiero na komendę: „Nie szczekaj, to swój!”. Wówczas starannie obwąchiwał łydki gościa i pomrukując, szedł w swoją stronę. Wujostwo doceniali wierną służbę psiego stróża i wujek naszykował mu wygodną budę, którą na zimę wykładał grubą warstwą słomy. Zbudowana była na ścianie stajni, więc kiedy ściskał duży mróz, Puszek wchodził głębiej i grzał się w stercie słomy.
– Puszek, Puszeczek! Chodź, dam ci pić! – Nalałam do metalowej miski czystej wody z konewki i kucnęłam, przyglądając się, jak różowy jęzorek z zapałem mlaska. Prosiłam mamę, żebyśmy wzięły Puszka do siebie, do domu, ale wujek za nic nie chciał się zgodzić, a i mama była niechętna. Ojciec nie zajął w tej kwestii stanowiska, zbyt był zajęty swoimi sprawami. Jak zawsze zresztą. Tym bardziej jakiś pies nie mieścił się w obszarze jego zainteresowań. Ojciec wychodził do pracy wcześnie rano i wracał wieczorem. Tylko niedziele spędzał w domu. Zabierał nas na spacer do Parku Ujazdowskiego, gdzie niemal do obiadu wędrowaliśmy alejkami wzdłuż stawu. Czasami szliśmy po spacerze na pączki do Zawiślaka na Hożej. Tata lubił żartować, ale kiedy mama pytała go o domowe sprawy, markotniał i w zależności od pytania odpowiadał:
– Zrobisz, Duniu, jak uważasz, ty się lepiej znasz na prowadzeniu domu, zakupach czy wychowaniu dziecka.
Chętnie się za to ze mną bawił. W domu ganialiśmy się wokół stołu, a w parku gonił za mną po parkowych alejkach, nie zważając na zdziwione miny pozostałych spacerowiczów. Często bawiliśmy się w chowanego, zaśmiewając się do rozpuku z wymyślnych kryjówek. Kiedy próbował wciągnąć mamę do naszych zabaw, odpowiadała, że ktoś w tej rodzinie musi być dorosły.
Nad ogród wujostwa zaczęły nadciągać szare, lśniące chmury i zanim skończyłam podlewać pelargonie, deszcz mnie w tym wyręczył.
– Jak nic, trzydniówka, a taki piękny dzień się zapowiadał! Dobrze, że prania nie nastawiłam. – Ciotka w obawie przed wiatrem zamykała starannie okna. Raz po raz żegnała się z trwogą. Bała się burzy i zawsze, gdy nadciągała, opowiadała o tym, jak przed wojną spalił się dom sąsiadów razem z jego mieszkańcami i kotem. Za każdym razem, gdy o tym słuchałam, chciało mi się płakać, bo tak mi żal było kota.
– A mówiła ciocia, że w sobotę zawsze jest słońce, bo tego dnia Matka Boska pieluszki suszy!
– No i dlatego przez cały poranek świeciło! Matka Boska nie jest leniuchem i nie śpi do południa. Uprała z samego rana, to i wyschnąć zdążyły. Zapamiętaj sobie, roboty nie można odkładać na później.
– A przecież wujek mówi czasami, że robota nie zając, nie ucieknie.
– Owszem robota zostaje i czeka, ale czas jest szybszy od zająca i znika bezpowrotnie. I co zrobić, jak roboty ogrom się zbierze, a czasu na nią zabraknie? – Spojrzała na mnie triumfująco, widząc, że straciłam rezon.
Ciotka na wszystko miała gotową odpowiedź i rozmawiała ze mną jak z dorosłą. Czasami było to miłe, a czasami przykre, bo nie oszczędzała mnie, kiedy mówiła rzeczy smutne lub budzące trwogę. Za oknem zrobiło się szaro, a z oddali rozległ się głuchy odgłos burzy. Wujek powyciągał wszystkie wtyczki z gniazdek, a ciotka zapaliła oliwną lampkę. Żal mi było, bo lubiłam w deszczową porę słuchać radia, ale wujostwo bojąc się spięcia od pioruna, w życiu by teraz nie włączyli niepozornego beżowego pudełka, z którego rozlegały się najpiękniejsze koncerty i słuchowiska. Dzień zapowiadał się niezmiernie nudno. Lało jak z cebra i można było się spodziewać, że lada chwila ciotka nieznosząca bezczynności zarządzi jakieś cerowanie albo porządki w kuchennej szafce lub w brzuchatej komodzie, której przepastne szuflady skrywały niezliczoną ilość pościeli, serwet, bielizny osobistej i pończoch.
– Z nieróbstwa rodzą się głupota i złe uczynki – mawiała. Nawet słuchając radia, cerowała pościel albo bieliznę. Kiedy zasypiałam wieczorem, ona nadal krzątała się po domu albo w ogrodzie, a rano, gdy się budziłam, ubrana i uczesana szurała garnkami na kuchni, pod którą buzował dawno już rozpalony ogień.
***
Paliła papierosa, zaciągając się głęboko, zachłannie, ale dym starała się wydmuchiwać za okno. Co chwila rzucała mi uważne spojrzenie i chociaż się uśmiechała, oczy jej pozostawały smutne. W milczeniu słuchała wywodów ciotki Janeczki, nerwowo przestawiającej na stole cukiernicę i talerzyki.
– Ty za dużo od niego wymagasz! Nie możesz mieć pretensji, że jest zaradny i o was dba. Wiele kobiet na twoim miejscu uważałoby, że złapały Pana Boga za nogi. Przecież on cię kocha, a jaki ma charakter, dobrze wiesz i to od dawna. Kota w worku nie wzięłaś! Znasz go od dziecka, a mężczyzny nie zmienisz, sama wiem to aż nadto dobrze…
Brwi mojej matki uniosły się w niekontrolowanym zdziwieniu, ale natychmiast je opanowała i dalej słuchała mądrości swojej siostry.
– Zawsze miałaś dzikie pomysły i nikogo nie chciałaś słuchać. Zawsze pierwsza do unoszenia się honorem, ale honorem, moja droga, się nie najesz. Małżeństwo wymaga dyplomacji. Raz trzeba natrzeć uszu, a raz położyć uszy po sobie. A ty ze swoją hardą miną wciąż nie możesz tego zrozumieć. Tobie się wydaje, że Lolek będzie tańczył, jak mu zagrasz.
– Oczekuję uczciwości, to tak wiele? A poza tym nie przypominam sobie, żebyś kładła po sobie uszy przy Lucjanie. – Matka strzepnęła popiół do mosiężnej popielniczki w kształcie kwiatu lilii. Nawet to ją różniło od siostry. Ciotka Janeczka nie paliła, nie zamyślała się nieustannie i nie uśmiechała smutno. Ponadto była praktyczną do bólu weredyczką i jej zdaniem moja matka nieustannie bujała w obłokach.
– Bo ja go sobie, moja droga, wychowałam od samego początku, jasno mówiąc, na co się zgadzam, a o czym nie ma mowy. A jednocześnie zawsze podkreślam, że nie wyobrażam sobie życia bez niego. Mężczyzna musi się czuć potrzebny, ba! nawet niezastąpiony! A ty co? Zosia samosia! Wszystko sama! Zjedzże wreszcie tę kanapkę, bo wyglądasz już jak zabiedzona szkapa. Nic dziwnego, że mała też nie chce jeść. Mam z nią krzyż pański, żeby chociaż do paru kęsów namówić. Jak nic pochoruje się wreszcie ten dzieciak. Jak nie dla siebie, to dla niej byś oko na słabostki Lolka przymknęła. I co z tego, że się za jakąś kobietą obejrzy albo wróci czasami z pracy na lekkim rauszu? Dzięki temu znowu awansował i nieźle zarabia. Dzisiaj kto nie posmaruje, ten nie jedzie, moja droga. A taki obrotny mężczyzna jest na wagę złota. Gdybyś żyła z jakimś melepetą, nie mielibyście dla siebie dwóch dużych pokojów w Śródmieściu. Sama dobrze wiesz, jak dzisiaj ludzie na kupie żyją, w pięć rodzin do jednej kuchni. Zjechały się tysiące po wojnie, co jeszcze niedawno w kurnej chacie żyli, a miasto nadal pełne ruin. Więcej chętnych niż kątów do życia. Mówię ci, Duniu, trzymaj się Lolka, bo to skarb. Dzięki niemu oboje macie dobrą pracę i porządny dach nad głową. – Ostatnie zdania ciotka wypowiedziała dużo ciszej, ale siedząc w przeciwległym kącie kuchni, doskonale słyszałam każde słowo. O co właściwie chodziło? Dlaczego mama przyjechała na Grochów sama, bez ojca? Przywieźli mnie do ciotki na początku czerwca, twierdząc, że przed rozpoczęciem nauki w pierwszej klasie powinnam nabrać sił, zamiast siedzieć sama, kiedy rodzice szli do pracy. Była jeszcze, co prawda, dokwaterowana do naszego mieszkania pani Gryczyńska, garbata staruszka, która chętnie zapraszała mnie do swojego pokoju i raczyła wspomnieniami, ale zdaniem mamy w towarzystwie sąsiadki mogłabym zdziczeć na całego. Ja jednak lubiłam tę malutką kobietę przypominającą zepsutą lalkę. Najbardziej mnie fascynowała broszka, której chyba nie zdejmowała nawet do snu. Nosiła ją wpiętą wysoko, tuż pod brodą. Z maleńkich wielobarwnych kamyków ułożono bukiet kwiatów na błękitnym tle. Ilekroć zapatrzyłam się w klejnocik, Gryczyńska chwytała zań bladymi, nienaturalnie długimi palcami, tłumacząc, że to prawdziwa włoska mozaika, którą jej ojciec podarował matce zamiast pierścionka zaręczynowego.
Odłożyłam lalkę, bo znudziło mi się ją przebierać wciąż w te same sukienki. Ciotka namawiała mnie, żebym jej sama coś uszyła, przyniosła nawet od krawcowej woreczek kolorowych skrawków, ale pomimo usilnych prób igła w żaden sposób nie chciała być posłuszna mojej wyobraźni. Zamiast balowych sukni wychodziły krzywe worki, w których lalka wyglądała nędznie albo śmiesznie. Wcisnęłam zabawki do kartonowego pudełka po butach i podeszłam do matki. Poderwała się tak gwałtownie, że herbata w szklance zachlupotała.
– Chodź, Liduniu, pójdziemy na spacer. – W prostej granatowej sukience w białe ciapki, z grubym węzłem ciemnych włosów spiętych nad karkiem, była najpiękniejszą istotą, jaką w życiu widziałam.
– Tylko nie idźcie na długo, kurczak już nastawiony – burknęła ciotka.
Szłyśmy z matką wąskim chodnikiem w głąb rozświetlonej do białości ulicy. W dni powszednie brukowaną kocimi łbami jezdnią ciągnęły wolno wozy wiozące na pobliski targ owoce i warzywa, zimą zaś drewno, węgiel i beczki z kiszoną kapustą. Teraz w senne niedzielne południe słychać było tylko stukot matczynych obcasów. Mijałyśmy zamknięte na głucho witryny sklepików z owocami, pasmanterię i piekarnię. Na widok szyldu reklamującego usługi fryzjerskie przypomniałam sobie panią Kazię. Ilekroć mnie widziała, pytała ze śmiechem, czy przyszłam wreszcie obciąć warkocz i zrobić sobie trwałą ondulację. Fryzjerka była tęga i miała duże czerwone usta. Bałam się jej i wymalowanych na szyldzie czarnych nożyc. Przerażała mnie myśl, że kiedyś znienacka pani Kazia utnie mi warkocz i zostanę z krótką, postrzępioną fryzurą podobną do tej, jaką miała córka sąsiadów ciotki Janeczki. Dziewczyna była ode mnie dużo starsza, ale nie chodziła i nie mówiła. Wynosili ją czasami do ogrodu i sadzali w wiklinowym fotelu, skąd spoglądała przed siebie szklanym spojrzeniem.
– Dobrze ci u cioci? – spytała nagle mama. Trzymałyśmy się za ręce i chociaż od gorąca zrobiły się wilgotne, za nic nie chciałam puścić matczynej dłoni.
Miałam ochotę opowiedzieć o wstrętnych zupach mlecznych i przyznać, że czuję się okropnie i chcę już wracać do domu, ale smutne spojrzenie matki odebrało mi odwagę, więc tylko potakująco skinęłam głową.
– Kiedy wrócisz, zabiorę cię do ogrodu zoologicznego! Czytałam w gazecie, że jest w nim słonica, którą nazwali Kasia. Są też białe niedźwiedzie i lwy!
– A tata pójdzie z nami? – wyrwało mi się spod serca.
– Tak, pójdziemy z tatą… A teraz zapraszam na lody!
Nawet nie zauważyłam, jak dotarłyśmy do lodziarni pana Lisieckiego. Sprzedawał lody w dwóch smakach – śmietankowym i truskawkowym, oba były wspaniałe. Kolejka na szczęście szła szybko, bo nikt nie marudził, a dwie panny Lisieckie uwijały się jak w ukropie.
Mama się zgodziła, żebym wzięła trzy gałki, i już po chwili w cieniu rosnącej przy lodziarni lipy zajadałam jedwabistą słodycz. Ciotka kupowała mi zawsze jedną gałkę, gdy wracałyśmy z niedzielnej mszy. I nigdy nie smakowała ona tak wspaniale jak ta dzisiejsza porcja. Niestety, upał był ode mnie szybszy i roztopiony lód spływał mi po palcach. Matka wyjęła z torebki chusteczkę i delikatnie wytarła mi rękę. Przyniosła szklankę mocno gazowanej wody sodowej, którą wypiłam łapczywie, a resztką opłukała mi palce.
– Wracamy, córeczko? Ciocia już pewnie za nami wygląda…
– Nie, nie, mamusiu, jeszcze chodźmy tam na drugą stronę ulicy, gdzie jest sklep z zabawkami. Pokażę ci coś. Proszę…
Nieduża witryna pełna była drewnianych drobiazgów. Wszystko było piękne – osiołek, samochody, wózeczki dla lalek, pajacyk, malutki koń na biegunach, ale mój największy zachwyt wzbudzał komplet zielonych mebelków, na który składały się dwa krzesła, stolik, łóżko i szafa z drzwiami przyozdobionymi rysunkiem niezapominajek. Czyjaś wprawna ręka wymalowała bukieciki z podziwu godną precyzją.
– Rzeczywiście są śliczne, pewnie chciałabyś je dla swojej lalki Roksany? Mogłaby wtedy urządzać proszone herbatki. – Matka, jak zawsze, była domyślna. Czasami miałam wrażenie, że jest prawdziwą czarownicą i wie wszystko.
– Wiesz co? Napiszesz list do Mikołaja, znasz już wiele liter, we wrześniu pójdziesz do szkoły, nauczysz się pisać i czytać. Jeśli będziesz grzeczna i będziesz starannie odrabiać lekcje, może spełni twoją prośbę…
Jeszcze mocniej ścisnęłam matkę za rękę, obiecując sobie w myślach, że zrobię wszystko, aby być najlepszą uczennicą w klasie. Do tej pory obawiałam się września, bo wszyscy wokół straszyli mnie, że skończy się zabawa, a zacznie ciężka praca, i że szkoła to nie żarty, ale wizja pięknych mebelków mnie uspokoiła. Właściwie byłam gotowa pójść do szkoły już następnego dnia, ale był dopiero koniec czerwca i dzieliły mnie od niej długie dwa miesiące. I to spędzone u ciotki, ale nawet taka perspektywa nie była w stanie zepsuć mi humoru. Szłam obok matki, podskakując radośnie. Ledwo przekroczyłyśmy furtkę, dostrzegłam ojca stojącego przed domem. Trzymał ręce w kieszeniach spodni i z marsową miną patrzył gdzieś w bok. Na nasz widok poderwał się i już po chwili objął mnie za ramiona, zagadując ze śmiechem.
– Gdzie wy łaziłyście? Chyba się domyślam, po tych śladach na brodzie! Jak nic, Lidunia objadła się lodami! Mam rację?! – Chwyciwszy mnie na ręce, zaczął kręcić się wkoło coraz szybciej, aż piszczałam z przejęcia.
– Po trzech porcjach i takiej karuzeli gotowa zwymiotować – mitygowała go mama.
Ojciec szybko postawił mnie na trawie.
– Duniu, przepraszam, że nie przyszedłem zaraz po pracy, jak się umówiliśmy. Co ja poradzę, że niespodziewanie przywieźli gościa, któremu trzeba było pokazać Trasę W–Z? Nie można go było wysłać z kimś innym w zastępstwie, bo to jakaś gruba fisz. Trzeba mu było opowiedzieć o budowie i tak dalej. Cud, że nie musiałem iść na kolację…
– To pewnie jesteś niepocieszony. Z pewnością szykowała się niezła bibka w Europejskim i to suto podlewana – przerwała ojcu mama z przekąsem.
– A wcale, że nie – obruszył się gwałtownie. – Kazał się odwieźć na dworzec. Jutro rano ma jakieś ważne zebranie, na którym musi być trzeźwy jak świnia. Więc z żalem, ale odmówił zaproszenia na kolację. Nie gniewaj się, kochana… – Ojciec złapał mamę za rękę i przycisnął ją do siebie. Zrobił przy tym taką smutną minę, że zachciało mi się płakać.
– Mamusiu, nie gniewaj się na tatę. Przecież przyjechał! – Złapałam ją za drugą rękę.
– Nie gniewam się – odpowiedziała pospiesznie.
– Na litość boską, czy wy sumienia nie macie?! Kurczak już wysechł na wiór! Sałata oklapła! A ci stoją i debatują! Po was trzeba służbę wysyłać, żebyście raczyli na obiad przyjść?! – Rozsierdzona ciotka Janeczka pokrzykiwała z kuchennego okna.
Nic jednak nie wyschło ani nie oklapło. Kurczak był bardzo smaczny i nawet poprosiłam o drugi kawałek, co wprawiło ciotkę w zadziwienie.
– Kredą w kominie zapisać! Lidka prosi o dokładkę! Jedz dziecko, jedz, na zdrowie! Szkoda tylko, że zupy mlecznej tak nie zajadasz.
– Ja też ich nie lubiłam, zawsze wolałam samo mleko, i to bez kożuchów! – Mama przyszła mi z pomocą. – Pamiętasz, Janeczko, jak dziadek się złościł i tłumaczył nam, że kożuchy są najzdrowsze? A pamiętasz, jak nam mama dodawała zimą do mleka miód spadziowy? W całym pokoju pachniało wtedy lasem…
– Henryś zawsze wolał kakao – szepnęła ciotka. – Szkoda, że ich dzisiaj z nami nie ma. Właśnie dzisiaj.
Z opowieści mamy wiedziałam, że Henryś był ich bratem. Zginął podczas wojny. Jego zdjęcie stało w pokoju rodziców na marmurowej półce nad kaloryferem, pośród szeregu innych zdjęć. Wujek, którego nie poznałam, miał ciemną grzywkę i duże jasne oczy. Mama, gładząc zdjęcie, czasami się uśmiechała, a czasami płakała.
– No właśnie dzisiaj, w ten szczególny dzień, droga żono, mamy dla ciebie coś wyjątkowego! Mam nadzieję, że będziesz zadowolona! Poczekajcie chwilę. – Wujek Lucjan poderwał się i wybiegł z pokoju, by po krótkiej chwili wrócić z wielkim pudłem owiniętym w szary papier. Postawił je na niskim, okrągłym stoliku i z dumą rozkazał:
– Bierz nożyczki, Janka, tnij sznurki i rozpakowuj! Tylko delikatnie! Żebyś nie upuściła!
Ciotka powiodła po nas zdziwionym spojrzeniem, ale posłusznie wykonała polecenie męża. Z pudła wychynęło granatowe pudełko, a gdy ciotka je otworzyła, okazało się, że jest w nim gramofon.
– Teraz ja na chwilę was przeproszę. – Mój ojciec wyszedł z pokoju i wrócił z dużą, ale cienką paczką.
– No, szwagierko, mam nadzieję, że prezent przypadnie ci do gustu! Długo debatowaliśmy z Dunią, czy to dobry wybór, i uznaliśmy, że chyba tak. To też rozpakowuj delikatnie!
Ciotka rozwinęła pakunek i odsunąwszy talerze, położyła przed sobą dwie płyty. W milczeniu wpatrywała się w widoczne na nich złote napisy.
– Myślałam, że zapomnieliście… – powiedziała cichutko, wyraźnie wzruszona. – A wy… takie prezenty, ile to musiało kosztować! Boże drogi, przecież to majątek. I gdzie wyście to trzymali, że nie zauważyłam paczek?
– Jak to gdzie? W stajni schowałem! Nigdy tam nie zaglądasz. Ale kwiatów nie kupiliśmy! Bo to jak wozić drewno do lasu! Wystarczy, że za okno wyjrzysz, a masz własną kwiaciarnię! – powiedział wujek z uśmiechem.
– Dużo zdrowia ci życzę, Janeczko, i spełnienia marzeń. – Mama objęła ciotkę za szyję i przytuliła policzek do jej twarzy. Zaraz też wujek i ojciec pospieszyli z życzeniami. Kiedy i ja podeszłam, ciotka objęła mnie zdecydowanym gestem. Wstrzymałam oddech. Ta nagła bliskość mnie spłoszyła.
– A ty, huncwocie, czego mi życzysz?
– Wszystkiego najlepszego… – wydukałam niepewnie i cmoknęłam ją w gładki, pachnący pudrem policzek.
– No, nastaw już płytę, solenizantko. Sam jestem jej ciekaw, albo nie, ja to zrobię. – Nie czekając na ciotkę, wujek Lucjan odpakował płytę i delikatnie umieścił pośrodku gramofonu. Rozległ się lekki szum, a zaraz po nim piosenka słodka jak cukierek:
Jak pragnąłbym krokiem beztroskimOdnaleźć wędrówek mych ślad,Bez celu się przejść Marszałkowską,Na Wisłę napatrzeć się z mostu.
Dziewiątką pojechać w AlejeI z tłumem się wpleść w Nowy Świat,I ujrzeć jak dawniej za młodych mych lat,Jak do mnie, Warszawo, się śmiejesz.
Ja wiem, żeś Ty dzisiaj nie taka,Że krwawe przeżyłaś już dni,Że rozpacz i ból Cię przygniata,Że muszę nad Tobą zapłakać1.
Melodia kołysała się w powietrzu niczym drewniana huśtawka zawieszona w ogrodzie. Miałam ochotę wstać i zatańczyć, ale wszyscy mieli tak poważne miny, że nie śmiałam. Kiwałam tylko głową do rytmu, nie rozumiejąc, dlaczego taka piękna piosenka ich zasmuciła. Wujek Lucjan z pytającą miną podniósł w kierunku ojca karafkę. Ojciec przytaknął, mama dyskretnym gestem otarła łzy z policzka. Ciotka nienaturalnie wyprostowana, zapatrzona w okno, zdawała się niczego nie dostrzegać. Resztki kurczaka smętnie sterczały pośrodku stołu. Nawet drożdżowy placek wydawał mi się znacznie mniej apetyczny niż przed chwilą. Już nie miałam na niego ochoty.
***
Kulki liczydła mocno trzaskały. Pragnęłam, aby popękały. Może wtedy pani Kasińska przestałaby wrzeszczeć na Ewę.
– Pytam cię, głąbie, po raz ostatni! Ile to jest pięć dodać trzy i od sumy odjąć jeden?! Nie gap się w podłogę, tylko tutaj, tutaj patrz! – Wychowawczyni chwyciła Ewę za ucho i skierowała jej twarz w stronę dużego liczydła stojącego pod tablicą. Przestraszona buzia Ewy była czerwona i mokra od łez. Dziewczynka nadal jednak milczała jak zaklęta. Z głębi klasy wionął ku niej niewyraźny szept…
– …edem…
Wychowawczyni odwróciła się gwałtownie w naszą stronę. Jej okrągłe oczy, zmniejszone przez grube szkła do wielkości dwóch małych fasolek, zapłonęły wściekłością.
– Kto to powiedział?!
W klasie panowała martwa cisza. Panicznie baliśmy się gniewu pani Kasińskiej. Wybuchał niespodziewanie i wzrastał niczym tajfun. Na co dzień oschła, ale dosyć spokojna, potrafiła niespodziewanie zapłonąć straszną złością. O ile zdolnych i posłusznych uczniów traktowała z chłodnym przyzwoleniem, to wszyscy słabi czy łatwo tracący rezon wzbudzali w niej wściekłość. Na lekcjach trzeba było siedzieć prosto, bezzwłocznie wykonywać polecenia i bez zająknięcia odpowiadać na pytania. Ewa uczyła się słabo, ze strachu zacinała się i nie potrafiła wtedy odpowiedzieć na najprostsze pytania. Toteż kiedy pani Kasińska wzywała ją do tablicy albo pod liczydło, zamierałam ze strachu, wiedząc, co za chwilę się zacznie. Koleżanka wracała do ławki czerwona, nieraz potargana, bo wychowawczyni nie tylko ciągnęła ją za ucho, ale zdarzało się jej też szarpnąć Ewę za cienkie niczym mysi ogon warkoczyki.
– Pytam jeszcze raz, kto podpowiadał! – Wychowawczyni już nie krzyczała. Syczała niczym kobra. Ponownie odpowiedziała jej głucha cisza.
– Dobrze, w takim razie za karę wszyscy dostaniecie pięć razy więcej słupków do zrobienia.
Podeszła do tablicy i zamaszyście wypisywała zadania matematyczne. Pochyliliśmy się, przepisując je do zeszytów. Odłożyła kredę, otrzepała starannie czubki palców i ze złośliwym uśmieszkiem dorzuciła:
– A poza tymi dziesięcioma zadaniami macie przepisać z elementarza całą tę stronę. – Postukała długim paznokciem w rysunek wilka. – Kto choćby jedną literką wyjdzie poza linijkę, będzie musiał wszystko przepisać ponownie dziesięć razy! I uprzedzam, że ja w sekundę rozpoznam, czy to wy pisaliście, czy wasze starsze rodzeństwo albo rodzice! Więc nie radzę oszukiwać, bo to się może źle skończyć.
Dzwonek obwieścił przerwę, ale my wciąż spisywaliśmy zadania z tablicy. Gwar ze szkolnego korytarza przybliżył się pod drzwi naszej klasy. Pani Kasińska z impetem je otworzyła i warknęła coś w stronę śmiałków nieświadomych, komu przeszkadzają. W sekundę umilkli.
– Dzwonek jest dla nauczycieli, nie dla uczniów – edukowała nas od pierwszych dni nauki w szkole. Więc kiedy się odzywał, siedzieliśmy nadal jak trusie, dopóki nie zezwoliła nam wstać.
– Dyżurni, przewietrzyć klasę, wytrzeć tablicę. A ty idź umyj twarz i uczesz się, kocmołuchu – rozkazała Ewie i szybkim krokiem opuściła klasę. Odetchnęłam z ulgą. Panicznie bałam się pani Kasińskiej, chociaż na mnie jeszcze nie krzyczała ani nie ciągnęła mnie za ucho. W ogóle mnie nie wywoływała do tablicy ani pod liczydła. W zeszycie pod pracami domowymi stawiała mi duże czerwone piątki. Były stawiane zamaszyście, z kropką na końcu. Ale zamiast się nimi cieszyć, bałam się tych strzelistych cyfr nieproporcjonalnie dużych do moich liter wyprostowanych karnie i równiutko rozpisanych pomiędzy linijkami. Nauka nie sprawiała mi problemów i bardzo lubiłam pisać. Na razie mogliśmy używać tylko ołówków, ale pani Kasińska zapowiedziała, że po feriach zimowych ten, kto będzie pisał równo i bez błędów, może zacząć próbować pisać stalówką. Już nie mogłam się doczekać, zapach atramentu kojarzył mi się z czymś uroczystym i pięknym. U taty w biurze nim pachniało. Zabrał mnie do niego kilka razy, jak jeszcze nie chodziłam do szkoły. W dużej sali przy kilku biurkach siedziały miłe panie z ładnie ułożonymi włosami i mówiły do mojego taty: „panie kierowniku”. Chyba go lubiły, bo na mój widok uśmiechały się szeroko i częstowały mnie cukierkami albo herbatnikami.
Wyjęłam z tornistra kanapkę. Ulubioną bułkę murarkę mama przełożyła mi plastrami żółtego sera pachnącego orzechami i starannie zawinęła w pergamin.
– Z czym masz?! Zamienimy się! – Renia bezceremonialnie zajrzała mi przez ramię i zobaczywszy ser, wyjęła mi z ręki kanapkę, a wepchnęła swoją ze smalcem. Niechętnie ugryzłam, nie lubiłam tłustego mazidła oblepiającego zęby. Renia bardzo często zamieniała nasze kanapki, nie pytając, czy mam na to ochotę. Na jakiekolwiek słowa protestu obrażała się teatralnie.
– No wiesz, przecież jesteśmy przyjaciółkami! Możemy się wszystkim zamieniać, no chyba że nie chcesz się ze mną przyjaźnić… – Po tych słowach zawieszała głos i patrzyła na mnie z miną cierpiętnicy. Dla świętego spokoju zgadzałam się więc na wszystko. Ale tak naprawdę nie uważałam jej za swoją przyjaciółkę, siedziałyśmy razem, bo pani nas ze sobą posadziła w drugiej ławce pod oknem, i wracałyśmy razem ze szkoły, bo mieszkałyśmy po sąsiedzku. Bałam się jednak powiedzieć Reni, że marzę o innej przyjaciółce. Bałam się kłótni, pretensji, tego, że się na mnie obrazi. Unikałam konfliktów, jak tylko się dało. W naszym domu było ich wystarczająco dużo. Mama często miała o coś pretensje do taty, on się tłumaczył, ale prędzej czy później irytował, podnosił głos i wychodził z domu. Często po tym mama płakała albo w milczeniu paliła papierosa. Kiedy podchodziłam do niej w takich chwilach, prosiła, żebym poszła do swojego pokoju i pobawiła się cicho. Wycofywałam się więc na palcach. Zawsze ustępowałam, żeby tylko był spokój. Teraz też, chociaż to Renia naśmieciła jak prosię, rozsiewając na ławce okruchy bułki, pozbierałam wszystko dokładnie, a papiery zaniosłam do kosza. Strach pomyśleć, co by było, gdyby nasza wychowawczyni zobaczyła brudny blat ławki. Dziwiłam się, że Renia się tego nie boi. Ale ona chyba niczego się nie bała. Była ciekawska jak sroka i gadatliwa. Nosiła pocerowane, za duże rajstopy, zwijające się przy kostkach w obwarzanki. Pani higienistka już dwa razy zwróciła Reni uwagę, że nosi nieświeżą chusteczkę do nosa. Ja bym się w takim momencie zapadła ze wstydu pod ziemię, ale Renia pozostawała obojętna na wszelkie reprymendy.
– Chodź do parku! Mam jeszcze pół kanapki, rzucimy kaczkom! – zawołała po ostatnim dzwonku, kiedy nauczycielka wyszła z klasy.
– Mama kazała mi wrócić do domu zaraz po szkole…
– Ej, no co ty, taka jesteś ciamajda, że we wszystkim słuchasz mamy? Na chwilę chodź, powiesz, że pani nas zatrzymała albo że był apel czy zbieraliśmy makulaturę. Coś wymyślisz!
Trochę ze strachu, a trochę z ciekawości ustąpiłam. Pobiegłyśmy kasztanową aleją, ścigając się, która pierwsza dobiegnie do stawu. Kaczki rzuciły się na chleb, wyrywając go sobie z dziobów. Park o tej porze był niemal pusty, nie licząc paru kobiet spacerujących w oddali z wózkami.
– Masz rodzeństwo? – Renia przyglądała mi się uważnie.
– Nie, a ty?
– Mam starszą siostrę i brata. Siostra jest na przyuczeniu w mleczarni, a brat niedorozwinięty. Mama z nim siedzi w domu. Tata jest murarzem. Nie ma go w domu całymi dniami. A w niedzielę pije i krzyczy na mamę, że mu dwie dziewuchy urodziła, a tylko jednego syna i do tego debila, przez co ojciec musi na wszystkich tyrać. Mama wtedy płacze, a my musimy być cicho, żeby ojca nie zeźlić jeszcze bardziej. Jak sobie więcej popije, idzie spać i jest spokój. A co robią twoi rodzice? Gdzie pracują? Dużo macie pieniędzy? Ile masz zabawek? Mogę do ciebie przyjść? Pożyczysz mi kiedyś swoje wstążki?
W głowie mi się kręciło od gradu pytań i zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, Renia chwyciła mnie za rękę i bezceremonialnie zadecydowała.
– Pójdę teraz z tobą i zjem obiad u ciebie w domu.
Czteropiętrowa kamienica, w której mieszkałam, miała po jednym mieszkaniu na piętrze. Od frontu budynek prezentował się doskonale. Ocalała po wojnie w nienaruszonym stanie dzięki temu, że przez całą okupację mieszkali w niej niemieccy oficerowie. Całą ulicę dla siebie zajęli, a na domach wywiesili flagi ze swastykami. Podobno w piwnicach przetrzymywali więźniów, ale tata mówił, że to brednie. Na wszelki wypadek nigdy tam nie schodziłam, nawet z tatą. Szeroką drewnianą bramę wiodącą na podwórze ozdobiono nad wejściem kamienną rzeźbą kobiecej twarzy. Otaczały ją kręte pukle włosów przypominające macki ośmiornicy. Zdawała się pilnie strzec, kto wchodzi do wnętrza domu. Zaraz za bramą były nieduże drzwi do mieszkania stróża. Schodziło się do niego po stromych schodkach. Nieduże okna mieszkanka wychodziły na podwórko i znajdowały się tuż przy samej ziemi. Środek podwórza zdobił duży owalny klomb obrośnięty paprociami i irysami. Były wysokie i bardzo gęste. Podobno dlatego, że podwórko było zawsze zacienione. Mieszkaliśmy na pierwszym piętrze, więc rzadko korzystałam z windy. Zresztą nie miałam do niej kluczyka, bo byłam za mała, żeby nią sama jeździć. Musiałam mocno wspiąć się na palce, żeby dosięgnąć dzwonka. Dłuższą chwilę czekałyśmy, zanim pani Gryczyńska otworzyła nam drzwi. Miała pokój na końcu korytarza i nie lubiła się spieszyć.
– A to kto? – Skinęła w stronę Reni, przyglądając się jej nieufnie.
– To moja koleżanka z klasy, ma na imię Renia. Przyszła się ze mną pobawić – pospieszyłam z wyjaśnieniem, zła na Renię, że się tak wpatruje w naszą sublokatorkę. Pani Gryczyńska była maleńka i chudziutka. Niewiele od nas wyższa figurka dźwigała na plecach wielki garb zupełnie tak, jakby pod podomką nosiła plecak. Sąsiadka miała bladą twarz otoczoną burzą siwych włosów. Zza okularów patrzyły wyblakłe, ale ożywione niezdrową ciekawością oczy.
– A mama Lidce pozwoliła gościa zaprosić? – drążyła nieufnie. Widać Renia nie zrobiła dobrego wrażenia i mogłam być pewna, że ledwo mama wróci z pracy, sąsiadka się poskarży, że wpuszczam obcych do domu. Sama panicznie bała się złodziei, chociaż tata twierdził, że Gryczyńska jest biedna jak mysz kościelna.
– Nie pytałam, ale na pewno się zgodzi. To my już pójdziemy do pokoju. – Za wszelką cenę chciałam przerwać przesłuchanie.
– A co z obiadem? Przecież na kuchence krupnik stoi. W błękitnym garnuszku. Tylko niech się Lidka nie pomyli, bo w tym drugim, szarym zalewajkę nastawiłam. Chleb jest już ukrojony, to niech Lidka noża nie dotyka. I pozmywa po sobie, bo zaschnięte talerze trudno domyć – gderała Gryczyńska, idąc za nami krok w krok. Pod jej czujnym spojrzeniem odgrzałam zupę i podzieliłam na dwie porcje. Była gęsta od warzyw i kleista. Mama zrobiła ją na cielęcych kościach. Ze smakiem wyławiałam kawałki mięsa. Renia jadła łapczywie, aż jej policzki pokraśniały. Na koniec oblizała łyżkę i zaniosła talerz do zlewu. Pozmywałam, dokładnie wytarłam naczynia i odstawiłam na półkę w spiżarce. Dopiero wtedy Gryczyńska przestała nas pilnować.
– Niech Lidka lekcje najpierw zrobi, zanim za zabawę się weźmie – burknęła, po czym poszła do swojego pokoju.
Renia, chichocząc, przewróciła oczami tak mocno, że przez chwilę wyglądała jak nieżywa, bo zniknęły jej tęczówki.
– Co ta stara taka jest wykrzywiona i malutka? Może to czarownica?
– Nie mów tak, ona ma chory kręgosłup!
– Jakby jej postawić na tych plecach kubek, to może by go zaniosła do pokoju. – Renia parsknęła śmiechem.
– Chodźmy do mnie – przerwałam jej, bojąc się, że pani Gryczyńska usłyszy te okropne żarty. Prawdę mówiąc, nie było to możliwe, bo nasze mieszkanie było bardzo duże, a jej pokój znajdował się na drugim końcu. W obszernej kuchni stały wielki stół, kuchnia węglowa, kuchenka gazowa i ogromny biały kredens, o którym mama mówiła, że jest przepastny. Kiedy tatuś go kupił, od razu zaproponowała, żeby i pani Gryczyńska trzymała w nim swoje naczynia, ale staruszka odmówiła. Z kuchni długi korytarz prowadził do przestronnego przedpokoju, gdzie stały wieszak, szafka na buty i moje sanki. Pokój rodziców był największy w całym mieszkaniu, ale miał tylko jedno okno, przez co panował w nim lekki półmrok. Po jednej stronie stało podwójne łóżko z drewnianymi zagłówkami rzeźbionymi w liście dębu, ciemny stół z kompletem krzeseł i biurko ojca. Po drugiej stronie rodzice ustawili przeszkloną serwantkę z książkami i figurką wyżła z brązu oraz niską toaletkę z dużym owalnym lustrem. Nad wysokim masywnym kaloryferem, na marmurowej półce pełno było zdjęć. Wśród nich portret mojego dziadka Jana i pradziadka Macieja, zdjęcia babci Bietki i ciemnowłosej dziewczynki, która podobno była moją prababcią i miała na imię Maryjka. Było jeszcze wyblakłe zdjęcie jasnowłosej kobiety w długiej sukni i ogromnym kapeluszu i fotografia jakiegoś wujka, który umarł dawno temu.
Za pokojem rodziców znajdował się mój pokój, jasny, z dużym balkonem i podwójnym oknem, na które mama uszyła śliczne zasłonki z błękitnego kretonu. Stały w nim tylko moje metalowe łóżko pomalowane na biało i małe biureczko z krzesełkiem. Nad łóżkiem wisiał obrazek przedstawiający wielki bukiet polnych kwiatów. Zabawki trzymałam w drewnianej skrzyni z namalowanym pośrodku kogucikiem. Na parapetach mama postawiła mi doniczki z aloesem. Jak wielki kolorowy motyl na środku drewnianej posadzki leżał dywanik, który mama zszyła z różnobarwnych szmatek. Z pasków materiału plotła warkocze, a potem zwijała je i zszywała grubą nicią. Wyglądało to bardzo ładnie. Lubiłam się bawić, że dywanik to wielki ogród, w którym spaceruje moja lalka Roksana. Marzyłam o drugiej lalce, żeby mogły we dwie gotować, sprzątać, podlewać kwiaty i spacerować. Lubiłam się bawić na balkonie, gdzie w skrzynkach zbitych z deseczek i pomalowanych bejcą na brązowo przez całe lato i wczesną jesień kwitły pelargonie.
– Ale u ciebie ładnie, to tylko twój pokój? – Oczy Reni zrobiły się okrągłe jak piłeczki.
– Tak, czasami mama przychodzi do mnie, żeby posiedzieć na balkonie. Pije tam herbatę i czyta książkę.
– A gdzie twój tata pracuje? Skąd macie takie duże mieszkanie?
– Rodzice pracują w takim biurze, które Warszawę odbudowuje. Jak ktoś chce pracować na budowie, to przychodzi do mojej mamy i ona go zapisuje, i wszystko załatwia…
– A twój tata co tam robi? – Dziwna mi się wydała Renia, zadawała pytania jak dorośli.
– Nie wiem, co robi, może pilnuje, jak domy budują, dużo jeździ po Warszawie.
– Macie samochód?! – Oczy Reni zapłonęły ciekawością.
– Nie, no co ty!
– A gdzie jest pokój tej garbatej?
– Po drugiej stronie przedpokoju.
– Byłaś u niej?
– Tak, wiele razy. Często mnie zaprasza, kiedy rodzice są w pracy. Czasami nawet lekcje u niej robię.
– Duży ma pokój?
– Tak, z balkonem i takimi drzwiami ze szkła, za którymi jest malutki korytarzyk, a w nim szafa.
– Bogata jest?
– Nie…
– A jak umrze, to wprowadzi się nowa sublokatorka czy wam dadzą ten pokój?
– Nie wiem. – Pytania Reni coraz bardziej mnie męczyły i zaczęły sprawiać przykrość. Zdawała się tego nie zauważać.
– To się dowiedz, bo może ja bym z tobą zamieszkała. Macie tyle miejsca jak w pałacu. My mamy tylko jeden pokój, ale tata go przedzielił na pół. W jednej połowie jestem ja i siostra, w drugiej rodzice z bratem. Ciasno jest i niewygodnie. W drugim pokoju mieszkają tramwajarz z żoną i synem, a w trzecim nauczycielka ze starą matką. Ubikację mamy na korytarzu. A u was widziałam, że jest łazienka, i to z wanną. Gdybym zamieszkała z tobą, wszystko robiłybyśmy zawsze razem.
– Pobawmy się. – Proszącym głosem przerwałam jej wreszcie potok słów. O dziwo, posłuchała.
Byłam tak złakniona towarzystwa, że bez szemrania dałam Reni Roksanę, a sama wzięłam małego misia w kratkę.
Zamiast robić lekcje i rozwiązywać mnóstwo zadanych słupków, śmiałyśmy się z Renią jak szalone, biegając po pokoju i wymyślając, że miś goni Roksanę, żeby ją zaczarować w kota. Wreszcie zmęczone rzuciłyśmy się na dywanik…
– Będziemy przez całą szkołę siedziały w jednej ławce, razem się bawiły i wszystko sobie mówiły, nawet największe sekrety. – Z bliska zauważyłam, że tęczówki Reni są nakrapiane jak u kota Dzikusa chodzącego po ogrodzie ciotki Janeczki. Była też zwinna jak kot. – Co masz taką minę jak małpa srająca w puszczy? Nie chcesz ze mną siedzieć? – Zmarszczyła brwi.
– Chcę… – zaoponowałam, ale mój głos zabrzmiał widać słabo, bo Renia przyglądała mi się z niedowierzaniem. Naraz pochyliła się ku mnie tak blisko, że poczułam nieświeży zapach jej włosów. Miała dwie niestarannie związane kitki, lewa zawsze była wyżej od prawej, a do tego krzywy przedziałek. Pewnie sama się czesała. Mnie zawsze rano mama starannie zaplatała warkocz.
– Coś ci powiem, tylko tobie. Pamiętaj, że nie wolno ci nigdy nikomu zdradzić tej tajemnicy, bo umrzesz!
– To może lepiej mi jej nie mów…
– Głupia jesteś! Jak ci powiem, to już na całe życie będziemy związane tą tajemnicą! To będzie takie nasze zaklęcie! Zobacz! – Renia sięgnęła do kieszeni fartuszka i wyjęła stalówkę. – Na pewno jest złota! Widzisz, jak się świeci? Musi być warta bardzo dużo pieniędzy!
– Skąd ją masz?
– Zabrałam tej głupiej, grubej Baśce! Ona ma tyle pięknych rzeczy w piórniku, że nawet nie zauważy, że jej zniknęła.
– Ukradłaś?! – Zrobiło mi się zimno na samą myśl, co teraz będzie.
– Wzięłam! Ona ma tyle wszystkiego i zawsze dostaje do szkoły bułkę z szynką! Jej rodzice to pewnie jacyś kułacy albo bumelanci! Tatuś zawsze powtarza, że przed wojną krwiopijcy wszystko dla siebie zabierali, a teraz bumelanci kradną, a on od rana do nocy haruje na budowie i gówno z tego ma, tylko odciski i chory kręgosłup. No to tej głupiej Baśce można czasami coś zabrać. Jest taka gruba, bo pewnie w domu ma mnóstwo jedzenia. Może nawet ciasto pieką w każdą niedzielę. U nas mamusia piecze tylko na święta albo na tatusia imieniny.
W głowie mi się kręciło od gadania Reni, a to jeszcze nie był koniec. Chciałam, żeby już sobie poszła i zabrała ze sobą tę głupią stalówkę, ale ona miała inne plany. A ja nie potrafiłam się im sprzeciwić.
– Zostawię ją u ciebie, schowaj ją w skrzynce z zabawkami albo pod materacem na łóżku. Bo jakby była w szkole awantura, to milicja może do mnie przyjść. Mamusia mówi, że biednemu to zawsze wiatr w oczy, a my jesteśmy biedni. Do ciebie nie przyjdą, bo twoi rodzice pracują w biurze i macie duże mieszkanie. Nawet nasza nauczycielka nie ciągnie cię za włosy ani na ciebie nie wrzeszczy. A mnie ostatnio tak szarpnęła, że potem cały dzień bolało. I jeszcze mamusia na mnie nakrzyczała, że widać byłam w szkole niegrzeczna, skoro pani się zdenerwowała. No bierz, chowaj to. Kiedyś sprzedamy stalówkę, dostaniemy bardzo dużo pieniędzy i uciekniemy w świat. Tam sobie kupimy nowe sukienki i dużo ciastek.
Długo jeszcze po wyjściu Reni przekładałam stalówkę z miejsca na miejsce, bojąc się, że mama natychmiast ją znajdzie. Przecież to ona słała mi łóżko, wycierała kurze w pokoju, podlewała kwiaty. W każdej chwili mogła więc znaleźć ten dowód zbrodni. Z godziny na godzinę bałam się coraz bardziej, nie wiedząc, co zrobić.
– Czy Lidunia nie ma gorączki? – rzucił ojciec późnym wieczorem znad gazety. Rodzice dawno już zjedli kolację, a ja wciąż siedziałam nad talerzem z kluskami. Grzebiąc w skrzepniętym maśle, drżałam z niepokoju. Mama opłukała garnek, wytarła starannie ręce i dotknęła mojego czoła.
– Ciepłe – szepnęła ze zgrozą, jakby ogłaszała koniec świata, i zaraz zakręciła się niespokojnie po kuchni.
– Boli cię coś? – Ojciec już nie czytał, gazeta zsunęła się na podłogę.
– Głowa mnie boli… Bardzo mnie boli.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Lidka
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Meritum publikacji
